Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 146: Dyskusja na temat przyszłości Josefa

Rano laboranci zaczęli gromadzić się w wielkiej sali konferencyjnej na codzienną dyskusję. Nina była niespokojna, przypominały jej się nocne chimery i dziwadła. Zanim wszyscy się zebrali, opowiedziała swój sen. Pozostało w niej przekonanie, że nie ma co spekulować na temat przyszłości Josefa, ponieważ rzeczywistość może okazać się zupełnie inna niż ta, jak ją sobie wyobrażają laboranci.

Inni też mieli swoje przemyślenia. Pierwsza zabrała głos filozofka Sofia.

– Nie sądzę, że Josef musi mieć trudne życie, ponieważ wygląda inaczej niż my wszyscy, że będzie traktowany niechętnie czy nawet wrogo jak przybysz z obcej planety. Jest żywą istotą o cechach konia i człowieka, a ludzie są przecież przyzwyczajeni do wyglądu jednego i drugiego osobnika. U Josefa tylko konfiguracja ciała jest odmienna. W sensie filozoficznym nie jest to ani człowiek, ani koń, a równocześnie jest to i człowiek, i koń. Ta podwójność ma pewien nieokreślony diaboliczny wymiar, ale nie musi to być przekleństwo losu.

Ninie zapadło w pamięć jej podsumowanie. Zaczęła zastanawiać się, jak będą Josefa widzieć i opisywać zwykli ludzie, kiedy go zobaczą, a w szczególności, kiedy go bliżej poznają. Opinii było tyle, ile osób na sali. Wydawało się, że dalsze roztrząsanie przyszłości Josefa niewiele wniesie. Sofia zaproponowała opracowanie listy zagrożeń, jakie może napotkać Josef jako osobnik gatunku odmiennego od wszystkich znanych organizmów. Nikt nie wiedział, jak otoczenie potraktuje konioczłowieka na wolności, poza terenem Laboratorium.

– Nie wiemy nawet, jak zareagują na niego konie, czy rozpoznają w nim pobratymca, czy dostrzegą jakąś formę powinowactwa. Koniarze najbardziej niepokoili się o reakcję koni, którym przypisywali pozytywne cechy, które jednak również potrafiły być narowiste i niezrozumiałe.

Obserwacje i sugestie notowano na tablicy. Na pierwszym miejscu znalazło się zabójstwo. Paradoksalnie, obawę o zabójstwo Josefa łączono z kościołem, ponieważ w sposób bezkompromisowy uznawał prymat Boga jako twórcy wszelkiego życia. Laboranci nie mieli wątpliwości, że Kościół Hierarchiczny, a w ślad za nimi wierni, uznają konioczłowieka za twór szatana. Byli też przekonani, że rozmowy na ten temat z przedstawicielami kościoła nic nie dadzą.

– To instytucja zapiekła w doktrynalnym uporze. Oni jeszcze nie całkiem uwierzyli w ewolucję. Kościół będzie pierwszym wrogiem konioczłowieka, a ponieważ to my go stworzyliśmy, staniemy się również jego największym wrogiem. – W wypowiedzi byłego księdza, zwanego Klechą, pozbawionego przez kościół uprawnień kapłańskich z powodu zbyt liberalnych poglądów, brzmiała gorycz. W kuluarach Laboratorium szeptano, że Kościół miał z nim na pieńku, ponieważ Klecha opowiadał się za wyświęcaniem kobiet na księży, zniesieniem celibatu i przyznaniem homoseksualistom praw do zawierania związku małżeńskiego.

Laboranci poczuli się bezsilni. Nikt nie miał pojęcia, jak rozwiązać dylemat przyszłości Josefa budzący tyle niepokoju. Myśl, jaka kołatała im w głowach, to powolne przebijanie się przez mur uprzedzeń i wątpliwości gatunkowych i rasowych, aby zbudować pozytywny wizerunek konioczłowieka w społeczeństwie. Był to pomysł zbyt powolny w realizacji, aby na niego liczyć. Potrzebna była inna, zupełnie nowa i nietypowa strategia. Nikt nie miał pojęcia, jak mogłaby ona wyglądać.

Na drugim miejscu zagrożeń pojawiło się porwanie Josefa w celu poznania jego genomu i drogi powstawania nowego gatunku z wykorzystaniem inżynierii genetycznej.

Trzecim zagrożeniem była śmierć z dowolnej innej przyczyny. Najbardziej obawiano się najzwyklejszych zdarzeń; choroby, zatrucia, nieszczęśliwego upadku z małej lub z dużej wysokości, wypadku drogowego, pogryzienia przez dzikie zwierzęta lub wygłodniałe psy, zasłabnięcia i zaśnięcia na mrozie, utopienia się, czy porażenia piorunem. Były to zdarzenia zagrażające zdrowiu i życiu każdej istoty w najmniej oczekiwanych okolicznościach i Josef nie mógł być wyjątkiem.

Od czegoś trzeba było zacząć. Wybrano ankietę z pytaniami tworzącymi pełny scenariusz zdarzeń i ewentualności. Pytania zaczynały się od „Co …”, „Gdyby …”, „Jeśli …”, „Jak …”. Były też i takie, które brzmiały dziwacznie i niedojrzale, dopóki ktoś nie zastanowił się nad nimi głębiej i nie podjął próby znalezienia rozsądnej odpowiedzi.

– A co będzie, jeśli Josef wejdzie do rzeki lub do jeziora, aby zażyć kąpieli, i zacznie się topić, lub nie daj Boże utopi się. Co wtedy? Z każdego pytania wypływały dalsze. Pytając, zastanawiając się i odpowiadając, poruszając się powoli do celu jak po nitce do kłębka, Laboranci rozumieli coraz lepiej, na jak liczne ewentualności w życiu Josefa muszą być przygotowani. Niezależnie od spraw oczywistych, genetycy i chirurdzy nie byli pewni, czy w trakcie życia Josefa – myśląc o nim wzdychali życząc mu, aby żył długo i szczęśliwie – nie wyjdzie na jaw jakaś wada organiczna, defekt lub nieoczekiwana ułomność, o których mogli powiedzieć z pewnością tylko to, że mogły być cholernie skomplikowane.

Po przedyskutowaniu zagrożeń stało się jasne, że musi powstać bank zastępczych organów wewnętrznych. Sporządzono listę, zaczynając od tych najbardziej oczywistych i niezbędnych, jak serce, płuca, wątroba czy żołądek, dających się łatwo przeszczepić, ale także krwi, tkanek, substancji kostnej, skóry, wymagających więcej zabiegu i manipulacji. Gromadzenie po jednym egzemplarzu każdego organu byłoby beznadziejnym minimum; potrzeba było co najmniej kilka egzemplarzy i odmian każdego organu, aby uwzględnić możliwość odrzutu, przypadkowego zniszczenia, uszkodzenia czy nawet kradzieży. Przytłoczeni ogromem wyzwań laboranci zdali sobie sprawę, że stworzenie konioczłowieka było jedynie wygraną bitwą; teraz musieli przygotować się do wojny o jego przetrwanie i rozwój.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 115: Autor i jego książka

Drodzy Czytelnicy,

Powieść „Laboratorium szyfrowanych koni” składa się z trzech części. Część I: „Sefardi i Isabela”. Odcinek numer 115 (poniższy) kończy tę część. Część II: „Josef i Laboratorium”. Zaczynam publikować ją od jutra. Część III: „Apokalipsa”.

Część ostatnia, zdecydowanie najkrótsza, to „Epilog”, łączący ze sobą wszystkie wątki powieści.  

Serdecznie zapraszam do czytania i równie serdecznie pozdrawiam,
Michael Tequila

Powieść „Wniebowstąpienie oszusta” znalazła się w sprzedaży w Afarze, a także w Nowym Jorku, Paryżu, Londynie oraz innych wielkich miastach już następnego dnia po konferencji prasowej. Jej tłumaczenia na języki obce zostały wykonane w tajemnicy i z wyprzedzeniem. Książkę drukowano nieprzerwanie dzień i noc, aby trafiła do księgarń w terminie. Pojawienie się Sefardiego na konferencji określano jako powrót z zaświatów lub powstanie z popiołów. Pogrzeb z oszalałym karawanem, stypa przypominająca festyn świąteczny oraz dziwny zamach na wiec polityczny, w końcu sama konferencja, okazały się znakomitą reklamą autora i jego książki. W Nomadii została ona uznana za najlepszą reklamę roku.

Przeciwnicy Sefardiego kwestionowali tę opinię argumentując, że w głosowaniu uczestniczyli wyłącznie obywatele Nomadii, że zabrakło głosów użytkowników telefonów komórkowych z innych krajów, że głosowanie powinno uwzględniać także opinie obywateli niekorzystających z telefonu komórkowego, ludzi starszych, niewidomych oraz inwalidów bez ręki, a nawet że sam konkurs nie był dostatecznie rozpropagowany. Zarzutom nie było końca.

Ostatecznie los autora i książki rozstrzygnęła Światowa Rada Pisarzy, która na wniosek Międzynarodowego Zrzeszenia Reklamodawców i Reklamobiorców uznała Sefardiego Barokę za najlepszego pisarza roku. W uzasadnieniu podkreślono, że on pierwszy odkrył i udowodnił, że wielka literatura nie istnieje bez wielkiej reklamy i że geniusz literacki wyraża się w integracji zdolności pisarskich z umiejętnościami promocji. Decyzja ucięła dyskusje toczące się wokół Sefardiego i zjednoczyła społeczeństwo. Nomadyjczycy uznali jego osiągnięcie za sukces narodowy, a jego samego za bohatera. Nikt nie miał wątpliwości, że Sefardi słusznie stanął na piedestale zwycięzcy.

*****

– Bardzo dobrze, że stało się to, co się stało – przyznał z radością ksiądz Terrano w wywiadzie, o który poproszono go jako spowiednika i przyjaciela Sefardiego. Był szczęśliwy, że po raz pierwszy w historii kraju społeczeństwo zjednoczyło się wokół wspólnej wartości. Uznał to za datę narodzin patriotyzmu solidarnego, nie dzielonego na kawałki. Jego radość była tym większa, że oznaczała koniec nagabywania go o informacje dotyczące Sefardiego Baroki. Miniony okres dał mu się bardzo we znaki; w telewizji ksiądz pojawił się nieogolony. Nawet krytyka biskupa, że wychudzony i zaniedbany duchowny nie powinien pokazywać się publicznie, nie poruszyła go.

– Wolałbym, aby ksiądz nabrał ciała i chodził nawet z brzuchem, niż pokazywał się chudy jak zagubiony na pustyni asceta. Jaki to tworzy wizerunek naszego kościoła? Kościoła ubogich proletariuszy czy kościoła reprezentującego zamożne społeczeństwo, jakim już prawie jesteśmy?

Księdzu nie sprawiło trudności zapomnienie gorzkich pouczeń przełożonego.

– To koniec mojej mordęgi. Dzięki ci, Panie – słowa wdzięczności Amizgao skierował do nieba natychmiast po wyjściu z budynku stacji telewizyjnej. Odczuł wielką ulgę z powodu zjednoczenia całego kraju w duchu miłości i pojednania. Jego wdzięczność nigdy nie była tak szczera, choć był najuczciwszym ze wszystkich uczciwych duchownych. Był przekonany, że jest ich niemało.

Koniec Części I

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 108: Testament. Pani Godano i ksiądz Terrano.

Śmierć Sefardiego Baroki przyniosła znaczące odszkodowanie jego najbliższej rodzinie. Okazało się, że był wysoko ubezpieczony od ponad dwóch lat. Nie była to kwota szokująca, ale na tyle duża, że można było za nią kupić dom w dobrej dzielnicy. Nie pałac czy dworek z wielkim parkiem, ale przyzwoity kilkupokojowy dom z ogrodem, ogrodzony i osłonięty gęstym żywopłotem przed oczami ciekawskich. Odszkodowanie przypadło drugiemu pokoleniu zstępnych, wnukom i wnuczkom zmarłego. Dokonując zapisu darczyńca zastanawiał się, czy osoby pominięte w testamencie nie rozpętają wojny domowej. Aby zmniejszyć ryzyko niesnasek rodzinnych, starał się nie dyskryminować ani nie wyróżnić nikogo, dając jedynie wyraz swojemu poczuciu sprawiedliwości. Sefardi nie byłby jednak sobą, gdyby nie użył sztuczki gwarantującej akceptację jego postanowień. Postawił prosty warunek. Wyjaśnił go z pewną wylewnością w liście do rodziny, stanowiącym formalny załącznik do testamentu.

„Nie jestem apodyktyczny, chciałem jak najlepiej, ustaliłem jak najmądrzej, kierując się rozumem, uczuciami jak i poczuciem sprawiedliwości. Nie jestem apodyktyczny i dlatego daję wam wybór: albo w ciągu trzech miesięcy od otwarcia testamentu zgodnie przyjmiecie jego zapisy, takie jakie one są, albo całość darowizny przeznaczona zostanie na cel dobroczynny. Na świecie jest tyle ubóstwa, że obdarowani będą całować ślady moich rąk na testamencie i stóp wyciśniętych na płycie Muzeum Sefardiego Baroki, które zafundowałem sobie z próżności”.

W imieniu rodziny głos zabrała Penelopa. Przyznała, że żyli obok siebie od wielu lat, często nie widząc się i nie kontaktując przez kilka tygodni z rzędu. Zachęciła członków rodziny do przyjęcia testamentu, określając go jako „okrutny wyrok niezrównoważonego świętej pamięci męża”. Po namyśle, którego długość zaczęła niepokoić zebranych, dodała: teraz rozumiecie, dlaczego unikałam tego człowieka mieszkając pod jednym dachem. Trudno mi nie nazwać go inaczej niż … Poszukiwanie właściwego słowa zajęło jej dostatecznie dużo czasu, aby siostrzenica zdążyła podejść do niej i ujmując ją za rękę, odwieźć od zamiaru składania dalszych wyjaśnień:

– Ciociu, to wszystko, co o nim powiesz, dostanie się do prasy. Chyba nie chcesz, aby i ciebie określono mianem potwora?

*****

Kiedy Anastazja Godano zadzwoniła i poprosiła o widzenie, ksiądz Terrano niezbyt chętnie zgodził się na spotkanie. Umówili się w salce katechetycznej przy plebanii. Kobieta zaskoczyła księdza podwójnie: była w pełnej żałobie i wyraziła pragnienie nawrócenia na wiarę katolicką, wiarę przodków, jak to określiła. Ksiądz uznał jej życzenie za niezwykłe; przez lata uważał ją za nieugiętą agnostyczkę, choć nie obnosiła się ze swoim niedowiarstwem. Oboje wiedzieli o sobie dużo, ponieważ oboje byli bliscy Sefardiemu. Do spotkania i prośby ośmielił ją fakt, że Sefardi mówił jej dużo dobrego o Amizgao.

– Uważał księdza za osobę godną najwyższego zaufania. – Podsumowała, schylając głowę z uznaniem. Wyznała to ze szczerością kobiety, która straciła więcej niż przyjaciela i poszukuje pocieszenia. – Sefardi mówił mi, że ksiądz uważa Boga za swego przyjaciela. On sam był księdza przyjacielem większym niż Bóg. – Pewne wahanie widoczne w jej głosie wynikało z niepewności, czy dostatecznie dobrze rozumie relacje między Bogiem a człowiekiem.

– To niezwykłe wyznanie. Sefardi był moim przyjacielem podobnie jak jest nim Stwórca, ale to inny rodzaj przyjaźni. Nasz wspólny, nieżyjący już przyjaciel był ciekawym i oryginalnym człowiekiem, bardzo nietuzinkowym. Łączyła nas miłość do literatury, a szerzej – do sztuki. Wie pani, szanowna pani Anastazjo – ksiądz ożywił się, oczy mu rozbłysły – on widział i rozumiał życie jako teatr, scenę, gdzie ludzie nie żyją naprawdę, tylko grają role. Tak to kiedyś określił. Najbardziej bliski był mu teatr groteski i absurdu. Spieraliśmy się nawet ot, oczywiście bardzo przyjaźnie, co oznaczają te dwa pojęcia. Sefardi uważał, że groteska i absurd najlepiej tłumaczą złożoność ludzkiego życia i postępowanie samych ludzi. A jeśli nie tłumaczą, to przynajmniej przybliżają i objaśniają. To go szalenie fascynowało. Miałem wrażenie, że jest bliski szaleństwa, a bardziej konkretnie, bliski choroby psychicznej. Bałem się o niego. Dlatego pogrzeb, jaki zainscenizował, nie zdziwił mnie nadmiernie.

Dziecinnym ruchem ręki rozmówczyni poprawiła sukienkę na kolanach, po czym zaśmiała się serdecznie.

– Nie mogę zgodzić się z księdzem. Sefardi miał tylko bardzo bogatą wyobraźnię. Jeśli coś mówił, co przypominało szaleństwo, to był to tylko wytwór płodnej wyobraźni wynalazcy. Obawiam się, że nie wyjawił księdzu swoich rzeczywistych poglądów na życie, tylko coś w rodzaju złożonych konstrukcji czasomierzy, które uważał za boski wytwór, a później także pomysłów powieści, jakimi się pasjonował. Wiem to najlepiej, ponieważ nikt nie był tak blisko niego jak ja. – Po przedstawieniu swoich racji Anastazja ścisnęła kolana i opuściła oczy. 

Ksiądz w milczeniu zaakceptował jej sprzeciw wobec swoich obserwacji, nie tylko dlatego, że był przyzwyczajony do sprzeciwu i odmienności opinii. W jednej chwili zrozumiał serdeczność relacji łączących siedzącą przed nim kobietę z Sefardim. Nie poświęcił tematowi więcej uwagi. Zdziwił się tylko pierwszemu odruchowi zniecierpliwienia, kiedy usłyszał opinię rozmówczyni.

– Pani mu pomagała w ostatnich dniach jego życia. – Zmienił temat rozmowy.

Brwi Anastazji uniosły się do góry. – Skąd ksiądz to wie?

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 97: Szampan i wiec przedwyborczy

Tuż za bramą cmentarza, na wychodzącą na końcu rodzinę i przyjaciół zmarłego, czekało dwóch kelnerów w lokajskich strojach ze stolikiem, szampanem w lodzie i kieliszkami, zachęcając serdecznie do pocieszenia się trunkiem. Byli to aktorzy wynajęci przez Sefardiego Barokę.

– To dar wspominkowy od Mistrza. – Dodawali z promiennym uśmiechem, jakby częstowanie gości pogrzebowych sprawiało im szczególną radość. Sami też nie krępowali się pić, twierdząc, że tak im nakazał zleceniodawca. Wyjaśnił im, że lubi szokować ludzi łamiąc sztywne zasady i konwenanse, i oni też tak mają postępować. Do pijących szampana przyłączyło się kilku przedstawicieli władz, kiedy im wyjaśniono, że zmarły był oryginałem i serwowanie szampana za bramą cmentarza było zgodne z jego wolą.

– Prawo tego nie zabrania – wyjaśnił z uśmiechem starszy kelner, wysuwając tacę z kieliszkami szampana w kierunku prezesa sądu okręgowego i towarzyszących mu osób.

– Prawo to prawo – podsumował gość z przekonaniem. Wciąż myśląc o tym, jak mało znał zmarłego, podniósł do góry kieliszek, aby wznieść toast. Miał już na języku „za zdrowie Sefardiego Baroki”, kiedy zdał sobie sprawę, że byłoby to niewybaczalne faux pas.

*****

Tłum gromadził się od godzin porannych, mimo że wiec miał rozpocząć się dopiero o godzinie czternastej. Organizatorzy mieli ogrom pracy do wykonania. W pierwszej kolejności należało pokierować osobami przybywającymi indywidualnie i grupowo w taki sposób, aby wchodziły na teren wiecu przez odpowiednio oznaczone bramki. Na ich prośbę, powtórzoną w przekazie radiowym i telewizyjnym przez samego gubernatora, przybywający na wiec ludzie identyfikowali się kolorami ubiorów i plakietkami osobistymi.

Ustawienie wielkiej masy ludzi wymagało jakiegoś schematu, planu przestrzennego. Przygotował go wcześniej sam gubernator. Nie oczekiwał od siebie arcydzieła, tylko zwykłego, dobrze wykonanego szkicu, co mu się udało choć nie bez wysiłku, jak każda intelektualnie angażująca czynność, oraz kilku gniewnych splunięć na podłogę, które dedykował swoim przeciwnikom politycznym. Gubernator Blawatsky potrafił był wyrazisty.

Nie zawsze planowanie wiecu szło mu dokładnie tak, jak sobie z góry założył, dlatego dla dodania sobie animuszu i rozjaśnienia umysłu, nalewał sobie do kieliszka trochę koniaku i uzupełniał go w miarę potrzeby. Camus XO Borderies był jego najulubieńszym trunkiem, można by powiedzieć, wręcz ukochanym, również ze względu na kształt butelki wykonanej w stylu retro. Planując wiec gubernator doznawał szczególnego uczucia wykonywania pracy ważnej dla społeczeństwa, kraju, a może nawet i ludzkości. Tak go to uwznioślało, że odczuwał szum w głowie. Czasem nawet miał wrażenie, że unosi się w powietrzu, a raz nawet faktycznie lewitował. Nie wspominał o tym nikomu, bo by mu nie uwierzono. Jego umysł pracował z niezwykłą jasnością, wszystko doskonale porządkował, szufladkował i pamiętał, gdzie kto sto i co robi. Gubernator miał na myśli oczywiście uczestników wiecu, których autentycznie szanował, ponieważ decydowali w wyborach o jego sukcesie.

Planując wiec przedwyborczy, na którym ludzie będą czuć się wygodnie i podniośle, przynosiło mu radość. Był to stan umysłu tak wyjątkowy, że gubernator nie potrafił go nawet dokładnie określić. Nie było zresztą takiej potrzeby. Ważne było jedynie to, że zgromadzenie było przygotowane na tip top dzięki jego perfekcyjnemu podejściu. Wyraz pedantyczny, który byłby może i lepszy do opisu sytuacji, wydawał mu się niestosowny. Nawet jeśli jego postępowanie nie zawsze było zrozumiałe dla wszystkich – tak sobie rozumował gubernator, ciesząc się, że uczestniczy w rzeczach wielkich – to nie była to jego wina, że inni nie nadążają za nim.

*****

Uczestnicy wiecu Partii Konserwatywnej zostali podzieleni na cztery kategorie. Termin „kategoria” nie kojarzył się zbyt dobrze gubernatorowi, był obcego pochodzenia i aczkolwiek zadomowiony w języku ojczystym, był niechętnie przez niego stosowany.

Przed trybuną wiecową, na samym przodzie zgromadzenia, w pierwszym rzędach krzeseł, siedzieli reprezentanci Kościoła Hierarchicznego, hierarchowie i półhierarchowie. Za nimi stali kapłani niżsi rangą i różni urzędnicy kościelni. Była to duża grupa, nazywana kościelną przez organizatorów. Na planie oznaczono ją numerem jeden. Ubrani na czarno wyróżniali się nie tylko ubiorem, ale powagą zachowania. Duchowni cieszyli się szczególnym szacunkiem gubernatora, który nie omieszkał podkreślać tego w swoich powitaniach. Kościół, ze względu na pozycję społeczną i wpływy, był jednym z najważniejszych filarów wsparcia Partii Konserwatywnej w sprawowaniu władzy i budowie wizerunku mądrego i cieszącego się zaufaniem rządu.

Za grupą kościelną ustawili się przedstawiciele wolnych zawodów, aktorzy, prawnicy, lekarze, pracownicy naukowi, włącznie z profesorami zwyczajnymi i nadzwyczajnymi. Była to grupa numer dwa. Barras traktował tych ludzi jako zaplecze intelektualne partii, z którego pomocy chętnie korzystał on i jego sztab. Jeden z zaufanych pracowników Barrasa szybko policzył członków tej grupy, o czym później dyskutowano. Na pół godziny przed rozpoczęciem wiecu zanotowano w tej grupie trzech artystów teatralno-filmowych, jednego satyryka, sześciu dziennikarzy i redaktorów, dwudziestu pracowników naukowych niższej rangi oraz trzech profesorów zwyczajnych, czterech nadzwyczajnych i dwunastu z plakietkami „profesor emeritus”. Kontakt z tymi ostatnimi był utrudniony, ponieważ byli przygłusi z powodu hałasu, na jaki byli narażeni przez kilkadziesiąt lat pracy na uczelni.

Po prawej stronie grupy kościelnej ustawiali się emeryci, renciści i inwalidzi. Była to grupa numer trzy. Ten sektor zastawiony był rzędami krzeseł, aby zapewnić wygodę starszym i mniej sprawnym uczestnikom wiecu. Było to ważne, ponieważ gubernator lubił przemawiać; podekscytowany licznym audytorium potrafił zapętlić się w długie wystąpienie.

Grupę numer cztery, stojącą na lewo od grupy kościelnej, stanowili bezrobotni i ludzie o niskich dochodach. Mieli tu także być przedstawiciele urzędów pracy, którzy wspierali jednostki poszukujące pracy poradami, jak jej szukać, jak pisać CV oraz jak udanie uczestniczyć w wywiadach. Była to usługa bezpłatna. Sporo osób korzystało z niej przed rozpoczęciem i po zakończeniu wiecu, czasem nawet w czasie jego trwania. Gubernator przymykał na to oczy, choć wolałby, aby wszyscy uczestnicy koncentrowali się na wystąpieniach przywódcy partii i zaproszonych dygnitarzy. 

Z tyłu za wszystkimi grupami zgromadzili się zwyczajni obywatele, ludzie prości, często niewykształceni. Ubrani w różne odcienie szarości, czerni i brązu, a nawet ciemnoróżowo, jak kto mógł i lubił, stanowili oni trzon społecznego wsparcia Partii Konserwatywnej. Liczebnie przewyższali wszystkie pozostałe grupy razem wzięte. Nazywano ich żelaznym elektoratem.

Nie była to łatwa grupa. Ludzie ci mieli swoje fochy i oczekiwania. Zdarzało się, że przychodzili tłumnie, innym razem sektor wyglądał jakby był przetrzebiony ciężką epidemią. Najczęściej to właśnie dla nich gubernator organizował poczęstunek, popularnie nazywany kiełbasą wyborczą. Z reguły był to caldo de pollo, solidny rosół z kawałkami mięsa kurczaka, ziemniakami i warzywami, pomidorami, cebulą, wszystko to przyprawione czosnkiem i kolendrą.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 93: Uroczystości pożegnalne

Przysłonięcie stosu z tyłu ciemną materią sugerowało zapadnięcie nocy. Goście zebrali się w kaplicy, z której wcześniej usunięto ławki z oparciami, aby ustawić rzędy plastykowych krzeseł. Z podłogi zabrano materace na okres żałoby. Ubrany na biało szczupły bramin odczytał fragment Bhagavad Gita, świętej księgi hinduizmu, po czym rozpoczął modły. Mówił i śpiewał kierując na północ, wschód, południe i zachód dymiące kadzidło i świece płonące w oryginalnym świeczniku. Kiedy skończył, żałobnicy podnieśli trumnę i ustawili ją na karawanie, aby przewiózł ją w miejsce kremacji. Na stosie ułożono biało ubraną kukłę imitującą ciało zmarłego, po czym przykryto ją grubymi kawałkami drewna posmarowanego pastą z drzewa sandałowego. Stos podpalił najstarszy syn zmarłego, przykładając płonącą pochodnię od strony głowy. Ogień strawił drewno szybciej niż można było się spodziewać. Niektórym obserwatorom ceremonii wydało się to nienaturalne.

– To nie jest możliwe przy takiej ilości i grubości drewna. – Głośno wyraził zastrzeżenie tęgi mężczyzna w okularach z grubymi oprawkami. – Jestem leśniczym i wiem, co mówię. Jego twarz przybrała wyraz powagi i zdecydowania.

– Drewno jest wyjątkowo suche. Jest to gatunek, który pali się szybko i prawie bez dymu. Ponadto tam w dole nad rzeką wiatr wieje mocniej, przyśpieszając palenie. – Wyjaśnił hinduski kelner obsługujący gości. Znalazł się obok leśniczego jakby wiedział, że powstaną wątpliwości, które będzie w stanie wyjaśnić.

Części zaproszonych gości uroczystość pożegnalna i pogrzeb nie przypadły do gustu, wydały im się udziwnione. Nigdy nie uczestniczyli w niczym podobnym.

– Ci aktorzy przy stosie zachowują się w taki sposób, jakby ktoś sterował nimi zza grobu. – Jakiś kobiecy głos wyraził swoją wątpliwość. Nikt nie usiłował dochodzić na czym oparte były jej przypuszczenia.  

*****

Msza pożegnalna odbyła się w Kościele Dziwnego Świętego, wynajmowanym różnym organizacjom i grupom religijnym. Kościół był ufundowany przez milionera, który twierdził, że Bóg jest tylko jeden, jest uniwersalny i jest całkowicie podobny do człowieka, a równocześnie zupełnie inny, jest w połowie mężczyzną, a w połowie kobietą, i w równym stopniu nagradza ludzi, jak i karze. Fundator uważał również, że Bóg może uczynić znacznie więcej, niż się spodziewamy, jeśli tylko serdecznie poprosi się go o to. Zdobycie wielkiego majątku mężczyzna przypisywał swojemu cnotliwemu życiu i nagradzającemu dobro Bogu.

W mszy uczestniczyła tylko najbliższa rodzina, przyjaciele oraz członkowie Światowego Związku Wybitnych Wynalazców i Zrzeszenia Niekonwencjonalnych Pisarzy. Urnę umieszczono na katafalku zdobnym wizerunkami ptasich głów, symboli wieczności. W bocznej nawie płaczki z Kościoła Dziwnego Świętego zawodziły w takt muzyki Mozarta, ulubionego kompozytora Sefardiego. Utwory wielkiego kompozytora przeplatano wiązanką żywych melodii amerykańskich, Boogie Woogie, Nowy Orlean i Kolumbia. Wyboru utworów dokonał wcześniej Sefardi zwięźle przedstawiając swoje oczekiwania Anastazji:

– Musi to być muzyka klasyczna lub poważnie rozrywkowa, grana przez porządną orkiestrę, a nie muzyka z odkurzacza.

*****

Było wczesne popołudnie, kiedy Aleję Jednego Dębu wypełnił kondukt pogrzebowy prowadzony przez karawan konny, do którego zaprzęgnięto cztery ogiery czarne jak noc, powożony przez pięciokrotnego zwycięzcę wyścigów karawanów. Łby końskie zdobiły oszałamiające pióropusze, bogatsze niż oglądane w cyrkach.

– Nasz wspaniały wynalazca z prochu powstał i w proch się obrócił. W ten sposób stał się bohaterem narodowym. To, że milczy, to niewątpliwy ewenement. – Komentowali po cichu wrogowie Sefardiego i pospolici złośliwcy, jakich nie brakuje w żadnym społeczeństwie. Wielu z nich sam sobie stworzył bezkompromisowymi wypowiedziami.

W ślad za powozem konnym sunął powoli wielki biały Rolls-Royce, jakiego nikt w życiu nie widział, antyk sprzed dziesiątek lat, cały oszklony, tak dziwny, że przechodnie zatrzymywali się ze zdumienia. Dziwił nie tylko sam pojazd, ale i potrzeba jego użycia, skoro był już jeden karawan. Na ulice wyległy setki ludzi; wszyscy wiedzieli o pogrzebie, informowały o nim tysiące klepsydr na słupach i tablicach ogłoszeniowych oraz anonse w prasie, radiu i telewizji. Wynajęty samochód był tak majestatyczny, jakby chodziło o pogrzeb króla lub cesarza. Była to siedmiometrowa limuzyna Spirit of Extasy, reklamowana jako „najbardziej elegancki, pojemny i dyskretny pojazd”, imponująca kształtem, bielą lakieru i parą wąskich pionowych drzwiczek z przodu nadwozia przypominającego pudło, oraz połyskliwym chromem uchwytów drzwiczek i kołpaków kół. Nieskazitelna biel maszyny agresywnie kontrastowała z czernią karawanu i koni.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 38: Więź kościoła i państwa

Eminencja spotkał się ze współpracownikami. Miał wokół siebie tylko ludzi zaufanych, sam ich dobierał. Nosił się z pewnym zamysłem, pragnął podzielić się nim, potrzebował opinii. Chodziło o stosunki z państwem, o ich pogłębienie, nawiązanie cieplejszych kontaktów z rządem, zwłaszcza z gubernatorem. Idąc na spotkanie robił sobie podsumowanie. Gubernator Barras był osobą wierzącą, dobrej woli i co najważniejsze, był charyzmatycznym przywódcą. Arcybiskup był przekonany, że charyzma nie pochodzi znikąd, tylko od Boga. Od dawna z uznaniem obserwował postępowanie gubernatora. Był utalentowanym politykiem, miał osiągnięcia. Kiedyś trapiony wątpliwościami ontologicznymi, teraz dawał przykład głębokiej wiary. Regularnie uczęszczał na uroczystości kościelne, wyraźnie pragnął nadrobić zaległości.

– Moi drodzy! Co sądzicie o nim? – zadał pytanie po przedstawieniu sprawy. Starał się nadać swojemu głosowi ciepły ton. Eminencja był serdeczny szczególnie wobec młodych księży i kleryków. Dawał w ten sposób dobry przykład swoim potencjalnym następcom.

Zebrani życzliwie ocenili pomysł zwierzchnika.

– Tak, tak! Zgadzamy się z Eminencją w zupełności. Również popieramy – Padały głosy. Zgodność podwładnych ucieszyła Eminencję. Umocnił się w przekonaniu, że słusznie postępuje. Na przestrzeni lat rosło w nim przekonanie, że przyszłość kościoła jest związana z administracją państwa, z władzą. Pomyślał o udanych historycznych przypadkach kooperacji państwa i kościoła. 

Wieczorem, przed pójściem spać, Eminencję naszły myśli zalecające ostrożność. Nie wszyscy hierarchowie kościoła byli równie pozytywni jak on. Kościół miał swoją dynamikę. Przeważało jednak posłuszeństwo. Pomyślał jeszcze raz o Barrasie. Przypomniały mu się słowa kanonika Miguela, sekretarza osobistego.

– Eminencjo! Gubernator Blawatsky otoczył się ludźmi wierzącymi, jeden z nich jest podobno nawet mistykiem. Badam tę sprawę. Najważniejsze stanowiska w jego gabinecie zajmują ludzie wierzący i praktykujący. Są bardzo oddani gubernatorowi, podobnie jak panu Bogu. Razem przyjeżdżają na msze w niedzielę, przynajmniej dwa razy w miesiącu. Zapytałem ich, zachowując należną sprawie delikatność, dlaczego nie częściej. Tłumaczyli, że muszą wyjeżdżać w teren, aby umacniać wpływy partii i zwalczać tych diabłów z Partii Liberalnej, choć może nie wszyscy oni są takimi diabłami, jak ich malują, jak to się popularnie mówi, bo wielu należy do naszego kościoła. Co do ludzi gubernatora, to uważają, że jest on naznaczony przez Boga do poprowadzenia kraju ku wielkości. Aha! Coś sobie przypomniałem. To bardzo ważne. W doborze kadr gubernator kieruje się – oprócz religijności – także wysokimi walorami osobistymi: zdyscyplinowaniem, wiernością partii i lojalnością wobec gubernatora. Osobiście też uważam, że głównym źródłem jego natchnienia jest Stwórca.

– Głównym? Czy to znaczy, że są także inne źródła?

– Gubernator rozczytuje się w literaturze klasycznej poświęconej władzy i rządzeniu. Zrobiłem rozeznanie. Jego pomoc domowa spowiada się regularnie w naszym kościele parafialnym u jednego z wikariuszy. Sprawdziłem, kiedy przychodzi ona do spowiedzi i tak zorganizowałem obowiązki księdza, abym to ja był w konfesjonale, kiedy przyjdzie. Wasza Eminencja dobrze wie, że nigdy nie zdradziłbym tajemnicy spowiedzi, ale tutaj chodzi o sprawy wyższe. Nie jest zresztą grzechem ujawnić, co czyta gubernator, bo tajemnica nie dotyczy osoby spowiadającej się, tylko osoby trzeciej.

Eminencja był zachwycony dyplomatyczną rozwagą i zręcznością sekretarza. O dawna darzył go ciepłym uczuciem. Czasem miał wrażenie, że to bardzo ojcowskie uczucie. Pamiętał swego ojca i jego serdeczność, zwłaszcza, kiedy został księdzem. Rozmarzył się. Widział Miguela jako swojego następcę. Postanowił zastanowić się głębiej nad przyszłością sekretarza, kiedy już dojdzie do porozumienia z gubernatorem. 

– Razem przywrócimy wielkość ojczyźnie. – Myśl tę powtórzył z zadowoleniem kilka razy w ciszy sypialni, umacniając się w przekonaniu, że idą lepsze czasy.

PS. Produkuję się także (głównie aforyzmy) na www.twitter.com (wpisz w pasku wyszukiwarki na stronie: Michael Tequila)  

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 28: Obchody zwycięstwa nad reżimem

W dwudziestą piątą rocznicę zwycięstwa nad reżymem, w Afarze, stolicy Nomadii, odbyła się wielka demonstracja. Jej organizatorem była opozycyjna Partia Liberalna, popularnie zwana Liberą. Wygłaszano przemówienia.

– Zdobyliśmy wolność drogą pokojową, bez jednego wystrzału i bez rozlewu krwi. Nie roztrząsaliśmy win poprzedniego ustroju, nie rozliczaliśmy przeszłości. Uniknęliśmy rozdrapywania bolesnych ran. Dzięki temu mogliśmy skoncentrować się na pozytywnych działaniach. Było to wielkie osiągnięcie – pogodzić się z przeszłością, w duchu miłości bliźniego – przypominali przez megafony organizatorzy manifestacji.

Ugrupowania konserwatywno-narodowe uznały demonstrację za prowokację i zorganizowały kontrmanifestację. Obok siebie stanęli członkowie rządzącej Partii Konserwatywnej, Partii Narodowej, Partii Ojczyźnianej oraz patriotycznego ugrupowania Falanga. Reprezentowane były też organizacje religijne.

Na mównicę wstępowali po kolei przedstawiciele każdej z tych grup, ludzie głęboko wierzący w Boga, o wyostrzonej moralności, aby wyrzucić z siebie to, co leżało im na sercu. Przewodniczący Partii Konserwatywnej krzyczał unosząc w górę pięść:

– Rewolucja bez ukarania oprawców nie jest rewolucją. Tylko krew może oczyścić naród z win i pozwolić mu żyć w poczuciu sprawiedliwości. Tylko bezkompromisowa uczciwość, jaką nakazują Bóg i kościół, matka nasza, pozwolą nam zapomnieć o haniebnej przeszłości i zacząć godnie żyć. Żądamy ukarania winnych!

– Nie ufajmy liberalnym łajdakom! To cynicy! Mówią o wybaczeniu w duchu miłości bliźniego, a sami nie wierzą w Boga! – krzyczeli staruszkowie i staruszki o twarzach pociemniałych z gniewu i częstego przebywania w kościołach i na cmentarzach. Z niecierpliwością spoglądali w górę oczekując gromu z jasnego nieba, który wytłucze nędzników bezprawnie powołujących się na ich Boga.

W wystąpieniach demonstrantów padały słowa wielkie jak głazy: Bóg, honor, ojczyzna, wiara, prawda i fałsz, wzmacniane przez megafony. Pragnienie sprawiedliwości parowało z mówców i unosiło się nad tłumem. Głosy mieszały się i przenikały nawzajem, pogłębiając zamieszanie i niepokój. Poprzedniego dnia wieczorem, kiedy we wszystkich kinach rozpoczęto wyświetlanie „Czterech jeźdźców Apokalipsy”, nad miastami i miasteczkami kraju ukazały się złowróżbne znaki. W zacienionych miejscach ulic i placów widziano widmo strachu z otwartymi ustami i złowieszczo rozwartymi oczami.

O godzinie trzeciej po południu ruszyły naprzeciw siebie dwa pochody. Zwolennicy Libery nieśli transparenty i wznosili okrzyki. – Jesteśmy chrześcijanami. Nie dopuścimy do rozlewu krwi! Z drugiej strony placu pochód Partii Konserwatywnej skandował: – Nie chcemy zemsty, tylko sprawiedliwości! Rozliczmy morderców naszych ojców i braci!

Policja obawiała się niebezpiecznej konfrontacji podejrzewając, że demonstranci będą uzbrojeni w ostre narzędzia, petardy i inne środki wybuchowe. Komendant policji wysłał silny oddział, polecając dowódcy zatrzymać się w miejscu, gdzie spodziewano się spotkania obydwu pochodów.

– Macie zapobiec rozlewowi krwi. Inaczej wam nogi z dupy powyrywam! – czując na plecach brzemię odpowiedzialności był szczery aż do bólu. Zdawał sobie sprawę, że cokolwiek uczyni, będzie oskarżony o niedopełnienie obowiązków lub przekroczenie uprawnień służbowych. Nie obawiał się konsekwencji; był wiernym członkiem partii, która chroniła swoich ludzi przed krytyką opozycji niezależnie od okoliczności.

Starcia nie udało się uniknąć. Policja rozdzieliła demonstrantów i aresztowała osoby najbardziej agresywne; ich ofiary przewieziono do szpitali. Atmosfera w stolicy zgęstniała. Minister spraw wewnętrznych obawiał się dalszych zamieszek. Po głowie chodził mu najgorszy scenariusz: przerodzenie się zamieszek w wojnę domową.

Przesłuchania demonstrantów potwierdziły głęboki podział społeczeństwa. Okazało się, że ludzie uczyli się historii kraju z różnych podręczników. Obydwie strony były zgodne tylko w sposobie ocen sił i wydarzeń politycznych. O sobie mówili, że są obywatelami prawdomównymi i gotowymi do poświęceń dla ojczyzny jak Vasco Da Gama dla królowej Portugalii, przeciwników uznawali natomiast za ludzi zawistnych, roszczeniowych i nieodpowiedzialnych. Coraz więcej obywateli było przekonanych, że nastał okres buntu i desperacji.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 13: Kariera zawodowa Sefardiego

Po założeniu rodziny Sefardi utrzymywał się z napraw zegarków i zegarów, ich czyszczenia i regulacji, wymiany szkiełek i baterii. Robił to z konieczności, bo nie szło mu za dobrze. Po kilku latach postanowił zrezygnować z napraw, aby rzucić się w wir pracy badawczo-wynalazczej. W podjęciu decyzji pomogły mu wakacje na Sardynii. Wrócił opalony, wypoczęty i zrelaksowany wyjątkowo przyjemną podróżą.

– Jestem zbyt powolny i zapominalski, musiałem coś z tym zrobić – tłumaczył przyjaciołom po powrocie do domu. Uśmiechał się przy tym szeroko. Rzadko kiedy tryskał takim optymizmem.

Pełnię sławy zyskał dopiero wtedy, kiedy jego zegarek dwa razy z rzędu zdobył tytuł championa na Mistrzostwach Świata w Zegarmistrzostwie Ręcznym. Co cztery lata jego wynalazki pokazywano na Światowej Wystawie Zegarków w pozłacanej gablocie, strzeżonej przez grupę komandosów. Na wystawie był jego chronometr wskazujący czas logiczny. Wymagało to skomplikowanych przeliczeń i było możliwe dzięki układowi mikroprocesorów wymyślonemu przez Mistrza.

Czasomierze Sefardiego mierzyły i pokazywały wszystkie wymiary czasu, niektóre odkryte dopiero przez niego: czas biologiczny, czas astronomiczny i czas uniwersalny, powszechnie znany ludziom. Wynalazca przeczuwał, że istnieje jeszcze kompozyt czasu, coś w rodzaju czasu pośredniego, integrującego w sobie trzy podstawowe rodzaje. Było to tak skomplikowane zagadnienie, że Sefardi musiał opóźniać pracę, czekając na nowe odkrycia w różnych dziedzinach nauki.

Dużo czasu zajęło Mistrzowi opracowanie zegara mierzącego czas biologiczny, w szczególności czas zwierząt ewolucyjnie stojących najbliżej człowieka. Fakt, że goryl genetycznie jest podobny do człowieka w dziewięćdziesięciu siedmiu procentach, zachęciło Sefardiego do badań nad czasem małp człekokształtnych. Okazał się on podobny do czasu człowieka. Inne zwierzęta miały odmienne wskaźniki przebiegu czasu. Teoria gatunkowego zróżnicowania czasu była tak zawiła, że wymagała pracy naukowców z różnych dziedzin.

Po zapoznaniu się z klasyfikacją zwierząt Linneusza, Sefardi doszedł do wniosku, że każda kategoria istot żywych, włącznie z roślinami, ma swój własny czas, płynący z inną prędkością. Aby wyjaśnić swoją teorię Mistrz posługiwał się przykładem długowiecznego żółwia i człowieka.

– Wedle czasu kalendarzowego żółwie na wolności żyją nawet dwieście lat. Obiektywnie rzecz biorąc, nie żyją one dłużej niż człowiek, którego przeciętny czas życia wynosi siedemdziesiąt osiem lat. Czas żółwia płynie po prostu z inną prędkością, jest wolniejszy.

Słuchając teorii i wyjaśnień Sefardiego ludzie z łatwością dostrzegali jego genialność, byli jednak i tacy, którzy uważali go za zwykłego pomyleńca. Nie przeszkadzało mu to, ponieważ miał filozoficzne usposobienie. Uważał mianowicie, że geniusz i idiota znajdują się na tej samej skali rozumu, tylko na jej przeciwległych krańcach, czego wiele osób nie było w stanie zrozumieć.

Prowadząc zapisy ważniejszych wydarzeń własnego życia, rodzaj osobistego pamiętnika, Sefardi ustalił, że w miarę starzenia się czas człowieka przyśpiesza. Inaczej mówiąc, płynie on z różną prędkością w zależności od wieku. Mistrz starał się to zmierzyć konstruując specjalny rodzaj czasomierza. Pracę nad nim przerwał z przyczyn niejasnych dla rodziny i przyjaciół. Był to okres zwiększonych obowiązków, kiedy Sefardi angażował się coraz poważniej w działalność społeczną.

Przywódca Kościoła Hierarchicznego, Czarna Eminencja, uznał Sefardiego za cudotwórcę, obdarzonego przez Boga zdolnościami przerastającymi ludzkie możliwości, a z pewnością ludzką wyobraźnię. Eminencja nie obnosił się jednak publicznie ze swoją sympatią do wynalazcy z obawy, że zostanie opatrznie zrozumiany i oskarżony o bałwochwalstwo.

Penelopa, żona Sefardiego, nie była tak entuzjastyczna jak otoczenie i niekiedy wyrażała się o mężu dwuznacznie twierdząc, że jest stworzony do rzeczy wielkich, a nie do zwykłego życia. Niektórzy brali jej słowa za prawdę; znający ją lepiej przyjaciele domu przyjmowali je bardziej jako ironię, widząc jej zmrużone oczy, lekko zmarszczony nos i obniżone kąciki ust. Opinię Penelopy podzielała w pełni tylko jej pomocnica domowa, Sotera, która przynosiła Sefardiemu kawę lub herbatę i często z nim konwersowała.

W życiu prywatnym Sefardi był takim samym człowiekiem jak inni, mającym zainteresowania, hobby, rodzinę, radości i zmartwienia. Miał tylko trzy poważne problemy, które nazywał wyzwaniami, z którymi borykał się praktycznie nieprzerwanie. Były to bóle kręgosłupa, starzenie się i nienajlepsze wspomnienia z przeszłości. Dwa pierwsze były ze sobą powiązane.

Żaden z tych problemów nie stanął mu na drodze do osiągnięcia sukcesu finansowego. Wzbogacając kilka wielkich firm, nabywców patentów na jego wynalazki, zgromadził poważny majątek. Przyczyniło mu to więcej wrogów niż przyjaciół.

 

Kronika narodu wybranego. Odc 1: Początki zbuntowanej rzeczywistości

Od dłuższego już czasu męczy mnie pisanie blogów. Trudno jest mi znaleźć dobry sposób narracji i nurt spraw, o których mógłbym pisać z zadowoleniem i przekonaniem. Pomyślałem więc o opowiadaniu eksperymentalnym, swobodnym w narracji, opartym na prawdzie jak i na zmyśleniach, nawiązujące do fantazji jak i rzeczywistości, o treści częściowo wydumanej, częściowo zasłyszanej, częściowo opartej na obserwacji, stwarzającej domysły, dlaczego jest, jak jest, a nie inaczej, i jak mogłaby się sytuacja rozwinąć, gdyby ją trochę zmienić, czyli zorganizować tak, aby jednym się żyło dużo lepiej, a innym jeszcze gorzej, krótko mówiąc na wzór i podobieństwo naszego życia.

Mam nadzieję, że klarownym wstępem zachęciłem Czytelników do czytania zniechęcając równocześnie siebie do pisania. A może na odwrót? Sam już nie wiem. Tak czy inaczej, jest to eksperyment. Rząd na nas eksperymentuje, to dlaczego ja miałbym odmówić sobie tej przyjemności, tym bardziej, że przepadam za polityką, oszołomami i Freudem.

Dzieje narodu wybranego.. Cz. 1: Początki zbuntowanej rzeczywistości

Powieść w odcinkach.

Od czasu, kiedy pan Bóg przeszedł na emeryturę, Błądzącymi Nomadami wytrwale rządził, bez dnia wypoczynku dla siebie, swoich służących oraz samych podwładnych, pewien świątobliwy mąż. Kiedyś nosił imię i nazwisko, ale zrezygnował z nich, kiedy wszyscy członkowie plemienia – z wyjątkiem niewidomych i pijanych – na pierwszy rzut oka rozpoznawali w nim Świątobliwego. Bardzo mu to odpowiadało. Rozpoznawanie nie było trudne, ponieważ był charakterystyczny. Kiedy siedział i patrzył nieruchomo w przestrzeń, co było jego zwyczajem, usta zaciskały mu się w ukośną kreseczkę a na twarzy pojawiał się wyraz zamyślenia. Czasem do tego obrazu dochodził tulący się u nóg kot w upiornym czarnym kolorze, którego Świątobliwy uwielbiał, oraz łysiejąca siwizna, kiedy zapomniał przykryć kaszkietem głowę o kształcie radosnego księżyca.

*****

Było to dwadzieścia lat wcześniej i mało kto już pamiętał dzień wycofania się Stwórcy z aktywnego życia. System emerytalny składał się wtedy z wielu filarów, które okazały się za słabe, aby przetrwać próbę czasu. Sama wiadomość o wycofaniu się Najwyższego z aktywnego życia ukazała się w prasie i w Internecie, w którym każdy mógł pisać i publikować, co chce, i dlatego mogła zostać niezauważona, lub po prostu zignorowana.

Zapytany o powód przejścia na emeryturę, Stwórca miał powiedzieć:

– Zmęczyło mnie ciągłe użeranie się z wszystkimi palantami na ziemi. Co to za ludzie, co rozstrzeliwują po szkołach dzieci i nauczycieli, wycierają sobie gębę moim imieniem przy każdym swoim łgarstwie, zbroją się na potęgę, obżerają do nieprzytomności, kiedy inni masowo głodują, zaśmiecają biedną planetę do nieprzyzwoitości i mordują wszystkie cudowne zwierzęta, które stworzyłem na wzór i podobieństwo, w końcu wypinają się na konstytucję, podstawowy akt prawny, którego zasady przedstawiłem w zarysie w Dziesięciu Przykazaniach. To tałatajstwo na ziemi co innego myśli, co innego mówi i co innego robi. Miałem już dosyć tego bigosu.

Reporter prowadzący wywiad ujawnił, że Stwórca był tak zdenerwowany, że dodał jeszcze kilka niecenzuralnych słów, których on, przedstawiciel mediów z porządnym kodeksem etycznym, nie był w stanie przekazać ze względu na przyzwoitość, a jeszcze bardziej z uwagi na żonę, która była szczególnie wrażliwa na punkcie nazw opasłych zwierząt domowych, czynności fizjologicznych oraz części ciała ludzkiego.

Informacje na temat swojego najwyższego zwierzchnika kościół albo dementował, albo milczał jak katedralna krypta zdając sobie sprawę, że cisza stłumi wszystkie medialne krzyki, ochy i achy, jeśli tylko dać jej na to trochę czasu.

– Cisza, spokój, dobre żarcie i pieniądze. Bardzo to sobie cenimy – kilka dni później wyjaśnił w chwili szczerości pewien hierarcha relaksujący się na ocienionej palmami plaży nad Morzem Karaibskim. Jego oświadczenie nie zostało zauważone przez media, co prawdopodobnie nie miało znaczenia dla sprawy.

Wszystkie książki autora w Księgarni Merlin:  https://tinyurl.com/y7cza5nc

 

Knajpa Nieokiełznanej Szczęśliwości

Iwan Iwanowicz wybrał się na spacer po Folwarku Przyszłości. Opowiedział mi całą historię.

– Im bardziej zagłębiałem się w teren, tym głośniejsze stawały się wybuchy. Coraz głośniej szczekały też psy, ale inaczej niż w okresie świątecznych petard, bardziej entuzjastycznie. W końcu okazało się, że wybuchy dochodziły z dużej przydrożnej knajpy, a były to wybuchy autentycznej radości. Wewnątrz było pełno ludzi, wszyscy trzeźwi, niektórzy na klęczkach jakby szukali czegoś na podłodze, większość jednak wyprostowana, patrząca śmiało przed siebie, oczy rześkie, piersi wypięte do przodu jak u pijanego łabędzia lądującego na lodzie. Widać było, że rozpierała ich duma. Wznosili okrzyki:

– Żyjemy w kraju powszechnej szczęśliwości. Wszystko jest nasze. Niech żyje wielebny pan prezes! Niech żyje pani prezes trybunalska, kobieta wolności, nasz ukochany ideał.

Iwan Iwanowicz, człowiek starszej już daty i trochę już niecierpliwy, zapytał:

– Kim wy jesteście i co jest wasze, o czym tak głośno wrzeszczycie?

Obściskano go za to dwuznacznie, że niby taki mądry, a pyta o rzeczy oczywiste.

 Jesteśmy kwiatem narodu. Wszystko jest nasze – entuzjazmowali się zgromadzeni. – Mu tu rządzimy. Minister Sprawiedliwości jest nasz. Sędziowie są nasi. Sprawiedliwość jest nasza. Prezes, Premier i Trybunał są nasze. Parlament jest nasz, nasz wierny Marszałek decyduje tam o wszystkim. Prezydent jest nasz. Media są nasze, przynajmniej te najważniejsze. Do nas należy też Kościół, matka nasza. Nawet czarna noc jest nasza, dlatego pracujemy tylko nocą. Czy jest jeszcze coś, co nie jest nasze?

– Co to za knajpa? – zapytał Iwan Iwanowicz.

– To Knajpa Nieokiełznanej Szczęśliwości – odkrzyknęli gremialnie zebrani zdmuchując pianę z kufli piwa prosto w twarz Iwana Iwanowicza.

– Robili to dla żartu, oczywiście – wyjaśnił Iwan Iwanowicz. Kiedy to mówił, oczy mu ściemniały, nie wiadomo czy z gniewu, czy z przerażenia.  

Czas rwie naprzód jak koń trojański. Ciąg dalszy wariacji.

– Czas jest po naszej stronie – ogłosiła Partia Wciąż Zwycięska czyli PWZ. Czytam właśnie „Rok 1984” Orwella i domyślam się o jaką partię chodzi. Jest ich kilka, ale tylko ta jest na przodzie. Te w opozycji trudno nazwać partiami, bo się jednoczą, ale wciąż pozostają w rozsypce. Jedna ma nawet w godle mężczyznę o uśmiechu zajączka, którego ludzie chcą zwolnić obowiązków. Ludzie stali się nachalni, mają roszczenia. Drugi przywódca chyba sam się zwolnił. Każdy ma prawo zmęczyć się i wypocząć.

Przyjmuję do wiadomości, że czas jest po naszej stronie i wiem nawet dlaczego. Jeśli jest po naszej, to jest – tak myśli suweren.

– Jeśli Suweren myśli bez zahamowań, to dlaczego ja miałbym się hamować. Nikt nie lubi być hamowany, być hamem, ani hamulcowym.

Nieprzerwane zmiany. A to pogoda, a to gabinet. Podobno już tylko czas jest niezmienny. Przeszły, teraźniejszy i przeszły. Zastanawiam się. Przeszłego już nie ma, bo już minął, teraźniejszy właśnie mija, przyszły dopiero będzie. Krótko mówiąc, czasu też nie ma.

– Co więc jest? – Słyszę pytanie. Chyba z kosmosu.

– Są zmiany – pada odpowiedź, z wnętrza kraju. Głównie z kościoła. Są nowe interpretacje. Kiedy słyszysz: „Chwalcie Pana” nie znaczy to już "Najwyższego", ale "Prezesa". Tak to interpretuje Partia Wciąż Zwycięska pełnymi ustami rzecznika i sekretarki w randze ministrów. Wreszcie jest równość – myślę. Marks by się cieszył. Lenin chyba też. Stalin? Nie wiem, mało go znałem.

Mamy nowe relacje z Zachodem. Jest on jakby mniej opryskliwy, nie tak niechętny. Dotychczas to my do niego z chlebem prawdy, a on do nas z pałką oskarżeń. Teraz nawet uśmiecha się, zwłaszcza twarzą dużego faceta, z nową brodą, tego ważniaka, zdaje się wiceprzewodniczącego, Holendra.

– To dobrze – tak wszyscy mówią. Wreszcie Zachód zrozumiał, że był niedoinformowany i w końcu wyprowadził się z błędu.

– Nie wiem, czy to dobrze. Bo co mi z tego? Stałem się egoistą, zhardziałem i chciałbym, aby ktoś na nas nakrzyczał. Nie na PWZ, ale na nas, na naród, że sobie nie radzimy. Broń Boże na Kościół, który teraz głowę wychyla zza węgła i zachęca, raz nawet purpurowymi ustami, aby przyjmować uchodźców.

Kończę, bo mam jeszcze buty do pomalowania tłuszczem przeciwśniegowym. Też ważne, bo człowiek przebywa albo w butach, albo w łóżku. Rzadko boso, bo wtedy najchętniej fika, a tego w czasach poważnej polityki wobec Zachodu nie wypada czynić.

Michael Tequila w księgarniach:

  • Sędzia od Świętego Jerzego (powieść),
  • Klęczy cisza niezmącona (poezje),
  • Niezwykła decyzja Abuelo Caduco (humoreski i opowiadania).

Najtaniej w księgarni internetowej "Znak" https://goo.gl/uC5orq. Kupuj, póki nie za późno. Cenzura nie śpi. Czarna lista wciąż w obiegu. 

Chrzest z ciepłymi wspomnieniami. Część 2 plus kilka słów o grzechu.

Słowa księdza kierowane do dzieci, nieświadomych bohaterów chrztu, zawierały znaczące elementy wiedzy i poezji. Czytając je należy wziąć poprawkę, że mogą być wyrwane z kontekstu, choć wyrywałem je bardzo ostrożnie. Są jednak autentyczne i objawiają ducha komunikacji religijnej z poetami i prozaikami: „Jesteście zaproszeni do udziału w nieskończoności”, „rozpoczynamy od egzorcyzmów”, chrzest to „nuklearna tarcza boża”, „dzieciaczki w pierwszej linii, bo rękę mam krótką”, „uwalnia je od skazy grzechu pierworodnego”, aby „otrzymali życie z wody i ducha świętego”. Księży język zbrojny był w poezję i moc sprawczą.

Kiedy ksiądz zwrócił się do rodziców: „Wyrzeknijcie się grzechów”, a oni głośno i zdecydowanie potwierdzili „Wyrzekamy się”, odpowiedź uznałem za niebezpiecznie twórczą. Wyrzec się grzechu to tak, jakby zdecydować się nie jeść. Nie śledziłem dalszych dziejów rodziców, podejrzewam jednak, że ich obietnica nie w pełni była uczciwa. Mam nadzieję, że pan Bóg jej nie słyszał, bo by nie uwierzył.

Na scenę przywołany został Szatan. Mało go znam, ale dużo o nim słyszałem. Pojawił się w pytaniu księdza: „Czy wyrzekacie się Szatana, który jest głównym sprawcą grzechu?”. Wyrzekłem się go razem z innymi, choć wiem, jak trudno jest powstrzymać się od grzechu, który jawi się w tylu postaciach, że trudno spamiętać: agresywności, krzyku, podejrzliwsi, niecierpliwości, kłamstwa. Wiem coś o tym, bo nie jestem bez winy. Wypada mi przypomnieć listę grzechów głównych: pycha, chciwość, nieczystość, zazdrość, nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu, gniew, lenistwo. „Nazywa się je „głównymi”, ponieważ powodują inne grzechy i inne wady, a także są podłożem, na którym może powstać i rozwinąć się wiele innych występków, nieprawości, zaniedbań” (Wikipedia). Hieronim Bosch przedstawił to pieknie na swoim obrazie „Siedem grzechów głównych”.

hieronymus_bosch_siedem_grzechow_glownych

Nie wypada mi, obserwatorowi i samozwańczemu protokolantowi jednej mszy i wielu chrztów, przeciągać struny cierpliwości, dlatego przyśpieszę akcje przypomnieniem żołnierskiego zawołania księdza. Tak mnie ono urzekło, że zapisałem je sobie po kryjomu: „Teraz rodzice w lewo zwrot, tu jest chrzcielnica i zaczynamy! Odtwórca głównej roli przemawiał głosem dowódcy, który doskonale pamiętam z przeszłości: przeciągał, akcentował i wyróżniał zgłoski barwą głosu. Chrzest nabrał charakteru prostej żołnierskiej uroczystości, gdzie ważna jest szybkość, skuteczność i zgodność z regulaminem. Do głowy przyszła mi myśl, że prowadzący być może jest po kielichu wina (Jeśli był to kapelan, to to go rozumiem. Kapelan jest i kapłanem i żołnierzem, czasami urzekająco wysokiej rangi). Padały słowa: „Anno Mario! Ja ciebie chrzczę”, a zaraz potem „Proszę następne dzieciątko”. „Dzieciątko” było ulubionym i jednym określeniem płci niemowlęcej. Wezwani zbliżali się niesieni przez rodziców, jeden po drugim. W międzyczasie chór intonował: Gloria, gloria, gloria!

Zakończenie uroczystości nie było dramatyczne. Zapadło jednak w pamięć, co odczuły osoby wrażliwe, do których niechcący zaliczyłem także siebie. Duchowny w czerwonej komży z jasną, prawie białą stułą, w okularach, które wyróżniają współczesnych kapłanów od wcześniejszych, kiedy Zeiss jeszcze nie produkował soczewek, podsumował: „Żadne ciemności nie przeszkodziły, ani nie utrudniły. Wszystkie dzieciątka dotarły do celu!”, po czym zaintonował: Alleluja. Pojawiły się żywe oklaski. Chyba dawno nie byłem już w kościele, ponieważ ten przejaw spontaniczności mnie zaskoczył.

Chrzest z ciepłymi wspomnieniami. Część 1.

Uczestniczyłem w ceremonii chrztu, która odświeżyła moją wiarę, gdyż własnego nie pamiętam. Był to chrzest hurtowy; chrzczono wiele dzieci. Mój własny chrzest był detaliczny; byłem wówczas jedynym aktorem, postacią oczywiście pozytywną podobnie jak wszystkie niewinne dzieci. Czasy zmieniły się, co zauważam jako pisarz wnikający w treść przemian społecznych podobnie jak Maria Konopnicka, Bolesław Prus i Eliza Orzeszkowa. Pasja jest we mnie podobna; brak mi tylko ich sławy. To przychodzi pośmiertnie niekiedy wraz z pieniędzmi, co ucieszy pokolenia zstępne.

Na początku była ciemność korytarza wejściowego, a potem był chaos, niewielki ale zauważalny. Przy samym ołtarzu panował tłok, nie można było dostrzec aktu chrztu ani jego główny aktorów: dzieci, księdza, rodziców biologicznych i chrzestnych.

Wielki kościół, historyczny zabytek, surowy z zewnątrz jak samo średniowiecze, z niezwykłe długą nawą główną, wielką ilością rzeźb, obrazów i złoceń po obydwu stronach nawy oraz światłami kandelabrów, imponował nastrojem i rzeszami wiernych. Wypełnili oni wszystkie ławki, sporo też paradowało z wózkami dziecięcymi w tylnej części kościoła.

Czytanie „Z dziejów apostolskich” nie wydało mi się tematycznie dobrane do przewodniego wątku uroczystości. zapamiętałem słowa: „Herod zaczął prześladowania, … ściął głowę Jakubowi, … pojmał Piotra”.

Słowa księdza celebrującego uroczystość zapadły mi w pamięć. Może dlatego, że niezbyt często chodzę do kościoła, czego sobie bynajmniej nie chwalę. Uroczystość chrztu wydała mi się wspaniałym teatrem. Nie piszę tego krytycznie, gdyż teatr jest znakiem naszych czasów: występy publiczne, uliczne i restauracyjne (połączone z nagrywaniem gości), happeningi, demonstracje i „manify”, Jarosław Kaczyński z jego inkwizycyjną walką ze złem, parady gejów i lesbijek, których to odszczepieńców od miłości tradycyjnej papież Franciszek obejmuje postulatem miłości bliźniego. Z wszystkich objawów teatralności współczesnego świata, jedynie papież Franciszek jest dla mnie autentyczny i prawdziwy.

Treści głoszone przez księdza zaskoczyły mnie nieco. Zachowałem je wiernie w pamięci, aby podzielić się z Wami, drodzy Czytelnicy. Oto niektóre z nich: „Mówić o Bogu prawdziwym, a nie fałszywym”, chrzest ma na celu pomóc dziecku, aby nie wyrósł z niego „człowiek bylejaki, letni”.

Postać księdza-celebranta przywołała w mej pamięci liczne wspomnienia z czasów studenckiej służby wojskowej, która była nużącym jednodniowym lecz cotygodniowym zajęciem w Studium Wojskowym Politechniki Gdańskiej, lecz zarazem sceną spontanicznej rozrywki oferowanej przez studentów-plastyków. Zachowałem ich we wdzięcznej pamięci jako utalentowanych aktorów, reżyserów i statystów dziejów lokalnej wojskowości PRL.

Ksiądz mi przypomniał owych studentów-artystów pewną teatralnością, zaś głosem i sformułowaniami oficerów prowadzących zajęcia. Były to osoby wybrane, wojskowi od kapitana do pułkownika, rzadko kiedy trafił się jakiś zagubiony poruczniczyna. Studenci stanowili oczytane i wymagające audytorium, dlatego też na scenie przeciwstawiano im aktorów doświadczonych i zahartowanych w działaniach teatru wojny za żelazną kurtyną.

C.d. nastąpi dzisiaj, być może jutro.-J

Prawie noworoczny wywiad z Przewodniczącym PiS

Koniec roku jest czasem podsumowań. Zebrania myśli, zastanowienia się, gdzie jesteśmy i dokąd zmierzamy. Większość z nas ma swoje własne poglądy, niektórzy wolą kierować się poglądami innych osób, które uważają za przywódcze i wizjonerskie.

Przewodniczący PiS, które jest drugą siłą polityczną w Polsce, okazał się osobą otwartą i szczerą. To raczej rzadka cecha u polityka. A może miałem szczęście uzyskując ten wywiad?

Panie przewodniczący! Jestem zaszczycony Pańską zgodą na udzielenie wywiadu.

Nie ma za co dziękować. To mój pierwszy wywiad udzielany przedstawicielowi Australii. Proszę zadawać pytania, bo mam mało czasu. Chyba pan wie, że jestem bardzo zapracowany. Nie mam nawet czasu chodzić na posiedzenia Sejmu. Są one zresztą nudne i małowartościowe.

Proszę mi wobec tego powiedzieć, nad czym pan teraz pracuje. Setki tysięcy osób pasjonuje się Pańską działalnością.

Pracuję nad nową strategią mojej partii, która w najbliższych wyborach parlamentarnych powali na kolana Platformę Obywatelską. Ich rząd od dłuższego czasu trzeszczy w szwach.

Skąd to trzeszczenie?

To pan nie wie? Afera goni aferę, nadużycia, nieudolność, niekompetencja, niemoc, wyprzedaż majątku narodowego, złodziejstwo, fatalny stan gospodarki, nieporadność, impotencja, indolencja, drętwota, letarg, marazm i apatia. Mógłbym jeszcze wymieniać dłużej. Ale po co?

Strasznie dużo tego „nie”. Czy pan widzi w działaniach rządu choćby jedną pozytywna rzecz?

Nie, nie widzę. A pan? Jeśli pan widzi, to niech pan wymieni.

Spróbuję. Na przykład budowa autostrad, mostów i wiaduktów. To kawał rzetelnej roboty. Większość osób tak uważa. A drugie, to dobra organizacja Mistrzostw Europy w Piłce Nożnej.

No, ale pan zalał! W naszej ocenie to dwie największe klęski ostatniego dwudziestolecia. My zbudowalibyśmy autostrady wcześniej, więcej, lepiej i dużo taniej. A mistrzostwa? Przecież to gorzej niż nędza. Na samym początku haniebna klęska. Minister Sportu zupełnie nie przygotowała polskiej drużyny do mistrzostw. Mógł jej w tym pomóc premier, ten piłkarz od siedmiu boleści. To akt zdrady narodowej. Rząd zrobił wszystko, aby tylko przypodobać się Niemcom i Rosji.

Nad czym skoncentruje się PiS w przyszłym roku?

Na dobrej robocie.

A konkretnie?

Na pogłębianiu patriotyzmu, odbudowie tożsamości historycznej, wyjaśnieniu przyczyn katastrofy lotniczej pod Smoleńskiem, ściągnięciu wraku samolotu do kraju, budowie pomników ofiar katastrofy, przemarszach pod Pałac Prezydencki dla podtrzymania wiary i patriotyzmu.

Toż to prawie wszystko sprawy przeszłości! A gdzie sprawy dnia dzisiejszego? I najbliższej przyszłości? Zdobycie i dobre wykorzystanie dotacji z Unii Europejskiej, ochrona zdrowia, leki, edukacja, bezpieczeństwo obywateli, zwalczanie bezrobocia, rozwój infrastruktury, pomoc dla osób najuboższych, poprawa sytuacji osób niepełnosprawnych, poprawa funkcjonowania kolei, ułatwienia dla biznesu, usprawnianie aparatu sprawiedliwości, kultura i tysiące innych podobnych spraw.

Nie musi pan mi o tym przypominać! Sam wiem o tym najlepiej. Zajmiemy się tym, kiedy dojdziemy do władzy. Dzisiaj są sprawy ważniejsze. Te, które wymieniłem.

Kto wam będzie wam pomagać w realizacji waszych celów?

Te grubo ponad 30 % obywateli, które według sondaży popierają PiS oraz postępowe grupy kościoła i społeczeństwa. Wiem także, że rząd USA pozytywnie ocenia nasze inicjatywy.

Czy pan może wymienić te postępowe grupy kościelne?

Oczywiście. To wszyscy wiedzą. To Ojciec Rydzyk, jego kościół, jego radio, jego telewizja, jego wierni. Poza tym kilku biskupów i wielu księży parafialnych w mniejszych miejscowościach.

Czy zwróci się pan o pomoc także do Piotra Księdza Natanka? Ostatnio jest głośno o nim.

Dlaczego by nie? To bardzo postępowy duchowny. I wykształcony. Jest doktorem habilitowanym. Mówi prawdę wszystkim w oczy. To niektórym się nie podoba. Nie boi się mówić o grzechu, diable, jaskrawym malowaniu paznokci, tatuażach, muzyce techno i heavy metal, i o Szatanie. A wie pan chociaż, kogo on ma namyśli wymieniając Szatana.

Nie mam pojęcia.

Obecny rząd. Nie powiem, że polski rząd, tylko obecny rząd. Z premierem na czele.

Czy zaangażowanie Kościoła w sprawy doczesne to dobra rzecz dla państwa i obywateli?

Oczywiście, że tak. Kościół musi zaangażować sie głębiej w politykę i sprawy interesu narodowego, po to abyśmy mogli wspólnie odsunąć od władzy ludzi nieuczciwych, kłamliwych, nieumiejących rządzić. To nie są prawdziwi patrioci. To oni pogrążają nasz kraj w ciemnocie, ubóstwie i głupocie. My doprowadzimy kraj do dobrobytu i szczęścia. Moja w tym głowa!