Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 13: Kariera zawodowa Sefardiego

Po założeniu rodziny Sefardi utrzymywał się z napraw zegarków i zegarów, ich czyszczenia i regulacji, wymiany szkiełek i baterii. Robił to z konieczności, bo nie szło mu za dobrze. Po kilku latach postanowił zrezygnować z napraw, aby rzucić się w wir pracy badawczo-wynalazczej. W podjęciu decyzji pomogły mu wakacje na Sardynii. Wrócił opalony, wypoczęty i zrelaksowany wyjątkowo przyjemną podróżą.

– Jestem zbyt powolny i zapominalski, musiałem coś z tym zrobić – tłumaczył przyjaciołom po powrocie do domu. Uśmiechał się przy tym szeroko. Rzadko kiedy tryskał takim optymizmem.

Pełnię sławy zyskał dopiero wtedy, kiedy jego zegarek dwa razy z rzędu zdobył tytuł championa na Mistrzostwach Świata w Zegarmistrzostwie Ręcznym. Co cztery lata jego wynalazki pokazywano na Światowej Wystawie Zegarków w pozłacanej gablocie, strzeżonej przez grupę komandosów. Na wystawie był jego chronometr wskazujący czas logiczny. Wymagało to skomplikowanych przeliczeń i było możliwe dzięki układowi mikroprocesorów wymyślonemu przez Mistrza.

Czasomierze Sefardiego mierzyły i pokazywały wszystkie wymiary czasu, niektóre odkryte dopiero przez niego: czas biologiczny, czas astronomiczny i czas uniwersalny, powszechnie znany ludziom. Wynalazca przeczuwał, że istnieje jeszcze kompozyt czasu, coś w rodzaju czasu pośredniego, integrującego w sobie trzy podstawowe rodzaje. Było to tak skomplikowane zagadnienie, że Sefardi musiał opóźniać pracę, czekając na nowe odkrycia w różnych dziedzinach nauki.

Dużo czasu zajęło Mistrzowi opracowanie zegara mierzącego czas biologiczny, w szczególności czas zwierząt ewolucyjnie stojących najbliżej człowieka. Fakt, że goryl genetycznie jest podobny do człowieka w dziewięćdziesięciu siedmiu procentach, zachęciło Sefardiego do badań nad czasem małp człekokształtnych. Okazał się on podobny do czasu człowieka. Inne zwierzęta miały odmienne wskaźniki przebiegu czasu. Teoria gatunkowego zróżnicowania czasu była tak zawiła, że wymagała pracy naukowców z różnych dziedzin.

Po zapoznaniu się z klasyfikacją zwierząt Linneusza, Sefardi doszedł do wniosku, że każda kategoria istot żywych, włącznie z roślinami, ma swój własny czas, płynący z inną prędkością. Aby wyjaśnić swoją teorię Mistrz posługiwał się przykładem długowiecznego żółwia i człowieka.

– Wedle czasu kalendarzowego żółwie na wolności żyją nawet dwieście lat. Obiektywnie rzecz biorąc, nie żyją one dłużej niż człowiek, którego przeciętny czas życia wynosi siedemdziesiąt osiem lat. Czas żółwia płynie po prostu z inną prędkością, jest wolniejszy.

Słuchając teorii i wyjaśnień Sefardiego ludzie z łatwością dostrzegali jego genialność, byli jednak i tacy, którzy uważali go za zwykłego pomyleńca. Nie przeszkadzało mu to, ponieważ miał filozoficzne usposobienie. Uważał mianowicie, że geniusz i idiota znajdują się na tej samej skali rozumu, tylko na jej przeciwległych krańcach, czego wiele osób nie było w stanie zrozumieć.

Prowadząc zapisy ważniejszych wydarzeń własnego życia, rodzaj osobistego pamiętnika, Sefardi ustalił, że w miarę starzenia się czas człowieka przyśpiesza. Inaczej mówiąc, płynie on z różną prędkością w zależności od wieku. Mistrz starał się to zmierzyć konstruując specjalny rodzaj czasomierza. Pracę nad nim przerwał z przyczyn niejasnych dla rodziny i przyjaciół. Był to okres zwiększonych obowiązków, kiedy Sefardi angażował się coraz poważniej w działalność społeczną.

Przywódca Kościoła Hierarchicznego, Czarna Eminencja, uznał Sefardiego za cudotwórcę, obdarzonego przez Boga zdolnościami przerastającymi ludzkie możliwości, a z pewnością ludzką wyobraźnię. Eminencja nie obnosił się jednak publicznie ze swoją sympatią do wynalazcy z obawy, że zostanie opatrznie zrozumiany i oskarżony o bałwochwalstwo.

Penelopa, żona Sefardiego, nie była tak entuzjastyczna jak otoczenie i niekiedy wyrażała się o mężu dwuznacznie twierdząc, że jest stworzony do rzeczy wielkich, a nie do zwykłego życia. Niektórzy brali jej słowa za prawdę; znający ją lepiej przyjaciele domu przyjmowali je bardziej jako ironię, widząc jej zmrużone oczy, lekko zmarszczony nos i obniżone kąciki ust. Opinię Penelopy podzielała w pełni tylko jej pomocnica domowa, Sotera, która przynosiła Sefardiemu kawę lub herbatę i często z nim konwersowała.

W życiu prywatnym Sefardi był takim samym człowiekiem jak inni, mającym zainteresowania, hobby, rodzinę, radości i zmartwienia. Miał tylko trzy poważne problemy, które nazywał wyzwaniami, z którymi borykał się praktycznie nieprzerwanie. Były to bóle kręgosłupa, starzenie się i nienajlepsze wspomnienia z przeszłości. Dwa pierwsze były ze sobą powiązane.

Żaden z tych problemów nie stanął mu na drodze do osiągnięcia sukcesu finansowego. Wzbogacając kilka wielkich firm, nabywców patentów na jego wynalazki, zgromadził poważny majątek. Przyczyniło mu to więcej wrogów niż przyjaciół.

 

Kronika narodu wybranego. Odc 1: Początki zbuntowanej rzeczywistości

Od dłuższego już czasu męczy mnie pisanie blogów. Trudno jest mi znaleźć dobry sposób narracji i nurt spraw, o których mógłbym pisać z zadowoleniem i przekonaniem. Pomyślałem więc o opowiadaniu eksperymentalnym, swobodnym w narracji, opartym na prawdzie jak i na zmyśleniach, nawiązujące do fantazji jak i rzeczywistości, o treści częściowo wydumanej, częściowo zasłyszanej, częściowo opartej na obserwacji, stwarzającej domysły, dlaczego jest, jak jest, a nie inaczej, i jak mogłaby się sytuacja rozwinąć, gdyby ją trochę zmienić, czyli zorganizować tak, aby jednym się żyło dużo lepiej, a innym jeszcze gorzej, krótko mówiąc na wzór i podobieństwo naszego życia.

Mam nadzieję, że klarownym wstępem zachęciłem Czytelników do czytania zniechęcając równocześnie siebie do pisania. A może na odwrót? Sam już nie wiem. Tak czy inaczej, jest to eksperyment. Rząd na nas eksperymentuje, to dlaczego ja miałbym odmówić sobie tej przyjemności, tym bardziej, że przepadam za polityką, oszołomami i Freudem.

Dzieje narodu wybranego.. Cz. 1: Początki zbuntowanej rzeczywistości

Powieść w odcinkach.

Od czasu, kiedy pan Bóg przeszedł na emeryturę, Błądzącymi Nomadami wytrwale rządził, bez dnia wypoczynku dla siebie, swoich służących oraz samych podwładnych, pewien świątobliwy mąż. Kiedyś nosił imię i nazwisko, ale zrezygnował z nich, kiedy wszyscy członkowie plemienia – z wyjątkiem niewidomych i pijanych – na pierwszy rzut oka rozpoznawali w nim Świątobliwego. Bardzo mu to odpowiadało. Rozpoznawanie nie było trudne, ponieważ był charakterystyczny. Kiedy siedział i patrzył nieruchomo w przestrzeń, co było jego zwyczajem, usta zaciskały mu się w ukośną kreseczkę a na twarzy pojawiał się wyraz zamyślenia. Czasem do tego obrazu dochodził tulący się u nóg kot w upiornym czarnym kolorze, którego Świątobliwy uwielbiał, oraz łysiejąca siwizna, kiedy zapomniał przykryć kaszkietem głowę o kształcie radosnego księżyca.

*****

Było to dwadzieścia lat wcześniej i mało kto już pamiętał dzień wycofania się Stwórcy z aktywnego życia. System emerytalny składał się wtedy z wielu filarów, które okazały się za słabe, aby przetrwać próbę czasu. Sama wiadomość o wycofaniu się Najwyższego z aktywnego życia ukazała się w prasie i w Internecie, w którym każdy mógł pisać i publikować, co chce, i dlatego mogła zostać niezauważona, lub po prostu zignorowana.

Zapytany o powód przejścia na emeryturę, Stwórca miał powiedzieć:

– Zmęczyło mnie ciągłe użeranie się z wszystkimi palantami na ziemi. Co to za ludzie, co rozstrzeliwują po szkołach dzieci i nauczycieli, wycierają sobie gębę moim imieniem przy każdym swoim łgarstwie, zbroją się na potęgę, obżerają do nieprzytomności, kiedy inni masowo głodują, zaśmiecają biedną planetę do nieprzyzwoitości i mordują wszystkie cudowne zwierzęta, które stworzyłem na wzór i podobieństwo, w końcu wypinają się na konstytucję, podstawowy akt prawny, którego zasady przedstawiłem w zarysie w Dziesięciu Przykazaniach. To tałatajstwo na ziemi co innego myśli, co innego mówi i co innego robi. Miałem już dosyć tego bigosu.

Reporter prowadzący wywiad ujawnił, że Stwórca był tak zdenerwowany, że dodał jeszcze kilka niecenzuralnych słów, których on, przedstawiciel mediów z porządnym kodeksem etycznym, nie był w stanie przekazać ze względu na przyzwoitość, a jeszcze bardziej z uwagi na żonę, która była szczególnie wrażliwa na punkcie nazw opasłych zwierząt domowych, czynności fizjologicznych oraz części ciała ludzkiego.

Informacje na temat swojego najwyższego zwierzchnika kościół albo dementował, albo milczał jak katedralna krypta zdając sobie sprawę, że cisza stłumi wszystkie medialne krzyki, ochy i achy, jeśli tylko dać jej na to trochę czasu.

– Cisza, spokój, dobre żarcie i pieniądze. Bardzo to sobie cenimy – kilka dni później wyjaśnił w chwili szczerości pewien hierarcha relaksujący się na ocienionej palmami plaży nad Morzem Karaibskim. Jego oświadczenie nie zostało zauważone przez media, co prawdopodobnie nie miało znaczenia dla sprawy.

Wszystkie książki autora w Księgarni Merlin:  https://tinyurl.com/y7cza5nc

 

Knajpa Nieokiełznanej Szczęśliwości

Iwan Iwanowicz wybrał się na spacer po Folwarku Przyszłości. Opowiedział mi całą historię.

– Im bardziej zagłębiałem się w teren, tym głośniejsze stawały się wybuchy. Coraz głośniej szczekały też psy, ale inaczej niż w okresie świątecznych petard, bardziej entuzjastycznie. W końcu okazało się, że wybuchy dochodziły z dużej przydrożnej knajpy, a były to wybuchy autentycznej radości. Wewnątrz było pełno ludzi, wszyscy trzeźwi, niektórzy na klęczkach jakby szukali czegoś na podłodze, większość jednak wyprostowana, patrząca śmiało przed siebie, oczy rześkie, piersi wypięte do przodu jak u pijanego łabędzia lądującego na lodzie. Widać było, że rozpierała ich duma. Wznosili okrzyki:

– Żyjemy w kraju powszechnej szczęśliwości. Wszystko jest nasze. Niech żyje wielebny pan prezes! Niech żyje pani prezes trybunalska, kobieta wolności, nasz ukochany ideał.

Iwan Iwanowicz, człowiek starszej już daty i trochę już niecierpliwy, zapytał:

– Kim wy jesteście i co jest wasze, o czym tak głośno wrzeszczycie?

Obściskano go za to dwuznacznie, że niby taki mądry, a pyta o rzeczy oczywiste.

 Jesteśmy kwiatem narodu. Wszystko jest nasze – entuzjazmowali się zgromadzeni. – Mu tu rządzimy. Minister Sprawiedliwości jest nasz. Sędziowie są nasi. Sprawiedliwość jest nasza. Prezes, Premier i Trybunał są nasze. Parlament jest nasz, nasz wierny Marszałek decyduje tam o wszystkim. Prezydent jest nasz. Media są nasze, przynajmniej te najważniejsze. Do nas należy też Kościół, matka nasza. Nawet czarna noc jest nasza, dlatego pracujemy tylko nocą. Czy jest jeszcze coś, co nie jest nasze?

– Co to za knajpa? – zapytał Iwan Iwanowicz.

– To Knajpa Nieokiełznanej Szczęśliwości – odkrzyknęli gremialnie zebrani zdmuchując pianę z kufli piwa prosto w twarz Iwana Iwanowicza.

– Robili to dla żartu, oczywiście – wyjaśnił Iwan Iwanowicz. Kiedy to mówił, oczy mu ściemniały, nie wiadomo czy z gniewu, czy z przerażenia.  

Czas rwie naprzód jak koń trojański. Ciąg dalszy wariacji.

– Czas jest po naszej stronie – ogłosiła Partia Wciąż Zwycięska czyli PWZ. Czytam właśnie „Rok 1984” Orwella i domyślam się o jaką partię chodzi. Jest ich kilka, ale tylko ta jest na przodzie. Te w opozycji trudno nazwać partiami, bo się jednoczą, ale wciąż pozostają w rozsypce. Jedna ma nawet w godle mężczyznę o uśmiechu zajączka, którego ludzie chcą zwolnić obowiązków. Ludzie stali się nachalni, mają roszczenia. Drugi przywódca chyba sam się zwolnił. Każdy ma prawo zmęczyć się i wypocząć.

Przyjmuję do wiadomości, że czas jest po naszej stronie i wiem nawet dlaczego. Jeśli jest po naszej, to jest – tak myśli suweren.

– Jeśli Suweren myśli bez zahamowań, to dlaczego ja miałbym się hamować. Nikt nie lubi być hamowany, być hamem, ani hamulcowym.

Nieprzerwane zmiany. A to pogoda, a to gabinet. Podobno już tylko czas jest niezmienny. Przeszły, teraźniejszy i przeszły. Zastanawiam się. Przeszłego już nie ma, bo już minął, teraźniejszy właśnie mija, przyszły dopiero będzie. Krótko mówiąc, czasu też nie ma.

– Co więc jest? – Słyszę pytanie. Chyba z kosmosu.

– Są zmiany – pada odpowiedź, z wnętrza kraju. Głównie z kościoła. Są nowe interpretacje. Kiedy słyszysz: „Chwalcie Pana” nie znaczy to już "Najwyższego", ale "Prezesa". Tak to interpretuje Partia Wciąż Zwycięska pełnymi ustami rzecznika i sekretarki w randze ministrów. Wreszcie jest równość – myślę. Marks by się cieszył. Lenin chyba też. Stalin? Nie wiem, mało go znałem.

Mamy nowe relacje z Zachodem. Jest on jakby mniej opryskliwy, nie tak niechętny. Dotychczas to my do niego z chlebem prawdy, a on do nas z pałką oskarżeń. Teraz nawet uśmiecha się, zwłaszcza twarzą dużego faceta, z nową brodą, tego ważniaka, zdaje się wiceprzewodniczącego, Holendra.

– To dobrze – tak wszyscy mówią. Wreszcie Zachód zrozumiał, że był niedoinformowany i w końcu wyprowadził się z błędu.

– Nie wiem, czy to dobrze. Bo co mi z tego? Stałem się egoistą, zhardziałem i chciałbym, aby ktoś na nas nakrzyczał. Nie na PWZ, ale na nas, na naród, że sobie nie radzimy. Broń Boże na Kościół, który teraz głowę wychyla zza węgła i zachęca, raz nawet purpurowymi ustami, aby przyjmować uchodźców.

Kończę, bo mam jeszcze buty do pomalowania tłuszczem przeciwśniegowym. Też ważne, bo człowiek przebywa albo w butach, albo w łóżku. Rzadko boso, bo wtedy najchętniej fika, a tego w czasach poważnej polityki wobec Zachodu nie wypada czynić.

Michael Tequila w księgarniach:

  • Sędzia od Świętego Jerzego (powieść),
  • Klęczy cisza niezmącona (poezje),
  • Niezwykła decyzja Abuelo Caduco (humoreski i opowiadania).

Najtaniej w księgarni internetowej "Znak" https://goo.gl/uC5orq. Kupuj, póki nie za późno. Cenzura nie śpi. Czarna lista wciąż w obiegu. 

Chrzest z ciepłymi wspomnieniami. Część 2 plus kilka słów o grzechu.

Słowa księdza kierowane do dzieci, nieświadomych bohaterów chrztu, zawierały znaczące elementy wiedzy i poezji. Czytając je należy wziąć poprawkę, że mogą być wyrwane z kontekstu, choć wyrywałem je bardzo ostrożnie. Są jednak autentyczne i objawiają ducha komunikacji religijnej z poetami i prozaikami: „Jesteście zaproszeni do udziału w nieskończoności”, „rozpoczynamy od egzorcyzmów”, chrzest to „nuklearna tarcza boża”, „dzieciaczki w pierwszej linii, bo rękę mam krótką”, „uwalnia je od skazy grzechu pierworodnego”, aby „otrzymali życie z wody i ducha świętego”. Księży język zbrojny był w poezję i moc sprawczą.

Kiedy ksiądz zwrócił się do rodziców: „Wyrzeknijcie się grzechów”, a oni głośno i zdecydowanie potwierdzili „Wyrzekamy się”, odpowiedź uznałem za niebezpiecznie twórczą. Wyrzec się grzechu to tak, jakby zdecydować się nie jeść. Nie śledziłem dalszych dziejów rodziców, podejrzewam jednak, że ich obietnica nie w pełni była uczciwa. Mam nadzieję, że pan Bóg jej nie słyszał, bo by nie uwierzył.

Na scenę przywołany został Szatan. Mało go znam, ale dużo o nim słyszałem. Pojawił się w pytaniu księdza: „Czy wyrzekacie się Szatana, który jest głównym sprawcą grzechu?”. Wyrzekłem się go razem z innymi, choć wiem, jak trudno jest powstrzymać się od grzechu, który jawi się w tylu postaciach, że trudno spamiętać: agresywności, krzyku, podejrzliwsi, niecierpliwości, kłamstwa. Wiem coś o tym, bo nie jestem bez winy. Wypada mi przypomnieć listę grzechów głównych: pycha, chciwość, nieczystość, zazdrość, nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu, gniew, lenistwo. „Nazywa się je „głównymi”, ponieważ powodują inne grzechy i inne wady, a także są podłożem, na którym może powstać i rozwinąć się wiele innych występków, nieprawości, zaniedbań” (Wikipedia). Hieronim Bosch przedstawił to pieknie na swoim obrazie „Siedem grzechów głównych”.

hieronymus_bosch_siedem_grzechow_glownych

Nie wypada mi, obserwatorowi i samozwańczemu protokolantowi jednej mszy i wielu chrztów, przeciągać struny cierpliwości, dlatego przyśpieszę akcje przypomnieniem żołnierskiego zawołania księdza. Tak mnie ono urzekło, że zapisałem je sobie po kryjomu: „Teraz rodzice w lewo zwrot, tu jest chrzcielnica i zaczynamy! Odtwórca głównej roli przemawiał głosem dowódcy, który doskonale pamiętam z przeszłości: przeciągał, akcentował i wyróżniał zgłoski barwą głosu. Chrzest nabrał charakteru prostej żołnierskiej uroczystości, gdzie ważna jest szybkość, skuteczność i zgodność z regulaminem. Do głowy przyszła mi myśl, że prowadzący być może jest po kielichu wina (Jeśli był to kapelan, to to go rozumiem. Kapelan jest i kapłanem i żołnierzem, czasami urzekająco wysokiej rangi). Padały słowa: „Anno Mario! Ja ciebie chrzczę”, a zaraz potem „Proszę następne dzieciątko”. „Dzieciątko” było ulubionym i jednym określeniem płci niemowlęcej. Wezwani zbliżali się niesieni przez rodziców, jeden po drugim. W międzyczasie chór intonował: Gloria, gloria, gloria!

Zakończenie uroczystości nie było dramatyczne. Zapadło jednak w pamięć, co odczuły osoby wrażliwe, do których niechcący zaliczyłem także siebie. Duchowny w czerwonej komży z jasną, prawie białą stułą, w okularach, które wyróżniają współczesnych kapłanów od wcześniejszych, kiedy Zeiss jeszcze nie produkował soczewek, podsumował: „Żadne ciemności nie przeszkodziły, ani nie utrudniły. Wszystkie dzieciątka dotarły do celu!”, po czym zaintonował: Alleluja. Pojawiły się żywe oklaski. Chyba dawno nie byłem już w kościele, ponieważ ten przejaw spontaniczności mnie zaskoczył.

Chrzest z ciepłymi wspomnieniami. Część 1.

Uczestniczyłem w ceremonii chrztu, która odświeżyła moją wiarę, gdyż własnego nie pamiętam. Był to chrzest hurtowy; chrzczono wiele dzieci. Mój własny chrzest był detaliczny; byłem wówczas jedynym aktorem, postacią oczywiście pozytywną podobnie jak wszystkie niewinne dzieci. Czasy zmieniły się, co zauważam jako pisarz wnikający w treść przemian społecznych podobnie jak Maria Konopnicka, Bolesław Prus i Eliza Orzeszkowa. Pasja jest we mnie podobna; brak mi tylko ich sławy. To przychodzi pośmiertnie niekiedy wraz z pieniędzmi, co ucieszy pokolenia zstępne.

Na początku była ciemność korytarza wejściowego, a potem był chaos, niewielki ale zauważalny. Przy samym ołtarzu panował tłok, nie można było dostrzec aktu chrztu ani jego główny aktorów: dzieci, księdza, rodziców biologicznych i chrzestnych.

Wielki kościół, historyczny zabytek, surowy z zewnątrz jak samo średniowiecze, z niezwykłe długą nawą główną, wielką ilością rzeźb, obrazów i złoceń po obydwu stronach nawy oraz światłami kandelabrów, imponował nastrojem i rzeszami wiernych. Wypełnili oni wszystkie ławki, sporo też paradowało z wózkami dziecięcymi w tylnej części kościoła.

Czytanie „Z dziejów apostolskich” nie wydało mi się tematycznie dobrane do przewodniego wątku uroczystości. zapamiętałem słowa: „Herod zaczął prześladowania, … ściął głowę Jakubowi, … pojmał Piotra”.

Słowa księdza celebrującego uroczystość zapadły mi w pamięć. Może dlatego, że niezbyt często chodzę do kościoła, czego sobie bynajmniej nie chwalę. Uroczystość chrztu wydała mi się wspaniałym teatrem. Nie piszę tego krytycznie, gdyż teatr jest znakiem naszych czasów: występy publiczne, uliczne i restauracyjne (połączone z nagrywaniem gości), happeningi, demonstracje i „manify”, Jarosław Kaczyński z jego inkwizycyjną walką ze złem, parady gejów i lesbijek, których to odszczepieńców od miłości tradycyjnej papież Franciszek obejmuje postulatem miłości bliźniego. Z wszystkich objawów teatralności współczesnego świata, jedynie papież Franciszek jest dla mnie autentyczny i prawdziwy.

Treści głoszone przez księdza zaskoczyły mnie nieco. Zachowałem je wiernie w pamięci, aby podzielić się z Wami, drodzy Czytelnicy. Oto niektóre z nich: „Mówić o Bogu prawdziwym, a nie fałszywym”, chrzest ma na celu pomóc dziecku, aby nie wyrósł z niego „człowiek bylejaki, letni”.

Postać księdza-celebranta przywołała w mej pamięci liczne wspomnienia z czasów studenckiej służby wojskowej, która była nużącym jednodniowym lecz cotygodniowym zajęciem w Studium Wojskowym Politechniki Gdańskiej, lecz zarazem sceną spontanicznej rozrywki oferowanej przez studentów-plastyków. Zachowałem ich we wdzięcznej pamięci jako utalentowanych aktorów, reżyserów i statystów dziejów lokalnej wojskowości PRL.

Ksiądz mi przypomniał owych studentów-artystów pewną teatralnością, zaś głosem i sformułowaniami oficerów prowadzących zajęcia. Były to osoby wybrane, wojskowi od kapitana do pułkownika, rzadko kiedy trafił się jakiś zagubiony poruczniczyna. Studenci stanowili oczytane i wymagające audytorium, dlatego też na scenie przeciwstawiano im aktorów doświadczonych i zahartowanych w działaniach teatru wojny za żelazną kurtyną.

C.d. nastąpi dzisiaj, być może jutro.-J

Prawie noworoczny wywiad z Przewodniczącym PiS

Koniec roku jest czasem podsumowań. Zebrania myśli, zastanowienia się, gdzie jesteśmy i dokąd zmierzamy. Większość z nas ma swoje własne poglądy, niektórzy wolą kierować się poglądami innych osób, które uważają za przywódcze i wizjonerskie.

Przewodniczący PiS, które jest drugą siłą polityczną w Polsce, okazał się osobą otwartą i szczerą. To raczej rzadka cecha u polityka. A może miałem szczęście uzyskując ten wywiad?

Panie przewodniczący! Jestem zaszczycony Pańską zgodą na udzielenie wywiadu.

Nie ma za co dziękować. To mój pierwszy wywiad udzielany przedstawicielowi Australii. Proszę zadawać pytania, bo mam mało czasu. Chyba pan wie, że jestem bardzo zapracowany. Nie mam nawet czasu chodzić na posiedzenia Sejmu. Są one zresztą nudne i małowartościowe.

Proszę mi wobec tego powiedzieć, nad czym pan teraz pracuje. Setki tysięcy osób pasjonuje się Pańską działalnością.

Pracuję nad nową strategią mojej partii, która w najbliższych wyborach parlamentarnych powali na kolana Platformę Obywatelską. Ich rząd od dłuższego czasu trzeszczy w szwach.

Skąd to trzeszczenie?

To pan nie wie? Afera goni aferę, nadużycia, nieudolność, niekompetencja, niemoc, wyprzedaż majątku narodowego, złodziejstwo, fatalny stan gospodarki, nieporadność, impotencja, indolencja, drętwota, letarg, marazm i apatia. Mógłbym jeszcze wymieniać dłużej. Ale po co?

Strasznie dużo tego „nie”. Czy pan widzi w działaniach rządu choćby jedną pozytywna rzecz?

Nie, nie widzę. A pan? Jeśli pan widzi, to niech pan wymieni.

Spróbuję. Na przykład budowa autostrad, mostów i wiaduktów. To kawał rzetelnej roboty. Większość osób tak uważa. A drugie, to dobra organizacja Mistrzostw Europy w Piłce Nożnej.

No, ale pan zalał! W naszej ocenie to dwie największe klęski ostatniego dwudziestolecia. My zbudowalibyśmy autostrady wcześniej, więcej, lepiej i dużo taniej. A mistrzostwa? Przecież to gorzej niż nędza. Na samym początku haniebna klęska. Minister Sportu zupełnie nie przygotowała polskiej drużyny do mistrzostw. Mógł jej w tym pomóc premier, ten piłkarz od siedmiu boleści. To akt zdrady narodowej. Rząd zrobił wszystko, aby tylko przypodobać się Niemcom i Rosji.

Nad czym skoncentruje się PiS w przyszłym roku?

Na dobrej robocie.

A konkretnie?

Na pogłębianiu patriotyzmu, odbudowie tożsamości historycznej, wyjaśnieniu przyczyn katastrofy lotniczej pod Smoleńskiem, ściągnięciu wraku samolotu do kraju, budowie pomników ofiar katastrofy, przemarszach pod Pałac Prezydencki dla podtrzymania wiary i patriotyzmu.

Toż to prawie wszystko sprawy przeszłości! A gdzie sprawy dnia dzisiejszego? I najbliższej przyszłości? Zdobycie i dobre wykorzystanie dotacji z Unii Europejskiej, ochrona zdrowia, leki, edukacja, bezpieczeństwo obywateli, zwalczanie bezrobocia, rozwój infrastruktury, pomoc dla osób najuboższych, poprawa sytuacji osób niepełnosprawnych, poprawa funkcjonowania kolei, ułatwienia dla biznesu, usprawnianie aparatu sprawiedliwości, kultura i tysiące innych podobnych spraw.

Nie musi pan mi o tym przypominać! Sam wiem o tym najlepiej. Zajmiemy się tym, kiedy dojdziemy do władzy. Dzisiaj są sprawy ważniejsze. Te, które wymieniłem.

Kto wam będzie wam pomagać w realizacji waszych celów?

Te grubo ponad 30 % obywateli, które według sondaży popierają PiS oraz postępowe grupy kościoła i społeczeństwa. Wiem także, że rząd USA pozytywnie ocenia nasze inicjatywy.

Czy pan może wymienić te postępowe grupy kościelne?

Oczywiście. To wszyscy wiedzą. To Ojciec Rydzyk, jego kościół, jego radio, jego telewizja, jego wierni. Poza tym kilku biskupów i wielu księży parafialnych w mniejszych miejscowościach.

Czy zwróci się pan o pomoc także do Piotra Księdza Natanka? Ostatnio jest głośno o nim.

Dlaczego by nie? To bardzo postępowy duchowny. I wykształcony. Jest doktorem habilitowanym. Mówi prawdę wszystkim w oczy. To niektórym się nie podoba. Nie boi się mówić o grzechu, diable, jaskrawym malowaniu paznokci, tatuażach, muzyce techno i heavy metal, i o Szatanie. A wie pan chociaż, kogo on ma namyśli wymieniając Szatana.

Nie mam pojęcia.

Obecny rząd. Nie powiem, że polski rząd, tylko obecny rząd. Z premierem na czele.

Czy zaangażowanie Kościoła w sprawy doczesne to dobra rzecz dla państwa i obywateli?

Oczywiście, że tak. Kościół musi zaangażować sie głębiej w politykę i sprawy interesu narodowego, po to abyśmy mogli wspólnie odsunąć od władzy ludzi nieuczciwych, kłamliwych, nieumiejących rządzić. To nie są prawdziwi patrioci. To oni pogrążają nasz kraj w ciemnocie, ubóstwie i głupocie. My doprowadzimy kraj do dobrobytu i szczęścia. Moja w tym głowa!