Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 107: Tajemniczy posługacz

Badanie próbki pobranej z urny potwierdziło obecność szczątków ludzkich przemieszanych ze spalonym drewnem, niezwykle rozdrobnionym, jakby materiał polano benzyną lub spalono w piecu w wysokiej temperaturze. Wyniki badań DNA miały być gotowe dopiero za kilka dni. Policja miała już jednak dowód wskazujący, że ciało zmarłego mogło być spalone nie w krematorium, ale na stosie. Pojawiło się pytanie, jeśli tak stało się w istocie, to kto i jak dokonał podmiany. Zakład pogrzebowy i krematorium stały się ponownie obiektem zainteresowania policji.

Z rana komisarz zgłosił się niezapowiedziany u właścicielki zakładu pogrzebowego. Nie oddał kluczy, wyjaśniając, dlaczego musi je zatrzymać i to na kilka dni. Z grzeczności, bardziej pozorowanej niż prawdziwej, zapytał, czy nie spowoduje to komplikacji w pracy zakładu pogrzebowego i jej działań, jako wykonawczyni testamentu.

Anastazja Godano nie dała poznać po sobie, czy nakaz przeszukania zakładu i dochodzenie ją zaskoczyły czy nie. Patrzyła niemo na policjanta, jakby chciała go zapytać, po co to wszystko. Powiedziała:

– Ma pan nieograniczony dostęp do dokumentów i pracowników. Ostatecznie nie dziwią mnie poczynania policji po tych wszystkich sensacyjnych doniesieniach i nonsensach, o których pisze prasa, ludzie dyskutują na forach dyskusyjnych i ciągle łomocze telewizja i radio. Sefardi Baroka był celebrytą i miał swoich wrogów. Jeśli będę panu potrzebna, proszę dać mi znać. Mogę być czymś zajęta, ale postaram się odpowiedzieć jak najszybciej. Podobnie jak pan mam swoje obowiązki.

*****

Śledztwo w sprawie nielegalnego spalenia ciała na stosie przeniosło się do zakładu pogrzebowego. Pytaniem było, kto i w jakich okolicznościach wykradł ciało z zakładu i jak to się stało, że nie spalono go w piecu krematoryjnym. Policja szybko zdobyła zdjęcia mężczyzny przygotowującego ciało do pochówku. Był to Hindus, posługacz pogrzebowy, którego znalazł Sefardi. Kto go zatrudnił, nie było wiadome. Mężczyzna nazywał się Raj Kumar Patel i przyjechał do Nomadii z Wielkiej Brytanii.

Patel był nazwiskiem popularnym wśród osób pochodzących z grupy etnicznej Gudźarati. Pracownicy krematorium słyszeli go kilkakrotnie mówiącego przez telefon obcym, niezrozumiałym językiem. Posługacz mówił także po angielsku, z owym miękkim akcentem, którego żaden Hindus nigdy się nie wyzbędzie. To on miał przygotować ciało do kremacji wedle obrzędów hinduistycznych. Przewidziana była kremacja na miejscu, w piecu krematoryjnym zakładu, tym niemniej – zgodnie z życzeniem Sefardiego – ciało miało być umyte, ubrane i przygotowane tak, jakby miano je spalić na tradycyjnym stosie pogrzebowym dokładnie jak w Indiach. Scenę mycia i ubierania zwłok zarejestrowała kamera typu przemysłowego, którą policja znalazła w szafce w szatni. Było to dziwne przede wszystkim dla pracowników, ponieważ zakład pogrzebowy nie miał kamery przemysłowej.

– Kamera jest nam zupełnie niepotrzebna, bo nie ma tu nic do obserwacji. Tu przygotowuje się zwłoki do pogrzebu albo kremacji. To mało ciekawe. – Wyjaśniali pracownicy pytani, skąd wzięła się kamera.

Część nagrania została usunięta. Wyglądało to tak, jakby w trakcie nagrywania Hindus zorientował się, co się dzieje i przykrył kamerę kawałkiem materiału. W nagraniu pozostał chyba tylko przez przypadek fragment jego twarzy i sylwetka. Wystarczyło to policji do identyfikacji podejrzanego. Natychmiast zaczęto go poszukiwać. Jego wygląd, szczególnie ciemnobrązowa karnacja, był tak charakterystyczny, że bardzo szybko ustalono jego dalsze działania. Mężczyzna wyjechał z kraju późnym wieczorem, kilka godzin po zakończeniu uroczystości symbolicznego spalenia ciała na stosie nad rzeka Yati. Poszukiwano go na mocy oskarżenia o wykradzenie ciała z zakładu pogrzebowego w celu dokonania nielegalnego spalenia. Poszukiwany odleciał prosto do Indii pierwszym samolotem udającym się w tamtym kierunku. Ślad urwał się na lotnisku w New Delhi, gdzie tajemniczy podróżny przekroczył bramkę odprawy paszportowej.

– Jego paszport był prawdopodobnie skradziony i sfałszowany – oświadczył pracownik ministerstwa sprawiedliwości zajmujący się sprawą w stolicy Indii. Nie umiał wyjaśnić, dlaczego uważał paszport za sfałszowany z wyjątkiem stwierdzenia, że to częsta praktyka. Zapytany o możliwości dalszych poszukiwań i znalezienia oskarżonego mężczyzny wyjaśnił machając ręką w geście rezygnacji, że nie ma to najmniejszego sensu.

– W Indiach mieszka grubo ponad miliard ludzi. Pięć milionów mniej, pięć milionów więcej, jakie to ma znaczenie? Pan wie, ile to jest cyfr?

Mimo kiwnięcia głową na „tak” przez rozmówcę, policjant podszedł do białej tablicy i czerwonym mazakiem cierpliwie wypisywał wielkimi kulasami wymienione przez siebie liczby. Kiedy skończył, dodał:

– Musiał być ucharakteryzowany, to prawie pewne. Pan wie, mamy Bollywood, coś takiego jak Hollywood, tylko w wersji hinduskiej. Ludzie oglądają filmy i szybko się uczą, jak świat się kręci. Nie poznamy jego prawdziwej twarzy. – Rozłożył ręce w przekonywającym geście takiej bezradności, że każdy uwierzyłby w niemożność znalezienia człowieka.

Śledztwo przeprowadzone w zakładzie pogrzebowym pani Godano, gdzie oficjalnie dokonano kremacji, nic nie dało. Nie złamano żadnych procedur, kremacja wedle zapisu została przeprowadzona w piecu, gdzie temperatura była tak wysoka, że nie pozostał najdrobniejszy ślad czegokolwiek nadającego się do analizy DNA. Czynność wykonał pracownik zakładu pracujący w zakładzie od lat.

– Czy otwierał pan trumnę przed samą kremacją? – Zapytał policjant.

– Nie było potrzeby. Trumna była prawidłowo oznaczona, nie było żadnej wątpliwości, co do jej zawartości. Ponadto tego dnia nie mieliśmy żadnego innego nieboszczyka do kremacji – wzruszył ramionami, jakby uważał, że policjant sili się na sprawdzanie faktów nie budzących żadnych wątpliwości.

Do bogatej biografii Mistrza doszedł dodatkowy wątek: kremacja ciała w dwóch różnych miejscach. W dodatku prochy o identycznym składzie chemicznym znalazły się w trzech urnach. Nie było wiadome, czy były to pozostałości po jednej kremacji, czy też ktoś gruntownie wymieszał popiół z dwóch różnych miejsc spalenia i złożył je w trzech urnach. Nikt nie miał pojęcia, co się stało. 

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 92: Ceremonia pogrzebowa

Szczegóły ceremonii pogrzebowej ustalił osobiście Sefardi w testamencie. Anastazja myślała o nich nieprzerwanie. Była jedyną osobą znającą tajemnicę jego śmierci. Wszystko to brzmiało paradoksalnie. Sprawca wydarzenia był zarazem oprawcą i ofiarą. Tak było w istocie, ponieważ to on z własnej i nieprzymuszonej woli wydał na siebie wyrok śmierci i go wykonał. Taka była logika i prawda faktów. Był oskarżycielem, sędzią i katem.

Oficjalnie zmarł na zawał serca. Nikt tego nie podważał, bo było to prawdą, tylko uszczuploną o okoliczności, w jakich nastąpił. W świadomości publicznej pozostał jako zawałowiec, nieszczęśnik, jakich w każdym kraju są tysiące. Jego perwersja, Anastazja wiedziała, że sam nigdy nie pomyślałby tak o sobie, wyrażała się w czymś innym; nie tylko wydał na siebie wyrok i dokonał egzekucji, ale również określił szczegółowo, jak będzie wyglądać ceremonia pożegnalna. Nie myślała, że mógł w tym być ukryty cel, tajemnica.

Organizację pogrzebu opisywał w szczegółach testament Sefardiego, obszerny dokument przygotowany z wielką starannością przez Kancelarię Prawną Santano i Synowie, łącznie ze zdjęciami, rysunkami i schematami.

– To najdłuższy testament, jaki przygotowywaliśmy w naszej pięćdziesięcioletniej historii. – Z dumą oświadczył Anastazji właściciel kancelarii. – Wystąpiliśmy do Księgi Rekordów Guinnessa o uznanie go za rekord świata.

Na życzenie testatora wykonawcą testamentu była Anastazja Godano. Było to życzenie rozważne w zamyśle i mądre w praktyce, ponieważ cieszyła się ona sławą osoby kompetentnej i uczciwej w realizacji zleceń klientów, osób żyjących, jak i ich zmarłych podopiecznych. O zażyłości Anastazji z autorem testamentu wiedziano tylko tyle, że się dobrze znali i przyjaźnili, nic więcej. Ważną wytyczną testamentu było dokonanie tradycyjnej kremacji ciała. Właściciel kancelarii upewnił się co do prawidłowego rozumienia decyzji zmarłego przez wykonawczynię testamentu.

*****

Pożegnalna uroczystość powiązana ze stypą była imprezą prywatną, za zaproszeniami. Wśród gości znaleźli się, oprócz najbliższej rodziny i przyjaciół, także wytypowani przez Sefardiego oficjele: przedstawiciele parlamentu i rządu, krajowych i międzynarodowych stowarzyszeń wynalazców, związków pisarzy i poetów, fanklubów Sefardiego Baroki, bibliotek jego imienia oraz różnych innych organizacji, których związki ze sztuką zegarmistrzowską, wynalazczością oraz pisarstwem wymagałyby udowodnienia, jeśli to w ogóle miałoby sens. Wszyscy otrzymali zawiadomienia na czas, choć nie było go za dużo i prawie wszyscy przybyli.

– Każdy marzy o tym, aby być tam, gdzie są kamery telewizji, celebryci, dziennikarze i solidny poczęstunek. Ludzie lubią otrzeć się o sławę, choćby i pośmiertną, i zobaczyć swoją facjatę w telewizji nawet wtedy, kiedy nie jest najbardziej urodziwa. Powiedzmy to szczerze, niektórzy ludzie mają oblicza podobne do ryja, choć żadna świnia nie jest z ryja podobna do człowieka. Świat biologiczny jest pokręcony – Skomentował Iwan Iwanowicz, przyjaciel zmarłego, w trakcie ceremonii pogrzebowej, tego dnia wyjątkowo mrocznie nastawiony do rzeczywistości. Zapytany, czemu nie wyrazi tego poglądu publicznie, odparł niechętnie: – Czy podobałoby się panu, gdybym publicznie porównał pańską twarz do ryja? Awanturę z trudem udało się zażegnać.

Miejscem ceremonii była posiadłość nad rzeką Yati, niezbyt szeroką w tym miejscu, lecz o głębokim i wartkim nurcie. Teren podobał się Mistrzowi tak bardzo, że zadłużył się, kupił posiadłość i kazał ją ogrodzić. Zrobił to kilka lat wcześniej w tajemnicy przed rodziną i przyjaciółmi. Teren opadał stopniowo ku rzece, przez co była ona idealnie widoczna ze wszystkich stron. Brzeg po drugiej stronie rzeki był niezabudowany, podobnie jak w Varanasi nad brzegiem Gangesu, świętym mieście nad świętą rzeką wszystkich Hindusów.

Kiedy przybyli goście, nad rzeką stał już stos pogrzebowy, na którym symbolicznie miano dokonać spalenia zwłok tak jak praktykuje się to od wieków w Indiach. Zgodność ceremonii z tradycją hinduską potwierdzały szczegóły: wielkości i kształt stosu pogrzebowego, gatunek drewna, sposób rozniecania ognia oraz rytuały religijne wykonywane przez sprowadzonych aktorów i statystów, autentycznych Hindusów. Ceremoniał potwierdzał historyczną i geograficzną rzeczywistość, którą Sefardi dokładnie przestudiował w trakcie kilku wypraw do Indii. Mistrzami ceremonii byli aktorzy, zawodowi i amatorzy, bez wyjątku wyznawcy hinduizmu, których Mistrz – nie bez trudu – wyszukał na terenie Nomadii. W kraju nie brakowało Hindusów, wyzwaniem było ich znalezienie i przekonanie do udziału w ceremonii. Zaproszonym gościom wręczono „Program Ceremonii Pożegnalnej”, kolorowy folder z opisem kolejnych zdarzeń, wyjaśnieniami terminów w języku arkadyjskim i sanskrycie oraz nazwiskami i miniaturowymi zdjęciami aktorów.

*****

Pierwsza była scena śmierci. Postać zmarłego odtwarzał Hindus tak sugestywnie przypominający Mistrza, że goście zgromadzeni na otwartej przestrzeni szeptali niespokojnie wskazując go palcami. Aktor symulował nagły atak serca, upadając na ziemię w przejmujących drgawkach. Była to scena pełna dramatyzmu. Rodzina ułożyła zmarłego na macie zgodnie z tradycjami rodziny i lokalnej społeczności. Wynajęci sprzątacze i kucharze przygotowywali dom, potrawy oraz obsługiwali gości uczestniczących w uroczystościach.

Ciało zmarłego przetransportowano i powierzono firmie pogrzebowej, gdzie posługacze z najniższej warstwy społecznej Dalików umyli je i ubrali w białą tunikę i białe spodnie. Ze stosu stanowiącego centralny obiekt sceny pogrzebowej, wystawał fragment białej materii. Któryś z zaproszonych gości zrobił głośno uwagę, że ukryto tam ciało Sefardiego Baroki. Natychmiast go uciszono w sposób niepozostawiający wątpliwości, że nikt nie życzy sobie niesmacznych insynuacji.

Do domu pogrzebowego przybywali członkowie rodziny, przyjaciele i znajomi zmarłego, aby złożyć mu wyrazy szacunku i pożegnać się. Każdy z nich złożył kwiat w trumnie stojącej na postumencie kilka metrów przed domem w sposób ułatwiający procesji poruszanie się w koło. Rodzina i zaproszeni goście ubrani byli na biało. Czarny kolor, w odróżnieniu od tradycji nomadyjskich, byłby niestosowny.

 

Wakacyjno-patriotyczne uniesienia majowe. Rozmowy przy ognisku.

Krótkie jak senne marzenie wakacje spędziłem w gospodarstwie agroturystycznym; odświeżyły mnie one bardziej niż pół tuzina butelek zimnego piwa chmielowego z Lubelszczyzny. Wieś była tak mała, że na mapie jej nazwa była wielkości łebka od szpilki. Dojazd był zaszyfrowany; mogę zdradzić tylko, że po drodze była stara i nowa gorzelnia, sześćdziesiąt znaków drogowych, trzy ostre zakręty, zielony dach i dwa dęby. Jadąc, aby nie zagubić się, liczyłem domy. Naliczyłem co najmniej trzy.

Na miejscu zastałem szlaban z solidną kłódą i łańcuchem przy wjeździe, a za nimi dobrze utrzymane obejście. Agro było więcej niż turystyki. Wokół sama przyroda; z techniki zauważyłem tylko kilka samochodów osobowych, potem także naczynia kuchenne i siekierę. W centrum posiadłości, usytuowanym na jej początku, stał stuletni drewniany dom, nieco dalej stajnia z drewutnią, a w stajni boksy dla koni wielkości małych boisk. Koni nie było. Właścicielka majątku wyjaśniła, że konie tak się rozbisurmaniły luksusem, że pewnej księżycowej nocy wybrały wolność. Z jej słów wynikało, że koń to zwierzę z nadprzyrodzonymi zdolnościami. Nie głoszę tego powszechnie, bo kościół mógłby się sprzeciwić.

Przed wjazdem do posiadłości znajdował się staw, wyglądał tajemniczo, porośnięty drzewami i pokryty żabim skrzekiem. Żaby dawały bezpłatny koncert.

Mnie się wydało, że słyszałem dźwięk malutkich organów i utwory Haendla, Bacha

i Brahmsa, wyłącznie muzyka poważna, inni, że było to tylko kumkanie, wprawdzie artystyczne, ale nieporównywalne z trzema wielkimi kompozytorami, w dodatku Niemcami, co mogło by nie spodobać się rządowi.

Towarzystwo było nieliczne, ale doborowe. Wkrótce rozpalono ognisko, zaczęło się pieczenie kiełbasek i niesamowite opowiadania. Wszyscy opowiadali o swoich przeżyciach, niektóre z nich tak mroziły krew w żyłach, że poczułem dreszcze. Skojarzyłem to sobie z nagłym oziębieniem atmosfery, nie wiem czy słusznie.

Najciekawiej i najwięcej opowiadał kapitan żeglugi dalekomorskiej, podwodnej i nawodnej oraz rybackiej, obwieszony orderami i medalami. Jak się okazało, był to książę krwi spokrewniony z maharadżą Udaj Singh Dygnijmy z północnych Indii. Potwierdziła to pani, która rozmawiała z kucharzami księcia. Była w księciu zakochana, chciała nawet popełnić samobójstwo, kiedy dowiedziała się, że jest żonaty i ma sześcioro dzieci. Aby odwieść ją od tego strasznego planu, który oprócz jej życia mógłby zrujnować także jego nieposzlakowaną reputację, książę oddał jej najcenniejszy order. Powiedziała, że nosi go nieprzerwanie na sercu, choć jest nieco ciężki i uwiera ją w pierś.

– Kobieta jest zdolna znieść w wszystko – oświadczyła z dumą, wspominając także pewną wybitną kobietę polityczną, prawdziwego męża stanu, która na piersi nosiła niezliczone kilogramy broszek, medalionów i kotylionów.

Panie obecne przy ognisku potwierdziły, że cierpienie jest ulubioną formą rozrywki każdej dojrzałej kobiety, podając liczne przykłady cierpienia, które je uszlachetniło. Wzruszeni mężczyźni nagrodzili to oklaskami; trwałyby one znacznie dłużej, gdyby nie zmęczenie, jakie wzięło górę nad duchowym uniesieniem.

Wśród gości objawiły się też inne talenty. Właścicielka majątku była osobą nie tylko przemiłą, ale tak pracowitą, że okoliczne mrówki uznały, że odbiera im reputację.

– Ona wstaje wcześniej niż my, idzie później spać niż my, i wykonuje w ciągu dnia znacznie więcej pracy niż my! Były wyraźnie rozżalone.

Inna z kolei pani, też osoba niezwykłej dobroci, tak udanie modulowała głos, mimikę i ruchy naśladując znajomego geja, że kiedyś jej powiedział:

– Och! Och! Och! Pani robi to tak cudownie, że wydaję się sobie nieautentyczny. Byłbym jeszcze lepszym gejem, gdybym to potrafił!

Zaproponował jej prowadzenie za dobrym wynagrodzeniem szkoleń dla gejów w zakresie chodzenia, gestykulacji i użycia głosu, ale odmówiła z powodu braku czasu. Nie podobało jej się także to, że proponował szkolenia dla gejów, nie wspominając nawet lesbijek, co było jawnym przykładem dyskryminacji.

Dyskusja zeszła na tory normalności i nienormalności, inności, odmiany i estetyki zachowań.

Większość skłaniała się do tego, że całujące się kobiety wyglądają bardziej estetycznie niż całujący się mężczyźni, co wprowadziło do dyskusji wątek wyborów prezydenckich, którego nie zrozumiałem do końca, ponieważ nie widziałem nawet na zdjęciu całujących się prezydentów, z wyjątkiem św. pamięci tow. Breżniewa, przywódcy Związku Radzieckiego serdecznie całującego w usta św. pamięci tow. Honeckera, przywódcę Niemieckiej Republiki Demokratycznej, gdzie obecni przy ognisku kupowali ciżemki, łyżki wazowe, maszynki do przecierania buraków i podobne rewelacyjne zdobycze kultury materialnej komunizmu.

Była to dyskusja tak wszechstronna, że wszyscy wyszliśmy ubogaceni, jak mówił pewien duchowy purpurat, niższy wzrostem za to wysoki rangą, czemu się sprzeciwiłem i sprzeciwiam, ponieważ należy mówić wzbogacony, a nie ubogacony, skoro prefiks „u” jest umniejszający, choć nie zawsze, jak na przykład umniejszać, uciąć, upodlić, natomiast prefiks „w” jest powiększający, choć nie zawsze, jak na przykład wzbierać, wywyższać. Ktoś podał przykład „wzwód”, co wszyscy podchwycili jako niezwykle trafny, dobitny i życiowy.

Na tym skończyła się dyskusja przy ognisku, robiło się późno i baliśmy się, że w ciemności rozmowy zejdą na bagno, co byłoby niebezpieczne nawet dla osób umiejących pływać. Ponadto mogłoby się to nie spodobać łabędziom i dzikim kaczkom, które tak jak ludzie stanowią część przyrody ożywionej, z wyjątkiem osób nie mających własnych poglądów na rzeczywistość w kraju, która mogłaby być lepsza, a jest taka, jaka jest, czyli kojarząca się z bagnem.

C.d. w przygotowaniu

Indie i Nepal, refleksje i podsumowania. Część 1.

Wycieczka do Indii (a przy okazji do Nepalu) była spełnieniem moich marzeń. Buddyzmem interesuję się od ponad trzydziestu lat, fascynuje mnie wielość religii i duchowość tego ogromnego kraju, ilustrujące bogactwo i zawiłości ludzkiej duszy. Dla pisarza to raj.

Indie potwierdziły mój stosunek do tradycji: część tradycji koniecznie i z wytrwałością trzeba kultywować, bo stanowią one jedyny bezpośredni związek z naszą historią, inne części należy odrzucać, wykorzeniać, ponieważ degradują przyrodę i ludzkie życie.

Palenie zwłok w tradycyjny sposób, na przyrzecznych ghatach, to fatalna część tradycji Indii i Nepalu. Żywa, piękna rzeka staje się ściekiem, obrzydliwym i martwym, tak jak to widziałem w całej okazałości w mieście Patan w Nepalu.

Według Wikipedii „Patan, niegdyś zwany Lalitpur, czyli dosłownie ‘Miasto Piękna’, to jedna z trzech dawnych stolic doliny. Leży na południe od Katmandu, po drugiej stronie rzeki Bagmati. Obecnie liczy ponad 200 tysięcy mieszkańców i jest pod tym względem trzecim, największym po stolicy i Pokharze miastem Nepalu. Turyści odwiedzają je przede wszystkim po to, aby zwiedzić piękny Plac Królewski i jego okolice. To z uwagi na wyjątkową wartość znajdujących się właśnie tutaj obiektów Patan znalazł się wraz z sześcioma innymi takimi miejscami Doliny Katmandu na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO”.

Kultywując tradycję ludzie zabijają rzekę, źródło życia. Dziesięć wieków wcześniej, kiedy w Indiach było kilkadziesiąt razy mniej mieszkańców i odpowiednio mniej kremacji, rzeka była w stanie odnowić się, oczyścić się. Dzisiaj jest to niemożliwe. Współczesny człowiek to największy wróg przyrody i własnego gatunku. Jest on symbolem alienacji wyrażającej się w tym, że wytwory jego własnej cywilizacji obracają się przeciwko niemu. To, co ma mu służyć, służy mu, równocześnie go niszczy. Samochód, który ułatwia mu poruszanie się na wielkie odległości, doprowadza go poprzez brak ruchu do zaniedbania własnego ciała. W Adelajdzie, w pięknej i rzekomo usportowionej Australii, przyglądałem się przechodniom w wielkim ośrodku handlowym i doszedłem do wniosku, że nie ma już osób harmonijnie zbudowanych, zachwycających piękną budową ciała. Widziałem osoby nadmiernie otyłe, platfusowate, o niekształtnych brzuchach, nieumięśnione i niezgrabne.

Życzenia Świąteczne i Noworoczne

Dzisiaj jest dzień wigilijny. Robimy sobie wspólne zdjęcie pod wielką choinką na Durbar Square w Gdańsku. Trzymam w ręku transparent: Polscy Hindusi z Indii i Nepalu. Wszyscy uczestnicy wycieczki stoją wypasieni upominkami: kolorowe naszyjniki, bawełniane koszulki ze słonikami, małe rzeźby, duże kolorowe albumy, magnesy na lodówkę, dywany i dywaniki, koszule dzienne i nocne.

Nastrój jest radosny. Przewodniczka wycieczki w pięknym zimowym sari liczy uczestników. Są wszyscy. Siwy, szczupły sadhu pokazuje sąsiadowi kindżały, inny, wysoki opowiada dykteryjkę o babie u lekarza, jeszcze inny rozwija jedwabny dywan, jeszcze inny rozdaje cukierki dzieciom, trzech mężczyzn i dwie kobiety robią sobie wspólne zdjęcie z grupą tubylców.

Wszyscy są szczęśliwi, zarówno ludzie jak i zwierzęta. Obok dwie krowy z chustami przewiązanymi przez szyję obgryzają gałęzie wielkiego świerku z bombkami i światełkami, na pierwszym piętrze budynku za nami biegają krzycząc trzy małpy, pod nogami leżą śpiące psy. Otaczają nas tubylcy w malowanych rykszach, słychać klaksony i dzwonki rowerowe, ciężarówka wiezie górę paczek ułożonych jedna na drugiej, w powietrzu oprócz spalin czuć słodkawy dym z ghat płonących nad Radunią. Od ziemi bije ciepło. To efekt papierów, puszek po piwie, plastykowych opakowań i resztek jedzenia rozrzuconych gęstą warstwą w celu zmniejszenia zużycia energii dla ochrony środowiska naturalnego.

Życzę wszystkim Polskim Hindusom, uczestnikom zimowej wycieczki przybyłym do Polski z Indii i Nepalu, oraz Wszystkim Czytelnikom mojego blogu najbardziej radosnych i szczęśliwych Świąt Bożego Narodzenia oraz pomyślnego Nowego Roku 2015.

Namaste!

Michael Tequila

0491073156

Wspomnienia z Indii i Nepalu

Myślę (co mi się zdarza od czasu do czasu, kiedy organizm jest w dobrym humorze), że skoro to czynię, to jestem, a skoro jestem, to piszę, zwłaszcza wtedy i tym gorliwiej, jeśli ktoś mnie czyta. Ten wpis jest przeznaczony przede wszystkim do współtowarzyszy podróży.

Dochodzę do siebie po długiej, męczącej, lecz owocnej podróży. Przeziębiłem się, podobnie jak i kilka innych osób, co jest zapewne efektem także wchłonięcia większej ilości kurzu i spalin samochodowych w miejscu, gdzie pojazdy zachowują się jak ludzie, ludzie jak zwierzęta i zwierzęta jak pojazdy. Każdy robi, co chce.

Zdjęć jeszcze nie przeładowałem z aparatu fotograficznego, ale zacznę to jeszcze dzisiaj, jak tylko od odbiorę od wnuczki kabelek służący temu celowi. Kiedy już to nastąpi, chętnie podzielę się zdjęciami, gdyż część z nich wykonałem, aby udokumentować nie tylko Hindusów i ich stan fizycznego i duchowego posiadania, ale także nasze, obcokrajowe reakcje, na azjatycką rzeczywistość. Zdjęcia pozowane traktuję raczej jak sztuczną biżuterię i dlatego z przyjemnością rejestrowałem sceny uwidoczniające naturalne i niepozowane zachowania.

Sam wpadłem w nurt chciwości zapisania jak najwięcej na zdjęciach. Żartowałem nawet, że prawdziwego szoku doznam nie tyle w trakcie wycieczki, lecz dopiero wtedy, kiedy zacznę ogladać i analizować zdjęcia w domu. Sprzyja temu pogoda na Wybrzeżu, dzisiaj wyjątkowo hinduska, lekko wilgotna i ciepła: 12 stopni Celsjusza.

Waranasi nad Gangesem zobaczyłem pierwszy raz siedemnaście lat temu odwiedzając cmentarz na Lubelszczyźnie, gdzie leżą pochowani moi rodzice, snując refleksje na temat ostateczności, która łączy wszystkich bez wyjątku: polityków, ludzi grubych i chudych, mądrych i głupich, biednych i bogaczy, a także cesarza Indii z dynastii

Wielkich Mogołów, ,Akbar, Emperor of India, 1542 -1605 Młody Akbar, Emperor of India, 1542 - 1605

Akbara (1542 – 1605), miłośnika literatury, architektury i sztuki, który pozostał analfabetą (prawdopodobnie był dyslektykiem), twórcy królewskiego miasta Fatehpur Sikri,

Fatehput_Sikiri_Buland_Darwaza_gate_2010

wspaniałego zabytku architektonicznego chronionego przez UNESCO. Na zdjęciach Akbar na rycinie i obrazie oraz fragment Fatehpur Sikri.

Oto mój wiersz z 1997 roku.

Wesoły cmentarz

Nagrobek przybrany w betonowe szaty,
na nim dłutem wyryto nazwiska,
urodził się… zmarł… ale gdzie daty?
Każda rubryka pusta, szara, czysta.

Niektórzy za życia już po tamtej stronie,
a ja marzenia uparcie wciąż gonię.
Nie dam się zepchnąć pod strojne marmury,
wybiorę wolność … spopielałej chmury.

Hindus nad Gangesem płomieniem się wzbiję,
lekkością zachwycę i blaskiem opiję,
nie dam się oddać do wiecznej kasacji,
wrócę w łańcuchach reinkarnacji.

Mnie myśl ociężała przy ziemi nie trzyma,
wierzę w mądrość Stwórcy, dobroci olbrzyma,
nie zniżę czoła do cmentarnej jaźni;
ulotnością żyć będę w boskiej wyobraźni.

Zwierzyniec, 20 lipca 1997

Pozdrawiam serdecznie wszystkich czytelników.

India & Nepal Inc. Powrót z wakacji.

Wróciłem z podróży wakacyjnej po Indiach i Nepalu, głęboko odmieniony, fizycznie podobny do pierwowzoru, który wyjechał, lecz duchowo odmienny w każdym calu, a może nawet i głębiej.

Zmiany zauważyłem późno, dopiero na dworcu kolejowym w Gdańsku. Wyszedłem z wagonu pociągu ekspresowego z Warszawy i zasmuciłem się. Było to uczucie zrozumiałe, gdyż wokół panowała cisza, niedostępna za żadną cenę w miastach Indii i Nepalu. W Gdańsku poczułem się samotnie jak palec środkowy wzniesiony do góry, ponieważ nikt do mnie nie podbiegał, aby zaoferować mi choćby skromną torebkę z bawełny, słonika, kolorową książeczkę ze zdjęciami, naszyjnik z kamieni półszlachetnych czy choćby nawet i sztucznych, magnes na lodówkę, figurkę jednego z wielu bogów nie mówiąc o sztylecie, który może służyć nie tylko jako ozdoba ścienna. Niemile zaskoczyła mnie czystość na dworcu i na ulicy, a jeszcze bardziej brak zwierząt swobodnie poruszających się między ludźmi i odważnie śpiących między straganami. Straganów też mi brakowało, podobnie jak i wielkiego gara lub patelni, w którym lub na której coś wrzało, gotowało się lub smażyło.

W Indiach i Nepalu pokochałem zwierzęta, które przez dwa tygodnie cieszyły nie tylko moje oko: krów, kóz, psów, małp i małpek, świń, kur, pawi a nierzadko i wielbłąda. Raz nawet widziałem konia, co mnie ośmieliło do porównania tych krajów z Polską. Słonie na tamtych terenach wiodły bardziej ekskluzywne życie wybierając – jak to słonie – spokój Parku Narodowego Chitwan oraz chłód wielkich zamków i pałaców. W miłości do pałaców, ale tylko w tym, sam jestem podobny do słonia, niezbyt szybkiego, ale solidnego narzędzia zbrodni i transportu. Wspominając zbrodnię mam na myśli rozdeptywanie głów śmiałków, którzy wyrazili życzenie niezgodzenia się z lokalnym cesarzem lub królem mogolskim.

Aby dobić się ostatecznie, dodam jeszcze brak w Gdańsku ryksz rowerowych i motorowych zwanych tuk-tuk, ciężarówek, półciężarówek i autobusów oraz samochodów osobowych, które przejeżdżają z wielką umiejętnością w odległości dziesięciu lub mniej centymetrów od przechodnia, aby sprawić mu przyjemność bliskością metalu i spalin.

W atmosferze nocnego Gdańska pełnej ciemnych uczuć mimo blasku świateł ulicznych, zabrakło mi też towarzyszy wycieczki, osób bez wyjątku przemiłych, podróżujących tak wiele, że wpadałem w zachwyt większy niż dziury w indyjskich jezdniach i chodnikach. Zapytałem jednego z nich, mężczyznę, czy jest jeszcze jakiś kraj, którego nie odwiedził. Mój rozmówca, postawny jak mało który mędrzec sadhu, po głębszym zastanowieniu się wyznał z żalem, że są jeszcze dwa lub trzy takie kraje. Odmówił jednak określenia, jaki noszą one nazwy i uczynił to chyba tylko ze wstydu. Tak jak on wstydził się niebycia w dwóch miejscach na świecie, tak ja wstydziłem się przed sobą samym, że dopiero w fazie opóźnionego dojrzewania odwiedziłem Indie i Nepal, źródło bezpłatnej i jakżeż skutecznej terapii z poczucia niemocy i pesymizmu.

Po wylądowaniu w domu byłem zawiedziony czystością, tym zimnym uczuciem, którym karzą człowieka wrażliwego kraje skandynawskie, północnoeuropejskie, a ostatnio i Polska.

Przyznam się Ci, Czytelniku droższy mi niż pieniądze (które zamierzam zarobić na mojej ostatnio oszalałej twórczości literackiej), i to z bólem w sercu, które wbrew opiniom rodziny posiadam i od czasu do czasu staram się okazać jako uzasadnienie mego istnienia, że myślę wciąż o pobycie w krainie Indie & Nepal Inc., gdzie wiara w bogów i ich wcielenia, pragnienie wielu kąpieli w Gangesie a następnie jednorazowej kremacji w jego bliskości, oraz walka o byt codzienny zajmują ludziom więcej uwagi i czasu niż nam zajmują wszyscy politycy oraz myślenie o seksie, pieniądzach i władzy.

Podróż; północne Indie i Nepal (I)

Od sześciu dni jestem w podroży, w tej chwili siedzę przy komputerze w hotelu w Nagarkot wioski położonej u podnóża Himalajów z widokiem na Mount Everest. Jest bardzo zimno.
mount-everest-df297a421efc05bc68,630,0,0,0-001

W Nepalu wieki średnie mieszają się z teraźniejszością. Magiczna stolica Kathmandu, Patan, zabytki z XV -XVII wieku, pałace władców Nepalu, świątynie poświęcone bogom i boginiom hinduizmu, buddyzmu, sikhizmu ( jednej z najmłodszych, monoteistycznych i uniwersalistycznych religii ) wyglądają jakby wyjęto je nietknięte  prosto z magazynu, są w tak idealnym stanie. Ich piękno jest niebywale, podobnie jak niebywałe jest bogactwo duchowe tutejszych religii w których jest miejsce dla bogów i bogiń oraz ich wcieleń, postaci mitologicznych i rzeczywistych, kobiet, mężczyzn i dzieci, zwierząt, duchów dobrych i demonów.

Obok współczesność, ludzie z komórkami, stragany i sprzedawcy, motocykle i samochody, ruch uliczny bez zasad, bieda i bród.
Mam już za sobą pobyt i zwiedzanie New Delhi, Patanu, Katmandu, Passu Patinat, Bhaktapur – miasta królów pełnego zabytków, Nagarkot i Parku Narodowego Chitwan.

W Patan oglądaliśmy ghaty, miejsca palenia zwłok. Jest to rodzaj platformy nad brzegiem rzeki gdzie na stosie z drewna umieszcza się ciało zmarłego owinięte białym prześcieradłem. Akurat odbywały się dwie takie kremacje. Po prawie zakończonym paleniu mężczyzna zajmujący się kremacją spychał ostrym drągiem kawałek po kawałku pozostałości  stosu do rzeki. W wodzie lądowały nadpalone kawałki drewna jak i niedopalone do końca części zwłok.  Spadając dymiły a w zetknięciu z wodą buchały parą.
Sama rzeka  wygląda jak jeden wielki ściek, jest w niej mało wody i wokół
leża kawały nadpalonego drewna. Po zakończonym paleniu mężczyzna zalewał
rozgrzana gathe woda, wiadro po wiadrze, buchały kłęby dymu, i oczyszczał
miejsce czymś w rodzaju szczotki. Wokół stała rodzina i znajomi
jakby przyglądali się ruchowi ulicznemu. Podszedłem bliżej i zauważyłem, ze w istocie było dwóch mężczyzn obsługujących gathę. Obydwaj byli  z najniższej kasty, dobrze
zbudowani i krępi. Na łysych głowach na samym czubku, środku i z tyłu sterczały im cieniutkie kosmyki włosów, był to ich znak rozpoznawczy.

Kilkanaście minut później nad ghata usłyszałem łomotanie. To małpa tłukła oderwanym kawałkiem blachy na dachu, jakby na alarm. Małpy i psy włóczyły się wzdłuż nabrzeża, cześć lokalnego folkloru pogrzebu w stylu hinduskim.

 

Savoir vivre

„Savoir Vivre” znaczy dosłownie „wiedzieć, jak żyć” i jest o dobrych manierach i rzeczach praktycznych, jak na przykład, kiedy wyjąć słomę z butów, a kiedy ją tam włożyć. O sianie Savoir Vivre nie traktuje, a jest ono ważne. W armii carskiej rekrutom-analfabetom, którzy nie wiedzieli, co to znaczy „prawa” i „lewa”, przyczepiano wiązkę siana do jednego buta i wiązkę słomy do drugiego. Kapral, który w wojsku ma od zawsze opinię sukinsyna, wydawał wtedy komendy: słoma, siano, słoma, siano, zamiast prawa, lewa, prawa, lewa.

Kolejność mogłem pomylić, ponieważ od dawna nie widziałem wojska. Widziałem tylko na ulicach całego kraju, jak długi i szeroki, zwarte oddziały PiS z okrzykami na ustach: Precz z wyborami! Precz! Precz! Precz! Ich usta były namiętnie czerwone, co mi przypomniało pieśń z dawnych lat: „Niech żyje nam towarzysz Stalin, co usta słodsze ma od malin”.

Towarzysz Stalin ułatwił mi przejście do innego tematu i innych towarzyszy. Ostatnio panowie Jerzy Urban i Leszek Miller wymienili się uprzejmościami na temat pogrzebów. Miller życzył Urbanowi skromnego i spokojnego pogrzebu, zgodnie z miarą skromności, którą bohater kilku pokoleń wykazywał przez całe życie. Urban przypominał z kolei zasługi pana Leszka: był sekretarzem KC PZPR i poprowadził SLD do klęski w ostatnich wyborach samorządowych. Potem nazwał go sztywnym umrzykiem czy czymś w tym rodzaju i zaprosił na swój pogrzeb wyrażając ubolewanie, że nie będzie tam księdza, bo księża nie przychodzą na takie małe pogrzeby. Są podobno nieopłacalne.

Atmosfera smutku towarzysząca wymianie poglądów była zrozumiała.

– Wymarli już wszyscy, których darzyliśmy miłością: Polska Zjednoczona Partia Robotnicza, Komunistyczna Parta Związku Radzieckiego i wszystkie inne bratnie partie, które sobie wzajemnie pomagały. Leonid Breżniew to nawet całował Honeckera w usta. Teraz już nie ma takiej przyjaźni. – Wzdychali obydwaj panowie.

– SLD też nie czuje się  najlepiej. – Dodał pan Leszek. Mówię to szczerze. – Podniósł głos, kiedy zauważył błysk wątpliwości w oczach rozmówcy. Do końca zachowali jednak dobre maniery tytułując się uprzejmie: Kochany Leszku, Drogi Jurku. Wymiana uprzejmości była zgodna z protokołem Savoir Vivre, wersja partyjna, publikowanym od lat na łamach postępowego czasopisma „Nie”.

 

Post scriptum:

Od dnia 3 do 17 grudnia br. odbywam wyprawę do Indii. Jestem szczęściarzem: będę jeździć na słoniu i walczyć z amebą. Słonia jestem pewien, ameba jednak pozostawia wątpliwości. Nie tęsknię za nią, choć to podobno bardzo gościnne stworzenie.

Piszę o tym na wypadek, gdyby miały wystąpić jakieś anomalie na blogu, któremu życzę dużo szczęścia i radości podobnie jak i jego Czytelnikom.

Vive Savoir Vivre!

 

U drzwi Twoich stoję, Panie

Dzisiejsze czasy określam mianem nadzwyczajnych; zasługują one na to godne miano, gdyż mamy do czynienia z instytucjami, które zastępują pana Boga w decydowaniu o losach człowieka. Mam na myśli polskie banki. Kiedy przychodzisz do banku i pokazujesz nieograniczone pełnomocnictwo do czynności prawnych, którego udzielił ci klient banku, urzędnicy odmawiają ci załatwienia prostej sprawy na przykład zmiany adresu zamieszkania klienta na zasadzie „To nie jest dobre pełnomocnictwo” i żądają szczegółowego pełnomocnictwa, sami nie umiejąc określić szczegółowych uprawnień, jakie powinny się w nim znaleźć.

Podobnie nadzwyczajną instytucją jest tylko jeden polityk, a mianowicie Jarosław Kaczyński, którego my, całe społeczeństwo, powinniśmy wybrać na przywódcę narodu w czasach krańcowego głodu i wyczerpania umysłowego. Życzę mu, aby żył wiecznie, podobnie jak życzono potężnym faraonom. Jest to jedyna znana mi osoba, w dodatku o postaci nieskazitelnej panienki, która potrafi wykręcać kota ogonem, dokonywać egzorcyzmów, wywoływać duchy, wskrzeszać umarłych polityków oraz grzebać żywych, i generalnie czynić cuda, którym mnie przynajmniej wciąż brakuje. Czekam niecierpliwie przebierając nogami, kiedy wreszcie obejmie on urząd premiera i uszczęśliwi masy pracujące, poszukujące pracy i te, które są już na emeryturze lub utrzymaniu starych rodziców. Nie napisałem żadnych konkretów, co proponuje i obiecuje Jarosław Kaczyński, ponieważ jego worek świętomikołajowy obejmuje wszystkie dobra materialne, usługi i zabawki, jakich życzy sobie każdy naród.

old-painting-of-kali-CE04_l wielorękiej

W Indiach, gdzie od wieków panuje wielobóstwo, Jarosław Kaczyński jest bogiem zwanym Jaroka; ma wiele rąk, wiele ust i tylko jedną małą głowę oraz miliony wyznawców. Już samo to jest cudem. W encyklopedii znalazłem jego opis: bóg uzdrawiającej burzy, władca piorunów, król niebian, istot dobrotliwych i bohaterskich, pogromca złych mocy i demonów, opiekun nieszczęśników poszukujących nieistniejącej prawdy. Zdumiewające, jak Polska i Indie są do siebie podobne.

Indie. Podróże szczęścia i przeznaczenia.

images (1)Pochyliłem się z pokorą nad losem rodaków, kobiet i mężczyzn, którzy mogą pracować, a nie pracują, mogą nie brać zasiłku dla bezrobotnych, a biorą, choć jest nędzny, a nade wszystko są nieszczęśliwi ze swego losu. W kraju tylko dwie osoby pochylają się nad nimi ze współczuciem, choć z różnej perspektywy: Jarek i ja. Jarek pochyla się nad nimi pobożnie, szepcząc swoim ciepłym głosem: Twój los nie jest twoim losem. Tylko rząd jest winien zła. Wyraź swą wściekłość i głosuj. To ci ulży.

Jestem podły, nie stać mnie na tyle uczucia. Jestem mniej wyrozumiały. Głoszę tylko pociechę porównawczą: – Myśl o swym losie myśląc o mieszkańcach Indii. To koi skutecznej skołatany umysł i serce niż doskonały poniekąd środek przeczyszczający, który otrzymałeś gratis na ostatnim nocnym marszu z pochodniami.

Moje kuszenie jest bardziej naturalne i sięga trzewi rozumu, nie żołądka. Kiedyś objawił mi się pewien Święty, zbliżony do Pana Boga i przekonał mnie, że Najwyższy nie życzy sobie, aby powoływać się na niego.

– Za mało mnie znacie. Tak dosłownie powiedział. –Wyjaśnił mi Święty.

Przytoczone poniżej fragmenty życia w Indiach poruszyły mnie głęboko. Uznałem je za skuteczną psychoterapię również na własne skargi i utyskiwania. Może ktoś jeszcze odkryje w nich zbawcze światło refleksji nad własnym życiem?

”Indie. Miliony zbuntowanych” V. S. Naipaul’a to zbiór reportaży wielokrotnie wyróżnianego pisarza pochodzenia hinduskiego.

„To było w 1980 roku. Miałem czterdzieści lat. W tym wieku po raz pierwszy w życiu dorobiłem się własnego pokoju. To było jak sen w miejscu takim jak Bombaj, gdzie ludzie sypiają na chodnikach albo w kanałach. Nic lepszego nie mogło mi się przydarzyć.

Dzięki moim dobroczyńcom jeszcze trzy lata temu mieszkałem w samodzielnym pokoju w starym domu ze wspólną toaletą dla czterdziestu osób. W tych warunkach nie mogłem marzyć o małżeństwie.

Ożeniłem się, mając czterdzieści pięć lat; moja zona miała trzydzieści dziewięć. Obje musieliśmy czekać długo na te łaskę. I Bóg nas pobłogosławił, dając nam w tym późnym wieku dodatkowe szczęście: urodziło nam się dziecko.

Nadal jestem przekonany, że mógłbym zajść o wiele wyżej, gdybym znalazł trochę więcej zrozumienia i współczucia. Albo może w innym kraju. Cały czas prześladuje mnie poczucie, że nie mogę wznieść się wyżej niż się wzniosłem. Nie mogę się uniezależnić od mojego pracodawcy i wspiąć się wyżej.

Zacząłem, jako sekretarz, jestem sekretarzem i pewno skończę jako sekretarz. Nie zaszedłem wyżej niż mój ojciec czy dziadek na początku stulecia. Jedyna pociecha to to, że nawet jako sekretarz nie mam tak źle, jak większość innych sekretarzy. I może nawet myślę o sobie, że jestem kimś więcej niż tylko sekretarzem”.

PS. Będę głosować na partię, która bez względu na zimny klimat wprowadzi obowiązek głośnego publicznego czytania V. S. Naipaul’a Indie-Miliony-zbuntowanych.html