Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 73: Burzliwe przemiany mieszkańców Casi

Wiec okazał się wielkim sukcesem. Pisały o nim lokalne media, prasa i blogerzy. Mieszkańcy wsi otworzyli się i podjęli poważną debatę. Sefardi postanowił pójść za ciosem. Wieczorem opracował plan dalszych działań i nadał mu nazwę „Strategii dynamicznego rozwoju społeczności Casi i okolic”.

– To za mało. Ten tytuł nic nie wyjaśnia, ponieważ każda strategia określa dalsze działania – protestował Wiktor, po czym zaproponował, aby do nazwy „Strategia” dodać słowa „na rzecz otwarcia umysłów i serc mieszkańców Casi: matuzalemów, dinozaurów ostatniej generacji elektronicznej oraz ludzi zagubionych w marazmie, włącznie z tymi, którzy przesiadują w oknach z głowami podpartymi dłońmi”. Na zarzut, że jest to nazwa długa i zawiła, i może jeszcze bardziej skonfundować ludzi, bronił się upierając, że jedynie precyzja słowa i myśli może uratować ludzi zagubionych. W duchu nazywał ich matołami. Po burzliwej dyskusji uproszczono tytuł strategii, uzgodniono, że nie będzie się używać w niej słów negatywnych oraz że we wsi powstanie Komitet Organizacyjny Walki z Marazmem.

W skład komitetu weszli Sefardi, Wiktor, Przewodnik oraz Tubylec. Ustalenie zasad przewodniczenia komitetowi przełożono na termin późniejszy, ponieważ czas naglił do przekucia w czyn świeżo ujawnionej twórczej energii wsi. Poczynania komitetu pobłogosławił proboszcz parafii przyznając poufnie, że i on skapcaniał uciekając od nowoczesnej technologii.

– Duchowny nie może żyć tylko przykazaniami i przestrzeganiem przed grzechem śmiertelnym – podsumował, potwierdzając równocześnie, że to, co nastąpiło w Casi to istny cud. Komitet uznał, że jest on na drodze do wybawienia intelektualnego.

Kontynuując zbożne dzieło wyzwolenia ludzi z marazmu, Sefardi zwołał spotkanie starszyzny wsi. Spotkanie odbyło się w klubie, jaki założono w remizie strażackiej, tradycyjnym miejscu wielkich imprez w świecie wiejskiej małości. Klub nazwano „Matuzalem” na cześć biblijnego Matuzalema, który był synem Henocha, ojcem Lamecha i dziadkiem bohaterskiego Noego. Skojarzenie długowiecznego Matuzalema z jego przedsiębiorczym wnukiem, co uwidoczniał plakat, podziałało motywująco na mieszkańców wsi, gdzie wiara i religia stanowiły siłę pociągową społeczeństwa. Komitet inicjatywny działał jak mógł najszybciej, kując żelazo, póki gorące, z obawy, aby pozytywny trend zmian nie odwrócił się lub nie uległ załamaniu. Na drzwiach remizy pojawił się artystycznie wykonany plakat: „Czy chcesz żyć godnie i bogato?”.

Aby podnieść rangę imprezy, opracowano ceremoniał spotkań oparty na zasadach protokołu dyplomatycznego oraz wyznaczono konferansjera. Został nim były urzędnik stanu cywilnego, osobnik powszechnie znany, biegły w przemawianiu, mający za sobą bogatą karierę zawodową. W przeszłości był członkiem straży pożarnej, wodzirejem, nosicielem baldachimu nad proboszczem, występował w teatrzyku domu kultury w roli Pinokia oraz śpiewał partie solowe w chórze kościelnym. Sam lekko niedowidzący, służył w charakterze przewodnika ludziom ociemniałym. Był także znakomitym grzybiarzem, jedyną osobą w okolicy zdolną znaleźć w lesie trzydzieści borowików nawet w roku potwornego nieurodzaju na grzyby. Jego popularność była niekwestionowana. Dzięki doświadczeniom życiowym konferansjer dysponował umiejętnościami aktorskimi, co go wyróżniało spośród innych kandydatów. Mieszkańcy Casi podziwiali go za bogatą karierę i zaangażowanie, choć byli i tacy, co go szczerze nienawidzili zazdroszcząc mu niezwykłej aktywności i przodownictwa we wszystkim.

Drugim kandydatem na konferansjera był ksiądz-emeryt, który znał wszystkich i którego wszyscy znali, ponieważ ich chrzcił i udzielał ślubów, spowiadał i udzielał komunii świętej, był ich katechetą, odwiedzał w domach z opłatkiem i żegnał na ostatniej drodze życia. Prestiż kościoła, parafii i księdza był niekwestionowany. Wciąż łaknący popularności i miłości bliźniego, uznał jednak, że występując w roli konferansjera może naruszać prestiż kościoła, najtrwalszej instytucji lokalnej, i z żalem wycofał się z rywalizacji.

Konferansjer rozpoczął spotkanie chwaląc zebranych za przybycie, aby chwilę potem zaszokować ich wyjątkowo długim i szczerym pytaniem: – Jak zamierzacie wyrwać się z marazmu, jaki nam wszystkim oferuje teraźniejszość, w której nie ma czasu na czytanie książek i mądre rozmowy, ponieważ mamy smartfon, nie ma miejsca dla dzikich zwierząt, ponieważ zabieramy im przestrzeń życiową, nie ma miejsca na zdrowe odżywianie, ponieważ naturalne produkty występują głównie w formacie „Trzy w jednym” z dodatkami chemicznymi, a jedyne, co jest lepsze niż dawniej, to policja, sądy i więzienia, instytucje, które z powodzeniem zastąpiły inkwizytorów, garotę i płonące stosy. Proszę o zgłaszanie się do odpowiedzi.

Była to przemyślana strategia. Prowadzący nie oferował gotowych rozwiązań, tylko zachętę do szukania własnej odpowiedzi, a następnie – drogą przemiany wewnętrznej – dokonania przełomu w blokadach własnej osobowości. Po przypomnieniu sobie osiągnięć, pojawił się pierwszy ochotnik. Nie był pewny czy jego propozycja będzie trafna, więc wahał się chwilę, nie chcąc się zbłaźnić. W końcu wydusił z siebie:

– Czy można zgadywać?

Konferansjer okazał się właściwym człowiekiem na właściwym miejscu i szybko znalazł odpowiedź na trudne pytanie. Po krótkim zastanowieniu, którego potrzebował bardziej do wywołania uznania dla swoich umiejętności niż przemyślenia odpowiedzi, stwierdził, że w walce z marazmem obowiązuje wolna amerykanka.

– Catch as catch can! – powiedział, po czym wyjaśnił, że znaczy to, że każdy chwyt jest dozwolony i trzeba radzić sobie jak tylko można. – Wolna amerykanka to nie jest mebel, na który można usiąść, tylko styl walki z przeciwnikiem lub ze sobą, co w przypadku marazmu na jedno wychodzi – zakończył odważnie.

– Uderzyć się mocno w głowę, aby się zmienić! – Ktoś usiłował błaznować, dając zły przykład innym.

Niewybredna wypowiedź rozwiązała worek inicjatyw i energii społecznej. Z różnych stron remizy odezwały się głosy. Ludzie się ośmielili. Zapanowała atmosfera euforii sprzyjającej otwieraniu się uczestników zebrania. – Dużo czytać! Podpatrywać dzieci, jak one to robią!

Ktoś zaproponował poważnym głosem, aby kopnąć się w pośladek. Kiedy zapadło milczenie, wyjaśnił, że mówi to pod adresem osób z dużymi siedzeniami, którym ciężko jest wstać z fotela lub tapczanu, kiedy siedzą przed telewizorem. Wypowiedź została źle przyjęta.

– Kopnij się sam. Nie będziesz mi, chamie, wymawiać dużego siedzenia! – Ostro replikowała obfita niewiasta, traktując wypowiedź bardzo osobiście.

Rozpętała się burza. Jedni usiłowali ją uspokoić, drudzy dolewali oliwy do ognia drażliwymi a nawet kąśliwymi uwagami. Znikły różnice merytoryczne, na wierzch wypłynęły różnice płci, kultury, języka i wykształcenia. Kobiety występowały przeciwko mężczyznom, a chwilę potem przeciwko kobietom, starzy przeciwko młodym, którzy nie pozostawali im dłużni, ignoranci przeciwko erudytom, prostacy przeciw wysublimowanym, miłośnicy pięknego języka przeciwko gburom. I na odwrót. Powstało takie zamieszanie, że musiał interweniować konferansjer. Zamachał rękami, aby zwrócić na siebie uwagę, po czym wyjaśnił, że propozycja kopania się w siedzenie dotyczy w równiej mierze kobiet jak i mężczyzn.

– Mamy równouprawnienie i wszystko, co rozpatrujemy, odnosi się do obydwu płci.

– A co z trzecią płcią? – Pytanie padło zza pleców osób siedzących na sali, było prowokujące i podstępne, ponieważ wiadomy był jego skutek – dalsze rozognienie dyskusji.

Głos zabrał ksiądz. Dzięki wieloletniej praktyce spowiedzi w bliskości pana Boga był biegły w ludzkich słabościach i dewiacjach. Nie dał się zbić z pantałyku. Ripostował z łatwością.

– Parlament hinduski stworzył definicję trzeciej płci i jesteśmy w stanie odpowiedzieć na to trudne pytanie. Wcześniej nie było to możliwe, mogło wywołać tylko zamieszanie, a nawet popłoch. To straszna rzecz. Na przykład wczoraj w parlamencie spłoszyły się dwa konie partyjne, wywołując konsternację wśród posłów.

 

Z serii „Szyderstwem w dyktaturę”: Bolesny wątek prawdy i kłamstwa.

– Robiąc zakupy korzystam z każdej okazji, aby wzbogacić się i rozwinąć politycznie, zrozumieć złożoną rzeczywistość oraz nasycić wiadomościami krążącymi lotem jastrzębia po kraju, Europie i świecie. – Objawił mi w zaufaniu Iwan Iwanowicz.

– Stałem cierpliwie w kolejce w sklepie „Pod Przecudnym Owadem”, kiedy zaskoczono mnie pytaniem, co myślę o potwornym kłamstwie premiera Chudego, który w palącym słońcu na wiecu bezlitośnie obnażył prawdę liczbową o opozycji. Odpowiedziałem, że jestem średnio zorientowany, na co odezwały się głosy oburzenia, że „brak ci człowieku zaangażowania”, „taki stary a taki niemrawy intelektualnie”, „a gdzie rześkość emeryta postpeerelowskiego” i podobne.

Rozpętała się dyskusja. Jak zwykle głosy w kolejce rozdwoiły się niby język węża, jedni bronili premiera, że nie skłamał tylko się omylił podając fakty sięgające nawet ośmiu lat do tyłu, inni upierali się, że nie tylko on kłamie, ale i opozycja, jeszcze inni mówili o kłamliwych nie tylko ustach premiera, ale i jego okularach, którymi wprowadza w błąd tworząc aurę profesora, kiedy w istocie jest zwykłym sługusem i pomagierem Tego, Który Stoi Nad Nim. Ostatnia głos zabrała niewiasta, która w telewizji szeptała orzeczone przez sąd przeprosiny premiera zsiniałymi z przerażenia ustami, wyjaśniając, że uczyniła to tylko dlatego, że jej obiecał złotą górę i paczkę bezpłatnych voucherów do sklepów „Pod Przecudnym Owadem”. – Muszę dorabiać do emerytury – dodała ze szlochem.

Zrobił się rozgardiasz, który doprowadziłby do awantury, gdyby nie szczęśliwy traf, że w sklepie znalazł się współpracownik premiera Chudego, jego prawa ręka, wyposażony w wiedzę bogatszą niż niejeden gabinet polityczny. Był to osobnik masywny jak zapaśnik mongolski o obfitych ustach wioślarza znad Nigru. Wyjaśnił szczegółowo sytuację premiera.

– Premier swoje rzekome kłamstwo przeżywa bardzo ciężko, wręcz je odchorowuje, leczy się szumem strumieni górskich, szukając ukojenia także w miejscach słonecznych nad jeziorem Garda we Włoszech oraz w muzyce uderzeń siekiery w twardy pień dębu. Przez to oskarżenie o kłamstwo, które w mojej ocenie było czystą prawdą, pan premier mniej jeździ na spotkania z wyborcami, a jak jedzie, to tylko tam, gdzie odbywają się akurat dożynki i gospodarze rozdają chleb do całowania oraz kwiaty do wpięcia w górną kieszonkę marynarki, ponieważ premier kocha jedno, drugie i trzecie, i zatracając się w miłości zapomina o bólu.

– A co robi w domu? – zapytano. Przecież nie jest cały czas w rozjazdach!

– W domu pan premier siedzi najczęściej przed lustrem, kaja się, zadaje sobie pytanie, dlaczego to akurat jego złapali na kłamstwie, powtarza „czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal”, pluje sobie w brodę, co kończy się na lustrze, karci siebie i udziela sobie pokuty, po czym sięga po cieniutki flet i gra na nim tęskne melodie dla uspokojenia skołatanego serca.

– Flet – wyjawiła prawa ręka premiera – wpływa na niego kojąco, przypomina mu ukochaną muzykę harfy, która podobno szczególnie mocno zniechęca do kłamstwa. Pan premier to człowiek nadzwyczajny. Jak zapewne zauważyliście, jest elegancko smukły, jego głos rozchodzi się promieniście po całym kraju, jego okulary o cienkich złotych oprawkach promieniują dobrocią jego osobistej władzy oraz Tego, Który Stoi Nad Nim.

– Jak scharakteryzowałby pan premiera Chudego jako polityka? – Padło dociekliwe pytanie.

– O tym cudownym człowieku mogę mówić tylko w superlatywach, wywyższać go, ale nie bardziej niż Tego, Który Stoi Nad Nim, bo on jest dla nas wszystkich Ojcem Narodu, Słońcem i Kosmosem Nadziei. Premier jest osobą serdeczną, ciepłą, o anielskim usposobieniu, a to, że nie udało mu się skłamać tak, jak by powiedział prawdę, świadczy tylko o nadzwyczajnych zdolnościach dyplomatycznych, bo powiedzieć dobre kłamstwo nie jest tak łatwo. Ćwiczymy to od kilku lat i sam wiem, jaka to odpowiedzialność wobec pana Boga, który na szczęście jest po naszej stronie, podobnie jak Różowa Pantera, jak nazywamy ministra z różanymi policzkami i sylwetką greckiego efeba, który będzie rozliczać opozycję za oszczerstwa wobec pana premiera Chudego.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 71: Pierwsze doświadczenia Sefardiego w Casi

Przyjeżdżając do Casi, Sefardi miał jasny cel: wyrwać lokalną społeczność z marazmu. Od dawna o tym myślał. Czytał o marazmie jako formie apatii, chorobie społecznej o podłożu wirusowym. Chodziło mu głównie o znajome małżeństwo, osiadłe od lat na wsi. Niegdyś utrzymywało ono z nim i ze światem ożywione kontakty; od czasu przejścia na emeryturę oboje, mąż i żona, zapadli w letargiczne milczenie jak smutny borsuk w sen zimowy o korzonkach i grzybach. Sefardi na początku dziwił im się; przestał, kiedy zobaczył, że w międzyczasie cała wieś pogrążyła się w niebycie. Zaczęły się tam dziać dziwne rzeczy. Zwykły list wysłany do Casi wędrował kilka dni, jakby pocztę przewożono wozem ciągnionym przez woły. Dojeżdżając do wsi Sefardi zauważył parę wołów z okna pociągu, co go umocniło w przekonaniu, że wieś naprawdę żyje przeszłością.

Casi miała tylko dwa telefony komórkowe: jeden na posterunku policji, drugi w remizie straży pożarnej. Mieszkańcy zarażeni wirusem marazmu nie używali telefonów, komputerów ani Internetu i nie mieli pojęcia, co dzieje się na świecie. To wyłączenie się pogłębiało ich apatię. Mur ignorancji wobec świata zewnętrznego, kultury, muzeów, banków, perspektyw i widoków uważali za sensowny, a nawet użyteczny. Nieobecność komputera była dla nich pasem cnoty; sami go sobie nakładali i wytrwale nosili. 

Na początku pobytu w Casi Sefardi łudził się, że zauważy choćby nieśmiałe zapowiedzi zmian i ślady pierwszych przeobrażeń. Było gorzej niż przypuszczał. Wieś pogłębiała się w zastoju, rodzaju zaraźliwej apatii. W powietrzu czuć było atmosferę odrętwienia i rezygnacji. Już sama zabudowa wsi wpędzała w przygnębienie. Było tu wszystkiego po trosze: trochę wsi i trochę miasta, pola uprawne, kilka małych zakładów przemysłowych, niezagospodarowane działki budowlane, gdzie zimnymi wieczorami hulał pijany wiatr, jak twierdzili mieszkańcy. Sam sposób ich mówienia męczył Sefardi.

Było też trochę samochodów, wśród nich jeden zdezelowany Porsche i dwa smutne Mercedesy. Z innych pojazdów mechanicznych były jeszcze Ople, Mazdy, Renaulty, Fiaty, Fordy i Toyoty, wszystko to przestarzałe modele, jak ze złomowiska. Chlubą wsi były trzy sklepiki z artykułami żywnościowymi, apteka i dom kultury z biblioteką. Z narzędzi rolniczych podróżnik zauważył tylko traktor i kombajn, obydwa do wynajęcia za beznadziejnie niską cenę. Koni było jak na lekarstwo.

– W dobie cywilizacji globalnej, w jakiej żyjemy, zwierzęta pociągowe są przeżytkiem – tłumaczono mu. – Zrozumieliśmy, że w gospodarce zdominowanej przez firmy większe niż państwa, pył, spaliny i bylejakość produktu są normą, a woda źródlana skansenem zamykanym w butelkach plastikowych, bo tak jest najtaniej. To najpewniejszy sposób osiągnięcia dobrobytu i taki stan nam odpowiada.

W rozmowie z Tubylcem, jak nazywano młodego autochtona o urodzie zaspanego aspiranta-farmaceuty, jedyną osobą w okolicy przyznającą się do tęsknoty za zmianą, Sefardi uzyskał ważną informację. Wieś zamieszkiwali głównie intelektualiści, którzy przeszli na emeryturę, rozstając się dobrowolnie nie tylko z pracą, ale także ciekawością świata i ambicjami. Tubylec nazywał ich degeneratami, siebie samego uznawał za banitę.

– Casi ma najwyższy w regionie wskaźnik intelektualistów na emeryturze – wyjaśnił rozmówca. Mimo tego miejscowość duchowo jest wymarła. – Dodał ze smutkiem w oczach skrytych za przyciemnionymi okularami. Zachowywał się jak uciekinier zapomniany przez los.

Na ulicach prawie nie było ludzi, panowała cisza, od czasu do czasu pojawiał się samochód; kierowca zazwyczaj pytał o drogę lub publiczną toaletę. Wyjątkiem były tylko okna, w których tkwiły postacie kobiet i mężczyzn, nieruchome, milczące, podparte łokciami spoczywającymi na parapecie. Były ich dziesiątki, w niedziele i święta może nawet setki. Na ich twarzach malował się smutek i zagubienie. Od tubylca o twarzy zaspanego aptekarza Sefardi dowiedział się, że tylko ludzie młodzi, przelatujący przez wieś jak upiory na rowerach, motocyklach lub w samochodach osobowych, używali smartfony, laptopy, tablety i komputery.

– Przynajmniej wiedzą, co znaczą słowa takie jak SMS, poczta elektroniczna i Skype. – Dodał Tubylec, znikając między zatopionymi w ciszy opłotkami.

*****

Spacer po wsi był przykrością, którą Sefardi nieświadomie sam sobie zafundował. Wieś była martwa, nie w dosłownym tego słowa znaczeniu, ale intelektualnie. Była ruiną. Gdziekolwiek nie ruszył się, wiało przygnębieniem. Marazm opanował wieś jak zaraza i unieruchomił mieszkańców w oknach z głowami obok doniczek z roślinami ozdobnymi. Miał wrażenie, że jest na ukwieconym cmentarzu, gdzie zdjęcia osób już nie istniejących widnieją obok świeżych kwiatów. Swoje obserwacje Mistrz zapisywał w pamięci małego laptopa, który zawsze zabierał z sobą w podróż.

Następnego dnia wyruszył na spacer o brzasku, aby nasycić się kolorami promieni słonecznych igrających kroplami rosy na trawie oraz kryształkami wody misternie ułożonymi na sieciach pajęczyn.

Wracając ze spaceru wędrowiec natknął się na pochód uroczyście ubranych, niemłodych już mężczyzn i kobiet, z ogorzałymi twarzami i oczami i o żywym wejrzeniu. Kilku mężczyzn nosiło sutanny. W nieposkromnionej ciekawości odkrywania świata, Sefardi zapytał ich, kim są i dokąd idą. Odpowiedzieli nierównym chórem, śpiesząc z wyjaśnieniami. Była to starszyzna intelektualna, osoby dojrzałe, z wyjątkiem jednego uczestnika, wyglądającego jak dziecko, z gładkimi policzkami i wyrazem uduchowienia na twarzy. Byli to ludzie różnych profesji, nauczyciele, księża, inżynierowie, rolnicy, biuraliści, funkcjonariusze policji i oficjele wiejskiej społeczności, a nawet wykształcona za granicą sprzątaczka ze znajomością dwóch języków obcych.

– Jesteśmy ludźmi kulturalnymi, lecz bez aspiracji uczenia się i stosowania nowych technologii, komputera, Internetu, Googla i podobnych wynalazków, które uznajemy za fanaberię cywilizacji.

 – Prawdziwe zadupie wiedzy, miejsce zsyłki intelektu, ciemnogród gubernatora Barrasa! – Pomyślał Sefardi z niechęcią, bez chwili wahania, czy ocena nie jest zbyt surowa. Na usta cisnęło mu się pytanie, w jakiej konkretnej sprawie demonstrują. Zaskoczyli go odpowiedzią. Żądali usunięcia nowoczesnej technologii z domu, szkoły i kościoła. Przeszkadzała im, uważali ją za narzędzie szatana. Rozgadali się ucieszeni, że mogą otworzyć usta, aby wyjaśnić komuś swoje niepokoje.

Deszcz wypowiedzi przytłoczył Sefardiego obfitością przemyśleń i obserwacji.

– Internet jest pełen pornografii! To ohydne! Palce nam pogrubiały i trudno jest uderzać w klawisze. Stukanie w klawisze i patrzenie w ekran niszczy umysł. Dzieci tracą pamięć i zdolność koncentracji i przybierają na wadze! Chłopcy przestają grać w piłkę, a dziewczynki bawić się lalkami. Siedzenie przy komputerze wywołuje hemoroidy i zabiera czas, który lepiej poświęcić uprawie ogródka lub zbieraniu grzybów w lesie! Cenię postęp cywilizacyjny, ale technologia mnie przygnębia! – Przekrzykiwali się nawzajem.

Demonstracja wydała się Sefardiemu podobna do konduktu pogrzebowego z ciałem wisielca-samobójcy, którego wszyscy dobrze znali, ale znienawidzili za popełnioną zbrodnię. Stojący przed nim ludzie pozostali w tyle za ogółem społeczeństwa, mimo że reprezentowali potencjał intelektualny wsi. Powiedział im to otwarcie w oczy. Był pewien, że zażądają wyjaśnień. Nic takiego nie nastąpiło. Przełknęli zarzut jak niewinną pigułkę na przeziębienie. Nie mieli do niego pretensji, zapewniali go o tym zgodnie. Poinformowali go też, że większość mieszkańców nie uczestniczy w demonstracji, ponieważ siedzi w oknach. Sefardi pomyślał, że demonstranci to szpica lokalnej społeczności, usiłująca wyrwać się ze szponów marazmu poprzez zorganizowany wysiłek fizyczny na świeżym powietrzu.

Bądź patriotą! Kup książkę Michaela Tequili:  https://tinyurl.com/y895884p lub: https://tinyurl.com/y7cza5nc

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 70: Awantura na przystanku autobusowym

Coś trzeba było zrobić z samochodem. Próbowali znaleźć pomoc drogową w Internecie korzystając z telefonu komórkowego. Okazało się to niemożliwe z braku zasięgu lub jakiejś innej przyczyny. Wypadało zostawić samochód na miejscu i udać się po pomoc. Sefardi wahał się; miejsce było położone za miastem i wyglądało odludnie. W oddaleniu widać było dwa domy, lecz w obejściach nie było żywej duszy. Nie martwił się o kradzież samochodu; miał sflaczałe trzy opony i nie można było nim jechać. Kradzież była praktycznie niemożliwa, chyba że złodziej miałby ze sobą platformę transportową. Ktoś mógłby jednak usiłować włamać się do środka.

Po naradzie postanowili, że Iwan Iwanowicz zostanie przy pojeździe, zaś Sefardi i Wiktor udadzą się w kierunku widocznych dalej dwóch domów, aby szukać pomocy. Wrócili z dobrą wieścią, że znaleźli miejsce, gdzie można bezpiecznie zostawić samochód do następnego dnia. Trzeba było tylko przejechać kilkadziesiąt metrów w kierunku budynku z rudawej cegły. Po wymianie tylnej uszkodzonej opony na zapasową wyjętą z bagażnika, Sefardi przejechał samochodem na dwóch sflaczałych oponach. Pojazd zostawili na podwórku, w otoczeniu zabudowań gospodarczych.

Właścicielka gospodarstwa stała przed drzwiami wejściowymi swojego domu i przyglądała się. Sefardi usiłował wręczyć jej pieniądze, wydawało mu się to obowiązkiem, bo widać było, że gospodarze żyją skromnie. Odmówiła przyjęcia zapłaty, powtarzając kilka razy „nie” i wyjaśniając, że byłoby nieuczciwe wykorzystać kogoś w nieszczęściu. Nie przeszkadzało jej to, że samochód częściowo blokował drogę na podwórko. Poprosiła tylko o zabranie go do końca niedzieli. Od poniedziałku przejazd był potrzebny. Dla pewności Sefardi zaproponował, że zostawi kluczyki do samochodu. Kobieta zawahała się, po czym przyjęła je prosząc jeszcze raz, aby samochód został zabrany nie później niż w niedzielę. 

– Nie ma obawy, zrobię to z pewnością. Samochód jest mi potrzeby. Serdecznie pani dziękuję, Sefardi był wylewny.

– Nie musi pan. Jestem chrześcijanką. Ludziom trzeba pomagać.

*****

Nie musieli zastanawiać się, jak dostać się do miasta. Przystanek znajdował się dwieście metrów dalej. Był to najzwyklejszy przystanek autobusowy, ani nowy, ani stary, oszklony z tyłu i po bokach, z daszkiem nad głową. Naprzeciw metalowo-szklanej konstrukcji sterczał słup z przewodami elektrycznymi, po prawej i po lewej stronie znajdowały się – wydało im się to dziwne – dwa wielkie betonowe kosze na śmieci. Z tyłu widoczny był skwer z trawnikiem, krzewami i drzewami.

Na miejscu zastali sporą grupę ludzi, głównie starsze osoby. Niektóre przestępowały z nogi na nogę, jakby niecierpliwiły się lub pilnie potrzebowały pójść do toalety. Iwan Iwanowicz wyraził zdziwienie zadając po cichu pytanie, skąd na tak odległym przystanku znalazło się tyle osób. Wśród zgromadzonych wyróżniał się tęgi, wysoki mężczyzna, byle jak ubrany. Jego czyste wypolerowane buty kontrastowały z pozostałą częścią ubioru. Wyglądały jakby je komuś ukradł. Był pijany i głośno przeklinał. Czekający na przystanku nie zwracali na niego uwagi.

– Co się gapicie? – rzucił zaczepnie. Nie widzieliście ludzi na przystanku? Wyraźnie szukał pretekstu do wywołania awantury, prowokował nowoprzybyłych. Nie odpowiedzieli na zaczepkę. Pozostałe osoby przyglądały im się, jakby przyjechali z innej planety, uważnie i taksująco. Ich spojrzenia były niechętne, wręcz napastliwe. Chuda, starsza niewiasta, w ciemnym płaszczu i berecie na głowie, nie wytrzymała milczenia. Podeszła do nich, przyjrzała się każdemu z osobna i zatrzymała przed Sefardim.

– Ty bezbożniku! Chcesz wpędzić do grobu swoją starą matkę?! Ty bezduszny potworze! – Krzyknęła i zaczęła żgać go parasolką w piersi i brzuch. Tłum zacieśnił się wokół nich. Sefardi poczuł na plecach uderzenia jakimś niezbyt twardym, kanciastym przedmiotem. Odwrócił się. Leciwa, tęgawa kobieta okładała go torebką, oddychając ciężko przez szeroki nos. Jej srebrno-blond fryzura miała przedziałek pośrodku głowy, ujawniający ciemniejszy, naturalny kolor włosów. Kiedy otwierała usta ujawniała się szpara między dolnymi zębami. Po wydaniu okrzyku, usta jej się zaciskały, dolna warga odstawała na zewnątrz, wydatny biust podnosił się i opadał. Ubrana w staromodną suknię energicznie wymachiwała palcem przed jego twarzą.

– Dlaczego niszczysz kraj prześladując porządnych ludzi, którzy dla niego coś robią? Nie to, co ty, pasożycie! Ty pismaku!

Sefardi domyślił się, że go rozpoznała, że wie kim jest. Wciąż naciskany ze wszystkich stron i atakowany, nie wiedział, co robić. Wiedział już natomiast, że wypadek samochodowy i agresywny tłum na przystanku to był ukartowany plan. Nie było w tym żadnego przypadku.

– Ludzie! O co wam chodzi? – Zapytał rwącym się głosem, zerkając w kierunku skąd miał nadjechać autobus. To naturalne pytanie okazało się niefortunne, dolał nim oliwy do ognia. Ze wszystkich stron padały w jego stronę okrzyki i pytania. Zorientował się natychmiast, że otaczający go ludzie znali go, a teraz oskarżali, że jest zagranicznym sługusem i wrogiem ojczyzny. Słowa kobiety z parasolką skojarzył z manifestacją na Placu Centralnym, gdzie krytykował gubernatora Barrasa za finansową dewastację kraju.

– Może powiecie mi, kim jesteście i czego chcecie? – Wydusił z siebie, niepewny, czy pytanie jeszcze bardziej nie rozeźli tłumu.

– Komu mamy się przedstawiać? Tobie łachudro? Jesteś taki gniot, że pierwszy lepszy wieśniak przy tobie to pan. – Padły obraźliwe słowa. Świdrując go gniewnymi oczami, po każdym zdaniu kobieta powtarzała „No!” „No!” a jej podbródek podnosił się do góry jeszcze bardziej zaokrąglając nalaną twarz.

Tłum stawał się coraz bardziej nieprzyjazny, gęstniał, osaczał go. Mistrz chciał zawołać przyjaciół na pomoc, lecz ich rozdzielono. Kątem oka zauważył, że Iwan Iwanowicz ma na karku swoich napastników. Atakujący stawali się bardziej agresywni. Zaczęły się poszturchiwania, padały coraz ostrzejsze epitety. Nie wiedział, jak się bronić, tym bardziej, że byli to tylko starsi ludzie. Gdyby w obronie własnej uderzył którąkolwiek z atakujących go osób, wywołałby Bóg wie jaką reakcję. Wyraźnie go prowokowano. Opędzając się od napastników usłyszał, jak ktoś woła:

– Gdzie są ci dwaj, co mieli dać mu nauczkę. Niech ktoś zadzwoni. Już dawno powinni tutaj być!

– Te dwa osiłki? Ci ochroniarze? – Dopytywał się jakiś mężczyzna.

Nastąpiło najgorsze. Jedna z kobiet rzuciła się na niego z pięściami i zaczęła okładać go po głowie, piersi i ramionach. Chwilę później leżał powalony na ziemię. Przerażony usłyszał, jak ktoś krzyczy spazmatycznie: – Zabić tego zaprzańca! Zabić go!

*****

To go wyrwało z odrętwienia. Zwinął się w kłębek i przeturlał się kilka metrów w kierunku małego parku, po czym, bez zastanowienia, nie oglądając się do tyłu ani na boki, nie oceniając, co się dzieje, zerwał się na nogi i zaczął uciekać. Ktoś rzucił się za nim w pościg. Sefardi słyszał krzyki, lecz był już w zaroślach i pędził przed siebie. Zwolnił, kiedy tracił już oddech.

Znalazł się na terenie zabudowanym. Kilka luźno stojących domów przypominało małą osadę. Był nawet urząd pocztowy. Zatrzymał się, aby zastanowić się, co robić dalej. Przypomniał sobie telefon komórkowy. Sięgnął do kieszeni, na szczęście telefon nie był uszkodzony. Zastanawiał się do kogo dzwonić, Wiktora czy Iwana Iwanowicza. Wybrał numer Wiktora. Odpowiedział mu obcy, męski głos. – Słucham. Nie przedstawiając się Sefardi powiedział, że chce rozmawiać z Wiktorem?

– Wiktor jest teraz zajęty. Proszę poczekać. W chwilę później nieznany głos dodał, jakby po krótkiej konsultacji: – Wiktor pyta, gdzie pan jest teraz. Sefardi domyślił się, że chcą go namierzyć. Natychmiast wyłączył telefon.

Do domu dotarł późnym wieczorem. Przywiózł go przypadkiem spotkany mężczyzna, który wsiadał do samochodu przy domu na osiedlu i za opłatą zgodził się zboczyć ze swojej stałej trasy. Na pytanie, co się z nim stało, czy ktoś go pobił, Mistrz wyjaśnił tylko, że miał wypadek, uderzył w drzewo, wydostał się z samochodu, potem chyba przysnął albo stracił przytomność, potem zabłądził.

Do domu trafił w nocy. Najpierw wziął gorący prysznic, ubrał się w strój domowy, zjadł coś naprędce i usiadł w fotelu, aby zastanowić się nad tym, co się stało i dlaczego. Po raz pierwszy w życiu poczuł się zagrożony. Sprawę, zawiadomić policję czy nie, zostawił na później. Nie umiał podjąć natychmiastowej decyzji. Najpierw musiał spotkać się z Iwanem Iwanowiczem i Wiktorem. Ich telefony nie odpowiadały. Postanowił czekać wiedząc, że Barras wypowiedział mu podstępną wojnę. Wydarzenia na przystanku wziął sobie mocno do serca. Postanowił pilnować się, ale nie ograniczać swoich działań. Zastanawiał się, jak najlepiej się zemścić na Barrasie. Nie dawało mu to spokoju. Wkrótce inna sprawa przysłoniła mu horyzont. Miał ważny, dobroczynny cel do spełnienia.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 69: Wypadek samochodowy

Trwał blady, rozmazany świt, kiedy Sefardi wyprowadził samochód z garażu. Zatrzymał się, aby zainstalować GPS. Nie umiał już jeździć korzystając tylko z mapy, gubił się zbyt często. Po drodze miał zabrać Iwana Iwanowicza i Wiktora. Wybierali się razem na wystawę wynalazków, gdzie prezentowano także jego zegarki nagradzane w przeszłości.

Otwierając okno samochodu, aby wpuścić trochę świeżego powietrza, zauważył dwa ptaki. Siedziały na dachu domu nieruchome i milczące, i przypatrywały mu się z przekrzywionymi łebkami. Był o tym przekonany. Wzdrygnął się. Elektryczny mechanizm bramy wjazdowej był zepsuty i Sefardi musiał otworzyć ją ręcznie. Podchodząc do bramy usłyszał dziwne głosy, dobiegające z góry jakby zza pleców. Jeden z ptaków wydawał niezwykłe dźwięki. Sefardi nie umiał ich określić. Na początku było to ćwierkanie, które przeszło w świergot, potem ptak kwilił jak dziecko, w końcu jego głos brzmiał jak miauczenie kota. Pomyślał, że to szpak znakomicie naśladujący głosy ludzi, zwierząt, a nawet piły mechanicznej. Kiedy wsiadał do samochodu, ptaki już odlatywały. Miały ciemne upierzenie, wyglądały jak kawki lub młode kruki. Źle mu się to skojarzyło, poczuł ciarki na plecach. Starał się zapomnieć o dziwacznym wydarzeniu, potrzebował się skoncentrować; brama nie rozsunęła się do końca i przejazd był bardzo wąski.

Najpierw jechali drogą szybkiego ruchu, potem dobrze utrzymaną drogą lokalną, wysadzaną drzewami, mniej uczęszczaną. Przypominało to podróż aleją parkową. Słońce filtrowane przez pnie, gałęzie i liście rozbryzgiwało się na masce i przedniej szybie, działało usypiająco. Po przejechaniu kilkunastu kilometrów, Sefardi nabrał przekonania, że jedzie za nimi ciągle ten sam samochód, raz się przybliża, raz oddala, jakby starał się zniknąć z pola widzenia. Pojazd wyglądał na stary, lecz dobrze utrzymany Chevrolet Belair sprzed kilkudziesięciu lat. Na zakrętach Sefardi widział wyraźnie jego sylwetkę i czerwony kolor lakieru. Obserwacją podzielił się z pasażerami.

– Masz przywidzenia, Sefardi! Raz widzisz dziwne ptaki, teraz jakiś samochód! Ktoś, kto jedzie za nami kilka kilometrów nie oznacza, że cię śledzi. – Wiktor śmiał się, że przyjaciel jest przewrażliwiony.

Kierującemu nie było do śmiechu, ponieważ wciąż widział pojazd w tylnym lusterku. Kiedy w pewnym momencie zamiast przednich reflektorów towarzyszącego im samochodu zauważył parę dzikich oczu nad jezdnią, uznał, że to wynik niewyspania. Oczy poruszały się niespokojnie jak dwie fantastyczne istoty, po czym znikły razem z samochodem z pola widzenia.

*****

Pułapka zakamuflowana szarością jezdni była nie do zauważenia. Znajdowali się akurat na samym zakręcie, kiedy wybuchły równocześnie dwie przednie opony. Sefardi gwałtownie przycisnął pedał hamulca. W chwilę później przebiciu uległa tylna opona i samochód zaczął ściągać w prawo zjeżdżając na pobocze. Zatrzymali się po kilkunastu metrach, wysiedli z wozu i gapili bezmyślnie na siebie, spoceni i oszołomieni nagłością zdarzenia.

Wspólnie obejrzeli trzy sflaczałe opony. Mistrz ukląkł na ziemi, aby przyjrzeć się karoserii od spodu, jakby spodziewając się, że i ona uległa uszkodzeniu. Wstał, wytarł zabrudzone dłonie w chusteczkę i otrzepał spodnie na kolanach. Podwozie samochodu nie nosiło żadnych znaków uszkodzenia; na samych oponach też nie było widać najmniejszego śladu przebicia. Nie było w nich żadnego ostrego przedmiotu. Musieli przejechać po kolczatce położonej w poprzek jezdni. Nie mieli pojęcia, kto i w jakim celu dokonał na nich zamachu. Nie mogło to być przypadkowe zdarzenie. Zastanawiali się, że pojazd bezpośrednio jadący przed nimi nie wpadł na przeszkodę. Gdyby tak się stało, ofiara wypadku znajdowałaby się dokładnie w tym samym miejscu, co oni.

Wypadek był nietypowy. Normalnie o tej porze na drodze był znaczny ruch. Ktoś musiał wiedzieć, kiedy nadjadą i mieć dostatecznie dużo czasu, aby ułożyć na jezdni pas z kolcami. Nie potrzeba było na to wiele, wystarczyłoby kilkadziesiąt, a może nawet i kilkanaście sekund. Zastanawiali się, czy widzieli przypadkiem kogoś z boku jezdni na wysokości zakrętu zanim wybuchły przednie opony. Były tam jakieś krzaki, a w głębi las. Nikt niczego nie zauważył. Zaczęli spekulować, kto i po co to uczynił. Mógł to być czysty przypadek, jakiś szaleniec robiący wredny kawał dla własnej przyjemności. Wiktor przypomniał sobie, że podobne wydarzenie miało miejsce kilka lat wcześniej i prawie skończyło się tragicznie. Samochód zatrzymano wtedy w odludnym miejscu, aby rozpocząć dzikie polowanie na jadącego na wakacje turystę.

Aby się pocieszyć, zaczęli żartować.

– To jacyś zboczeńcy. – Rzucił Wiktor, po czym zaproponował, aby wrócić na zakręt i dokładnie obejrzeć miejsce zdarzenia. Dopiero teraz przyszło im to do głowy. Byli źli na siebie, bo następny kierowca mógł mieć ten sam problem. Należało jak najszybciej usunąć przeszkodę i go ostrzec. Wypadek miał miejsce na samym zakręcie, tuż przed kępą drzew. Kiedy tam doszli, jezdnia była pusta, nie było na niej niczego, co mogłoby poprzebijać opony. Sprawca musiał usunąć przeszkodę od razu, jak tylko samochód Sefardiego przejechał przez pułapkę. Rozejrzeli się. W głąb krzaków i drzew rosnących przy szosie prowadziła mało widoczna polna droga. Zauważyli na niej ślady opon samochodowych, były świeże i wyraźne. Bieżnik był prawie nowy, poprzedniego dnia padał deszcz i na drodze utrzymała się warstwa wilgoci.

– Ktoś musiał stąd niedawno odjechać. – Stwierdził Iwan Iwanowicz rozglądając się po okolicy. – Ten łajdak ułożył i natychmiast zabrał kolczatkę.

Sefardi i Wiktor ucieszyli się, że ich towarzysz otworzył usta, ponieważ uparcie milczał przez  czas podróży. Myśleli, że czuje się źle. Wiktor zapytał go o to, ale starszy pan milczał. To jeszcze bardziej ich zaniepokoiło. Żartowali, że niemiło byłoby przywieźć na wystawę wychłodzone podróżą ciało zamiast ciepłego, żywego staruszka. Kamień spadł im z serca, kiedy się odezwał. Zgodzili się, że mogła to być tylko kolczatka, nic innego, ponieważ dwie przednie opony eksplodowały w tym samym momencie.

– Ktoś stał kilkaset metrów przed zakrętem, rozpoznał samochód i dał znać wspólnikowi ręką lub używając telefonu komórkowego. Ten ułożył kolczatkę na jezdni i schował się w krzakach. Potem, jak tylko zniknęliśmy za zakrętem, od razu ją usunął i odjechał. – Kiedy Iwan Iwanowicz wyraził swój pogląd, Sefardi przypomniał im śledzący ich samochód. Dopiero teraz mu uwierzyli. To był prawdopodobny scenariusz: kierowca lub pasażer jadącego za nimi samochodu poinformował stojącego przy zakręcie wspólnika, że interesujący ich pojazd zbliża się do zakrętu.

– Ale po co ktoś miałby to robić? To nie ma sensu. – Na pytanie nie umieli znaleźć odpowiedzi.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 68: Śmierć burmistrza

– Burmistrz zmarł około północy pchnięty ostrym narzędziem w klatkę piersiową. Prawie bez śladów. Nie można wyobrazić sobie prostszej i doskonalszej zbrodni. – Lekarz sądowy sucho relacjonował wydarzenie. Ekipa dochodzeniowa była w szoku. Burmistrz był postacią znaną i lubianą. Niedawno wybrano go dużą przewagą głosów na trzecią kadencję.

– Jak do tego doszło? Kto to mógł zrobić i dlaczego? – Lekarz, mężczyzna czterdziestoletni, doświadczony fachowiec, nie mógł otrząsnąć się z przygnębienia.

– To musiał być ktoś, kogo ofiara znała. – Komendantka posterunku policji, Ewa Padano, dzieliła się swoimi przypuszczeniami. Była młoda i energiczna, bezwzględnie zdecydowana znaleźć zabójcę, aresztować go i postawić przed sądem. – Mogę sobie to wyobrazić. – Kontynuowała z przekonaniem. – Ktoś zapukał do drzwi i burmistrz zapytał: Kto tam? Odpowiedział mu znajomy głos. Burmistrz zdziwił się trochę, że ten ktoś przychodzi tak późno, ale otworzył drzwi. Wtedy morderca uderzył i odszedł. Żona burmistrza znalazła ciało nad ranem. Jest teraz pod opieką psychologa. Mówiła, że mąż nie był zdenerwowany ani niespokojny mimo fatalnej pogody. Prawdopodobnie był to ktoś, kogo on znał. – Policjantka powtórzyła swoje wcześniejsze przypuszczenie. – Nie znaleźliśmy odcisków palców ani żadnych innych znaków w domu ani na zewnątrz. Wilgoć rozmyła ślady na dworze. Robi się coraz ciemniej, ale od rana zaczynamy od nowa. Przyjedzie specjalista od daktyloskopii.

*****

Ksiądz Terrano poczuł nieprzyjemny ucisk w dołku, kiedy do parafii dotarła tragiczna wiadomość. Była na ustach wszystkich osób, które  znały burmistrza. Tajemnica śmierci powszechnie znanego człowieka okazała się studnią, w której utonęła prawda o mieszkańcach miasta, ich uczuciach i sumieniach. Dla policji była to trudna sprawa. Za dużo było możliwości. Zbrodni mógł dokonać każdy obywatel miasteczka lub ktoś z zewnątrz, zupełnie nieznany. Policja odkryła, był to jedyny pewny fakt, że ofierze zadano dwa śmiertelne ciosy ostrym narzędziem prosto w serce. Tylko czas mógł ujawnić prawdę. Wszyscy czekali na nią z niecierpliwością.

Sefardi i Amizgao nie kontaktowali się ze sobą przez kilka dni. Obydwaj byli w szoku. Myśleli o swoim spotkaniu, rozmowie i zabawie, o tym, czym one były. Zbiegiem niezwykłych okoliczności, nienormalnej pogody, szalonej wyobraźni czy kilku kieliszków wina? Obydwaj nie mieli żadnego alibi, ale to akurat było bez znaczenia. Nikt ich o nic nie pytał.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 66: Cud powrotu parlamentarzystów i fronty atmosferyczne

Przywrócenie parlamentarzystów społeczeństwu uznano za cud. Jego wytłumaczenie zajęło prezydentowi i jego gabinetowi sporo wysiłku.

– Co to za problem, kiedy ma się za sobą prasę, radio, telewizję i kontrolę nad dostawcami usług internetowych, aby zapewnić zgodną współpracę między panem prezydentem a rządem. – Oświadczył Blawatsky na spotkaniu swojego gabinetu, wybranego spośród najwierniejszych członków Partii Konserwatywnej. Była to grupa podziwiająca gubernatora, szczególnie jego zdolność zapewnienia im szybkich awansów w aparacie państwowym. Krytycy Barrasa twierdzili, że najbliższe otoczenie nazywa go „Słońcem Narodu” i wierzy, że w Nomadii gubernator stoi przed Bogiem.

Po przebudzeniu się z koszmaru zdarzeń parlamentarnych, Sefardi umył się, ogolił i zjadł śniadanie, po czym usiadł do biurka, aby spisać przeżycia. Czynił to w pośpiechu wystukując na klawiaturze wyrazy, co do których nie miał nawet pewności, czy piszą się przez „u” otwarte czy „ó” kreskowane, dużą czy małą literą. Rejestrując obserwacje pozostawiał tekst do późniejszego automatycznego sprawdzenia pisowni. Nie potrafił obyć się bez technologii wspomagającej zapis jego przeżyć.

*****

Doniesienia ośrodka meteorologicznego były tak niepokojące, że stacje radiowe i telewizyjne przerywały transmisje, aby dyżurny meteorolog mógł na bieżąco relacjonować to, co widzi z wieży obserwacyjnej, satelitów i sond pogodowych zawieszonych w kosmosie. Nad miastem pojawiły się dwa fronty atmosferyczne przypominające monstrualne wieloryby. Różniło je wszystko, temperatura, gęstość i wilgotność powietrza. Zderzenie tych frontów groziło eksplozją o mocy przekraczającej milion bomb wodorowych. Meteorolog był przerażony, a zarazem zachwycony niezwykłością zjawisk zachodzących w atmosferze.

Większy stwór wypełniony był gorącym powietrzem, jego przeciwnik, niewiele mu ustępujący rozmiarem, był zimny, bez serca i uczuć. Nie mogąc znieść się wzajemnie gotowe były do starcia. Agresorem okazał się front rozpalony powietrzem pustyń, które go zrodziły. Uniósł do góry wielki pysk i rzucił się na oszronionego przeciwnika. Natychmiast uległ ochłodzeniu, para buchnęła strumieniem z ogromnego łba skraplając się z wielkim sykiem i tworząc chmurę przykrywającą pół kontynentu.

W przedniej części układu atmosferycznego, na wysokości dziesięciu kilometrów nad ziemią, zgromadziły się chmury Cirrus, wysokie, pierzaste, przypominające delikatne włókna i pajęcze nici waty cukrowej, zbudowane z kryształków zmrożonego lodu.

Piętro niżej, chmury Altostratus stworzyły szaroniebieską powłokę przetykaną rudym pasem rażącym jak fałsz, przysłaniając niebo na wysokości kilku kilometrów.

Na samym dole panoszyły się Nimbostratusy, niskie, warstwowo-deszczowe, ciemnoszare chmury, wypełnione kropelkami wody i kryształkami lodu. Nasączona wodą gąbka polewała ziemię w pasie szerokości kilkudziesięciu kilometrów.

Fatalna mieszanka wilgoci, zmian ciśnienia i mrocznych wiadomości stały się źródłem nieszczęść: ludzie dusili się, reumatyczny ból wykręcał im stawy do granic możliwości, serca biły jakby samobójczo pędziły pod stromą górę. Szczęście mieli tylko ludzie w stanie upojenia alkoholowego; było im obojętne, co dzieje się na zewnątrz. Rosnące przygnębienie, niepokój i rozdrażnienie owocowały depresjami, samobójstwami i zabójstwami.

*****

– Meteorolog mówi jawne kłamstwa – twierdzili ludzie prości, nie rozumiejący, że podobnie jak poeta upojony narodzeniem się długo oczekiwanego potomka, potrafi on widzieć rzeczy istniejące w skromniejszym wymiarze lub nie istniejące w ogóle. Relacja meteorologiczna była tak przekonywująca, że kilku słuchaczy usiłowało popełnić samobójstwo. Gdyby nie fakt, że ich odratowano, meteorolog poniósłby okropne konsekwencje. Dyrektor ośrodka meteorologicznego, porywczy biurokrata, usiłował zepchnąć nieszczęśnika z wieży obserwacyjnej; powstrzymano go w ostatniej chwili.

Po południu z chmur opadła mgła i skondensowała się na zimnym podłożu i roślinach wydzielając z siebie mieszaninę spalin samochodowych, dymu z kominów i innych okropności cywilizacji. Sefardi wyszedł na ganek i poczuł nienawiść do gatunku ludzkiego.

Wspólne zdjęcie w Białym Domu

Prezydent Duda skomentował swoje zdjęcie z prezydentem Trumpem w Białym Domu. Cytuję: „Szyderstwa i napad lewackich mediów oraz niektórych polityków i komentatorów, o znanych poglądach, pokazują sukces wizyty Waszyngtonie. Gdyby tak nie było to by ją przemilczeli jako nieważną. Dziękuję za te wyrazy uznania!”.

Drugi jego wpis dotyczył tekstu zamieszczonego przez „Deutsche Welle”, której komentatorzy wskazywali na jego spryt. Cytuję: „W Niemczech piszą jednak też o „chłopskim sprycie Dudy”. Są więc i komplementy ;-)”.

W związku z dwuznacznymi i błędnymi interpretacjami szef kancelarii prezydenta Dudy opublikował oficjalną listę alternatywnych wyjaśnień do jego wspólnego zdjęcia z prezydentem Trumpem:

  • To tylko złudzenie, pic na wodę i lewacki fotomontaż. W istocie rzeczy pan prezydent Duda siedzi przy biurku i to bardzo wygodnie.
  • Pan prezydent siedzi, ale tego nie widać, bo zasłania go wielkie biurko. Niezwykły rozmiar mebla reprezentuje miarę potencjału gospodarczego i militarnego Stanów Zjednoczonych.
  • Pan prezydent stał tylko dlatego, że go o to poprosił gospodarz Białego Domu. Powiedział mu: „Andrew, wytykają mi, że się wynoszę, a o tobie mówią, że jesteś skromny. Stań obok mnie, abym choć przez chwilę pozostał w twoim cieniu”.
  • Pan prezydent otrzymał krzesło od prezydenta Trumpa, który powiedział: „Andrew, this chair is for you”. Pan prezydent Duda zrozumiał, że to upominek i od razu odesłał je kurierem do Polski.
  • Na takim krześle, na jakim siedział prezydent Trump, to nawet ubogi królik z Podkarpacia wstydziłby się siedzieć. Dlatego pan prezydent Duda wolał stać, aby zachować godność.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 64: Osobniki alfa i instruktor szkolenia.

Swoje leśne odkrycia Sefardi zdecydował się przedstawić na zebraniu przy krawężniku. Spodziewał się otwartej dyskusji. Było jasne, że partia rządząca ćwiczy nie tyle utrzymanie swojej pozycji, ile wydarcie resztek władzy i wpływów innym grupom partyjnym i społecznym.

 – To obozy pracy przymusowej, lżejsza wersja obozów koncentracyjnych. W lesie, w naturalnym środowisku, biologiczna natura polityki i przewodnictwa w stadzie ujawniła się w pełnym wymiarze i krasie. Przywództwo! To jest siła. – Powiedział to bardziej do siebie niż do towarzysza wyprawy, skoncentrowanego na wyciąganiu gumiaka z bagiennego podłoża.

– Na samej górze stada partyjnego znajdują się samce i samice alfa, rwące do przodu, dominujące nad pozostałymi członkami. Niżej stoją samce i samice beta, uległe wobec osobników alfa, lecz górujące nad osobnikami gamma. – Przedstawiając leśniczemu układ wszechwładzy biologicznej Sefardi liczył na jego zrozumienie, a może i akceptację własnego poglądu, że nie cywilizacja, ale ewolucyjnie ukształtowany popęd dominacji wciąż rządzi społeczeństwem.

Przed oczami wyrósł mu Barras, wróg osobisty numer jeden. Widział w nim wyraźnie samca alfa, podporządkowującego sobie partię i społeczeństwo. Czując, że nie pokona go w bezpośrednie walce doszedł do wniosku, że wystarczy zadać mu cios dostatecznie silny, aby dobili go rywale z własnej lub konkurencyjnej partii. Poczuł w żyłach gorący płomień nienawiści. Przyśpieszył kroku, nie oglądając się za przewodnikiem. W momencie prymitywnego uniesienia gotów był zostawić go za sobą, aby zgnił w bagnie.

– Bagienny las w tym miejscu wydziela wapory, które dodają człowiekowi energii i sprzyjają jasności myślenia. – Odezwał się niespodziewanie przewodnik. Jego głos rozmył się w wilgotnym powietrzu jaśniejącego porannego nieba. Sefardi popatrzył na zegarek. Była godzina piąta czterdzieści pięć. Biologiczny chronometr w mózgu bezdźwięcznym tykaniem przypomniał mu pozostałe do spełnienia obowiązki.

Przed rozstaniem się, przewodnik zaproponował, aby następnego dnia odwiedzić ostatni obiekt szkoleniowy. Sefardi zaakceptował, mimo iż nie miał zamiaru pozostawać dłużej w Casi. Wiedział już dostatecznie dużo, więcej niż się spodziewał.

*****

Ostatni obóz rządowy znajdował się w lesie głębiej niż dwa poprzednie. Instruktorem szkolenia był młody, wysportowany mężczyzna. Stał pośrodku drewnianej platformy w lekkim rozkroku, szopa ciemnoblond włosów zakrywała mu uszy. Wyglądał na nie więcej niż dwadzieścia pięć lat. Kształtna twarz, wyraźne usta i gładko wygolone policzki nadawałyby mu chłopięcy wygląd, gdyby nie szrama na policzku i zimne niebieskie oczy. Podłużny, wyrazisty nos i skąpy, poważny uśmiech, co raz to pojawiający się na twarzy, sugerowały bezwzględność a nawet okrucieństwo. Sefardi nie miał co do tego wątpliwości. Znał ten typ człowieka.

– Nie jesteście prostakami wychowanymi do prowadzenia przeciętnego życia. Zostaliście powołani do spraw wielkich. Aby je realizować, musicie pamiętać, że rządzenie jest nieprzerwaną, bezwzględną walką o rząd dusz. Waszą świętą powinnością jest bić się o nie z determinacją dzikiego zwierzęcia walczącego o samicę, gotowego oddać własne życie.

– To jakaś mafijna indoktrynacja sprzed lat. – Półgębkiem wycedził Sefardi w kierunku przewodnika. – Ten typ mówi jak faszysta.

– Ludzie słuchają go jednak z uwagą i biorą poważnie. – Odpowiedział szeptem przewodnik. – Niech pan popatrzy. W tym, co mówi, jest wiele prawdy. Biologicznie rzecz biorąc jesteśmy zwierzętami, pan i ja również. Świat przyrody jest okrutny; wiem, jak zachowują się dzikie zwierzęta. Znam to z doświadczenia i obserwacji.

Sefardi nie słuchał go, starając się zapamiętać jak najwięcej ze słów trenera.

– Nie musicie być mięczakami, wsłuchującymi się we wszystkie życzenia społeczeństwa. Ci ludzie w większości nawet nie wiedzą, czego chcą. Są otumanieni przez opozycję albo własną głupotę. Każda grupa społeczna ciągnie w swoim kierunku chcąc uszczknąć dla siebie jak najwięcej pieniędzy, przywilejów i uwagi rządzących. Wasza opozycja to zakała społeczeństwa. Waszą rolą jest jej unicestwienie wszelkimi środkami. Nie dajcie się zwieść nikomu, nie dajcie się przekonać, że zwyczajny szary człowiek wie naprawdę, co jest dla niego najlepsze. Co może wiedzieć mieszkaniec wiochy zabitej deskami, zwykły robotnik czy nawet inteligent, w obliczu ciągłych zmian i zagrożeń cywilizacji, nowych technologii, powszechnego terroryzmu? Nic albo bardzo niewiele! – Mówca był bezwzględny, wyrafinowany, intelektualny. Kontrolował swoje słowa i gesty.

– On jest niesamowity! Sam chyba dałbym się przekonać. Skąd oni wytrzasnęli takiego fantastycznego trenera? – Zapytał przewodnik półgłosem, nie oczekując odpowiedzi.

Wśród zebranych na podwórku nastąpił ruch, ludzie zaczęli się niecierpliwić, ktoś krzyknął, aby zrobić przerwę.

– Zamilczcie i słuchacie. Za chwilę skończę. – Brutalnie przerwał trener podnosząc głos. Głosy zamilkły, ludzie uspokoili się. Zachowanie trenera nie podobało im się, podporządkowali się jednak bez szemrania.

– Na szczęście macie przywódcę, który ma wizję i odwagę, aby kierować partią, zdolną do narzucenia swojej woli narodowi, który zawsze, powtarzam to, zawsze, wymaga przywództwa. Żeby to się ziściło, wy, członkowie partii, musicie się zmienić. Wasze pojęcia o demokracji są miękkie jak psie gówno na deszczu. Wasze poglądy na rzeczywistość rozczulają mnie. Wybaczcie mi, że jestem brutalny, aby muszę przemówić do waszego poczucia bezwzględności i siły. Demokracja to ustrój, w którym władzę bierze najsilniejszy, nie najsprawiedliwszy. Tylko bezwzględny, charyzmatyczny przywódca wie, co jest dobre dla społeczeństwa, dla większości obywateli i tylko to ma znaczenie. Waszą rolą jest umocnić społeczeństwo w przekonaniu, że wasze działania są słuszne i konieczne. Instruktor spojrzał dyskretnie w kierunku siedzącego z boku mężczyzny, który niezauważalnie dla innych, skinął głową aprobująco.

– Moim zadaniem jest pomóc wam w przekształceniu się w twardych i nieustępliwych działaczy partii nowej generacji. To będzie wasza decyzja, ja tylko wam pomogę. Musicie stać się członkami godnymi nowoczesnej partii demokratycznej, partii niekwestionowanej władzy. Powiedźcie mi, co to dla was znaczy?

Zapadło milczenie. Jedni patrzyli po sobie, inni opuścili głowy, jeszcze inni intensywnie myśleli albo udawali, że to czynią. Po chwili wahania odezwały się głosy, padały propozycje i sugestie.

– Zgnieść opozycję, nie dopuścić jej do głosu! Opanować media, zniszczyć przeszkody instytucjonalne! Zreorganizować instytucje, które stoją nam na drodze!

– Tak! Doskonale! – Entuzjastycznie odpowiedział instruktor. – Waszym celem jest dyktatura, ale dyktatura demokratyczna, mądra, nie okrutna, ale podporządkowująca, bardziej kontrolująca niż eliminująca. Nie musicie usuwać przeciwników z gry, ale przekonać ich do siebie, do waszych racji, pokazać, co jest dla nich najlepsze, a jeśli trzeba, zgnieść ich opór, zniechęcić do własnych poglądów. Na końcu, jest to absolutnie konieczne, musicie zadbać o własne interesy. Dobra partia szczodrze wynagradza swoich członków, ich wierność, oddanie ideałom, bo są niezbędnymi narzędziami jej strategii. Należą się wam przywileje, stanowiska, wysokie uposażenia. Tylko w ten sposób partia rządząca jest w stanie zachować zwartość i siłę. Pamiętajcie o zasadzie: Kto nie jest z nami, ten jest przeciwko nam! Czy są jakieś pytania?

Podniosło się kilka rąk. Sefardi liczył. Zgłosiły się trzy osoby.

– Proszę podać imię, nazwisko i przedstawić pytanie. Według regulaminu szkolenia, wypowiedź nie może trwać dłużej niż dwie minuty. To wystarcza na przedstawienie tematu. Mój chronometr będzie dzwonić po upływie dwóch minut. Proszę pierwszą osobę. Towarzyszka w szarym sweterku, ta po lewej stronie – instruktor wskazał ręką.

Kobieta zebrała się w sobie i wyraziła wątpliwości, co do treści i formy szkolenia. Dwie inne osoby, mężczyźni w średnim wieku, też wypowiedzieli się krytycznie o szkoleniu. Instruktor stał w lekkim rozkroku i uważnie słuchał. Nie komentował, nie wdawał się w dyskusję, nie udzielał odpowiedzi. Po każdej wypowiedzi dziękował i wskazywał następną osobę. Zachowywał się tak, jakby pamiętał wszystkie wypowiedzi. Po upływie sześciu minut podsumował krótko:

– Przeanalizujemy wasze wątpliwości i natychmiast udzielimy odpowiedzi. Znowu zerknął na Barrasa. Ten, niewidoczny dla innych osób, prawie nie poruszając głową, dał znać, aby kończyć.

Sefardi zafascynowany przebiegiem zebrania obserwował rozchodzący się tłum. Był ciekaw, czy zdarzy się jeszcze coś ważnego. Do kobiety i dwóch mężczyzn, którzy zadawali pytania, podchodził kolejno mężczyzna o twarzy rzezimieszka, szeptem zamieniał kilka słów i wyprowadzał ich na zewnątrz. Razem poszli w kierunku małego autobusu czekającego na parkingu. Sefardi skierował urządzenie nasłuchowe na te grupkę. Ochroniarz zachowywał się spokojnie. Przed wejściem do autobusu zakomunikował im:

– Zostaliście usunięci z partii. To jest ostateczna decyzja. Nie ma od niej odwołania. 

– Dlaczego? Co takiego zrobiliśmy? Będziemy się odwoływać! – Upierała się kobieta w szarym sweterku. Mężczyźni też coś szemrali.

– Róbcie, co chcecie. I tak nic nie wskóracie. Żarty się skończyły. Koniec, kropka. Nie pasujecie do nas. Taka jest decyzja partii, jedyna i ostateczna. Nawet Bóg wam nie pomoże!

Michael Tequila: Sędzia od Świętego Jerzego (powieść) : https://tinyurl.com/y7cza5nc

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 63: Skryte przelewy i cicha indoktrynacja.

W nagraniu z Barrasem Blawatsky’m w roli głównej znalazła się wzmianka o przysiędze. Odsłuchujący domyślili się, że płacący dziesięcinę przysięgali dozgonną wierność partii i zachowanie milczenia do końca swojego życia. Sprawa nie miała szans wyjść na jaw nawet w części. Konsekwencje wyłamania się z umowy były tak poważne, że nikt nie śmiałby tego zrobić w żadnych okolicznościach. Nikt nie miał zresztą obaw uczestnictwa w grze, ponieważ każdy obywatel miał prawo przekazywać pieniądze nas rzecz wybranej przez siebie organizacji bez obowiązku deklaracji darowizny. Tylko obdarowana organizacja mogła ponosić konsekwencje, jeśli nie ujawniła uzyskanych wpłat.

Przysłowiowy diabeł tkwił w jednym szczególe. Udowodnienie Konserwie, że wpłaty nastąpiły było praktycznie niemożliwe z uwagi na formę przekazu darowizn. Wszystko było starannie przemyślane. Wpłaty nie przechodziły przez żadne konta bankowe, nie wydawano ani nie przyjmowano pokwitowań, wszystko odbywało się na słowo i oparte było na zaufaniu do Barrasa. W szeregach swoich zwolenników cieszył się on nieskończonym zaufaniem, ponieważ nigdy ich nie zawiódł. Dla pewności stworzono zakaz rozmawiania o tych sprawach przez telefon, ponieważ rozmowy mogły być podsłuchiwane i nagrywane.

Wyniki obserwacji miejsca schadzek partyjnych tak rozochociły Sefardiego i przewodnika, że wracali jeszcze kilkakrotnie, aby obserwować dom i zebrać dalsze informacje. Liczyli na szczęście. Ich cierpliwość została nagrodzona, kiedy zobaczyli, jak trójka wysokich urzędników, obdarowanych wysokimi stołkami, reguluje swoje zobowiązania.

Był w tym pewien rytuał. Urzędnicy byli ubrani w garnitury w paski, koszule w paski oraz identyczne muszki. Ubiór był częścią ceremoniału, nadawał mu uroczysty charakter. Kobiety miały na sobie identyczne sukienki też w paski, wyróżniało je tylko obuwie, naszyjnik z szarych pereł lub broszka z wielką perłą w środku. Przekazujący i przyjmujący pieniądze robili to w białych rękawiczkach, aby nie zostawiać śladów. Płatnicy podchodzili kolejno do skarbnika, wysokiego mężczyzny o wyglądzie głodomora i wręczali mu płócienny worek. Odbiorca wysypywał jego zawartość do wyściełanej atłasem kuwety. Pieniądze wypadały szeleszcząc, ponieważ danina była przekazywana wyłącznie w banknotach powiązanych gumkami, w dokładnej kwocie należności. Kasa nie przyjmowała monet, nie było takiej potrzeby, należności zaokrąglano w górę do pełnych dziesiątek. Oprócz trójki wpłacających obecni byli tylko skarbnik i Barras, który z lubością przyglądał się czynnościom wsłuchując się w szelest wypadających paczek banknotów, sapanie skarbnika-kasjera, strzelanie zdejmowanej z paczek gumki oraz szum maszyny przeliczającej banknoty.

Sefardi i jego towarzysz z wielką uwagą i zainteresowaniem przyglądali się przepływowi pieniędzy pochodzących ze skarbu państwa do kasy Fundacji Powszechnej Dobroczynności, która przekazywała je dalej do Abenaki. Były one inwestowane w akcje firmy. Szczegóły znał tylko ścisły zarząd firmy oraz Barras.

– Partia i naród to jedno. – Wyrwało się leśniczemu. Przez moment czuł żal, drażniące szczypanie w sercu, że to nie on otrzymuje sążniste wynagrodzenie, z którego chętnie wpłacałby co miesiąc dwadzieścia procent do kasy dobroczynności.

*****

Następnego dnia przybysze zastali zmienioną scenerię obozową. Z lewej strony, przed wielką werandą zdobiącą front budynku, przypominającą oszklony boks, stała grupa ludzi, co najmniej kilkadziesiąt osób. Czekali na wejście na werandę. Zachowywali się swobodnie, rozmawiali i gestykulowali, śmieli się i żartowali, nie rozglądając się na boki ani nie wpatrując się w twarze rozmówców. Niektórzy nawet jedli kanapki. Sefardi rejestrował obserwacje, komentując po cichu krótkimi zdaniami to, co widzi przez lornetkę.

– To ludzie prości i dosyć prymitywni w zachowaniu. Mówią to, co myślą, witają się z innymi bez czołobitności, reagują bez skrępowania i emocji. Nie oglądają się na boki. Patrzą rozmówcom w oczy, spokojnie, nienachalnie. Zupełnie jak zwierzęta, które czując się bezpiecznie w swoim stadzie, zachowują się swobodnie, nic nie udają i nie pilnują się. Ogarnęła go fascynacja, zapomniał się i łamiąc swoje wcześniejsze postanowienie pełnej koncentracji na zdarzeniach, zwrócił się do leśniczego:

– Wie pan, ci ludzie nie kłamią, nie udają, nie pozorują. Zachowują się bardzo naturalnie.

Nie dostrzegając zainteresowania ze strony towarzysza, skoncentrował się ponownie na obserwacji. Po chwili wyjął z kieszeni spodni cienki notatnik z długopisem i zaczął zapisywać osoby wchodzące na werandę z jednej strony i wychodzące z drugiej strony. Był to rodzaj rejestru. Nie znając imion ani nazwisk identyfikował każdą osobę lakonicznie opisując sylwetkę, wzrost, posturę, fryzurę lub inną podobną cechę wyraźnie rzucającą się w oczy. Między wejściem każdej osoby a jej wyjściem upływała mniej więcej jedna godzina. Na tyle czasu ludzie znikali we wnętrzu werandy, po czym wynurzali się i dołączali go drugiej grupy.

Wychodzący zachowywali się zdecydowanie inaczej niż wchodzący: byli bardziej uważni, można by powiedzieć wyostrzeni, bardziej skoncentrowani, inaczej się poruszali, mówili i reagowali. Mniej się śmieli, za to serdeczniej się witali, niekiedy bardzo wylewnie; gratulując sobie coś nawzajem kiwali głowami z wielką powagą. Ich zachowanie zmieniło się najwyraźniej w stosunku do przełożonych, starszych stanowiskiem lub wiekiem. Kiedy przemawiał zwierzchnik lub ktoś wyższy rangą, ludzie chętniej wyrażali uznanie a często i podziw z powodu jego nawet prostej wypowiedzi. Starali się być także pomocni, podbiegali, aby pomóc nieść teczkę, kłaniali się głębiej. Ich twarze oblekały półuśmiechy bardziej niż uśmiechy, widać było w tym pewien wysiłek. Kiedy na sztywnych nogach podchodzili do osób znaczniejszych od siebie, pochylali z szacunkiem głowę, kobiety całowali dłużej w rękę, niektórzy wyciągali zza pleców kwiaty i obdarowywali je wychwalając ich urodę, doświadczenie lub biżuterię. Odwracając się spluwali czasem dyskretnie za plecami rozmówcy lub pokazywali palcem komuś znajomemu pukając się w czoło, sugerując niedwuznacznie, że coś jest nie w porządku ze wskazaną osobą.

*****

– To ludzie wysublimowani. – Uznał Sefardi. – Przeszli wyraźną przemianę, krótko mówiąc indoktrynację. Stali się posłuszni i służalczy, efekt nauczenia się karności. Stracili naturalność, nabrali zdolności udawania i kłamania. Mistrz przewrócił kilka kartek notatnika, aby upewnić się, że jego zapisy właściwie identyfikują osoby wchodzące i wychodzące.

– Zgadza się – mruknął do siebie po chwili analizy. – Ten sam gruby, wysoki osobnik, ta sama chuda działaczka około czterdziestki w słomkowym kapeluszu, ten sam typ w zielonym garniturze w paski. Sefardi nie miał wątpliwości, że precyzyjnie identyfikował i opisywał członków Konserwy na wejściu i na wyjściu.

Nie miał też wątpliwości, że uczestnicy obozu szkoleniowego oduczali się dotychczasowych zachowań oraz nabywali nowych manier: niechęci wobec odmiennych opinii, zaprzeczania faktom, kłamania w żywe oczy. Nasuwał mu się tylko jeden wniosek: rządowy obóz szkoleniowy służył rozwojowi nowej osobowości, wytwarzając wśród członków partii poczucie oblężenia, gotowość obrony tylko własnych interesów oraz niechęć do kompromisu.

– To wyraźna indoktrynacja. Zamiast działać w interesie wszystkich obywateli, ludzie Konserwy będą teraz występować przeciwko innym obywatelom – wywnętrzył się przewodnikowi. Nie był pewien, czy został dobrze zrozumiany.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 56: Straszny sen Sefardiego.

Po kilku dyskusjach spiskowcy doszli do porozumienia, co i jak należy uczynić, aby pogrzeb udał się pod każdym względem. Kiedy już wszystko ustalili, Sefardi zaśmiał się niefrasobliwie jak dziecko. Zdarzało się to tylko wtedy, kiedy naprawdę coś go zachwyciło.

Założenie było proste. Pogrzeb miał dostarczyć rozrywki jego uczestnikom i ludziom, którzy będą go oglądać w telewizji i na nagraniach video. Sefardi wyjaśniał to ożywiony. Dla Anastazji było nie do pojęcia, że wkrótce ten człowiek przestanie istnieć. Miała wrażenie, że uczestnicy w czymś nieprzyzwoitym, nawet zbrodniczym. Nie usiłowała już nawet wyperswadować mu szalonego pomysłu, bo i tak postawiłby na swoim, wybierając inną firmę pogrzebową.

– Tobie to łatwo mówić – podjęła kobieta – dla ciebie to będzie koniec wszystkiego, ale ja zostanę z bólem i kłopotami. Jestem przecież twoją wspólniczką. Będą prowadzić śledztwo i mnie szarpać pytaniami i podejrzeniami, a może nawet i oskarżeniami. – Jaka była pani rola? Co pani wie o tym czy o tamtym? Dlaczego pomagała pani denatowi w popełnieniu samobójstwa?

Sefardi nic nie odpowiedział. Miała swoją rację. On też miał swoją rację, nie odzywał się więc, czekał, aż wyrzuci z siebie żale, wygada się i uspokoi.

Najmniej czasu poświęcili na personalizację pogrzebu, nadanie mu cech specyficznie związanych z osobą zmarłego. Stawało się to coraz bardziej popularne, było modne. Rozmawiali o kwestiach takich jak video, kolaż zdjęć, muzyka, memorabilia w rodzaju ulubionych zegarków czy wydanej powieści.

*****

Następnego dnia obudził Sefardiego głos fanfar, uporczywy i głośny jak maszyna piekielna. Wstał z łóżka i wyjrzał przez okno. W mieście trwała jakaś wielka uroczystość. Był zbyt śpiący, aby go to zainteresowało. Wrócił do łóżka. Znowu zapadł w sen, lecz pokrzepienie nie trwało długo. Kiedy się obudził, zobaczył siebie stojącego w tłumie przy głównej ulicy miasta czekającego na przejazd karawanu. Wiedział dokładnie jak on wygląda, był tylko ciekaw, jak wygląda w ruchu, ciągniony przez ogiery, które sam wybrał w stadninie koni. Stał cierpliwe w cieniu drzewa, ponieważ słońce przygrzewało. Wolał także, aby nikt go nie zobaczył. Wreszcie pojazd ukazał się. Jechał wolno, choć konie ponosiły. Wyglądały jak rumaki z filmu Ben Hur, pyszne, parskające, ubrane w kolorowe czapraki. Piana toczyła im się z pysków. Zachowywały się tak, jakby ruszały na wojnę, rozpierała je energia, wytwór długiej ewolucji, nieprzerwanych ćwiczeń i dobrego wyżywienia.

Mistrz przyglądał im się z ciekawością, nawet z dumą. Skulił się nagle, kiedy z ukosa, z drugiej strony ulicy rozległa się seria strzałów z karabinu maszynowego, potem druga, potem dwie równocześnie. Strzelano w kierunku karawanu, na którym stała urna przymocowana do czarnej, błyszczącej platformy. Posypały się drzazgi i kawałki szkła, pociski uderzały o powierzchnię ulicy odbijając się rykoszetami w kierunku budynków. Na chodnikach wybuchła panika. Obserwatorzy konduktu pogrzebowego i przechodnie rzucili się do ucieczki; ktoś upadł, krzyczał, wkrótce krzyk przerodził się w skowyt bólu i strachu.

– To łajdak! – Krzyknął Sefardi i zaczął rozglądać się dookoła. Sam nie wiedział, czego szuka: kamienia, grubego kija, kawałka metalowego pręta czy może granatu.

– Kogo miał pan na myśli nazywając go łajdakiem? – Z boku pojawił się nieznany, dobrze ubrany mężczyzna.

– Jak to, kogo? Tego drania, Barrasa Blawatsky’ego!

– Jeśli tak, to zgadzam się z panem. – Nieznajomy rzucił się na Sefardiego i zaborczo zaczął go ściskać.

– Zachowuje się jak matka witająca powracającego z wojny syna – pomyślał Sefardi. Zrobiło mu się mdło z wrażenia. Nieznajomy obejmował go energicznie metodą „na niedźwiedzia”. Sefardi zbudził się spocony, stłamszony, ale szczęśliwy, że udało mu się wyrwać maszkarze sennej. Postawił nogi na ziemi, popatrzył na pustą ścianę, z której nie wiadomo, dlaczego spadł obraz, i uspokoił się. Za chwilę myślał już pozytywnie. – Dobrze, że mam bogate sny, bo nie miałbym o czym pisać.

Podsumowanie zamknęło koło marzeń, widziadeł sennych, pragnień i niepokojów człowieka, którego ostatnią misją miało być zakończenie życia w sposób niosący radość rzeszom zwykłych ludzi spragnionych rozrywki. Mistrz udał się do kuchni, aby uczcić szczęśliwe przebudzenie kubkiem mocnej, czarnej kawy bez odrobiny cukru.

Kup książkę z bardzo dobrymi recenzjami dla siebie lub na upominek dla bliskiej osoby: https://tinyurl.com/y7cza5nc

Powieść. Laboratorium szyfrowanych uczuć. Cz. 54: Sefardi udoskonala Boga

Było to w nocy. Po raz kolejny, boleśniej niż kiedykolwiek, Sefardi zdał sobie sprawę, że wraz z ostatnim oddechem całkowicie i nieodwołalnie straci wszystko, dom, rodzinę, wspomnienia, miłość, a nade wszystko świadomość i pamięć. Szok gasnącej świadomości był tak wielki, że zawył rozpaczliwie jak konające zwierzę. Było to tak potworne, że usłyszeli go wszyscy domownicy. Nawet Isabela, skłonna do krytyki Sefardiego, rano milczała jak grób, o nic nie pytając ani nie czyniąc najmniejszej wzmianki o jego zachowaniu.

Następnej nocy, po kolejnej próbie nawiązania kontaktu z Bogiem, ustalenia choćby śladu jego istnienia, Sefardi zbuntował się. Był to akt nieskończonej desperacji – buntu przeciwko wszystkiemu, w co wierzył i wiedział o Bogu, w całą prawdę istnienia. Kiedy już raz spojrzał na niego krytycznie, dostrzegł jego liczne zaniedbania. Pierwszym był moment przejścia człowieka z doczesności do wieczności, pojęć tak różnych w rozumieniu i znaczeniu, że nie sposób było je zaakceptować. 

To wszystko spowodowało, że Sefardi sformułował postulaty ulepszeń pod adresem Boga. Po pierwsze uznał, że śmierć człowieka powinna mieć bogatszą oprawę, odbywać się w poczuciu wzniosłości, dumy i zasługi, może nawet w poczuciu bohaterstwa, przy muzyce, i to takiej, którą odchodzący lubi, a nie byle jak, w łóżku, w domu lub w nędznym szpitaliku w stanie podłączenia do urządzenia respiracyjnego. Wyobraził sobie siebie, na wygodnej kanapie, opartego na wielkiej poduszce, w otoczeniu rodziny, z poczuciem dumy, w scenie wręczania mu orderu za udane życie. Chodziło o wzniosłość, dumę dobrych lat, poczucie, że odchodzi w chwale. Krew zaczęła mu żywiej krążyć, serce zabiło mocniej, poczuł skrzydła wyrastające mu u ramion, wznoszące go do najlepszych chwil i wspomnień.

Bóg, podobnie jak kobiety, zawsze sprawiał mu problemy. Nigdy nie mógł ich zrozumieć. Miał wrażenie, a potem nabrał przekonania, że ani On, ani one też go nie rozumieją.

Jego relacje z Bogiem psuły się przez lata. Nie było w tym nic gwałtownego, tylko stopniowe pogarszanie się, kroczek po kroczku. Kiedy Sefardi był dzieckiem, były one doskonałe: poważał i szanował Boga, w okresach świąt religijnych wielbił go, paląc świece, śpiewając nabożne pieśni i uczestnicząc w procesjach dookoła kościoła. Nie zdawał sobie wtedy sprawy, że jest to relacja jednostronna, że to on okazywał zainteresowanie i uczucia wobec Stworzyciela, ten natomiast pozostawał milczący, może nawet i obojętny, w najlepszym wypadku stonowany w okazywaniu mu zrozumienia.

W miarę upływu lat narastały w Sefardim żal i pretensje do Boga, nie jakieś tam znowu wielkie, może nawet bardziej żal i smutek niż pretensje o cokolwiek. Bolało go, że Bóg pozostawał obojętny wobec nadużywania Jego imienia przez ludzi, wycierania sobie Nim ust, niegodziwego powoływania się na Niego w drobnych sprawach, różne ludzkie bluźnierstwa, krzywoprzysięstwa i czynienie krzywdy bliźnim w chwilę po opuszczeniu kościoła.

– Wszyscy, w pierwszym rzędzie duchowni i politycy, wykorzystują Ciebie do głoszenia prawd, które prawdami nie są, do zwalczania swoich przeciwników, mamienia prostych ludzi, a Ty zachowujesz się, jakbyś tego nie widział i nie słyszał – tak wyglądały w przybliżeniu pretensje, jakie Sefardi zgłaszał Stwórcy w ciszy swojej sypialni, chłodnym ogromie kościoła czy niezmiernej zieloności lasu.

Po wielu latach, Sefardi zdał sobie sprawę, że Bóg w ogóle nie reaguje na jego myśli, słowa i prośby, jakby nie były do niego kierowane albo gorzej, jakby go w ogóle nie było. Czuł że obydwaj oddalali się od siebie coraz bardziej, że Bóg stawał się coraz bardziej niekonkretny, rozmywał się. W końcu, kiedy był najbardziej potrzebny, zostawił Sefardiego samemu sobie, na pastwę losu, zagubionego w niezdolności rozumienia spraw i ludzi, a nawet siebie samego. To ostatnie było najgorsze, ponieważ uniemożliwiało mu odczuwanie szczęścia. W końcu Stwórca pozostawił go w totalnej niewiedzy, co stanie się z nim po śmierci i jaki sens ma życie, skoro śmierć wszystko niweczy bez odrobiny namacalności, że coś istnieje po drugiej stronie.

Obojętność Najwyższego zradykalizowała Sefardiego. Nie bez wahań doszedł do wniosku, że Bóg nie jest doskonałością, choćby dlatego, że nieprzerwanie się ukrywa, jakby się wstydził, jakby był zbyt wielki i ważny, aby pokazać się w towarzystwie zwykłego człowieka, a co gorsza, że tworzył rzeczy niedoskonałe, wbrew temu, co o nim powszechnie głoszono. Stało się to oczywiste, kiedy zdał sobie sprawę, że sam jest wybrakowanym tworem bożym. To właśnie wtedy zawładnęły nim najgorsze uczucia: rozpacz, przerażenie i gniew.

Tak ważnych spraw Sefardi nie mógł pozostawić samych sobie. Był na to zbyt przedsiębiorczy i niezależny. Był przecież artystą, znanym wynalazcą i mistrzem. Podjął decyzję udoskonalenia Boga.

Pierwsze kroki były proste: przemyślał sobie kryteria, a następnie zapisał się na warsztat rzeźbiarski, aby nauczyć się podstawowych technik. Będąc teraz samemu twórcą, Sefardi nie ograniczał się, pracował na luzie, był kreatywny. Najpierw ulepił wzorzec z gliny i pozwolił mu wyschnąć. To był pierwszy krok – nadać Najwyższemu cechy fizyczne.

Na drugim etapie zdefiniował cechy osobowości, inaczej mówiąc psychiki Boga. To było bardziej skomplikowane i wymagało więcej czasu. Musiał dużo się naczytać i studiować.

Trzeci etap był najtrudniejszy; chodziło o nadanie Bogu cech duchowych, pierwiastków boskości. Sefardi uznał, że doskonalszy Bóg, niż ten jakiego znał, to taki, który komunikuje się – choćby raz na kilkaset lat – z ludźmi i przekazuje im cząstkę swojej mądrości, a przynajmniej nadziei. Eksperymentując, stworzył poemat o Bogu, krótki, kilkunastosekundowy, po części pochlebczy, ale nie za bardzo, aby poszerzyć swoją wyobraźnię twórczą.

Przyglądając się powstającemu dziełu, doszedł do wniosku, że forma fizyczna Boga nie ma większego znaczenia. Była to istota rodzaju męskiego, przeciętnego wzrostu, dobrze zbudowana, lekkoatletycznej muskulatury, przyjemna w widoku, taka, jaka generalnie ludziom się podoba, sprawia im przyjemność. Trudniejsze było nadanie Bogu cech ideału. Musiał to być ideał praktyczny, łatwy do zrozumienia, inaczej mówiąc, Bóg konkretny, dający się ogarnąć ludzkimi zmysłami. Nad tym myślał najdłużej.

Inni uczestnicy warsztatu przyglądali się jego pracy, oceniali ją, wyrażali wątpliwości, zadawali pytania. Sefardi nie pozostał obojętny. Objaśniał im wątpliwości i odpowiadał na krytyki, jak potrafił najlepiej.

– Co mi z Boga, którego nie mogę ogarnąć myślą, wzrokiem, słuchem czy jakimkolwiek innym zmysłem? Bóg musi być dostępny. Taki, którego można zobaczyć, posłyszeć, nawet dotknąć. Widzieć, że to on, a nie kto inny. Zwykły, a zarazem przerastający ludzkie możliwości i wyobraźnię. Bez takiego Boga ludzie szukają ideałów zastępczych, wodzów, dyktatorów, proroków.

– A co z Jego wiecznością? – Pytanie było zbyt oczywiste, aby się nie pojawiło.

– Bóg musi być niezniszczalny. To warunek konieczny. Może nie wieczny, ale odnawialny, zapewniający ciągłość istnienia lub choćby tylko pamięci. W przeciwnym wypadku ludzie go wykorzystają, będą starać się go unicestwić lub co najmniej ograniczyć. Jest w nas przecież dostatecznie dużo łajdactwa.

W końcu Sefardi podjął próbę ożywienia Boga. Tchnąć w niego życie – był to imperatyw. To jedno mu się nie udało. Zastanawiał się, dlaczego. Doszedł do wniosku, że wyłącznie dlatego, że nie ma narzędzi niezbędnych do dokonania tej sztuki: nie zna początku ani końca, czasu ani przestrzeni, nieskończoności. Rozumiał tylko skończoność ludzkiego życia. Ostatecznie uznał, że dopóki on albo ktokolwiek inny na ziemi, ludzkość jako zwierzęta myślące i czujące, nie zrozumieją tych pojęć, Bóg pozostanie dla nich niedostępny, a oni sami pozostaną zagubieni, ekstremalnie agresywni i niezwykle łagodni, raz głupi, innym razem mądrzy, nieskończenie dobrzy i krańcowo podli. To go uspokoiło. Od tego czasu budził się rano bardziej spokojny i wypoczęty.

Bóg stworzony przez Mistrza okazał się jak najbardziej prawdziwy. Kilkakrotnie zjawiał się w jego sypialni nocą i podejmował rozmowę. Nie były to łatwe rozmowy, ponieważ obydwaj zadawali pytania, na które druga strona nie chciała lub nie umiała odpowiedzieć. Zupełnie jak między ludźmi. Stwórcy podobało się to, że Sefardi nazwał go Bogiem uczłowieczonym. Był bardzo bezpośredni. Mówił zwyczajnym językiem, po ludzku.

– Dotychczas wznosiliście się w górę, w kierunku mego ideału, twierdząc, że jesteście podobni do mnie, na mój wzór i podobieństwo stworzeni, tego rodzaju dyrdymałki, które nigdy by mi przez myśl nie przeszły, patrząc czym mogą być ludzie, to znaczy zarówno wspaniałymi istotami jak i skończonymi łajdakami. Myślę o różnych Hitlerach, Stalinach, Pol Potach i podobnych kreaturach, których święta ziemia musiała i musi znosić. To z pewnością nie byłem ja. Co innego Bóg uczłowieczony: istota bliska człowiekowi, pozytywna, zrozumiała dla każdego, praktyczna na swój sposób. Nie lubię innych określeń, bo tracę na boskości. Dobrze mnie ująłeś.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 53: Spowiedź Sefardiego.

Wnętrze kościoła zaskoczyło wchodzącego chłodną ciszą starych murów i światłem kandelabrów zawieszonych wysoko w górze dla przypomnienia wielkości Boga i małości człowieka. Sefardi poczuł niezmierną powagę marmurowych rzeźb, ozdobnych gzymsów, tablic pamiątkowych o złoconych krawędziach oraz obrazów stanowiących jedno wielkie „memento mori”. Zdał sobie sprawę, że powaga i skupienie są częścią aktu spowiedzi i skruchy. Sceneria była ważna, podobnie jak w powieści. Ukląkł przy konfesjonale i czekał rozmyślając o pisarstwie. Było dla niego tym samym, co spowiedź w kościele: wyznaniem sumienia i aktem wiary autora, dzieleniem się sobą.

– Witam cię, synu! – ksiądz Terrano zaskoczył Sefardiego niecodziennym powitaniem.

W trakcie spowiedzi ksiądz zwracał się do wiernych „synu” lub „córko”. Brzmiało to śmiesznie zwłaszcza wtedy, kiedy ten „syn” czy „córka” byli starsi od „ojca”. Każde kolejne pokolenie wiernych szybko przyzwyczajało się do archaicznej formy spoufalenia. Dla Sefardiego, wynalazcy i pisarza, była to sytuacja zabawna jak i drażniąca, pobudzała jego wyobraźnię. Czuł się petentem wyznającym grzechy przed bożym urzędnikiem, który zadaje pytania i poucza. Spowiedź była dla niego teatrem z dwoma aktorami, formą dramatu, opartego na konwencji religijnej. Przypominała mu minioną dyktaturę, mającą ambicję ukształtowania lepszego społeczeństwa.

– Drogi Amizgao, spowiedniku i przyjacielu! – Słowa Sefardiego zabrzmiały górnolotnie i fałszywie. Nie zamierzał ich powiedzieć. Nie był to udany prolog spowiedzi. Poczuł się sprowokowany. Była w tym i jego wina – chęć pokazania się w roli utalentowanego improwizatora.

– Drogi Amizgao! – Wrócił do naturalności. – Znasz mnie dobrze. Zwracam się do ciebie bezpośrednio, w sposób naturalny jak do przyjaciela, bo nie chcę, aby moja spowiedź była czymś prostacko zwyczajnym, jak to kościół praktykuje wobec maluczkich. Dla mnie taka spowiedź jest przeżytkiem, bo wierni dziś nie potrzebują wyliczania grzechów.

Ksiądz, w pierwszej chwili zaskoczony inwokacją, odzyskał pogodę ducha. Nie mógł powstrzymać się, aby nie odpowiedzieć w podobny sposób. Odwrócił twarz w kierunku kratki, zza której dochodził głos Sefardiego, lecz słowa skierował do Boga.

– Panie, modlę się do ciebie. Oto klęczy przede mną człowiek, którego obdarzyłeś talentem, a on na tym żyznym gruncie wyhodował tupet. Wybaczam mu pychę tutaj, na ziemi i proszę, abyś ty wybaczył mu w niebie. Wiem, że bardziej niż spowiedzi potrzebna jest mu rozmowa, refleksja nad jego zagubieniem, która przyniosłaby ulgę jego niespokojnej duszy.

Ksiądz przerwał, aby zwrócić się do przyjaciela. – Witam cię, Sefardi. Nie martw się o formę powitania. Nie mogłem potraktować ciebie lepiej niż innych, choć zaliczasz siebie do wybrańców. Powiedz, czy nie jest to prawdą?

– Tak, to prawda. – Westchnął mężczyzna. Ale jest to zarozumiałość umiarkowana, nie ma w niej nadmiernej przesady ani kłamstwa. Cieszę się, Amizgao, że to ty mnie spowiadasz, a nie kto inny. Dlatego od razu przyznaję się do winy. Pomyślałem niesłusznie, że zechcesz spowiadać mnie wedle tradycyjnego wzorca, słowami zapożyczonymi z Ewangelii, a nie wedle prostych zasad komunikacji myślącej części społeczeństwa.

– Sądzisz, że ta druga część społeczeństwa nie myśli?

– Tak. Tak właśnie myślę. Nie muszę kłamać.

– Może i masz rację. Dajmy spokój przekomarzaniom. Staram się nie pytać ludzi, kiedy, ile razy i jak zgrzeszyli. Nie jest to potrzebne ani mnie, ani im, ani Bogu. Ważniejsze niż przyznawanie się do czegokolwiek jest zrozumienie siebie samego, swoich wad i słabości. Kiedy człowiek wierzący to potrafi, nie musi iść do konfesjonału, może wyspowiadać się sam, sobie i Bogu, skorygować swoje zachowania i jeśli trzeba, także wyznaczyć sobie pokutę. I może sam ją odbyć w więzieniu własnego serca lub wyjść na wolność, zależnie od wyroku. Jestem pewny, że to rozumiesz, bo masz wyobraźnię.

Sefardi z życzliwością odbierał słowa przyjaciela. Amizgao był księdzem, lecz mówiono o nim, że bardziej jest psychologiem niż namiestnikiem pana Boga, o którym na dobrą sprawę nikt nie miał najmniejszego pojęcia, jaki naprawdę jest. Przypomniał sobie, że w młodości ksiądz miał podobne marzenia jak on sam. Chciał być artystą; aktorem lub reżyserem. Obydwaj znali się od lat i szanowali.

*****

Ksiądz wysłuchał informacji o zamiarze Sefardiego wcześniejszego zakończenia życia, planie czterdziestu dni. Zareagował żywiej niż zawsze.

– Człowieku! Chcesz skrócić sobie życie, ale naprawdę nie rozumiem, dlaczego. Dlatego, że masz wyrzuty sumienia? To nonsens, bo wszyscy ludzie musieliby się pozabijać, gdyby myśleli tak jak ty. Czy oczekujesz, że udzielę ci dyspensy? Oznaczałoby to, że uczestniczę w eutanazji.

– Mam pełne prawo do podejmowania takiej decyzji. Dając mi życie, Bóg dam mi prawo dysponowania moim ciałem. Jedni niszczą je paląc papierosy, nadużywając alkoholu lub zażywając narkotyki, ja wybrałem swoją drogę.

– A co z duszą?

– Popełniając samobójstwo, nie zabijam duszy. Dusza jest przecież nieśmiertelna.

– Jesteś trudnym dyskutantem. Pozwól, że przedstawię ci moją opinię. Nieoficjalną, taką od serca. Jesteś tyranem dla siebie, choć pragniesz być Matką Teresą z Kalkuty, serdeczną, ciepłą i stanowczą w czynieniu dobra. Jesteś znanym wynalazcą, pisarzem i marzycielem, który spełnił marzenia, lecz wciąż marzy o więcej. Ta zachłanność aż wylewa się z ciebie. Mówię to na podstawie uważnych obserwacji. Jesteś zachłanny i niespokojny jak dziecko z ADHD, nadpobudliwe psychicznie i ruchowo, niezdolne do koncentracji, zakłócające natrętnym tupaniem sen sąsiadów z niższego piętra o godzinie szóstej nad ranem, kiedy nawet korytarze śpią. Nie czujesz, że jesteś chory?

Sefardi nie czuł się chory, lecz zgodził się w duchu, że słowa księdza zawierają sporo prawdy, która go męczy i utrudnia mu życie. Ksiądz kontynuował: – Ludzkie życie wedle zamysłu bożego ma być aktywne i sensowne. Ale nie może być wypełnione po brzegi. Mam wrażenie, że zjada cię nadmiar pomysłów. Czujesz się niespełniony. Z trudem wykonujesz dłuższą pracę, przeskakujesz z pomysłu na pomysł, zaczynasz kolejną sprawę nie kończąc pierwszej. A teraz skokiem na taśmę chcesz zakończyć całe swoje życie w ciągu czterdziestu dni! Uważam to za objaw chorobliwej ambicji i braku umiejętności zwykłego odpoczynku.

Sefardi nie przyjął słów księdza do wiadomości. Zbagatelizował je, pomniejszył. – Moja żona też tak uważa. Przypomniała mi ostatnio, że kiedy jeździliśmy na urlop, to ona zabierała ze sobą jedną książkę do czytania, a ja cztery lub pięć. – I żadnej nie kończyłeś. – Tak mi powiedziała.

– Nie ma lepszej diagnozy niż opinia kobiety, która zna ciebie najlepiej. To musi być dla niej męczące; patrzeć na fanaberie męża, którego energia rozłazi się bezproduktywnie w pięciu różnych kierunkach. Wybacz mi twarde słowa.

– Szkodliwości fanaberii, jak ją nazwałeś, nie da się łatwo ocenić. – Sefardi usiłował bronić się. Miał wprawę w roztrząsaniu błahostek. – Przyznaję, że jest to rzecz z pozoru niewinna i śmieszna, w gruncie rzeczy dezorganizująca, niepokojąca i bezproduktywna.

– Jaka jest korzyść z pięciu książek w walizce, jeśli w praktyce nic z tego nie wynika? Dlaczego to robisz? – Ksiądz zadał pytanie oczekując nie odpowiedzi, ale refleksji słuchającego. Zapadło milczenie. – Może on zasnął? Ciężko pracuje, to i może być zmęczony- ksiądz zaniepokoił się. – Czy nie myślisz czasem o zamordowaniu kogoś, Sefardi? – zapytał ni z tego, ni z owego, aby ożywić rozmowę. Spodziewał się, że zakwestionuje sens jego postępowania.

– Mnie? Prawie codziennie. Skończyłem z wynalazczością, jestem teraz pisarzem. Uśmiercanie to prawie mój zawód. Rozmowa zeszła na eutanazję. Sefardi zarzucił księdzu, że ucieka od tego tematu. – Co o niej sądzisz? – tym razem zamierzał uzyskać odpowiedź.

– To męcząca i bardzo kontrowersyjna sprawa. Ludzie patrzą na eutanazję i jedni widzą w niej tylko zło, drudzy tylko dobro. Zbrodnia dla jednych, akt dobroczynności dla drugich – wyjaśnił Amizgao. Nie zamierzał unikać tego tematu. To trudne zagadnienie.

– Czy chciałbyś porozmawiać ze mną o tym?

– Bardzo chętnie, ale nie teraz. Nie mogę. W kolejce do spowiedzi są jeszcze inne owieczki, które uparły się, że będą jadły trawę tylko z mojej ręki.

– Czy to dlatego, że inni spowiednicy oferują im siano?

– Nie bądź zarozumiały, Sefardi. Zadzwoń do mnie któregoś dnia, to umówimy się na rozmowę o eutanazji. Na pewno chcesz mieć głębszy pogląd w tej sprawie. Pisarze mają misję do spełnienia: edukacyjna, moralną, społeczną.

– Czy pisarz jest wybrańcem Boga?

– Jedynie dobry pisarz. Marny jest tylko grafomanem.

– Czy Bóg pogardza grafomaństwem?

– Tego to nie wiem, ale będę się modlić, aby mnie oświecił. Ty chyba grasz ze mną w jakąś sztuczkę, Sefardi? Nie ciągnij mnie za język, bo muszę już kończyć.

– To ja zakończę pierwszy. Poproszę o pokutę.

– Sam sobie ją zadaj! Sięgnij do sumienia i pomyśl, czy w ogóle jej potrzebujesz, czy też wystarczy ci tylko otrzeźwienie i kilka dobrych uczynków. Masz przecież plan czterdziestu dni czynienia dobra.

– Dziękuję ci, Amizgao.

– Bóg z tobą, Sefardi. Następna osoba, proszę. – Ksiądz wychylił się z konfesjonału, aby go słyszano. W kolejce były tylko dwie osoby.

– Coraz mniej ludzi uważa, że błądzi i popełnia grzechy. – Pomyślał i westchnął. Nie odczuwał braku chętnych do spowiedzi; uważał jedynie, że mówienie o sobie było formą terapii coraz bardziej potrzebnej ludziom zagubionym w społeczeństwie dobrobytu.

Michael Tequila w księgarni: https://tinyurl.com/y895884p

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 52: Ekscesy Abenaki, Sefardi i plan twórczego zakończenia życia.

Mimo spowolnienia gospodarki, firma Abenaki rozwijała się jak szalona. Jej obroty rosły tak szybko, że nie wystarczało miejsca na wykresach dla pokazania pełnego trendu wzrostu. Nomadyjczycy tak przyzwyczaili się do jej sukcesów, że oprócz maklerów giełdowych nikt nie zwracał na nią uwagi aż do momentu, kiedy zarząd giełdy oskarżył ją o podanie zaniżonych obrotów i zysków. Zaczęto analizować szczegóły. Okazało się, że obroty firmy rosły trzykrotnie szybciej niż przeciętne obroty całej branży. Abenaki zwiększała sprzedaż, niszcząc konkurencję niskimi cenami i tak rozległą reklamą swoich produktów, jakby dysponowała nieograniczonymi środkami. Co więcej, organizacje ochrony środowiska donosiły o szkodliwości jej produktów dla środowiska i człowieka.

Mimo poważnych oskarżeń, nikt nie był w stanie udowodnić niczego w sądzie. Firma zatrudniała najlepszych prawników i sprawy wygrywała albo skutecznie je odwlekała. Dziennikarze śledczy głowili się nieprzerwanie, skąd ma ona tyle pieniędzy. Pojawiły się podejrzenia o cichą pomoc ze strony rządu, sugerowano, że firma korzysta z jakichś niejasnych przywilejów, koncesji, dotacji, ulg podatkowych lub specjalnych zleceń. Byli tacy, co podejrzewali, że Abenaki jest wielkim producentem i dystrybutorem narkotyków za cichym przyzwoleniem rządu.

– Bez zewnętrznej pomocy i protekcji nie mieliby takich wyników. Nie ma innego wytłumaczenia. Urząd Kontroli Konkurencji, instytucja państwowa, udaje tylko, że stara się wyjaśnić oskarżenia – argumentowali dziennikarze.

Członkowie zarządu i wysocy funkcjonariusze Abenaki rozbijali się po drogach kosztownymi samochodami i kupowali bajeczne rezydencje z basenami i ogrodami na dachu. Prezes firmy ogrodził swoją rezydencję razem z jeziorem, do którego dotychczas mieli dostęp wszyscy obywatele. Twierdził, że musiał to zrobić, ponieważ złodzieje wykradali mu szczególnie rzadką odmianę karpia królewskiego. Dla uśmierzenia oburzenia publicznego dotyczącego tej sprawy biskup Kościoła Hierarchicznego odprawił trzy msze w prywatnej kaplicy prezesa pod figurą ukrzyżowanego Jezusa wykonaną ze złota i zdobioną rubinami.

Interpelacje opozycji w parlamencie w sprawach powiązań Abenaki z rządem rozpętały w końcu dyskusję narodową. Była ona tak pełna oskarżeń i kontroskarżeń, niuansów, wyjaśnień i zaprzeczeń, protestów i manifestacji, że wszyscy stracili orientację, co jest prawdą, a co kłamstwem.

Tajemnica ubożejącego państwa i bogacącej się wielkiej firmy do niedawna kierowanej przez gubernatora Blawatsky’ego odbierała sen Sefardiemu. Pragnął rozwikłać tę zagadkę za wszelką cenę. Miał poczucie, że nie ma na to za dużo czasu.

*****

Dla Sefardiego był to okres intensywnych kontaktów z księdzem Terrano i z Bogiem. Zamierzał śmiałym ciągiem pozytywnych działań nie tylko wyprostować pogięte fragmenty życia, ale także dać przykład twórczego życia w dojrzałym wieku. Gotów był nawet skrócić je, aby przeżyć je bardziej intensywnie.

Pokazać tylko, jak należy żyć, byłoby to jednak za mało. Wyglądałoby to jak niekompletny wykład. Sefardi-perfekcjonista nie mógł sobie na to pozwolić. Zaprzeczałoby to prawdzie, że człowiek został stworzony przez Boga po to, aby dążyć do doskonałości.

Swój punkt widzenia Sefardi przedstawił swemu najlepszemu przyjacielowi, doradcy i spowiednikowi, księdzu Amizgao.

– W tym jednym zgadzam się z tobą w pełni – Z powagą odparł Amizgao, wyznawca filozofii praktycznej. – Nieskończenie długa ewolucja życia na ziemi, mimo wahań, cofnięć, skrzywień i upadków, świadczy o dążeniu przyrody do doskonałości – ksiądz zjawiał się obok Sefardiego zawsze wtedy, kiedy ten najbardziej go potrzebował. Był jego duchem opiekuńczym. Prymitywny Indianin z urodzenia, szaman znad Amazonki, ostatecznie wyedukowany jako ksiądz i psycholog, Amizgao potrafił przenikać ściany i umysły.

*****

Niezłomne postanowienie wywołało w Sefardim wątpliwości już następnego dnia. Dalsza pomoc księdza okazała się nieunikniona i konieczna. Był jedyną osobą, która mogła mu pomóc: pasjonat psychologii, miłośnik literatury, rzecznik pisarzy i poetów. Także ludzi ubogich, jak często sam podkreślał.

Sefardi sięgnął po telefon i wybrał numer. Czekał, studiując portret „Kobiety w kraciastej czerni” wiszący naprzeciwko na ścianie, dopóki nie usłyszał spokojnego głosu księdza. Konferowali jakiś czas. Sefardi umówił się na spotkanie, aby zrzucić z siebie ostatnie wątpliwości. Nie wiedząc, jak Amizgao zareaguje na jego plan noszący cechy eutanazji, pozostał w niepewności.

Spotkali się na leśnym parkingu, otoczonym barierką z cienkich pni sosen, pozostałości po przecince lasu. Ksiądz zaproponował spacer; przyroda nastrajała go pozytywnie. Był Indianinem i brakowało mu naturalnego otoczenia. Jeśli pogoda sprzyjała, najchętniej wybierał właśnie to miejsce. Idąc, nic nie mówił, tylko słuchał, zerkając w górę, w korony drzew. Stwarzał wrażenie nieobecnego. Odezwał się dopiero po przejściu kilkuset metrów. Mówił powoli, zastanawiając się nad każdym zdaniem.

– Zaplanowałeś samobójstwo, Sefardi. Smuci mnie to oczywiście, bo jesteśmy przyjaciółmi. Uznaję jednak prawo do takiej decyzji, ponieważ twoje życie jest twoją wyłączną własnością. W odróżnieniu od moich braci duchownych, wykluczam z tej decyzji Boga. Ma zbyt wiele spraw na głowie, aby zajmować się każdym z nas. Martwi mnie tylko, czy twoja decyzja nie skrzywdzi osób najbliższych, rodziny i przyjaciół, czy nie poniosą oni konsekwencji. Boję się też, czy nie zechcesz wykorzystać tej sposobności do popełnienia jakiegoś złego czynu, na przykład zemsty. Możesz nawet nie zdawać sobie z tego sprawy. Umysł ludzki jest pokrętny, potrafi oszukać nawet właściciela. Wspominałeś, że masz wrogów. Możesz zechcieć ich wyeliminować. Uśmiercanie nie jest trudne. Pokazują to niezliczone wojny i przypadki milionów zabójstw. Wiesz to doskonale. Ludzie niejednokrotnie zabijają w myśli nawet najbliższe osoby.

Sefardi zastanowił się. Idea nie była obca. Autorzy powieści kryminalnych na przykład zabijali i to z premedytacją, dla czystej satysfakcji czytelników, którzy wynagradzali ich za to kupując ich książki. Coś musiał z tym zrobić. Szybko w myśli znalazł usprawiedliwienie.

– Amizgao to taki sam moralista jak ksiądz Brown Galbraitha, tego anglikańskiego przechrzty na katolicyzm. Sefardi skrzywił się, uznając, że była to nieuczciwa myśl. – Człowiek w mojej sytuacji, w sile wieku, niezależny finansowo, mający siebie za uczciwego, nie powinien mieć takich skojarzeń – upomniał sam siebie.

W drodze powrotnej Amizgao zachęcił przyjaciela do spowiedzi. Niechętnie, nie chcąc sprawić księdzu przykrości, Sefardi przyjął propozycję. Nie był jednak pewien, czy wyzna mu wszystkie grzechy.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 50: Wspomnienia miłosne i spotkanie w Katakumbach.

Do tematu miłości Isabela wracała niechętnie, może jeszcze raz albo dwa razy. Miała swoją teorię miłości, którą stopniowo dzieliła się z Sefardim. Słuchał jej chętnie, gdyż oprócz pewnej dziwaczności przemawiała przez nią odwieczna kobiecość, płodna i szczera.

– Teraz miłość już mnie mniej interesuje, nie tak, jak dawniej. Może w ogóle mnie nie interesuje? Chyba jestem za stara. – Kiedy to mówiła jej oczy błądziły gdzieś na zewnątrz, po pokoju albo za oknem, połyskując zielenią dalekich nadrzecznych łąk.

– Nie jest pani jeszcze stara, Isabelo. – Mistrz usiłował ją pocieszyć. – Ile pani ma lat? Czterdzieści pięć? Pięćdziesiąt?

Śmiała się, kiedy to mówił, lecz nie korygowała ocen swojego wieku.

Sefardi obserwował ją, jej zachowania i reakcje. Potrafiła go zaskakiwać. W rozmowach zachowywała się niekiedy tak, jakby czas istniał obok niej, nieistotny, bez znaczenia albo w ogóle przestał istnieć. Potrafiła nieoczekiwanie wyłączyć się z rozmowy i zamknąć się w sobie, innym razem głęboko zaangażować się w dyskusję, traktując ją jak wspaniałą zabawę, której oddawała się jak dziecko, szczerze i entuzjastycznie. Nic innego wówczas dla niej nie istniało. To była ona, dziecięco naturalna a zarazem dojrzała.

*****

Pod koniec maja Sefardi spotkał się przy krawężniku z Iwanem Iwanowiczem, Wiktorem i kilku innymi osobami, aby pogadać o wpływie fatalnej pogody na zachowanie się społeczeństwa i jednostki. W spotkaniach uczestniczył regularnie. Przywiązywał do nich wielką wagę, gdyż osiedle Aura reprezentowało miniaturę kraju, odzwierciedlając wszystko, co działo się na zewnątrz. Stały się już tradycją, odbywały się regularnie, raz w tygodniu, przy krawężniku drogi wewnętrznej osiedla, o ile tylko pogoda na to pozwalała. Kiedy padał deszcz organizowano je w podziemnym garażu budynku mieszkalnego o nazwie Katakumby, nawiązującej do spotkań pierwszych chrześcijan.

Tego dnia pogoda była nienośna, mroczne chmury zaciemniały horyzont. Przybywający witali się serdecznie, obejmowali się, całowali się w policzki i ściskali sobie dłonie. Nieliczni, bardziej szarmanccy całowali kobiety w rękę. Nie przyjmowały tego mile, ponieważ było to niehigieniczne, ponadto gubernator lubił całować kobiety w rękę, zwłaszcza leciwe. Mimo, że osiedle reprezentowało mieszankę demograficzną, przez co nazywano ich niekiedy zbieraniną, łączyła ich wspólnota przekonań. Byli zdeklarowanymi zwolennikami nieposkromionej wolności jednostki, krytycznymi wobec rządu, skłonnego ją ograniczać. Rekrutowali się spośród liberałów, wolnomularzy, anarchistów i innych grup społecznych zwanych szumowiną przez przedstawicieli rządu.

Pytany, dlaczego całuje kobiety w rękę, choć to niepraktyczne i niegodne z poziomem ich emancypacji, Gubernator odmawiał odpowiedzi. Kiedyś prywatnie miał wspomnieć, że jest to tradycja rodzinna, że tak od wieków postępowali jego przodkowie. Jego przywiązanie do historii było znamienne. Przeciwnicy polityczni mówili, że żyje w przeszłości, wielbi ją i kiedy tylko może wzoruje się na niej.

Na spotkanie kobiety przyniosły ciasta i herbatniki, mężczyźni zaś alkohol, przeważnie w małych buteleczkach zwanych szczeniaczkami, ewentualnie w piersiówkach, oraz soki. Panowała atmosfera komuny z pierwszych lat chrześcijaństwa, kiedy zebrani dzielili się wiarą w ocalenie mimo otaczającego ich bezprawia i okrucieństwa. Rząd Barrasa podejrzewano, że po cichu inwigiluje zbierających się aktywistów osiedlowych. Za rządów Partii Liberalnej atmosfera niepewności i zagrożenia nie była tak silna.

W czasie przeznaczonym na wolne wnioski głos zabrał Sefardi. Nowym uczestnikom zebrania przedstawił się jako zegarmistrz-wynalazca z aspiracjami pisarskimi, zbierający materiały do powieści obyczajowo-kryminalno-politycznej. Z trudem powstrzymał się od przedstawienia fabuły planowanego utworu. Prowadził w tej sprawie śledztwo dziennikarskie i nie był jeszcze pewien jego rezultatów. 

– Fabuła powieści jest poważna i rozwojowa – podsumował Sefardi, natychmiast żałując, że użył słowa „rozwojowa”, ponieważ był to termin używany przez kolejne rządy kraju do rozmydlania kłopotliwych tematów i wyzwań. „Rozwojowy” znaczyło mniej więcej tyle, że dochodzenie jest w rękach policji i prokuratury, że zakres śledztwa jest jeszcze niezbyt jasno określony, że będzie ono kontynuowane, ale nie wiadomo jak długo i co z niego wyniknie, że w ogóle nie jest jasne, czy warto je kontynuować i że społeczeństwo z całą pewnością będzie na bieżąco informowane o rozwoju dochodzenia. Minister Sprawiedliwości Castello opracował definicje terminów „sprawa rozwojowa” i „śledztwo rozwojowe” i zamierzał wprowadzić je do nowej ustawy o prawie karnym, cywilnym i administracyjnym, jednej z tysięcy, nad którymi pracował rząd.

W dyskusjach nie dało się uniknąć ostrych ocen Konserwy i opozycji, choć aktywiści starali się zachować umiar i rozwagę. Unikali zaciętych dyskusji o polityce, ponieważ wyzwalały one gniew i sprzeciwy wobec działań rządu, wywołując wzburzenie graniczące niekiedy z szaleństwem.

Kiedy ktoś zwrócił uwagę, że rząd manipuluje społeczeństwem bardziej niż poprzedni, Wiktor zdecydowanie zaprotestował. Nikt jeszcze wtedy nie wiedział, że Wiktor jest wtyczką rządu interesującego się krytycznie myślącymi obywatelami.

Michael Tequila – dzieła literackie: : https://tinyurl.com/y7cza5nc

Aforyzmy i abstrakcje

W pewnej wsi na znak sprzeciwu krowa stanęła dęba. Kiedy lokalny ważniak usiłował ją wydoić, odwróciła się i zdzieliła go kopytem w coś okrągłego. Wtedy zdał sobie sprawę, że nie była to jego głowa, tylko łeb, a krowa nie była dojna, tylko zbuntowana.

Do uzdrowienia świata nie jest dziś konieczna bomba atomowa. Wystarczy Trump, Putin, Kaczyński, Orban, Le Pen i Kim Il Dzong. Los obdarzył szczęściem równo wszystkie kontynenty. Afrykę pominął, bo jest czarna i mało widoczna. Ale i tam też sobie radzą.

Pies oddał szesnaście strzałów do swojego właściciela. Sprawa trafiła do sądu, pies dostał dwa lata z zawieszeniem za marnotrawstwo naboi. Sąd uznał niską szkodliwość społeczną czynu. Sponsorem wyroku był Minister Powszechnej Sprawiedliwości.

Pewna zasłużona kobieta, która samotrzeć wygrała mecz 27 do 1, odwiedziła miejscowość, gdzie kiedyś gasiła pożary, bo znała się na pompach. Jej dobra znajoma zapytała ją publicznie: Co pani tu robi? Myślałam, że pani jest w stolicy. To gdzie właściwie jest pani miejsce, babo?

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 49: Sefardi i zebranie przy chodniku

W nocy Sefardi na przemian zasypiał i budził się. Kiedy wstawał, poruszał się jak lunatyk. To, że jest meteopatą, szczególnie wrażliwym na zmiany pogody, zakomunikowała mu z właściwą sobie nonszalancją Isabela. Potem wyjaśniała mu jeszcze inne szczegóły, o których rzekomo mówił lekarz. W stanie odrętwienia w pierwszym momencie nie zwracał uwagi na jej słowa. Zareagował żywiej dopiero wtedy, kiedy przyniosła kubek gorącej herbaty z żurawiną, przyjrzała mu się uważnie i stwierdziła:

– Wygląda pan, jakby pan stygł. Zresztą, co ja gadam, wiadomo, że każdy mężczyzna stygnie już od dwudziestego piątego roku życia, kiedy osiąga dojrzałość seksualną. Niech się pan nie przejmuje tym, co ja mówię, bo to prawda, a z prawdą nikt nie może wygrać oprócz dyktatora lub innego, podobnego kretyna.

Zaskoczony bezceremonialnym zachowaniem kobiety Sefardi nie był w stanie wydobyć z siebie odpowiedzi. Isabela zamierzała coś jeszcze powiedzieć, zrezygnowała jednak widząc wyraz zniecierpliwienia wykrzywiającego mu twarz. W końcu przetrawił jej wypowiedź, doceniając oryginalność jej obserwacji, nie podjął jednak rozmowy. Zdobył się tylko na krótką odpowiedź.

– Dziękuję pani za herbatę, Isabelo. Chętnie ją wypiję. Porozmawiajmy może o stygnięciu następnym razem, bo dzisiaj jakoś nie jestem w formie. Chyba dlatego, że stygnę.

*****

Temat rządu szalejącego na punkcie demografii pojawił się w dyskusji przy krawężniku. Na zebranie przyszło niewiele osób; dwie z nich Sefardi widział po raz pierwszy. Byli to mężczyźni, jeden ciemny blondyn, drugi rudzielec. Sefardi przyglądał się dyskretnie blondynowi zgadując, kim jest i co go sprowadziło na spotkanie, kiedy tuż obok zupełnie niespodziewanie pojawił się rudzielec, osobnik średniego wzrostu, mocnej budowy, niedbale ubrany. Wyglądał jakby właśnie zszedł z budowy.

– Co sądzi pan o sprawach demografii, którymi zajmuje się teraz rząd?

Sefardi domyślił się, że pytającemu nie tyle chodzi o odpowiedź, ile o nawiązanie rozmowy. Kilka minut wcześniej widział go nudzącego się samotnie na ławce osiedlowej.

– Zgaduję, że jest pan nowy na naszym osiedlu. Czy mam rację? – Sefardi wolał odpowiedzieć pytaniem na pytanie niż udzielać odpowiedzi, nie mając pojęcia, co to za człowiek. Zapytany wybrał podobną taktykę. Zamiast odpowiedzieć, przedstawił się. Rozmowa rozkręciła się. Zgodzili się łatwo, że rząd oszalał na punkcie demografii.

– O potrzebie zwiększenia liczby mieszkańców kraju bębnią teraz aż do znudzenia, jakby wszystkie jej problemy sprowadzały się tylko do demografii – zagaił rudy.

Po kilku minutach temat znudził Sefardiego do tego stopnia, że spróbował zainteresować rozmówcę tematem wynalazków, nie znalazł jednak zrozumienia. Rudzielca bardziej interesował ostatni mecz piłki ręcznej. Sefardi zamilkł i słuchał.

Kiedy do grupy przy krawężniku dołączyli ostatni maruderzy, Iwan Iwanowicz przejął inicjatywę i poprosił o uwagę. W ręku trzymał program spotkania. Najwięcej czasu zajęła prezentacja nowych mieszkańców osiedla. Proszeni o przedstawienie się, mówili rozwlekle, skąd przyjechali, czym się zajmują i dlaczego uczestniczą w zebraniu. Kiedy blondyn popatrzył w jego kierunku, Sefardi nabrał dziwnego przekonania, że razem z rudzielcem zostali przysłani, aby go śledzić. Postanowił zachować ostrożność. Pilnował się.

Wracając do domu, w windzie spotkał sąsiada z klatki schodowej.

– Było to najbardziej jałowe spotkanie, w jakim uczestniczyłem – oświadczył. Żal mu było zmarnowanego czasu.

Sefardi, jak tylko znalazł się w mieszkaniu, zapomniał o nieznajomych i wrażeniu, jakie na nim zrobili. W nocy śnili mu się dwaj osobnicy, jak rozbierali jego samochód w garażu w poszukiwaniu jakichś dokumentów, a potem szperali po mieszkaniu. To go obudziło. Niespokojny, wyjął po cichu latarkę z szafki nocnej i podszedł do drzwi, aby sprawdzić, czy nie ma na nich śladów włamania. Kiedy nic nie znalazł, poczuł się rozczarowany.

*****

Rano Isabela przyniosła Sefardiemu herbatę z cytryną. Przyglądała mu się chwilę z boku uważnie jak pies, po czym powiedziała:

– Dziwnie się pan zachowuje. Powinien pan chyba pójść do lekarza. – Zapytana, nie umiała albo nie chciała wyjaśnić, dlaczego tak sądzi. Sefardi uznał, że to żona wysłała ją na przeszpiegi. Przypomniał sobie, że gospodyni kolejny raz przynosi mu herbatę nieproszona. Po jej wyjściu sprawdził biurko, czy czasem nie zginęły mu jakieś notatki. Nie był pewny, czy coś nie znikło, ponieważ na biurku leżał cały ich stos.

Wspomnienie snu popsuło mu cały ranek. Otrząsnął się dopiero około godziny jedenastej po wypiciu dwóch kaw z dużą ilością cukru i brandy. 

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 48: Dziwna choroba Sefardiego

Sefardi trzymający się dzielnie w dniu gwałtownej zmiany pogody, w południe następnego dnia doznał duszności. Penelopa wezwała lekarza, lecz nikt się nie zjawił. Tego dnia był to najbardziej poszukiwany człowiek w mieście. Sefardi czuł się coraz gorzej. Popadł w stan odrętwienia i bezwładu, prawie nie reagował na bodźce, dotyk ani słowa. Nie wiedział, co się z nim dzieje. Okazał się meteopatą do kwadratu, nie mając o tym wcześniej najmniejszego pojęcia. Potwierdził to lekarz wezwany przez Penelopę.

– Wygląda mi to na torpor – określił medyk po zbadaniu chorego. – To dziwne. Powiedział to tak beznamiętnie, jakby stwierdzał, że długopis upadł mu na podłogę.

– Co takiego wydaje się panu dziwne? – Zaniepokoiła się Penelopa, która odwiedziła sypialnię męża tylko dlatego, że poważnie zachorował. Towarzyszyła jej Isabela. Nie proszono ją o to, przyciągnęła ją ciekawość.

– Torpor to stan przejściowego, kontrolowanego obniżenia temperatury ciała przez zwierzęta stałocieplne. Spadek temperatury spowalnia pracę serca oraz większość innych czynności fizjologicznych. W stan torporu zapadają nietoperze oraz niektóre małe ptaki. Nie słyszałem jednak, aby zdarzyło się to człowiekowi.

– Czy don Sefardi mógł się zarazić tą chorobą od nietoperza? – Zapytała Isabela, patrząc w kierunku sufitu.

– Skąd przyszła pani do głowy taka nonsensowna myśl? – Oburzył się lekarz. 

– Na strychu widziałam kilka nietoperzy, pomyślałam więc, że don Sefardi mógł mieć z nimi styczność. Jest tam dużo książek, mógł czegoś szukać. Albo chciał odłożyć kilka książek. Ostatnio, kiedy tutaj sprzątałam, mówił mi, że ma ich za dużo, że nie mieszczą się już na regałach i musi część odłożyć. Zastanawiał się nawet, gdzie je umieścić. Myśleliśmy o tym wspólnie. Ja mu sugerowałam strych, on natomiast uważał, że tam książki bardzo się kurzą. Osobiście bardzo nie lubię kurzu, bo potem mam tyle sprzątania, że … Nerwowe chrząknięcie lekarza i niechętne spojrzenie Penelopy powstrzymały jej dalsze wyjaśnienia.

– Jak długo to może trwać? Czy ten torpor jest bardzo niebezpieczny? – Niepokoiła się Penelopa. Wolała nie mieć kłopotów z chorobą pod własnym dachem. Miała swoje problemy.

– Torpor to krótkotrwały okres obniżenia temperatury i odrętwienia ciała. U ptaków trwa on od kilku godzin do kilku dni. Stan ich odrętwienia może przeciągnąć się, jeżeli nie mają sprzyjających warunków do normalnej aktywności, kiedy na przykład opady deszczu uniemożliwiają im żerowanie. Dłuższe okresy odrętwienia zimą nazywane są hibernacją, a latem – estywacją. To wszystko oczywiście dotyczy zwierząt, nie ludzi, jednak objawy widoczne u don Sefardiego zdumiewająco przypominają torpor. Sam nie wiem, co o tym myśleć.

– Skąd pan to wszystko wie? – Zainteresowała się nagle Isabela. Nabrała podejrzeń.

– Wszystko, to znaczy, co? Co pani ma na myśli? Znajomość fizjologii organizmu? To mój zawód.

– Ale to wszystko, co pan mówi o zwierzętach?

– A, o to pani chodzi. Studiowałem weterynarię, zanim poszedłem na medycynę. Zresztą organizm człowieka nie różni się tak bardzo od organizmu zwierzęcia. Wszyscy jesteśmy spokrewnieni ze zwierzętami.

– Ale po co zwierzętom ten stupor? – Dociekała Isabela.

– Nie stupor, tylko torpor. To nie to samo. Zwierzęta obniżając temperaturę ciała, oszczędzają w ten sposób energię, której organizm potrzebuje do normalnego funkcjonowania – wyjaśnił spokojnie lekarz aplikując Sefardiemu zastrzyk wzmacniający.

Widząc, że Isabela szykuje się do zadania kolejnego pytania lub wygłoszenia jakiejś opinii, lekarz i Penelopa porozumieli się wzrokiem, uznając, że czas kończyć wizytę. Isabela zaproponowała, że zostanie przy pacjencie.

– Na wszelki wypadek. – Wyjaśniła, obdarzona przez lekarza niechętnym spojrzeniem. – Od razu bym pana zawiadomiła, gdyby stan don Sefardiego pogorszył się. 

*****

Kiedy Sefardi doszedł do siebie po zastrzyku, rozejrzał się po pokoju.

– Czuję się znacznie lepiej. – Stwierdził przyglądając się Isabeli. – Co pani tu robi? Co się stało?

– Nic, oprócz tego, że był tu lekarz i dał panu zastrzyk na wzmocnienie. Powiedział też, aby za żadne skarby nie pił pan alkoholu. – Isabela wymyśliła na poczekaniu ostrzeżenie, które wydało jej się konieczne dla ratowania chorego. – Wszyscy martwiliśmy się o pana, kiedy był pan nieprzytomny, bo nie wiadomo było, dlaczego jest z panem tak źle. Ludzie owszem, mogą czuć się gorzej lub lepiej, ale zaraz być nieprzytomnym? Na początku lekarz myślał, że ma pan jakiś tam torpor jak u ptaków, a potem doszedł do wniosku, że objawy są podobne do zatrucia czadem. Badał pana dwa razy lub więcej. Nie pamiętam już …

Sefardi nie uwierzył w opowiadaną mu historię. Był jednak przekonany, że gosposia nie zamierza skończyć relacji z przebiegu badania, czyniąc wciąż nowe dygresje, ale nie miał siły, aby z nią walczyć. Uznał, że jest niepokonana w swoim uporze.

– Aha, przypomniałam sobie! Miał pan zawroty i bóle głowy, duszności, trudności z oddychaniem oraz nudności. Lekarz powiedział, że objawy są podobne jak przy zatruciu czadem, który jest bezwonny, bezbarwny i trujący, i zapytał, czy przypadkiem nie chciał pan popełnić samobójstwa, czy nie ma pan takich skłonności, ale wszyscy zaprzeczyli. To znaczy pańska żona.

– To niemożliwe – powiedziała. – Czasem jest narwany, ale na ogół to rozsądny człowiek! Wykluczone! – Chyba dokładnie tak powiedziała. A może powiedziała nawet, że jest pan mądrym i rozważnym człowiekiem. Nie pamiętam już.

– A co pani zrobiła?

– Sprzeciwiłam się. Powiedziałam, że samobójstwo popełnić może każdy, głupi czy mądry, to nie ma znaczenia. Ja wiem, że pan mógł chcieć popełnić samobójstwo. Czuję to przez skórę. Zrozumiałam to od razu, jak tylko pierwszy raz na pana spojrzałam. Pamiętam ten moment. Stałam wtedy przy biurku…

Sefardi przerwał jej ruchem ręki.

– Chcę panią o coś zapytać. – Wydusił z siebie. Śpieszył się, aby mu nie przerwała- Skąd pani przyszło do głowy, że mógłbym chcieć popełnić samobójstwo?

– Jest pan typem samobójczym, don Sefardi. – Odparła Isabela z przekonaniem. – Niech pan spojrzy na siebie. Wysoki, szczupły, przygarbiony. Sterczy pan ciągle przed komputerem i pisze te swoje powieści o ludziach, których nazywa pan bohaterami, a którzy nie są żadnymi bohaterami. Czytałam kilka pana tekstów, to wiem. Zaraz potem, jak zbadał pana lekarz pytając o samobójstwo, pańska żona kazała sprawdzić piece i przewody kominowe, i wywietrzyć mieszkanie, choć na dworze było bardzo zimno.

– Co do bohaterów książkowych, to musi pani wiedzieć, Isabelo, że mogą oni być tacy sami, jak ludzie w życiu, których uznajemy za bohaterów i odznaczamy. Albo też można sobie wymyśleć jakąś postać nie z tej ziemi, czysto fikcyjną, nierealną, która będzie bohaterem powieści lub opowiadania.

– To po co nazywać ich bohaterami, jeśli nimi nie są. To jakaś teoria, którą chce mi pan wcisnąć, aby odwrócić uwagę od swoich skłonności samobójczych. – Isabela kontynuowała swoją narrację. – Kiedy się wszystkim sprzeciwiłam i powiedziałam, że pan mógłby popełnić samobójstwo, to lekarz wtedy powiedział… nie mogę sobie przypomnieć jego nazwiska. Jakieś takie krótkie, chyba na literę „b”.

Sefardi znowu interweniował. – To nie ma znaczenia, jakie ma nazwisko. Miała pani powiedzieć, co on mówił, a nie jak się nazywa.

– Tylko proszę mi nie przerywać, bo nigdy nie skończę. Powiedział wtedy, że moja opinia to tylko jakieś „votum separatum” i niczego nie zmienia. Ja wiem dobrze, że samobójcą może być każdy człowiek, prosty czy garbaty, uczciwy czy łajdak. To nie ma znaczenia.

– No właśnie, Isabelo. Ja mam słaby charakter, pani ma silny, niech więc pani zakończy to opowiadanie, bo chciałbym jeszcze trochę pospać.

– Pan jak zwykle o spaniu. Chciałbym troszkę pospać. Chciałbym ociupinkę poleżeć. Lubi się pan pieścić. To jest właśnie to. To wskazuje, że ma pan bardzo słaby charakter i jest naprawdę typem samobójcy. Jest pan niebezpieczny dla siebie.

Sefardi nie miał pojęcia, jakimi drogami krążyło rozumowanie Isabeli, lecz nie mógł odmówić jej intuicji.

– Zakichany domowy psychiatra. – Usiłował bagatelizować. Isabela denerwowała go, a równocześnie zastanawiała i imponowała. Znowu poczuł się zmęczony.

 

Przypowieść o bagnie i pustyni (z serii opowiadań krótkich jak świst bicza)

W kraju zagubionym w buszu, na pograniczu wielkiego bagna i pustyni, gdzie handluje się mądrością i głupotą, łajdactwem i uczciwością, żył niezbyt rozgarnięty osobnik, którego zwierzchnik wioski zatrudniał na posyłki. Była to dla niego tak ważna funkcja, że uważał siebie za ważniaka. Tak też go nazywano: Ważniak, czasem także Umyślny, Posłaniec, Kurier lub po prostu Chłopak na posyłki. Nie miał najlepszej sławy, wielu uważało go za wiarołomcę i dziwkarza.

Pewnego jesiennego ranka Ważniak ogolił się, posmarował włosy brylantyną, ubrał się w co miał najlepszego, nowiutkie trampki i niebieski garniturek, i wyszedł na próg swojego szałasu, który zatopiony w ciszy i przyozdobiony promieniami słońca wydał mu się pałacem. Postał, pomedytował i udał się na przechadzkę. Po drodze zahaczył o lokalny kościółek, rządzony przez proboszcza kochającego nade wszystko wesołe towarzystwo i mocne aguardiente, dopóki mu zdrowie pozwalało. Ważniak wszedł do środka, aby się pomodlić. Rozmyślając nad swoją kondycją i marną reputacją, usiadł w pierwszej ławce i przysnął.

We śnie pojawiły się przed nim postacie, niektóre ze skrępowanymi rękami, inne z zaklejonymi taśmą ustami, w różnym wieku. Stały wokół, gapiły się w niego intensywnie i krzyczały: Parole! Parole! Przeraził się, bo nie wiedział, o co im chodzi, albo udawał, że nie wie, bo był wiejskim cwaniakiem.

– Gdzie? – Zawołał. – Jakie parole? Po co?

Na wszelki wypadek rozejrzał się wokół, czy jest tam ktoś, kto zechciałby mu odpowiedzieć, ale nikogo takiego akurat nie było pod ręką. Kiedy siedział zdezorientowany, usłyszał z dala mocny głos:

– Nie udawaj głupka, synu marnotrawny. Wiesz dobrze, o czym oni krzyczą. Nie denerwuj ich, bo cię wywiozą na taczkach. Przedtem odbiorą ci stopień generalski, zostaniesz szeregowcem, wcielą cię do wojska, zostaniesz zwykłym zupakiem, będzie zmywał garnki u tego dziwaka, twojego dobroczyńcy. Jak mu tam na imię? Taki mały, siwy! – Głos się zdenerwował.

– A! Ucieszył się Ważniak. – Chodzi o mojego opiekuna. Mojego zbawcę, wspomożyciela i dobrodzieja.

– No widzisz! – Ucieszył się głos z oddali. – Nie całkiem ci jeszcze rozum odebrało.

Ważniak konwersowałby z nieznajomym dłużej, gdyby nie modnie ubrana kobieta, szczupła, uczesana w kok, która go zbudziła szarpiąc za ramię.

– Idź już do domu, pijaku. Udajesz, że wiesz, co mówisz i co robisz. Nadymasz się jak żaba, mądrzysz się, udajesz geniusza. Ale sumienia nie masz nawet za grosz. Kim ty właściwie jesteś? – Tak się go zapytała. A jeśli tego nie zrobiła, to wielka szkoda, także dla niej.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 47: Kampania wzajemnego ośmieszania

W awanturę z gubernatorem Sefardi wplątał się przypadkowo, zupełnie niepotrzebnie. Najlepiej ujęła to Penelopa, jego żona. Było to kilka lat wcześniej. Przyglądając się sobie w lustrze, powiedziała mu:

– W twoim życiu, drogi Sefardi, wiele rzeczy zdarza się jakoś tak niespodziewanie, na zakrętach, w zaskakujących okolicznościach, w miejscach, w których znalazłeś się zupełnie przypadkowo, albo też i niezupełnie, ponieważ wiedziony swoim kretyńskim wścibstwem pchasz nos w sprawy, w które nie powinieneś, bo mógłbyś nabić sobie porządnego guza.

Tak było i tym razem. Sefardi był umówiony z prawnikiem w kawiarni w centrum konferencyjnym w sprawie opatentowania nowego zegarka i zupełnie przypadkowo zobaczył ogłoszenie o spotkaniu premiera Barrasa z obywatelami.

Był już po rozmowie z prawnikiem, wszedł więc do sali, było wolne miejsce, bo akurat ktoś wyszedł. Siadł i słuchał. Kiedy rozpoczęła się dyskusja, zabrał głos. Temat spotkania nie interesował go za bardzo, ale chciał zobaczyć premiera z bliska, bo mówiono o nim bardzo różnie. Jedni, że w bezpośrednim spotkaniu jest obrzydliwy, inni, że całkiem sympatyczny.

– Taki obojnak – określił go ktoś, kogo Sefardi już sobie nie przypominał, oprócz tego, że pamiętał, że miał zabrudzone nogawki i duże wąsy.

Penelopa twierdziła, że Sefardi udał się tam podświadomie, aby w dyskusji doprowadzić do konfrontacji.

– Wydało ci się, że skoro los dał także tobie być człowiekiem znanym, może nawet celebrytą, to możesz pozwolić sobie na wszystko. Ten twój zakichany Blawatsky jest taki sam. Jesteście do siebie pod tym względem podobni jak bracia jednojajowi.

Sefardiego poniósł temperament, w dodatku zabrał głos w kwestii, na której nie znał się dobrze. Nie mógł sobie przypomnieć, czy na spotkaniu z prawnikiem nie wypił za dużo alkoholu, bo była to pora lunchu i pili wino. Tak czy inaczej doszło do konfrontacji i teraz tkwił w sporze po uszy, a im dłużej on trwał, tym głębiej. Potem już nie mógł się wycofać, nie tracąc twarzy. Był zbyt dobrze znany.

– Twoja głupia ciekawość i zarozumialstwo ciebie zgubią – przestrzegała go Penelopa, życząc mu powodzenia czasami wbrew zdrowemu rozsądkowi a nawet może sobie samej jak kobieta zachłanna opiekuńczo lub zakochana do szaleństwa.

*****

Krytyka gubernatora, rzucanie nożami w jego obraz oraz dochodzenia wymierzone w niego i jego urzędników nie pozostały bez odpowiedzi. Agenci Barrasa szybko wywęszyli co w trawie piszczy i zaalarmowali go, określając wystąpienia Sefardiego przeciw niemu mianem pokrętnych i diabelskich. Składający sprawozdanie miał poetyckie skłonności opisu rzeczywistości.

– To, co robi Baroka, ten zegarmistrzyna pozujący na wielkiego wynalazcę i pisarza, woła o pomstę do nieba. Moim zdaniem, on prowadzi niebezpieczne eksperymenty na żywym organizmie legalnej władzy, kochającej prawdę i podejmującej wszelkie pozytywne działania na rzecz społeczeństwa.

Barras nie pozostał dłużny. Wkrótce na skrzyżowaniach ulic w centrum Afary pojawiły się wklęsłe lustra, w których, ilekroć Sefardi przechodził w pobliżu, odbijała się jego sylwetka, o zmieniających się proporcjach ciała, najczęściej wielkiej głowie i krótkich, wykręconych komicznie nogach. Z głośników wbudowanych w oprawy luster płynęły informacje o dziwnych nawykach wynalazcy, jego pasji zbierania kości na pustyni, hodowli dyń o kształcie ludzkich oczu oraz trzymaniu w skrzyni jadowitego węża, którego dyskretnie wypuszczał, kiedy zjawiał się w jego domu dziennikarz reprezentujący niezależną prasę. Był to początek kampanii ośmieszania Sefardiego. Rozwinęła się ona w zupełnie nieoczekiwanym kierunku.

Stopniowo, coraz więcej ludzi wierzyło obrazom pojawiającym się w lustrach i treści przekazywanej przez głośniki. Nienawiść i odraza wobec Sefardiego i jego zwolenników pogłębiały się. Do strumienia pogardliwych informacji włączyły się media popierające Partię Konserwatywną.

– Ten typ nie wierzy w Boga. To odrodek, fałszywy prorok – mówili na ulicy prorządowi reporterzy, prowadzący wywiady z obywatelami tuż obok największego lustra. Wykrzywiali przy tym usta ze wzgardą i spluwali z obrzydzeniem na ziemię powodując, że chodnik i część jezdni pokryły się plamami obrzydliwej żółci, a następnie liszajami. Plac Centralny a potem jego okolice wyglądały okropnie. Mieszkańcy innych miejscowości zaczęli unikać stolicy, coraz mniej turystów i klientów odwiedzało kawiarnie i restauracje. Lokalny biznes stanął wobec perspektywy poważnego niedoboru klienteli. W parlamencie pojawiły się petycje i zapytania.

Pierwszy na ratunek ruszył gubernator, przywożąc z domu i przekazując miastu dwie duże spluwaczki, jedną z mosiądzu, drugą porcelanową. Już następnego dnia doradcy poinformowali go, na podstawie przeprowadzonego sondażu, że jest to za mało jak na jego pozycję społeczną. Trzecią spluwaczkę zabrał ciotce pod jej nieobecność, a kolejną, czwartą, dokupił w sklepie na przedmieściu aby uniknąć wrażenia, że skąpi. Namawiał też przyjaciół i towarzyszy partyjnych, apelując do ich uczuć obywatelskich, aby przyłączyli się do zbożnego dzieła ratowania miasta przed plugastwem wywołanym przez opozycję. Zgodzili się. Wkrótce na ulicach i placach Afary masowo zaczęły pojawiać się nowe spluwaczki. Dar gubernatora i jego zwolenników znacząco poprawił jego wizerunek w oczach restauratorów, właścicieli kawiarń i sklepów.

Władze miasta z wdzięczności oznaczały je tabliczkami imiennymi, aby było wiadomo, kto najbardziej dba o interes publiczny. Wywołało to ostrą krytykę estetów, uznających dedykacje na spluwaczkach za zbyt pretensjonalne. Uspokoili się dopiero wtedy, kiedy sami zauważyli, że wygląd ulic i placów w centrum miasta uległ znacznej poprawie. Mieszkańcy poruszeni gestami dobrej woli gubernatora i jego towarzyszy partyjnych przynosili i ustawiali obok spluwaczek kwiaty w wazonach oraz instalowali na własny koszt ławki.

Spluwaczki stojące przed wysokościowcem w centrum miasta, rozdzierającym chmury i wywołującym obfite deszcze, uhonorowano tablicą pamiątkową w białym marmurze. Był to dar Partii Konserwatywnej ratującej miasto i społeczeństwo przed rozprzestrzenianiem się zaraźliwego nawyku spluwania. Obawiano się, że poniekąd odruchowe pozbywanie się nadmiaru śliny może przekształcić się w nałóg wzajemnego opluwania się obywateli.

Sytuacja skomplikowała się wkrótce w absurdalny sposób. Na murze pojawił się afisz z wielkim zdjęciem Sefardiego, pod którym ktoś umieścił spluwaczkę jako zachętę do wyrażania swojego stosunku do postaci na afiszu. Następnej nocy konkurencja umieściła obok zdjęcie Barrasa, a pod nim spluwaczkę. Żartownisie, jakich nie brakuje w żadnym społeczeństwie, przyjęli to jako formę gry zespołowej. Na forach dyskusyjnych i na Facebooku pojawiły się zachęty do uczestnictwa w zawodach. Następnego dnia, co tylko potwierdziło przypuszczenie Sefardiego, że dziwaczne wieści i bezsensowne plotki rozchodzą się z szybciej niż błyskawica, przed murem rozpaczy i nadziei, jak nazwano to miejsce, pojawili się ludzie, oceniali jedną i drugą postać, po czym spluwali, niektórzy nawet do obydwu spluwaczek. Przez dwa dni naczynie dedykowane Barrasowi wypełniało się szybciej; uznano go więc za zwycięzcę. Kolejnej nocy szala zwycięstwa odwróciła się i dwa razy z rzędu wygrał Sefardi. Niektóre portale informacyjne sugerowały, że spluwaczki były złośliwie podmieniane przez zwolenników jednej i drugiej strony.

Jeśli podoba Ci się ten tekst, to jeszcze bardziej przypadnie Ci do gustu Michael Tequila „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco”: http://michaeltequila.com/?page_id=1265