Goryl. Opowiadanie. Wszystkie odcinki (1-5).

Odc. 1

W nocy padał intensywny deszcz. Prezes partii Jeden Naród, Anastazy Czuryłło, obudził się i słyszał, jak na balkonie krople uderzają o metalową balustradę tworząc nieprzerwany, uspokajający szum. Chwilę potem usłyszał kroki na balkonie, miał wrażenie, jakby ktoś się skradał. Wiedział, że jest to niemożliwe. Chwilę później zasnął.

– Spotka mnie jakaś niespodzianka. Ten deszcz… – Zaczął rano przy śniadaniu. Żona nie podjęła tematu, szybko zapomniał o wszystkim. Miał wiele spraw na głowie. Martwił się, partia traciła popularność, pokazywały to sondaże.

Rano do siedziby partii przy ulicy Dostojewskiej 12 zgłosił się mężczyzna. Wszedł niezauważony, choć w pomieszczeniu były dwie osoby; sekretarka prezesa, Maria Bor, i jego osobisty asystent, Jan Kantar. Mężczyzna podszedł do biurka sekretarki miękkimi, skradającymi się krokami, zatrzymał i spokojnym, gardłowym głosem wyraził swoje życzenie.

– Chcę zapisać się do partii Jeden Naród. Słyszałem o niej wiele dobrego. Czy mogę prosić o formularz członkowski? Chciałbym go wypełnić i od razu złożyć.

Nieoczekiwane wejście i nagły nieznajomy głos z dziwnym akcentem wystraszyły sekretarkę. Zaskoczona podniosła głowę i ogarnęła mężczyznę niepewnym spojrzeniem. Był średniego wzrostu i przeciętnej budowy ciała. Jego policzki pokrywał intensywny cień czarnego zarostu, szczyt głowy zdobiła czupryna sztywnych włosów. Miał ciemniejszą karnację twarzy; jego uniesione do góry prawie zrośnięte ze sobą krzaczaste brwi wyrażały zdziwienie. Nietypową twarz uzupełniały szeroki nos i wydłużone usta.

Obraz natychmiast skojarzył jej się z tatuażem „Niebieska twarz goryla”, którego wielką reklamę widziała w oknie wystawowym studio tatuaży Rebeka.  Od razu pomyślała o mężczyźnie „Goryl”. Poczuła się nieprzyjemnie.

– Czy mogę prosić o imię i nazwisko? – Pytanie nie było konieczne; za chwilę i tak miałaby formularz z wszystkim danymi osobowymi. Uczyniła to odruchowo, jakby ze strachu, na wszelki wypadek. Po chwili refleksji zrobiło jej się przykro, poczuła się nieswojo, że skojarzyła sobie zwykłego człowieka z małpą. Cała sytuacja wyprowadziła ją z równowagi. Ręce jej drżały, kiedy sięgała po formularz.

– Adrian Eze. Mogę podać pani od razu datę i miejsce urodzenia oraz adres zamieszkania i numer paszportu. Imię Adrian wymówił w miękki nietypowy sposób.

Widząc zaskoczenie w oczach sekretarki, mężczyzna wyjaśnił:

– Jestem obcokrajowcem ale mam już przyrzeczenie obywatelstwa. Moim ojcem jest Anglik urodzony w Nigerii, a matka Polką urodzoną we Francji. – Eze rozgadał się. Kontynuował, widząc zainteresowanie w oczach sekretarki. – Chcę się zapisać do partii, ponieważ zawsze byłem aktywny społecznie. O partii Jeden Naród słyszałem wiele dobrego – powtórzył frazę użytą na początku spotkania. – Wiem jakie wartości reprezentuje, jakie ma cele. Wczoraj wszedłem na stronę internetową i przeczytałem statut, bo wiem, że będę musiał podpisać oświadczenie o jego przestrzeganiu.

Sekretarkę ujął rzeczowy ton petenta; uspokoiła się, pozostając ciągle pod wrażeniem podobieństwa twarzy do reklamy z okna wystawowego.

– Dziękuję. Nie potrzeba. Pańskie dane spiszę za chwilę z formularza.

Eze wypełnił formularz, podpisał oświadczenie o przestrzeganiu statutu i oddał obydwa dokumenty sekretarce, po czym wyszedł z pokoju zabierając po drodze ze stojaka folder reklamowy partii. Maria odetchnęła z ulgą i zapytała kolegę siedzącego przy sąsiednim biurku, co sądzi o kandydacie. Adam, asystent prezesa, odniósł podobne wrażenie.

– On jest rzeczywiście podobny do goryla.

Podekscytowani rozmawiali o zdarzeniu kilka minut. Swoimi obserwacjami podzielili się w czasie lunchu z przyjaciółmi pokazując im zdjęcie Eze przyczepione spinaczem do deklaracji członkowskiej.

Zanim podanie Adriana Eze zostało rozpatrzone, w siedzibie Jednego Narodu wszyscy wiedzieli o nowym kandydacie. Mimo, że w partii obowiązywała zasada niedyskryminowania ludzi ze względu na wygląd, pochodzenie, religię czy rasę, ksywa „Goryl” przylgnęła do niego i natychmiast weszła do obiegu partyjnego.

Wywiad z kandydatem odbył się dziesięć dni później. W chwili jego przybycia, w gabinecie prezesa obecny był on sam i komisja kwalifikacyjna. Jej przewodniczący i dwóch członków stawili się z obowiązku, pozostała dwójka, kobieta i mężczyzna, przybyli z ciekawości. Zwyczajem partii było angażowanie większej ilości osób w ocenie nowych członków. Prezes przypominał na naradach, że ocena kandydata jest wtedy pewniejsza i bardziej wyważona. Rozmowa prowadzona przed przybyciem Eze dotyczyła potrzeby pilnego naboru nowych członków partii.

– To zmusza nas do przyjmowania także obcokrajowców coraz liczniej osiedlających się w naszym kraju. Nie możemy tego uniknąć. To konieczność. Oni są zresztą bardzo pomocni. Chcą się wykazać i nie boją się żadnej pracy. Łatwo podporządkowują się zasadom organizacji – argumentował przewodniczący komisji kwalifikacyjnej.

Dyskusja podzieliła zebranych. Część uczestników była przeciwna lub co najmniej niechętna obcokrajowcom, osobom reprezentującym inną kulturę czy religię. Niechętny był im także prezes partii; męczyła go ich odmienność, wiara, wygląd, sposób zachowania, nieznajomość tradycji i zwyczajów lokalnych, nie mówiąc o języku.

W chwili wejścia Eze do pokoju, rozmowy ucichły. Prezes wstał z fotela, obszedł biurko i podał mu rękę. Poczuł zaskakująco mocny uścisk dłoni.

Komisja kwalifikacyjna już wcześniej przeprowadziła wywiad środowiskowy, zebrała informacje o kandydacie i postanowiła udzielić mu rekomendacji.

– Mimo jego społecznej i kulturowej odmienności – wyjaśnił przewodniczący komisji. – Ten człowiek cieszy się dobrymi opiniami, jest życzliwy, pracowity, spokojny. Nie widzę przeciwskazań. Za jego przyjęciem przemawiają także potrzeby chwili. Zbliżają się wybory, potrzeba nam ludzi do pracy. On będzie dla nas bardzo użyteczny. Musimy pogodzić się z tym, że wygląda inaczej i pamiętać, aby nie powiedzieć przy nim Goryl. Wszyscy tak go nazywają. Nic na to nie poradzę – uzupełnił usprawiedliwiająco, schylając głowę, aby ukryć skrzywienie warg.

Odc. 2

W czasie rozmowy kwalifikacyjnej z kandydatem pierwsze pytanie zadał prezes Czuryłło. Pytał o to, co było dla niego najważniejsze.

– Czym chciałby się pan zajmować, panie Adrianie, w naszej partii? Czy ma pan jakieś doświadczenia zawodowe, które mógłby pan wykorzystać?

– Chętnie zajmuję się rozwieszaniem afiszów, plakatów i transparentów. Zawsze dobrze mi to szło. Umieszczam je wysoko, na słupach, drzewach i budynkach tak, że nie sposób jest je zerwać, zniszczyć lub uszkodzić, na przykład spryskując je sprejem. Roznosiłem także ulotki, a nawet organizowałem niektóre spotkania i wiece. Nie te najważniejsze oczywiście. Bardzo to lubię. Ja, jak się w coś angażuję, to robię to z pełnym sercem.

Słuchając go prezes myślał, że opatrzność zsyła mu człowieka idealnego do wykonywania pewnych prac w okresie kampanii wyborczych, które tylko nieliczni ludzie potrafią dobrze wykonać.

– Byłem gimnastykiem i pracowałem w cyrku. W takich sytuacjach nabywa się umiejętności użytecznych potem w życiu.

Mocowanie czy zakładanie czegokolwiek na większej wysokości idzie mi bardzo sprawnie – kontynuował Goryl. – Nie boję się pracy na wysokości. Robiłem wiele takich rzeczy jako wolontariusz pracując dla różnych organizacji. Raz także dla partii politycznej. Podobała im się moja robota, ale nie chcieli mnie przyjąć na członka.

Wyznanie Goryla zaniepokoiło prezesa.

– Dlaczego nie chcieli?

– Sam nie wiem dlaczego. Nigdy mi tego nie wyjaśnili. Powiedzieli tylko, że poradzą sobie sami, że już mają ludzi sprawdzonych w takich sprawach.

Goryl popatrzył na rozmówców jakby czekając na pocieszenie, że nie potraktowano go przyzwoicie. Widząc tylko wpatrzone w siebie oczy, kontynuował. Starał się pokazać z jak najlepszej strony.

– Jestem człowiekiem ciekawym, jak świat się kręci, i potrafię także zdobywać informacje o ludziach. Dla każdej partii jest ważne, aby jak najlepiej przygotować swoich kandydatów do dyskusji. Im więcej wiedzą o swoich konkurentach, tym lepiej. Mam w tym sporo wprawy, umiem zrobić to dyskretnie – Goryl rozkręcił się, mówił bez skrępowania, nazywając rzeczy po imieniu.

– Dlaczego wybrał pan nas a nie inną partię? – prezesa Czuryłło ogarnął nagły niepokój, czy siedzący przed nim człowiek nie jest przypadkiem wtyczką którejś z partii konkurencyjnych. W grę wchodziło zaufanie.

– Odpowiadają mi wartości, jakie reprezentuje Jeden Naród. Wolność, równość, braterstwo. To hasła rewolucji francuskiej, ale ja w nie wierzę, choć niektóre partie polityczne i organizacje już dawno o nich zapomniały. Dla nich ważniejszy jest postęp techniczny, szybki rozwój gospodarki czy liberalizacja handlu.

– Czym zajmował się pan konkretnie w czasie kampanii wyborczych? – Inni uczestnicy także mieli pytania.

Goryl rozgadał się na temat zadań wykonywanych w Nigerii w okresie wyborów burmistrza Ibadanu.

– Jeździłem wtedy wypożyczonym samochodem, obserwowałem wiece polityczne, robiłem zdjęcia i nagrywałem rozmowy. Inaczej nie mogłem, bo niektórzy ludzie boją się mnie. Tego nie rozumiem, ponieważ nikomu krzywdy nie zrobiłem. To nie leży w moim charakterze. Wyglądam trochę inaczej niż inni, ale nic na to nie poradzę. Taki się urodziłem.

Prezes Czuryłło powoli przekonywał się do niezwykłego kandydata mimo zakorzenionej niechęci do obcokrajowców. .

Po zakończeniu wywiadu na prośbę prezesa w gabinecie pozostał tylko przewodniczący komisji kwalifikacyjnej. Siedział na krześle ze wzrokiem utkwionym w ścianę i czekał. Nie chciał pierwszy zabierać głosu. Prezes dłuższy czas patrzył przez okno, zbierając myśli.

– Nie wydaje ci się, że Goryl, znaczy się Eze, to dobry nabytek dla nas? Zupełnie nietypowy obcokrajowiec, trochę taki dziwny. Goryl. Ta nazwa pasuje do niego jak ulał. Oczywiście ja tak nie myślę, mimo że – jak dobrze wiesz – ni lubię obcych. Mam tylko jedną wątpliwość. On chyba nie jest zbyt inteligentny, bo zawsze mówi otwarcie to, co myśli. Takie miałem wrażenie. A może to dobra cecha? My jesteśmy rozważniejsi, bardziej wyważeni, liczymy się ze słowami. To znaczy … my tutaj, kierownictwo partii, jesteśmy szczerzy ze sobą. Bez tego nie moglibyśmy w ogóle działać. Wracając do Goryla, jestem prawie przekonany, że będzie dla nas bardzo użyteczny, Myślę, że wykorzystamy go w pełni.

Prezes miał na języku jeszcze słowa „Jest idealny do specjalnych poruczeń”, postanowił jednak zachować tę myśl dla siebie. Miał już w głowie pewien plan.

Odc. 3

Nie mając jeszcze stałej pracy, miał ją podjąć dopiero za dwa miesiące, Adrian Eze zaoferował swój czas i energię partii. Prezesowi Czuryłło bardzo to odpowiadało. Zaczął od drobnych spraw. Dawał mu różne zlecenia, przeważnie prace organizacyjne i administracyjne. W sekretariacie dostawiono dla niego dodatkowe biurko.

Bezpośredni kontakt umożliwiał prezesowi obserwację. Goryl bez wahania wykonywał wszystkie zlecenia. Nie było po nim widać, że ma jakieś preferencje, nad czymś się zastanawia lub się waha. Był chętny do pracy bardziej niż inni członkowie partii. Każdy z nich miał jakieś oczekiwania; wychodziły one na jaw prędzej czy później.

Któregoś dnia prezes przywiózł ze sobą psa, czarnego teriera manchesterskiego, o imieniu Nero. Po pracy miał jechać z nim do szczepienia. Goryl natychmiast zaopiekował się zwierzęciem, wyprowadził je na spacer do pobliskiego parku i bawił się z nim dłuższy czas rzucając mu patyk do aportowania. Widać było, że bardzo lubi psy i to z wzajemnością. Prezes zauważył to, jak tylko Goryl wrócił z pupilem po zakończonym spacerze.

Wkrótce Goryl zaczął otrzymywać poważniejsze zlecenia. Otrzymywał je od samego prezesa, wyłącznie w formie bezpośrednich ustnych instrukcji, nigdy telefonicznie. Potem obydwaj omawiali szczegóły, jeśli zleceniobiorca miał jakieś pytania.

Zlecenia pisemne były bardzo rzadkie. Dotyczyły z zasady spraw bardziej zawiłych, z większą ilością szczegółów, wymagających zbierania danych lub opinii, lub sporządzenia analizy statystycznej. Zleceń pisemnych udzielał mu Kantar, osobisty asystent prezesa, w jego imieniu. Wyglądały zawsze tak samo: drukowane na jednej kartce cienkiego papieru, bez oznaczeń i podpisów. Asystent przywoził je rano ze sobą. Były drukowane poza siedzibą partii na drukarce, o której – z wyjątkiem prezesa i jego asystenta – nikt nie miał pojęcia, że w ogóle istnieje. Kantar kupił ją na pchlim targu, w innym mieście, kilka lat wcześniej.

– Nawet gdyby taka instrukcja wpadła komuś w ręce, ich autorstwa nie będzie można nikomu przypisać. Polityka to delikatna materia. Łatwo jest być posądzonym o niewłaściwe postępowanie – tłumaczył Kantar. Przekazując dokument prosił Goryla, aby po zapoznaniu się z treścią, zapamiętał to, co konieczne, a papier podarł na kawałeczki, wrzucił do sedesu i spuścił wodę.

– Ewentualnie możesz spalić papier, aby nie pozostawiać śladów.

W trakcie kolejnej rozmowy w cztery oczy z prezesem, Goryl przyznał się, że doskonale wie, jak go nazywają poza jego plecami.

– Taka jest prawda. Już się do tego przyzwyczaiłem i chyba już mi to nie przeszkadza. Mam szacunek dla ludzi i dla zwierząt, może nawet większy dla zwierząt niż dla ludzi. Wychowałem się w Nigerii, częściowo w dżungli, na terenach gdzie zwierzęta żyją na wolności. Znam ich zwyczaje równie dobrze jak zwyczaje ludzi. Obowiązuje tam prawda, bez względu na to, jak jest okrutna. Ludzie tutaj mają wypaczone pojęcie dżungli, jako czegoś podstępnego, najeżonego pułapkami i oszustwem.

Prezesowi ten fragment rozmowy zapadł w pamięć. Zdziwiło go, ze nieskomplikowany z natury człowiek snuje tak filozoficzne rozważania. Przypominało to zagadkę.

Każde otrzymane zadanie Goryl realizował z jednakowym wigorem i skrupulatnością bez względu na jego skalę, rangę czy znaczenie.

Zastanawiając się nad pracą Goryla, prezesowi mimowolnie nasuwały się dziwne porównania. Pozwalał sobie na nie tylko w obecności asystenta.

– On jest jak dziecko, bawiące się klockami, a zarazem chirurg prowadzący skomplikowaną operację. Obydwaj traktują każdy szczegół z identyczną uwagą, wszystko jest dla nich ważne; dla jednego sposób położenia klocka, dla drugiego precyzyjny ruch skalpela.

Wyniki swoich działań Goryl przedstawiał wyłącznie prezesowi lub jego asystentowi. Nikt poza nimi nie wiedział, że to on jest autorem zdarzeń, które potem wszyscy komentowali. Rzetelność realizacji zadań, wytrwałość i dyskrecja zyskały Gorylowi szacunek prezesa. Goryl stał się dla niego czymś w rodzaju niewidzialnej ręki, ideału pracownika partii, która jak każda inna organizacja podejmuje działania wymagające dokładności, skuteczności i dyskrecji.

– On to naprawdę lubi. Sprawia mu to autentyczną przyjemność. To jest jego życie. – Zadania stawiane mu przez partię poruszają jakąś ukrytą strunę jego osobowości, stanowią wyzwania, w których się spełnia. Przypomina to zdobywanie najwyższego szczytu w Tybecie w warunkach zimowych. – Tłumaczył prezesowi psycholog społeczny, jego dobry znajomy, z którego porad korzystał regularnie od czasu powierzenia Gorylowi pierwszego poważniejszego zlecenia. Chodziło mu o solidne zrozumienie motywacji, postępowania i reakcji członka partii wyraźnie odstającego od przeciętności.

Odc. 4

Z czasem partia powierzała Gorylowi coraz bardziej wymagające i ryzykowne zadania. Dwa razy zakłócił wiec opozycji, raz eksplodując petardę, drugi raz rzucając jajkiem w prowadzącego.

Był niewidzialny, działał jakby poza ludzkimi oczami i kamerami. Potrafił skutecznie zakłócić spotkanie. Jego szczególną umiejętnością było wydawanie z ukrycia przerażającego skowytu, kompletnie wyprowadzającego ludzi z równowagi. Nikt nigdy nie odkrył ich autora. Zdobywał też poufne informacje dotyczące przeciwników politycznych Jednego Narodu. Wiązało się to z niezwykłą łatwością poruszania się w każdych warunkach, wchodzenia do budynków i pomieszczeń, przemykania się bez zwracania na siebie uwagi. Asystent osobisty prezesa skomentował to lapidarnie:

– On naprawdę zasługuje na miano Goryla, ponieważ robi to z autentycznie małpią zręcznością.

Reporterzy i dziennikarze, jeśli nie bali się Adriana Eze, to z pewnością czuli przed nim respekt i nie lubili go. Zaskakiwał ich nieprzyjemnie na spotkaniach organizowanych przez Jeden Naród.

– On jest nieobliczalny. Musisz się przed nim pilnować – ostrzegali się nawzajem. I nie bez przyczyny, ponieważ potrafił nagłym, nieoczekiwanym ruchem ręki a nawet głowy wybić z dłoni aparat fotograficzny lub dyktafon w taki sposób, że wyglądało to na niezręczność. Nie można było go o nic oskarżyć; on sam nie sprzeciwiał się i nie protestował, kiedy mu to wytykano. Wręcz przeciwnie, przepraszał za niezręczność.

Media nie komentowały jego niezwykłych umiejętności, bojąc się oskarżeń o naruszenie ludzkiej godności. Natychmiast zarzucono by im dyskryminację, ponieważ część społeczeństwa przyznała Eze specjalne prawa uznając go za osobę poszkodowaną przez los.

Prezes Czuryłło podejrzewał, że niezwykła zręczność Goryla wynika z dwoistości jego natury, połączenia cech ludzkich i zwierzęcych. W końcu sam uwierzył, że Goryl ma w sobie także geny zwierzęce. Dzielił się tym poglądem niechętnie, wyłącznie z zaufanymi osobami z kierownictwa. Od pewnego czasu traktował Goryla jako kogoś wyjątkowego. Czasem bał się nawet mówić o nim, obawiając się wyjść na głupka, ośmieszyć siebie i partię, że głosi poglądy sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem.

– Mówiąc to czuję się tak, jakbym twierdził, że ziemia jest płaska, kiedy wszyscy są pewni, że jest okrągła.

– Panu prezesowi chodzi o coś znacznie poważniejszego niż dyskusja o kształcie naszej planety – takim i podobnymi komentarzami asystent prezesa usiłował wzmocnić przekaz swojego szefa.

Myśl o nieprzeciętnych cechach Goryla tak bardzo prześladowała prezesa, że zlecił potajemne zbadanie próbki śliny Goryla pozostałej na jego chusteczce higienicznej wyrzuconej do kosza. Badania genetyczne wykluczyły podejrzenia sugerujące związki Adriana Eze ze światem zwierzęcym.

Niezależnie od negatywnych wyników badania, prezes Czuryłło miał coraz więcej obaw. W postępowaniu podopiecznego dostrzegł pewną nieobliczalność; Goryl nigdy nie zastanawiał się nad powierzanymi mu zadaniami; wszystkie bez zastrzeżeń akceptował i realizował, nawet jeśli stały one na pograniczu prawa. Prezes myślał o tym z coraz większym niepokojem.

– Abstrahując od korzyści, jakie osiągamy z jego działań, Adrian stanowi dla nas coraz poważniejsze zagrożenie. On zachowuje się jak dziecko, jest naturalny, otwarty i szczery. Mam wrażenie, że po prostu nie umie kłamać. Jeśli dotychczas nie ujawniono niektórych naszych działań to tylko dlatego, że wszystko mu się dotychczas udawało. W końcu jednak się potknie. To jest nieuniknione, bo nikt nie jest nieomylny. Wtedy sprawa wyjdzie na jaw, pojawi się w mediach, może nawet trafić na wokandę sądową. Zostaniemy oskarżeni, znajdziemy się pod obstrzałem. Czy możemy być pewni, że Adrian pod presją nie obciąży nas wówczas, mówiąc szczerze, co się stało? Czy on potrafi powiedzieć „nic nie wiem w tej sprawie” albo „nie mam tu nic do powiedzenia”, albo „nie wiem, o co chodzi”, inaczej mówiąc zaprzeczyć samemu sobie, swojej naturze? Czy w ostrej konfrontacji, na przykład w sądzie, nie wyzna wszystkiego, co wie?

Odc. 5

Po zwycięskich wyborach parlamentarnych, w których Eze miał znaczący choć milczący udział, zwolniono go z partii. Zaskoczyło to wszystkich. Decyzje podjął osobiście prezes Czuryłło. Konsultował ją tylko z dwoma najbliższymi współpracownikami, swoim zastępcą oraz asystentem osobistym. Aby upewnić się co do słuszności jego decyzji, wspólnie ocenili działania i charakter Goryla. Podsumowanie w ustach prezesa zabrzmiało jak uzasadnienie wyroku sądowego.

oryl zyskał sławę, nie da się tego ukryć, jako utalentowany i oddany członek naszej partii. Ludzie z zewnątrz też to wiedzą. Nie są ślepi i widzą, jak sprawy wyglądają. Też nazywają go Gorylem, czasem także Małpą, czego osobiście nie akceptuję ani nie pochwalam, co jednak mogę zrozumieć. To, co jest najgorsze, sam zrozumiałem to bardzo późno, to fakt, że on nie umie kłamać. Gdyby ktoś sprytnie go podszedł, gdyby przyciśnięto go do muru, nie umiałby zaprzeczyć, skłamać, co u nas robił i nadal robi. Człowiek nie umiejący kłamać, dla wielu ideał etyczny, dla partii politycznej jest niebezpieczny. Powiem szczerze, bardzo niebezpieczny. Dlatego musiał odejść z partii. Teraz najważniejszą kwestią jest, jak to zakomunikować, aby ta decyzja była zrozumiała dla innych członków partii. Musimy to jakoś wytłumaczyć i wy musicie mi pomóc w stworzeniu przekonania, że była to słuszna decyzji. Po co nam członek partii, którego niewzruszona etyka naraża nas na poważne niebezpieczeństwo?

W rozmowie w cztery oczy z Adrianem Eze, prezes przedstawił swoją decyzję jako decyzję kierownictwa podyktowaną interesem całej partii.

– Mimo niewątpliwych zasług dla Jednego Narodu, nie jesteś dobrze widziany przez większość naszych członków. Nie lubią cię, unikają kontaktów z tobą, są ci niechętni. Mają jakieś powody, których nie rozumiem, bo nie chcą o nich mówić, To wprowadza ferment w nasze szeregi. Dlatego musimy się rozstać. Jest mi bardzo przykro z tego powodu.

Eze nie rozumiał decyzji partii. Zajęło mu trochę czasu, zanim pogodził się z nią. Po decydującym spotkaniu z prezesem, rozmawiał jeszcze raz z nim samym i z jego asystentem. Obydwaj prosili go, aby nie dzielił się treścią rozmowy z innymi osobami.

Rozżalony na los Adrian zaglądał częściej do knajpy „Hot Africa”. Siedzącego samotnie w kącie przy stoliku wypatrzył Zeno Treska, kolega partyjny. Poznali się współpracując przy dwóch projektach. Treska polubił Adriana ze wszystkimi jego zaletami i słabościami. Nie przeszkadzała mu inność fizyczna i kulturowa. Nie porównywał go ze zwierzętami. On jeden w rozmowach z członkami partii nie używał ksywy Goryl, tylko imienia lub nazwiska. Na zakończenie spotkania, zapytany jak sobie radzi finansowo, Adrian wyjaśnił:

– Ty jeden traktujesz mnie przyzwoicie, więc odpowiem ci szczerze. Otrzymuję od partii świadczenie finansowe. Płatności idą z funduszu specjalnego i są traktowane jako usługi konsultacyjne. Jestem poza partią, ale pozostaję jej stałym doradcą. Mam nadzieję, że prezes zechce jeszcze skorzystać z moich usług. 

– To wszystko prawda? – Zapytał Treska ciesząc się, że Adrian otrzymał rekompensatę za niesprawiedliwą decyzję.

– Wszystko, co usłyszałeś ode mnie, jest zgodne z prawdą. Nie znoszę kłamstwa, nawet jak robię coś podłego. Czarne to czarne, białe to białe.

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, 5 marca 2020

0Shares

Nocna radość zwycięstwa nad duchem i materią

Postanowiłem napisać dziś coś tak rozrzewniającego, że popłaczecie się ze wzruszenia. Chodzi o zwycięstwo wyborcze Partii Powszechnego Dobrobytu. Z tej okazji Wielki Mistrz zwany też Klasykiem wygłosił przemówienie. Nie było długie, ale bardzo obiecujące. Wspomniał, że nie wszyscy jeszcze wierzą w Partię. Postanowiłem, że kiedy już uwierzą, osobiście zainicjuję Kult Wielkiego Mistrza.

Późną nocą ogłoszono wstępny wyrok wyborczy. Wysłuchałem go z uwagą, po czym wyszedłem na deszcz, aby go sobie przemyśleć i nacieszyć się nim w ciszy. Chodziłem boso po ulicy, a po powrocie posypałem sobie głowę popiołem. Dobrze mi to zrobiło. Uczciłem w ten sposób zwycięstwo Wielkiego Mistrza, ukochanego przywódcy milionów.

To on zorganizował i opłacił wesele przedwyborcze. Na jego czas cudownie rozmnożył pieniądze, nakarmił miliony a potem zwielokrotnił głosy. Tak silnie nawiązywało to do Biblii, że wyszukałem biskupa, aby mu podziękować całując w pierścień.

Okazało się, że był bezręki; wobec czego pocałowałem go z wdzięczności gdzie indziej za to, że on i jego koledzy po komży pomogli w zwycięstwie Wielkiemu Mistrzowi i PPD otwierając także i mnie drogę do raju.

W nocy rozpłakałem się serdecznie. Były to łzy gorące i z taką zawartością słodyczy, że dla równowagi wypiłem kielich goryczy i powziąłem postanowienie w ogóle już nie myśleć. Dla pewności zapytałem sumienie:

– Po co miałbym myśleć skoro jest ktoś większy i mądrzejszy, co myśli za mnie i za miliony?

Zapytane przyznało mi rację, po czym zamilkło.

– Szkoda słów – dodało po chwili.

Zrozumiałem to jako potwierdzenie mojego rozumowania. Żal mi było tylko, że od razu nie zapisałem się do tych milionów, które głosowały na Partię Powszechnego Dobrobytu. Porzuciłem ten niewczesny żal, kiedy znajomy zwycięzca wyborczy poinformował mnie, że jest możliwe, że w niedalekiej przyszłości zapisy będą już obowiązkowe i on mi w tym pomoże przedstawiając moją kandydaturę gdzie trzeba.

– Zadba o ciebie nasz niezrównany Mistrz Ceremonii Prawnych, który określa, co jest dopuszczalne, a co nie, kiedy ma to nastąpić, oraz kiedy sprawa trafia do prokuratury a kiedy na śmietnik.

Wydało mi się to dziwne, może nawet okrutne.  

0Shares

Literacki blog wyborczy Nr 2 czyli recenzja kolejnej powieści

Recenzuję powieść, jaka wpadła mi w ręce jakiś czas temu, nie tak długi, aby zapomnieć jej treść. Jest to powieść obyczajowo-kryminalna „Niezapłacone faktury Pana K”.

Fabuła z pozoru zaczyna się prosto. Nikomu nieznany Austriak, niejaki Birgkellner, sąsiad zza miedzy wpływowego Prezesa K, żąda od niego zapłaty faktury za gwoździe i papę do przykrycia dachu biurowca spółki Srebrnozłota. Birgkellner zeznawał już kilka razy w sądzie i w prokuraturze i jest już sprawą zmęczony. Prezes K milczy rzeczowo i konsekwentnie, można by powiedzieć, że nawet tajemniczo. Jest w tym milczeniu duma i pasja, która rozpala czytelnika do czerwoności, co dalej. Prezes nie pozywa Austriaka do sądu za składanie fałszywych zeznań, co mogłoby rozwinąć się w ważny wątek powieści. W swym postępowaniu jest nonszalancki, chodzi elegancko ubrany, patrzy w górę i pogwizduje. Pytany odpowiada na luzie tak wielkim, że aż ciarki chodzą po plecach. Paruje z niego duma.  

– Nie muszę składać zeznań w prokuraturze, bo i po co? Ostatecznie to moja prokuratura, nie jego. Stoję o niebo wyżej w hierarchii społecznej niż jakiś tam adwokacina. Jego słowa to takie austriackie gadanie, że rozpacz człowieka ogarnia.

Zakończenie tej historii jest niezwykłe, nie mogę jednak go podać, abyście zainteresowali się powieścią, zapoznali się z nią i przemyśleli jej przesłanie. Zacytuję jeszcze tylko słowa wieszcza: „Co wolno wojewodzie to nie tobie taki i owaki” oraz porzekadło: „Wszyscy są równi, ale niektórzy mają szersze plecy, a na nich plecak ze złotą buławą i ambicją władzy”. Uważny czytelnik mógłby pomyśleć, że do tego tekstu można dodać jeszcze słowa „Oraz wpływy w małym palcu, na który można nawinąć, co się chce”.

Oczywiście myślenie nie jest obowiązkowe, podobnie jak bezstronność, obiektywność czy uczciwość. Co do mnie, to w mojej zapalczywości recenzenckiej celowo przeginam pałę,

aby uświadomić sobie i czytelnikom, że świat jest inny, niż sobie to wyobraziliśmy jakiś czas temu.

Ocena punktowa powieści to 8 gwiazdek.

0Shares

Przydługi komunikat o formularzu i stanie zdrowia

Jak Państwo zauważyliście, można się skontaktować ze mną wysyłając wiadomość z formularza „Kontakt” na pasku menu u góry po prawej stronie ekranu.

Nie byłem świadomy, że od jakiegoś czasu wiadomości z tego formularza są kierowane automatycznie do spamu. Niedawno prowadzona była aktualizacja platformy WordPress, być może to spowodowało zmianę przekierowań. Mógłbym jeszcze wymyślić inne wątpliwe usprawiedliwienia, ale nie będę bo się spieszę. Inaczej mówiąc, nie kijem go to pałką. Co tu będę mącić, czuję się nędznie w tej sytuacji. Jest ona o tyle korzystna, że tak powiem z drugiej strony (która bywa również stroną miłosną, co mnie zachwyca), że pobudza mnie do kontynuacji powieści „Pamiętnik zmyślnego świrusa”.

Tak czy inaczej, przepraszam. Poprawiłem oczywiście wadliwy mechanizm.

Skorzystam z okazji, aby wydać, jak każdy szanujący się celebryta, komunikat o stanie mojego zdrowia.

Poza wyżej wymienioną – i minioną już na szczęście dolegliwością komunikacyjną – czuję się doskonale, nic mi nie dolega, oprócz braku czasu i uczucia serdeczności do miłościwie nam panującej Partii Rządzącej, którą ukochało czterdzieści procent społeczeństwa. Jak oni wzbudzają w sobie tyle miłości nie wiem. Jest to zagadka patriotycznie-erotyczna, której nie jestem w stanie rozgryźć mimo że regularnie ostrzę sobie zęby.

Pozdrawiam serdecznie,

Michael Tequila

Tu znajdziesz wszystkie moje utwory, przyzwoite jak i bezecne: https://tinyurl.com/y52br67b  

0Shares

Jeśli nie polityka, to co? Oczywiście dobra powieść, gdzie prawda jest spontaniczna a kłamstwo nie udaje prawdy.

Zadałem sobie pytanie o politykę i poczułem do siebie taki wstręt, że wyszedłem na ulicę, aby się publicznie wybatożyć i upokorzyć, wznosząc okrzyki: „Należy mi się to! Należy mi się to!” Ludzie, jak tylko dowiedzieli się o co chodzi, zachęcali mnie do  chłostania się aż do upadłego. Uznałem to za przesadę, przypominając sobie boleśnie, że to moje ciało, nie ich, więc szybko zakończyłem.

W sercu zachowałem jednak urazę, że w ogóle myślę o polityce i władzy, która co raz to chwali się jakimś oryginalnym sukcesem: jak nie podniebne loty tanie jak barszcz, to trolle i hejty na najwyższym piętrze, albo hotel na godziny prowadzony przez wysokiego nominata, który okazuje się niewinny aż upadłego. Dzisiaj, kiedy pokażesz nawet nieboszczyka, to jeden czy drugi pseudointelektualista w okularach z cienkimi oprawkami będzie twierdzić, że nieboszczyk jest tak długo żywy, dopóki mu się nie udowodni w sądzie, że nie żyje.

Nie o tym chciałem pisać, ale o czymś pozytywnym, w dodatku pokazać to w kolorach. Oto dwie bardzo udane okładki moich książek oraz ich projektant, Lechosław Martyński, na zdjęciu z synkiem, który inspiruje go do efektywnej pracy pytaniami w rodzaju „Tato! Kiedy wreszcie pójdziemy na lody?” Trzeba przyznać, że zdjęcie jest wyjątkowo urocze.

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie Cztery-portrety-str-przed.png

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie Okładka-Klęczy-352x500-do-Lubimyczyt-Leszek-1.png

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie Leszek-Martyński-i-Jaś-1.jpg

Do wyznań o pięknie, efektywności i lodach dołączam fragment powieści „Cztery portrety cudze i jeden własny”, jako zachętę do jej przeczytania. Książka jest od wczoraj we wszystkich księgarniach internetowych.

Oto kolejny fragment:

Po powrocie z wycieczki przyjaciele zasiedli w fotelach z takim zadowoleniem, jakby w trakcie pobytu w letniej rezydencji Ambasadora i jazdy samochodem odmówiono im nawet najkrótszego odpoczynku. Przez kilka minut milczeli. Rozglądali się po pokoju w poszukiwaniu inspiracji do dalszego działania. Wyglądało to tak, jakby usiłowali przypomnieć sobie, skąd znają to miejsce. Dosięgnęło ich znużenie nadmiarem przeżyć i dojrzałym wiekiem. W trakcie kilkugodzinnej jazdy samochodem miliony widoków przesunęły im się przed oczami.

– Na emeryturze nawet Pan Bóg ma prawo czuć się zmęczony – pomyślał Boss, przysypiając wygodnie w fotelu. Zanim dokończył pobożną myśl, nasunęła mu się druga, z zupełnie innego wymiaru. Wydało mu się, że jest referendarzem na kolei. Usiłował rozwikłać tę zagadkę.

– Skąd przyszedł mi do głowy taki pomysł? Przecież nigdy nie pracowałem na kolei. Przypomniał sobie, że w rodzinie miał referendarza, ale to było bardzo dawno. Ponadto była to kobieta. Nie przepadał za nią. Nie podobało mu się też określenie „referendarz”. Brzmiało brzęcząco i staromodnie. Uspokoił się tym wspomnieniem.

Spotkanie odbywało się w apartamencie Ambasadora, a konkretnie w salonie, stanowiącym równocześnie pokój gościnny. Wypełniały go tradycyjne meble i sprzęty, tapczan, biurko z ustawionym na nim komputerem, regał z książkami, kilka obrazów prezentujących postacie świętych oraz drobne akcesoria i bibeloty, których nie sposób było zliczyć. Podłogę salonu przykrywał gruby na trzy palce dywan perski w kolorach flagi Ambasadorii, dar serca pewnego bogacza, którego Ambasador rozgrzeszył z zamierzonego aktu głupoty. Skuteczność wynikała z uświadomienia grzesznikowi, że musi najpierw wybaczyć sam sobie, zanim spłynie na niego z góry łaska ostatecznej dyspensy. Obok salonu znajdowała się kuchnia i łazienka.

Goście doszli do wniosku, że właściciel jest o wiele bardziej uporządkowany niż jego mieszkanie. Po cichu wymieniali się uwagami na ten temat. Relaksując się w fotelach z ciemnozielonymi obiciami, trudnymi do zdefiniowania, opowiadali sobie historie i dykteryjki, prawdziwe i zmyślone, niekiedy tak zawiłe, że nie sposób było określić granicy między prawdą a zmyśleniem. Odnosiły się przeważnie do przeszłości, skłonnej po latach przeinaczać i zniekształcać wydarzenia. Od czasu do czasu towarzysze dawnych lat wybuchali śmiechem młodości, najlepszym z najlepszych, wyuczonym w chłopięctwie i niezapomnianym mimo upływu lat.

Czasem mówili jeden przez drugiego, bojąc się, że zapomną, co chcą powiedzieć, albo sprzeciwiając się jakiejś niewydarzonej ich zdaniem wypowiedzi. Tylko jeden raz rozczulili się jak prawdziwi staruszkowie, a nie poważni seniorzy, czujni w przestrzeganiu zasad dobrego zachowania. W sumie traktowali się przyzwoicie, nie raniąc się nawzajem niestosownymi aluzjami lub uwagami, które mogłyby być odebrane jako uszczypliwości, rozmyślne lub niezamierzone.

Michael Tequila w Empiku: https://tinyurl.com/y52br67b

0Shares

Wywiad z prof. Friszke dot. historii i bieżącej rzeczywistości. Cz. 2 (ostatnia). Dokąd zmierzamy?

Prof Friszke: Jest taka książka o NSZ, napisał ją Zbigniew Siemaszko, wydana w 1980 roku w Londynie, zupełnie zasadnicza książka dla tego tematu. Nikt jej w ogóle nie przywołuje.

Dlaczego?

– To jest pytanie. Bo oni piszą historię od nowa. Historię nie tylko w stosunku do tego, co w PRL-u można było powiedzieć, ale także historię polskich tradycji drugiej wojny światowej, pisaną przez polską emigrację na Zachodzie w Londynie.

I AK schodzi teraz na plan dalszy?

– Tak, oni delegitymizują Armię Krajową.

Ale niedawno, jeszcze parę lat temu, nie było takiej wrogości wobec AK ze strony polityków PiS-u, wręcz przeciwnie.

– Ale tu się zaostrza tendencja totalistyczna, przynajmniej w sensie ideologicznym. Armia Krajowa była armią państwową. Przypominam, że wszyscy żołnierze, oficerowie, którzy nie znajdowali się w niewoli, mieli obowiązek zgłosić się do służby w AK. To była część Polskich Sił Zbrojnych, będąca też częścią sił zbrojnych alianckich. I to, co dzisiaj się odbywa, jest próbą narzucenia monopartyjnego, nacjonalistycznego poglądu ideologicznego na całą polską kulturę i historię i patrzenia oczami skrajnych nacjonalistów. Ja już nie mówię, że nacjonalistów w ogóle, bo w AK też byli nacjonaliści ze Stronnictwa Narodowego. Nawet część wcześniejszych działaczy NSZ, których notabene ta grupa skupiona wokół NSZ mordowała. Uwadze pana Kasprzyka polecam casus pułkownika Nakoniecznikoffa-Klukowskiego. Albo Władysława Pacholczyka. To byli działacze skrajnej prawicy. Jednakowoż szukający porozumienia z AK i dlatego zamordowani przez ludzi, którzy tworzyli Brygadę Świętokrzyską.

I do czego to zmierza, panie profesorze? Jeżeli tak będziemy kształtować pamięć historyczną i młodych ludzi w Polsce?

– Aż się boję mówić, do czego to zmierza. Na pewno to zmierza do rozbicia narodu. Bo ta część narodu polskiego, która utożsamia się z AK, która ma swoich przodków w strukturach AK, w powstaniu warszawskim, w akcji „Burza” na wschodzie albo w obozach koncentracyjnych, jak w moim przypadku, po prostu nie jest w stanie zaakceptować takiej wizji przeszłości. I to jest co najmniej rozłam w stosunku do tradycji narodowych, zupełnie zasadniczy.

Pisali teraz i potomkowie AK, i powstańcy warszawscy się wypowiadali, i pisarze polscy, m.in. Adam Zagajewski, było mnóstwo apeli do prezydenta, żeby wycofał się z tego patronatu, i nic.

– Ale przecież widzimy od dłuższego czasu, to nie jest tylko kwestia NSZ. To jest też np. skandaliczna kwestia, w jaki sposób obchodzono rocznicę 11 listopada. Skandaliczna! Odwołania się nie do prawdziwej historii, tylko do nacjonalistycznych emocji skrajnej prawicy, najskrajniejszej prawicy. Nawet nie tej endeckiej, tylko jeszcze bardziej – ONR-owskiej, totalistycznej. To jest przerażające w gruncie rzeczy.

I te uroczystości odbywały się na placu Piłsudskiego, tuż obok Zachęty…

– Tak, gdzie zamordowano prezydenta Narutowicza.

Jest pewna symbolika w tym wszystkim.

– Jest. I obawiam się, że skutki będą dramatyczne, również międzynarodowe. Dlatego że im się wydaje, że to nie ma znaczenia, a to ma znaczenie.

Już „New York Times” o tym pisał, już świat obiegły depesze.

– Tak, bo to ma znaczenie w dwóch obszarach. Po pierwsze Polska szczęśliwie należała do koalicji antyhitlerowskiej. I oni, nie mając żadnej wiedzy historycznej, ci ludzie, którzy obecnie kierują całą sferą polityki historycznej, nic z tego nie rozumieją. Nie rozumieją, że dzięki temu, chociaż znaleźliśmy się pod butem Stalina oczywiście, to jednak Polska miała pewne przywileje. Chociażby takie, że Polskie Siły Zbrojne na Zachodzie nie zostały wydane Sowietom, jak to było w przypadku innych formacji kolaboracyjnych. Również dotyczy to NSZ. Generał Anders wziął ich pod jakąś ochronę, że szczęśliwie nie zostali wydani Sowietom. Ale dlatego, że gen. Anders i II Korpus byli częścią alianckich sił zbrojnych na Zachodzie. Dalej: dzięki temu mogła funkcjonować polska emigracja, z tymi wszystkimi dobrami, które nam dała. Tymi książkami, wszystkimi publikacjami, archiwami zgromadzonymi na Zachodzie, z których korzystaliśmy. Dalej: to jest kwestia zupełnie praktyczna – Polska otrzymała ziemie zachodnie, granice na Odrze i Nysie. Gdyby była prohitlerowskim aliantem albo nie była traktowana jako część sił koalicji antyhitlerowskiej, toby tych ziem nie dostała. I teraz oni to wszystko wywracają do góry nogami i chcą zbudować na Zachodzie obraz Polski jako dwuznaczny. W gruncie rzeczy do tego to prowadzi. Bo nie można akceptować współpracy z Niemcami i jednocześnie mówić, że się było częścią obozu alianckiego. Po drugie: to jest kwestia Żydów. Rabin Schudrich słusznie powiedział, a oni w ogóle tego nie rozumieją – że w powszechnej świadomości Żydów to jest [formacja] antysemicka i – słusznie – obciążana zbrodniami na Żydach. Więc oni ich wynoszą na piedestał, a jednocześnie się dziwią, że potem na Zachodzie są głosy Polsce nieprzychylne, przypisujące jej współodpowiedzialność za zbrodnie.

Rabin Schudrich napisał krótki, ale niezwykle wymowny list, po tym jak dostał zaproszenie na wczorajsze uroczystości. „Zorganizowanie tych uroczystości znieważa pamięć wszystkich obywateli Polski poległych w walce z Niemcami. Zaproszenie mnie do wzięcia w nich udziału traktuję jako osobistą zniewagę”. I odesłał zaproszenie do szefa Urzędu ds. Kombatantów.

– No tak, bo to jest zrozumiałe: jak można zapraszać naczelnego rabina Polski na uroczystości antysemitów?

To pytanie mnie nurtuje, panie profesorze – jak można? Czy to wynika z niewiedzy, czy to było celowe, żeby się tak szyderczo w twarz roześmiać?

– Ja myślę, że to wynika z niewiedzy. Mam takie głębokie wrażenie, że ci wszyscy ludzie – pan Kasprzyk, pan Duda – powinni się cofnąć do szkoły podstawowej, jeśli chodzi o edukację. Oni nic nie rozumieją z historii, chociaż się zajmują historią.

To jeszcze wrócę do tego premiera w Monachium z kwiatami na grobie Brygady Świętokrzyskiej, bo to było bodaj tego samego dnia, kiedy powiedział o „żydowskich sprawcach Holocaustu”.

– No właśnie. Rozebranie logiczne ich sposobu myślenia jest właściwie szalenie trudne. Bo tam jest tyle sprzeczności, wynikających też właśnie z kompletnej niewiedzy, nieczytania niczego. Oni nie chcą wiedzieć, bo te rzeczy są nawet w internecie, zostały zamieszczone publikacje, fragmenty, rzecz jasna, bo trudno całą książkę zamieszczać, ale to wszystko jest obecne w przestrzeni, wydrukowane, powtórzone też w różnych zbiorach dokumentów. Na przykład publicystyka środowiska NSZ dotycząca Żydów. Przerażająca. Wzywająca do tępienia tych Żydów, którzy się po lasach ukrywają, oraz wyśmiewająca, a w zasadzie potępiająca drastycznie tych, którzy tym Żydom pomagają. I to są teksty z wiosny 1944 roku. W centralnych organach NSZ. No i jak to wszystko można pogodzić?

A może jest tak, panie profesorze, że ponieważ ta władza lubi przypodobać się wyborcom, to może czuje, że te nastroje i ludzie, którzy tak myślą, są całkiem liczni w naszym kraju?

– Bardzo możliwe, ale władza państwa jest odpowiedzialna za kształtowanie poglądów. Również za przeciwstawianie się poglądom skrajnym, antyspołecznym. W gruncie rzeczy antynarodowym. Bo w tym sosie nacjonalistycznym to są w gruncie rzeczy poglądy antynarodowe. Dlatego że prowadzące do podzielenia narodu, zantagonizowania, i nie wiem, co oni sobie wyobrażają na końcu.

I rujnujące wizerunek Polski.

– I rujnujące wizerunek Polski wśród innych krajów, zwłaszcza krajów koalicji antyhitlerowskiej, gdzie te tradycje wspólnej walki z faszyzmem są zasadnicze. Oni bardzo chętnie nie używają słowa „faszyzm”.

Tak jak żaden antysemita nie przyzna, że jest antysemitą.

– Tak jest. Oni nie lubią. Ale oni mogą sobie nie lubić. To pojęcie funkcjonuje w świecie. Państwa Osi: Hitler, Mussolini i ich sojusznicy – to jest faszyzm. I tak w świecie się opowiada tę historię. To jest historia wojny z hitleryzmem, faszyzmem. Po tej stronie były demokracje. I nie da się z Warszawy zmienić poglądów świata – ustalonych w licznych książkach, publikacjach naukowych, publicystyce, gazetach, świadomości polityków, świadomości ludzi. Oni próbują coś wymyślić i narzucić światu.

A może to nie o świat chodzi? Może chodzi, aby to tu – wewnątrz granic naszego kraju – to zmienić?

– Myślę, że ma pani rację, bo oczywiście nie mogą mieć nadziei, że zmienią poglądy na świecie. Ale tym samym robią to, co przed chwilą powiedziałem. To znaczy: w oczach zewnętrznych wyprowadzają Polskę z koalicji antyhitlerowskiej. A w każdym razie stawiają znak zapytania wokół tego. I to może mieć niesłychanie groźne konsekwencje dla spraw polskich, również na przyszłość. I jest całkowicie nieodpowiedzialne. W imię pozyskiwania poklasku jakichś skrajnie nacjonalistycznych kiboli. Bo w gruncie rzeczy ja nie widzę innego powodu – tylko chuliganów stadionowych chcą w ten sposób przyciągać taką retoryką. Bo jest im bliska, ich poziom umysłowy jest właśnie taki. Zero. Żadnej refleksji, żadnych książek, żadnego czytania. Wyłącznie epatowanie namiętnościami. To im schlebiają. Ale to jest ze szkodą dla narodu, dla państwa i jego pozycji międzynarodowej.

0Shares

Narada o stanie państwa i społeczeństwa. Powieść psychodeliczna. Odc. 15.

Na prośbę Namiestnika Krzepkiego Kukuły Partia Powszechnego Dobrobytu zorganizowała naradę poświęconą ocenie stanu państwa i społeczeństwa.

– Zorganizowaliśmy ją – zagaił Namiestnik – z kilku powodów. Pogoda zbiesiła nam się nie do poznania, i wprawdzie doskonale układają nam się stosunki międzynarodowe, ale hydra opozycji podnosi głowę i patrzy w kierunku nieba, kiedy naszym zasłużonym ludziom odmawia się awansowania na stanowiska w Bractwie Kontynentalnym, jakie należą im się od dziecka. W końcu pojawiły się skargi na nieuczciwą konkurencję. W ostatnim przypadku chodzi o tanią linię lotniczą Cheap VIP latającą regularnie na południe, oferującą możliwość odbycia lotu last minute prywatnym odrzutowcem po podaniu hasła „na VIP’a”. Nie dziwię się, że ludzie udają się w okresie chłodnego lata na południe, jest tam cieplej niż u nas, w centrum kraju, gdzie obywateli ogrzewa tylko nasza partia swoją wyobraźnią, pomysłowością i doskonałą księgowością.

Właścicielem taniej linii lotniczej Cheap VIP jest mi dobrze znany, przemiły człowiek, spokojny i uczynny. Nigdy nie odmówił mi koleżeńskiej przysługi. Opozycja nalega na niego, aby przyznał, że to on jest tym dobroczyńcą transportowym, ale to człowiek honoru i nie zamierza poddać się niczyjej presji.

– Nie chcę być bohaterem. To byłoby nieskromne. Powiedział mi to w zaufaniu. – uzupełnił Namiestnik, po czym dodał:

– Opozycja jest po to, abyśmy ją mieli, ale niekonieczne tolerowali.

Na sali wybuchł ogromny entuzjazm, zebrani wstawali z krzeseł, krzyczeli Bis! Bis! Ukochany wodzu! Jedna z delegatek przybyła na spotkanie bezpośrednio z Brexitu krzyknęła nawet: I love you, Mr Namiestnik! I love you so much!

– W podsumowaniu powiem tylko tyle, podjął Namiestnik po przerwie, że sprawę badamy i informację o nowej linii lotniczej Cheap VIP ujawnimy albo i nie, ponieważ jeszcze nie wiemy, czy nie jest to tajemnica państwowa. Ponadto jest jeszcze RODO, którego musimy strzec jak oka w głowie, bo jest dla nas prawem. Opozycja i ci pozostali, nie będę ich wymieniać po imieniu, ponieważ są to ludzie niewierzący w prawo i nadzieję na lepsze jutro bez potrzeby korzystania z sądu. Mogą nam co najwyżej nadmuchać w gwizdek lub zrobić sobie lewatywę, jeśli mają takie życzenie.

Naczelnik przemawiał tak żywiołowo i nietypowo, przytupując lekko nogą, że jedna część jego drużyny pomyślała z troską, że jest chory, inna że to efekt szampana z ostatnich imienin, jeszcze inni, że jest to krecia robota Rudego, jego odwiecznego wroga, który niegdyś pogrążył kraj w niebycie a nawet nagrał taśmy pokazujące, jak przejada państwowe pieniądze we włoskiej restauracji Ciao Ciao Bambini na Lazurowym Wybrzeżu.

0Shares

O eurowyborach. Dla jasności.

Oto fragment raportu dotyczącego „Wiadomości” TVP obejmujący okres od 10 do 16 maja, przygotowanego przez zespół Andrzeja Krajewskiego, byłego reportera „Wiadomości”, obecnie członka Towarzystwa Dziennikarskiego. 

  • Na początku analizowanego tygodnia rządząca partia dostała 41 proc. czasu antenowego, a Koalicja Europejska – 24 proc;
  • W wydaniu z 15 maja proporcje były następujące: 75 proc. PiS i  6 proc. KE. Tak samo było w „Wiadomościach” czwartkowych.
  • Partia rządząca przedstawiana jest wyłącznie pozytywnie, zaś KE – negatywnie.
  • Raport podaje, że „Wiadomości”, „Teleexpress” i „Panoramę”, ogląda ponad 5 mln widzów.
  • Pytanie: Czy wybory 26 maja będą w Polsce wolne i równe?

Link do raportu:  https://tinyurl.com/y5kj8fmg

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 222: Upadek świata gubernatora Blawatsky’ego

Partia Konserwatywna uznała, że gubernator powinien jak najszybciej wystąpić publicznie z orędziem, aby poinformować naród o cudownym powrocie do władzy i przedstawić wielkie osiągnięcie rządu – powrót do prokreacji jako siły napędowej społeczeństwa. Ustalono, że gubernator uczyni to stojąc jak zwykle na podwyższeniu. W tej pozycji najpełniej wyrażała się jego niezwykła osobowość, zdolność ogarnięcia wzrokiem szerokiego świata oraz wrodzona siła przekonywania. Naród to cenił, nawet jeśli nie zdawał sobie z tego sprawy. Jego najgorętsi zwolennicy nazywali to charyzmą.

Ważniejsze wystąpienia gubernatora konserwatyści określali mianem orędzia. Najlepsze z nich, zdolne wstrząsnąć społeczeństwem, uznawano za wydarzenia równie znaczące jak wybuch mniejszego wulkanu. Wielu obywatelom wydawało się to przesadą; współpracownicy Blawatsky’ego uważali to za normę.

Na wystąpienie wybrano Plac Dziękczynienia, miejsce najpełniej wyrażające wiarę narodu w Boga. Plac był rozległy jak słynne Pole Marsowe z czasów Republiki Rzymskiej, gdzie organizowano imprezy masowe, zaciągi do wojska, zebrania wyborcze oraz komicja centurialne, które wybierały wyższych urzędników, konsulów, pretorów i cenzorów oraz decydowały o wojnie i pokoju. Były to fakty potwierdzone przez historyków. Szukanie precedensów współczesności w historii, zwłaszcza starożytnej, stało się tradycją Partii Konserwatywnej.

Mównicę ustawiono wyżej niż zazwyczaj, aby orator był dobrze słyszany przez wszystkich uczestników zgromadzenia. Gubernator wstępował na mównicę dwa razy, gdyż nie sposób było wygłosić tak ważnego przemówienia za jednym zamachem. Wchodząc na podwyższenie za drugim razem Blawatsky zachwiał się. Opozycja natychmiast uznała, że jest chory. Zwolennicy Konserwy przekonani, że nawet najbardziej sprawnemu człowiekowi zdarza się potknąć, zachwycili się, jak łatwo ich przywódca powrócił do stanu równowagi. Natychmiast ujawnili się klakierzy, bijąc brawa i wznosząc okrzyki:

– Patrzcie! Niemłody już mężczyzna, a jaki sprawny mimo ciężkich przepraw ze zdrowiem!

Dla wzmocnienia przekazu na telebimie pokazano fragment przemówienia gubernatora z wcześniejszych lat; jego wigor i sprężystość rzucały się w oczy. Barras uspokoił nadgorliwych klakierów dyskretnym ruchem ręki. Znali ten znak; na placu zaległa cisza jakby spadła nań platforma wypełniona piaskiem milczenia.

Pod koniec przemówienia uczestników wiecu dobiegł niepojęty szum. Twarze wiecujących zwróciły się na zewnątrz w kierunku terenów parkowych obrzeżających Plac Dziękczynienia. Wydając przenikliwe dźwięki zza drzew i krzewów wybiegły setki młodziutkich istot, pełnych wigoru i radości.

*****

Słysząc tysięczne uderzenia drobnych stóp o ziemię, dzwoneczki o wymyślnych dźwiękach oraz głosy ni to ludzkie, ni zwierzęce, pomieszane i trudne do zrozumienia, gubernator przerwał przemówienie. Wraz ze świtą udał się na punkt widokowy znajdujący się na krawędzi Placu Dziękczynienia, aby ogarnąć wzrokiem teren i zorientować się dokładnie, co się dzieje. Obraz, jaki ujrzał, poraził go paraliżując kończyny, wywołując ucisk w piersiach oraz szum w głowie. Przed nim, jak okiem sięgnąć, mieszały się ze sobą hałaśliwe, kolorowo ubrane stworzenia przypominające dzieci. Były młode, w wieku od jednego roku do dwóch lat. Zachowywały się swobodnie, figlując ze sobą i poruszając się głównie skokami jak niezdarne żabki. Kiedy podbiegły bliżej okazały się zdumiewająco podobne do siebie; różniły się tylko wzrostem, fryzurą i ubiorem. Były ubrane w zgrabne uniformy lub dresy. Przeważały kolory ochronne, szaroniebieski i zielony. Wyglądały jak armia urwisów zmierzających na plac zabaw.

Towarzystwo na punkcie widokowym zastygło ze zdumienia. Z tłumu na dole dobiegały niezrozumiałe zawołania: „Jedynki w dwuszeregu! „Dwojaczki, nie ociągajcie się, formułujcie kolumnę! Gubernator i jego świta zachodzili w głowę, co to mogło znaczyć.

– To klony! – wykrzyknął nagle asystent gubernatora. – To są klony człowiekonia i to dwóch generacji! – zawyrokował podnieconym głosem. Jego ciemna, równo przycięta broda poruszała się miarowo, kiedy przenosił wzrok z jednej grupki ludziokoni na drugą. – To fascynujące! – Wykrzyknął, dodając prawie natychmiast głosem pełnym niedowierzania: – To przerażające!

Nastrój asystenta udzielił się pozostałym osobom. Uważnie obserwowali rozbiegane klony. Człowiekoniki poruszały się niby żywe srebro; zdawało się, że są wszechobecne. Ich głód ruchu i wrażeń był widoczny gołym okiem; drobne postacie wyskakiwały zza każdego pnia drzewa i kryły się za każdym krzewem. Niektóre poruszały się tak energicznie, że po kilku minutach zmęczone kładły się na ziemię i zapadały w sen.

Ktoś zauważył dwa opancerzone samochody stojące na dwóch krańcach równiny. Zwrócono na to uwagę gubernatorowi i podano mu lornetkę. Gubernator szybko skojarzył, o co chodzi. Wszystko stało się jasne. Na równinie rozciągającej się przed jego oczami hałasowały dwa pokolenia człowiekoni, żołnierzy przyszłości, jednolitych i sprawnych.

– Tu leży pies pogrzebany. – Mruknął Barras do stojącego obok ministra. Zdał sobie nagle sprawę, że stracił kontrolę nad krajem. Obejrzał się wokół siebie. Nikt już nie zwracał na niego uwagi. Wszyscy patrzyli na równinę.

Gubernator zamyślił się. Patrzył niewidzącym wzrokiem w dal, kiedy na horyzoncie pojawiła się wieża Babel, wieża jego marzeń.

Pieter Bruegel the Elder: The Tower of Babel

Znał ją na pamięć, bo śniła mu się wielokrotnie, czasem nawet ukazywała się na jawie na tle kolorowej tęczy, wielopiętrowa, obudowana brunatną i czerwoną cegłą, cudowna jak na obrazku. Patrzył z przerażeniem, jak ukochana wieża wali się z wielkim hukiem, nierówno, fragmentami. Najpierw runął mur z lewej strony, potem koliście opadł wielki wewnętrzy krąg przypominający cembrowinę studni, obnażając rozległe przejścia i luki między piętrami.

Gubernator poczuł duszący swąd pożaru. Patrzył jak płomienie sycząc konają, każdy z osobna. Wraz z wieżą waliło się w gruzy jego pracowite życie. Zrozumiał, że było to piekło, jakie sam stworzył swoimi błędnymi decyzjami i zaniechaniami. Na jego oczach gasło zgodne i szczęśliwe społeczeństwo, rozmnażające się w poczuciu patriotycznej prokreacji.

Widok i łoskot upadającej wieży był tak przerażający, że nogi ugięły się pod nim i stracił przytomność. Jego ochrona osobista, ludzie przysięgający mu wierność aż po grób, pozostawili go samemu sobie. Zafascynowani upadającą wieżą obserwowali, jak wyrzuca z siebie krótkie zygzaki niebieskich spięć i długie warkocze białych wyładowań elektrycznych, na tle których rozpadały się w powietrzu wykoślawione żarem wielkie drabiny starożytności.

– Czegoś tak monstrualnego i przepięknego nie widziałem w całym moim życiu! – Były to ostatnie słowa, jakie usłyszał Blawatsky zapadając się w czarną czeluść nieświadomości

0Shares

Nie samym alkoholem człowiek żyje.

Dziś, zamiast regularnego blogu, dla odświeżenia pamięci, serca i ducha, o strajku, nauczycielach, rządzie i podobnych zjawiskach. Wyciąłem tylko niektóre fragmenty, aby skrócić i uprościć tekst, i pogrubiłem tematy spraw. Trzewia pozostały te same. Pozostawiłem też linki do artykułów, o których mowa w tekście.

Źródło: Wyborcza.pl newsletter_wyborcza@wyborcza.pl  Wydarzenia dnia, 24 kwietnia 2019.

 Rostam killing the White Demon

Cytuję:

17-y dzień strajku nauczycieli. Rząd zamierza w ekspresowym tempie zmienić prawo i „doprowadzić do przeprowadzenia matur”. Mimo że nauczyciele zapowiedzieli, iż nie zamierzają utrudniać życia swoim wychowankom. Premier Morawiecki wyjaśnił obywatelom, że teraz dyrektorzy będą mogli klasyfikować uczniów.

Ciekawy komentarz o strajku, który przeradza się w bunt, publikuje dziś w „Wyborczej” znawczyni putinowskiej Rosji Krystyna Kurczab-Redlich. Pisze między innymi: „Nauczyciel przystępujący do strajku na dalekiej prowincji nie przypuszczał, że perfidia, z jaką przedstawiciele władz dobiorą mu się do duszy, zrani połowę społeczeństwa. Nie przypuszczał też, że zajadła wściekłość pozostałej połowy zepchnie go w samotność. Nie przyszło mu także do głowy, że legalny, pokojowy protest pokaźnej warstwy polskiej inteligencji, do której należą nauczyciele, urośnie na drożdżach propagandy do dramatu narodowego”. Trudno się nie zgodzić.

Błyskotliwy jak zawsze Jacek Dehnel wyruszył dziś na poszukiwania tuzinów naszych „kuzynek, które zapłakane wróciły ze szkoły”. Pisarz w trudnym do podrobienia stylu rozjeżdża – jak mówi młodzież – zastępy trolli na usługach walczących ze strajkiem.

Stołeczny ratusz wydał decyzję, na mocy której spółka Srebrna związana z Prawem i Sprawiedliwością może zbudować na działce położonej w centrum Warszawy budynek o wysokości zaledwie 30 metrów. A nie 190 metrów. To znacząca różnica. Iwona Szpala i Wojciech Czuchnowski przypominają, czego państwo i instytucje podległe ministrowi sprawiedliwości w sprawie wież przy Srebrnej nadal nie robią.

Rzecznik dyscyplinarny bada, czy dwoje nowych sędziów SN naruszyło prawo. Aleksander Stępkowski miał wydać orzeczenie bez akt sprawy, a Małgorzata Manowska – zignorować sprzeciw pierwszej prezes SN. Oboje nie zgadzają się z zarzutami. Cały świat może nam pozazdrościć tak wyjątkowego oblicza parlamentaryzmu.

A na koniec informacja mrożąca krew w żyłach. Pył z Sahary, który właśnie dociera nad nasz kraj, to dopiero początek prawdziwych kłopotów. Z powodu globalnego ocieplenia zimy robią się w Polsce mniej śnieżne, a lata bardziej suche. Z kolei opady stają się coraz bardziej gwałtowne. Taka „pogoda na sterydach” jest jednym z najpoważniejszych efektów zmian klimatu. Ale z węgla nie zrezygnujemy!. Zatem: po nas choćby potop!

Koniec cytatu

0Shares

Obudziła mnie Wyobraźnia. Nie samą literaturą człowiek żyje. Koszula bliższa ciału.

Rano obudziła mnie Wyobraźnia. Zastukała wskazującym paluchem do mojej głowy najpierw z zewnątrz, potem od wewnątrz, w końcu popukała mnie w czoło.

– Co o tym wszystkim myślisz? – zapytała.

Nic nie odpowiedziałem, bo akurat pojawiła się przede mną ogólna sala obrad Parlamentu Europejskiego. Beata Szydło stała na fladze unijnej i wygłaszała płomienne przemówienie. Ściany były prawie gorące od żaru jej słów. Mówiła po polsku. Zauważyłem, że żaden poseł Unii Europejskiej nie ma słuchawek na uszach a kabina tłumaczy jest pusta.

– Co jest? – Zapytałem.

– Weszliśmy do Parlamentu Europejskiego i od razu zmieniamy Unię, tak jak obiecaliśmy. – Odpowiedziała pani Beata z promiennym uśmiechem. Był szeroki i szczery. Zaimponował mi. – Najpierw nauczyliśmy ich mówić naszym językiem. To teraz pierwszy język unijny. Po drugie wprowadziliśmy klęczniki, aby wygodniej było im wstawać z kolan. Po trzecie, po kolei organizujemy sprawy Unii, tak jak to sobie wyobraziliśmy.

– Jak panią i PiS odebrano w Unii? – Zapytałem onieśmielony jej osiągnięciami.

– Bardzo dobrze. Doskonale wręcz. Wszyscy posłowie pamiętali moją walkę w czasie reelekcji Tuska. Podchodzili do mnie i mówili: – Ty, Bea, i ten twój PiS jesteście cudowni. Pierwsi na świecie wystąpiliście przeciwko kandydatowi swojego kraju. Na to trzeba charakteru i odwagi. Dwadzieścia siedem krajów go chciało a wy powiedzieliście „Nie”. I wygraliście. To nie ten sam Tusk teraz. Utarliście mu nosa. No a wasz kandydat, ten Saryusz-Wolski, to gigant. Rewelacja! Powszechnie znany. Podobno to najlepszy disk-jockey w waszej partii. Rewelacja!

Chwilę później Wyobraźnia wyświetliła kolejny obraz parlamentu Europejskiego. Beata Szydło siedziała obok Theresy May, premier Wielkiej Brytanii, która jej udzielała wskazówek, jak zorganizować Polexit.

– Ty, Bea, zrobisz to lepiej. Ja popełniłam poważne błędy. Chcieliśmy to zrobić na chała-drała, wy to robicie powoli i systematycznie. Ale co będziemy gadać o exitach! Opowiedz mi o sobie, o swoim dorobku dyplomatycznym.

Pani Beata wyciągnęła przybornik i pokazał jej dużą sikawkę strażacką.

– Mój poprzednik miał większą, ale nie umiał się nią posługiwać. Zamiast jej użyć zorganizował referendum na temat Brexitu. – Wtrąciła Theresa May.

– Kiedyś dowodziłam strażakami. To były moje najlepsze lata. – Kontynuowała pani Beata. – Oni poszliby za mną w ogień i dym. To była prawdziwa walka. Cały czas kryzysy. Gaszenie pożarów. To wtedy nauczyłam się zarządzać krajem. Ale opłaciło się. Teraz widzisz sama jak Polskę szanują w Unii. Zmieniamy całą Unię, tak jak obiecaliśmy. Dzisiaj PiS stanowi największe ugrupowanie polityczne w Unii. Razem z Węgrami trzęsiemy tą organizacją. Decydujemy o wszystkim. Pieniędzy będziemy mieli teraz jak lodu. Martwię się tylko, gdzie my je wszystkie upchamy. Nie ma takiego wielkiego siennika!

– Macie na pewno wielkie potrzeby. Każdy je ma.

– Pewnie! Mamy nauczycieli. Ale ten problem rozwiążemy inaczej. Zaproponowaliśmy zmniejszenie ich liczby i zwiększenie uposażeń pozostałych nauczycieli o zaoszczędzoną kwotę wynagrodzeń. Dyskutujemy teraz, jaki procent ma odejść. Coś za coś. Większa wydajność, więcej pieniędzy! Zrobimy to samo z pielęgniarkami, niepełnosprawnymi, pracownikami sądów i administracji. Tylko górników oszczędzimy, bo to ciężko pracujący ludzie. Potrzeba nam więcej węgla, bo będziemy produkować miliony samochodów z napędem elektrycznym.

– Ależ on ma łeb! – Wykrzyknęła Tera. – Mam na myśli twojego szefa, pana Kaczyńskiego. Premiera zresztą też. Zawsze ich podziwiałam. Oni są tacy postępowi, wszystko widzą w perspektywie. No i te wasze reformy aparatu sprawiedliwości. Sędziowie to złodzieje i oszuści. Ufać możesz tylko parlamentarzystom i to tylko ze swojej partii. Wiem coś o tym. – Entuzjazmowała się Tera.

– Mój szef to nasz skarb narodowy. Jego imieniem nazwaliśmy salę konferencyjną w Unii Europejskiej. Druga będzie nosić imię jego brata, ale najpierw musimy odkręcić tabliczkę z nazwiskiem Wałęsy. Mało kto już go pamięta. To niepopularna postać. Dlatego musimy zmienić podręczniki historii – Westchnęła pani Beata i zaczęła składać sprzęt pożarniczy do przybornika.

W tym momencie Wyobraźnia wygasła. Zdążyła jeszcze tylko postukać mnie palcem w czoło. Nie wiedziałem dlaczego akurat mnie. Poczułem się jednak wyróżniony i dumny, że to my przewodzimy Europie.  

Michael Tequila: Niezwykła decyzja Abuelo Caduco – 40% taniej. Skorzystaj i kup!  http://tinyurl.com/yxt5v8zm 

Michael Tequila – książki https://tinyurl.com/y895884p

0Shares

Liga Polskich Rodzin wraca do polityki

Poniższy materiał pochodzi w całości z  www.dorzeczy.pl

W latach 2005-2007 Liga Polskich Rodzin wraz z Prawem i Sprawiedliwością oraz Samoobroną tworzyła koalicję rządzącą. Po upadku rządu, LPR Romana Giertycha odszedł w cień. Teraz, mec. Giertych jawi się jako jeden z największych krytyków PiS, a LPR udziela oficjalnego poparcia Koalicji Europejskiej.

Poparcie dla Koalicji Europejskiej podczas zbliżających się wyborów wyraził obecny przewodniczący Ligi Polskich Rodzin, Witold Bałażak. „Ponieważ polska historia zna przypadki ponadpartyjnej, ponad światopoglądowej współpracy dla przeciwstawienia się dyktatorskim formom sprawowania władzy, wyrażamy uznanie dla powstałej i budowanej inicjatywy Koalicji Europejskiej, która ma za zadanie wygrać wybory do Parlamentu Europejskiego i odbudować należne Polsce miejsce oraz wzmocnić pozycję naszego Kraju na forum Unii Europejskiej” – czytamy w stanowisku rady politycznej LPR.

„Mając na uwadze dobro naszej Ojczyzny – będącej od 15 lat członkiem Unii Europejskiej – w tak skomplikowanej sytuacji geopolitycznej Europy i świata, apelujemy o wybór gwarantujący bezpieczeństwo Europy i powrót Polski do roli jednego z głównych filarów europejskiej polityki opartej na fundamencie zachodniej cywilizacji. Obecne okoliczności, przed którymi stajemy, jako Państwo i Naród, nie pozwalają na, bardzo bolesne i kosztowne, polityczne eksperymenty rodem z cywilizacji wschodniej, wiarę w już sprawdzone i niewiarygodne obietnice, czy demagogiczne i uwłaczające godności Polaków obiecanki wyborcze, obliczone wyłącznie na krótkoterminowy interes partyjny PiS.

Dlatego stanowczo apelujemy o wykreślenie z narodowych wyborczych kalkulacji ugrupowania Prawo i Sprawiedliwość wraz z ewentualnymi przystawkami, które z pewnością usankcjonowałyby naszą marginalizację w ramach UE, wzmocniły izolację na forum międzynarodowym, co w oczywisty sposób miałoby ujemny wpływ na wiarygodność, bezpieczeństwo, rozwój i pozycję Polski w Europie i świecie” – stwierdza LPR.

Do Koalicji Europejskiej należą Platforma Obywatelska, Polskie Stronnictwo Ludowe, Nowoczesna, Sojusz Lewicy Demokratycznej oraz Zieloni. Akces do KE obok LPR złożyły też takie ugrupowania jak Teraz Ryszarda Petru, Socjaldemokracja Polska czy Unia Europejskich Demokratów. (Koniec cytatu)

Z Iwanem Iwanowiczem zadajemy sobie pytanie, dlaczego wszyscy sprzysięgli się przeciwko PiS. Może nie lubią siwych staruszków? Może nie podoba im się jakiś konkretny staruszek i to co on mówi?

1Shares

Prywatna kronika Iwana Iwanowicza. Wyścig do Wielkiej Europy.

Drodzy Czytelnicy,

Przedstawiam próbkę tekstu powieści, której format, fabułę, styl, od kilku lat bezskutecznie staram się wypracować, aby była to dobra, interesująca i pouczająca lektura. Powieść ma formę kroniki opisującej w literacki, swobodny i nieco fantazyjny sposób to, co dzieje się wokół nas od roku 2015.

Będę wdzięczny za uwagi, komentarze, sugestie. Jeśli jest to coś zjadliwego (w pozytywnym tego słowa znaczeniu), przekażcie link do tej strony swoim przyjaciołom i znajomym. Liczba wejść na stronę będzie najlepszym wskazaniem, czy moje wysiłki zasługują na kontynuację, czy też nie. Jest to ważne, ponieważ mogę poświęcić czas czemuś innemu. Mam co pisać, gdyż równolegle pracuję nad zbiorem opowiadań kryminalnych, który mógłbym opublikować jeszcze w tym roku.

Pozdrawiam serdecznie,

Michael Tequila

Iwan Iwanowicz sprężył się. Myślał. Od dawna nic nie zapisywał w swojej prywatnej kronice, a przecież działy się w kraju ważne rzeczy. Zbliżały się wybory do parlamentu Wielkiej Europy. PPD, Partia Powszechnego Dobrobytu, wystawiła mocnych kandydatów. Iwan Iwanowicz uznał to za niezwykle ważne wydarzenie, ponieważ Wielka Europa, WE, od dłuższego czasu błądziła, tkwiąc w starym sposobie myślenia, zagubiona w świecie wielkiej polityki, wielkich mocarstw i nowoczesnych technologii. Trzeba było sprowadzić ją na właściwe tory i nikt nie nadawał się do tego lepiej niż PPD.

– Tyle trzeba jeszcze zmienić na naszym kontynencie. – Iwan Iwanowicz westchnął i przyciągnął do siebie klawiaturę, aby wreszcie zacząć pisać.

Nie wiedział jak zacząć. Chciał, aby pamiętnik był nie tylko wyczerpującym rejestrem ważnych wydarzeń krajowych i zagranicznych, ale także, aby zapisy były wykonane interesującym, rzeczowym i pięknym językiem.

Udział kraju w wyborach do parlamentu Wielkiej Europy postanowił przedstawić w formie opisu wyścigu koni. Lubił konie. Sam kiedyś myślał o kupieniu sobie wierzchowca do jazdy konnej. Jeździł konno od czasu do czasu, bardzo mile wspominał te chwile. Pierwszy raz jechał z duszą na ramieniu. Było to w Alberti, w Ameryce Południowej, gdzie był na dłuższej wycieczce, kiedy posadzono go na czarnego jak diabeł młodego, pełnego energii wałacha. – Iwan Iwanowicz rozmarzył się. Popatrzył w okno, aby oderwać się od ubocznych myśli. Starał się zdyscyplinować swój umysł. Wrócił do pisania.

PPD wystawiła mocną drużynę. Obserwował ostatnią fazę nominacji kandydatów na kongresie tej partii. Podobało mu się. Najbardziej poruszyła go pieśń „My ze spalonych miast, my z głodujących wsi” zakończona słowami, „Dziś niczym, jutro wszystkim my”. Słowa „Dziś niczym, jutro wszystkim my” stały się hasłem kampanii wyborczej PPD do parlamentu wielkoeuropejskiego. Iwanowi Iwanowiczowi nie podobało się, że opozycja wyśmiewała to hasło przeinaczając je na „Dziś niczym, jutro jeszcze bardziej niczym my”.

Iwan Iwanowicz był demokratą, nie miał nic przeciwko opozycji, ale to akurat nie podobało mu się. Nie było w jego stylu. Starał się być obiektywny, choć czasem było to trudne. Był tego świadomy. Po cichu najczęściej sprzyjał PPD. Nie można powiedzieć, że lubił Naczelnika Kukułę, szefa partii, ale z pewnością cenił jego charakter i cechy przywódcze. Słabość Iwana Iwanowicza do PPD stała nieco w sprzeczności z jego deklarowaną obiektywnością. Nic na to nie mógł poradzić.

– Nie ma sensu wyzbywać się pozytywnych uczuć, muszę tylko pilnować się, aby nie wpływały one na obiektywność moich zapisów kronikalnych. – Tłumaczył sobie.

Jeszcze raz popatrzył w okno, jakby stamtąd miała nadejść wena i koncentracja. I rzeczywiście, myśli zaczęły mu się układać w logiczny ciąg słów i wyrażeń.

W bieżącym zapisie postanowił przedstawić listę kandydatów PPD do parlamentu wielkoeuropejskiego. To oni mieli zmienić Wielką Europę, wykuć jej nową jakość, dać jej przykład, jak się organizować, jakimi wartościami się kierować, jak rządzić. Zaczął od najważniejszej kandydatki, byłej premier. Notował.

Zaza Urala. Twarda sztuka, choć z wyglądu przypomina pulchną właścicielkę gospodarstwa rolnego sprzedającą na rynku rąbankę.

Tak o niej pisali złośliwi internauci. On nie podzielał tej opinii, bo była premier cieszyła się wielkim poparciem społecznym. Ludzie utożsamiali się z nią. Była taka sama jak oni. Rumiana na twarzy, prosta, bezpośrednia, niezwykle uczciwa, chętnie dzieląca się z innymi. Co więcej, znała doskonale język angielski i niemiecki. Obydwu języków uczyła się sama nocami. Iwan Iwanowicz widział i słyszał wielokrotnie w telewizji, jak sprawnie i z jaką swadą rozmawia z dziennikarzami zagranicznymi. Spotykała się także z prezydentami, monarchami i innymi znanymi ludźmi. Było pewne, że umie poruszać się po salonach wielkiej polityki. Było to ważne dla kraju.

Iwan Iwanowicz przerwał stukanie w klawiaturę, pomyślał chwilę i pisał dalej.

To ona pierwsza wyprowadziła sztandar Wielkiej Europy ze swego gabinetu, aby uświadomić obywatelom, że każdy kraj ma prawo do protestu. Jej odważny gest został bardzo dobrze przyjęty przez inne kraje członkowskie. Zyskaliśmy wielkie uznanie. Inni premierzy też zaczęli wynosić ze swoich gabinetów sztandar WE, co wstrząsnęło tą organizacją od podstaw. Po raz pierwszy władze Wielkiej Europy przyznały, że wymaga ona zmian. Urala przedstawiła stosowne propozycje. Rozpatrzono je na posiedzeniu parlamentu WE; w głosowaniu przeszły prawie bez zmian. To był wielki sukces.

– Tak. Zaza Urala to nasza wielka nadzieja. – Pomyślał Iwan Iwanowicz, ale nie zapisał tego. Uznał, że byłoby to wyrazem jego osobistych odczuć, a chciał pozostać obiektywny.

Na dobro Urali zapisał też jej zwycięstwo w wyborach przewodniczącego Wielkiej Europy. Dzielna kobieta sprzeciwiła się premierom dwudziestu siedmiu krajów i tak długo ich przekonywała, aż zdobyła poparcie większości. Wystawiono nowych kandydatów. Zajęło to dodatkowy miesiąc, ale udało się. Przeszedł kandydat wytypowany przez jej rząd i zatwierdzony przez Naczelnika Kukułę. Później jednak, z niezrozumiałych względów, zorganizowano drugie głosowanie i na przewodniczącego wybrano Dona Rudobrodego, co do którego Naczelnik Kukuła miał poważne zastrzeżenia.

Naczelnik był w kraju i w PPD postacią pierwszoplanową. Mąż stanu, patriota do szpiku kości, grał pierwsze skrzypce w życiu publicznym. Opanowany do granic przyzwoitości, wyważony, szanujący opozycję, zatwierdzał wszystkie ważne decyzje partii. Nie to, że musiał, czy też oczekiwano tego od niego. Po prostu członkowie PPD mu wierzyli, jego intuicji i doświadczeniu. Był dla nich ojcem. Ubóstwiali go. Siwy jak gołąb, lecz wciąż silny jak tur, przypominał słynnego Che Levarę, rewolucjonistę, ideologa i pisarza, który stworzył własną oryginalną formę wojny partyzanckiej (foco guerrillero) prowadzonej przez chłopów. Naczelnik Kukuła też stworzył coś podobnego, z tym, że jego preferowaną formą walki była wojna domowa prowadzona przez masy ludowe wsi i małych miasteczek oraz wielkomiejski proletariat. Niektóre z przydomków, jakimi obdarzono Che Levarę, jak Żagiew Sprawiedliwości, Gwiazda Zaranna Uciśnionych, Ostrze Rewolucji czy Pomnik Nieustraszony, używano teraz w stosunku do Naczelnika Kukuły. Podobnie jak w przypadku Levary pisano też o nim wiersze. Ministerstwo edukacji organizowało w tym celu konkursy w szkołach. Rodzice powszechnie domagali się tego.

Dla uczczenia zasług Naczelnika Kukuły społeczeństwo kraju złożyło się na budowę dwóch wielkich wież w stolicy. Były to wspaniałe konstrukcje: kilkaset metrów wysokości, okrągłe, jasnoniebieskie kolory szkła i stali. Na szczycie wież miał być umieszczony jego podwójny wizerunek. Jeden to on sam, en face, drugi to jego słynny sobowtór, z profilu. Przejściowo budowę wstrzymano, ponieważ wybuchł spór prawny o niezapłacone faktury. Pisano też, że naczelnik Kukuła był osobiście zamieszany w budowę wież, wydając polecenia architektowi, kierownikowi budowy oraz inwestorowi głównemu. PPD twierdziło, że to oczywista bzdura, opozycja, że prawda.

Iwan Iwanowicz przeczytał uważnie cały tekst, poprawił co nieco. Zapis wydał mu się sensowny. Postanowił skończyć wieczorem. Musiał jeszcze wyjść na spacer. Robił to codziennie, aby utrzymać się w formie.

– Mens sana in corpore sano. – Westchnął, ciesząc się, że pozostała mu jeszcze dobra pamięć. Przypomniał sobie, co zdarzyło mu się w środku nocy i zadrżał. Nie mógł odtworzyć w pamięci nazwiska autora książki „Przygoda z owcą”. Wstał z łóżka i sprawdził hasło „Alzheimer”. Czytał z pół godziny, tak go to wciągnęło; w końcu uspokoił się. Dopiero wtedy przypomniał sobie autora: Haruki Murakami.

Wyjątkowo korzystne ceny książek w księgarni Taniaksiazka.pl . Michael Tequila – książki https://tinyurl.com/y895884p

2Shares

Najnowsza historia Azji. Alternatywna Republika Tajlandii.

Od 2015 roku dużą częścią Tajlandii rządzi powszechnie znany samozwańczy król Chropat I, przewodniczący Prawicowej Partii Ludowo-Populistycznej.

Dochodząc legalnie do władzy w drodze wyborów powszechnych stworzył on w trudno dostępnej części kraju Alternatywną Republikę Tajlandii, powołując własny rząd oraz podporządkowując sobie instytucje państwowe. Chropat I sam nie zajmuje żadnego stanowiska oprócz stanowiska przewodniczącego partii. Swoją republiką Chropat I rządzi przez zaufanych i wybranych osobiście ludzi zachowując pozory pełnej demokracji. Oprócz niego, najważniejsze postacie życia politycznego to: prezydent w osobie generała porucznika Samu Khunampai, premier, generał major Prawet Phusara, oraz minister sprawiedliwości, generał major Prayut Sarai.

Główne cele polityczne Chropata I to: stworzenie państwa powszechnego dobrobytu, pokazanie państwowotwórczej roli starszego brata tragicznie zmarłego w zamachu stanu, przeprowadzenie głębokiej reformy szkolnictwa w oparciu o podręczniki historii odkrywające nowych bohaterów narodowych,

zmniejszenie armii poprzez drastyczne ograniczenie wydatków, ukazanie roli ostatniego króla w niekorzystnym świetle, aktywne zaangażowanie buddystów w rządzenie krajem, rozwój energetyki opartej na paliwach kopalnych, wyjście Alternatywnej Republiki Tajlandii z ASEAN (Stowarzyszenie Narodów Azji Południowo-Wschodniej) lub odzyskanie w nim wiodącej roli, w końcu państwowa własność głównych mediów: telewizji, radia i prasy.

Najnowszym przedsięwzięciem Chropata I jest budowa dwóch gigantycznych wieżowców w centrum stolicy. Ich wierzchołki będą kształtem przypominać głowy Chropata I oraz jego brata. Sprawa jest aktualnie dyskutowana w parlamencie i na forum publicznym. Główną kwestią jest to, czy przygotowaniem i realizacją projektu powinien zajmować się sam Chropat I czy też wyznaczony przez niego specjalny komitet budowlany. Wieże mają być ozdobione u podstaw wizerunkami postaci historycznych, mitologicznych i religijnych Alternatywnej Republiki Tajlandii.

Wyzwaniami dla Alternatywnej Republiki Tajlandii są: wielkie zanieczyszczenie powietrza w dużych miastach, najbliższe wybory parlamentarne (Chropat I obawia się, że opozycja zechce je sfałszować), niepokoje społeczne wzniecane przez zbuntowane gospodynie domowe i opozycję, ochrona granic kraju przed inwazją obcokrajowców, trudne stosunki z ASEAN’em, budowa gigantycznego lotniska obsługującego także sąsiednie kraje (Myanmar (dawna Birma) oraz Laos), produkcja samochodów elektrycznych w skali wyższej niż produkcja chińska, rozwój turystyki cielesnej związane z masażami całego ciała, pożary wysypisk wzniecane przez terrorystów oraz dalsza obniżka wieku emerytalnego do 45 lat dla mężczyzn i 40 lat dla kobiet.

Mieszkańcy Tajlandii i krajów sąsiednich z wielkim zainteresowaniem obserwują rozwój wydarzeń w Alternatywnej Republice Tajlandii licząc na to, że wreszcie w całym kraju nastanie porządek oparty na rządach silnej ręki, gwarantującej powszechny dobrobyt, porządek i sprawiedliwość oraz polityczną niezależność od wielkich potęg.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 174: Interpretacja przyczyn i sprzątanie po Apokalipsie

Koniec Apokalipsy nie przyniósł natychmiastowej ulgi społeczeństwu. Problemy obsiadły kraj jak szarańcza. Obywatele różnili się myśleniem, postawami i aspiracjami. Łączyło ich jedynie – była to trwała więź – uczucie niechęci a nawet nienawiści wobec społeczeństw, grup i jednostek, których nie dotknął kataklizm. Wzburzenie mieszkańców Nomadii osiągnęło taki poziom, że nawet osoby sobie bliskie, członkowie rodzin, przyjaciele i dobrzy sąsiedzi otwarcie wywalali z siebie bolączki i niepokoje, bijąc na odlew słowami i przekleństwami. Wydawało się, że spadkiem po Apokalipsie będą jedynie spory co do jej przyczyn i skutków, tymczasem wszystko uległo pomieszaniu. Jeśli ktoś miał pozytywny pogląd na cokolwiek, natychmiast zjednywał sobie wrogów.

W miejsce tolerancji rozpanoszyła się nietolerancja. Czołowe partie kraju oskarżały się nawzajem o najgorsze zbrodnie. Rocznice państwowe zamiast jednoczyć, jeszcze bardziej antagonizowały naród. Nasycone wrogością dyskusje toczyły się w pubach, mieszkaniach i na ulicy. W Internecie dyskusje ociekały jadem. Nawet umiarkowani zwolennicy obydwu partii nie dostrzegali niczego, w czym mogliby się ze sobą zgodzić. Część obywateli stroniła od dyskusji, nie interesowała się polityką ani państwem, tylko sobą. Nazwano ich trzecią siłą. Twierdzili, że są neutralni, często mówili o osobie „mnie to wisi”.

Nie pozostawiało to nadziei na poprawę sytuacji. Jedyną wspólną cechą odkrytą przez badaczy była skromność: obywatele preferowali mówić o biedzie i ubóstwie niż chwalić się zamożnością i bogactwem, jakie przypadły im w udziale.

Sefardi, wyćwiczony w oglądzie mikroskopijnych detali, dostrzegał niuanse, dziesiątki drobiazgów nierzucających się w oczy: kulejącą uprzejmość, zatrzęsienie nieaktualnych informacji w Internecie, nawet grzeczność okazywaną głosem tak szorstkim, że wydawała się niegrzecznością. Nie były to warunki sprzyjające rządzeniu. Rząd był pod obstrzałem połowy społeczeństwa, druga połowa mu sprzyjała. Oczy wszystkich kierowały się na gubernatora Barrasa, od którego oczekiwano cudu. Stał się on centralnym punktem wydarzeń.

*****

Fatalne w skutkach zaburzenia pogody wyjaśniano bardzo różnie: wybuchami potężnych mas gazu na słońcu, rozmagnesowaniem bieguna północnego przez blisko przelatującą kometę, a nawet pulsowaniem wszechświata. Najstarsi ludzie nie pamiętali pogody tak przewrotnie łączącej okrucieństwo tyrana z łagodnością niemowlęcia. Pisała o tym prasa krajowa i zagraniczna, wyrzucając inne tematy na śmietnik jakby były odpadkami grożącymi epidemią. Ludzkie serca nadal wybuchały niepokojem i spalały właścicieli, jeśli w porę nie schronili się w wierze, spowiedzi lub psychoterapii. Dni spokojnego słońca ludzie traktowali jako zapowiedź zmian na lepsze. Niektórzy czuli się tak doskonale, że potem twierdzili, że lewitowali w powietrzu i było to najlepsze, co zdarzyło im się w życiu.

W sprawie Apokalipsy ważny głos przypadł Kościołowi Hierarchicznemu, do którego należała większość ludzi wierzących. Decydującą rolę odgrywał w nim arcybiskup Czarna Eminencja, przywódca kościoła. W dalszej kolejności liczyły się głosy księży z ambon, listy duszpasterskie oraz gazetki parafialne.

W celu rozwikłania zagadki klęsk żywiołowych kościół wezwał na pomoc biblistów. W pierwszej kolejności zajęli się oni uporządkowaniem terminologii. Pięć dni fatalnej pogody określili mianem Sodomy i Gomory, poszczególnym dniom przypisując nazwy dominujących zdarzeń. Były to: wtorek – Dzień Gradu, Środa – Dzień Powodzi, Czwartek – Dzień Piorunów i Pożarów, Piątek – Dzień Tsunami. W wyniku pracy biblistów oraz debat kościelnych wyłonił się specyficzny pogląd, że źródłem nieszczęść, jakie ugodziły społeczeństwo, był Internet, a bardziej konkretnie, zmiany cywilizacyjne, jakie wywołał. Była to druga fala interpretacji przyczyn Apokalipsy.

– Ludzie, odwracając się od Boga w kierunku Internetu, stali się sprawcami kataklizmu – podsumował ksiądz profesor Obispo, przewodniczący konferencji klimatycznej. Część naukowców, również tych wierzących w Boga, akceptując niektóre argumenty kościoła, uznała wyjaśnienie księdza profesora za zbyt proste.

– Potrzebujemy więcej czasu, aby dokonać pełniejszych analiz. Musimy stworzyć model zmian pogodowych, dopiero wtedy wszystko stanie się jasne – słowa te zawarli w liście skierowanym do Czarnej Eminencji.

2Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 129: Partia konsoliduje pogląd na konie

Kiedy Barras Blawatsky miał niewiele ponad rok życia rodzice kupili mu konia na biegunach. Stał się on jego namiętnością. Chłopiec nieprzerwanie bujał się na nim, dopóki nie zdarzył się wypadek. Na idealnie równej podłodze koń, zwykła drewniana zabawka, stanął dęba i przewrócił się do tyłu. Mały jeździec boleśnie uderzył głową o podłogę. Na szczęście nic mu się nie stało. Wypadek pozostawił jednak przykre wspomnienia.

Kilka lat później rodzice chłopca wynajęli domek wakacyjny nad morzem. W dzień po przyjeździe Barras zauważył przez okno konia pasącego się przed domem na soczystej trawie niestrzyżonego od wielu dni trawnika. Koń zachowywał się spokojnie; w pewnym momencie podniósł łeb i przerażająco zarżał, a potem parskał i prychał.

Tej nocy Barras nie mógł zasnąć i moczył się, co mu się wcześniej nie zdarzało, budzony wspomnieniem zwierzęcia rżącego jak szalone i przyglądającego się chłopcu stojącemu w oknie.

Niechętny stosunek Barrasa do koni pogłębił się, kiedy doszedł do władzy. Często odwiedzał wsie i małe miasteczka, aby rozmawiać z ludźmi i poznawać ich problemy i oczekiwania. Przeważnie były to udane spotkania, obustronnie satysfakcjonujące, ponieważ Konserwa nie żałowała pieniędzy na poczęstunek dla uczestników i upominki dla lokalnych aktywistów partyjnych. Do gubernatora docierały tam różne wieści o koniach. W miejscowości, której nazwy nie pamiętał, zaprzężona do wozu para koni wpadła w amok w rozgardiaszu jarmarcznym i stratowała trzy osoby. Gdzie indziej spokojny dotąd koń jednym uderzeniem kopyta zabił swojego właściciela. Ludzie dobrze pamiętali to wydarzenie, ponieważ w czaszce mężczyzny powstało wgniecenie dokładnie odpowiadające kształtowi podkowy. Na innym spotkaniu z wyborcami, hodowcy krów i owiec skarżyli się, że konie wyjadają trawę na pastwiskach, ograniczając możliwości produkcji mleka, skór i wełny.

W ocenach koni Blawatsky nie był bezkrytyczny. Odrzucił doniesienia o koniach wystraszonych pożarem, które stratowały stado owiec. Uznał zdarzenie za tragiczny zbieg okoliczności, wywołany instynktowną ucieczką przed śmiercią przerażonych zwierząt.

– Może jestem nadmiernie uczulony, a może za bardzo biorę do serca to, co niedobre i niepokojące, a nie to, co pozytywne i z czego należy się cieszyć. – Kiedy Barras wyrażał takie wątpliwości lekko przymykał oczy i popadał w zamyślenie, czasem do tego stopnia, że towarzyszący mu ochroniarze musieli dyskretnie budzić go z letargu, jak to nazywali między sobą. Tłumaczył im wtedy, że to tylko moment głębokiej zadumy; zgadzali się, jednakże w ich oczach widział nieufność. Któregoś dnia wspólnie ustalili, że to mikrosen, w który zmęczony człowiek może popaść w każdej chwili.

Odrazę do koni umocnił ostatecznie w gubernatorze jego zastępca, wicegubernator Matteo Csudo przekonując go, że to zwierzę jest przeżytkiem.

– Koń jako siła pociągowa blokuje postęp techniczny w gospodarce, w pracach polowych, w transporcie, trochę mniej w wojsku, gdzie kiedyś był powszechnie używany. Traktory, ciągniki polowe, kombajny i podobne urządzenia są bardziej wydajne i tańsze w eksploatacji, nie wymagają też tyle zachodu i opieki co konie, nawet gdyby same przyrządzały sobie strawę i oporządzały stajnię.

Rozmowy z ekspertami przekonały Barrasa, że postępu technicznego nie da się uniknąć i że konie są w stanie przeżyć jedynie w rezerwatach przyrody, jeśli w ogóle. Był już całkowicie pewien, że los koni jest przesądzony nie przez partię lub rząd, ale przez postęp techniczny i los, który wszystkich traktuje z jednakową bezwzględnością. Nie bez znaczenia były także mroczne wspomnienia, jakie wżarły się w jego mózg i wypaliły w nim dziurę odrazy, od której bezskutecznie uciekał, ponieważ zapisy mrocznych przeżyć zakodowały mu się w siatce neuronów miliardami połączeń elektrycznych i chemicznych.

W tej sytuacji ekoterroryści stali się dla Blawatsky’ego i Csudo bezwzględną oczywistością, ewidentnym zagrożeniem władzy, podobnie jak dla ekoterrorystów władza stała się śmiertelnym zagrożeniem dla koni, żywych istot, którym brakowało tylko bardziej pofałdowanego mózgu, aby skutecznie upominać się o swoje prawa.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 104: Diabeł i dochodzenie

Na kartce imitującej formularz zaproszenia diabeł wypisał wszystkie swoje imiona.

– Piekielnie długa lista. – Słowa wypowiedziane z namaszczeniem zabrzmiały w jego pysku omalże jak zaklęcie. Postanowił chodzić w sali audiencyjnej między zaproszonymi gośćmi z wypiętą piersią i rozczapierzonym na końcu ogonem, pyszniąc się całym sobą. Miał ku temu powody, dostarczyli mu je spowiednicy Sefardiego. Postraszył ich ogniem piekielnym tak przekonywująco, że bez większych ceregieli ujawnili mu grzeszki Sefardiego. Tylko jeden Amizgao Terrano nie ustąpił. Zachowywał się tak, jakby on, Diabeł, nie istniał. Był na klechę wściekły, ale też miał dla niego szacunek.

– Mam potężny materiał dowodowy i oskarżycielski na tego piekielnika Sefardiego Barokę – przechwalał się swojej służbie pomocniczej.

Kiedy Sefardiego miano już wnosić w zdobnej lektyce na uroczyście umajoną salę audiencyjną, Diabeł z dumą zaczął odczytywać wszystkie swoje imiona. Coś go do tego podkusiło; nigdy przedtem nie był tak próżny.

– Chcę, aby wszyscy lepiej mnie poznali. – Przekonywał sam siebie, po czym wyrecytował wszystkie imiona w porządku alfabetycznym. Inaczej nie było można, bo mógłby któreś opuścić. Ułożyły się w długi szereg: Antychryst, Belzebub, Bies, Boruta, Czart, Demon, Diabeł, Duch Nieczysty, Kaduk, Książę Ciemności, Kusy, Licho, Lucyfer, Lucyper, Mefisto, Rokita, Siła Nieczysta, Szatan, Władca Piekieł, Zły. Nie było to potrzebne, ponieważ mówił wieloma językami, łatwo nawiązywał kontakty i był powszechnie znany. Kiedy wszedł do sali audiencyjnej, pozdrowił wszystkich serdecznie nie wiadomo dlaczego po niemiecku słowami „Guten Abend”, po czym dodał „Ich gratuliere Ihnen”, gratuluję państwu, i zamyślił się szukając dalszych słów, które uszły mu z pamięci. Był elegancko ubrany, garnitur leżał na nim jak ulał, jakby zaraz miał udać się na cmentarz albo pogorzelisko.

– Zaraz odbędzie się spotkanie pisarza Sefardiego Baroki z Panem Bogiem. – Zapowiedział nieznany głos, ni to męski, ni to żeński.

Isabela przerwała pisanie, aby zastanowić się, kto to mówił i jaki będzie dalszy ciąg wydarzeń, kiedy w głębi domu zaskrzypiały drzwi. Słychać było liczne głosy, tylko częściowo tłumione przez ściany.

– Przyszła Penelopa, prawdopodobnie z wnukami – pomyślała. Zdecydowała się dokończyć pisanie następnego dnia.

– Muszę to zrobić! Dla niego! – Przyrzekła sobie.

Ogarnęły ją ciepłe wspomnienia. Zobaczyła Sefardiego jak żywego, dzielącego się przemyśleniami i doświadczeniami pisarskimi w trakcie tworzenia powieści, co zawsze wydawało jej się ciekawsze niż gotowy już utwór. Szybko zamknęła plik opowiadania, wyłączyła komputer i uporządkowała biurko, po czym wstała i przysunęła krzesło. Śpieszyła się, aby z roli adeptki pisarstwa, przygodnej towarzyszki człowieka poważnie traktującego swoją pasję i życie, przedzierzgnąć się w zwykłą pomocnicę, towarzyszkę i kucharkę pani domu. Lubiła swoją pracę, ale teraz, od dnia śmierci Mistrza nie czuła się szczęśliwa, z wyjątkiem czasu pisania.

Informacja, jakoby na stosie w trakcie uroczystej stypy pożegnalnej, w której uczestniczyły liczne osobistości ze świata kultury i polityki, miały spłonąć zwłoki Sefardiego Baroki, była jakimś dziwolągiem. Donos wpłynął do komisariatu policji w miejscu zamieszkania pisarza i miał postać karteczki wypełnionej nierównym pismem, bez daty i bez podpisu. Naczelnik komisariatu przekazał ją do komendy rejonowej. Nie był to koniec drogi służbowej dokumentu. Naczelnik komendy rejonowej zadzwonił do komendy głównej policji. Decyzja była jednoznaczna: przekazać do komendy głównej. Mężczyzna wezwał do siebie kancelistę.

– Wyślij to do nich z notatką, że sprawa jest ważna z uwagi na pozycję społeczną denata.

Miał powody, aby nadać dochodzeniu odpowiednią rangę. Był członkiem Partii Konserwatywnej i cichym zwolennikiem Blawatsky’ego. Osobiście nie miał wątpliwości, że donos to jakaś bzdura do kwadratu, ale zdecydowanie wolał uniknąć pomyłki. Zacierał ręce na myśl, że mógłby zemścić się za wszystkie krytyczne i złośliwe wypowiedzi i wywiady, w których Baroka oczerniał jego partię. Omalże sam poczuł się pokrzywdzony.

Kapitan policji, szef wydziału zabójstw, do którego trafiła koperta z donosem, namyślał się.

– Znany pisarz, którego spopielone resztki telewizja pokazywała w urnie stojącej na katafalku w salonie pogrzebowym, miałby być spalony na stosie drewna nad rzeką w obecności kilkuset osób? – Mężczyzna bezwiednie rysował na kartce papieru malutkie urny. Nie zamierzał zajmować się sprawą sam ani powierzyć jej któremuś z podwładnych. Był przekonany, że to kawał jakiegoś żartownisia mający na celu ośmieszenie policji. Zaczął zastanawiać się, czy informacja o anonimie mogła dotrzeć do mediów. Pytaniem było, czy autor donosu mógł poinformować o swoich podejrzeniach także inne osoby lub instytucje. Pomyślał o redakcji gazety, z którą donosiciel mógłby się skontaktować telefonicznie, aby przekazać tę samą informację.

 

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 98: Gubernator i klakierzy

Szczególną rolę na wiecach odgrywali klakierzy. Byli oni oczkiem w głowie gubernatora, źródłem jego przewagi nad konkurencją. Wśród najbliższych współpracowników gubernator nie wahał się nazywać ich awangardą wiecową, wyróżnioną kastą lub przyboczną gwardią. Była to tajemnica poliszynela, nie upowszechniająca się nadmiernie, bo był to jego poliszynel, umiejący milczeć.

Klakierzy byli – można by rzec – dzieckiem gubernatora, bo naturalnych dzieci nie miał. Oczywiście nie w sensie dosłownym, bo klakę wynaleziono dużo wcześniej. Stosowano ją już w starożytnym Rzymie, w teatrze, gdzie wynajęci ludzie burzą entuzjastycznych oklasków wywoływali w publiczności przekonanie, że sztuka jest absolutnie rewelacyjna, wręcz boska, że o tak niesamowitym spektaklu nigdy nie mogli nawet marzyć, i że nic lepszego nie było, nie ma i nie będzie.

Gubernator nie dobierał sam klakierów, ale ustalał kryteria wyboru. Byli to głównie mężczyźni, osobnicy zdrowi, entuzjastycznie nastawieni do życia i do jego partii, wszyscy bez wyjątku o wielkich dłoniach, które uderzane o siebie budziły entuzjazm tłumu, mobilizowały, wzniecały podniecenie. Uczestnicy wiecu samoistnie podrywali się wtedy na nogi, bili brawo i skandowali:

– Brawo gubernator! Niech żyje! Niech żyje! Niech żyje!, aby zakończyć potężnym Bar-ras! Bar-ras! Bar-ras! – Nazwiska gubernatora nie używano; imię było krótsze, bardziej poręczne, przez co czyściej i mocniej brzmiało i o to właśnie chodziło.

Każdą akcję budzenia tłumu inicjował kierownik zespołu klakierskiego, wynagradzany później przez gubernatora pochwałą, podziękowaniem, uściskiem ręki, czasem nawet klepnięciem po plecach lub bezpośrednio gotówką do ręki. Po latach wysługi klakierskiej mógł on liczyć nawet na awans na jakieś dobrze płatne stanowisko nie wymagające nadzwyczajnych umiejętności.

Co do wielkich dłoni klakierów, to opozycja żartowała, że są to wiosła, których użyje on, aby uratować się przed zagładą, kiedy nadejdzie żywioł sprawiedliwości i zmyje go razem z jego dziadowskim aparatem partyjnym i rządowym oraz wszystkimi nepotami i podłymi szwindlami, jakie miał na sumieniu. On sam nie miał uczucia, że postępuje niezgodnie z prawem, dobrymi zasadami czy choćby zdrowym rozsądkiem i wyczuciem politycznym, które były dla niego najważniejsze.

Gubernator rozstawiał klakierów równo po wszystkich sektorach; byli ubrani tak jak inni ludzie w sektorze, aby nie wyróżniali się, bo i po co. Na jego dyskretny znak, w odpowiednim momencie jego wystąpienia, zapoczątkowywali lawinę oklasków i entuzjazmu tłumu. Tym znakiem było uniesienie prawej ręki z otwartą dłonią skierowaną do przodu; gubernator poruszał nią trzy razy, nie mniej i nie więcej, jakby dla uspokojenia zebranych. Był to znak: teraz burza oklasków i okrzyków.

*****

Kiedy o godzinie czternastej sprzed kościoła wyruszył kondukt pogrzebowy z prochami Sefardiego Baroki i zabrzmiały pierwsze takty muzyki sakralnej Mozarta, w niezbyt odleglej dzielnicy Dos Corrientes rozpoczynał się wiec Partii Konserwatywnej z udziałem gubernatora Barrasa. Było to dla niego ważne spotkanie; zapowiadano je od miesięcy jako wydarzenie, które zadecyduje o przyszłości jego partii, kraju i stanowiska.

Godzinę wcześniej, przez kordon silniejszej niż zwykle ochrony, spokojnie przejechało czarne BMW z zaciemnionymi szybami oznaczone imienną tablicą rejestracyjną „Gubernator Blawatsky”. Limuzyna była jedyna w swoim rodzaju, znał ją cały kraj. Niezapowiadany wcześniej pojazd nie zdziwił ochrony ani służb porządkowych. Nie był to pierwszy raz, kiedy gubernator, zmieniając swój program, niespodziewanie przyjeżdżał lub odjeżdżał. Kilkanaście minut wcześniej dowódca ochrony wiecu otrzymał komunikat od osobistego kierowcy Barrasa, że gubernator zamierza nieco wcześniej opuścić wiec, aby udać się na bardzo ważne spotkanie. Samochód podjechał przed trybunę i zatrzymał się. Nikt z niego nie wysiadł. 

O godzinie czternastej na trybunie ukazał się gubernator, aby wygłosić przemówienie. Najpierw powitał zebranych, powiedział dwa lub trzy zdania i zrobił przerwę, jakby dla nabrania oddechu, a tak naprawdę, aby usłyszeć gromkie brawa i okrzyki. Wyglądało to bardzo naturalnie. Klakierzy zareagowali natychmiast, jak tylko kierownik grupy klakierskiej otrzymał umówiony sygnał od gubernatora. Rozległ się głos męskiego chóru: Gubernator! Gubernator!, któremu natychmiast towarzyszył okrzyk kobiet: Bar-ras! Bar-ras! Bar-ras!, po czym sekwencja ta powtórzyła się kilka razy stwarzając uczucie jedności poparcia uczestników wiecu dla gubernatora i jego partii.

1Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 63: Skryte przelewy i cicha indoktrynacja.

W nagraniu z Barrasem Blawatsky’m w roli głównej znalazła się wzmianka o przysiędze. Odsłuchujący domyślili się, że płacący dziesięcinę przysięgali dozgonną wierność partii i zachowanie milczenia do końca swojego życia. Sprawa nie miała szans wyjść na jaw nawet w części. Konsekwencje wyłamania się z umowy były tak poważne, że nikt nie śmiałby tego zrobić w żadnych okolicznościach. Nikt nie miał zresztą obaw uczestnictwa w grze, ponieważ każdy obywatel miał prawo przekazywać pieniądze nas rzecz wybranej przez siebie organizacji bez obowiązku deklaracji darowizny. Tylko obdarowana organizacja mogła ponosić konsekwencje, jeśli nie ujawniła uzyskanych wpłat.

Przysłowiowy diabeł tkwił w jednym szczególe. Udowodnienie Konserwie, że wpłaty nastąpiły było praktycznie niemożliwe z uwagi na formę przekazu darowizn. Wszystko było starannie przemyślane. Wpłaty nie przechodziły przez żadne konta bankowe, nie wydawano ani nie przyjmowano pokwitowań, wszystko odbywało się na słowo i oparte było na zaufaniu do Barrasa. W szeregach swoich zwolenników cieszył się on nieskończonym zaufaniem, ponieważ nigdy ich nie zawiódł. Dla pewności stworzono zakaz rozmawiania o tych sprawach przez telefon, ponieważ rozmowy mogły być podsłuchiwane i nagrywane.

Wyniki obserwacji miejsca schadzek partyjnych tak rozochociły Sefardiego i przewodnika, że wracali jeszcze kilkakrotnie, aby obserwować dom i zebrać dalsze informacje. Liczyli na szczęście. Ich cierpliwość została nagrodzona, kiedy zobaczyli, jak trójka wysokich urzędników, obdarowanych wysokimi stołkami, reguluje swoje zobowiązania.

Był w tym pewien rytuał. Urzędnicy byli ubrani w garnitury w paski, koszule w paski oraz identyczne muszki. Ubiór był częścią ceremoniału, nadawał mu uroczysty charakter. Kobiety miały na sobie identyczne sukienki też w paski, wyróżniało je tylko obuwie, naszyjnik z szarych pereł lub broszka z wielką perłą w środku. Przekazujący i przyjmujący pieniądze robili to w białych rękawiczkach, aby nie zostawiać śladów. Płatnicy podchodzili kolejno do skarbnika, wysokiego mężczyzny o wyglądzie głodomora i wręczali mu płócienny worek. Odbiorca wysypywał jego zawartość do wyściełanej atłasem kuwety. Pieniądze wypadały szeleszcząc, ponieważ danina była przekazywana wyłącznie w banknotach powiązanych gumkami, w dokładnej kwocie należności. Kasa nie przyjmowała monet, nie było takiej potrzeby, należności zaokrąglano w górę do pełnych dziesiątek. Oprócz trójki wpłacających obecni byli tylko skarbnik i Barras, który z lubością przyglądał się czynnościom wsłuchując się w szelest wypadających paczek banknotów, sapanie skarbnika-kasjera, strzelanie zdejmowanej z paczek gumki oraz szum maszyny przeliczającej banknoty.

Sefardi i jego towarzysz z wielką uwagą i zainteresowaniem przyglądali się przepływowi pieniędzy pochodzących ze skarbu państwa do kasy Fundacji Powszechnej Dobroczynności, która przekazywała je dalej do Abenaki. Były one inwestowane w akcje firmy. Szczegóły znał tylko ścisły zarząd firmy oraz Barras.

– Partia i naród to jedno. – Wyrwało się leśniczemu. Przez moment czuł żal, drażniące szczypanie w sercu, że to nie on otrzymuje sążniste wynagrodzenie, z którego chętnie wpłacałby co miesiąc dwadzieścia procent do kasy dobroczynności.

*****

Następnego dnia przybysze zastali zmienioną scenerię obozową. Z lewej strony, przed wielką werandą zdobiącą front budynku, przypominającą oszklony boks, stała grupa ludzi, co najmniej kilkadziesiąt osób. Czekali na wejście na werandę. Zachowywali się swobodnie, rozmawiali i gestykulowali, śmieli się i żartowali, nie rozglądając się na boki ani nie wpatrując się w twarze rozmówców. Niektórzy nawet jedli kanapki. Sefardi rejestrował obserwacje, komentując po cichu krótkimi zdaniami to, co widzi przez lornetkę.

– To ludzie prości i dosyć prymitywni w zachowaniu. Mówią to, co myślą, witają się z innymi bez czołobitności, reagują bez skrępowania i emocji. Nie oglądają się na boki. Patrzą rozmówcom w oczy, spokojnie, nienachalnie. Zupełnie jak zwierzęta, które czując się bezpiecznie w swoim stadzie, zachowują się swobodnie, nic nie udają i nie pilnują się. Ogarnęła go fascynacja, zapomniał się i łamiąc swoje wcześniejsze postanowienie pełnej koncentracji na zdarzeniach, zwrócił się do leśniczego:

– Wie pan, ci ludzie nie kłamią, nie udają, nie pozorują. Zachowują się bardzo naturalnie.

Nie dostrzegając zainteresowania ze strony towarzysza, skoncentrował się ponownie na obserwacji. Po chwili wyjął z kieszeni spodni cienki notatnik z długopisem i zaczął zapisywać osoby wchodzące na werandę z jednej strony i wychodzące z drugiej strony. Był to rodzaj rejestru. Nie znając imion ani nazwisk identyfikował każdą osobę lakonicznie opisując sylwetkę, wzrost, posturę, fryzurę lub inną podobną cechę wyraźnie rzucającą się w oczy. Między wejściem każdej osoby a jej wyjściem upływała mniej więcej jedna godzina. Na tyle czasu ludzie znikali we wnętrzu werandy, po czym wynurzali się i dołączali go drugiej grupy.

Wychodzący zachowywali się zdecydowanie inaczej niż wchodzący: byli bardziej uważni, można by powiedzieć wyostrzeni, bardziej skoncentrowani, inaczej się poruszali, mówili i reagowali. Mniej się śmieli, za to serdeczniej się witali, niekiedy bardzo wylewnie; gratulując sobie coś nawzajem kiwali głowami z wielką powagą. Ich zachowanie zmieniło się najwyraźniej w stosunku do przełożonych, starszych stanowiskiem lub wiekiem. Kiedy przemawiał zwierzchnik lub ktoś wyższy rangą, ludzie chętniej wyrażali uznanie a często i podziw z powodu jego nawet prostej wypowiedzi. Starali się być także pomocni, podbiegali, aby pomóc nieść teczkę, kłaniali się głębiej. Ich twarze oblekały półuśmiechy bardziej niż uśmiechy, widać było w tym pewien wysiłek. Kiedy na sztywnych nogach podchodzili do osób znaczniejszych od siebie, pochylali z szacunkiem głowę, kobiety całowali dłużej w rękę, niektórzy wyciągali zza pleców kwiaty i obdarowywali je wychwalając ich urodę, doświadczenie lub biżuterię. Odwracając się spluwali czasem dyskretnie za plecami rozmówcy lub pokazywali palcem komuś znajomemu pukając się w czoło, sugerując niedwuznacznie, że coś jest nie w porządku ze wskazaną osobą.

*****

– To ludzie wysublimowani. – Uznał Sefardi. – Przeszli wyraźną przemianę, krótko mówiąc indoktrynację. Stali się posłuszni i służalczy, efekt nauczenia się karności. Stracili naturalność, nabrali zdolności udawania i kłamania. Mistrz przewrócił kilka kartek notatnika, aby upewnić się, że jego zapisy właściwie identyfikują osoby wchodzące i wychodzące.

– Zgadza się – mruknął do siebie po chwili analizy. – Ten sam gruby, wysoki osobnik, ta sama chuda działaczka około czterdziestki w słomkowym kapeluszu, ten sam typ w zielonym garniturze w paski. Sefardi nie miał wątpliwości, że precyzyjnie identyfikował i opisywał członków Konserwy na wejściu i na wyjściu.

Nie miał też wątpliwości, że uczestnicy obozu szkoleniowego oduczali się dotychczasowych zachowań oraz nabywali nowych manier: niechęci wobec odmiennych opinii, zaprzeczania faktom, kłamania w żywe oczy. Nasuwał mu się tylko jeden wniosek: rządowy obóz szkoleniowy służył rozwojowi nowej osobowości, wytwarzając wśród członków partii poczucie oblężenia, gotowość obrony tylko własnych interesów oraz niechęć do kompromisu.

– To wyraźna indoktrynacja. Zamiast działać w interesie wszystkich obywateli, ludzie Konserwy będą teraz występować przeciwko innym obywatelom – wywnętrzył się przewodnikowi. Nie był pewien, czy został dobrze zrozumiany.

 

3Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 62: Konspiracja. Tajemnica komunikacji i przekazów.

Sefardi nie pytał, dokąd zmierzają, zdał się na przewodnika, jego wiedzę i intuicję. Po przekroczeniu leśnej drogi natknęli się na siatkę ogrodzenia zamocowaną na stalowych słupkach, starannie wykonaną i napiętą. Kiedy posuwali się wzdłuż siatki w poszukiwaniu bramy, furtki lub jakiegokolwiek innego otworu, pojawił się przed nimi zadbany dom, przypominający willę, a przed nim akcesoria świadczące, że może to być obóz szkoleniowy. Wewnątrz ogrodzenia było tak cicho, że na początku nie zauważyli ludzi, małą grupkę osób zatopionych w rozmowie. Ich głosy były przytłumione, jakby tylko poruszali ustami lub nosili niewidoczne opaski wyciszające. Przez kieszonkową lornetkę podsuniętą usłużnie przez leśniczego Sefardi rozpoznał kilku bliskich współpracowników Barrasa Blawatsky’ego i zaczął przyglądać im się z uwagą. Chwilę później rozeszli się na boki i wtedy zauważył pomnik Barrasa, a pod nim jego samego siedzącego na ogrodowym krześle.

Pomnik był naturalnej wielkości. Wyciosany z jednego pnia drzewa przedstawiał gubernatora w lekkim rozkroku, ze stopami zanurzonymi w metalowych misach z brązu. Jedna symbolizowała władzę, druga pieniądze. Symbole berła i dolara były zbyt czytelne, aby można było zinterpretować je inaczej. Nikt z otoczenia gubernatora nie patrzył na pomnik; oczy wszystkich skoncentrowane były na nim samym.

Po lewej stronie właściciela i przywódcy Konserwy stał dyrektor jego gabinetu, po prawej minister spraw wewnętrznych. Mistrz rozpoznał ich od razu. Pochyleni nad gubernatorem, słuchali go z uwagą. Wkrótce dołączyły do nich inne osoby i zaczęły ustawiać się w dwa równoległe szeregi, jeden przy dyrektorze, drugi przy ministrze. Byli to członkowie Partii Konserwatywnej. Gubernator podniósł rękę i dał sygnał. Coś mówił. Kiedy skończył, kiwnął głową i stojący przy nim funkcjonariusze rządu odwrócili się i zaczęli przekazywać uzyskane informacje osobom ustawionym w szeregach.

– Działają na zasadzie głuchego telefonu – pomyślał Sefardi, przypominając sobie dzieciństwo.

Czynności powtarzały się jak w automacie: Barras przekazuje informacje przybocznym, daje znak głową, przyboczni przekazują treść każdy swojemu szeregowi członków partii.

Po kilku próbach technikę zmieniono. Zamiast przekazu ustnego przyboczni przekazywali swoim szeregom informację zapisaną na kartkach, jakie obydwaj otrzymali od Barrasa. Na końcu każdego z dwóch łańcuchów ludzkich stał funkcjonariusz sprawdzający ostateczną treść przekazu. Obydwa szeregi ćwiczyły tak długo, aż treść odbierana przez ostatniego członka partii w jednej i drugiej kolejce była w pełni zgodna z treścią nadaną przez Barrasa.

Sefardi odetchnął z zadowoleniem. Wiedział już teraz dobrze, w jaki sposób Partia Konserwatywna osiąga całkowitą zgodność poglądów swoich członków. Podzielił się obserwacją z przewodnikiem, który doszedł do identycznego wniosku.

Wkrótce przed domem nastąpiła kolejna zmiana. Na plan dostarczono hełmofony, które ludzie w dwóch szeregach założyli sobie na głowy. Najpierw testowano głośniki wewnętrzne i mikrofony, po czym Barras nadawał wszystkim próbny przekaz elektroniczny. Metoda okazała się o wiele skuteczniejsza, widać to było po reakcjach uczestników szkolenia. Przekaz instrukcji wodza następował błyskawicznie i nie budził wątpliwości, co do dokładności odbioru.

*****

Sefardi i przewodnik wrócili na miejsce następnego dnia. Czekali cierpliwie, zanim ktokolwiek zjawił się na placyku przed domem. Obok Barrasa, który przybył pierwszy, pojawiło się kilku księży i zakonników ubranych w ciemne habity. Skupieni w grupkę wyglądali, jakby naradzali się ze sobą. Jeden z nich ukląkł na gołej ziemi, aby się modlić. Nie trwało to zbyt długo. Kiedy wstał, podszedł do towarzyszy i wszyscy podali sobie ręce przekazując znak pokoju.

Rozmowa duchownych wydawała się ciągnąć w nieskończoność. Sefardi tracił resztki cierpliwości. Kiedy rozeszli się, na placu przed domem pozostał samotny Barras, patrzący w ziemie w zamyśleniu. Wkrótce dołączyła się niego gwardia osobista, jak nazywano członków jego gabinetu. Zaczęli naradzać się. Sefardi pomyślał, że niczego innego nie umieją. Barras mówił szeptem, mimo tego przewodnikowi udało się go nagrać słowa urządzeniem podsłuchowym. Mówili o budżecie; poruszyło to Sefardiego, skoncentrował się.

*****

Po powrocie do kwatery dwaj zwiadowcy, jak siebie określili, odtworzyli treść nagrania. Wśród wielu wątków Sefardi znalazł fragmenty odpowiedzi na dręczące go pytania. Odtworzenie z fragmentów całej treści wypowiedzi i jej uporządkowanie zajęło im sporo czasu.

Sefardi aż gwizdnął po cichu, kiedy zrozumiał mechanizm wzrostu zadłużenia państwa i rosnącej zasobności Abenaki. Rząd mianował setki i tysiące członków swojej partii, wybierając tych najwierniejszych, na wysokie stanowiska w urzędach i przedsiębiorstwach państwowych przyznając im niebotyczne uposażenia, odprawy i emerytury. Nie potrzebowali przypomnień, że mają zwracać do kasy części swoich dochodów, anonimowo i z pełnym przekonaniem. Była to forma dziesięciny, z tym, że wpłacana co miesiąc kwota wynosiła dwadzieścia a nie tradycyjne dziesięć procent dochodów. Przekazy nie wpływały na konto partyjne, tylko na konto Fundacji Powszechnej Dobroczynności, organizacji stworzonej i zarządzanej przez Partię Konserwatywną. W ten sposób partia była zwolniona z odpowiedzialności; sama fundacja stała się kanałem przepływu funduszy między państwem a firmą Abenaki, która podejmowała dziesiątki akcji dobroczynnych. Była tak wielkim darczyńcą, że wielu obywateli uważało, że została ona powołana wyłącznie dla celów charytatywnych, a działalność gospodarczą prowadzi jedynie dla zdobywania pieniędzy na pomoc społeczną. Sefardi domyślał się, że o wszystkim decyduje Barras.

3Shares