Natręt. Opowiadanie kryminalne.

Mężczyzna siedział na samym dole krótkich, wysokich schodów prowadzących z ulicy Drobnej na ulicę Samarytańską, gdzie znajdował się przystanek autobusowy. Miał podniszczoną twarz i przekrwione oczy, jego włosy i broda były w nieładzie a czoło nad prawym okiem szpeciła świeża blizna. Twarz postarzał zarost niegolony od kilku dni. Na policzku poniżej widoczne były ślady drobnych zadrapań. Ogorzała skóra sugerowała regularne przebywanie na świeżym powietrzu. Wygląd mężczyzny niewiele poprawiała czysta niebieska koszula z krótkimi rękawami, dwiema dużymi kieszeniami i pagonami na ramionach oraz nowe krótkie  spodenki w ciemnym kolorze, z których wystawały chude nogi. Ludziom śpieszącym na przystanek widok podpitego mężczyzny mimowolnie nasuwał określenie menel. 

Karol Sapieha, właściciel dobrze prosperującego warsztatu samochodowego Auto-Manit, maszerował ze wzrokiem utkwionym z ziemię. Ulica była nierówna, patrzył więc pod nogi. Śpieszył się do autobusu; chciał dotrzeć na plażę co najmniej godzinę przed zachodem słońca, aby wykąpać się i posiedzieć trochę na ciepłym piasku. Mężczyznę siedzącego na schodach zauważył z odległości kilku metrów i od razu poczuł do niego niechęć. Było w nim coś antypatycznego. Karol pomyślał z niechęcią:

– Pijaczyna i obibok.

Nazwał go pijaczyną tylko dlatego, że był raczej drobnej budowy. Nie lubił osób leniwych i nadużywających alkoholu. W pracy miał tylko problemy z takimi ludźmi.

Mężczyzna podniósł głowę i popatrzył na Sapiehę, kiedy zbliżył się do schodów. Mówił powoli, przymykając oczy, jakby był zmęczony.

– Przepraszam pana. Czy ja dojadę stąd na Zarzecze?

Karol popatrzył na niego. Z bliska widoczne były krótko przycięte wąsy, jaśniejsze niż włosy na głowie, oraz ślady siwizny na skroniach. Na środku twarzy sterczał wyraźny bulwiasto zakończony nos.

Niechęć Karola do pytającego nie przeszkadzały mu, aby odpowiedzieć na pytanie. Zawsze starał się być pomocny, nie był tylko pewny, czy tym razem udzieli prawidłowej odpowiedzi. Wiedział, gdzie jest dzielnica Zarzecze, nie przypominał sobie jednak żadnego autobusu idącego w tamtym kierunku.

– Chyba nie. Nie sądzę, aby z tego przystanku mógł pan dojechać bezpośrednio na Zarzecze.

Mężczyzna podziękował i zamilkł. Karol wszedł na górę po schodach i skierował się do wiaty przystankowej, aby sprawdzić godzinę odjazdu swojego autobusu. Odszukał numer sto dwadzieścia siedem. Odjazd miał nastąpić za piętnaście minut.

Odwrócił się i znowu zobaczył zaniedbanego osobnika z blizną i podrapaną twarzą. Siedział na ławce pod wiatą, niecałe trzy metry od niego, na przeciwnym końcu przystanku. Karol pomyślał, że niepostrzeżenie wszedł po schodach zaraz za nim.

Na przystanku było już kilka osób: dwie młode kobiety z dziećmi w wózkach, małżeństwo w średnim wieku, samotna, siwiejąca niewiasta z granatową torbą wypełnioną zakupami oraz trójka rozprawiającej żywo młodzieży. Nie mając nic lepszego do roboty, Sapieha chodził tam i z powrotem wzdłuż krawędzi chodnika. Kiedy znalazł się na wysokości menela, ten wstał z ławki i zapytał go:

– Nie wie pan, czy dojadę stąd na Zarzecze?

Sapieha popatrzył uważnie na stojącego przed nim człowieka. Zastanowił się, dlaczego pyta go po raz drugi o to samo. Odpowiedział niechętnym tonem:

– Wyjaśniłem panu wcześniej, że stąd nie ma bezpośredniego połączenia z Zarzeczem.

Mężczyzna nic nie odpowiedział. Jego oczy patrzyły bezmyślnie gdzieś w przestrzeń na prawo od Karola, który nie czekając podjął spacer wzdłuż krawężnika. Pijaczek odszedł na bok, obrócił się i zaczął gapić się na dom mieszkalny po drugiej stronie ulicy Samarytańskiej. Sapieha przyglądał mu się dyskretnie, prześlizgując się po szczegółach ubioru i sylwetki. Kiedy doszedł do twarzy, skojarzył sobie, dlaczego go nie lubi.

Wrócił pamięcią do wydarzenia sprzed prawie trzydziestu lat. Był wtedy uczniem liceum, mieszkał w internacie. Szkoła znajdowała się w centrum miasta, internat natomiast na jego obrzeżu, trzy kilometry dalej. Było już późne popołudnie. Karol wracał z miasta. Lubił tę porę dnia. Robiło się chłodniej, ściemniało się. Szedł zamyślony przez park, za którym majaczyły już budynki internatu. Z naprzeciwka nadchodził jakiś mężczyzna. W momencie zrównania się, obcy zatrzymał go i zapytał o adres. Kiedy Karol się zastanawiał, mężczyzna uderzył go w twarz i silnym pchnięciem powalił na ziemię. Schylił się, przydusił kolanem jego ramię i bezceremonialnie przeszukał mu kieszenie oraz torbę z podręcznikami. Zabrał mu wszystkie pieniądze, jakie miał w portmonetce i zażądał oddania portfela. Tłumaczenie, że nie ma portfela oraz niewielka kwota pieniędzy, rozdrażniły chyba napastnika, bo odchodząc kopnął leżącego i splunął w jego kierunku. Karol zapamiętał jego rozwichrzone włosy, nierówną brodę oraz ślad sinej blizny nad okiem.

Po kilku minutach spaceru wzdłuż krawężnika Sapieha postanowił nie marnować czasu na bezmyślne chodzenie, tylko poczytać książkę. Podszedł do ławki na przystanku, wyciągnął książkę z plecaka i zagłębił się w lekturze. Lubił tę powieść. Przestał obserwować, co dzieje się na przystanku i wokół na ulicy. Siedział na ławce zagłębiony w lekturze, kiedy naprzeciw przystanku gwałtownie zahamował samochód. Głośny pisk hamulców wyrwał go z zamyślenia. Podniósł wzrok i napotkał uważne spojrzenia pijaczka; jego oczy natychmiast uciekły w bok.

– Wcale nie jest taki pijany – przeszło przez myśl Karolowi.

Kiedy chwilę później patrzył, czy nie nadjeżdża jego autobus, mężczyzna z podrapaną twarzą wstał, rozejrzał się niemrawo, przeszedł chwiejnym krokiem i usiadł na chodniku tuż obok ławki. Patrzył gdzieś w przestrzeń nad domami. Karol odwrócił wzrok, odchylił nieznacznie rękaw koszuli i dyskretnie przyglądał się nowiutkiemu Rolexowi. To był najcenniejszy upominek, jaki otrzymał w życiu. Dostał go od żony na czterdzieste piąte urodziny. Zaskoczyła go swoją szczodrobliwością; zegarek był wyjątkowo kosztowny i elegancki. Tamtego dnia powiedział swojemu przyjacielowi:

– Rolex po prostu mnie zafascynował. Przeleciałem chyba pół encyklopedii, aby dowiedzieć się jak najwięcej o tym arcydziele techniki i sztuki.

Przyglądając się zegarkowi, podniósł na moment głowę, aby rzucić okiem w kierunku, skąd miał nadjechać autobus. Kątem oka zauważył, że jego prześladowca znowu mu się przygląda. Sytuacja powtórzyła się. Jak tylko obrócił głowę w jego kierunku, tamten natychmiast uciekał wzrokiem, udając że patrzy w inną stronę.

– Bawi się ze mną w kotka i myszkę – pomyślał Karol, zastanawiając się, dlaczego ten człowiek go obserwuje. Czuł się prowokowany.

Brak autobusu w perspektywie ulicy skłonił go do powrotu do książki. Nie przeczytał więcej niż dwie strony, kiedy jego uwagę przerwał znany mu głos:

– Przepraszam pana, czy ja dojadę stąd na Zarzecze?

– Chyba już po raz piąty pyta o to samo – pomyślał ze złością Sapieha. – Ten typ czepił się mnie jak rzep psiego ogona.

Po chwili opanował się. Nie starał się być uprzejmy. Odpowiedział niechętnie:

– Nie, nie dojedzie pan. Proszę mi dać wreszcie spokój.

Zdecydowana i nieuprzejma odpowiedź Karola chyba nie przekonała natręta, aby dał mu spokój. Nadal siedział rozciągnięty niedbale i patrzył w ziemię; wyglądało to tak, jakby czerpał stamtąd energię do zadawania dalszych pytań. Po kilku minutach bezmyślnego  patrzenia przed siebie znowu zadał to samo pytanie. Karol nabrał przekonania, że sprawia to mu jakąś perwersyjną przyjemność.

Nastąpiła chwila przerwy. Autobusu wciąż nie było, natręt przestał powtarzać swoje pytania. W pewnym momencie Karol znowu zauważył, że mężczyzna przygląda mu się bardzo uważnie. Trwało to ułamek sekundy.

Na przystanku ubywało ludzi. Przyjeżdżały różne autobusy, ale nie jego. Sytuacja coraz mocniej działała mu na nerwy. Ludzi było coraz mniej, w końcu na przystanku zostali tylko on i pijak, który znowu z uporem maniaka zaczął powtarzać swoją beznadziejną mantrę o autobusie do Zarzecza.

– Przeklęty oberwaniec! – myślał Karol z rosnącym gniewem. Żałował, że nie pojechał na plażę swoim samochodem. Był zmęczony po całym dniu pracy i chciał sobie ułatwić życie. Miał blisko do autobusu, sto dwudziestka siódemka dojeżdżała prawie aż pod samą plażę. Siedzenie w autobusie i gapienie się przez okno relaksowało go.

Autobus wciąż nie nadjeżdżał, mimo że rozkładowa godzina odjazdu już dawno minęła. W Karolu skumulowała się zła energia. Przypomniał sobie napad, kiedy był uczniem, dręczyła go świadomość, że nie zdąży na plażę oraz uparcie spóźniający się autobus, nawet ostatnia sprzeczka z żoną. Agresywna nachalność pijaka doprowadziła go do ostateczności. Miarka przebrała się. Musiał rozładować to napięcie. Czuł, że zaraz wybuchnie i zrobi coś niedorzecznego. Miarka przebrała się, stracił cierpliwość. Do głowy przyszedł mu szalony plan.

– Po prostu zwariowałem – uznał w duchu. Przestał się wahać.

Powiedział natrętowi:

– Mój autobus nie przyjeżdża i nie wiem, czy w ogóle przyjedzie. Parę minut stąd jest inny przystanek, z większą ilością połączeń, z którego może pan dojechać na Zarzecze. Ja też tam z pewnością będę mieć połączenie dla siebie. Jeśli pan chce, możemy pójść tam razem.

Mężczyzna zgodził się bez zastanowienia.

Szli nie śpiesząc się. Na początku milczeli, każdy z nich był zatopiony we własnych myślach. Potem pijak zapytał go o coś i Karol odpowiedział. Wywiązała się rozmowa. Karol odpowiadał prawie automatycznie, niewiele myśląc. Nie miało już znaczenia, o co pytał go idący obok człowiek i co on mu odpowiadał. Uspokoił się już wewnętrznie, wiedział dokąd idzie i po co. Postanowił dać nauczkę dręczycielowi.

Po kilku minutach doszli do krawędzi lasu, tuż przy nowym osiedlu mieszkaniowym. Było to odludzie na obrzeżu miasta zarośnięte młodymi brzozami. Karol uważnie patrzył przed siebie. Wokół nie było żywego ducha. Kilkaset metrów dalej na bocznej drodze widać było rowerzystę, Sapieha wiedział, że zaraz przejedzie i zniknie. Znał ten teren, chodził tam czasem na spacer.

Nadszedł czas działania. Karol zatrzymał się i schylił, pozorując potrzebę zawiązania sznurówki. Na ziemi w zasięgu ręki miał solidny kawał drewna, idealny dla jego celu. Akurat taki, jaki można było wygodnie uchwycić. Zamierzał dać nauczkę pijanemu natrętowi – przyłożyć mu porządnie kilka razy za wszystkie doznane krzywdy. Pochylił się sięgając po narzędzie kary kiedy poczuł uderzenie czymś ostrym w plecy i ból w klatce piersiowej, przenikliwy i szarpiący. Oszołomiło go to, nie miał pojęcia co się stało. Wkrótce nadeszło drugie uderzenie, w końcu trzecie, już mniej bolesne. Tracąc przytomność czuł, jak pijak ściąga mu z ręki Rolexa. Dopiero wtedy dotarło do niego, że został wywiedziony w pole, że sceny na przystanku były czystą prowokacją. Poczuł ogromny żal, przede wszystkim do siebie, że po raz drugi pozwolił, aby ktoś go tak podle potraktował. Upadając, jego ciało obróciło się. Leżał na plecach i patrzył w niebo. Usiłował coś wydobyć z siebie, lecz wargi odmawiały mu posłuszeństwa. Zdążył tylko wyszeptać:

– Boże! Tak dać się oszukać!

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, 19 maja 2020

0Shares

Głowy w autobusie do Jaipuru. Opowiadanie. Odc. 13: Problem Kantyny

Wysoki, dobrze ubrany chudzielec o wiecznie zamglonych oczach, od początku wycieczki miał sławę moczymordy, która prawie natychmiast przysporzyła mu ksywę Alkoholik. Zastąpiła ona dziwne imię Baraku, jakie sam zainteresowany podał Przewo – w rzadkiej chwili półprzytomności – w obecności kilku członków grupy. Nikt mu jednak nie uwierzył, ponieważ oczy miał zeszklone niby maślaki wyjęte z octu.

Pierwszy wypowiedział się Fotograf.

– To nie jest dobry pseudonim. Wprawdzie dokładnie określa samego zainteresowanego, ale rzuca negatywne światło na nas wszystkich, ponieważ jest jednym z nas, obywatelem tego samego kraju. Mnie to krępuje. 

Kilka osób poparło Fotografa również uznając ksywę za niezręczną. Zaproponowali w zamian Alko, argumentując, że jest to określenie prostsze, doskonale zrozumiale dla grupy, niezrozumiałe natomiast dla ludzi z zewnątrz, przede wszystkim recepcjonistów, kelnerów i barmanów oraz innych pracowników obsługi w hotelach, gdzie się zatrzymywali, kimkolwiek by oni nie byli.

Nowa ksywa też napotkała opór. Kilka osób uznało, głównie kobiety, że Alko brzmi zbyt łagodnie.

– Ten pijus nie przysparza nam sławy i nie musimy go oszczędzać.

Ktoś natychmiast zaproponował Szynkwas, uzasadniając, że jest to określenie wyraziste, historyczne i niezrozumiałe dla tubylców. Odbyła się dyskusja, zanim wszyscy zgodzili się, że wprawdzie jest to nazwa historyczna, to jednak bardzo już zdezaktualizowana i zaprzeczająca godności człowieka, choćby nawet podłego gatunku.

– Psa tak można nazwać. Nie pasuje to jednak do człowieka. W ogóle mi ona nie leży – był to głos Ateisty, inżyniera z górnej półki, o tyle nietypowy, że on sam otwarcie deklarował się jako nieprzejednany wróg alkoholu i pijaków.

Nie był to koniec ewolucji pseudonimu. Dyskusja trwała jeszcze przy kolacji. Ostatecznie przyjęła się ksywa Kantyna; uznano ją za najbardziej wyważoną.

*****

Wymyślenie ksywy niczego nie rozwiązywało oprócz problemu komunikacji między członkami grupy. Już z samego rana następnego dnia Kantyna pojawił się na śniadaniu z twarzą zaciemnioną pustką alkoholowego wyczerpania. Chodził między stolikami zwracając na siebie uwagę innych gości hotelowych i obsługi. Po zakończeniu posiłku, kiedy szli do autobusu, wlókł się milcząco za grupą na gumowych nogach, zupełnie jak robot, tylko bardziej miękko, mniej mechanicznie. Wszyscy już wiedzieli, że potrafi trwać w stanie nieustannego upojenia, dwadzieścia cztery godziny na dobę.

– A nawet dłużej. On jest po prostu niezniszczalny – dodawali kiwając z niechęcą głowami ci, którzy mieszkając w sąsiednich pokojach w hotelu widywali go najczęściej.

*****

Sytuacja okazała się podlejsza niż można było przewidywać. Rozmawiali o tym z Przewo, odpowiadającym za grupę z ramienia firmy turystycznej, organizatora wyjazdu, oraz między sobą; nikt jednak nie widział rozwiązania.

Kantyna okazał się przekleństwem grupy wycieczkowej. Trzeba było nieprzerwanie go pilnować, ponieważ zgodnie z regulaminem wycieczki grupa miała podróżować razem. Istniał ponadto dobry zwyczaj i praktyka, że członkowie grupy pomagali sobie i wzajemnie się pilnowali, na ile tylko było to praktyczne.

Z Kantyną było inaczej. Nikt nigdy nie wiedział, gdzie jest i co robi. Starał trzymać się grupy, najczęściej jednak to mu się nie udawało. Dobroczyńca, sam nie wylewający za kołnierz, przypisywał mu demoniczne możliwości. Twierdził, że opiera je na obserwacjach.

– Kantyna to prawdziwy prestidigitator; on potrafi wydobyć alkohol nawet z podłogi. Sam wczoraj widziałem, miał akurat uchylone drzwi do pokoju, jak przykucnął przy fotelu, włożył do ust rurkę wyjętą chyba ze szpary w podłodze, i pił. Nie mam pojęcia, jak on to robi.

Zła sława Kantyny rosła z dnia na dzień. Jedynym i niezaprzeczalnym plusem było to, że był on niezwykle spokojny, a nawet uczynny, nie podnosił głosu, nie awanturował się.

– On jest jak z waty, miękki i wyciszony. Dotkniesz go i nic nie czujesz. – Darczyńca miał o Kantynie więcej wiedzy niż inni. Przyciśnięty wyjawił, że usiłował zbliżyć się do niego, zaprzyjaźnić i zrozumieć, aby móc na niego wpływać.

– Mam wrażenie, że on uważa siebie za kogoś duchowo zbliżonego do sadhu, ascety i cierpiętnika. Błądzi we mgle zadumy duchowej, jaką w Indiach nazywają stanem błogosławionego zamyślenia. Powiedział mi to kiedyś, kiedy wydawało mi się, że uda mi się zaprzyjaźnić się z nim.

Na prośbę grupy Darczyńca zobowiązał się zebrać więcej informacji o Kantynie. Dostarczył mu ich telefonicznie brat jego serdecznego przyjaciela ze studiów. Jak się okazało, to żona Kantyny wysłała go na wycieczkę.

– Już nie daję sobie rady. Wreszcie będę mieć trochę wolnego czasu dla siebie. Nie będę musiała pilnować go, aby nie wpadł pod samochód, autobus lub tramwaj. To alkoholik, który nie chce się leczyć, uważając, że nic mu nie jest. Wielka szkoda, że u nas nie ma więzienia za alkoholizm i przymusowego leczenia! Kiedy Baraku jest sam, pije mniej, twierdząc, że nie podoba mu się samotny obraz w lustrze; woli patrzeć ma inne twarze. Ma przebłyski świadomości, zrobi nawet zakupy, ale nie mogę go nigdzie wysłać, bo mając pieniądze kupuje alkohol w dużych ilościach. O godzinie czwartej mój rabbi krząta się po kuchni, niespokojna dusza, sprząta, słyszę szuranie, przestawia butelki. Bardzo to lubi. On potrafi wszystko, nawet przeżyć delirium trzy razy dziennie, kiedy idzie w tan z kolegami.

W czasie spotkania grupy po kolacji, ktoś nazwał Kantynę makabrą i upiorem. Kindżał, sam oryginał nieokiełznany w poglądach, zaprotestował.

– Takie słowa gwałcą logikę horroru i strachu, która intensywne opisy rezerwuje dla zdarzeń gwałtowniejszych niż włóczenie się gdzieś po pijanemu, mianowicie do scen ociekających posoką i krwią przegryzionego gardła. Tak nie powinniśmy mówić.

0Shares

Wojsko, nawiedzeni i pijacy

Aby mieć silną armię, nie potrzebujemy generałów, helikopterów bojowych, dronów ani okrętów wojennych. Wystarczą samoloty dla VIP-ów, Wojska Obrony Terytorialnej, minister Macierewicz i minister Błaszczak. Oraz zwierzchnik sił zbrojnych.

Pewien dostojny wojskowy moczymorda pod koniec życia zwariował, ubierał się w komżę i organizował spotkania modlitewne, błogosławiąc hipokrytów nawiedzonych manią nadzwyczajnego patriotyzmu. Uważał to za cnotę.

2Shares