Niepokorny świat Izydora Czyżyka. Opowiadanie fantastyczne.

Odc. 1

Izydor Czyżyk był postacią kontrowersyjną nawet dla siebie samego, włącznie z pogmatwaną historią swego życia. Chyba zdawał sobie sprawę, że jest w nim coś dziwnego, skoro napisał w pamiętniku: „Jestem przedstawicielem szalonego pokolenia szybkich technologii, smartfonu, cukrzyków, rosnącej zamożności a wraz z nią otyłości, depresji i samotności. Mam mało przyjaciół. Niewielu ludzi mnie rozumie. Żyję sam i wymyślam sobie rzeczywistość. Moje rodzeństwo to wyobraźnia, fantazja i urojenia. Wymyśliłem sobie na przykład Święto Chudego Ptaka. Ptaki rzadko bywają chude, a ten jest chudy. Ale wszystkie latają. I tego im zazdroszczę. Też chciałbym latać, być wolną istotą”.

*****

O godzinie siódmej piętnaście rano powietrze było tak przezroczyste, że Izydor widział ze swojego okna stary Mercedes w trzykrotnym powiększeniu. Zawsze stał on w odległości dwudziestu jeden metrów, teraz widoczny był w odległości nie większej niż siedem metrów. Może nawet bliżej. Kiedy Izydor wyciągnął rękę, miał wrażenie, że dotyka klamki.

– Fajne autko – krzyknął do żony zanim sobie przypomniał, że od czasu rozwodu jest znów samotnym, starym kawalerem. Rozwiódł się wtedy, kiedy stracił słuch i głos. To, co wydawało mu się krzykiem, było tylko milczącym otwieraniem ust. Obejrzał siebie kiedyś w lustrze; wyglądał jak karp wyjęty z wody bezradnie chwytający powietrze. Niepełnosprawność nie przeszkadzała mu w życiu, pod warunkiem, że nie pamiętał o niej. Kiedy ją sobie przypominał, zamykał się w sobie, tracił kontakt z otoczeniem. Myślał wtedy, że to dlatego, że jest uparty.

*****

O godzinie ósmej rano radio podało, że miasto we władanie wzięła cisza. Był to wynik rozejmu zawartego o północy między Pasjonatami Ciszy a Producentami Hałasu, którzy za wynagrodzeniem zgodzili się powstrzymywać przez czas nieokreślony od wytwarzania szumu, warkotu, jazgotu i podobnych dźwięków.

Sprawa była poważna. W kraju było coraz więcej osób głuchych, zastraszająco szybko rósł też odsetek ludzi z częściową głuchotą i niedosłuchem. Był im trudno funkcjonować w społeczeństwie. Pasjonaci Ciszy – także w ich imieniu – od wielu już lat darli koty z Producentami Hałasu; konflikt narastał. Obydwie strony gromadziły siły do ostatecznej rozgrywki, przekonani, że spór musi w końcu znaleźć jakieś rozwiązanie.

Izydor ucieszył się wiadomością o rozejmie, ponieważ lubił ciszę, zanim ogłuchł.

– Mam co najmniej siedem dni na powrót słuchu. Tylko w ciszy jest to możliwe. Co do powrotu do mówienia, to powinno być jakieś porozumienie między mówiącymi a niemowami. To ułatwiłoby powrót do zdrowia ludziom takim jak ja. Nie musiałbym kupować słuchawek do uszu ani tuby do nagłaśniania się w miejscach publicznych. Izydor ucieszył się, że wprawdzie jest głuchoniemy, ale potrafi doskonale myśleć.

Umocniwszy się w przekonaniu, że ma szansę wrócić do siebie odzyskując brakujące zmysły, usłyszał na korytarzu za drzwiami ledwo wyczuwalne szczekanie psa. Jego głos był tak cichy jakby zwierzę siedziało opakowane w wacie. Normalnie pies sąsiada, potężny doberman z odnowionym operacyjnie węchem, wydawał z siebie dźwięki masywne jak dudnienie średniego dzwonu na wieży kościelnej budowanej dla umocnienia wiary w pięć zmysłów: wzroku, słuchu, smaku, węchu i dotyku.

Przyglądając się budowie wieży, Izydor wymyślił jeszcze pięć dodatkowych zmysłów: noncepcji czyli odczuwania bólu, zmysł temperatury, zmysł równowagi, propriocepcji czyli ułożenia części ciała względem siebie oraz percepcji czasu. Pomysłów nie zgłaszał do opatentowania tylko dlatego, że mu powiedziano, że musiałby przedstawić modele tych zmysłów oraz wyliczenia matematyczne potwierdzające ich działanie.

Wracając z obserwacji wieży, uważanej za świętą z racji przynależności do kościoła, Izydor poczuł, że odzyskał mowę. Uznał to za cud. Poruszył kilka razy językiem i rzeczywiście, układał on się w ustach zupełnie inaczej niż u niemowy. Idąc zatłoczoną ulicą nie wypadało mu wykonywać testów potwierdzających fakt odzyskania mowy. Jak tylko wrócił do domu, od razu wykonał eksperyment: otworzył szeroko okno i z całych sił krzyknął. Zdumiał się, bo nie usłyszał nawet echa; tylko cisza dzwoniła mu w uchu młoteczkiem Eustachiusza, który uruchomił się automatycznie. Odzyskanie mowy okazało się złudzeniem.

Izydor postanowił wykonać jeszcze jeden eksperyment. Wyjął młotek z walizki z narzędziami, otworzył okno i z wysokości trzeciego piętra, gdzie mieszkał, zrzucił go na bruk. Po chwili usłyszał dźwięk przypominający piórko opadające na korkową podłogę, czyli praktycznie nic. To go dodatkowo zdezorientowało, ponieważ nie wiedział czy brak odgłosu uderzenia młotka o bruk było efektem jego własnej głuchoty, czy też dziwnym efektem głębokiej ciszy panującej od tygodnia.

Istnienie niekończącej się ciszy szokowało ludzi; dostrzegali to i odczuwali, nie mogąc wyjść z podziwu, co się dzieje. Izydor ze względu na swoją głuchotę nie zawsze był pewny, czy to co czuje i słyszy wokoło, to rzeczywiście świat ciszy, czy tez jego wyobrażenie ciszy puste jak orzech wygryziony przez robaki.

*****

Zamierzając wyjść z domu, Izydor spojrzał w lustro. Wydał się sobie młodszy co najmniej o sześć lat. Ustalił to ponad wszelką wątpliwość, przypominając sobie czuprynę jaką miał na głowie sześć lat wcześniej. Dla pewności odszukał zdjęcie wykonane w tamtym czasie i porównał z wizerunkiem w lustrze. Wszystko się zgadzało. Oglądanie zdjęć i czupryny zajęło mu trochę czasu. Spojrzał na zegarek i zdziwił się: wskazówka godzinna poruszał się wolniej niż zawsze. Takie miał wrażenie. Znowu skojarzył to sobie z ciszą.

*****

Następnego dnia, siedząc przy śniadaniu z rodziną, zastanawiał się, co oznaczają zmiany. Najmłodsza latorośl, dorobek córki Izydora oraz jej rudego adoratora, chłopczyk skąpy w mowie i tak wolny w myśleniu, że drzwi odmawiały mu otwarcia się, bo stojąc przed nimi nie był w stanie zdecydować się, czy w ogóle wyjdzie, zauważył rezolutnie:

– Te wszystkie zmiany są super.

Krótkie logiczne zdanie i wyraźny głos dziecka były dla rodziny objawieniem. Wszyscy popatrzyli na niego w zdumieniu.

– Sam to wymyśliłem. Nie ma co się dziwić, ta cisza też mnie zmieniła. Rezygnuję ze ssania palca, już mi się to znudziło.

Kiedy zauważył, że nikt mu nie wierzy, podszedł do drzwi balkonowych, otworzył je i udawał, że wyrzuca palec za okno. Chwilę czekał na odgłos upadku, ale nic takiego nie nastąpiło. Na zewnątrz panowała głucha cisza. Matka wytłumaczyła mu, że palec jest zbyt mały i miękki, aby wywołać jakikolwiek dźwięk.

Odc. 2

Popołudniowe wydanie „Gazety Wieczornej” ukazało się z trzygodzinnym opóźnieniem. Nikogo to nie zdziwiło bo czas był niezwykły. Gazeta przedstawiła kilka teorii wyjaśniających istnienie niezwykłej ciszy. Ksiądz kanonik – mówiono o nim, że kilka razy słyszał głos z nieba – argumentował z przekonaniem, że Bóg przypomniał sobie, że ma pod opieką całą ludzkość i zwierzęta i powrócił na ziemię dewastowaną przez zarazę hałasu.

– Mieszka teraz u mnie na plebanii. Na początku myślałem, że to mój kolega ze szkoły podstawowej. Poznałem go po rudej czuprynie. Ale jak mi pokazał legitymację, wiedziałem już na bank, że to Najwyższy. Polubiliśmy się od pierwszego wejrzenia. – Bóg powiedział mi też, co sądzi o hałasie. Był szczery aż do bólu.

– Jeszcze wczoraj gotów byłbym dokopać ludzkości za brak dbałości o porządek na ziemi, zanieczyszczenie lądów i oceanów plastikiem, jedzenie wyrzucane na śmietnik, hałas sprzeczny z zasadami przyrody, i inne świństwa, ale już tego nie zrobię. Wyłączyłem się i jestem szczęśliwy. Alleluja!

– To „Alleluja” mnie przekonało – kontynuował ksiądz kanonik. – Potem znowu popadłem w zwątpienie, kiedy mi powiedział:

– Daj mi wreszcie coś zjeść, bo jestem głodny jak wilk.

– Jego język mnie zdezorientował – zauważył kanonik. – Sam rzadko posługuję się takimi określeniami. Kiedy mu powiedziałem o porozumieniu Pasjonatów Ciszy i Producentów Hałasu, ucieszył się.

– Wreszcie poszliście po rozum do głowy. Potrzeba było wam na to kilka tysięcy lat cywilizacji, głuchoty i przytępionego słuchu milionów ludzi.

*****

W nocy Czyżykowi śnił się ogród. Udał się tam razem z wnuczkiem. Przeżyli tam przygodę. W ogrodzie panowała cisza, ale można było wyczuć niepokój. Po prostu wisiał w powietrzu. Źródłem niepokoju był symboliczny Hałas, dotknięty porozumieniem między Pasjonatami Ciszy i Producentami Hałasu.

– To tylko cisza przed burzą, którą wam zgotuję, jak tylko przestanie obowiązywać ta beznadziejna umowa między Producentami Hałasu i Pasjonatami Ciszy – Hałas zacisnął wielkie łapska, służące mu do ściskania brzucha w celu wydobycia z siebie dźwięków.

*****

W mieście nie było dobrze. Kolejarze mieli poważne problemy. Mimo, że obowiązywała powszechna cisza, pociągi jak dawniej łomotały na złączach szyn, zwłaszcza kiedy przejeżdżały po żelaznym moście. Obsługa pociągu osobowego numer 18 odjeżdżającego ze stacji Tajna na wschód postanowiła zmienić to raz na zawsze. Ustawili się na peronie w rzędzie i kolejno podchodzili do pociągu, aby smarować koła towotem. Co godzinę testowano, czy pociąg jeździ już cicho. Do połowy dnia nie zanotowano żadnych efektów.

Kolejarze nie załamywali się. Dodawali smaru do oliwiarek i kontynuowali pracę, zdecydowani zmiękczyć koła w ich żelaznym uporze. Po ośmiu godzinach wysiłku udało im się osiągnąć postęp. Koła zmiękły do tego stopnia, że nawet przy większej szybkości pociągu słychać było tylko szum wiatru.

Była to informacja jaka ukazała się następnego dnia, oczywiście nieprawdziwa. Kilka dni później wyszło na jaw, że na koła nałożono obręcze wykonane z materiału używanego do produkcji poszycia statków kosmicznych, odpornego na uderzanie, ścieranie i wysokie temperatury. Dostawę sfinansowała firma Cosmic Materials Inc., kiedy zorientowała się, że na świecie jest taka liczba pociągów, że na dostawach dla kolei zarobi tysiąc razy więcej niż zaopatrując kilka wielkich firm budujących statki kosmiczne. Potrzebę stosowania nowych rozwiązań dyktowały oczywiście warunki umowy zawartej między Pasjonatami Ciszy a Producentami Hałasu.

Problemem pozostał żelazny most. Kiedy koła nie wydawały już z siebie nieprzyjemnych dźwięków, on nadal huczał i to niezależnie od tego, co nim przejeżdżało: pociąg pancerny, lokomotywa i wagon z pieluchami dla niemowlaków, drezyna na drewnianych kołach wypełniona aseptycznymi maseczkami, czy też rowerzystka na specjalnym trójkołowcu z dwoma koszami grzybów z pobliskiego lasu.

– To wszystko jest bez sensu – pomyślał Izydor Czyżyk i udał się do kuchni, aby zrobić sobie drugą kawę. Tym razem wsypał do kawiarki sześć łyżeczek kawy. Jeszcze przed zapadnięciem ciszy ustalił drogą eksperymentów, że kawa wprawdzie nie poprawi mu słuchu ani mowy, ale nastraja go optymistycznie. Bardzo tego potrzebował, zwłaszcza kiedy świat jawił się mu niezrozumiały i okrutny. Złe myśli sprowadzały go wtedy na manowce, czarne i cuchnące grzechem bagna rozważań o zboczeniach, morderstwach i podpaleniach. W chwilach rozpaczy myślał nawet, czy by nie zostać idiotą, aby zachować stoicki spokój wobec niepokojących spraw tego świata, zwłaszcza zabójczego wirusa.

– Psychiczny upadek na głowę uchroniłby mnie przed myśleniem o samobójstwie.

Przez chwilę Izydor koncentrował uwagę na czworokącie „mocna kawa – okrutny świat – błogosławiony idiotyzm – niepotrzebne samobójstwo”, po czym wyszedł na balkon, aby sprawdzić, czy nie pojawiło się nowego.

Zdziwił się. Obok balkonu, na wyciągnięcie ręki, unosił się w powietrzu ptak. Trzepotał skrzydełkami jak koliber i w ogóle nie bał się człowieka. Był niebieskiego koloru jak electric sparrow w Australii. Tylko w ogonku miał kilka kolorowych dłuższych piórek, wyglądały jak doczepiona kitka. Izydor przyjrzał mu się i zauważył, że ptak macha skrzydełkami mechanicznie tylko w jedną stronę, jak helikopter śmigłem. Przyjrzał mu się jeszcze dokładniej. Była to zabawka, idealnie wykonana, pozorująca żywego ptaka, kolorowego i błyszczącego. Kiedy zastanawiał się, skąd tam się wzięła, na boczny balkon wyszedł sąsiad Izydora. Na imię miał Zdzisław, na nazwisko Hrabąszcz, przez samo H. Uważał, nie bez powodu, że to czyni go wyjątkowym. Okazało się, że koliber był podarunkiem od niego.

– Od dawna pragnąłem, Izydorze, zrobić panu przyjemność, czymś zaimponować, oderwać od smutnej rzeczywistości, która nas wszystkich gnębi. Miała to być niespodzianka i chyba mi się udało. Nabytku dokonałem na jarmarku w Radnicy, miejscowości, gdzie jest źródło uzdrawiającej świętej wody oraz dom wariatów przez nielicznych nazywany Zakładem Opieki Psychiatrycznej.

Mężczyźni wdali się w dyskusję.

– Nie wiem dlaczego ludzie nie wybierają prostszych nazw, bardziej przystających do rzeczywistości – stwierdził sąsiad. – Prawdopodobnie chodzi o tak zwaną polityczną poprawność. Nie rozumiem tego, ponieważ nie udało mi się dostrzec u żadnego zdrowego psychicznie człowieka zainteresowania polityką. O samym zawodzie polityka, posła i wysokich urzędników państwowych, osób politycznych z natury, nie wypowiadam się, ale wydają mi się podejrzani. Czy wie pan, drogi Izydorze, że jeden z nich chodzi regularnie na cmentarz. Mówi, że tam nachodzą go najciekawsze i najwartościowsze myśli. Wiem, jest to fakt niezbity, gotów jestem określić to dosadniej, a nawet pójść o zakład, że niektórzy politycy byli leczeni, będą leczeni lub po prostu wymagają leczenia w Radnicy. Zwiedzałem to miejsce. Mnie osobiście tam się nie podoba. Ściany Domu Pogodnego Nastroju są zjadliwie żółte, ten kolor źle mi się kojarzy, bo z żółtaczką. Nigdy nie kupiłbym kanarka w tym kolorze.

Dwie godziny później sprzed balkonu odleciał ptak. Wtedy zjawił się motyl. Było to dla Izydora zrozumiałe. Ptak był zagrożeniem dla motyla, choć ten był wielki jak piłka futbolowa. Izydor wyjaśnił to sąsiadowi, czując się zobowiązany odpłacić mu miłym zachowaniem za oryginalny upominek.

– Może przesadziłem z tym porównaniem motyla do piłki, bo dawno nie grałem w piłkę nożną, ale owad jest naprawdę duży i okrągły, kiedy porusza skrzydłami. Chodzi mi o krągłość dynamiczną, obejmującą tułów, łebek, ogon oraz kolorowe skrzydełka dodające powabu istocie żyjącej z ruchu na otwartej przestrzeni, gdzie panuje wolność i jest dużo tlenu.

*****

Wieczorem Izydor przed udaniem się spać przyjął lekarstwa. Coś musiał niedopatrzeć lub przyjąć za dużo, albo też wziąć nie te leki co trzeba, gdyż obudził się z potwornym bólem głowy dopiero trzy dni później. W ciągu tego krótkiego czasu kraj zmienił się nie do poznania. Cisza jeszcze bardziej się pogłębiła. Jeśli gdziekolwiek pojawił się hałas, natychmiast eliminowano jego źródło. Osoby wywołujące dźwięki surowo karano mandatami, przy większych przewinieniach więzieniem.

Cisza stała się najwyższą wartością, naczelnym dobrem kraju, imperatywem. Na kolorowym osiedlu zamieszkałym przez imigrantów z Ameryki Południowej, na budynkach wypisane były hasło: Silencio o Muerte, Cisza albo Śmierć. Oczywiście nikogo nie karano śmiercią, to było tylko wezwanie do śmiertelnie poważnego traktowania ciszy.

*****

Izydor zbadał sprawę. I co się okazało? W kraju nastąpił przewrót. Władzę objął generał artylerii Roto Tandem, który natychmiast sformował rząd autorytarny, przyznając sobie stanowisko premiera. Stanowiska prezydenta nie obsadzono. Nowy szef rządu był zaprzysiężonym wrogiem hałasu i miłośnikiem ciszy. Sam miał problemy zdrowotne, ale nie wierzył lekarzom. Nie miał do nich zaufania. Uważał, że jego armia doznała z ich strony wielu upokorzeń na polach bitewnych.

– Oni nie potrafili uratować nawet rannych żołnierzy mających organizmy ze stali, młode i potwornie silne. 

Kiedy lekarz wojskowy po kilku badaniach oświadczył generałowi, że stracił on słuch wskutek przewlekłych chorób ucha, chorób zakaźnych, chorób wysokogorączkowych, antybiotyków, urazów chemicznych, mechanicznych oraz psychicznych, pacjent z miejsca odrzucił diagnozę i więcej na ten temat z lekarzem nie rozmawiał. Swoimi poglądami podzielił się z członkami rządu stanowiącymi równocześnie sztab generalny sił zbrojnych kraju:

– Jestem głuchy bo popękały mi bębenki w bitwie pod Sukumi. Cóż ten pierdolony konował może wiedzieć o kanonadzie armatniej, kiedy nie tylko bębenki i trąbki Eustachiusza ale i głowy pękają od huku?!

Odc. 3

Po obiedzie Izydor wyszedł przejść się po Osiedlu Bezkresna. Nigdzie nie słyszał rodzimej mowy.

– Have you seen, by any chance, my mobile phone? – zapytał go szczupły rudzielec. Izydor znał go z widzenia; był to rozwoziciel pizzy latem w wolnych chwilach pomagający uciszać żaby na stawie osiedlowym. Zapytany o pracę, rudzielec wyjaśnił Izydorowi, że nie pracuje już przy uciszaniu żab, ponieważ po wejściu w życie porozumienia o ciszy wytępiono je całkowicie ze względu na uporczywe i głośne kumkanie.

Prawie wszyscy mówili już po angielsku. Nie wiadomo kiedy ten język zdominował kraj. Aby używać inne języki trzeba było wykupić pozwolenie zwane „permitem”. Miało ono postać karty magnetycznej, określającej dopuszczalną ilość przekazów w danym języku i czas jej ważności. Ilość przekazów obliczał specjalny chip umieszczony w karcie.

Rodzimym językiem mało kto chciał mówić. Uważano, że jest mniej precyzyjny i zbyt głośny, ponieważ zawiera zbyt wiele zgłosek warczących i syczących. Było to sprzeczne z przepisami o powszechnej ciszy. Język rodzimy stał się także niemodny. Jeśli ktoś wspomniał autora czy autorkę powieści, opowiadania, eseju czy poezji, od razu traktowano go jak erudytę. Erudyci zdarzali się jeszcze w środowiskach czytających literaturę piękną i rozumiejących jej treść. Na ogół ludzie komunikowali się ze sobą przez telefon. Nawet jak stali w odległości kilkunastu kroków, to zamiast zbliżyć się do siebie i porozmawiać patrząc sobie w oczy, rozmawiali przez telefon komórkowy.

– Dlaczego oni to robią? – Izydor zapytał mieszkańca osiedla, wzbudzającego zaufanie pełną twarzą, siwizną z zakolami łysiny oraz barczystą sylwetką. – Czuję się zagubiony w świecie tak dziwnej komunikacji.

– Tak jest łatwiej. Ja sam przystosowałem się bardzo szybko. Bez smartfonu nie wyobrażam sobie życia teraz. Nowe telefony pozwalają mówić bezgłośnie; czujnik przylegający do szyi wychwytuje głos wychodzący z krtani i przekształca go na bezgłośne fale odbierane przez drugą osobę już w formie słów trafiających bezpośrednio do ucha. Nawet w domu rozmawiam z rodziną przez telefon komórkowy. Korzyść jest taka, że kiedy odwrócę się plecami do rozmówcy, albo on do mnie, to nikt z nas tego nie widzi i nie nazywamy się nawzajem impertynentami. Przyzwyczaiłem się już do tego. Myślę, w przyszłości każdy będzie mieć miniaturowy telefon wszczepiony w ramię lub umieszczony w głowie w postaci chipu.

Powszechnie stosowano też skróty słowne i myślowe. Każda większa grupa zawodowa miała własny slang. Jego celem było oszczędne używanie słów, wydawanie z siebie jak najmniejszej ilości dźwięków. Na każdym kroku Izydor widział przypomnienia i dowody, że cisza jest dobrem narodowym, powszechnym priorytetem a nawet warunkiem zamieszkania w kraju.

*****

Wieczorem nad balkon Izydora nadleciało stadko dronów. Były tak małe, że dzieci nazywały je dronikami. Stado było liczne, w powietrzu zrobiło się gęsto. Drony były napędzane silnikami elektrycznymi najnowszej generacji, nie emitującymi dźwięków. Izydorowi przypominały wyglądem i zachowaniem miniaturowy cyrk. Porównał je do mimów i klownów. Niektóre z nich były kolorowe, niektóre kropkowane i wygrywały melodyjki. Izydor łatwo rozeznał, które były japońskie, a które południowokoreańskie. Te pierwsze miały w pyszczkach kwitnące gałązki wiśni, te drugie mikroskopijną flagę swojego kraju. Innych dronów było bardzo mało. Wszystkie okazy błyskały małymi oczkami na nanotechnicznych szypułkach.

– Same miniaturki. – Pomyślał Izydor. Wychylił się za poręcz balkonu i usiłował schwytać jednego za nóżkę, ale dronik uszczypnął go boleśnie w palec. Izydor poczuł to jak zastrzyk elektryczności. Szczypnięcie wywołało reakcję w tej część mózgu, gdzie znajduje się motywacja, wola i pragnienie. Odeszła go chęć łapania czegokolwiek.

Zrobiło się ciemno. Izydor wrócił do pokoju, zaciągnął story w oknach i zajął się porządkowaniem rzeczy na biurku. Kiedy się z tym uporał, podniósł zasłonę w oknie i popatrzył na zewnątrz. Świata już nie było. Po prostu znikł, wyniósł się, jakby zdenerwował się na ciszę, dzwoniącą o tej porze w uszach silniej niż w ciągu dnia. Izydor domyślił się, że świat wróci dopiero o brzasku, którego początek był regulowany globalnie podobnie jak pogoda. Zrozumiał, że dopiero wtedy świat pojawi się w pełni chwały oświetlony promieniami słońca dobiegającymi zza lasku brzozowego, prymitywnej monokultury przyrodniczej, położonej od wschodniej strony Osiedla Bezkresna.

Była to zapowiedź kolejnego dnia ciszy. Izydor lubił ciszę, idealnie współgrała z jego głuchotą. Męczyło go tylko jedno: brak przekonującej definicji ciszy. Powoli stawało się to jego obsesją, psującą radość płynącą z powszechnego milczenia ludzi i wytworów ich cywilizacji.

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, 18 04 2020

0Shares

Nowy wymiar ewolucji. Opowiadanie fantastyczne.

Odc. 1

W poczekalni przychodni protetyki dentystycznej Iwan Iwanowicz znalazł się nieprzypadkowo. Kiedy poruszał szczęką, u podstawy lewego ucha skrzypiało mu wiązadło. Trwało to już dostatecznie długo, aby zwrócić uwagę na jawną nieprawidłowość funkcjonalną i estetyczną ciała. On jednak tego jakby nie zauważał. Skrzypienie stawało się coraz wyraźniejsze. Tak wyraźne, że interweniowała żona.

– W końcu musisz coś zrobić w tej sprawie. Nie możesz skrzypieć przy każdym posiłku jak nienaoliwiony rower.  

Na jego wymowne spojrzenie, czy aż tak bardzo jej przeszkadza cichy dźwięk trących nieprawidłowo wiązadeł, odrzekła bez wahania.

– Tu nie chodzi o skrzypienie, tylko o twoje własne zdrowie. I nikt inny nie może o nie zadbać tylko ty.

Iwan Iwanowicz poczuł się zobowiązany do działania: umówienia wizyty u stomatologa w specjalistycznym ośrodku medycznym,

*****

Recepcja znajdowała się dokładnie na wprost drzwi wejściowych do budynku. W prawo szło się do szatni, gdzie królowała gadatliwa i wszechwiedząca kobieta z uszkodzonym lewym okiem, skośnym i zabielonym. Z boku recepcji, naprzeciw szatni, znajdowała się mała poczekalnia. Jedna długa ława do siedzenia wytyczała brzeg korytarza ciągnącego się w głąb budynku, gdzie mieściły się gabinety dentystyczne z aparaturą. Nad wejściem do korytarza widniała tablica „Pracownia protetyki stomatologicznej”, a pod spodem „Przychodnia Implantologii”.

Na szarokremowych ścianach poczekalni rzucały się w oczy wielkie czarne tablice ze zdjęciami absolwentów Academia Medica Geparda, Subfacultas Stomatologica. Pierwsza z nich poświęcona była Absolventes A.D. 1989/1990. Łącznie były to cztery identyczne tablice, każda poświęcona innemu rocznikowi absolwentów wydziału stomatologii. Iwan Iwanowicz zamyślił się patrząc na tablice. Przerwał mu chrypiący głos mężczyzny w ciemnym garniturze o aksamitnym połysku:

– Te tablice na pewno przywieziono je z mauzoleum. Wiem coś o tym, bo zwiedzałem niejeden taki zabytek. To znaczy, przy okazji, bo normalnie to pracuję w mauzoleum. Pozwoli pan, że się przedstawię:  Cezary Kosko, starszy konserwator zwłok wybitnych postaci historycznych. Mógł pan o mnie słyszeć, bo to ja przywracałem do pełnej formy dwóch zabalsamowanych przywódców Alberii skradzionych dwa lata temu z mauzoleum w Androtil. Musi pan wiedzieć, że każda mumia, zwłaszcza znanego człowieka, na przykład bohatera narodowego, ma swoją godność jak każdy inny osobnik ludzkiego gatunku, żywy lub martwy. O zwierzętach nie będę mówić, ale im się też należy szacunek. Najciekawsze w tym wszystkim są zęby, bo to one stanowią dowód osobisty każdego umrzyka.   

Zapowiadało się na dłuższy wywód. Iwan Iwanowicz gotów był słuchać, dopóki nie wezwą go do sali zabiegowej. Relację mężczyzny w aksamitnym garniturze przerwała młoda kobieta w białym fartuchu wywołując jego nazwisko.

– Nie zdążę panu powiedzieć więcej, bo mnie wołają. Proszę zapamiętać: Cezary Kosko, starszy konserwator zwłok wybitnych postaci historycznych. Może pan o mnie poczytać. 

Iwan Iwanowicz wrócił do studiowania tablic. Szukał w głowie skojarzeń. Przyszły mu do głowy: parzystość, łacińskie napisy oraz czerń. Na każdej tablicy, nad sześćdziesięcioma ośmioma małymi prostokątnymi zdjęciami absolwentów, uwidoczniono pięćdziesiąt dwie postacie profesorów ubranych po cywilnemu, w tym czworo w togach akademickich. Było to staromodne towarzystwo: korpulentne sylwetki, rozdęte twarze, zaciśnięte usta. Wśród mężczyzn dominowali osobnicy z przyzwoitymi czuprynami i wąsami tęgimi jak u zbójców .

– Wyglądają jak wczesna rekompensata za coraz skromniejsze uwłosienie późniejszych pokoleń ciała profesorskiego – bez cienia złośliwości skonkludował Iwan Iwanowicz.

Zdjęcia absolwentów umieszczone u dołu tablicy były mniejsze, choć to zasadniczo im była poświęcona tablica, mająca upamiętnić ich szczęśliwe zakończenie studiów. Iwan Iwanowicz uznał to za pijany przekaz dawniejszych czasów: „to my, ciało profesorskie, jesteśmy ważniejsi, niż cztery roczniki absolwentów studiów medycznych”.

Absolwentami byli staromodnie ubrani, wystraszeni młodzi ludzie; niektórzy z pewnością nie przekroczyli dwudziestu trzech lat życia, choć wyglądali na osiemnaście. Mieli wytrzeszczone oczy.

– To może być efekt błysku silnych fleszy, jakich wówczas używano. Ciekawe, że tylko jedna osoba, mężczyzna, jest w okularach – Iwan Iwanowicz zanotował sobie w myślach obydwie obserwacje. 

Odc. 2

Przy szatni stały trzy kobiety i głośno rozmawiały. Pierwsza z nich to starsza szatniarka z bielmem na oku, druga to kobieta w futrze i wysokich czarnych botach. Trzecia, najmłodsza, o wyglądzie produktu nijakiego czasu, trzymała za rękę potulną dziewczynkę, drobną istotę, cierpliwą, milczącą, zatopionią w sobie. Czekając na wezwanie i dawkę należnego mu cierpienia, Iwan Iwanowicz przysłuchiwał się rozmowie. Kobietę w futrze własnie zawiadomiono, że przyjechał po nią Mercedes.

– Zaraz, zaraz! Tylko wyślę SMS, że kupiłam nowe buty!

Po wysłaniu SMS-u kobieta kontynuowała swoją opowieść. Wyraźnie nie zamierzała iść do samochodu.

Iwan Iwanowicz słuchał nieprzerwanie. Nie krępował się, że podsłuchuje prywatną rozmowę. Miał uzasadnienie. Kobiety rozmawiały otwarcie, głośno, jakby życzyły sobie, aby je słyszano. Przypominały sobie fragmenty minionych dni, spotkania, czynności i rozmowy. Mężczyzna zdał sobie sprawę, że jest to rozmowa o wszystkim i o niczym, właściwie wymiana skojarzeń.

– Jakby ktoś wypowiadał dowolne słowa: piłka, lokomotywa, podróżować, buchalter, choinka, czarny. To współczesność, czas pomieszania – pomyślał. – Czy ja jestem inny? – naszła go refleksja. Był przyzwyczajony do wewnętrznych dialogów tego rodzaju. 

Jego rozmyślania przerwała dentystka, która założy mu mechanizm korygujący ruchy w osi szczęka – żuchwa. W trakcie zabiegu Iwan Iwanowicz przypomniał sobie niezliczone wizyty, rozmowy i interwencje dentystyczne; uznając z niechęcią, że stomatologia jest przedłużeniem ewolucji uzębienia.

Iwan Iwanowicz wracał do domu tramwajem, obserwując pasażerów. Siedząca po drugiej stronie matka patrzyła nieprzerwanie w smartfon. Dziecko zadało jej po kolei trzy pytania, lecz ona nie słyszała tego lub słysząc po prostu nie odpowiadała. Interweniowała sąsiadka.

– Przecież dziecko zadało pani trzy pytania!

Potem opowiedziała swojej towarzyszce historię syna.

– Nie pracuje. Ma trzydzieści dziewięć lat i siedzi osiem godzin dziennie w laptopie.

Czego nie wspomniała, to to, że sama jest też fanką smartfonu. Kiedy gotowała obiad, przerwała dwa razy, aby zrobić zdjęcie zupy. Wysłała te zdjęcia przyjaciółkom z odpowiednim komentarzem.

*****

Późnym popołudniem Iwan Iwanowicz udał się do neurologa. W przychodni przy ulicy Equilibrium (cóż to za nazwa!) o tej porze było już prawie pusto. Pacjent był spokojny, była to okresowa wizyta sprawdzająca. Przed gabinetem urologa czekało trzech mężczyzn, wszyscy w zawansowanym wieku. Dwaj z nich prowadzili cichą wymianę zdań. Z jej urywków wynikało, że rozmawiali o złożonościach własnych losów związanych z prostatą.

Z gabinetu wyszedł pacjent i jeden z mężczyzn wszedł do środka. Przy półotwartych drzwiach słychać było jak tłumaczy coś lekarzowi długo i nieskładnie. Drzwi nie były zamknięte ponieważ zainteresowany wszedł tam „tylko na chwilę, aby uzyskać informację”. Po długiej wymianie zdań, w trakcie której lekarz wychowawczo go beształ, kiedy ten usiłował mu przedstawić opinię swojego lekarza domowego.

Przebijając się przez słowa rozmowy można było nabrać wrażenia, że sytuacja była zawiła, termin przybycia pacjenta nie ten co trzeba, a sam lekarz nerwowy jak panna na wydaniu. Chyba nic z tego nie wyszło, ponieważ pacjent opuścił gabinet i mruknął do siebie:

– To kompletny baran!

Miał zaczerwienioną twarz i był przygnębiony, kiedy to mówił. Był ubrany na czarno, jakby udawał się na pogrzeb.

W recepcji przychodni panowała zgoła odmienna atmosfera. Obok siebie siedziały dwie starsze dziewczyny, symbolizujące różne postawy. Jedna z nich, wyższa, rosła blondyna, z zachęcającym dekoltem, rozsiadła się na krześle w pozie podpitej królowej w koronie. Patrząc wyzywająco w sufit śmiała się nieprzerwanie. Druga zawzięcie pisała coś na komputerze lewą ręką, trzymając w prawej smartfon, do którego mówiła, coś dyktując lub komentując pisany tekst. Była to scena leworęcznego realizmu społecznego.

Odc. 3

Dwie męczące wizyty u lekarzy dały się Iwanowi Iwanowiczowi we znaki. Prowadząc życie samotnicze, nie miał wiele rozrywki, za to sporo obowiązków. Tego wieczoru postanowił zrelaksować się, najpierw obejrzeć dziennik telewizyjny a potem jakiś ciekawy program publicystyczny, ewentualnie film. Z wygodnej perspektywy ulubionego fotela zobaczył inny świat, świat telewizji, i poczuł się jak widz na honorowej trybunie najsłynniejszego cyrku na świecie Shanghai Circus World. Był przekonany, że nie ma lepszego cyrku niż chiński.

Nie to było jednak najważniejsze, ponieważ inne ciekawsze myśli pchały mu się do głowy niby samobójcze ćmy do ognia. Słyszał nawet cichy szum skrzydlatych myśli. Iwan Iwanowicz oderwał się od ekranu, od dwóch dni pokazującego ginące w męczarniach zwierzęta, walące się domy i monstrualne pożary na kilku kontynentach. Jego własny świat w tym momencie był nie mniej, ale bardziej okrutny, z tym, że w innej perspektywie. Był bogatszy i bardziej zawikłany. Iwan Iwanowicz myślał o mężczyźnie, produkcie biologicznej ewolucji ulegającym teraz przyśpieszonej degradacji. Wniosek był tylko jeden i nie budzący wątpliwości: osobnicy reprezentujący męski nurt ludzkości kurczyli się i stopniowo zanikali. W długim tunelu swojej mrocznej wizji Iwan Iwanowicz dostrzegł nawet ostateczny zanik mężczyzny. Drugą wersją tego scenariusza, jego szlachetniejszą a przynajmniej łagodniejszą odmianą, był mężczyzna poddany recyklingowi. Brzmiało to okropnie, Iwan Iwanowicz postanowił jednak postawić prawdę na najwyższym piedestale, bez względu na konsekwencje.

– Mężczyzna degraduje się, starzejąc się oraz gatunkowo – zdecydował w sposób nie pozostawiający wątpliwości. Jego myśli układały się składniej niż świeże deski sosnowe sztaplowane w tartaku w latach młodości.

Swoją opinią podzielił się z mężczyzną w telewizorze. Wyobraził sobie, że go wysłucha i zechce podjąć z nim dyskusję.

– Bardzo mi się to podoba, co pan mówi – odpowiedział bez wahania prezenter wiadomości wieczornych, poruszając ustami bez wydawania głosu. Wyglądało to bardziej naturalnie niż kiedy mówił. Wstał zza stolika, obszedł go i zniknął za kulisami.

Iwan Iwanowicz wykorzystał ten moment, aby przynieść sobie z kuchni gorącej kawy. Miał kawę w kubku na stoliku przed sobą, ale już wystygła. Postanowił ją podgrzać w metalowym rondelku. Często to robił, lepiej mu wtedy smakowała. Kawy mógł pić do woli; jego organizm był stworzony do przetwarzania kofeiny w celu podniesienia się na duchu. Do kawy dolał sobie trochę brandy. To jeszcze bardziej go przywróciło go do życia.

Kiedy wrócił do salonu, w pobliżu kanapy stał już prezenter dziennika TV. Iwan Iwanowicz domyślił się, że dostał się tam przez ekran. Mężczyzna nonszalancko otrzepał spodnie z niewidocznego zabrudzenia i rozejrzał się po pokoju.

– Wygodnie tu u pana. Ta kanapa szczególnie mi się podoba. Jest naprawdę wygodna. Pozwoli pan, drogi Iwanie Iwanowiczu, że przysiądę sobie na niej i wypiję z panem mojego ulubionego drinka Gin and Tonic, w którym szalenie gustuję – zaczął, rozglądając się z ciekawością po pokoju. – Proszę mi nie pomagać, sam się obsłużę. Sprawdziłem już barek, jest gin, tonic a lód jest zapewne w zamrażalniku w kuchni. Znajdę bez problemu.

Gospodarzowi podobały się światowe maniery gościa. Uznał go za najmilszego prezentera wiadomości, jakiegokolwiek widział na oczy.

Kilka minut później Iwan Iwanowicz przedstawił rozmówcy swoją najnowszą teorię gasnącego mężczyzny.

– Rozumiem mężczyznę jako przedstawiciela męskiej linii gatunku ludzkiego – zaczął. Już od pierwszego zdania czuł, że idzie mu wyjątkowo dobrze.

Wiedzę do swoich teorii Iwan Iwanowicz czerpał głównie z doświadczeń. Był empirykiem. To określenie sprawiało mu przyjemność, dobrze mu się kojarzyło. Wywoływało niezwykle delikatny masaż serca zmęczonego długą drogą życia. W określeniu „empiryk” było coś starogreckiego; to go tym bardziej poruszało, że w jego żyłach płynęła krew wywodząca się z tamtych obszarów geografii i kultury. W morzu słowiańszczyzny Iwan Iwanowicz czuł się mieszańcem, czasami nawet prawie kundlem, tak niezwykle bogaty był zestaw cech dziedziczonych po przodkach z innych krajów i kultur. Płynęła w nim krew grecka, cygańska, rosyjska i polska. Przy swoich religijnych usposobieniach i skłonnościach podejrzewał nawet Żydów i Arabów, że stanęli twórczo na drodze przodków wytyczających jego linię rozwoju ewolucyjnego. Stanowiło to zachętę do empatii i bycia otwartym wobec bliźnich.

*****

Zasilony świeżymi doświadczeniami, teorię zanikania mężczyzny Iwan Iwanowicz oparł mocno na dwóch specjalistycznych nurtach ewolucji człowieka: ewolucji uzębienia oraz ewolucji prostaty.

– Pokarm, napoje i wydalanie to podstawa metabolizmu. Ewolucja długo nad tym pracowała. Bez pokarmu nie ma życia. To środek energetyczny. A ten nie jest możliwy do przyjęcia, jeśli człowiek nie jest w stanie go pogryźć i rozdrobić. Stad niesamowita ranga zębów.

Są one – Iwan Iwanowicz zawahał się – może i najważniejszym organem człowieka. A jeśli nie najważniejszym, to jednym z najważniejszych – zastrzegł się. Mówiąc gestykulował prawą ręką, w lewej trzymając szklankę z ginem i tonikiem. Jego twarz zarumieniła się.

Odc. 4

Po uważnym wysłuchaniu Iwana Iwanowicza prezenter nie tylko zgodził się z nim, ale przedstawił dodatkowy argument.

– Dużo podróżowałem, jak pan wie lub nie, Iwanie Iwanowiczu. Otóż widziałem na własne oczy szkielet ryby amazońskiej, wielkiej piranii, z zębami przerastającymi ludzkie wyobrażenie. Na samym początku pyska, z dolnej szczęki wyrastały dwa kły. Były tak wielkie, że przebijały górną szczękę i sterczały ponad nią. Cokolwiek żywego nadziało się na nie, kiedy ryba rozwarła pysk, było z gruntu przegrane. Co najciekawsze, tuż przy podstawie każdego kła, znajdował się kieł zastępczy; po prostu czekał sobie spokojnie ułożony poziomo wzdłuż dolnej szczęki. W przypadku, gdyby ryba straciła kieł, ten zastępczy natychmiast podnosił się gotów do działania. To najlepsza ilustracja pańskiej tezy o roli ewolucji w uzębieniu.

– No właśnie – podjął Iwan Iwanowicz. – Jeśli chodzi o zęby, w przypadku człowieka rola ewolucji niestety zakończyła się definitywnie Nie potrzebujemy już jej. Dziś uzębienie reperują nam, udoskonalają i rozwijają stomatolodzy. To oni przejęli pałeczkę od ewolucji. Jest ich cała armia. Wdziałem dwa długie szeregi foteli dentystycznych w przychodni protetyki. Może pan w ogóle nie mieć zębów, protetyka natychmiast zapewni panu kompletny zestaw. Nowiutkie protezy na implantach wmontowanych nawet w skromniutką kość, wyjałowioną jak sucha gleba, z której normalnie wyrastają zęby. Nawet jak straci pan szczękę lub żuchwę, to oni ją panu zrekonstruują. Tak, drogi panie! Stomatologia w pełni przejęła rolę ewolucji.

Iwan Iwanowicz popadł w uniesienie. Przemawiało przez niego natchnienie. Jego oczy promieniały entuzjazmem dla ludzkich osiągnięć. Prezenter dziennika nie myślał nawet o włączeniu się do dyskusji, było to niemożliwe.

– Podobnie jest, kiedy zepsuje się panu prostata, pęcherz lub przewód moczowy. Dostanie pan najpierw cewnik i torbę na mocz, a potem chirurg operacyjnie przywróci panu zdolności sikania jak młody Bóg. I tak to wygląda nasze ludzkie post-ewolucyjne życie. Sztuczna ręka, i noga, proteza oka, ucha, zębów, sztuczna skóra, sztuczne nerka, trzustka i serce, różnego rodzaju implanty, proteza penisa, sztuczny pęcherz moczowy, w końcu nawet sztuczna inteligencja. Dawna lewatywa, leczenie ziołami, zamawianie choroby i szamaństwo to już tylko skansen na drodze postępu. Wystarczy drukarka 3D. Czasem słyszę ją jak pracuje gdzieś za drzwiami sali nowoczesnego szpitala. To tylko, drogi panie, kwestia kosztów i modelu urządzenia, bo technologia już jest! Stoimy wobec ciągłej wymiany fragmentów i organów organizmu, uzdatniania go do dalszej pracy. Kiedyś, w nie tak odległej przyszłości, nigdy się pan nie skończy, bo to, co się zepsuje, zostanie wymienione na nowe, a pan zostanie podniesiony do najnowszej wersji sprzętu i oprogramowania.

Rozmowa o przyszłości nastroiła ich tak pozytywnie, że wznosili  toasty. Iwan Iwanowicz pilnował się, aby nie wypić za dużo. Miał ze sobą alkomat. O gasnącej roli ewolucji oraz kondycji człowieka w recyklingu rozmawiali aż do rana.

*****

Diana Carlos, zamężna córka Iwana Iwanowicza, zastała go rankiem następnego dnia w stanie głębszego niż zazwyczaj zatrucia alkoholowego, mimo to niezwykle pozytywnie nastawionego do życia. Dobry nastrój ojca nie udzielił jej się, mimo iż starała się być pozytywna. Zastąpiła go kobieca opiekuńczość.

– Jak możesz być tak nieodpowiedzialny w swoim wieku i kondycji? – zapytała, nie mogąc mieć niczego więcej na uwadze jak kumulację lat i oraz konieczność przyjmowania lekarstw. Iwan Iwanowicz szczycił się, że był w dobrej kondycji, choć życie czasem zaprzeczało jego życzliwej opinii na temat swego zdrowia i samopoczucia.

Kiedy zaczęła porządkować mieszkanie, Iwan Iwanowicz przedstawił jej historię minionej doby. Nie uważał, że popełnił jakieś bezeceństwo, wręcz przeciwnie. Chodziło o ważne fragmenty życia dojrzałego mężczyzny – spotkania ze stomatologiem i urologiem, kontynuatorami ewolucyjnego procesu uzdatniania męskiego gatunku w dwóch ważnych kwestiach.

O rozmowie z prezenterem z telewizji nie wspomniał. Wiedział, że córka oceniłaby go surowo. Znał słowa, jakie padłyby.

– To zwyczajne pijaństwo i czcza gadanina na temat ewolucji czy przyszłości człowieka jej nie usprawiedliwia. Powinieneś się wstydzić!

Autor: Michael Tequila
Gdańsk, dnia 19.01.2020

0Shares

Szopka świąteczno-noworoczna. Odc. 6: Spotkanie opłatkowe.

Przełom starego i nowego roku prosił się o uświęcenie. Dyrektor Kukuła starał się o tym pamiętać, lecz wciąż zapominał. Żył w natłoku spraw i obowiązków; czasem mieszało mu się w głowie, co jest pilniejsze, a co mniej pilne. Jego myśli rwały się, przeskakiwały jedna na drugą jak strumień rozbijający się o kamienie, przęsła mostu i korzenie.

– Musi to być coś przełomowego, co wszyscy zapamiętaliby. Przypominał sobie wydarzenia z własnego życia, wielkie chwile, które głęboko przeżywał. Do głowy cisnęły mu się hasła: spowiedź w kościele, mądrość i przyzwoitość, zaufanie do drugiego człowieka. To ostatnie okazało się najważniejsze. Dyrektor marzył o uroczystości oczyszczającej pracowników i publiczność teatru duchowo i emocjonalnie.

Pomysł spotkania opłatkowego od razu przypadł mu do gustu. Rozmawiał ze sobą w duchu: „Spóźnione, bo spóźnione, ale ważne. Spóźnienie da się wytłumaczyć”. W ruch poszła wyobraźnia scenarzysty, reżysera, inspiratora. Dyrektor zobaczył przed oczami aktorów, publiczności, członków zarządu. Wszystkie postacie nabierają życia, mówią od serca o sobie i o teatrze, wyznają grzechy, kajają się, proszą o przebaczenie, obiecują poprawę.

Dyrektor od ręki ustalił termin i podał go sekretarce, aby nadała bieg sprawie. Poprosił ją, aby na ogłoszeniu zacytowano słowa Johanna Wolfganga Goethe: „Wiara jest miłością do tego, co niewidoczne; ufnością w to, co niemożliwe i nieprawdopodobne”.

*****

Spotkanie odbyło się na scenie nowej sali teatralnej „Nowenna”. Zgromadzili się tam wszyscy pracownicy teatru: zarząd, administracja, aktorzy sceniczni, aktorzy-widzowie. Na złotej mosiądzowanej tacy, zdobionej florystycznymi wzorami, wniesiono opłatek wielki jak bochen chleba i biały jak śnieg. Dyrektor Kukuła ubrany w czerwony królewski płaszcz Ferdynanda VII, zdobny złotym łańcuchem, białoniebieską wstęgą orderu i licznymi odznaczeniami na czarnym kaftanie, wykonał nad opłatkiem znak krzyża.

Głos mu się łamał ze wzruszenia.

– W ostatnim roku nastąpiły wielkie przemiany. Zmieniliśmy się. Ja sam się zmieniłem. Zakończenie starego roku i rozpoczęcie nowego skłania do refleksji, szczerej rozmowy, pojednania i podejmowania zobowiązań. 

Dyrektor oderwał się od stołu, gdzie ustawiono tacę z wielkim opłatkiem, przyciężki, z wystającym brzuchem, i ruszył w kierunku Karola Zajączka, stojącego w pieszym rzędzie oczekujących. Zajączek, przewodniczący związku zawodowego aktorów teatru, najczęściej przeciwstawiał się dyrektorowi, chciał rozmawiać i dyskutować jego pomysły. Wedle słów dyrektora Karol Zajączek był niezniszczalny, uparty jak kozioł, nieprzerwanie składał męczące go propozycje usprawnień, zmian i poprawek. Był aktorem, któremu dyrektor najczęściej kneblował usta. Kukuła nienawidził jego uśmiechu zaczepionego między dwoma zajęczymi zębami.

– Bracie! – dyrektor wyciągnął ręce w kierunku Zajączka. Łzy stanęły mu w oczach. Żółto błyszczące w blasku lampy i złoceń królewskiego płaszcza, zatrzymały się na policzkach dyrektora, rzucając połyskliwy złoty blask na najbliżej stojące osoby.

 – Pojednajmy się! – dokończył dyrektor.

Zajączek zawahał się. Rozejrzał się po osobach stojących obok, czekając na jakiś znak, sugestię, reakcję. W głowie mu szumiało.

– Gest dyrektora, jego oferta – myślał niespokojnie – są niesamowite. On szuka pojednania. To okazja – zdążył pomyśleć aktor, zanim rzucił się w ramiona pryncypała. Po złożeniu sobie życzeń mężczyźni natychmiast wdali się w rozmowę, zapominając o bożym świecie.

*****

Przed zebrany w sali tłum wysunął się plenipotent Dua. W przebraniu pasterza, bez garnituru – nigdy nie widziano go inaczej – wyglądał dostojniej, bardziej naturalnie i przekonująco. Rumiany na twarzy, z okrągłymi oczami zdziwionego wieśniaka, wyprostowany i swobodny, rozejrzał się z ciekawością na prawo i na lewo. Mówił od serca. Jego głos stopniowo stawał się coraz mocniejszy, pewniejszy siebie.

– To jest spotkanie, jakiego oczekiwałem od dawna. Dyrektor Kukuła dał nam przykład. Nadszedł czas, kiedy wszyscy, jak tu jesteśmy, dyrektorzy, pracownicy wyższego i niższego szczebla, aktorzy i widzowie, możemy powiedzieć sobie szczerze to, co leży nam na sercu. Byłem figurantem. Postanowiłem to zmienić. Dziś rano uruchomiłem resztkę mojej dumy.  Od dawna o tym myślałem. Podobnie jak Zajączek, czułem potrzebę zmniejszenia zależności od od dyrektora teatru, który i mnie często każe robić to, na co niekoniecznie mam ochotę. Przez kilka lat współpracy krępowałem się wyrazić głośno moją opinię na temat mojej godności, a przecież wokół dzieje się tyle ciekawego. Dlatego dzisiaj ogłaszam moją zawodową niezależność do dyrektora, co wyznaję w waszej obecności. Tak mi dopomóż Bóg!

Plenipotent uderzył się w pierś, po czym kontynuował.

– Jutro wezwę do siebie tego wysuszonego starca z nowym uzębieniem, łajdaka niezwykle udanie grającego rolę dobroczyńcy , którego ostatnio awansowałem, i powiem mu prosto w oczy:

– Stań tu, nikczemniku, to cię zdegraduję. Wyłudziłeś ode mnie awans, przejście na dobrze płatną emeryturę, oszukałeś mnie. Była noc, byłeś w przebraniu, nie zauważyłem, że to ty. Dlatego teraz musisz odejść. Jesteś symbolem zła dawnych czasów. Nie wybaczyłbym sobie, gdybym pozostawił cię na wysokim stanowisku, na które sam cię nierozważnie wyniosłem za rekomendacją dyrektora Kukuły. Dostaniesz jednak solidną odprawę, ponieważ ja ludzi nie krzywdzę.

Skoczywszy swoją kwestię, Plenipotent odetchnął.

– Tyle miałem do powiedzenia. To jest mój wkład w rozwój naszego ukochanego teatru.

0Shares

Dzień Wszystkich Świętych 2019

Każdego roku publikuję kilka wierszy odpowiadających nastrojowi tego wyjątkowego dnia. O ile narodziny człowieka wydają się logiczne, jasne i proste, o tyle śmierć jest totalną zagadką, podobnie jak Bóg, kosmos, czas czy nieskończoność.

Dzisiaj dwa wiersze z mojego niepublikowanego zbioru „Modlitwy do Anioła”

Cmentarz nadziei

Nagrobek przybrany w betonowe szaty,
na nim dłutem wyryte nazwiska,
urodził się… zmarł… ale gdzie daty?
Każda rubryka pusta, szara, czysta.

Niektórzy za życia już po tamtej stronie,
a ja marzenia uparcie wciąż gonię.
Nie dam się zepchnąć pod strojne marmury,
wybiorę wolność spopielałej chmury.

Hindus nad Gangesem płomieniem się wzbiję,
lekkością zachwycę i blaskiem opiję,
nie zgodzę się oddać do wiecznej kasacji,
wrócę w łańcuchu reinkarnacji.

Mnie myśl ociężała przy ziemi nie trzyma
wierzę w mądrość Stwórcy, dobroci olbrzyma,
nie zniżę czoła do cmentarnej jaźni;
ulotnością żyć będę w boskiej wyobraźni.

Zwierzyniec, 20 lipca 1997

W snach przyjdzie

Bezdrożami chodzi ten, co mnoży kwiaty,
wolność hoduje, z oczu zdejmuje kraty.
On czas zatrzyma, łez rozmrozi krople,
da przemówić drzewom, co szumią wyniośle.

Kiedy już cię spotka, obejmie serdecznie,
brodaty, stęskniony, bo sam żyje wiecznie,
oczy ma poważne, rozumne, śmiejąc
spyta, czy widziałeś, jak ptak budzi słońce.

Nie planuj na próżno, by wymawiać słowa,
Jemu niepotrzebna pusta, ludzka mowa,
On cię bez prośby obdarzy wytchnieniem.
Ciesz się: oczy rozumne niosą zapomnienie.

Gdynia, 8 stycznia 2000

Śmierć jest dla mnie czymś nieskończenie absurdalnym, ponieważ całe ludzkie życie, ten ciąg starań, trosk, przeżyć, radości i cierpienia, nade wszystko miłości kończy bezsensem, zanikiem świadomości, zapomnieniem wszystkiego, zerwaniem wszystkich więzi. Na jej usprawiedliwienie można powiedzieć chyba tylko to, że jest aktem ostatecznej sprawiedliwości, zrównując wszystkich ludzi, bez względu na pochodzenie, dorobek, pozycję społeczną, stan zdrowia, wiedzę czy poglądy. Nie darmo przeszłe cywilizacje wyniosły ją do rangi boskiej. Oto przykłady:

  • Anubis – mitologia egipska, później zastąpiony przez Ozyrysa
  • Azrael – islam
  • Balor – mitologia celtycka
  • Hades – mitologia grecka
  • Mictlantecuhtli – mitologia aztecka
  • Jama – hinduistyczny bóg śmierci i zmarłych
  • Mot – mitologia bliskowschodnia
  • Ozyrys – mitologia egipska
  • Tanatos (mitologia) – mitologia grecka, uosobienie śmierci
  • Weles – mitologia słowiańska

Michael Tequila, poezja i proza, w księgarni: https://tinyurl.com/y52br67b  

0Shares

Zacząłem obserwować Ptacha. Powieść psychodeliczna. Odc. 7.

Najpierw przedstawię się.

Jestem skromnym urzędnikiem, dawniej zwanym skrybą, umiejącym trzymać pióro w garści i widelec w ręku. Urodziłem się w rodzinie kancelistki i magazyniera cenionego przez zwierzchników za posłuszeństwo. Były to czasy państwa opiekuńczego i popędliwego alkoholizmu, transparentów krzyczących – podobnie jak dzisiaj – Partia z Narodem i Naród z Partią, na których nieznani sprawcy dopisywali „Jeśli Bóg tak zechce”, także bonów na pralkę i lodówkę oraz cebuli dostarczanej w workach bezpośrednio na stanowisko pracy. Partia, Bóg, Kościół, to były hasła, jakie zapamiętałem szczególnie mocno.

Z natury jestem introwertykiem psychodelicznym, poszukującym wzorca, jak żyć, co myśleć i dokąd zmierzać. Wszystkie ważne cechy osobowe, edukację w czasach państwa opiekuńczego, samogonu, uwielbienia władzy centralnej i kościoła, sloganów piękniejszych niż jeleń na rykowisku, cichej psychodelii oraz skromnej siwizny, śmiało dzielę dzisiaj z Ptachem, urodzonym i edukowanym w tych samych okolicach czasowych. To one zbliżyły mnie do niego.

Dotychczasowy wpływ Ptacha na moje życie, człowieka spokojnie żeglującego z prądem czasu i zdarzeń, nie tak, jak ci młodzi i piękni od ambicji, smartfonów, szybkich samochodów i nowych mieszkań, był mało widoczny. A może po prostu jestem mało spostrzegawczy? Nie jestem tego pewien. Mam na myśli to, że nie wszystko, co się dzieje dookoła, rozumiem, zwłaszcza zaś szybkości działań władz, nocnego pośpiechu, pracy do godziny drugiej rano oraz zawiłości strategicznego myślenia Ptacha. Pocieszam się, że pragnie on w swoim pędzie do gwiazd uczynić nasz naród jeszcze doskonalszym i jeszcze dumniejszym, choć dumą i ambicją przerastamy od dawna inne dumne nacje. Podziwiam go za to, że należąc do kategorii dojrzałych emerytów, umysł ma bardziej giętki niż nowy skórzany bat na leniwego pracownika. Ptachu imponuje także swoją wrażliwością społeczną i chęcią pomocy.

Jeśli używam wobec niego nazwy „Ptachu”, a nie imienia i nazwiska lub stanowiska, jakie zasłużenie zajmuje, to tylko dlatego, że jest ona powszechna i wygodna w użyciu. Nie bez znaczenia jest również, że kojarzy mi się ona z Garudą, boską krzyżówką człowieka i orła, krótko mówiąc z ptakiem.

Ostatecznego olśnienia wielkością i złożonością Ptacha doznałem u lekarza. Wizytę miałem wyznaczoną na godzinę dziesiątą piętnaście. Kiedy wchodziłem do jego gabinetu zbliżała się godzina czternasta. Był to już okres upiększania rzeczywistości, dlatego nie zdziwiło mnie to, co ujrzałem. Gabinet był bogato zdobiony, każda ściana miała inny kolor, u sufitu wisiał rozsądnych rozmiarów kandelabr wzbogacony wisiorkami z kryształu górskiego mieniącego się kolorami tęczy. Biurko lekarza odnalazłem za dwoma kształtnymi filarami połączonymi jedwabną zasłoną z wizerunkami słoni indyjskich. Lekarz siedział na rzeźbionym krześle ubrany w biały fartuch o kroju kimona. Był to mężczyzna w pełni rozkwitu, podobnie jak Ptachu i ja. To skojarzenie mnie wzmocniło. Lekarz wstał, kiedy wszedłem, podał mi rękę i przeprosił za trud czekania. Widocznie zauważył, jak długo czekałem albo po prostu chciał się zwierzyć.

– Ptachu, ten nasz kochany Ptachu, pomaga nam finansowo jak tylko może, ale to wciąż jest za mało, dlatego upiększamy rzeczywistość we własnym zakresie jak kto umie i lubi. Mimo to ludzie się skarżą na niego i na rząd, czego zupełnie nie rozumiem. Jeśli pan mówi, że wyznaczono panu termin prześwietlenia nogi za trzy miesiące, to znaczy, że pan kłamie podobnie jak inni pacjenci.

Popatrzyłem na niego zdumiony, ponieważ nikt nigdy tak bezkompromisowo nie potraktował moich słów co do terminu badania. Równocześnie zauważyłem, że „Ptachu, ten nasz ukochany Ptachu”, jest ulubioną formułą uwielbieniową lekarza. Postanowiłem ją zapamiętać.

– Minister Zdrowia mówi, że kolejki się zmniejszają, a ja jako lekarz, muszę wierzyć jemu a nie pacjentom, którzy często utrudniają nam życie przychodząc zbyt często z problemami, jakich powinni zdecydowanie unikać, aby nie komplikować życia sobie i innym.

– Ptachu ma w sobie tyle dobroci. – Podjął medyk i zamyślił się. – Szerokim gestem rozdaje pieniądze obywatelom najbardziej potrzebującym, sponsoruje dzieci narodzone i nienarodzone, rodziny wielodzietne, matki opuszczone i samotne z własnej woli, kobiety przy nadziei. Nie żałuje też pieniędzy rzeszom bogobojnych członków aparatu państwowego, przyznając im wysokie stanowiska w przedsiębiorstwach państwowych, aby przysparzali im sukcesów a narodowi chwały.

Jego wypowiedź wydała mi się cyniczna, ale powstrzymałem się od krytyki, tym bardziej, że podjęliśmy ciekawą dyskusję, czy pacjent-cukrzyk nie powinien sam dokonywać amputacji swojej nogi z powodu gangreny, kiedy szpital wyznacza mu odległy kilkumiesięczny termin operacji. Powołując się na literaturę piękną i bogatą w fakty, głównie „Chłopów” Reymonta, byłem zdania, że tak.

– Potrzeba jest matką wynalazków. – Podsumowałem.

Lekarz rozwinął wątek samoleczenia, dokładniej definiując wyzwanie i przedstawiając szczegóły.

– Jest to kwestia decyzji medyczno-życiowej, wyważenia plusów i minusów, czy zrobić to teraz, bez zwłoki, stosując proste narzędzie chirurgiczne w postaci siekiery ze znieczuleniem ogólnym czy też później, dużo później, stosując nowoczesne narzędzie w postaci elektrycznej piły tarczowej o ostrzu schładzanym wodą, aby uniknąć przegrzania ciętego materiału. Widzę korzyści pierwszego rozwiązania: taniość. szybkość, prostota rozwiązania.

Kiedy lekarz snuł swoje wyjaśnienia przyszło mi na myśl, miałem takie wrażenie, że jest on filozofem niepozbawionym umiejętności trafnego i lapidarnego opisu rzeczywistości cierpliwie budowanej przez władzę.

Pod koniec szczęśliwego dnia postanowiłem śledzić losy Ptacha, rejestrować jego decyzje oraz analizować problemy, z jakimi się boryka, jak również notować jego marzenia. Pragnąłem wspomagać go na tyle, na ile ten szlachetny starzec zechce skorzystać z mojej pomocy. Myślałem o pracy wolontariusza przy rozwieszaniu ulotek w okresach gorących potrzeb reklamy władzy, rąbaniu drewna na zimę na ogrzewanie jego daczy, a nawet o głośnym wyrażaniu aplauzu, kiedy będzie przemawiać publicznie.

To pragnienie stało się dla mnie objawieniem. Patrzę teraz w przyszłość z ufnością, wręcz radośnie.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 226 (ostatnia): Rozmowa nad jeziorem

– Mnie bardziej intryguje twój pogrzeb i twoje zmartwychwstanie, Sefardi. To był majstersztyk: napisać powieść i tak pokierować wydarzeniami, aby zrobić książce i autorowi niesamowitą promocję. Nie na darmo wytypowano twoją powieść do udziału w międzynarodowym konkursie Debiut Literacki Roku. Udane połączenie dobrego dzieła literackiego z promocją autora to prawdziwa katapulta w sławę pisarską bez wcześniejszego dorobku. Zostałeś celebrytą w ciągu jednego dnia. O twoim pogrzebie i zmartwychwstaniu mówiło całe społeczeństwo. Oczywiście nie wszyscy byli zachwyceni. Mimo bezsensownych plotek i insynuacji oraz dziwacznych śledztw twój honor pozostał nienaruszony. Ludzi trzeźwo myślących napawają smutkiem postawy niechęci wobec nowości. Wszystko przecież nieprzerwanie się zmienia.

Popijając kawę spokojnie rozmawiali, na luzie i bez pośpiechu. Nad jeziorem pojawiła się chmura o pierzastych krawędziach. Chwilę wisiała w przestrzeni jakby zastanawiając się, co zrobić, po czym ruszyła ku brzegowi. Przesuwała się powoli nad powierzchnią wody, potem przyśpieszyła rosnąc w oczach. Zbliżając się do brzegu uformowała się w wielki, niemy lej tornado.

Eminencja obserwował niezwykłe zjawisko. Dziwnie się zachowywał. Jego wzrok stał się szklisty, pod lewym okiem pojawił się nerwowy trick; drobniutki nerw poruszał wewnętrzny kącik oka. Sefardi i Barras spojrzeli w kierunku wody zaintrygowani, co mogło go tak zahipnotyzować. Nad jeziorem panował spokój. Powietrze stało w miejscu, na powierzchni wody unosiło się tylko kilka żaglówek jakby malowanych delikatną kreską Alfreda Sissley’a. Biały kolor żagli odbijał się od granatowej powierzchni wody.

Wielki lej zbliżył się do brzegu i wciągnął w siebie Eminencję. Duchowny przypomniał sobie wszystko. Był znowu małym Zemanem, oglądał obrazy z dzieciństwa, snuł wspomnienia, słyszał dawno przebrzmiałe rozmowy. Rozciągnęła się przed nim wstęga życia, przywracając wyblakłe i zapomniane już obrazy, najbardziej skondensowaną formę pamięci. Przed jego oczami pojawili się ojciec i matka, pozdrawiali go, po chwili znikli w cieniu z podniesionymi do góry dłońmi. Potem zjawiali się ludzie, których znał i których nie znał, cały tłum, konie, przyroda, zamach na parlament, Świątynia Wiary i Prokreacji, palec boży, dwaj cudem odnalezieni bracia, kobiety niezależne oraz Babochłop, już świętej pamięci. W końcu Eminencja zobaczył Boga w postaci wielkiej ryby wyskakującej nad powierzchnię jeziora. Zawisła na kilkanaście sekund w niebieskawym powietrzu rozedrganym w słońcu. Duchowny zaniepokoił się; po chwili spłynęła na niego ulga jak błogosławieństwo.

– Przecież to symbol pierwszych chrześcijan – pomyślał.

Usiłował powiedzieć to na głos, lecz ten ugrzązł mu w gardle, patrzył więc tylko znieruchomiały, bojąc się zniszczyć to, co widzi. Bracia obserwowali go z niepokojem. Sprawiał wrażenie osoby oderwanej od rzeczywistości. Działo się z nim coś niedobrego. Na jego twarzy pojawiło się napięcie, wyraz niepewności i zaskoczenia. Po chwili niepokój zniknął i twarz opromienił uśmiech. Nie mieli pojęcia, skąd wzięła się ta nagła zmiana. Opowiedział im swoje przeżycie, cieszył się.

– Wyzwoliłem się z niepokojów przeszłości. Otrzymałem przebaczenie.

Wszyscy trzej poczuli się nagle głodni jak ludzie powracający do zdrowia po długiej rekonwalescencji. Uznali, że muszą zjeść coś solidnego. Mieli przed sobą długi dzień. Eminencja wstał, skoncentrował się, widać było, że ma coś ważnego do przekazania.

– Moi drodzy! Powiem wam, co myślę o naszym życiu i społeczeństwie. Co je trapi, na co cierpimy wszyscy. Otóż jest to strach przed zmianami, brak empatii dla zwierząt i przyrody, nietolerancja inności bliźniego oraz neurotyczne dociekanie prawdy o życiu i śmierci. Wielka szkoda, bo bez tych samoograniczeń życie byłoby o niebo lepsze i piękniejsze.

Koniec powieści

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 223: Kolejne kataklizmy

Z pozytywnym oczekiwaniem, ale i pewnym niepokojem, Sefardi kroczył samotnie Ulicą Czterdziestą Drugą w kierunku skrzyżowania z Czternastą Aleją, gdzie firma wydawnicza Prensa Nacional zorganizowała wielką uliczną księgarnię. Na dwóch gigantycznych regałach sięgających trzeciego piętra stały obok siebie, jak karni żołnierze, tysiące egzemplarzy jego książki „Wniebowstąpienie oszusta”. Zbliżając się do skrzyżowania widział z daleka rozległą ścianę książek, w różnych oprawach i wersjach językowych. Przesuwając się powoli w różnobarwnym tłumie usłyszał nagle dzwony; biły jak szalone zapowiadając coś niezwykłego. Ludzi zatrzymywali się zaniepokojeni i patrzyli w górę w kierunku źródła dźwięków. Za chwilę na ścianie czarnego budynku zalśnił wielki ekran telebimu, aby ukazać dziesiątki dziwnych postaci, skaczących, stojących i biegnących. Przebijając głosy dzwonów i wielkiego miasta męski głos wyjaśnił, że w Nomadii pojawił się nowy gatunek biologiczny, człowiekoń, zapowiadający nową przyszłość człowieka, zwierząt i natury, całej planety.

Ludzki strumień płynący w kierunku skrzyżowania, gdzie miał za chwilę rozpocząć się wielki festyn sprzedaży najgłośniejszej książki świata, skurczył się, zwątlał, w końcu zamarł. Przytłoczeni głosem huczących dzwonów, ludzie zawracali w kierunku telebimu. Dzwony nagle zamilkły. Sefardi popatrzył na ścianę książek i zmartwiał. Na jego oczach najpierw jedna, a zaraz potem druga prostopadła do niej ściana książek, przechyliły się w kierunku jezdni. Słychać było łoskot metalowych półek przygniatających pojazdy i ludzi oraz rumor setek tomów padających na ziemię z trzepotem okładek i kartek.

Sefardi poczuł się niepewnie, nie na swoich nogach. Jego książki, jego wielka nadzieja, rozpadły się jak domek z kart; mężczyzna zasłabł i osunął się na chodnik. Nikt na niego nie patrzył. Przechodnie przyglądali się zszokowani chaotycznym stosom książek na jezdni, aby za chwilę skierować oczy na telebim transmitujący przekaz o niezwykłym gatunku człowiekoni.

– To koniec świata! – zawył brodacz w czarnym garniturze, wyglądający na kaznodzieję. – Módlmy się! – Zawołał. – Módlmy się! – Powtórzył i uklęknął z oczami wtopionymi w czarny asfalt.

*****

Świątynia Wiary i Prokreacji zanurzyła się w wielkiej chmurze płomieni i dymu. Zewsząd słychać było płacz i okrzyki przerażenia. Wszyscy jednako uczestniczyli w ponurym spektaklu: widzieli ten sam obraz klęski, słyszeli ten sam huk padających na ziemię konstrukcji, dotykał ich ten sam podmuch płomieni trawiących wnętrze świątyni. Płonęło wszystko, co było w niej najcenniejsze: monstrancje, szaty, obrazy. Pożar poprzedziła seria niezbyt głośnych wybuchów. Jedynie obecni w świątyni księża nie przestraszyli się, pożar odczytali jako ostrzeżenie przed jeszcze większym, nieokreślonym niebezpieczeństwem i podjęli ewakuację wiernych.

Tragiczna wiadomość dopadła Czarną Eminencję, kiedy zmęczony sposobił się do krótkiej sjesty. Natychmiast udał się na miejsce zdarzenia. W otoczeniu współpracowników oglądał obraz własnej klęski: na jego oczach rozpadała się Świątynia Wiary i Prokreacji, duma jego życia. Starszy, siwiejący ksiądz o twarzy zdegenerowanego alkoholika, w usmolonej i pomiętej sutannie, biegł w jego kierunku wołając z daleka, że straszny pożar to kara za grzechy. Eminencja, sam w szoku, uspokoił podwładnego, aby dowiedzieć się szczegółów zdarzenia. Ksiądz powtarzał wciąż to samo „kara za grzechy”. Po chwili przyszedł do siebie na tyle, żeby wyjaśnić, że krótko przed pożarem ze świątyni wybiegła duża grupa kobiet zdeprawowanych wygodami cywilizacji, ograniczonych przyziemnymi ambicjami, chciwością wygodnego życia i zubożałą wyobraźnią.

– Miały za nic Boga, kościół i państwo. Powiedziały mi, że nie jest to miejsce dla nich. Jeśli będą rodziły dzieci to tylko za pieniądze. – Wydusił z siebie zadyszany starzec, dławiąc się z oburzenia.

Nieskładną rozmowę dwóch mężów kościoła przerwało zawalenie się frontowej ściany budynku. Zanim dym i kurz wypełniły przestrzeń, Czarna Eminencja zdążył zauważyć palec boży, ów cudowny palec boży, jak gwałtownie kurczy się w ogniu i szarzeje sycząc i parując jak wilgotna gałąź wrzucona do ogniska. Widok symbolu władzy bożej był dla niego cierpieniem, dotykającym go bezpośrednio i osobiście. Arcybiskup poczuł ból w klatce piersiowej. Zanim ogarnęła go ciemność, usłyszał syrenę karetki pogotowia i zdążył pomyśleć, że nadeszła nowa Apokalipsa, straszniejsza od poprzedniej.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 216: Rodzinne wspomnienia Iwana Iwanowicza

Josef Hafner: The Rudolf monument

O Iwanie Iwanowiczu mówiono, że jest pomnikiem przeszłości. Ubierał się staromodnie, jak to czyniono dziesiątki lat wcześniej. Jego strój starzał się razem z nim, zachowując zawsze ten sam dystans czterdziestoletniego opóźnienia w stosunku do aktualnego wieku właściciela.

Na zebraniu przy krawężniku Iwan Iwanowicz miał na sobie spodnie sztuczkowe z mankietami i odpowiednio dobraną marynarkę. Zgodnie z duchem współczesności, która pozwala łączyć solonego śledzia z ciastkiem tortowym i elektryczny rower ze zwykłą drabiną, eksperymentował z modą, twórczo integrując mody pozornie do siebie nie pasujące. Na spodniach i marynarce ze sztucznego materiału miał skórzaną kurtkę. Obowiązkowym elementem jego garderoby były również białe skarpetki.

– Można by powiedzieć, że żyję w rozkroku czasów i stylów, gdyby nie kojarzyło się to niewłaściwie z seksem, o którym można żartować, ale bardzo ostrożnie – niezmiennie wyjaśniał Iwan Iwanowicz.

Eroten als Brandstifter by Louis-Roland Trinquesse

Dzieci nie miał. Pytany o potomstwo odpowiadał niechętnie, że przeszło mu koło nosa, zanim się zorientował, że odchodzi, powymierało, rozbiegło się, zdematerializowało, znikło we mgle tępych spojrzeń, jakie go nawiedziły w dzieciństwie i nie opuściły już do końca życia.

– Oby to życie trwało wiecznie – żartował przy okazji, przypominając faraonów egipskich, po czym – aby odwrócić od siebie uwagę – twierdził, że stracił wiarę w życie wieczne, podobnie jak w rząd.

– Władza zawsze życzy ci wszystkiego najlepszego, ale wyrywa ci poduszkę spod głowy, którą sobie wygodnie wymościłeś po latach doświadczeń ze spaniem na lewym i prawym boku, na brzuchu i na plecach, oraz dwóch pozycjach ekwilibrystycznych szczególnie użytecznych w pociągach osobowych przepełnionych aż po ubikację.

Kiedy to mówił, a zdarzyło się to tylko raz, rozkleił się jak dykta zleżała na deszczu i mrozie. W jego słowach dawała się wyczuć prawdziwa tragedia; kwiaty cmentarne ukazywały się w oczach, raz w jednym, raz w drugim, aż do momentu, kiedy osuszył je chusteczką do nosa. Prześladowała go także teściowa i to także w nim pozostało.

– Nawet, kiedy już odeszła, nadal mnie nawiedzała. – Twierdził starzec z żalem rozlewającym się szeroko po opalonej twarzy.

Opowiadał o tym kiedyś Sefardiemu, z którym przyjaźnił się – jak żartowali sąsiedzi z osiedla Aura – z przerwami, proporcjonalnie do możliwości jego pamięci starzejącej się nieco szybciej niż ciało.

– Moja teściowa była kobietą z krwi i kości, niezwykle pracowitą, właściwie to pracoholiczką. Była to istna mrówka, aktywnie uprawiająca etos pracy. W domu wyrażało się to tym, że biegała za mną z szufeleczką i szczoteczką, zbierając każdy okruszek. Pilnowałem się jak skunks na warcie przed magazynem gęsich jaj, ale niewiele to pomagało. Zawsze, kiedy coś mi upadło na podłogę lub stół, dostrzegała to natychmiast. Nie było takiej drobiny, której by ona nie wypatrzyła. Widziała ją zza węgła lub wyczuwała czuła podświadomie. – Fantazjował Iwan Iwanowicz, ale tylko połowicznie.

– Iwanie Iwanowiczu – pytała mnie – czy zauważyłeś ten okruszek przy zlewie? Dlaczego nie założysz sobie okularów, a przedtem nie weźmiesz talerzyka do ręki? W końcu nie wiedziałem, czy był to głos teściowej, czy może anioła opiekuńczego, który postanowił rehabilitować mnie etycznie, na ile to było możliwe. Teściowa była tak serdeczna, że nawet gasiła za mną światło w łazience. Za nic nie mogłem zapamiętać, żeby gasić to cholerne światło, gdyż byłem zawsze myślałem o czymś innym. W końcu zapytałem ją, czy warto kruszyć kopie o okruszek lub dwa waty elektryczności, ale i tak nie przekonałem do siebie jej kobiecej natury, skoncentrowanej na szczegółach życia, choć wokół było tyle wielkości.

Osiągnąwszy apogeum przesady Iwan Iwanowicz podejmował próbę wybielenia się, twierdząc, że nie myśli tak źle o kobietach, że są szczodre, pracowite, siedemdziesiąt procent z nich zajmuje się finansami rodzinnymi, mają pamięć mocniejszą od mamuta, że gdyby nie ich słodycz i dobroć, to na świecie byłyby tylko zrzeszenia onanistów, co byłoby nie do zniesienia dla każdego rządu, który też lubi porządek i stale ma przed oczami wizję demograficznego rozwoju społeczeństwa.

Iwan Iwanowicz tak bardzo rozbiegał się w dywagacjach o teściowej, życiu i rządzie, że Sefardi musiał mu przerywać, przypominając o pilnych obowiązkach. Iwan Iwanowicz akceptował bez zastrzeżeń jego interwencje; obydwaj mężczyźni byli wyjątkowo zgodni.

Jeśli podoba ci się ten tekst, kup koniecznie https://www.taniaksiazka.pl/niezwykla-decyzja-abuelo-caduco-michael-tequila-p-1199197.html 

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 52: Ekscesy Abenaki, Sefardi i plan twórczego zakończenia życia.

Mimo spowolnienia gospodarki, firma Abenaki rozwijała się jak szalona. Jej obroty rosły tak szybko, że nie wystarczało miejsca na wykresach dla pokazania pełnego trendu wzrostu. Nomadyjczycy tak przyzwyczaili się do jej sukcesów, że oprócz maklerów giełdowych nikt nie zwracał na nią uwagi aż do momentu, kiedy zarząd giełdy oskarżył ją o podanie zaniżonych obrotów i zysków. Zaczęto analizować szczegóły. Okazało się, że obroty firmy rosły trzykrotnie szybciej niż przeciętne obroty całej branży. Abenaki zwiększała sprzedaż, niszcząc konkurencję niskimi cenami i tak rozległą reklamą swoich produktów, jakby dysponowała nieograniczonymi środkami. Co więcej, organizacje ochrony środowiska donosiły o szkodliwości jej produktów dla środowiska i człowieka.

Mimo poważnych oskarżeń, nikt nie był w stanie udowodnić niczego w sądzie. Firma zatrudniała najlepszych prawników i sprawy wygrywała albo skutecznie je odwlekała. Dziennikarze śledczy głowili się nieprzerwanie, skąd ma ona tyle pieniędzy. Pojawiły się podejrzenia o cichą pomoc ze strony rządu, sugerowano, że firma korzysta z jakichś niejasnych przywilejów, koncesji, dotacji, ulg podatkowych lub specjalnych zleceń. Byli tacy, co podejrzewali, że Abenaki jest wielkim producentem i dystrybutorem narkotyków za cichym przyzwoleniem rządu.

– Bez zewnętrznej pomocy i protekcji nie mieliby takich wyników. Nie ma innego wytłumaczenia. Urząd Kontroli Konkurencji, instytucja państwowa, udaje tylko, że stara się wyjaśnić oskarżenia – argumentowali dziennikarze.

Członkowie zarządu i wysocy funkcjonariusze Abenaki rozbijali się po drogach kosztownymi samochodami i kupowali bajeczne rezydencje z basenami i ogrodami na dachu. Prezes firmy ogrodził swoją rezydencję razem z jeziorem, do którego dotychczas mieli dostęp wszyscy obywatele. Twierdził, że musiał to zrobić, ponieważ złodzieje wykradali mu szczególnie rzadką odmianę karpia królewskiego. Dla uśmierzenia oburzenia publicznego dotyczącego tej sprawy biskup Kościoła Hierarchicznego odprawił trzy msze w prywatnej kaplicy prezesa pod figurą ukrzyżowanego Jezusa wykonaną ze złota i zdobioną rubinami.

Interpelacje opozycji w parlamencie w sprawach powiązań Abenaki z rządem rozpętały w końcu dyskusję narodową. Była ona tak pełna oskarżeń i kontroskarżeń, niuansów, wyjaśnień i zaprzeczeń, protestów i manifestacji, że wszyscy stracili orientację, co jest prawdą, a co kłamstwem.

Tajemnica ubożejącego państwa i bogacącej się wielkiej firmy do niedawna kierowanej przez gubernatora Blawatsky’ego odbierała sen Sefardiemu. Pragnął rozwikłać tę zagadkę za wszelką cenę. Miał poczucie, że nie ma na to za dużo czasu.

*****

Dla Sefardiego był to okres intensywnych kontaktów z księdzem Terrano i z Bogiem. Zamierzał śmiałym ciągiem pozytywnych działań nie tylko wyprostować pogięte fragmenty życia, ale także dać przykład twórczego życia w dojrzałym wieku. Gotów był nawet skrócić je, aby przeżyć je bardziej intensywnie.

Pokazać tylko, jak należy żyć, byłoby to jednak za mało. Wyglądałoby to jak niekompletny wykład. Sefardi-perfekcjonista nie mógł sobie na to pozwolić. Zaprzeczałoby to prawdzie, że człowiek został stworzony przez Boga po to, aby dążyć do doskonałości.

Swój punkt widzenia Sefardi przedstawił swemu najlepszemu przyjacielowi, doradcy i spowiednikowi, księdzu Amizgao.

– W tym jednym zgadzam się z tobą w pełni – Z powagą odparł Amizgao, wyznawca filozofii praktycznej. – Nieskończenie długa ewolucja życia na ziemi, mimo wahań, cofnięć, skrzywień i upadków, świadczy o dążeniu przyrody do doskonałości – ksiądz zjawiał się obok Sefardiego zawsze wtedy, kiedy ten najbardziej go potrzebował. Był jego duchem opiekuńczym. Prymitywny Indianin z urodzenia, szaman znad Amazonki, ostatecznie wyedukowany jako ksiądz i psycholog, Amizgao potrafił przenikać ściany i umysły.

*****

Niezłomne postanowienie wywołało w Sefardim wątpliwości już następnego dnia. Dalsza pomoc księdza okazała się nieunikniona i konieczna. Był jedyną osobą, która mogła mu pomóc: pasjonat psychologii, miłośnik literatury, rzecznik pisarzy i poetów. Także ludzi ubogich, jak często sam podkreślał.

Sefardi sięgnął po telefon i wybrał numer. Czekał, studiując portret „Kobiety w kraciastej czerni” wiszący naprzeciwko na ścianie, dopóki nie usłyszał spokojnego głosu księdza. Konferowali jakiś czas. Sefardi umówił się na spotkanie, aby zrzucić z siebie ostatnie wątpliwości. Nie wiedząc, jak Amizgao zareaguje na jego plan noszący cechy eutanazji, pozostał w niepewności.

Spotkali się na leśnym parkingu, otoczonym barierką z cienkich pni sosen, pozostałości po przecince lasu. Ksiądz zaproponował spacer; przyroda nastrajała go pozytywnie. Był Indianinem i brakowało mu naturalnego otoczenia. Jeśli pogoda sprzyjała, najchętniej wybierał właśnie to miejsce. Idąc, nic nie mówił, tylko słuchał, zerkając w górę, w korony drzew. Stwarzał wrażenie nieobecnego. Odezwał się dopiero po przejściu kilkuset metrów. Mówił powoli, zastanawiając się nad każdym zdaniem.

– Zaplanowałeś samobójstwo, Sefardi. Smuci mnie to oczywiście, bo jesteśmy przyjaciółmi. Uznaję jednak prawo do takiej decyzji, ponieważ twoje życie jest twoją wyłączną własnością. W odróżnieniu od moich braci duchownych, wykluczam z tej decyzji Boga. Ma zbyt wiele spraw na głowie, aby zajmować się każdym z nas. Martwi mnie tylko, czy twoja decyzja nie skrzywdzi osób najbliższych, rodziny i przyjaciół, czy nie poniosą oni konsekwencji. Boję się też, czy nie zechcesz wykorzystać tej sposobności do popełnienia jakiegoś złego czynu, na przykład zemsty. Możesz nawet nie zdawać sobie z tego sprawy. Umysł ludzki jest pokrętny, potrafi oszukać nawet właściciela. Wspominałeś, że masz wrogów. Możesz zechcieć ich wyeliminować. Uśmiercanie nie jest trudne. Pokazują to niezliczone wojny i przypadki milionów zabójstw. Wiesz to doskonale. Ludzie niejednokrotnie zabijają w myśli nawet najbliższe osoby.

Sefardi zastanowił się. Idea nie była obca. Autorzy powieści kryminalnych na przykład zabijali i to z premedytacją, dla czystej satysfakcji czytelników, którzy wynagradzali ich za to kupując ich książki. Coś musiał z tym zrobić. Szybko w myśli znalazł usprawiedliwienie.

– Amizgao to taki sam moralista jak ksiądz Brown Galbraitha, tego anglikańskiego przechrzty na katolicyzm. Sefardi skrzywił się, uznając, że była to nieuczciwa myśl. – Człowiek w mojej sytuacji, w sile wieku, niezależny finansowo, mający siebie za uczciwego, nie powinien mieć takich skojarzeń – upomniał sam siebie.

W drodze powrotnej Amizgao zachęcił przyjaciela do spowiedzi. Niechętnie, nie chcąc sprawić księdzu przykrości, Sefardi przyjął propozycję. Nie był jednak pewien, czy wyzna mu wszystkie grzechy.

3Shares

Komiks polityczny. Czarna demonstracja. Odcinek 1.

ship-oar-frigate-la-rieuse-author-unknown-public-domain

Iwan Iwanowicz Iwanczyn, trybun ludowy, rzecznik nieskrępowanych poglądów politycznych, jak zwykle stał przy krawężniku wygłaszając prywatne orędzie o stanie państwa. Ucieszył się na mój widok. Opowiedział mi epizod z życia kapitana żeglugi wielkiej, niejakiego Jaroszki, entuzjasty, pasjonata i proroka filozofii czystego bytu.

– Kapitan Jaroszka, znam go doskonale z telewizji, gdzie z braku wiatru oceanicznego wietrzy swoją facjatę przed kamerami (Iwan Iwanowicz oprócz siły fizycznej dysponował także szorstkim językiem), najpierw zamarzył sobie, a potem zbudował żaglowiec wielki jak góra lodowa, symbol ochrony życia uniwersalnego, dobrego i złego, bogatego jak Krezus i nędznego jak marny robak, na którym to żaglowcu zamierzał wpłynąć w wiek następny, aby zyskać sławę żeglarza wszechczasów. Musi Pan wiedzieć, że dzielny Jaroszka, zwany też kapitanem ludzkich sumień, otrzymał podobno pełnomocnictwo od samego pana Boga na sterowanie sprawami życia na ziemi. Kapitan jest człowiekiem uniwersalnym, biologiem, lekarzem i uczonym (większym nawet niż słynny Miczurin), jak i niepohamowanym entuzjastą wszystkiego, co lata, pływa i biega, innym słowem życia, także tego najbardziej bolesnego, chromego i wegetującego.

Proszę sobie wyobrazić, że pokonawszy rafy szalonej pogody, o tej porze wyjątkowo niepewnej i niebezpiecznej, kapitan zamierzał bezpiecznie wpłynąć do portu, aby ogłosić światu swoje zwycięstwo, kiedy zjawiła się banda czarno ubranych niewiast, twardych, zapalczywych i przeciwnych pomysłowi kapitana, które w szale sprzeciwu podziobały czarnymi parasolami żagle i kadłub jego statku tak gruntownie, że stracił on orientację, wszedł na mieliznę i zatonął. Zanim to się stało, na pomoc kapitanowi rzucił się oficer statkowy, niejaki Brzuchal, który wyzwał oblegające statek kobiety od niepoważnych, bałamutnych i zwariowanych bab, oraz drugi oficer, administracyjny, równie ważny, a może i ważniejszy, który wysłał kapitanowi na pomoc wielu sprawnych ochroniarzy. W wyniku nieporozumień z uczestniczkami i uczestnikami demonstracji, nad czym można tylko ubolewać, zabrano ich do lazaretu, aby ocalić im resztki zdrowia.

Jednym słowem, wyprawa po złote runo kapitana Jaroszki i jego załogi zakończyła się poważną i smutną kompromitacją, ponieważ także w innych portach kontynentu kobiety demonstrowały determinację niedopuszczenia jakiegokolwiek kapitana, komandora czy nawet admirała do decydowania, jak ma wyglądać życie, o którym one, od czasów raju, Adama i Ewy decydują i opiekują się z uprawnienia Najwyższego.

Razem z Iwanem Iwanowiczem pochyliliśmy się nad losem ambitnego kapitana, jedynego żyjącego filozofa dysponującego pełnią wiedzy, jak myśleć o życiu i jak z nim postępować w wymiarach religijnych i etycznych, ludzkich i boskich, zmysłowych i pozazmysłowych. 

0Shares

Ciało w odbiciu lustrzanym. Część 6. Chyba przedostatnia.

Dawno nie widzieliśmy się. Chyba mnie unikałeś? – Wiktor nie powitał mnie ciepłym spojrzeniem. Nie dziwiłem mu się.

Mam wyrzuty sumienia wobec ciebie. Nie byłem z tobą w kontakcie od bardzo dawna. Byłem przytłoczony obowiązkami – wyjaśniłem z zażenowaniem i poczuciem winy.

To nie jest najlepsze usprawiedliwienie. Każdy tak mówi. Ale muszę przyznać, że liczne obowiązki do poważna kłoda na drodze postępu. Chodzi oczywiście nie tyle o nadmiar obowiązków, ile o nieumiejętność radzenia sobie z nimi. To jest prawdziwa przeszkoda w poprawie kondycji że tak powiem organicznej. Z trudem radzę sobie z tym. Przekląłbym szpetnie, gdyby nie to, że obnażyłbym publicznie jeszcze jedną moją słabość.

Nie możesz przeklinać przy byle okazji, Wiktorze. Przeklinanie musi być uzasadnione sytuacją. Poza tym, nie wiem, czy cieszyć się czy martwić, że obydwaj przeżywamy te same problemy.

No właśnie! – Wiktorowi oczy rozbłysły. Zajęło mi sporo czasu, zanim odkryłem tajemnicę radzenia sobie z trudnymi sytuacjami i wyciągnąłem odpowiednie wnioski. Początek zmian tkwi w osobowości i mózgu. Także w nawykach. To już zrozumiałem. Potrzebny jest przełom w postaci głębokiej reformy własnego systemu wartości. Bez tego nie ma mowy o schudnięciu czy poprawie sylwetki. Mam wrażenie, że dokonałem już takiego przełomu.

Nie, nie! – wykrzyknął Wiktor zaprzeczając sam sobie. Zaczerwienił się na twarzy.

Nie dokonałem jeszcze, ale pracuję nad tym. Walka z sobą jest diabelnie trudna. Jesteś taki, jaki jesteś, wygodny, leniwy, dogadzający sobie, a chcesz być inny, zdyscyplinowany, uporządkowany, sprężysty na ciele i umyśle. Któryś z wielkich starożytnych powiedział: Imperare sibi maximum imperium est. To znaczy: Rządzenie sobą jest najwyższą formą rządzenia. Inaczej mówiąc, wydawanie sobie rozkazów jest najwyższą formą władzy. Władza nad sobą samym!– szepnął Wiktor wznosząc w górę oczy jak aspirant do świętości marzący o życiu wiecznym.

Od czego zacząłeś? – moje łagodne pytanie miało na celu przywrócenie Wiktora do rzeczywistości.

Dobre pytanie. Przede wszystkim zdałem sobie sprawę, że byłem zbyt uległy wobec oczekiwań społeczeństwa, pracodawcy, rodziny, przyjaciół. Jak i siebie samego pozostającego wciąż w wersji tradycyjnej, nieelastycznej – uzupełnił Wiktor. Życie wymaga dyscypliny i mądrości. W pytaniu o to, kim naprawdę jestem zabrakło mi coś w rodzaju „jestem osobą, która dba o siebie i równoważy to wobec innych oczekiwań”.

Mówisz górnolotnie, ale niegłupio. Stwierdzam to w sensie pozytywnym.

W tym momencie zadzwonił telefon komórkowy Wiktora. Wiedziałem, co to oznacza.

To skończymy rozmowę innym razem – zaproponowałem w pośpiechu. Widząc, że mój sąsiad zabiera się do odejścia dodałem: To do zoba, Wiktorze.

No to nara – mruknął słuchając już głosu w telefonie.

 

 

0Shares

Kawa i alkohol czyli motyw życia. Część druga i ostatnia.

Po raz trzeci wracam do znajomego faceta, Wiktora. Ostrzeżcie mnie, gdybym chciał wrócić do niego po raz czwarty, gdyż byłaby to perwersja lub co najmniej ostrzeżenie przed demencją. W smutne dni Wiktor żywi się kawą, aby utrzymać drętwy umysł i zmagające się z grawitacją ciało w stanie używalności. Stan zapaści bywa tak poważny, że trudno uwierzyć. Każdy z nas nosi bagaż, jaki włożyli mu na grzbiet przodkowie i natura. Jeden z kolegów Wiktora za czasów studenckich zwany był „Smutniakiem”, ponieważ zawsze był w stanie przygnębienia. Smutek wynikający z braku ożywczej energii życia bywa niestety motywem przewodnim życia.

Kiedy wstaję z łóżka, moje samopoczucie jest fatalne. Widzę je prawie czołgające się po podłodze. Chętnie kopnąłbym je, gdybym tylko dysponował siłą w owym momencie, ale nogi odmawiają mi posłuszeństwa – relacjonuje Wiktor. Strasznie wtedy sobaczę z frustracji, że nie jestem w stanie nic zrobić, aż mnie samego to przeraża. A przecież już wcześniej poznałem kilka brzydkich słów, wrednych, furmańskich, nawet kloacznych. Byłem w wojsku, gdzie przekleństwo jest argumentem wychowawczym i świadczy o dobrych manierach żołnierskich, bez względu na szarżę. Przekleństwo stoi tam na piedestale jako olśniewajacy i niezłomny symbol intelektu a nawet samego istnienia. Tylko śpiący i martwi żołnierze nie przeklinają – tak to Wiktor relacjonuje mi historię i stosunek do sobaczenia.

Zaraz potem wyjaśnia zawiłości związane z piciem kawy. Kawa jest paliwem poruszającym ludzki motor podobnie jak benzyna czy olej dieslowy wprawia w ruch silnik samochodowy. Jej plusem jest to, że nie śmierdzi. Wręcz przeciwnie, pachnie tak pięknie. To rzecz użyteczna. Na przykład w Australii w domu parzy się świeżą kawę, kiedy mają przyjść osoby zainteresowane jego kupnem.

Pewien Włoch, który studiował medycynę oświetlił mnie, że kawa podnosi ciśnienie krwi na wyższy poziom, ale na krótko – wyjaśnia Wiktor. Potem ciśnienie spada poniżej pierwotnego poziomu, co sprawia, że będąc człowiekiem z gruntu pozytywnym pragniesz popełnić samobójstwo. Dlatego do kawy należy dodawać trochę alkoholu. Widzisz wtedy świat w różowych kolorach. Młodsi osobnicy i osobniczki mogą go widzieć nawet w różowych majteczkach na zgrabnym siedzeniu lub w bogatym owłosieniu na masywnej klatce piersiowej. Życie staje się naprawdę kwieciste, jeśli zabarwisz je kawą z dodatkiem brandy  – oczy Wiktora nabierają nowego blasku, kiedy zbliża się do kafeterki trzymając w ręku butelkę Bardinet Napoleon.

Niejeden wybitny pisarz napędzał się alkoholem i kawą (w tej kolejności). Też liczę na tę formułę. Oby tylko nie przesadzić jak Hemingway i nie zbliżyć do ust dwururki zamiast zawartości szklaneczki z wodą ognistą, choć też kojarzy się z piekłem.

0Shares

O pisarkach australijskich, polityce i sukcesach. Część 2

Tylko jedna z młodszych z pisarek australijskich, Catherine Gaskin, zakwestionowała fascynację komunizmem swoich „koleżanek po fachu” zadając pytanie prowadzącej wywiad: Tak, ale czy one kiedykolwiek doświadczyły komunizmu? Czy kiedykolwiek żyły w komunizmie? Nie zniosłabym życia w społeczeństwie, gdzie każą mi pisać pewne rzeczy lub zamilczeć na zawsze. Gaskin przyznaje, że sama ma „bardzo socjalistyczne” skłonności, ponieważ nie akceptuje moralnego zepsucia. Socjalizm oraz poparcie dla komunizmu, socjalizmu i partii pracy, pisarki australijskie widziały w kategoriach walki o sprawiedliwość w warunkach kapitalizmu.

Orientacja ideologiczna i polityczna nie była sprawą bagatelną dla osób twórczych. W życiu niejednej pisarki w Australii była ona treścią ich życia, zaangażowania społecznego oraz źródłem natchnienia i motywacji do pisania.

Nie wszystkie pisarki australijskie osiągające sukcesy zawodowe miały szczęście w życiu. Dla niektórych z nich było ono pasmem problemów i nieszczęść. Przykładem jest Kylie Tennant. Jej mąż, Roddy, cierpiał na chorobę psychiczną. Jego stan zdrowia pogarszał się; usiłował on popełnić samobójstwo. Kylie opiekowała się umierającą matką, kiedy jej ojciec opuścił je wyjeżdżając do Europy. Bim, syn Kylie, był schizofrenikiem, zaczął przyjmować narkotyki i tragicznie skończył: został zamordowany w wieku 26 lat. Mąż Kylie, Roddy, zmarł na raka, a wkrótce potem zmarł jej ojciec. Przez cały ten czas sama Kylie borykała się z rakiem i chorobą serca.

 

0Shares