Życie na Facebooku

Zobaczyłem na Facebooku datę urodzenia mężczyzny, którego dobrze znam. Widuję go nieprzerwanie, nawet kilka razy dziennie. Data urodzin była bardzo odległa. To mnie tak rozeźliło, że postanowiłem ustosunkować się.

Uważam za grubą przesadę urodzić się tak dawno. Bo i po co? Żeby jeszcze wiek był jakąś gwarancją mądrości! Ale nie jest. Z drugiej strony, dzieckiem też nie warto być. Więcej na niego krzyczą, niż pieszczą. Między dzieckiem a osobą starszą jest jednak pozytywna więź. Łączy ich dylemat: Jak to się dzieje, że jest tyle genialnych dzieci, a na starość tylu głupców?

– Czy warto być głupim? – Nasuwa się pytanie. Odpowiedź nie jest łatwa. No, bo jakżeż nie warto, skoro jest tylu szajbusów? Coś w tym musi być, bo ludzie przecież nie popełnialiby masowego samobójstwa rzucając się w otchłań otumanienia, gdyby nie mieli w tym przyjemności.

Bardziej ambitną przypadłością jest idiotyzm. Reprezentantów tego nurtu rozwoju osobniczego jest u nas sporo, szczególnie w polityce. Może dlatego, że jesteśmy dumnym narodem, o wysokim poczuciu godności. Pokazują się oni w telewizji, zabierają głos, czasem nawet bełkoczą, cieszą się, coś zmieniają, poprawiają, reformują. Nie dziwię im się, taką mają rolę. Pan każe, sługa musi. W dodatku, jeśli to jest ludzki pan. Mus to mus. Niektórym jest nawet z tym do twarzy. Nie jest to całkowita prawda, ponieważ jeden osobnik produkujący się w TV nosi oblicze buldoga. Wywiady przeprowadzane z czworonogami wyraźnie sugerują, że rasa ta nie cieszy się powszechnym szacunkiem i poważaniem pyska. Dlaczego wspomniany osobnik przybrał taką nieludzką maskę, nie wiadomo. Są sugestie, że jest to najlepsze, co uczynił w życiu.

Czasem budzi się we mnie pytanie, czy to wszystko jest prawdą? Chyba tak, choć miewam wątpliwości. Wiadomo, życie nie jest łatwe, chyba, że ktoś ma forsy jak lodu lub poczucie humoru. Życzyłbym Wam jednego i drugiego, gdybym się nie bał, że się rozpijecie, albo będziecie śmiać się z własnych kawałów. Niestety, nie mam do Was zaufania. Też kiedyś byliście dziećmi i nie wiadomo, co z Was wyrosło. Żegnam.

Komiks literacki. Władza dobrych tortur. Odcinek 29.

Staliśmy sobie przy krawężniku, zwyczajowym miejscu postoju rozumnych obywateli, kiedy Iwan Iwanowicz Iwanczyn, osiedlowy rzecznik spraw obywatelskich wygłosił dwuzdaniową tyradę: – Żaden naród nie lubi, kiedy władza go torturuje. Ten jednakże jest inny, potrafi cierpieć i dlatego oferuję mu kilka słów pociechy. – Powiedział to z wysokości przewoźnej ambonki, którą zafundowal sobie na wzór przywódcy partii wywatowanej w tytule dobrocią, prawdą i szlachetnością.

Jak się okazało, tytuł dobroczynnej partii ma swoją historię, bardzo pozytywną, choć niektórym kojarzy się ona z rzeźnią lub prymitywnym taranem. Ludzie mają tak różne skojarzenia, że aż dziw bierze, że wywodzą się oni od mniej więcej tej samej małpy. Zanim wynaleziono tytuł, wynaleziono partię, która go nosi. Małpy nie wynalazł nikt, sama się ujawniła na afrykańskiej sawannie na złość pobożnym biblistom. Sensem istnienia partii władzy od początku była dobroć, prawda i szlachetność, istna mieszkanka piorunująca. Podobno miał ją wynaleźć Nobel, poprzestał jednak na prochu, mniej niebezpiecznym dla zdrowia i życia niż kombinacja elementów zszywanych szlachetnymi intencjami Wielkiego Przywódcy i jego wasali.

– Historia tytułu i partii jest w istocie smutna, a co najmniej smutno zastanawiająca. – Zwięźle podsumował Iwan Iwanowicz. – Jest tak smutna, że wywołuje zgrzyt zębów nawet u bezzębnej staruszki, co jest oczywistą potwornością.

W wyniku tortur zadawanych przez Wielkiego Przywódcę, urodziwego zarówno en face jak i z boku (który to widok coraz wyraźniej demonstruje rosnącą zasobność postaci), naród przepołowił się na dwie nierówne części, co jest logicznie sprzeczne, tym niemniej możliwe. Jedna połowa prosperuje, druga pokutuje, nie wiedząc w dodatku, za co. Najgorzej, że nie wszystkim jest wiadome, która połowa jest która, gdyż ta wywatowana i stojąca przy żłobie twierdzi, że to ona jest tą lepszą. Ta druga, do której odruchowo zaliczyłem Was i siebie, niewierząca w cudowną zgodność dobroci, prawdy i szlachetności, uważa inaczej. Być może myli się, bo siła, która jest boskiej proweniencji, nie jest po jej stronie. Zachowuje ona na szczęście optymizm, wiedząc dobrze, że siła jak to siła, jeździ na pstrym koniu zmiennego czasu i raz kolebie się w jedną, drugi raz w drugą stronę. Jest to ten sam koń, którego pańskie oko tuczy.

Zbliża się wiosna, kiedy nie tylko ptaki głupieją z rozkoszy, pozostaje więc czekać lepszych dni, życząc jeszcze głębszego poczucia humoru (w piekle) wykonawcom tortur społecznych oraz rozbrykanej i rozfikanej radości na łonie przyrody tym obywatelom, którym dzisiaj zadawane są tortury. 

Michael Tequila: „Klęczy cisza niezmącona”. Poezje. Cena z rabatem 20%: https://goo.gl/2arNrI

Michael Tequila: Sędzia od Świętego Jerzego. Powieść. W sprzedaży: Matras, Empik, wszystkie księgarnie internetowe.  Ebook z 20% rabatem na www.gandalf.com.pl  

 

Komiks polityczny. Święto 365 Dni. Odcinek 6.

Święto „365 Dni” zwane „ Rocznicą” przypadło na pochmurny i deszczowy dzień. Rok minął od chwili, kiedy kapitan Jaroszka otrzymał insygnia władzy od narodu natchnionego obietnicami radości, szczęścia i wszelkiej pomyślności, oraz spełnienia najskrytszych marzeń. Wraz z insygniami otrzymał tytuły Wodza, Wielkiego Stratega, Reformatora i Zbawcy Narodu. Oponenci kapitana dorzucili swoje trzy grosze, krytykując go i jego współpracowników, zwłaszcza tych, których wyciągnął z szafy, odkurzył i dał im wysokie uprawnienia w kierowaniu statkiem.

Myślał o nich, przede wszystkim o ich wierności. Bea, pierwsza po kapitanie i druga po Bogu, I oficer Brzuchal, znawca dwóch obcych kontynentów i jednego języka, I oficer Sęp, Zbrojmistrz i Ogniomistrz w jednej osobie, Nijaki, spóźniony chrześniak, wdzięczny i posłuszny. Do tego grona doszedł później Skarbnik, skromny, twarzowy zastępca kapitana, nawigator ogromnego majątku, ekonomicznej fortuny statku. – Oby się ziściła. – Zamarzył kapitan.

Z powagą potwierdził w duchu insygnia i tytuły, dziękując tym, którzy doprowadzili go władzy, masom narodu popierającym jego i jego statek, oficerom i załodze, a także klakierom, propagandzistom, aktywistom oraz szarym obywatelom przewożonym autokarami, miłośnikom gorącej kiełbasy z pachnącą cebulką schludnie ułożoną na ciepłej bułeczce. Wszystko to postanowił wyrazić w przemówieniu, zaplanowanym na wielki dzień rocznicowy i przez wszystkich oczekiwanym. Oblizał wargi na myśl o czekającej go przyjemności głoszenia niezaprzeczalnych prawd.

Poprzedniej nocy śniła mu się Paranoja, niezbyt duża, usiłował ją oswoić, przychodziło mu to z trudem. Kiedy była tuż, tuż i prawie jadła mu z ręki, nagle wyrywała się na wolność i znowu go nawiedzała, kiedy miał powiedzieć coś ważnego, zmieniała sens słów, z prawdy czyniła kłamstwo, z kłamstwa prawdę, pod jej wpływem nie był nawet pewien, co jest co, pojęcia mu się zacierały, miłość ojczyny myliła z nienawiścią do ludzi, rozpacz przeszłości z nadzieją przyszłości, dzielił ludzi i rzeczy po połowie, jakby dla równowagi. W nocy Paranoja przypomniała mu kolejny raz, że jego powinnością jest odrąbać głowę hydrze przeszłości dręczącej jego naród, radząc sobie z trudnym zadaniem jak Herkules, który jednym mądrym pociągnięciem oczyścił stajnie Augiasza zaświnione aż po sufit.

– Mój ukochany naród! – Westchnął kapitan z dumą i przytulił go do serca. Nie zamierzał oddać go nikomu, ani dzielić się nim, bo był jego własnością, sam go wybrał i miał prawo go kształtować na wzór i podobieństwo swoje, niezależnie od tego, co o nim, Wodzu Narodu, szeptali, mówili, pisali i krzyczeli, a nawet malowali, jego krytycy i oponenci, ludzie zagubieni w nierzeczywistości.

Komiks polityczny. Nijaki i reforma szkół. Odcinek 4.

Początek jesieni przyniósł stęsknionym dzieciom i ich rodzicom ważną uroczystość – zapowiedź uzdatniania systemu szkół morskich. Reformie nadano nazwę „Płyń po morzach i oceanach”. Na prośbę kapitana Jaroszki wzięła ją w kształtne dłonie Oficer Kulturalno-Oświatowa, kobieta z charakterem i ustami pełnymi reformatorskiej pasji i nadziei.

Dotychczasowy system nie był zły, ale załoga bardzo pragnęła go poprawić, uczynić jeszcze lepszym i piękniejszym, pełnym kwiatów i radosnego gwaru młodzieży aspirującej do mądrości i rozwagi. Ludzie, którzy lubią skróty myślowe mówili, że w sumie chodziło o to, żeby przenieść szkołę z jednej komórki drewnianej do drugiej i przestawić dwa klocki, aby było tak, jak dawniej, czyli lepiej.

Na uroczystości przemówił Nijaki, zwany też Człowiekiem Bez Twarzy, postać niezwykle ważna i tajemnicza. Przybył w towarzystwie żony, niestety niemowy; nawet kiedy ją proszono, aby mówiła, to odmawiała, choć podobno bardzo pięknie śpiewa i to w różnych językach. Nijaki to najwyższy urzędnik administracji morza, może mieć nawet dwa i pół metra, tak jest wysoki. Nazywają go różnie i różnie o nim mówią. Że nie jest tym, kim jest, że się ukrywa przed samym sobą, że popełnił grzech, którego nie może sobie wybaczyć, że jest bardzo nieśmiały. To, co o nim wiadome i pewne, to widoczna część jego organizmu, zakończona okrągłą uśmiechniętą twarzą, która obraca się jak ptak na prawo i na lewo, do góry i w dół, bardzo szybko, aby zobaczyć, kto się do niej uśmiecha, a kto nie.

Kapitan Jaroszka zaprasza go regularnie na wszystkie imprezy, prywatne i państwowe, i często prosi, aby przy okazji coś mu podpisał, na przykład laurkę, kartkę imieninową albo manifest statkowy, bo ma ładny charakter pisma i umie kaligrafować. Nijaki lubi bardzo sporty wodne, dlatego chętnie przyjeżdża na statek, aby sobie popływać po oceanie na hulajnodze wodnej. W tym sporcie, jak sam wyznał, jest najlepszy na świecie i lubi robić sobie zdjęcia w kombinezonie sportowym oraz nowym, czerwonym kasku ochronnym, co powiększa mu głowę i dodaje jej dodatkowego splendoru.

Nijaki bardzo lubi i ceni kapitana Jaroszkę, który jest dla niego dobry jak ojciec, uważa go za prawdziwą legendę, nomen-omen i w ogóle geniusza. Ktoś kiedyś powiedział, że widział, jak kapitan przez omyłkę przydepnął Nijakiemu palce u nóg i to dwa razy, w dodatku boleśnie, ale Nijaki zniósł to bardzo męsko i nawet się uśmiechnął. Incydent okazał się plotką, choć nigdy nie wiadomo, co jest plotką, co kłamstwem, a co prawdą. O Człowieku Bez Twarzy mówiono też, że jest strachliwy od dziecka, i dlatego, w obronie własnej godności, lubi się podporządkować, bo – jak mówi kapitan Jaroszka – na statku „Ordnung muss sein”. Nijaki podziela ten pogląd, w dodatku uważa, że bez porządku to on też żyć nie może i dlatego, oprócz samego Pana Boga, tak bardzo czci i szanuje kapitana Jaroszkę.

– Kocham go jak ojca. – Powtarza sobie po cichu, aby nie zapomnieć powinności synowskich w obliczu nieuzasadnionych żądań, że powinien mieć własne zdanie. Kiedy takie niebezpieczeństwo pojawia się na horyzoncie, Nijaki mówi sobie „Nie ze mną takie sztuczki, Bruner”; jest to stare porzekadło ludowe, które pozwala mu odpędzić złe spojrzenia i niebezpieczne pokusy. 

O prawdzie dobrze, choć niewiele

Dla żartu powiedziałem ostatnio pewnej drobnej kobiecie w dużym sklepie: – Niech pani nie wierzy mężczyznom. Mężczyźni kłamią. Po czym dodałem, aby zobaczyć jej reakcję: Nawet, kiedy mówią prawdę.

Na ogół kobiety przyjmują takie rewelacje spokojnie, z uśmiechem lub bez. Moja rozmówczyni zareagowała inaczej: pokiwała zdecydowanie głową dodając energicznie: Tak! Tak!

– Widocznie ktoś jej zrobił krzywdę mówiąc nieprawdę, albo prawdę, w którą trudno było jej uwierzyć.- Pomyślałem zabawiając się w psychologa.

W mojej męskiej przewrotności byłem przygotowany na jej reakcję. Kiedy ona powiedziała: Tak! Tak!, to ja jej na to: „Ale kobiety robią to lepiej!”

2015 02 20 Prawda po rosyjsku

O znaczeniu prawdy świat wie już od zarania cywilizacji pisanej.

„Amicus Plato sed magis amicus veritas”. – Uczyłem się łaciny. To były słowa Arystotelesa znaczące: Platon jest moim przyjacielem, lecz prawda jest mi droższa (niż przyjaźń).

Przeciwieństwem prawdy, jej zaprzeczeniem, jest kłamstwo. Czym jest kłamstwo, prócz tego, że jest kategorią etyczną?

Kłamstwo jest w pierwszym rzędzie nieuczciwością wobec siebie samego, oszukiwaniem siebie w tym sensie, że nie ujawniając prawdy akceptujemy słabość swego charakteru, jesteśmy niezdolni przyjąć odpowiedzialności za konsekwencje jej ujawnienia. Jeśli ktoś kłamiąc ukrywa fakt, z pieniądze przepił, to pragnie uniknąć konsekwencji w postaci nagany, krytyki lub czyjegoś gniewu. Kiedy unikanie prawdy staje się częste lub nagminne, wówczas kłamstwo obrasta sumienie jak chwast i deformuje osobowość. Buddyzm mówi o tym wyraźnie: jesteśmy sumą naszych czynów, nawet tych najdrobniejszych, czyli słów, myśli, decyzji, działań, wszystkiego, co uczyniliśmy jak i zaniechaliśmy. Jeśli jest w tym dużo kłamstw, to ulegamy zepsuciu.

Wiem to od kogoś, kto długo i boleśnie dojrzewał do akceptacji prawdy o sobie samym.

 

Historia 13 grudnia

W parku było 40 stopni C w cieniu. Nie miałem szczęścia, kiedy spotkałem Wiktora. Język przykleił mu się do podniebienia. Nie mógł mówić. Wycharczał tylko: Dzisiaj zostaw mnie w spokoju! Napisz lepiej o Kaczyńskim. On tak ciekawie mówi o 13 grudnia. Oddaliłem się, aby przemyśleć moje uczucia do obydwu bohaterów.

Kocham Kaczyńskiego! Jarka oczywiście, żadnego innego, bo Kaczyńskich jest wielu. On jest nadzwyczajny. Za moją nieustającą miłość do niego (od jego pierwszego otwarcia ust) odwdzięcza mi się dostarczaniem tematów do blogowania. Jest to zdrowy układ: coś za coś. Podziwiam go między innymi za to, że trzy razy powie, zanim raz pomyśli. Jest to tak wrażliwe, kobiece. No i te myśli ostre jak pociski. Nie bez kozery Jarek zyskał sobie wśród zaprzyjaźnionych Indian amerykańskich pseudonim: Ten, co strzela sobie w nogę. Ma chłop odwagę w głoszeniu prawdy! Prawdy, która wprost oszałamia. Tego nikt nie zaprzeczy.

Dzisiaj – w odpowiedzi na niewybredne oskarżenia, że w historycznym dniu 13 grudnia 1981 roku biegał jeszcze w ciapach – nasz bohater ujawnił tajemnicę swego życia z nocy, kiedy internowano kilka tysięcy osób.

Nałożyłem na siebie mój najlepszy garnitur. Zawsze byłem elegancki. Czekałem, kiedy przyjdą mnie aresztować. Plecak miałem wypchany sucharami i cebulą. Kiedy grupa aresztująca nie pojawiała się, wyszedłem na ulicę. Przeszył mnie mroźny wiatr, zapowiedź zimnej celi więziennej. Wezbrałem uczuciem nadzwyczajnego patriotyzmu.

Aresztujcie mnie! – wrzasnąłem z całej siły do członka ZOMO, który właśnie prowadził do karetki więziennej trzech mężczyzn. Kiedy nie zareagował, uderzyłem go w twarz, aby zwrócić uwagę na moje prawo do internowania. Ale on dalej nie reagował. Chyba za słabo go uderzyłem – pomyślałem. Jestem za bardzo wrażliwy – ta myśl nie dawała mi spokoju. Powtórzyłem więc cios i dopiero wtedy Zomowiec wyjaśnił:

Wiem dobrze, kim pan jest. Zasługuje pan na internowanie bardziej niż inni. Ale nie mogę pana teraz aresztować, ponieważ karetka więzienna jest już wypełniona po brzegi. No i ta twarda poduszka, którą dla pana przygotowaliśmy, jest zajęta. Jak tylko przyjadę na posterunek, od razu będę interweniować u samego Generała J., aby pana internowano. Może nawet interweniować w Sejmie? Zastanowił się chwilę, po czym puknął się w czoło. Oczywiście, że jak trzeba, to w Sejmie – oświadczył, podszedł bliżej i uścisnął mi rękę.

Dlaczego on tak postąpił? – zapytał naiwnie dziennikarz znanej gazety. Znanej z tego, że na pierwszej stronie zamieszcza największe rewelacje polityczne świata. Bohater poczuł się zażenowany małością pytania.

Po prostu wywarłem na nim wielkie wrażenie. On doskonale wiedział, że tej nocy powinienem trafić do więzienia na długie lata jako numer jeden. Numero Uno – tak o mnie pisała wówczas włoska prasa. Zasłużyłem sobie na to – bohater podziemia wyciągał chusteczkę i wysmarkał się wzruszony niespełnioną tragiczną historią własnego życia.

Na czym polegały pańskie zasługi w tamtym czasie? – zapytał dziennikarz znanej gazety.

Przenosiłem bibułę z piwnicy do toalety. Brakowało wtedy papieru toaletowego i korzystaliśmy z bibuły. To taki miękki paper, którego pan nie pamięta. Nie znosiłem papieru gazetowego, był twardy i szeleszczący. To kwestia dobrego wychowania i gustu – wyjaśnił działacz podziemia rozbrajającym uśmiechem numer dwa, który pojawia się automatycznie, kiedy właściciel tworzy historię więzienną w burzliwym życiorysie.

Były Prezydent Wałęsa twierdzi, podobnie jak i inni znani politycy z tamtych lat, że Pan nie był ani nie mógł być internowany, ponieważ nikt pana nie znał, bo zajmował się pan wtedy hodowlą kota.

Co Wałęsa i inni mogą wiedzieć o mnie jako działaczu podziemia w tamtych latach? – J.K. wybuchnął gniewem, od którego jego pociągła twarz pokryła się piegami z lat zmagań z księżycem.

Wałęsa wtedy sam nic nie znaczył. Internowano go, ponieważ trzymał w ręku transparent z moją podobizną. Kiedy pojawił się z nim na ulicy, tłum zaczął jednogłośnie skandować: Nie żyje Jarek K! Niech żyje! Niech żyje! Nienawiść do ówczesnej władzy ogarnęła wtedy całe miasto. Nie pamiętam dokładnie, jakie to było miasto, ale wiem z pewnością, że nie było to na wsi.

Kiedy dziennikarz spojrzał pytająco, J.K. wyjaśnił: Wie pan, nie lubię wsi. Oni tam chodzą w gumiakach, a to nie przystoi działaczowi podziemia, który w głowie ma ideały, a nie plewy. Ja chodzę w lakierkach. Nie wychowywałem się na podwórku, jak ten tam …No, jak mu tam? No, ten piłkarz w rządzie! No, jak mu tam? Nieważne! Przepraszam, pamięć mnie zawodzi od tragicznych przeżyć w czasie internowania. Ale co pan o tym wie? Jest pan zbyt młody, aby rozumieć tamte lata!