Niesforny starzec. Groteska absurdalna (nie tak znowu bardzo). Cz. 2 i ostatnia.

– Myślałem, że pies zdechnie, ale nie. Zawiozłem go do weterynarza, ale gabinet był nieczynny. Wtedy zabrałem go na pogotowie ratunkowe dla zwierząt. Tam lekarz weterynarii obejrzał go dokładnie, popatrzył w oczy i zapytał właściciela czyli mnie, co mój pupil zjadł lub wypił. Kiedy mu powiedziałem, wydał diagnozę:

– Niech pan lepiej szykuje trumnę dla psa.

W poczekalni był dentysta, mechanik samochodowy i ksiądz z małym pieskiem. Wywiązała się awantura.

– Jak może pan sugerować trumnę i pochówek dla psa jak dla człowieka? – Zapytał niewinnie wyglądający mężczyzna w sutannie.

– A nie jest to stworzenie boże, jak każdy z nas? – Weterynarz rzucił wyzwanie duchownemu patrząc mu prosto w oczy jakby chciał go wyspowiadać. Chwilę potem wyszło na jaw, że był to ateista czystej wody, lubiący rzucać wyzwania. W pewnym momencie zaczął złorzeczyć na pojedynczych księży, potem zbiorowo na kler, że nie ćwiczą żadnych sportów, tylko hodują kałduny, w końcu wspomniał coś o pedofilach. Ksiądz oburzył się, wpadł we wściekłość i uderzył go w twarz. Napadnięty wstał z podłogi, wytarł twarz i ręce wilgotną ściereczką, i hojnie mu oddał.

– Rozpoczęła się regularna bijatyka. Dobrze, że pies leżał i spokojnie przyglądał się rozgrywającym się na jego oczach dantejskim scenom nie decydując się interweniować, bo to wielkie zwierzę i byłaby jatka jak się patrzy. Nigdy by ich nie pozszywali – opowiadał potem starzec Radosław, który jakimś cudem też tam się znalazł.

– Nie wiadomo, czy to właśnie nie on wywołał tę awanturę. Gdziekolwiek się nie znajdzie, zaraz powstają niesnaski – skarżyła się rodzina.

Sprawa bijatyki trafiła do sądu. Sędzia, a właściwe sędzina przybyła w jego zastępstwie, bo sędzia odmówił udziału w rozprawie wyjaśniając, że dosyć ma sporów, nieuczciwych weterynarzy, mechaników samochodowych, dentystów, księży i innych przebierańców.

– To wszystko oszuści – krzyczał na korytarzu, kiedy koleżanka sędzina zapytała go, dlaczego nie chce poprowadzić sprawy.

– To kto jest uczciwy według kolegi? – zapytała rzeczowo, lekko już zdenerwowana.

– Tylko politycy! – wykrzyknął sędzia. Nie wiadomo czy mówił to poważnie, czy żartował, bo twarz mu się wykrzywiła boleśnie po lewej stronie.

Zachowanie sędziego wyprowadziło z równowagi ludzi na korytarzu przybyłych jako świadkowie na rozprawę dotyczącą członka ich rodziny, któremu zdarzyło się wejść w konflikt ze znanym posłem.

– Ten typ wstał z rynsztoku – mówił o pośle oskarżony członek rodziny – chciał mi nasikać do kieszeni w przekonaniu, że był to pisuar. Przeklinał przy tym okropnie używając wyzwisk i wulgaryzmów.

W trakcie rozprawy sędzina zadała oskarżonemu pytanie wyjaśniające:

– Czy nie chodzi o to, że to oskarżony napadł na Bogu ducha winnego polityka, zepchnął go do rynsztoka i chciał go skopać, ponieważ nie zgadzał się z oskarżonym co do wysokości składek na fundusz walki z rosnącym analfabetyzmem, kretynieniem i deformacją moralną obywateli, którzy kłamstwo uznają za prawdę, a prawdę za kłamstwo.

Spór trafił ostatecznie do sądu okręgowego, potem było odwołanie od decyzji tego sądu do wyższej instancji sądowej, potem sprawa znowu powróciła do sądu okręgowego i znowu była apelacja do sądu wyższej instancji.

– I tak sądzą się ci ludzie do dziś – opowiadał spokojnie starzec Radosław, ten sam, co to źle sypiał, chodził po nocy, dziecinniał, sprawiał najbliższym kłopoty, pił do upadłego, twierdząc potem, że były to zioła, choć śmierdziało od niego alkoholem, co go rodzina dwa razy wywiozła do lasu, gdzie ożywiał, przypominał sobie, jak kiedyś był komandosem w Legii Cudzoziemskiej, i wychodził z lasu obronną ręką.

Cztery portrety cudze i jeden własny: https://www.wyczerpane.pl/cztery-portrety-cudze-i-jeden-wlasny.html

0Shares

Namiestnik okazuje nienawiść. Powieść psychodeliczna. Odc. 14.

Kilkakrotne wystąpienia Namiestnika Krzepkiego-Kukuły przed sądami umocniły przekonanie, że jest on wyjątkiem wśród ludzi władzy. Jego szacowny wygląd, prawdomówność, opanowanie, kiedy odpowiadał na podstępne pytania prokuratora, oraz emanująca z niego łagodność przyczyniły się do upowszechnienia opinii, że jest człowiekiem sprawiedliwym i dobrym.

Woźni sądowi poznawali go z daleka, zanim jeszcze wysiadł z samochodu, aby udać się do budynku sądu w otoczeniu ochrony osobistej. Telefonicznie wymieniali się opiniami z kolegami z innych sądów, podkreślając, że jest przemiłym, sympatycznym w obejściu staruszkiem. Czasami dodawali coś w rodzaju:

– Bywa u nas coraz częściej. Ludzie nieprzerwanie ciągają go po sądach. I to kto? Najbliżsi krewni! To niesprawiedliwe.

W istocie rzeczy Namiestnik zjawiał się w sądach nie tylko w związku z niezapłaconymi fakturami. Jak tylko czas mu pozwalał, uczestniczył w rozprawach dotyczących zabójstw. Pytany przez dziennikarzy, skąd takie zainteresowania, odpowiadał, niby to żartem, że lubi oddychać duszną atmosferą tajemnicy, krwi, krzywdy i zemsty.

Ostatnim razem, kiedy był w sądzie, toczyła się rozprawa o morderstwo; głównym motywem postępowania sprawcy była nienawiść. Po powrocie Namiestnik wyznał swojej sekretarce:

– Rozprawa, szczególnie zeznania oskarżonego i świadków, podsunęły mi nowe myśli. Jak pani wie, po głowie chodzi mi nieprzerwanie pewien łajdak, którego należałoby przykładnie ukarać.

– To dlaczego go nie ukarzecie? – zapytała. – Jeśli jest winien takich podłości, jak pan to mówi, to aż się prosi o winę i karę. Czytałam powieść na ten temat, tytułu jednak nie pamiętam. Domyślam się o kogo panu chodzi. Też go nie znoszę. To straszny bufon!

– Trudno jest udowodnić mu winę. Ten człowiek zawsze działał w białych rękawiczkach, nie zostawiał śladów. Zajmował wysokie stanowisko i bez problemów znajdował kogoś, kto wybierał za niego gorące kasztany z ognia, jakiegoś pracownika, mogącego nawet nie zdawać sobie sprawy, jak okrutnie jest wykorzystywany. On popełnił najcięższe przestępstwa przeciwko nam wszystkim, narażając na szwank naszą reputację i uszczuplając nasz wspólny dorobek. Jest jeszcze jedna przeszkoda. Nasz system sprawiedliwości jest niesprawny. Jest w nim zbyt wielu nieuczciwych sędziów, nie mających pojęcia, jak stosować prawo, co gorzej, nie mających w sobie poczucia obywatelskiego honoru.

– No i jak to będzie, panie Namiestniku? Pozwoli pan pozostawać na wolności takiemu przestępcy? Przecież pan może wszystko!

Entuzjazm sekretarki z niewiadomych powodów ostudził nastrój Krzepkiego-Kukuły. Na kolejne pytanie „I co dalej, panie Namiestniku?”, nic nie odpowiedział, jakby się zaciął. Widać było po nim, że coś go zjada, coś głęboko przeżywa; twarz mu się zaczerwieniła, oczy znieruchomiały, pierś podnosiła się i opadała konwulsyjnie. Wyglądał, jakby rozjeżdżał go walec, a on nie miał dokąd uciekać.

Sekretarka przeraziła się. Sięgała po telefon, kiedy doszły ją przekleństwa. To tylko pogłębiło jej przerażenie, ponieważ Namiestnik był religijnym człowiekiem, nosił baldachim nad swoim ulubionym księdzem-spowiednikiem, i zasadniczo nie przeklinał.

Czasem tylko zwymyślał któregoś z podwładnych, nazywając go kretynem lub imbecylem, czynił to jednak bez świadków, aby go nie upokarzać. Nie było w tym kloacznych przekleństw. Tym razem było inaczej. Ciężki oddech Namiestnika mógł oznaczać tylko jedno; ten człowiek dyszał zemstą. Sekretarka przestała mieć jakiekolwiek wątpliwości, kiedy usłyszała:

– Jak złapię tego rudego sukinsyna, to go uduszę własnymi rękami a nogi to mu z … – dalsze słowa utonęły w głośnej pracy ciężarówki wypróżniającej pojemniki ze śmieciami przy sąsiednim budynku.

Kiedy Namiestnik wrócił do siebie, dodał spokojniej.

– Powiem pani tylko jedno. Mam pewien pomysł.   

0Shares

Trzecie przesłuchanie Namiestnika. Powieść psychodeliczna. Odc. 13.

Sprawa niezapłaconych faktur odbijała się Namiestnikowi przykrą czkawką. Odczuwał gorycz w gardle i niesmak w ustach. Zagraniczni kuzyni, którym winien był pieniądze, nie ustępowali, upierając się, że zapłata należy im się jak amen w pacierzu. Skierowali sprawę do sądu, tym razem w swoim kraju. Było to niewygodne dla Namiestnika. Nie podobało mu się bardzo, że musi wystąpić w sądzie jako oskarżony o niezapłacenie faktur. Psuło to jego reputację. O powodach powiedział krótko:

– To podli ludzie. To ma być rodzina?!

Rozprawa odbyła się za granicą. Z uwagi na pilne obowiązki służbowe Namiestnik odpowiadał przez Skype. Sędzia, prokurator, powód i świadkowie oraz pozostali uczestnicy rozprawy oglądali transmisję na dużym ekranie telewizyjnym w sali sądowej.

Rozprawa zaczęła się chaotycznie. Prokurator był marnie przygotowany. Miał znikome pojęcie o budownictwie, zwłaszcza budowie wieżowców. Jak później zgodnie poinformowały media krajowe, sponsorowane i niesponsorowane, osobiście zbudował on tylko własny dom jednorodzinny, chatkę w ogrodzie dla synka oraz dwie budki dla ptaków.

Namiestnik spokojnie i rzeczowo odpowiadał na jego napastliwe pytania. W pewnym momencie prokurator z wściekłości wyszczerzył zęby, jakby chciał ugryźć pozwanego siedzącego z podniesioną głową i oczami wpatrzonymi w odległy ekran. Scenę tę wychwycili reporterzy sądowi. Pokazano ją w telewizji obydwu krajów.

Na pytanie prokuratora, jaką rolę pełni oskarżony w budowie wieżowców, wyjaśnił, że oprócz roli Namiestnika, spełnia się także jako przedsiębiorca.

– Robię to dorywczo na zasadzie hobby, tym chętniej, że nie są to byle jakie wieże, ale typu Abu Dhabi, najwyższego lotu, w pełni oszklone, samomyjne, dokumentujące wielkość osiągnięć kraju, jaki reprezentuję.

– Jakim konkretnie celom mają służyć te wieże, oprócz zaspokojenia pasji hobbystycznej oskarżonego? – Zapytał niechętnie prokurator, na co Namiestnik wytłumaczył, że mają być w nich zorganizowane zbiorniki do myślenia.

Wyjaśnienie zaskoczyło prokuratora jak i sędziego. Dziennikarze obecni na rozprawie rzucili się do laptopów i smartfonów, szukając wyjaśnień w Internecie. Prokurator podszedł do sędziego i poprosił o słowo. Po krótkiej konsultacji sędzia zapytał Namiestnika, jak rozumie określenie „zbiornik do myślenia”. Oskarżony, korzystając z pomocy tłumacza, wyjaśnił, że jest to termin naukowy pochodzący z języka angielskiego. Na prośbę sędziego przeliterował litera po literze „t-h-i-n-k-t-a-n-k”. 

– Jest to konstrukcja ułatwiająca zbiorcze myślenie na wielką skalę. Nas interesuje przede wszystkim myślenie strategiczne w skali krajowej jak i międzynarodowej. Na dowolny temat.

Na te słowa głowa sędziego opadła. Rzecznik sądu, mężczyzna wygadany, ale o tak nierównej twarzy, jakby go pokręciło, wytłumaczył, że sędzia uznał oświadczenie pozwanego za obrazę sądu. Obrońca Namiestnika stwierdził, że zaszło nieporozumienie, choćby dlatego, że jego klient sam serdecznie nie znosi chamstwa, kłamstwa i obrazy.

Ostatecznie wyjaśniono, że Namiestnik odmówił zapłaty faktury za papę i gwoździe, ponieważ dostarczony towar był wadliwy. Co więcej, nie zgadzała się także ilość materiału ani termin dostawy.

– Nic się nie zgadzało – podkreślił z powagą świadek pozwanego.

Przyjmując to do wiadomości, prokurator zaskoczył wszystkich niezwykłą obserwacją.

– Prawo międzynarodowe nie zezwala, aby osoba na takim stanowisku – prokurator podkreślił wyraz „takim” – jakie pan zajmuje, prowadziła działalność budowlaną.

W odpowiedzi to Namiestnik złożył oświadczenie.

– W moim kraju każdy człowiek jest wolny, duży czy mały, łysy czy owłosiony, na całym ciele czy lokalnie, i ma święte prawo do posiadania hobby, namiętności, pasji a nawet manii, która go rozwija, zgodnie z Instrukcją Obsługi Państwa i Obywatela, stanowiącej najwyższą formę prawa i praworządności w każdym kraju. Dla mnie jest ona świętością. Ja sam, zajmując wysokie stanowisko, też mam do tego prawo, ponieważ przestrzegam prawa i głęboko wierzę w Boga.

W stanie wzruszenia powiedział to tak niewyraźnie, że nie dosłyszano go na sali rozpraw, w związku z czym jego słowa nie mogły być zaprotokołowane. Sędzia uznał oświadczenie za nieważne. Prokurator ponownie poprosił sędziego o słowo, aby złożyć wyjaśnienie. Po uzyskaniu zgody, zbliżył się do sędziowskiego stołu. Kiedy sędzia nachylił się, aby go wysłuchać, prokurator jakby zawahał się, po czym szepnął: 

– Szanowny panie sędzio! Proponuję zdecydować o tym po konsultacji z naszym najwyższym zwierzchnikiem.

0Shares

Namiestnik Kukuła udaje się do sądu. Powieść psychodeliczna. Odc. 11.

Równy miesiąc później Namiestnik Kukuła otrzymał wezwanie do sądu. Podobnie jak poprzednio był to piątek, trzynasty dzień miesiąca. Chodziło o uzupełnienie i uściślenie zeznań złożonych wcześniej w prokuraturze a dotyczących budowy dwóch wysokościowców typu Abu Dhabi.

Szef kancelarii Namiestnika po zapoznaniu się z wezwaniem uznał, że jest to dokument niewątpliwie urzędowy ale niekoniecznie ważny. Poparła go sekretarka, poruszona dziwną zbieżnością dat wręczenia obydwu wezwań. Oboje serdecznie odradzali Namiestnikowi udział w rozprawie.

– Już raz składał pan zeznania w prokuraturze. Jest pan zbyt ważną osobą, aby angażować swój czas i umysł w kwestii tak nędznej drobnicy budowlanej jak papa i gwoździe. Gdyby to chociaż chodziło o otwory okienne lub drzwiowe, to coś innego. Ale papa i gwoździe?

Naczelnik uparł się jednak, że wystąpi.

– Znacie mnie. Nie ukrywam niczego przed opinią publiczną.

– Ponieważ będzie pan odpowiadać z wolnej stopy, niech pan przynajmniej ubierze się lekko, aby się pan nie zmęczył stojąc w ławie świadków. O tej porze roku sugeruję lekkie pantofle marki „Wolni i Niezależni”, te ciemne, skórzane, zapinane na klamry – sugerowała sekretarka.

*****

W nocy Namiestnikowi śniło się, że wezwanie ma zupełnie inne brzmienie.

– Z uwagi na Pański wiek, sąd postanowił nie wzywać Pana do składania zeznań. Uzasadniają to okoliczności: pogoda, stan zdrowia i pańskie notoryczne przepracowanie. Wiemy też, że nie ma Pan wiele do powiedzenia. Co miał Pan powiedzieć, to zeznał Pan już w prokuraturze. Poinformował nas o tym, oczywiście w trybie niezwykle poufnym, pan pułkownik Zbig Staniucha, szef Ministerstwa Dochodzenia Prawdy. Jeśli mimo wszystko chciałby Pan coś jeszcze uzupełnić, zmienić lub odwołać, to chętnie przyjmiemy zeznanie w Pańskim domu lub w biurze, gdzie będzie Panu wygodniej. Jeśli – dla ułatwienia spotkania – przygotuje Pan zagrychę, to my dostarczymy siwuchę. Prosimy zapewnić kieliszki nie większe niż 50 gramowe, ponieważ w pracy nie pijemy, chyba że przy wyjątkowej okazji, jaką będzie dla nas spotkanie a Panem. Serdecznie przepraszamy za kłopot. Z poważaniem, Sędzia Oddelegowany do Prac Specjalnych. 

******

Namiestnik Krzepki-Kukuła stawił się w sądzie ubrany jak zwykle w czarny garnitur i białą koszulę z eleganckim czarnym krawatem. Na nogach miał czarne pantofle. Tym razem miał także różę w butonierce. Do sądu przybył sam. Nie życzył sobie, aby ktokolwiek mu towarzyszył, choć współpracownicy nalegali na ochronę osobistą.

W sądzie wszyscy odnosili się do Namiestnika z rewerencją.

– Wszyscy tu pana dobrze znają, jest pan figurą numer jeden. Pańska elegancja też nie uszła uwadze – szepnął woźny sądowy podkładając Namiestnikowi miękką poduszeczkę pod siedzenie.

Wcześniej do Namiestnika podszedł sędzia prowadzący rozprawę, aby go przywitać uściskiem ręki.

Kiedy skłonił głowę, zadźwięczały ogniwa łańcucha na szyi, niezwykle ciepło i łagodnie. Chwilę potem sędzia wygłosił krótkie przemówienie, witając zaproszonych gości, świadków oraz oskarżonych, nazywając Ptacha Czcigodnym Namiestnikiem i osobą wielkiego kalibru, która zawsze użycza swego czasu i energii dla dobra sprawiedliwości. Sędzia pogratulował i podziękował Namiestnikowi, że zechciał przybyć na rozprawę.

– Nie musiał pan tego robić, gdyż należy pan do ludzi wyróżnionych przez los, którzy nie muszą chodzić na pasku wezwań sądowych i prokuratorskich jak stary koń na lonży.

Sędzia był wyraźnie poruszony, mówił przekonywująco, posługując się słownictwem z zakresu hodowli koni oraz wędkarstwa, używając w pewnym momencie porównania ze spławikiem, który utrzymuje rybę na powierzchni. Brzmiało to tajemniczo, a zarazem poetycko.

– Sędzia słusznie wyraził uznanie dla wybitnego działacza państwowego, któremu powszechne dobro zawsze leży na sercu – pisała na drugi dzień prasa.

*****

Na prośbę sądu Namiestnik złożył wyjaśnienia dotyczące sprawy  fakturowania pierwszego etapu budowy wieżowców.

– Wykonawca projektu, moja odległa rodzina zamieszkała za granicą, dostarczyła tak słabej jakości papę na pokrycie dachu pierwszego wieżowca i niewymiarowe gwoździe do jej mocowania, że zmuszony byłem odmówić zapłaty faktury. Była to dla mnie podwójnie przykra sprawa. Po pierwsze, jest to moja rodzina, z którą łączyły mnie serdeczne stosunki. Składaliśmy sobie regularnie życzenia wielkanocne i noworoczne oraz urodzinowe i imieninowe, a nawet wręczaliśmy drobne upominki. Po drugie, jestem estetą, i w żaden sposób nie mogłem zaakceptować, aby materiały użyte do budowy tak wspanialej konstrukcji –  miał to być rodzaj pomnika głoszącego chwałę uczciwości i rozumu – drastycznie odstawały od tego, co jest piękne i użyteczne. Nie mogłem zaakceptować ich argumentu, że każda papa jest dobra na pokrycie dachu wieżowca, a gwoździ nikt nawet nie zauważy, bo nikt nie chodzi po dachu oprócz gołębi. Moi dostawcy okazali się ludźmi nieodpowiedzialnymi. Niby tacy zgodni i uczynni, wystawili rogi jak zbuntowany ślimak i zaczęli na mnie warczeć. To bardzo niesmaczne zdarzenie. Tym bardziej przykre dla mnie, że jestem osobą pojednawczą i wybaczającą. Proszę sąd o stwierdzenie,że to ja doznałem krzywdy odmawiając zapłaty faktury ludziom, którzy usiłowali mnie oszukać. 

Sędzia po wysłuchaniu zeznań świadka podsumował:

– Jest oczywiste dla sądu, że świadek jest poszkodowany. Widzimy wyraźnie, że winny jest pański kontrahent, który okazał się – proszę mi wybaczyć to określenie – łajdakiem, dostarczając materiały podłej jakości. W dodatku, jak ustaliła prokuratura, jest to obcokrajowiec, osoba o ciemniejszej, oliwkowej cerze.

Sąd zbada jeszcze, czy nie jest to okoliczność dodatkowo go obciążająca. Możemy tylko panu współczuć, panie Namiestniku, że jest on z panem spokrewniony.

– Na szczęście, proszę wysokiego sądu, jest to pokrewieństwo w rodzaju dziesiątej wody po kisielu. Odcinam się od niego jak uczciwy wisielec od duszącej go liny, że użyję tego poetyckiego porównania – wyjaśnił Naczelnik Kukuła, po czym lekko pochylił głowę. 

– Proszę zaprotokołować wszystko co tutaj usłyszeliśmy i wręczyć jeden egzemplarz protokołu panu Namiestnikowi Leonowi Krzepkiemu Kukule, któremu serdecznie dziękujemy za udział w rozprawie i szczere wyjaśnienia – oświadczył sędzia, kończąc rozprawę. 

0Shares

Prawda nas zaboli. Wyborcza v. PiS w sądzie.

 Anton Raphael Mengs : Prawda (dodajmy: jest piękna).

„Prawda nas zaboli” to hasło i audycja Radia TOK FM. Mnie nie zabolało. Mam grubą skórę.

Wyborcza wygrała proces w sprawie uwikłania polityków i funkcjonariuszy PiS w warszawską aferę reprywatyzacyjną. Chodzi o teksty opublikowane w papierowym wydaniu „Wyborczej” i serwisie Wyborcza.pl od 13 lutego do 13 marca 2018 r. PiS uznał, że zostały napisane nierzetelnie i że naruszyły „dobre imię partii”.

Warszawski sąd uznał, że artykuły Wyborczej były rzetelnie udokumentowane, a dziennikarze działali w interesie publicznym. Prowadzący sprawę sędzia Jacek Tyszka oddalił żądania PiS (usunięcie tekstów z Internetu, wielokrotne przeprosiny oraz 30 tys. zł zadośćuczynienia) i obciążył partię kwotą 4,3 tys. zł kosztów prawnych. Wyrok nie jest prawomocny.

0Shares

Wspomnienia z Loterii Państwowej. Powieść psychodeliczna. Odc. 3.

Poprawę nastrojów społecznych przyniósł dopiero rok dwa tysiące piętnaście. Loteria Państwowa zorganizowała i przeprowadziła wówczas specjalne losowanie dla dorosłych pod hasłem „Kto tu rządzi”. Imprezę organizowano regularnie co cztery lata. Kupony wypełniło kilkanaście milionów ludzi. Dzień wielkiej loterii ogłoszono dniem świątecznym.

Były dwa kryteria uczestnictwa w loterii: wiek i poziom intelektualny. Dzieci i młodzież do lat osiemnastu nie mogły uczestniczyć w loterii z uwagi na to, że jest to forma hazardu. Drugim warunkiem uczestnictwa była umiejętność pisania i czytania.

Sprawa okazała się kontrowersyjna, ponieważ pisanie i czytanie nie wymagało konieczności rozumienia tekstu, znaczenia własnego udziału w loterii czy nawet hasła „Kto tu rządzi”. Puryści loteryjni uważali, że nawet przygłup może wziąć w niej udział.

– W kraju nie ma już analfabetów, są tylko wtórni analfabeci i ludzie nieporadni umysłowo. Pytaniem jest, czy wtórny analfabetyzm i nieporadność umysłowa nie są przeszkodami uniemożliwiającymi udział w loterii państwowej, gdzie chodzi o wielką stawkę?

Sprawę rozstrzygnął sąd obradujący w pełnym składzie.

– Wtórny analfabetyzm nie jest przeszkodą uczestnictwa w Loterii Państwowej „Kto tu rządzi”. Jeśli obywatel już raz nabył umiejętność pisania i czytania, to utrata tej zdolności w okresie późniejszym wskutek alkoholizmu, demencji, niechęci do czytania, utraty okularów czy innych wydarzeń losowych, jest jego prywatną sprawą. Przepisy prawa loteryjnego nie mogą dyskryminować obywateli z tego tytułu, że są niezdolni myśleć samodzielnie, nie rozumieją natury obywatelstwa czy są niedorozwinięci umysłowo. W każdym kraju są tysiące takich osób i jakoś wszyscy sobie z tym radzą. My, jako sąd reprezentujący demokratyczne społeczeństwo ludzi wierzących, wyrażamy nadzieję, że pan Bóg nie dopuści zbyt wielu ubogich duchem, aby weszli do królestwa ziemskiego uczestnicząc w najważniejszej loterii państwowej.

Była to dosyć zawiła interpretacja prawa loteryjnego, powszechnie ją jednak akceptowano.

– Nie wszyscy zawsze muszą wiedzieć, o co chodzi. To wymaga zbyt wielkiego wysiłku intelektualnego. Jesteśmy społeczeństwem na dorobku i nie każdego na to stać. – Tak sformułowała swoje przemyślenia pewna dojrzała matrona w trakcie dyskusji targowej ze sprzedawczynią jaj na temat „Brać, czy nie brać udziału w loterii?”. Jaja pochodziły z wolnego wybiegu dziesięciu swobodnych kur i jednego koguta, a jej rozmówczynią była rewolucjonistka agrarna z dawnych lat, kiedy jeszcze ludzki rozum żył na wolnym wybiegu i prowadził zdrowy tryb życia.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 176: Dziwna kampania fiskusa

Na trzecią falę petycji i protestów, gubernator Blawatsky odpowiedział kampanią medialną pokazującą, że ludzie chętnie współpracują z fiskusem. Na wielkich telebimach, dwóch ustawionych w centrum miasta i jednym na krytym stadionie sportowo-rozrywkowym, wyświetlano klip video. Pokazywał on, jak do obywateli, osób różnej płci i wieku, siedzących na ławkach w parku, na przystankach autobusowych, na stacjach kolejowych, w pubach i restauracjach, podchodził rosły osobnik, przedstawiał się słowami „Jestem Valerio Fiskus z Państwowego Urzędu Resetu Długów” i lekko dotykał ich kieszeni elegancką laską zakończoną metalowym czujnikiem. Zaczynał od prawej kieszeni marynarki i prawej kieszeni spodni; dotykając słuchał, czy czujnik wydaje dźwięk wykrywając banknoty, które miały już wdrukowane metalizowane nitki. Jeśli nic nie dźwięczało, urzędnik dotykał lewej kieszeni i ponownie słuchał. Czasem prosił obywatela, aby wstał; dotykał wtedy tylnej kieszeni spodni. W przypadku kobiet laska kierowana była w kierunku torebki lub portmonetki.

Poborca podatkowy każdorazowo wyjaśniał, że zbiera środki na pomoc dla przeżywającego problemy budżetu państwowego, po czym zadawał pytanie, czy dana osoba chciałaby, aby państwo zbankrutowało. Prawie nieodmiennie odpowiedź była negatywna. Udzielając takiej odpowiedzi, obywatele – w opinii rządu – automatycznie godzili się wspomóc skarb państwa kwotą negocjowaną z urzędnikiem. Valerio Fiskus był osobnikiem wzbudzający zaufanie, dobrze odżywionym, masywnym, z pełnymi, różowymi policzkami i lekko obwisłą dolną wargą. Po zakończeniu filmu pojawiał się wielki napis: Rząd nie uderza obywateli po kieszeni, jak głosi opozycja, tylko prosi o pomoc i ją otrzymuje!

*****

Niecodzienne zachowania poborcy podatkowego skomentowano na spotkaniu przy krawężniku. Zostało ono zwołane w trybie przyspieszonym z uwagi na rangę sprawy.

– Dlaczego nagabywani nie odmawiają mu pieniędzy? Ja bym absolutnie odmówił! – Gardłował nieznany Sefardiemu mieszkaniec osiedla.

– Nieuważnie oglądał pan nagranie. Za Fiskusem stało dwóch drabów, nazwę ich rosłymi mężczyznami, bo to mniej odrażające. Zatrudniono ich po to, aby przerazić i skłonić ludzi do uległości. – Wyjaśnił Iwan Iwanowicz, sam nie do końca przekonany do tej argumentacji. Starał się mówić ostrożnie, aby nie narazić się na donosy, że jest wrogiem rządu lub państwa. Był to już okres, kiedy zaczęły się pierwsze nagonki i oskarżenia obywateli o wrogość wobec państwa.

*****

Kilka dni po pierwszym wideoklipie do sądu wpłynęła sprawa o zniesławienie. W imieniu zainteresowanego, był nim obywatel o nazwisku Valerio Fiskus z miasteczka liczącego niecałe pięć tysięcy mieszkańców, wystąpił jego adwokat. Wyjaśnił on, że urząd skarbowy bezprawnie użył imienia i nazwiska jego klienta i że w związku z tym jest on poszkodowany. Nic to nie pomogło, ponieważ nikt nie wierzył w czystość intencji Fiskusa. Wszyscy uważali, że za użycie swego imienia i nazwiska otrzymał on dobrą zapłatę. Mieszkańcy miasteczka wytykali ziomka palcami, wyzywając go od naciągaczy i łajdaków.

Z uwagi na nagłośnienie sprawy, po interwencji partii opozycyjnych, rozprawa sądowa odbyła się wyjątkowo szybko. Ku zdumieniu obserwatorów wykonawcy nagrania video zostali skazani na zapłacenie dużego odszkodowania Valerio Fiskusowi, lecz nie zapłacili ani dolara, gdyż natychmiast złożyli pozew o kasację wyroku. Sprawa trafiała na wokandę sądową wielokrotnie ze zmienny szczęściem, raz wygrywała jedna, raz druga strona. Specjaliści przewidywali, że proces nie zakończy się szybko.

– Nikt jeszcze nie wygrał z rządem. – Twierdzili pesymiści.

4Shares

Z serii „Szyderstwem w dyktaturę”: Bolesny wątek prawdy i kłamstwa.

– Robiąc zakupy korzystam z każdej okazji, aby wzbogacić się i rozwinąć politycznie, zrozumieć złożoną rzeczywistość oraz nasycić wiadomościami krążącymi lotem jastrzębia po kraju, Europie i świecie. – Objawił mi w zaufaniu Iwan Iwanowicz.

– Stałem cierpliwie w kolejce w sklepie „Pod Przecudnym Owadem”, kiedy zaskoczono mnie pytaniem, co myślę o potwornym kłamstwie premiera Chudego, który w palącym słońcu na wiecu bezlitośnie obnażył prawdę liczbową o opozycji. Odpowiedziałem, że jestem średnio zorientowany, na co odezwały się głosy oburzenia, że „brak ci człowieku zaangażowania”, „taki stary a taki niemrawy intelektualnie”, „a gdzie rześkość emeryta postpeerelowskiego” i podobne.

Rozpętała się dyskusja. Jak zwykle głosy w kolejce rozdwoiły się niby język węża, jedni bronili premiera, że nie skłamał tylko się omylił podając fakty sięgające nawet ośmiu lat do tyłu, inni upierali się, że nie tylko on kłamie, ale i opozycja, jeszcze inni mówili o kłamliwych nie tylko ustach premiera, ale i jego okularach, którymi wprowadza w błąd tworząc aurę profesora, kiedy w istocie jest zwykłym sługusem i pomagierem Tego, Który Stoi Nad Nim. Ostatnia głos zabrała niewiasta, która w telewizji szeptała orzeczone przez sąd przeprosiny premiera zsiniałymi z przerażenia ustami, wyjaśniając, że uczyniła to tylko dlatego, że jej obiecał złotą górę i paczkę bezpłatnych voucherów do sklepów „Pod Przecudnym Owadem”. – Muszę dorabiać do emerytury – dodała ze szlochem.

Zrobił się rozgardiasz, który doprowadziłby do awantury, gdyby nie szczęśliwy traf, że w sklepie znalazł się współpracownik premiera Chudego, jego prawa ręka, wyposażony w wiedzę bogatszą niż niejeden gabinet polityczny. Był to osobnik masywny jak zapaśnik mongolski o obfitych ustach wioślarza znad Nigru. Wyjaśnił szczegółowo sytuację premiera.

– Premier swoje rzekome kłamstwo przeżywa bardzo ciężko, wręcz je odchorowuje, leczy się szumem strumieni górskich, szukając ukojenia także w miejscach słonecznych nad jeziorem Garda we Włoszech oraz w muzyce uderzeń siekiery w twardy pień dębu. Przez to oskarżenie o kłamstwo, które w mojej ocenie było czystą prawdą, pan premier mniej jeździ na spotkania z wyborcami, a jak jedzie, to tylko tam, gdzie odbywają się akurat dożynki i gospodarze rozdają chleb do całowania oraz kwiaty do wpięcia w górną kieszonkę marynarki, ponieważ premier kocha jedno, drugie i trzecie, i zatracając się w miłości zapomina o bólu.

– A co robi w domu? – zapytano. Przecież nie jest cały czas w rozjazdach!

– W domu pan premier siedzi najczęściej przed lustrem, kaja się, zadaje sobie pytanie, dlaczego to akurat jego złapali na kłamstwie, powtarza „czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal”, pluje sobie w brodę, co kończy się na lustrze, karci siebie i udziela sobie pokuty, po czym sięga po cieniutki flet i gra na nim tęskne melodie dla uspokojenia skołatanego serca.

– Flet – wyjawiła prawa ręka premiera – wpływa na niego kojąco, przypomina mu ukochaną muzykę harfy, która podobno szczególnie mocno zniechęca do kłamstwa. Pan premier to człowiek nadzwyczajny. Jak zapewne zauważyliście, jest elegancko smukły, jego głos rozchodzi się promieniście po całym kraju, jego okulary o cienkich złotych oprawkach promieniują dobrocią jego osobistej władzy oraz Tego, Który Stoi Nad Nim.

– Jak scharakteryzowałby pan premiera Chudego jako polityka? – Padło dociekliwe pytanie.

– O tym cudownym człowieku mogę mówić tylko w superlatywach, wywyższać go, ale nie bardziej niż Tego, Który Stoi Nad Nim, bo on jest dla nas wszystkich Ojcem Narodu, Słońcem i Kosmosem Nadziei. Premier jest osobą serdeczną, ciepłą, o anielskim usposobieniu, a to, że nie udało mu się skłamać tak, jak by powiedział prawdę, świadczy tylko o nadzwyczajnych zdolnościach dyplomatycznych, bo powiedzieć dobre kłamstwo nie jest tak łatwo. Ćwiczymy to od kilku lat i sam wiem, jaka to odpowiedzialność wobec pana Boga, który na szczęście jest po naszej stronie, podobnie jak Różowa Pantera, jak nazywamy ministra z różanymi policzkami i sylwetką greckiego efeba, który będzie rozliczać opozycję za oszczerstwa wobec pana premiera Chudego.

1Shares

O czym tu pisać jak nie o przysłowiowej babie, rozmowach i polityce?

Przyszedłem do Sowy, tego od ciast, tortów i gorącej czekolady, wszystkiego, co rujnuje ludzie zdrowie, bo takiej koncentracji rafinowanego cukru i przetworzonego tłuszczu nie ma nigdzie indziej, czyli w przyrodzie, która jest długa i szeroka. Zastałem kolejkę, a na jej końcu kobietę, wiek rzędu 35 lat, z dwiema ciężkimi torbami. Kolejka przesuwała się do przodu, chciałem pomóc. Powiedziałem, pomogę pani, i schwyciłem jedną z toreb, aby przesunąć ją do przodu.

Kobieta obruszyła się. Nie podobała jej się chęć pomocy z mojej strony. Rozpocząłem konwersację wyjaśniającą.

– Trzeba najpierw zapytać – taka była jej odpowiedź.

Wyraziłem opinię, że chyba nie podejrzewa mnie o to, że chciałem jej ukraść torbę.

– To nigdy nie wiadomo.

Ciarki przeszły mi po plecach jak batalion uzbrojonych, pijanych mrówek. Usiłowałem wyjaśnić, że zamierzałem tylko wyświadczyć drobną uprzejmość. Nie doszliśmy do porozumienia. Po chwili dotarło do mnie, że mogło to być trudne. Kobieta zapytała ekspedientkę:

– Na ile jest to ciasto?

Ekspedientka też miała pytanie:

– Ma pani na myśli, ile ono waży?

– Nie. Na jaką jest cenę.

Mówiąc tym samym językiem mówiliśmy różnymi językami. Taka sobie współczesna wieża Babel. Zupełnie jak w wielkiej polityce. Wszyscy chcą dobrze, a tu ciągłe kolizje.

W ostatniej sprawie zrobiliśmy modernizację. Rząd się zmodernizował, inaczej mówiąc nowy premier przemeblował sobie gabinet, choć niektórzy twierdzą, że gabinet został mu umeblowany przez czynnik wyższy, czyli dysponenta opinii czterdziestu procent społeczeństwa.

Zobaczymy, jak to wypadnie w Unii Europejskiej. Moim zdaniem dla UE jest to bez znaczenia, jeśli okaże się, że za zmienioną fasadą gabinetu stoją te same poglądy i postawy.

Konwersacja może przebiegać podobnie, mniej więcej, nie tak znowu odmiennie, z grubsza rzecz biorąc, jak u Sowy.

– Na ile jest akceptacja odstępstw od konstytucji, wymiany sędziów złych na jeszcze lepszych, układnego prezydenta, nowiutkiego trybunału konstytucyjnego?

– Ma pan na myśli, czy jesteśmy w stanie zgodzić się z tym, że w organizacji, która liczy 28 członków możecie ustalać sobie własne reguły gry?

– Nie. Moje pytanie jest: Na jaką cenę jest ta akceptacja?

0Shares

Obfitość grzybów, ludzi, potencjału i przekleństw

Po obfitych deszczach, w lasach pojawiły się grzyby w ilościach przekraczających ludzkie wyobrażenie. Niektóre są podobno trujące, nawet te, które nigdy nie były. Podejrzewam Unię Europejską, konkretnie Francję i Niemcy, idące na udry z nami, krajem, który wstał z kolan. Zwróćcie uwagę, jak dzisiaj wyglądają w kolanach spodnie męskie i damskie, wyprasowane i eleganckie, nie to co dawniej, za rządów PO i PSL, pomięte od klęczenia.

Po deszczach także w kościele pojawiły się masy ludzi. Pierwsze rzędy ławek zajął rząd z prezesem i premierą na czele, drugie prezydent z gabinetem, trzecie ministrowie rządowi. Osobne stanowisko, blisko ołtarza, zajęło Minister Obrony Narodowej w uznaniu zasług zwolnienia z pracy dziewięćdziesięciu byle jakich generałów i stworzenia biura ds. cyberwojny. Będzie się tam opracowywać gry wojenne, które zastąpią helikoptery bojowe, tarczę antyrakietową i pociski Patriot.

Deszcze przyniosły też obfitość potencjału i prognoz. Wicepremier Morawiecki, a następnie sama premiera, prognozowali prześcignięcie Niemiec na polu rozwoju gospodarczego. Nadal jest to pole, ale mamy potencjał przekraczający ludzkie wyobrażenie. Premiera użyła tego określenia po obejrzeniu filmu z grzybobrania.

W ostatnich rzędach samotnie siedział Jerzy Owsiak, który przyszedł pomodlić się o niski wymiar kary. Sprawa jest w prokuraturze. Jest oskarżony o użycie sześciu brzydkich wyrazów.

– Będzie mnie sądzić prokurator, który zachował czystość językową, aby zachować neutralność ocen. – Wyjaśnił.

– Prokurator!? Chyba sędzia? – Dopytywali się dziennikarze.

– Nie, tak to było dawniej. – Odpowiedział, z trudem powstrzymując się od przekleństw, którymi zwykł rzucać publicznie. – Dzisiaj prokuratorzy prowadzą dochodzenia przeciwko sądom, na przykład za to, że sąd nie skazał na areszt biznesmenów zgodnie z wnioskiem prokuratury. To jak ja wypadam w tej sytuacji, drobny robaczek dobroczynności? – Zapytał. – Może gdybym użył tylko słowa „mać”, to by mnie nie wytypowano. Do prokuratury zgłosił mnie policjant; nie zrozumiał mnie, bo oni niestety nie przeklinają.

Wypowiedź Jerzego Owsiaka uznałem za przekonywującą. Chyba sam zgłoszę się do sądu, aby powtórzyć brzydkie słowa, które chodzą mi po głowie od czasu powstania z kolan. Będzie mnie to kosztować, ale zyskam sławę drugiego w kraju człowieka upominającego się o prawo ludzi do szczęścia w grzechu złorzeczenia zarówno na prostych jak i zgiętych kolanach.

 

0Shares

Rewolucja trwa. Ludzie dostają szału i strasznie krzyczą.

Świat zmienia się tak szybko, że wystarczy jedna noc, by następnego dnia już go nie poznać. Na szczycie piramidy społecznej, jaka zebrała się w pewnym okrągłym budynku, pewien prezes dostał szału, strasznie miotał się, krzyczał, wyzywał ludzi od sukinsynów, gniotów i parszywców, i to podobno tylko dlatego, że nie dostosowują się dostatecznie szybko do jego postulatów postępu społecznego. Jeśli chodzi o szczegóły, to gwałtowną i jakżeż zrozumiałą reakcję Prezesa (każdy lubi przecież wybuchnąć od czasu do czasu) wyjaśniano wzmianką o członku jego rodziny, rzekomo ktoś powiedział o nim coś niewłaściwego wycierając sobie równocześnie twarz. Tak dokładnie to nie wiadomo, co złego powiedział, bo powiedział tylko to, co ów krewniak Prezesa ogłosił kiedyś osobiście na temat rządzenia.

Niestety powiedzenie kuzyna źle się skojarzyło Prezesowi i dlatego wybuchł na mównicy jak granat. Na szczęście nikomu nic się nie stało, oprócz tego, że pani Krysia, miłośniczka Prezesa stwierdziła, a właściwie wykrzyczała, że pan Prezes miał rację, że wyzwał przeciwników własnych nad wyraz słusznych poglądów, od sukinsynów i podobnych łajdaków, bo ona by ich nazwała jeszcze gorzej, gdyby nie to, że jest kobietą.

Na to podniosły się głosy zwątpienia. Ktoś krzyczał, że nawet jeśli na górze ma ona coś solidnie kobiecego (tu podawał opis), a na dole też coś kobiecego (tu obył się bez opisu), ale ma usta pełne wymowy jędrnej jak słowa rycerza znużonego długim przebywaniem w rynsztoku, to nie wiadomo, czy nadal jest kobietą, czy też nie, o ile kiedykolwiek była.

– Ja jestem pełen wątpliwości. – Powiedział sceptyk i osunął się na ziemię, bo właśnie ogłoszono, że po błyskawicznym nocnym głosowaniu całe dwie wysokie izby ważnej instytucji opowiedziały się za kontrolą sędziów wszystkich spraw doczesnych.

– Na początku będziemy kontrolować sędziów w sądach, brzydkich wymieniać na ładnych, ponieważ lubimy piękno, potem sędziów piłkarskich, robiąc to samo, potem arbitrów wszelkich gier sportowych, potem jurorów ważnych imprez, potem sędziów w sporach rodzinnych, potem wszystkich innych ludzi, którzy wydają sądy o czymkolwiek. – Wyjaśnił Prezes swoim zwolennikom, gapiącym się w niego jak pies w gnat, jak to mówi przysłowie. Byli to ludzie szczęśliwi, niezdający sobie sprawy, że i oni mogą kiedyś trafić do sądu i zostanie im dokopane, jeśli trafią na sędziego myślącego po linii Prezesa, a nie po linii bezstronności, która jest dziwna, bo nie reprezentuje żadnej partii i może dlatego jest nielubiana przez wielu.

Kiedy o tym usłyszeli internauci, włos im się zjeżył na całym ciele (co było straszne, bo wiadomo, że człowiek wtedy szpetnie wygląda, zwłaszcza nago), ponieważ zdali sobie sprawę, że pisząc cokolwiek na blogu, na Fejsie czy na platformie społecznościowej, w emailu, a nawet na murze, wydają sądy o tym i o owym. 

0Shares