Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 47: Kampania wzajemnego ośmieszania

W awanturę z gubernatorem Sefardi wplątał się przypadkowo, zupełnie niepotrzebnie. Najlepiej ujęła to Penelopa, jego żona. Było to kilka lat wcześniej. Przyglądając się sobie w lustrze, powiedziała mu:

– W twoim życiu, drogi Sefardi, wiele rzeczy zdarza się jakoś tak niespodziewanie, na zakrętach, w zaskakujących okolicznościach, w miejscach, w których znalazłeś się zupełnie przypadkowo, albo też i niezupełnie, ponieważ wiedziony swoim kretyńskim wścibstwem pchasz nos w sprawy, w które nie powinieneś, bo mógłbyś nabić sobie porządnego guza.

Tak było i tym razem. Sefardi był umówiony z prawnikiem w kawiarni w centrum konferencyjnym w sprawie opatentowania nowego zegarka i zupełnie przypadkowo zobaczył ogłoszenie o spotkaniu premiera Barrasa z obywatelami.

Był już po rozmowie z prawnikiem, wszedł więc do sali, było wolne miejsce, bo akurat ktoś wyszedł. Siadł i słuchał. Kiedy rozpoczęła się dyskusja, zabrał głos. Temat spotkania nie interesował go za bardzo, ale chciał zobaczyć premiera z bliska, bo mówiono o nim bardzo różnie. Jedni, że w bezpośrednim spotkaniu jest obrzydliwy, inni, że całkiem sympatyczny.

– Taki obojnak – określił go ktoś, kogo Sefardi już sobie nie przypominał, oprócz tego, że pamiętał, że miał zabrudzone nogawki i duże wąsy.

Penelopa twierdziła, że Sefardi udał się tam podświadomie, aby w dyskusji doprowadzić do konfrontacji.

– Wydało ci się, że skoro los dał także tobie być człowiekiem znanym, może nawet celebrytą, to możesz pozwolić sobie na wszystko. Ten twój zakichany Blawatsky jest taki sam. Jesteście do siebie pod tym względem podobni jak bracia jednojajowi.

Sefardiego poniósł temperament, w dodatku zabrał głos w kwestii, na której nie znał się dobrze. Nie mógł sobie przypomnieć, czy na spotkaniu z prawnikiem nie wypił za dużo alkoholu, bo była to pora lunchu i pili wino. Tak czy inaczej doszło do konfrontacji i teraz tkwił w sporze po uszy, a im dłużej on trwał, tym głębiej. Potem już nie mógł się wycofać, nie tracąc twarzy. Był zbyt dobrze znany.

– Twoja głupia ciekawość i zarozumialstwo ciebie zgubią – przestrzegała go Penelopa, życząc mu powodzenia czasami wbrew zdrowemu rozsądkowi a nawet może sobie samej jak kobieta zachłanna opiekuńczo lub zakochana do szaleństwa.

*****

Krytyka gubernatora, rzucanie nożami w jego obraz oraz dochodzenia wymierzone w niego i jego urzędników nie pozostały bez odpowiedzi. Agenci Barrasa szybko wywęszyli co w trawie piszczy i zaalarmowali go, określając wystąpienia Sefardiego przeciw niemu mianem pokrętnych i diabelskich. Składający sprawozdanie miał poetyckie skłonności opisu rzeczywistości.

– To, co robi Baroka, ten zegarmistrzyna pozujący na wielkiego wynalazcę i pisarza, woła o pomstę do nieba. Moim zdaniem, on prowadzi niebezpieczne eksperymenty na żywym organizmie legalnej władzy, kochającej prawdę i podejmującej wszelkie pozytywne działania na rzecz społeczeństwa.

Barras nie pozostał dłużny. Wkrótce na skrzyżowaniach ulic w centrum Afary pojawiły się wklęsłe lustra, w których, ilekroć Sefardi przechodził w pobliżu, odbijała się jego sylwetka, o zmieniających się proporcjach ciała, najczęściej wielkiej głowie i krótkich, wykręconych komicznie nogach. Z głośników wbudowanych w oprawy luster płynęły informacje o dziwnych nawykach wynalazcy, jego pasji zbierania kości na pustyni, hodowli dyń o kształcie ludzkich oczu oraz trzymaniu w skrzyni jadowitego węża, którego dyskretnie wypuszczał, kiedy zjawiał się w jego domu dziennikarz reprezentujący niezależną prasę. Był to początek kampanii ośmieszania Sefardiego. Rozwinęła się ona w zupełnie nieoczekiwanym kierunku.

Stopniowo, coraz więcej ludzi wierzyło obrazom pojawiającym się w lustrach i treści przekazywanej przez głośniki. Nienawiść i odraza wobec Sefardiego i jego zwolenników pogłębiały się. Do strumienia pogardliwych informacji włączyły się media popierające Partię Konserwatywną.

– Ten typ nie wierzy w Boga. To odrodek, fałszywy prorok – mówili na ulicy prorządowi reporterzy, prowadzący wywiady z obywatelami tuż obok największego lustra. Wykrzywiali przy tym usta ze wzgardą i spluwali z obrzydzeniem na ziemię powodując, że chodnik i część jezdni pokryły się plamami obrzydliwej żółci, a następnie liszajami. Plac Centralny a potem jego okolice wyglądały okropnie. Mieszkańcy innych miejscowości zaczęli unikać stolicy, coraz mniej turystów i klientów odwiedzało kawiarnie i restauracje. Lokalny biznes stanął wobec perspektywy poważnego niedoboru klienteli. W parlamencie pojawiły się petycje i zapytania.

Pierwszy na ratunek ruszył gubernator, przywożąc z domu i przekazując miastu dwie duże spluwaczki, jedną z mosiądzu, drugą porcelanową. Już następnego dnia doradcy poinformowali go, na podstawie przeprowadzonego sondażu, że jest to za mało jak na jego pozycję społeczną. Trzecią spluwaczkę zabrał ciotce pod jej nieobecność, a kolejną, czwartą, dokupił w sklepie na przedmieściu aby uniknąć wrażenia, że skąpi. Namawiał też przyjaciół i towarzyszy partyjnych, apelując do ich uczuć obywatelskich, aby przyłączyli się do zbożnego dzieła ratowania miasta przed plugastwem wywołanym przez opozycję. Zgodzili się. Wkrótce na ulicach i placach Afary masowo zaczęły pojawiać się nowe spluwaczki. Dar gubernatora i jego zwolenników znacząco poprawił jego wizerunek w oczach restauratorów, właścicieli kawiarń i sklepów.

Władze miasta z wdzięczności oznaczały je tabliczkami imiennymi, aby było wiadomo, kto najbardziej dba o interes publiczny. Wywołało to ostrą krytykę estetów, uznających dedykacje na spluwaczkach za zbyt pretensjonalne. Uspokoili się dopiero wtedy, kiedy sami zauważyli, że wygląd ulic i placów w centrum miasta uległ znacznej poprawie. Mieszkańcy poruszeni gestami dobrej woli gubernatora i jego towarzyszy partyjnych przynosili i ustawiali obok spluwaczek kwiaty w wazonach oraz instalowali na własny koszt ławki.

Spluwaczki stojące przed wysokościowcem w centrum miasta, rozdzierającym chmury i wywołującym obfite deszcze, uhonorowano tablicą pamiątkową w białym marmurze. Był to dar Partii Konserwatywnej ratującej miasto i społeczeństwo przed rozprzestrzenianiem się zaraźliwego nawyku spluwania. Obawiano się, że poniekąd odruchowe pozbywanie się nadmiaru śliny może przekształcić się w nałóg wzajemnego opluwania się obywateli.

Sytuacja skomplikowała się wkrótce w absurdalny sposób. Na murze pojawił się afisz z wielkim zdjęciem Sefardiego, pod którym ktoś umieścił spluwaczkę jako zachętę do wyrażania swojego stosunku do postaci na afiszu. Następnej nocy konkurencja umieściła obok zdjęcie Barrasa, a pod nim spluwaczkę. Żartownisie, jakich nie brakuje w żadnym społeczeństwie, przyjęli to jako formę gry zespołowej. Na forach dyskusyjnych i na Facebooku pojawiły się zachęty do uczestnictwa w zawodach. Następnego dnia, co tylko potwierdziło przypuszczenie Sefardiego, że dziwaczne wieści i bezsensowne plotki rozchodzą się z szybciej niż błyskawica, przed murem rozpaczy i nadziei, jak nazwano to miejsce, pojawili się ludzie, oceniali jedną i drugą postać, po czym spluwali, niektórzy nawet do obydwu spluwaczek. Przez dwa dni naczynie dedykowane Barrasowi wypełniało się szybciej; uznano go więc za zwycięzcę. Kolejnej nocy szala zwycięstwa odwróciła się i dwa razy z rzędu wygrał Sefardi. Niektóre portale informacyjne sugerowały, że spluwaczki były złośliwie podmieniane przez zwolenników jednej i drugiej strony.

Jeśli podoba Ci się ten tekst, to jeszcze bardziej przypadnie Ci do gustu Michael Tequila „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco”: http://michaeltequila.com/?page_id=1265

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 46: Sefardi Baroka kontra Barras Blawatsky

Sefardi podjął decyzję nieprzerwanego śledzenia Barrasa; był to jedyny sposób ujawnienia tajemnicy rosnących wydatków budżetowych. Zachęciły go do tego doświadczenia pracy nad zegarkiem z wodotryskiem, oparte na naukowej i rzemieślniczej precyzji oraz wytrwałości. Im dokładniej śledził polityka, czytał i rozmawiał o nim z ludźmi, czasem nawet we śnie, tym bardziej go nienawidził. Miał uczucie, że w tym człowieku było coś nieuchwytnie występnego.

Potwierdziła to pracowniczka uniwersytetu, do której Sefardi dotarł w poszukiwaniu informacji o studiach Barrasa. Była koleżanką Barrasa z czasów uniwersyteckich; Barras chodził z nią przez dwa lata, po czym ją porzucił z nieznanej przyczyny. Nikt nie mógł znać go lepiej. W jej opinii Barras był niezwykle utalentowanym i bezwzględnym manipulatorem, zdolnym wyprowadzić w pole samego Ulissesa. Uzbrojony w tę wiedzę, Sefardi poczuł się jak myśliwy polujący na przebiegłe i niebezpieczne zwierzę, zdolne do zadawania śmiertelnych ciosów. Stał się obsesjonatem, śledzącym dzień i noc najdrobniejsze kroki swojej ofiary. Stawką była tajemnica powiązań Barrasa z wielkim biznesem.

*****

Zamiast przeglądu ważnych wydarzeń wieczorny dziennik telewizyjny przedstawił kronikę wypadków, pożary, rozbite samochody, ludzi pogryzionych przez psy, zwęglone ciała, dom zgnieciony przez drzewo, jelenia padłego tuż przy jezdni, któremu weterynarz przez trzy dni nie udzielał pomocy, ponieważ wyczerpał mu się akumulator w samochodzie. Po wiadomościach transmitowano wywiad z Barrasem, wspominając, że w przeszłości był prezesem Abenaki Chemicals, międzynarodowego koncernu chemicznego, o którym mówiono, że jest w stanie zaspokoić potrzeby połowy świata na chemiczne środki dla rolnictwa. Koncern od lat prowadził działalność w Nomadii budząc coraz większe kontrowersje. Zarzucano mu nielegalne niszczenie konkurencji, praktyki monopolistyczne, przede wszystkim zaś produkcję środków chemicznych szkodliwych dla środowiska naturalnego. Firma zdecydowanie odrzucała takie poglądy i w odpowiedzi przedstawiała informacje o szybko rosnących inwestycjach, wzroście zatrudnienia, nakładach na badania naukowe i podatkach płaconych do skarbu państwa.

– Mówicie, jakby Abenaki robiła łaskę płacąc podatki – komentowali przeciwnicy firmy. Przytaczali wskaźniki opodatkowania, ale nikt ich nie rozumiał. 

*****

Niechęć Mistrza do Barrasa pogłębiała się, stawała się obsesją. Na zebraniach przy krawężniku coraz częściej oskarżał gubernatora i rząd o łajdackie praktyki, nie zrażając się krytyką swojego postępowania. Zarzucano mu, że udaje bojownika o uczciwość władzy, kiedy w istocie chodzi o względy osobiste, zawiść i podobne motywy. Pojawiły się plotki, że Sefardi i Barras rywalizowali kiedyś o tę samą kobietę, która ostatecznie wybrała Barrasa.

Jeśli coś powściągało Sefardiego w ostrzejszych oskarżeniach gubernatora, to tylko polityczna poprawność zakazująca publicznego używania epitetów i obelg oraz obawa o wytoczenie mu sprawy za naruszenie godności gubernatora i członków jego rządu. W swej gorliwości naprawy kraju, nie zdając sobie w pełni sprawy, Sefardi przypisywał adwersarzowi cechy demoniczne, wyolbrzymiał jego zdolność czynienia zła, deformacji umysłów i charakterów, zaniedbywanie interesu społecznego i środowiska naturalnego.

Od pewnego czasu Sefardi poddawał Barrasa analizie psychospołecznej. Nie osiągnął większych sukcesów, stopniowo gromadził jednak coraz większą ilość informacji poprawiających jakość analiz. Z uwagą obserwował dyskusje naukowców analizujących zachowania społeczeństwa, jego wynaturzenia i zboczenia, oraz zachowania przedstawicieli władzy doznających paralitycznych drgawek, kiedy ktoś kwestionował uczciwość ich postępowania.

– Przyparty do muru polityk zachowuje się jak katorżnik, któremu los oswobodził nogi z łańcuchów, dał nóż do ręki i otworzył dziurę w burcie galery z widokiem na zielony skrawek lądu – była to jedna z ulubionych obserwacji Sefardiego. Generalnie, potwierdzały one fakt, że kłamstwo, zwłaszcza u polityka publicznie demonstrującego swoją pobożność, jest silniejsze niż najgorętsza wiara w Boga. Barras Blawatsky znany był z wysiadywania w ławach kościelnych i modlenia się, także udziału w uroczystościach religijnych. Pytany przez dziennikarzy, nie komentował tej części swojego życia.

*****

W momentach najgłębszego zwątpienia w człowieczeństwo władzy, Sefardi ratował się przed depresją wiarą w zasadność Inkwizycji, odrzucając jednak jej metody łamania kołem i stosowania innych tortur, gdyż kłamstwo uznawał za niezniszczalne. 

– Pełną gwarancję daje jedynie palenie na stosie. Jest to kara najbardziej skuteczna, ponieważ wraz z kłamcą znikają także kłamliwe usta. Niestety, nie jest to możliwe obecnie z uwagi na przepisy o ochronie środowiska – Sefardi wygłosił ten pogląd w obecności Isabeli, po czym odniósł go do partii rządzącej: „Kłamstwo jest wieczne i niezniszczalne. Partia Barrasa opiera się na kłamstwie, ergo, jest niezniszczalna”.

Isabela nie zgodziła się z nim. Kiedy upierał się przy swoim, oświadczyła zdecydowanie, że jest dobrą chrześcijanką i nie znosi obłudy. Oboje byli pewni, że wypowiedź o obłudzie odnosi się do drugiej osoby, nigdy do siebie samego. Wtedy kobieta wyraziła przypuszczenie, że Sefardi jest chyba pijany i nie wypada jej zrobić nic innego jak przynieść mu pigułkę na kaca.

Mimo pesymistycznego poglądu na możliwość eksterminacji kłamstwa w polityce, Sefardi nie ustawał w pogrążaniu Blawatsky’ego na wszelkie możliwe sposoby. Był przekonany, że gubernator jest złoczyńcą, ale nie był w stanie tego udowodnić czarne na białym. Męczył go też rosnący w siłę partyjny i bezpartyjny ciemnogród wspierający gubernatora i jego rząd.

Aby rozładować negatywne emocje Mistrz kupił sobie obraz z wizerunkiem gubernatora, podkleił go od spodu grubą warstwą tektury i zawiesił na ścianie swego gabinetu. Używał go jako tarczę, do której rzucał ostrymi strzałkami. Kiedy okazały się za lekkie i rzucanie nimi nie sprawiało mu dostatecznej przyjemności, zaczął używać noża. Rezultaty gry uległy znacznej poprawie. Isabela nie wypowiadała się na ten temat, powstrzymując się – co było dla niej raczej nietypowe – od wyrażania aprobaty lub dezaprobaty. Skarżyć się i krytykować zaczęła dopiero wtedy, kiedy na podłodze znajdowała coraz więcej pociętych kawałków kartonu.

O pamięci, dojrzewaniu i starzeniu się

Ludzie dobrze kojarzą sobie prezydenta Dudę. Kiedy go widzą krzyczą entuzjastycznie: Konstytucja! Konstytucja! Na swoich wystąpieniach publicznych prezydent potwierdził już kilka razy, że konstytucja w Polsce jest przestrzegana. Wczoraj w III LO w Gdyni żona szarpała go za rękaw, przypominając konstytucję; nie wiadomo jednak, czy chodziło jej o to, aby ją wspomniał, czy przestrzegał.

Prezydent Duda traci pamięć. To smutne. W orędziu wygłoszonym w Kościele Świętej Brygidy w Gdańsku mówiąc o Solidarności zapomniał wspomnieć Prezydenta Wałęsę. Zapomniał też wymienić sędziego Andrzeja Kryże i prokuratora Stanisława Piotrowicza z czasów PRL, aktywnych i zasłużonych działaczy PiS.

Premier Morawiecki, urodzony w 1968, roku starzeje się wyjątkowo szybko. Być może wpływają na to jego dojrzałe, poważne okulary, ułatwiające mu głębokie historyczne przemyślenia. Okazuje się, że bez niego nie byłoby Porozumienia Sierpniowego 1980 ani wejścia Polski do Unii Europejskiej.

Michael Tequila – książki: https://tinyurl.com/y895884p

Wojna i pokój

Po powrocie z Australii prezydent Duda wyjaśnił, że nie chodziło mu o zakup fregat rakietowych, ale o ich wypożyczenie w celu organizacji ważnych parad wojskowych. – Taka uroczystość mogłaby z powodzeniem odbyć się na Bałtyku naprzeciw mojej rezydencji na Helu – oświadczył prezydent.

Na spotkaniu prezydentów USA i Polski przekażą oni sobie upominki: wytyczne, jak pisać genialne tweety, oprawione w skórę Meksykanina, który nielegalnie przekroczył granicę, oraz instrukcję wygrawerowaną na miniaturowej narcie, jak sprawnie podpisywać w biegu dokumenty państwowe.

Spiżowe pomniki wystawiane przez satrapów ku chwale własnej po zmianie władzy okazują się podróbkami wypchanymi trocinami historii.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 45: Państwo, firma Abenaki i Wiktor.

Gwałtowny odpływ pieniędzy z kasy państwowej i równoczesne bogacenie się Abenaki źle się ludziom kojarzyły. Wyglądało to tak, jakby państwowe pieniądze płynęły prosto do kiesy właścicieli prywatnej firmy. Na zebraniu przy krawężniku pojawiły się głosy, że rząd i Abenaki wyraźnie łączy jedna osoba, gubernator Barras. Do niedawna był jeszcze prezesem tej firmy. Innego wytłumaczenia nie było. Przynajmniej Sefardi nie widział innego.

– To sprawa przeszłości, Sefardi – do rozmowy włączył się Wiktor. Pojawił się jak na złość Sefardiemu, aby bronić rządu i gubernatora. Miał gotowe wyjaśnienia.

– Barras po objęciu stanowiska gubernatora zrezygnował ze stanowiska prezesa firmy i wyzbył się wszystkich udziałów. Sprzedał je, rodzinie przekazał tylko niewielką część tego, co posiadał. Nawet dociekliwi dziennikarze nie doszukali się nieprawidłowości w jego postępowaniu. Musisz pogodzić się z tym – nalegał.

Sefardi był wściekły na Wiktora, że zrujnował mu szansę zwycięskiej dyskusji przy krawężniku. Intuicja podpowiadała mu, że Barras osobiście lub przez kogoś zaufanego jest łącznikiem z Abenaki. Czuł to prawie fizycznie. Przeczucie nigdy go nie myliło, kiedy skóra swędziała go na piersiach i ramionach, jakby jadowity pot wyżerał w niej małe rowki. Logicznie rzecz biorąc, nie było innego wytłumaczenia. Bez dużej pomocy z zewnątrz Abenaki w żaden sposób nie byłaby w stanie finansować kosztownego programu badań, produkcji i testowania farmaceutyków, rozbudowywać sieć dystrybucji oraz prowadzić drogie kampanie reklamowe.

Ludzie domyślali się różnych możliwości. Rząd mógł pomagać firmie, uznając ją za szczególnie ważną dla gospodarki, oferując ulgi podatkowe, koncesje lub kontrakty na dostawy zaopatrzeniowe. Nic takiego jednak nie ujawniono. Dociekliwi dziennikarze to sprawdzili. Kilka tygodni później wyszło jednak na jaw, że Abenaki ma koncesję na produkcję środków zwiększających potencję seksualną oraz na ich sprzedaż hurtową i detaliczną, także w kioskach i na targowiskach, gdzie zaopatrywali się ludzie najubożsi. Miała to być istna kopalnia złota.

Środek poprawiający potencję był dostępny tylko dla małżeństw. Był on tak silny i skuteczny, że rodzice nie byli w stanie ograniczyć liczby rodzących się dzieci. Sprawa wyszła na jaw, kiedy firma wypłaciła pół miliona dolarów odszkodowania żonie, której męża nadmiar dzieci doprowadził do samobójstwa. Wielkość odszkodowania spowodowała, że coraz więcej małżeństw pragnęło procesować się z Abenaki, mimo że szansa wygrania była niewielka, ponieważ firma zatrudniała armię najlepszych prawników.

Na temat środków zwiększających potencję, liczby urodzeń, samobójstw i ich przyczyn oraz spraw toczących się w sądzie krążyły często sprzeczne wiadomości, że trudno było dociec, ile było w tym prawdy, a ile zmyślenia. Jeśli ktoś znał tę tajemnicę, to z pewnością bał się ją ujawnić. Ludzie jako tako zorientowani w polityce wiedzieli, że gubernator ma wyjątkowo długie ręce. Sefardi był przekonany, że jest on dostatecznie przebiegły, aby stosować skrytą przemoc wobec osób mu wrogich czy nawet niechętnych.

W trakcie dyskusji o Abenaki Wiktor nazwał Sefardiego chorobliwie ambitnym zegarmistrzem. Sefardi czuł coraz wyraźniej, że drogi ich przyjaźni trwającej od dzieciństwa rozchodzą się. Wzmacniało to tylko jego determinację rozwiązania łamigłówki powiązań gubernatora i rządu z Abenaki.

Kiedy Sefardi wspomniał Isabeli o zamierającej przyjaźni z Wiktorem, Isabela chciała coś powiedzieć, otworzyła usta, lecz nic nie objawiła. Wahała się bardzo krótko. Na jej twarzy pojawił się grymas determinacji; Sefardi, wiedział, że objawi coś nieoczekiwanego.

– Nie miałam mówić tego panu, don Sefardi, ale powiem. – Zaczęła, jej wzrok przeniósł się ponad jego głowę i zatrzymał się gdzieś za oknem lub na suficie.

Zauważywszy pytające spojrzenie Mistrza, wyjaśniła: – Jeśli chodzi o pańskiego przyjaciela Wiktora, to wiem o nim co nieco. To niedobry człowiek. Pierwsi odkryli to jego rodzice, kiedy był jeszcze dzieckiem, ale nikomu o tym nie wspominali, bo to wstyd. W związku w chorobą gardła zaistniało podejrzenie, że Wiktorowi trzeba będzie wyciąć migdałki. Lekarz zajrzał mu w usta i zobaczył czarne podniebienie.

– Pan wie, don Sefardi, co to znaczy? – Zapytany skinął głową potwierdzająco, lecz mimo tego kobieta kontynuowała wyjaśnienia.

– Tak mówi się o psie, który jest niebezpieczny. Oczywiście Wiktor nie jest tak zły jak pies, nigdy bym tego nie powiedziała, ale jest wredny. Mnie on się nie podoba. Panu tak, bo to pański kolega i przyjaciel od przedszkola. Nie mój na szczęście. Nie lubię go, bo to wieśniak i to w gorszym gatunku. Na wsi są też dobrzy ludzie, ale Wiktor jest zacięty, nieustępliwy, skryty i przekonany zawsze o swojej racji. Jestem pewna, że źle traktuje swoją rodzinę, jeśli ją ma. Chyba także i przyjaciół źle traktuje. Pan to sam zauważył.

Sefardi był niepewny, co myśleć o jej wynurzeniach. Historię z czarnym podniebieniem odrzucił, uznając ją za czczy wymysł. Chwilę później pomyślał jednak, że Isabela ma przynajmniej trochę racji. Kolejny raz nie mógł jej odmówić zmysłu obserwacji i znajomości mentalności i zachowań mieszkańców wsi. Uświadomił też sobie, że Wiktor rzeczywiście bywał niesympatyczny i w ostatnim czasie źle go traktował. Sefardi usprawiedliwiał to pośpiechem lub rozdrażniłem Wiktora jakimiś bieżącymi niepowodzeniami.

Obserwował Isabelę, kiedy mówiła. Była rubaszna, pełna cieleśnie i na swój sposób atrakcyjna. Miała też zainteresowania. Wyznała mu to kiedyś przechylając się poufnie do jego ucha. Lubiła jazdę na rowerze, pracę w ogrodzie i czytanie. Chyba też i podróże. Nie mógł sobie tego przypomnieć. Mówiła też, że lubi gotować. Rozgadała się, a on słuchał nie przerywając. Przyglądał się jej piersiom i biodrom. Chyba o czymś marzył, bo w pewnym momencie zamknął oczy i cienie biegały mu po twarzy.

Michael Tequila’s  books: https://tinyurl.com/y7cza5nc

Myśli i aforyzmy

Wszyscy głupcy i politycy mają prawo milczeć; szkoda, że tak rzadko z niego korzystają.

Zdolny satrapa potrafi rządzić krajem przy pomocy jednego suwerena, jednego premiera, jednego prezydenta, dwóch marszałków i tysięcy kłamstw.

W Polsce, marszałkom Sejmu i Senatu wystarcza trzydzieści sekund, aby dać się szczerze i swobodnie wypowiedzieć demokratycznej opozycji.

Kraj mlekiem, miodem węglem płynący

W premierze Morawieckim najbardziej podoba mi się złoty błysk w oku, słowa „Wszyscy chwalą nas na świecie” oraz „Konsensus”. Jak się okazuje, PiS stworzył konsensus, wzmocnił go i przekształcił w rzekę mlekiem, miodem i węglem płynącą. Nie udało się tego zrobić PO i PSL, dlatego przegrali. Premier zapewnił, że Polska będzie zwiększać import węgla z Rosji tak długo, aż poprawi się stan naszego górnictwa.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 43: Szalejący nepotyzm.

Wobec inwazji Konserwy na stanowiska państwowe, opozycja nie zasypiała gruszek w popiele. Powołała tajną grupę roboczą; pracując intensywnie w krótkim czasie sporządziła listę mianowań Konserwy na najwyższe stanowiska. Przy każdym nazwisku określono kwotę uposażenia miesięcznego, śledzono też jego wzrost. Okazał się on fenomenalny. Opozycja zorganizowała konferencję prasową, na której przedstawiono kompletną listę nepotów, często osób bez kwalifikacji. Niektóre awanse były wręcz obraźliwe dla obywateli. Hodowca drobiu, półanalfabeta, reklamujący się w prasie pod hasłem „chodowla kór”, otrzymał stanowisko szefa państwowej straży pożarnej, odpowiedzialnej za gaszenie miliona pożarów rocznie.

– To wyraz najbardziej potwornego nepotyzmu, zjadającego nasz kraj – krzyczał w parlamencie przedstawiciel Libery.

Okazało się, że hodowca drobiu otrzymał uposażenie roczne stanowiące równowartość czterech samochodów straży pożarnej, których deficyt od lat nękał tę służbę. Stanowisko otrzymał za zasługi dla partii, konkretnie za bezpłatne dostawy kurczaków na konferencje i festyny partyjne. W odpowiedzi na krytykę rzecznik rządu stwierdził, że członek opozycji przedstawiający informację nie ma najmniejszego pojęcia, o czym mówi, ponieważ sam jest prostym rolnikiem, w dodatku nie jest bez skazy, gdyż sąsiedzi oskarżali go o znęcanie się nad zwierzętami a nawet o zoofilię.

Ogłoszona publicznie lista uposażeń i wypowiedzi stron rozpętały burzę, porównywaną przez dziennikarzy do tornada wyrywającego z korzeniami drzewa, zmiatającego mosty i przenoszącego budynki na odległość kilkudziesięciu metrów. Była to walka na argumenty i kontrargumenty, twierdzenia i zaprzeczenia, prawdę i kłamstwo. Rząd natychmiast wszczął śledztwo i skierował sprawę do prokuratury oskarżając przywódców opozycji o ujawnienie tajemnicy państwowej oraz naruszenie godności członków partii konserwatywnej. Po uzyskaniu opinii prawników zmienił kwalifikację czynu na „ujawnianie wrażliwych danych państwowych”. Prorządowa prasa i telewizja rozpoczęły nagonkę na przywódców opozycji. Wkrótce otrzymali oni wezwania do prokuratury w celu składania zeznań. Złożenie jednego zeznania nie kończyło sprawy; za pierwszym poszły następne uzasadniane potrzebą uzupełnień i dodatkowych wyjaśnień. Pojawiły się też zakamuflowane groźby więzienia.

Reakcja rządu zaniepokoiła nie na żarty obywateli porażonych skalą nepotyzmu rujnującego skarb państwa. Organizowali się oni w grupy i utajniali swoją działalność, aby móc bezpiecznie śledzić kariery „ludzi z listy”. Stworzono system monitorowania nominacji i awansów. Informacje o uposażeniach były coraz trudniejsze do zdobycia, ponieważ władze mnożyły bariery dostępu do nich uzasadniając je potrzebą ochrony tajemnicy państwowej. W ministerstwach stworzono specjalne komórki do zwalczania wycieków informacji; ich klasyfikacja została rozbudowana do ośmiu poziomów: oficjalnych, półoficjalnych i nieoficjalnych, poufnych i bardzo poufnych, półtajnych, tajnych i supertajnych. Mimo utrudnień, bazy danych o ludziach z „Listy nepotów” powiększały się. Opozycjoniści posuwali się nawet do przekupstwa, aby zapewnić sobie dopływ informacji. Przy przekazie i odbiorze pieniędzy zachowywano najwyższą ostrożność. Zapłaty dokonywano przeważnie nocą w odosobnionych miejscach po upewnieniu się, że jest to bezpieczne.

Kolejna analiza dała ciekawe wyniki. W ciągu trzech miesięcy uposażenia ludzi z listy wzrosły prawie dwukrotnie. Zwiększyła się też ilość stanowisk. Duże firmy dzielono na mniejsze, tworząc w ten sposób nowe stanowiska dyrektorów rad nadzorczych i prezesów spółek oraz zwiększając liczbę ich zastępców. Okazało się, że prezesi urzędów i przedsiębiorstw państwowych mieli nawet po pięciu zastępców.

– To nie są już nawet oskarżenia, to kalumnie! – Krzyczeli posłowie Partii Konserwatywnej. – Zapłacicie nam za to!

*****

Sefardi był coraz bardziej zbulwersowany zmianami zachodzącymi w aparacie państwowym oraz drastycznie pogarszającym się stanem budżetu. Zagłębiał się w fotel i rozmyślał, dokąd zmierzają zmiany. Biurokraci rośli w siłę i zamożność, stając się klasą uprzywilejowaną. Należały do niej wyłącznie osoby typowane przez gubernatora, działacze Konserwy, członkowie ich rodzin i jego wierni przyjaciele. W swoim gronie nazywali siebie otwarcie nepotami, publicznie byli bardziej wstrzemięźliwi.

Wybrańcy gubernatora otrzymywali luksusowe, doskonale wyposażone, słoneczne gabinety z widokami na zieleń, stawy, jeziora lub rzeki. Budynki odnawiano i modernizowano układając na ścianach marmury sprowadzane z zagranicy, stanowiące same w sobie dzieła sztuki, oraz instalując posadzki zdobne w tak fantazyjne wzory, że wizytującym osobom dech w piersiach zapierało. Między piętrami budynków krążyły wielkie cichobieżne windy ze skórzanymi kanapami do relaksu. Kiedy parking okazywał się za mały, wykupowano sąsiednią posesję razem z budynkami i wyburzano je, aby zrobić miejsce na wielopiętrowy parking podziemny, gdzie samochody rozwoziła zautomatyzowana winda.

Po wprowadzeniu nowych, eleganckich uniformów nepoci chodzili po korytarzach jeszcze bardziej wyprostowani, z wysoko podniesionymi głowami, upierścienionymi palcami, niekiedy nawet ze złotymi łańcuchami na szyi. Najwyżsi urzędnicy nosili garnitury z lejącej się, jedwabistej wełny, latem cienkiej i przewiewnej, zimą ciepłej a mimo to lekkiej. Uniformy szyto na miarę, aby posiadacze prezentowali się w nich dystyngowanie. Opozycja złośliwie twierdziła, że niektórym nepotom z butów wystaje słoma; zaprzeczały temu zatrudnione przez rząd sprzątaczki, twierdząc, że na podłodze znajdowały tylko źdźbła siana, ale nigdy słomy.

W czasie przerw na posiłki nepoci zjeżdżali przeszklonymi windami prosto do restauracji zwanej Cafeteria Classica, gdzie o każdej porze dnia można było znaleźć w menu kawior, bakłażany, ser gorgonzola, świeżą rzodkiewkę normandzką i inne frykasy, łącznie z szerokim wyborem win i szampanów. Sprzedaż wódki ograniczono z uwagi na prostacki charakter i smak tego trunku. Posiłki, choć luksusowe, nie były kosztowne, subwencjonowało je państwo.

W ministerstwach i urzędach państwowych przeprowadzono reformę: kierownicy zostali awansowani na dyrektorów, dyrektorzy na dyrektorów generalnych. Wraz z usprawnieniami i poprawą warunków pracy wzrosło poczucie znaczenia pracy na państwowym stanowisku. Sumienia urzędników wydelikatniały jak puch gęsi, oni sami stali się niezwykle wrażliwi na punkcie swojego statusu i godności. Niektórzy zhardzieli i stali się aroganccy do tego stopnia, że zwierzchnicy a czasem nawet sam gubernator musieli im przypominać zasady savoir vivre urzędnika państwowego.

Wprowadzono również zmiany w obsłudze obywateli. Najpierw zmieniono ich nazwę z klientów na petentów, uznając tę drugą za bardziej stosowną i znaczącą. Na nowo określono prawa, obowiązki i odpowiedzialność petentów. Wkrótce musieli oni załatwiać sprawy urzędowe w białych rękawiczkach, aby nie wywoływać alergii urzędników widokiem zaniedbanych, zniszczonych lub niezbyt wypielęgnowanych dłoni. Zmieniono także procedury, usprawniając proces skarg i zażaleń. Wprowadzono nowe formularze, bardziej dokładne, aby skargi mogły być rozpatrzone z należną im uwagą i szczegółowością. Dyrektorzy urzędów i ich zastępcy zostali zobligowani regulaminami wewnętrznymi do osobistego rozpatrywania skarg nie rzadziej niż raz w miesiącu, co najmniej przez dwie godziny. Uznano to za niezwykłą szczodrość wobec petentów, zważywszy na ilość i złożoność obowiązków wysokich funkcjonariuszy administracji.

Dyskusję na temat pozycji i zachowań urzędników zakłóciła na krótko wiadomość o tajemniczej śmierci ministra finansów, znanego ze szczególnej ekstrawagancji i zamiłowania do ekskluzywnej kuchni. Policja ujawniła, że zginął on w wypadku drogowym. Kiedy rodzina i przyjaciele twierdzili, że było to zabójstwo, rzecznik policji oświadczył, że zbadają także ten motyw zgonu. Następnego dnia rzecznik nie zjawił się w pracy; jego następca podał do wiadomości, że odszedł on z pracy na własną prośbę. Indagowany przez dziennikarzy wyjaśnił tylko, że poprzednik przeszedł operację szczęki i bardzo trudno jest mu mówić.

Mimo, że sytuacja finansowa pogorszyła się wskutek ograniczeń wydatków, rząd uchwalił „Kartę funkcjonariusza państwowego” przyznając klasie urzędniczej nowe przywileje. Za funkcjonariusza uznawano „każdą osobę mianowaną na dowolne stanowisko przez gubernatora, wicegubernatora, ministra, dyrektora departamentu lub jego zastępcę”. Socjologowie określili sytuację mianem rozmytej rzeczywistości. Dokładnie nie było jednak wiadomo, co to znaczy.

Sefardi obudził się, kiedy już ciemniało za oknem. Przypomniał sobie wszystkie obrazy, jakie przewinęły mu się przed oczami. Nie uznał ich za sen, tylko za wizję, projekcję tego, co działo się w kraju. Natychmiast zadzwonił do Iwana Iwanowicza, aby podzielić się niezwykłym przeżyciem. Po wymianie zdań mężczyźni zgodzili się, że jest to jak najbardziej możliwe. Sefardi poczuł dreszcze. Powziął postanowienie, że będzie walczyć z rządem, w szczególności z gubernatorem-premierem Barrasem Blawatsky’m, na miarę wszystkich swoich sił i możliwości, aby nie dopuścić do nieszczęścia.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 42: Zbieranie dowodów zamożności

Na stacji benzynowej starszy, uśmiechnięty, przyzwoicie ubrany mężczyzna, nigdzie się niespieszący, wzbudzał zaufanie. Cavano podał się za poszukiwacza większego domu dla siebie i dla rodziny. Był przygotowany do rozmowy. Wcześniej zebrał niezbędne informacje o prezesie wielkiej firmy państwowej, którego nazwisko podał mu Sefardi Baroka. Interesujący go prezes okazał się właścicielem najwspanialszej posiadłości w okolicy. Cavano wspomniał mimochodem, że widział w pobliżu luksusowy samochód, określił jego markę i kolor. Sefardi dostarczył mu wcześniej zdjęcie pojazdu.

– Ile taki może palić? Myślę o kupieniu sobie takiego wozu, ale nie chciałbym wydatkować majątku na paliwo. On chyba żre jak smok.

Pracownik stacji znużony obsługą wiecznie spieszących się klientów chętnie podjął rozmowę. Najpierw udzielił mu instrukcji, jak skorzystać z nowego automatu do kawy, a następnie pomógł wyszukać tygodnik schowany za innymi czasopismami. Wkrótce detektyw wiedział, kto jest właścicielem samochodu, kiedy został zakupiony, ile takie cacko kosztuje, jaką ma pojemność i jak często właściciel je tankuje, a nawet jaką restaurację w miasteczku odwiedza najchętniej i jak często organizuje większe przyjęcia dla gości.

– To znany polityk. Nigdy pan o nim nie słyszał? – Było to jedyne pytanie, przy którym pracownik stacji spojrzał uważnie na gościa, zdziwiony, że można nie słyszeć o kimś, kto występuje w telewizji.

– Nie. Nawet jak słyszałem to puściłem mimo uszu. Polityka przestała mnie interesować. Kiedyś nią się pasjonowałem, ale mnie to zmęczyło. Mam sporą rodzinę i to mnie aż nadto absorbuje. Wie pan sam, jak to jest z rodziną.

Mężczyzna połknął haczyk i rozgadał się, opowiadając, ile ma dzieci i ile wymagają uwagi i pomocy z jego strony, ponieważ żona nie może sobie poradzić ze wszystkim. Gotów był kontynuować, gdyby nie klient czekający, aby zapłacić za paliwo.

Kilka dni później detektyw zjawił się w supermarkecie w miasteczku, gdzie co najmniej raz na dwa tygodnie „w niedzielę, zaraz po kościele”, interesujący go prezes zwykł robić zakupy razem z żoną. Aby nie przyjeżdżać na próżno Cavano zadzwonił wcześniej do sekretariatu prezesa, aby upewnić się, czy w poniedziałek będzie on w pracy. Znaczyło to, że prawdopodobnie nigdzie nie wyjechał. Oprócz zapewnienia sekretarki, że będzie, dowiedział się, że jeśli chce się spotkać z prezesem to musi podać swoje imię, nazwisko i numer telefonu, oraz cel spotkania lub sprawę, jaką chciałby omówić. Podziękował sekretarce informując, że w takich okolicznościach będzie chyba najlepiej, jeśli napisze do prezesa.

Po rozmowie odetchnął z ulgą, że poszło mu nieźle, dziękując Bogu za umiejętność kłamania. Nie myślał o tym poważnie, choć od czasu do czasu miał wyrzuty sumienia, że podszywa się pod rzeczywiste lub wymyślone osoby. Zrzucił to na karb zawodu, wymagającego elastyczności, intuicji i refleksu.

W supermarkecie Cavano dyskretnie towarzyszył prezesowi i jego żonie. Los mu sprzyjał. Przy stoisku mięsnym żona prezesa złożyła zamówienie na mięso i wędliny na zaplanowane przyjęcie. Z wymiany informacji między małżonkami wynikało, jakie to będzie przyjęcie i ile osób będzie w nim uczestniczyć. Na koniec żona pocieszyła męża, że nie powinien się martwić, bo przyjęcie nie będzie kosztować więcej niż dwadzieścia tysięcy.

Po upływie trzech tygodni, usprawiedliwiając się, że zajęło mu to więcej czasu niż planował, detektyw spotkał się z Sefardim.

– Urząd podatkowy nie zebrałby takiej ilości informacji o stanie posiadania i dochodach człowieka. – Mistrz był pod wrażeniem ilości uzyskanych danych. Wracając samochodem do domu pogwizdywał. Pomagało mu to w myśleniu.

 

Potrzebujemy ludzi prawych, mądrych i wrażliwych

Potrzebujemy ludzi prawych, mądrych i wrażliwych na potrzeby zwykłego człowieka. Przykładem jest posłanka Krystyna Pawłowicz z PiS. Jej słowa „Chamie, podejdź tu, dam ci w ryj!” to przykład patriotycznego zastosowania pięknego języka polskiego. PO nie umiało tak mówić do zwykłych ludzi, dlatego przegrało.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 41: Detektyw Cavano włącza się do akcji

Sefardi przemyślał sytuację i postanowił wziąć sprawę w swoje ręce, zaczynając nie od głowy, ale od ogona. W klubie miłośników wynalazczości wyszukał detektywa. Pamiętał go jeszcze z dawniejszych czasów, kiedy przedstawiał swoje poglądy na temat wynalazków w zegarmistrzostwie. Był to starszy mężczyzna, nieaktywny już zawodowo. Cieszył się dobrą reputacją i nazywał się Cavano.

Spotkali się w parku, na ławce przy stawie, gdzie pływały kolorowe kaczki krzyżówki. Poznał go z łatwością. Mężczyzna nie postarzał się wiele. Nadal miał obfitą czuprynę, krócej przystrzyżoną i więcej siwizny na skroniach. Wyglądał na zmęczonego, jego oczy straciły nieco blasku. W chwili, kiedy rozpoczęli rozmowę, powróciło mu dawne lśnienie oczu, zmarszczki złagodniały, a twarz odzyskała świeżość. Nudził się na emeryturze, do której namówiła go żona i chętnie zgodził się na spotkanie. Sefardi widział znowu tego samego człowieka, pełnego wigoru i chęci działania. Wyjaśnił mu, czego potrzebuje.

– Chodzi mi o ustalenie, jak Barras Blawatsky wynagradza swoich ludzi, jaki jest ich poziom dochodów i jakie mają majątki. Oficjalnie nie sposób uzyskać takich informacji, ponieważ oni ściśle przestrzegają zasad nieujawniania nikomu uposażeń.

– Jeżeli okaże się niemożliwe zdobycie info o dochodach, to może da się ustalić, ile wydają lub inwestują. To bywa łatwiejsze i też pokazuje w przybliżeniu poziom zamożności – zasugerował Cavano.

Słuchającemu dziwnie zabrzmiało określenie „info”. Detektyw użył je wymawiając jakby z lubością. Sefardi uznał to za drobne dziwactwo. – To dobre do poczty elektronicznej – pomyślał, nie zastanawiając się nad tym dłużej.

– Sądzi pan, że mogłoby to być łatwiejsze? Ludzie wydają pieniądze na tyle różnych rzeczy.

– Mam swoje sposoby. Nie chodzi zresztą o wszystkie wydatki tylko o te największe: zakup domu, ziemi, samochodu, wyjazd na dłuższy urlop lub wakacje. To daje pojęcie, czy ktoś wydaje pieniądze tak, jakby miał kopalnię złota, stanowisko prezesa firmy czy też dobrze uposażonego urzędnika.

Sefardi wymienił trzy nazwiska osób niedawno mianowanych na wysokie stanowiska. Wyjaśnił, dlaczego ci ludzie interesują go w szczególności. Nie ukrywał swych podejrzeń, uważając, że im więcej detektyw będzie wiedział, tym lepiej dla śledztwa. Cavano zadał jeszcze kilka pytań. Pytanie o swoje wynagrodzenie skwitował prosto.

– Zwróci mi pan poniesione wydatki. Może nawet nie wszystkie, ponieważ niektóre rzeczy robię dla przyjemności. Być może nie będę pana obciążać kosztami objazdu ciekawych posiadłości. Lubię takie przejażdżki. Jesteśmy zresztą po tej samej stronie barykady.

Oświadczenie detektywa Sefardi przyjął jako potwierdzenie bliskiej znajomości i solidarności. Przyjaciele, bliscy znajomi i miłośnicy jego wynalazków chętnie okazywali mu pomoc. Był to atut bycia znaną osobą.

Cavano ustalił adresy zamieszkania osób wskazanych przez Sefardiego. GPS bezbłędnie doprowadził go do pierwszej posiadłości. Z odległości, aby nie wzbudzać podejrzeń, obejrzał rezydencję przez lornetkę. Informację o jej wartości znalazł w oświadczeniu podatkowym właściciela, kiedy był jeszcze parlamentarzystą. Na szczęście nie pomyślał o jej usunięciu z rejestru. Dla pewności chciał sprawdzić transakcję zakupu posiadłości. Tej jednej nie znalazł, miał więcej szczęścia z dwiema pozostałymi posiadłościami. Wobec braku zapisu transakcji skontaktował się z agentem nieruchomości i umówił na spotkanie. Pozując na klienta zapytał, czy przypadkiem właściciel jej nie sprzedaje.

– Piękne miejsce, zadbany ładny dom, akurat coś dla mego syna. Przejeżdżałem tamtędy, podobało mi się. Może akurat właściciel zechce ją sprzedać, może ma jakieś plany. Jeśli nie teraz to może później. Pytam o to, bo a nuż mam szczęście – Cavano rozgadał się na temat syna, jak dobrze mu się powodzi i jak serdeczne są między nimi stosunki. Agent handlu nieruchomościami cen zakupu nie pamiętał, ale podał mu, ile mogły w przybliżeniu kosztować, po czym przeprosił, że nie może mu poświęcić więcej czasu z uwagi na spotkanie z następnym klientem. Cavano poprosił go o wizytówkę, dziękując mu z pomoc i wyrażając nadzieję, że syn zechce skontaktować się z nim, aby coś dla niego znalazł. Stojąc już przy samochodzie spojrzał przez wielkie okno biura. Mężczyzna rozmawiał z sekretarką, śmiał się. Cavano miał wrażenie, że mówi o nim, ponieważ dwa razy uniósł w górę rozłożone ręce w geście charakterystycznym dla niego, kiedy wyrażał zdziwienie lub niepewność. Przeszło mu przez myśl, że na pewno nazwał go starym gadułą. Nie zmartwiło go to; cieszył się, że dzięki spotkaniu uzyskał to, czego potrzebował.

W następnym dochodzeniu poszło mu gorzej. Pojechał na miejsce, obejrzał rezydencję z frontu i z boku, od strony młodego lasu sosnowego, po czym zapukał do sąsiada naprzeciwko, aby zapytać, czy ktoś nie sprzedaje domu w pobliżu. Przedstawił mu wypraktykowaną już historię syna poszukującego domu w okolicy. Sąsiad okazał się nieufny albo rzeczywiście nic nie wiedział. Odpowiadał niechętnie tłumacząc się, że mieszka pod tym adresem od niedawna, zerkając do drugiego pokoju, gdzie krzątała się żona, jakby od niej oczekiwał pomocy lub ratunku.

W pobliskim miasteczku Cavano również nie znalazł nikogo, kto mógłby mu pomóc. Dwaj lokalni agenci handlu nieruchomościami okazali się nieobecni. Prawdopodobnie niewiele by to pomogło, ponieważ na tym terenie bardziej aktywni byli pośrednicy z centrum kraju. Detektyw miał jeszcze kilka innych kontaktów, okazały się jednak nieprzydatne. Miał już zrezygnować i wrócić do domu, kiedy przyszedł mu do głowy inny pomysł. Nie było to nic nadzwyczajnego, miał już wcześniejsze doświadczenia. Jedynym jego mankamentem było to, że wymagał więcej czasu i cierpliwości.

Skrót recenzji powieści Michaela Tequili „ Sędzia od Świętego Jerzego”: http://michaeltequila.com/?page_id=39

Skrót recenzji opowiadań Michaela Tequili „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco”:http://michaeltequila.com/?page_id=1265

O imieninach, generałach i życiu

Trwają uroczyste obchody 70-tej rocznicy urodzin Antoniego Macierewicza. Uczestniczy w nich także prezes Kaczyński. Publicznie chwali solenizanta: Niezwykle twardy człowiek wobec układu generalsko-pułkownikowskiego.

Przypomniał mi się żart opowiadany przez generałów odchodzących na przyśpieszoną emeryturę: 

Jaka jest różnica między członkiem męskim a życiem?

Życie jest twardsze!

 

Historyjka dwóch szczytów

Za czasów PRL szczytem bezczelności było wywiercić dziurę w Rurociągu Przyjaźni i sprawdzić, w którą stronę płynie ropa. W IV Rzeczpospolitej jest nim wygłaszanie przemówień w obronie demokracji przez posła Piotrowicza oraz w obronie przyrody przez profesora Szyszko.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz 30: Rozwój kariery politycznej Barrasa Blawatsky’ego

W wyborach do parlamentu stanęły naprzeciw siebie rządząca Partia Liberalna oraz opozycyjna Partia Konserwatywna. Żadna z nich nie wiedziała, jaki los jej przypadnie w udziale, każda z nich była jednak przekonana, że to jej należy się zwycięstwo. Inne partie nie liczyły się. Rywalizacja rozpaliła emocje do tego stopnia, że na ulicach i skwerach, w kawiarniach i w klubach, pojawili się fachowcy typujący zwycięzców i dający gwarancję wygranej, jak również amatorzy-zgadywacze, hazardziści i wróżbici rzucający losy i stawiający kabałę. Wywołało to wielki szum informacyjny, przez który z trudem przebijały się programy wyborcze rywali. Do chaosu przyczynili się najbardziej liberałowie; w swojej zapiekłej hardości nie przyjmowali do wiadomości nawet najdrobniejszej możliwości porażki.

Z bezwzględnej walki wyborczej zwycięską ręką wyszła Konserwa. Przeciwnicy przyjęli to boleśnie. Szczypali się po rękach i tułowiu, aby upewnić się, że nie śnią, oszczędzając ze względów estetycznych tylko twarze. Nic im to nie pomogło. Stracili przywileje, godła, sztandary, insygnia a także paradne samochody, powozy, konie i ich pozłacaną uprząż. Wszystko zagarnęła Konserwa, kierowana przez Barrasa Blawatsky’ego, powszechnie już uznawanego za przywódcę z charyzmą. Zwycięska drużyna wynosiła go pod niebiosa przeciwstawiając go poprzednikowi.

– To poważny człowiek, geniusz. Nie to, co jego poprzednik, rudy odszczepieniec, polityk tuzinkowy, prywatnie arogancki bon vivant, jakich tysiące tuła się po spelunkach portowych całego świata – mówiąc to zwolennicy Barrasa wyzywająco spluwali na ziemię i rozcierali ślinę butem.

Pierwszego dnia po zebraniu się nowego parlamentu Partia Konserwatywna utworzyła rząd i ustanowiła Barrasa premierem, a następnie powołała go na stanowisko gubernatora kraju dla podniesienia prestiżu urzędu, który i tak był już niezmiernie wysoki.

Początki kariery życiowej i zawodowej Barrasa były skromne. Był on potomkiem pobożnego Greka i patriotycznej Nomadyjki, co mogło oznaczać tylko mieszankę wybuchową lub niezwykłą siłę pokonywania przeszkód i osiągania celów. Kiedy ukończył szkołę podstawową, rodzice oddali go do Szkoły Zakonnej im. Przeczystej Prawdy. Był to okres, kiedy ubrany w szary siermiężny strój pątniczy przepasany grubym sznurem młody Barras pielgrzymował do miejsc świętych. Skromność ukształtowaną w tamtych latach umacniał później nawykami skąpych posiłków, żyjąc w mieszkaniu zdobnym obrazami męczenników. Nigdy nie mówił o swojej pobożności, ale ludzie go znający potwierdzali ją dodając ”Niech Bóg ma go w swojej opiece” albo „Niech mu Najwyższy błogosławi”. Kiedy przychodziły jego urodziny, świętował je uczestnicząc w procesji religijnej razem z najbliższą rodziną, kuzynostwem lub współpracownikami.

Był urzędnikiem państwowym, do pracy uczęszczał pieszo. Wykonywał ją bardzo solidnie, aby zasłużyć na uznanie zwierzchników, po czym wracał do skromnego, lecz gustownie urządzonego apartamentu. Zamieszkiwał go ze swoimi ulubieńcami, królikiem i kolorową papużką. Za królikiem przepadał, ubóstwiał go wręcz; była to jedyna istota w jego życiu dająca się nieprzerwanie głaskać. W okresie pracy urzędniczej Barras zapisał się do Partii Konserwatywnej, zwanej powszechnie Konserwą, opartej na solidnych wartościach wiary, ojczyzny i tradycji. Szacunek dla tych wartości kształtował się w nim już w domu rodzinnym i szkole zakonnej.

Jako członek partii, Barras nie wykazywał się początkowo nadmierną aktywnością. Podobnie było z życiem towarzyskim. Nie stronił od ludzi; bardziej to oni stronili od niego, wskutek czego wyrobił sobie niezasłużenie opinię dziwaka. Pozostał w stanie bezżennym, nie ślubując bynajmniej stanu kawalerskiego, a czyniąc to jedynie z przyzwyczajenia, z nawyku, jaki utrwalił w sobie w szkole zakonnej. Kobietami nie pogardzał, wręcz przeciwnie, szanował je nad wyraz, przede wszystkim swoją matkę, już świętej pamięci, oraz Świętą Józefinę, powszechnie czczoną w Nomadii.

Po kilku spokojnych latach na scenie politycznej, Barras nagle uaktywnił się. Stało się to w przededniu wyborów parlamentarnych. Okazał się znakomitym organizatorem, motywatorem i agitatorem. Miał spokojny głos, jego przemówienia nie były ekscytujące, ale porywały tłumy wizją społeczeństwa uczciwego i doskonałego moralnie.

Partia uznała go za objawienie. On sam widział to inaczej, twierdząc, że to on ją wymyślił, zdefiniował w szczegółach i powołał do życia. Dla członków partii stał się ojcem i matką, fundamentem stabilizacji równie solidnej jak kasa pancerna Schuster und Schuster z potrójnie szyfrowanym zamkiem zainstalowana w banku szwajcarskim z jednym piętrem na wysokości ulicy i pięcioma ukrytymi pod ziemią.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 2: Zwierzęta i partia Duży Pikuś

Rosaton miał psa i kota. Były one wyimaginowane, to znaczy były wytworem jego wyobraźni, ale w sposób jak najbardziej rzeczywisty. Kiedy kot leżał na płaskiej poduszeczce ułożonej schludnie w rogu biurka, Rosaton wyciągał rękę, aby go pogłaskać. Robił to często, aby poczuć miękkość jego futerka, usłyszeć mruczenie dochodzące gdzieś z wewnątrz jego brzucha i widzieć, jak podnosi łebek i patrzy na niego. Zwierzak był jak najbardziej prawdziwy, wymagał jedzenia, wody i zabierania na spacer. Ludzi było już tyle na świecie, że nie sposób było mieć domek z ogródkiem, czy nawet zwykłe mieszkanie z wyjściem bezpośrednio do ogrodu, gdzie można by wypuścić zwierzęta dla relaksu.

Zwierzaki wychodziły na spacery razem, aby bawić się ze sobą; Rosatonowi sprawiało niezwykłą przyjemność obserwowanie ich figli. Co do psa, to była to jamniczka krótkowłosa, koloru brązowego, smukła mimo nóżek, o których wiadomo, że każdy jamnik musi je mieć, ale niekoniecznie się nimi chwalić, z klatką piersiową tak rozwiniętą i kształtną, że każda najlepiej zarabiająca modelka jej zazdrościła, bez grama tłuszczu. Jednym słowem cudo; taka też była opinia właściciela.

Bieżąca polityka nie interesowała Rosatona. Uważał się za człowieka racjonalnego, miłującego pokój i szanującego ludzi, lecz mimo to nie znosił polityków. Znaczyło to zapewne, że nie jest taki racjonalny, jak mu się wydawało, z czym zapewne mógłby się zgodzić, bo ostatecznie miał w sobie trochę racjonalności. Nieinteresowanie się polityką nie znaczyło, że nie miał rozeznania, co robi rząd, opozycja, lub co dzieje się w kraju. O, nie! Miał dostateczną wiedzę, gdyż uważał, że obowiązkiem każdego przyzwoitego człowieka, jest orientować się przynajmniej z grubsza co w trawie i poza trawą piszczy, aby nie dać się przydeptać intelektualnie byle mędrkowi, który akurat przeczytał ostatnią gazetę lub obejrzał ostatni dziennik telewizyjny. O politykach miał swoje zdanie; czasem bawił się nim długo dla urozmaicenia sobie bezsennej nocy.

– To jedyni ludzie, który mogą znacząco wpływać na twoje życie, ułatwić je, kiedy są pozytywni lub obrzydzić, kiedy są kretynami lub łajdakami, lub jednym i drugim, czyli degeneratami najpodlejszego sortu. Najgorsze, kiedy cała formacja rządząca skretynieje. Wtedy nie ma ratunku dla narodu.

Żyjąc w czasach automatów i robotów, rosnącej sztucznej inteligencji i odporności na krytyczną wiedzę jak i manipulacji genetycznej, uważał, że taki przypadek skretynienia jest mu znany i poniekąd bliski ze względów geograficznych, i nie dotyczy tylko jego, ale i całego narodu. Chodziło oczywiście o partię (nazwał ją „Duży Pikuś”, gdyż lubił szyfrowane tajemnice), która po dojściu do władzy doszła równocześnie do wniosku, że naród zamiast pędzić do przodu w wyścigu szczurów jak wszystkie inne kraje, powinien spokojnie wycofywać się, bez pośpiechu, za to w wielkim stylu, na czym się da, hulajnogach, rowerach, motocyklach z wózkiem bocznym, samochodami i autobusami, pamiętając o przodkach, wojnach, rewolucjach i różnych nieszczęściach, czyli o swojej wielkiej przeszłości.

Rosaton, dojrzały młodzieniec, jakim jest każdy trzydziestosiedmiolatek, obserwował Dużego Pikusia i notował sobie w głowie jego czyny i osiągnięcia. Popularności partii rządzącej, która dzielnie schodziła w dół, prawdopodobnie do miejsca oznaczonego na mapie politycznej świata jako Hibernacja, nie uważał za szczególny dopust boży. Problemem dla niego byli bardziej wielbiciele partii, zadurzeni w niej po uszy, którzy wiedzeni instynktem kulawego drwala zagubionego z samotną siekierą na wielkiej pustyni szli za nią z transparentami i sztandarami wielkości małego biurowca, śpiewając nabożne pieśni i bijąc w piersi, nie swoje, ale przeciwników. Dawało to nadzwyczajny efekt dudnienia, słyszany nawet w odległych krajach, zapewniając tanią reklamę, której potrzebuje każdy szanujący się kraj. Przyciągało to turystów nawet z Afryki, głównie ludność tubylczą, pragnącą zobaczyć i posłuchać tam-tamy, o jakich nawet ich dziadowie nie marzyli. Byli przekonani, że są one wykonane z ludzkiej skóry, jedynej, która umiejętnie uderzana wydaje niezwykłe dźwięki, przypominające nawet jęki i zawodzenia.

Książki Michaela (Michała) Tequili: https://tinyurl.com/y895884p

Władimir Putin, piąta kadencja. Co dalej?

Moje motto: Każdy naród ponosi konsekwencje nierozumienia lub niepilnowania tego, co robi jego rząd. W skali kraju, w skali narodowej głupota lub naiwność są niewybaczalne.

 Alegoria państwa wg Alfreda Kubina

Uważnie obserwuję, co dzieje się w Rosji. Patrzę na ten kraj (przede wszystkim jako ekonomista, ale i pisarz/blogger, któremu nieobojętne jest to, co dzieje się wokół) i widzę, jak powoli stacza się w dół, a przynajmniej nie posuwa się naprzód. Rosja jest potęgą militarną, ale wydaje na zbrojenia osiem razy mniej rocznie niż USA. Zbrojenia oznaczają ogromne koszty. Płaci za to społeczeństwo, bynajmniej nie najbogatsze, w większości popierające Putina, lecz nie zdające sobie sprawy, jakie są tego konsekwencje.

Przytaczam niezbyt długi fragment artykułu, jaki ukazał się dzisiaj w elektronicznym wydaniu Wyborczej. Poniżej podaję źródło.

Źródło: http://wyborcza.pl/7,75399,23362494,wladimir-putin-rozpoczyna-swoja-piata-kadencje.html

Władimir Putin rozpoczyna swoją piątą kadencję, 7 maja 2018

I tym razem przeszła przez kraj fala protestów ulicznych. W sobotę demonstrowała cała Rosja, od Dalekiego Wschodu do zachodnich granic. Do wyjścia na ulice wezwał swych – przede wszystkim młodych – zwolenników Aleksiej Nawalny, apelując, by manifestowali pod hasłami „On nam nie car” i „Precz z carem”.

Opozycjonista dowodzi, że Putin nieczysto wygrał ostatnie wybory prezydenckie z 18 marca (otrzymał 76,69 proc. głosów przy 67,54-proc. frekwencji). Bo w rzeczywistości walczył z cieniem, nie dopuszczając do udziału w wyborach żadnego prawdziwego konkurenta.

Z gry przy pomocy snutej przez lata intrygi wyeliminował Nawalnego. Opozycjonista został skazany na podstawie sfabrykowanego oskarżenia. Choć Europejski Trybunał Praw Człowieka uznał wyrok za niesprawiedliwy i nakazał powtórzenie procesu, sądy utrzymały werdykt. A kieszonkowy Sąd Konstytucyjny orzekł ostatecznie niedługo przed wyborami prezydenckimi, że Nawalny jako skazany udziału w nich brać nie może.

Ze zwolennikami opozycji, którzy zdecydowali się zaprotestować przeciw „carowi”, Kreml rozprawił się brutalnie. Prewencyjne zatrzymania organizatorów manifestacji w różnych miastach rozpoczęły się jeszcze w połowie ubiegłego tygodnia.

A w sobotę władza po raz pierwszy rzuciła przeciw swoim przeciwnikom bojówkarzy, których przez analogię do obrońców reżimu Wiktora Janukowycza należałoby nazwać tituszkami.

Kiedy opozycjoniści zaczęli się zbierać na placu Puszkinowskim w centrum Moskwy, okazało się, że miejsce jest zajęte przez agresywnych członków faszystowskiego Ruchu Narodowo-Wyzwoleńczego (NOD), organizacji założonej i kierowanej przez ultranacjonalistycznego posła do Dumy Jewgienija Fiodorowa. Byli tam też Kozacy, którzy nahajkami bili zarówno manifestantów, jak i przypadkowych przechodniów. NOD-owcy i wspierający ich członkowie Młodej Gwardii, założonej pod skrzydłami Kremla do walki z kolorowymi rewolucjami, pod okiem policji wszczynali awantury z manifestantami. Kiedy jednak liczba zgromadzonych opozycjonistów wzrosła do kilku tysięcy, odstąpili i tłum zaczęła rozpędzać policja.

W sumie w całej Rosji zatrzymano, jak podaje organizacja OWD Info, 1612 osób. To rekordowo dużo. Sześć lat temu po zamieszkach na placu Bołotnym liczba zatrzymanych była cztery razy mniejsza. Tym razem policjanci i funkcjonariusze stworzonej niedawno do tłumienia protestów ulicznych RosGwardii brali też masowo nieletnich. W Saratowie do aresztu trafił 12-letni chłopiec.

Sam Nawalny dotarł jakoś na miejsce zbiórki manifestantów. Ale był tam bardzo krótko. Zdążył tylko podziękować zgromadzonym, zanim funkcjonariusze, chwyciwszy go za ręce i nogi, zanieśli go do więźniarki. Wieczorem odzyskał jednak wolność.

Nie na długo. 11 maja, już po inauguracji Putina i defiladzie w rocznicę zwycięstwa nad Niemcami, stanie przed sądem, który skaże go co najmniej na miesiąc aresztu za organizację nielegalnej demonstracji i opór stawiany policjantom.

Dekrety Putina

Kiedy Putin sześć lat temu rozpoczynał swoją minioną już dziś kadencję, podpisał tak zwane majowe dekrety i zapowiedział, że do 2018 r. stworzy 20 mln „nowoczesnych” miejsc pracy. Zapewniał, że wydajność pracy w Rosji wzrośnie o 50 proc., a średnia realna zapłata – o 40-50 proc.

Nowego przemysłu nie ma. Wydajność pracy rosła przez ostatnie sześć lat w tempie 0,5 proc. rocznie. Realne dochody Rosjan spadły, przez ostatnie cztery lata nieprzerwanie się zmniejszają. Kraj zamiast obiecanego mu przez prezydenta piątego, zajmuje dziś 12. miejsce na liście światowych potęg gospodarczych. Pod względem wielkości PKB (liczonego w dolarach) na obywatela Rosja z 41. spadła przez sześć lat na 72. miejsce. Mocno trzyma się natomiast w czołówce najbardziej skorumpowanych państw świata.

Niedawno portal Republic.ru, podsumowując sześciolatkę putinowską, napisał, że Rosjanie otrzymali „więcej armat i więcej oleju palmowego”. Wzrosły bowiem wydatki tylko na armię i wojny, w które prezydent wplątał kraj. A Rosja obłożona sankcjami za Ukrainę, na które odpowiedziała, wstrzymując import żywności z Zachodu, sprowadza coraz więcej oleju palmowego, który służy do produkcji kiepskiej jakości zamienników masła czy sera.

Obserwatorzy moskiewscy stawiają jednak optymistyczne prognozy. Twierdzą, że Putin może teraz postawi na „rozwój kapitału ludzkiego”, czyli przeznaczy więcej pieniędzy na oświatę i służbę zdrowia, a zredukuje wydatki militarne.

Poprawie relacji ze światem, którą prezydent też ponoć planuje, ma służyć powierzenie jakiegoś poważnego stanowiska liberalnemu ekonomiście, niegdyś wicepremierowi i znakomitemu ministrowi finansów Aleksiejowi Kudrinowi. Mówiło się, że może nawet zostać premierem. Ale giełda moskiewska stawia teraz raczej na to, że szefem rządu pozostanie Dmitrij Miedwiediew, a szanowany na Zachodzie Kudrin stanie się zastępcą szefa administracji kremlowskiej odpowiedzialnym za gospodarcze stosunki z zagranicą.

Moje książki w księgarni: https://tinyurl.com/y895884p 

Kronika narodu wybranego. Odc. 6: Nadzwyczajna rola tasaka

  Tasak Parang.

W parlamencie nastał sądny dzień. Premiera Cudnego oskarżono o niewyobrażalne czyny i skłonności; jeśli nie sadystyczne, to co najmniej rzeźnickie. Przeczuwał to, gdyż idąc na salę obrad, zaplątał się we własne nogi i mało nie upadł. Uratowała go tylko świadomość, że służy słusznej sprawie i głosi prawdę z wysokości tych właśnie nóg.  

– Nie taki on cudny, skoro tasakiem posiekał ogromny majątek na drobne kawałeczki jak zwykłego kurczaka i rozdzielił je między rodzinę i biednych ludzi – krzyczała opozycja.

Dla rozjaśnienia sprawy zaczęto liczyć obdarowanych: krewnych, kuzynów, pociotków oraz wszystkich uszczęśliwionych biedaków. Okazało się, że premier jest bogatszy w rodzinę i ubogich znajomych niż w pieniądze, gdyż niewiele zostało mu z podziału. Ta przejściowa konkluzja zdezorientowała audytorium. Niektórzy posłowie wręcz pogubili się i wyciągali smartfony, aby się odnaleźć korzystając z GPS.

Premier bronił się stosując różne taktyki. A to milczał, a to odwracał się plecami do pytających; w końcu zwrócił się frontem do kolegów i koleżanek tej samej orientacji majątkowej, którzy dla dodania mu otuchy trzymali nad głowami wielki portret Czcigodnego Męża .

Nie wszyscy posłowie ocenili premiera negatywnie. Byli i tacy, co dostrzegli jego nadzwyczajne umiejętności żonglerskie, użyteczne w polityce, zwłaszcza międzynarodowej, kiedy ma się do czynienia z ludźmi innej kultury i obyczajów, chętnie oglądających sztuczki, jakich jeszcze nie widzieli.

Oprócz zarzutów, było także dużo pytań. Pytano przede wszystkim, czego premier się wstydzi i czy jest wstydem zarabianie dużych pieniędzy. Było to niepotrzebne, bo i tak wszyscy znali odpowiedzi.

Koledzy i koleżanki premiera wspierali go przysłowiami: „dobrym pomysłem i zręczną pracą nawet bogacze się bogacą”, „bogatemu to i byk się ocieli”, „pieczone gołąbki nie lecą same do gąbki”, „bez pracy nie ma kołaczy” oraz „nie wstyd jest zarobić godziwe pieniądze, nawet całą górę”.

Po ostatnim porzekadle padło rzeczowe pytanie: – Komu szkodzą góry pieniędzy, zwłaszcza zimą, kiedy tysiące ludzi jeździ na nartach, kiedy nawet sama głowa państwa lubi sobie szusnąć w dół w kolorowym czerwonozłotym kasku? Było to pytanie merytoryczne, bo nikt nie usiłował nawet na nie odpowiedzieć.  .

Skąpany w deszczu okrzyków premier nie załamał się, wręcz przeciwnie, dał pokaz przytomności umysłu: pochylił się, wyciągnął składany parasol i rozpiął go, aby przeczekać burzę. Tak go potem pokazywano w telewizji, twardego jak skała, opanowanego, z dumnie podniesionymi okularami ze szczerego złota, czekającego na uspokojenie umysłów wzburzonych siekaniem dużych pieniędzy na kawałki jak kurczaka.

Michael Tequila, powieść, poezje, opowiadania, Księgarnia Merlin:https://tinyurl.com/y7cza5nc

Superksiężyc i Superchłop w zimowych butach

Całkiem ostatnio pojawiły się dwa nieziemskie zjawiska: superksiężyc oraz chłop w zimowych butach po pachy, postać publiczna, omalże mityczna, podobno niezwykle silna, zwany też Superchłopem.

Superksiężyc wedle opisu jest niezwykle krwawy, a zarazem niebieski, i wystąpi gościnnie tylko jeden raz, po czym usunie się w cień. Link do niego, włącznie z krwawym zdjęciem, prowadzi przez NASA.

Co do Superchłopa, to najpierw pojawiła się informacja, że strzelił sobie w stopę, potem że strzelił kilka razy, przy okazji manifestujących bab w czerni, potem wielkiej awantury z jakąś unią, która nas nie lubi, w końcu ustawy o totalnej niewinności i zasłudze.

Okazało się to nieprawdą, gdyż rzeczony Superchłop w istocie rzeczy przyjął ustawę tak niezwykle udaną, że zewsząd rozległy się okrzyki zachwytu, powszechny aplauz, pochwały a nawet wielkie jak stodoła całusy. Chwalił Superchłopa przede wszystkim Izrael, jednostka poniekąd mała, ale bardzo historyczna i boleśnie doświadczona, korzeniami sięgająca innych kontynentów, oraz jej liczne społeczności zwane diasporą.

Ze strony Superchłopa sytuację rozjaśnił młodzieniec, niezwykle udany, lat około czterdziestu, sądząc po mądrości to może i czterystu, czarną brodą przypominający Murzyna, zwanego teraz Afrykaninem, pseudonim partyzancki jaki taki czyli nienajgorszy. Siedząc w telewizji przy stole z ciasteczkami i opozycyjnym drobiazgiem, twierdził, że to on osobiście przygotował to niezwykle zręczne sformułowanie, głównie dzięki udanym i znaczącym ustom.

Sformułowanie jest mniej więcej o tym, że „my, zjednoczeni tradycją i patriotyzmem, chłopi tych ziem, sól z tej soli i gleba z tej gleby, będziemy bronić się prokuratorem, sędzią, więzieniem i karą pieniężną przed posądzeniem, że nie wszyscy byliśmy uczciwi i niewinni w czasach tragicznych wydarzeń wojennych, tak starych jak najstarsi ludzie”. 

Jego wypowiedź, uchwalona przez najwyższe gremium Superchłopów, wywołała powszechny zachwyt w szeregach pozostałych Superchłopów, których jest u nas niemało, i to niekoniecznie na wsi, ale także i w dużych miastach.

Ambasador Izraela w pierwszej kolejności nie mogła się nachwalić tej uchwały, mówiła niezwykle pochlebne rzeczy w rodzaju „jesteście wyjątkowo cacy, nic lepszego nie mogliście wymyśleć, jestem zachwycona, w ogóle to poprawiliście nasze stosunki wzajemne co najmniej o 180 stopni”.

Równocześnie wyraziła opinię, że teraz „ze szczególną radością będę myśleć o posadzeniu w moim ogródku drzewka wielkiej zasługi i pamięci, o które dopominał się, a może tylko przymawiał, dowódca straży przybocznej waszego ukochanego, jakże przez was czczonego wodza”. Więcej pochwał nie przeszło jej przez gardło, chyba dlatego, że była przeziębiona, bo mówiła dosyć niewyraźnie, choć z drugiej strony powiedziała to, co chciała.

Nie wiem, czy wszystko dobrze zanotowałem, bo i mnie czasem się myli, co jest czarne, a co białe, tylko dlatego, że jedno jest czarne, bo jest czarne, a drugie jest białe, bo jest białe, a inne to całkiem odwrotnie, jak to w polityce chadzającej w wielkich butach po bezdrożach wprost nieludzkiej wyobraźni.

 

Poranek noworoczny 2018, refleksje, cytaty i życzenia

Pierwszym moim postanowieniem w Nowym Roku 2018 było wstać, zrobić sobie kawę i napisać ten blog. I oto jestem, mam nadzieję złotousty przez cały rok, aby wychwalać życie i rzeczywistość.

W końcówce Starego Roku ukochałem, a właściwie skutecznie odgrzałem moją dawną literacką miłość – Georga Orwella. Mam teraz trzech pisarzy, których mogę uwielbiać równie gorąco jak Ty swoją ukochaną partię lub twórcze milczenie. Są to: Gabriel Garcia Marquez, Friedrich Dürrenmatt i George Orwell. Dla mnie to geniusze; tym gorączkowym przekonaniem pragnę zarazić wszystkich, którzy nie brali szczepionki przeciw literaturze.

Pisarze współcześni wydają mi się wobec tej trójki, piszę to drżącą ręką, jak brudny palec wobec zbrojnej pięści, którą nasz dzielny rząd trzyma przed nosem Unii Europejskiej, aby nauczyć ją, co to znaczy godność, patriotyzm i szacunek dla wartości.

Tematu politycznego nie udało mi się uniknąć, co mnie nie dziwi, ponieważ nie ma niczego w rzeczywistości, co nie podlega polityce. Wszystko jest regulowane, określone i sterowane politycznie: choroba (kolejki w przychodniach i rezydenci), miłość (nie każdy rodzaj miłości jest dopuszczalny w legalnym związku małżeńskim), żarcie (co można dodać, a co ująć z kiełbasy, aby było w niej więcej mięsa niż albuminy), pogoda (w jakim piecu diabeł pali, a w jakim obywatel, który oprócz miału węglowego ma jeszcze stare gumiaki do spalenia), sąd i prokuratura (który sędzia i prokurator jest/będzie życzliwy dla obywatela, a który dla władzy). Jednym słowem w polityce jesteśmy umoczeni jak śledź w solance lub brzoskwinia w sosie własnym, to znaczy całkowicie i bezwarunkowo.

Teraz, tytułem refleksji, co było, co jest i co może być, czyli kilka cytatów z Orwella (za Wikicytaty):

  • „Polityka została wymyślona po to, aby kłamstwo brzmiało jak prawda”.
  • „W czasach powszechnego fałszu mówienie prawdy jest aktem rewolucyjnym”.
  • „Ważniejsze od przetrwania jest zachowanie swojego człowieczeństwa”.
  • Nacjonalizm zakłada, że „ludzi można klasyfikować jak owady, i że całe miliony czy dziesiątki milionów ludzi można śmiało oznakować jako „dobrych” lub „złych”.
  • „Jeśli wolność słowa w ogóle coś oznacza, to oznacza prawo do mówienia ludziom tego, czego nie chcą słyszeć”.

Więcej zbrodni nie zamierzam dzisiaj popełniać. Idę pomodlić się za psy, które ogłuchły w nocy od petard strzelanych przez ich właścicieli w dowód miłości do braci młodszych. Mam też jeszcze szampan do wypicia.

W Nowym Roku 2018 życzę Ci pełni zdrowia, radosnych figlów i rozkoszy oraz cierpliwości dla otaczającej nas rzeczywistości.

Jeśli chcesz zrobić coś dobrego już na początku Nowego Roku, to podaruj sobie lub komuś jedną z książek: https://tinyurl.com/yct8ocpp lub https://tinyurl.com/ycbhdedn