Powieść „Cezarea”. Odc. 8: Kronikarz Taranta ma wątpliwości

Wirgil Taranta miał zły dzień. Na początku pełen entuzjazmu, po kilku dniach poczuł, że nie radzi sobie z kroniką Cezarei i okolic, nie pisze jej z takim rozmachem, jak to sobie wyobrażał i obiecywał. Zastanawiał się, czy potrafi być bezstronny w opisywaniu rzeczywistości, widzieć rzeczy takimi, jakie są, a nie takimi, jakie ludziom dyktują uprzedzenia i ich własne wartości. Trudno mu było czasem zdecydować, co jest ważne, co warto zapisać, a o czym należałoby zapomnieć. Błądził po labiryntach niepewności. Widział to i czuł.  

Zamiast pisać historię Cezarei, zastanawiał się, czy nie dałoby się jej opowiedzieć, scena po scenie. Postanowił podzielić się wątpliwościami z Edwardem Teu, znajomym z osiedla, prawie sąsiadem. Widział go często przez okno. Właściwie to nawet przyjaźnili się. Myślał o nim czasem, że mógłby być jego sobowtórem, jakimś alter ego. Reprezentowali podobne poglądy na wiele spraw. Zadzwonił do Teu.

– Proszę wpaść do mnie. – Usłyszał w odpowiedzi.

– To szekspirowska decyzja w rodzaju „Być albo nie być”. – Wirgil przyznał otwarcie.

Miał obwódki pod oczami, wyglądał na zmęczonego.

– Czuję się tak, jakbym pchał całą noc taczkę wyładowaną kamieniami. – Nieprzespana noc w jakiś sposób usprawiedliwiała go przed samym sobą. –  Opowiadanie dziejów Cezarei byłoby okazją do przetestowania siły fabuły oraz atrakcyjności głównych postaci.

Teu myślał z życzliwością o Wirgilu. Znali się od dawna, można by powiedzieć, że od zawsze. Też miał wrażenie, że przypominają braci zmieniających się w rolach. Raz jeden wydawał się być starszy i bardziej doświadczony, innym razem było odwrotnie.

Teu radził najlepiej, jak umiał.

– Proszę się nie tłumaczyć. Każdemu zdarza się być na rozstajach. Teraz częściej niż niegdyś, bo czasy są zwariowane. Każdy pędzi jak szalony. Niech pan pisze, panie Wirgilu. Z czasem nabierze pan wprawy. Opuszczą pana wątpliwości. Historia zdarzeń jest dobra tylko w momencie, kiedy ją opowiadamy, bo zaraz wyparowuje. Verba volant, scripta manent. Słowa ulatują, to co zapisane, pozostaje. To prawda stara jak świat. Kroniką wystawi pan pomnik sobie, współczesności, Cezarei i pańskiemu Namiestnikowi.

*****

Następnego dnia kronikarz znowu zadzwonił do Teu. Rozgadał się.

– Byłem na spotkaniu Wspólnoty Osiedlowej. Tutaj, blisko, w salce parafialnej kościoła. Od czasu likwidacji trzepaków to miejsce stało się punktem spotkań, rodzajem klubu dyskusyjnego połączonego z think-tankiem i ośrodkiem decyzyjnym. Chciałem przewietrzyć swoje poglądy. Rozmawiałem z ludźmi z osiedla. To w większości ludzie młodzi, zapracowani i zaganiani. Nie rozumieją mnie. Pana też by nie zrozumieli. Dzieli nas przepaść generacyjna, smartfonu, komputera i dwukołowej hulajnogi elektrycznej. Ja wprawdzie używam tylko dwa pierwsze urządzenia, ale nie jestem do nich przywiązany tak jako oni. Dla nich i dla ich dzieci te wynalazki wydają się być sensem i sednem życia. Przynajmniej dla większości z nich. Ci ludzie żyją w przestrzeni wirtualnej. W każdej wolnej chwili serfują po Internecie, spotykają się z przyjaciółmi i rodziną, konwersują, szukają wakacji, płacą rachunki, składają sobie życzenia imieninowe i robią zakupy. Na ziemię zstępują tylko wtedy, kiedy komputer lub telefon ulegnie uszkodzeniu, kiedy kierują samochodem jadąc do pracy lub wpadają na chwile do sklepu na rogu, aby kupić bułeczki i ser na śniadanie. Podejrzewam, że nagrywają się na smartfonie, kiedy figlują w łóżku.

Wirgil przerwał na chwilę, jakby dla nabrania oddechu.  

– Najgorsze, że w Internecie nie ma prawdziwego lasu, prawdziwego powietrza, niczego, co można dotknąć lub powąchać. Mimo to stwarza on nieprzeparte poczucie rzeczywistości. Jest rzeczywistością, a zarazem nią nie jest, Jest prawdą a zarazem fałszem. Co tu mówić! To mnie męczy, bo Internet przypomina mi władze Cezarei, o których z konieczności muszę pisać. Ale jak to robić? Co jednemu wydaje się czarne jak sadza, dla drugiego może być białe jak śnieg. – Wirgil pomyślał już o polityce, konkretnie o premierze Chudym.

W jego głosie brzmiała niepewność.

– Na spotkanie w salce parafialnej poszedłem, bo czuję się samotnie. Najczęściej nie mam do kogo gęby otworzyć. Mógłbym to robić, gdybym miał papugę, ale nie mam. Czasem trzeba o sprawie podyskutować, zanim się o niej napisze. Dlatego chciałbym złożyć panu propozycję. Niech pan zostanie moim mentorem. – Ostatnie słowa Kronikarz wypowiedział bardziej zdecydowanie.

– Co ma pan na myśli, panie Wirgilu? Kim dla pana jest mentor?

– Kimś, kto życzliwie choć krytycznie będzie opiniować to, co mam do napisania. Co dwie głowy, to nie jedna.

Propozycja wydała się Teu sensowna. Nie było to skomplikowane i zapewne nie wymagało wiele czasu. To było ważne. Miał swoje obowiązki, nie mógł ich zaniedbywać. Zgodził się. Kiedy powiedział tak, pomyślał, że życie lubi płatać figle, a natura ludzka bywa czasem nieobliczalna.

Kronikarz pomyślał coś bardzo podobnego. Nie wymienili się jednak poglądami.

0Shares

Powieść „Cezarea”. Odc. 6: Kronikarz Taranta pomyślnie kończy zebranie

W końcu spotkania, kiedy wydawało się, że nie pozostało już nic interesującego do omówienia, pojawił się temat darów dla ludzi w potrzebie. Pierwszy wspomniał o nich Namiestnik. Wsparli go Premier i Plenipotent. Dyskutowano wielkość darów, w jakiej miałyby być postaci oraz komu je dawać. Postanowiono, że będą to dary pieniężne.

– To najbardziej praktyczne rozwiązanie. Pieniądze nie psują się nawet wtedy, gdy się je zostawi w wilgotnej szufladzie. Wilgoć w szufladzie albo w szafie to nic szczególnego w tropiku. – Zawołał stojący z boku mężczyzna. W szarej marynarce z kwiatem w butonierce wyglądał jak zubożały inteligent. – Jestem tego pewien, sam to przeżyłem. – Dokończył.

Ktoś inny dodał:

– Popieram przedmówcę. Pieniądze to najlepszy dar. Można za nie kupić nie tylko pieluchy, ale i wódkę.

– Po co wódkę? Dlaczego pan żartuje? – Zaoponowała młoda kobieta z wydatnym brzuchem i małą dziewczynką tulącą się do jej boku.

– A jakżeż to? – Odpowiedział poważnie zapytany. – Kiedy ma się chrzciny, dzień urodzin, imienin albo bierzmowania, nie można nie wypić. Nie może pani odrzucić tradycji ani sprzeciwić się historii. To byłoby podłe. Ja jestem za.

Odezwały się liczne głosy poparcia i protestu.

– Mamy także inne propozycje. – Oświadczył Namiestnik, patrząc na Premiera i Plenipotenta, aby zachęcić ich do zabrania głosu. – Pragniemy złożyć obietnice. To nawet cenniejsze niż same dary. – Kontynuował Namiestnik.

– Nie samym chlebem człowiek żyje! – Entuzjastycznie wyrwał się Wirgil. Był wdzięczny Namiestnikowi, że zabrał głos w kłopotliwym momencie.

– No właśnie! – Odkrzyknęli zgodnie trzej mężczyźni. – Nie samym chlebem człowiek żyje!

*****

Słońce wyszło zza chmur i oświetliło plac zebrań. Nie było chłodno, ale atmosfera jakby ocieplała. Ludziom rozjaśniły się twarze. Zrobiło się inaczej, bardziej uroczyście.

Namiestnik wyprostował się, podniósł prawą rękę do góry w charakterystycznym geście pozdrowienia i wypowiedział tylko dwa zdania:

–  Błogosławię was, obywatele Cezarei i okolic. Błogosławieni niech będę ubodzy duchem, albowiem tylko oni dożyją powszechnego dobrobytu.

Taranta nie wierzył własnym uszom. Wyglądało to jak teatr.

– Pierwsza osoba Cezarei zachowuje się jak prorok. Pasuje to do sytuacji jak pięść do nosa. To jakiś gruby żart. – Pomyślał z niesmakiem.

Jeśli był to żart, to był bardzo trafiony. Obywateli zebranych na placu opanował entuzjazm. Głośno wiwatowali, rzucając w górę czapki, Cieszyli się jak dzieci. Kilka osób popadło w konwulsje nieopanowanej radości. Trzęśli się jak nawiedzeni.

– To my! – Krzyczeli, – To my! On mówi o nas, obywatelach Cezarei. Niech żyje Naczelnik Krzepki-Kukuła! Niech żyje Partia Powszechnego Dobrobytu!

Kronikarz wrócił do domu w stanie radosnego podniecenia. Miał za sobą pierwsze publiczne wystąpienie. Cieszył się, że prowadzi Kronikę Cezarei i Okolic. To dzięki niej spotkało go tyle zaszczytów. Najpierw szopka wielkanocno – bożonarodzeniowa. potem pojawienie się Trzech Królów, którzy okazali się ludźmi władzy w przebraniu. Potem spotkanie, które sam zorganizował i prowadził. I jego efekt: propozycje, deklaracje, dary i obietnice. W końcu rzesza ludzi nabożnie słuchających głosicieli dobrej nowiny i ich entuzjazm. W głowie mu szumiało. Nie wszystko rozumiał, ale wszystko go cieszyło.

Wieczorem wypił trzy kieliszki szampana na szczęście. Był to najlepszy dzień w jego życiu. Co do tego był pewien. Miał dziwne poczucie, że to tylko początek czegoś wielkiego.

0Shares

Powieść „Cezarea”. Odc. 4: Kronikarz Wirgil organizuje spotkanie wybitnych obywateli

Wirgil Taranta, autor Kroniki Cezarei i Okolic, nie mógł być bardziej zadowolony. Udało mu się zorganizować spotkanie z udziałem najważniejszych osób w państwie. Byli to Namiestnik, Premier i Plenipotent, przebrani poprzedniego dnia za Trzech Królów.

– To ludzie wybitni, znani z telewizji, szczególnie TV-To-My. Muszę wydębić z nich jakieś korzyści dla społeczeństwa. – Postanowił, przypominając sobie liczne, niezaspokojone ludzkie potrzeby.

Trzej mężowie, pamiętając, że przewodniczący dyskusji Taranta pragnie w Kronice Cezarei i Okolic przedstawić najwybitniejszych obywateli, synów tej ziemi, zaczęli prześcigać się w zapewnieniach, że uczynią wszystko, co jest w ich mocy – a jest tego niemało, dodawali – aby sprowadzić bezmiar błogosławieństw i szczęścia na mieszkańców.

– Nasza ojczyzna to cudowna kraina. Ma ona już w sobie zalążki wielkości, tylko trzeba je dopracować. – Podkreślił Namiestnik Krzepki-Kukuła. Jego masywna sylwetka dominowała nad pozostałymi uczestnikami dyskusji i tłumem przysłuchujących się obywateli.

Wirgil miał wrażenie, że premier Chudy przewrócił dwa razy oczami. Nie zdziwiło go to, bo o premierze mówiono różne rzeczy, że ma niezwyciężone w boju przyrodzenie, że jest kobieciarzem i że potrafi w mgnieniu oka modyfikować zdania i przeinaczać treści, aby tylko zdobyć zaufanie wybranki lub wyborców, w zależności od sytuacji.

Kronikarz nie miał czasu zastanawiać się, czy wstępne deklaracje trzech mężów są szczere, czy też mają oni coś do ukrycia. Czuł, że trzeba się śpieszyć, gdyż atmosfera przesączona była konkurencją.

– Wolny rynek, demokracja, wola jednostki. – Myślał Taranta. Był przekonany, że uczestnikom dyskusji te idee też są bliskie. 

Przystąpiono do pierwszego punktu dyskusji publicznej. Kronikarz poprosił, aby Namiestnik, jego Plenipotent Teodor Dua oraz Premier Jeremi Chudy po kolei składali deklaracje, co zamierzają uczynić.

– Chodzi o obietnice, jakie składa każdy rozsądny człowiek pragnący osiągnąć coś godziwego w życiu. – Podsumował, otwierając licytację. Zanim to nastąpiło wysocy funkcjonariusze złożyli przysięgę, że będą mówić prawdę, całą prawdę i tylko prawdę oraz że dotrzymają swoich obietnic. Taranta nie był jednak pewien, czy go dobrze usłyszeli, ponieważ schylili się w tym samym czasie, aby zawiązać sobie sznurówki i poprawić mankiety spodni.

Licytacja zaczęła się od trzystu złotych. Było to minimum odpowiadające wartości dwóch wózków z zakupami w Supermarkecie Duch Cezarei, outlecie ulubionym przez zwykłych obywateli i arystokrację szukającą zrozumienia, jak żyje się w stanie ubóstwa. Wartość stawki można było podnosić jednorazowo o dziesięć złotych. Zanim Kronikarz zorientował się, było już pięćset złotych. Do akcji natychmiast wkroczył Namiestnik. Użył słów ostrych jak bicz z miniaturowymi brzytewkami umocowanymi na pięćdziesięciu rzemykach.

– Stop. To wystarczy. Nie możemy zrujnować budżetu. Musimy być odpowiedzialni fiskalnie. Każdy wie, co to jest fiskus. Zresztą połowę zobowiązań będę wypłacać z prywatnej kiesy, gdyż moja miłość do obywateli nie zna granic. Taki już jestem.

Tłum zaczął wiwatować jak szalony.

Namiestnik pomyślał, że nigdy jeszcze nie widział obywateli tak szczęśliwych. Poczuł ciepło w sercu.

0Shares

Pierwszomajowe anatomiczne spojrzenie Iwana Iwanowicza na świat

Iwana Iwanowicza spotkałem jak zwykle przy chodniku. Stał zamyślony i gapił się przed siebie. Spojrzał na mnie spode łba i powiedział:

– Pierwszy maja zaczął mi się wrednie, choć niesamowicie. O godzinie szóstej piętnaście, jak w pysk strzelił, zrobiłem sobie kawy, cały kubek, i wyszedłem na balkon. Wstawał słoneczny dzień. Najpierw usłyszałem głosy ptaków, potem głośne szuflowanie lub zamiatanie chodnika szczotką wykonaną z żelaznych wiórów, następnie dzwony kościelne, a jak te umilkły, głośne krakanie znad rzeczki. Chwilę potem, jak wielka tęcza ukazała mi się na całej szerokości nieba ogromna, goła dupa.

W tym momencie zdałem sobie sprawę: takie jest życie! Jeśli tego głośno nie powiedziałem, to tylko z obawy, że mi ludzie nie uwierzą. Mogą oglądać gołe pośladki codziennie i to większej ilości, a starszemu, doświadczonemu człowiekowi nie uwierzą!

Dziś tylko mogę wierzyć samemu sobie i nielicznym innym osobnikom, interesującym się wszystkim, co ważne w życiu: astronomią, genetyką, sztuczną inteligencją, Kim Dzong Unem, który jednym naciśnięciem grubego palucha może postawić pod ścianą 10 milionów ludzi w Korei Południowej, literaturą kryminalną, filozofią, psychologią, polityką, sztuką, transhumanizmem, milionami ludzi umierających z głodu w Afryce czy choćby erotycznymi marzeniami I Prezesa.

Jeśli nie masz szerszych zainteresowań i wrażliwego sumienia, to jesteś zakuty łeb. I nawet o tym nie wiesz. To jest smutne!

Iwan Iwanowicz był wyraźnie rozdrażniony. Krytyczny i niedwuznaczny. Patrząc na mnie swymi zmęczonymi od niewyspania oczami, kontynuował tyradę:

– Na przykład czytelnictwo w naszym kraju. Czyta zaledwie 37 czy też 38 procent dorosłych osób. Co to jest za liczba!? To czysta nędza, jeśli weźmie się pod uwagę, że są to osoby, które przeczytały co najmniej jedną książkę w roku! Wyobraża pan sobie!? Jedną książkę w roku! Tych którzy przeczytali ponad dziesięć książek w roku jest tylko zaledwie dwanaście procent. A wie pan, jaka część społeczeństwa czyta w Czechach? Około dziewięćdziesięciu procent Jesteśmy w większości analfabetami i prymitywami a uważamy się za dumny i mądry naród, bo mamy osiągnięcia ekonomiczne, ładne domy i samochody. Okropność. To gorsze niż kret w sypialni, który powyrywał ci wszystkie klepki na podłodze.

Współczesność, drogi panie, parcieje na potęgę. Wokół widzi się ludzi zaślepionych obrazkami, jak nerwowo przebiegają palcami po smartfonie, oglądając zdjęcia swoje, swoich dzieci, przyjaciół i idoli. Narcystyczne samozapatrzenie!

Zupełne PRL tylko w nieco innym kierunku. Demokracja dała nam wszystko, a my co? Zamiast spojrzeć szerzej na świat, patrzymy samym sobie w oczy i zastanawiamy się: czy ja jestem OK, czy jestem ładna, czy jestem zgrabna, czy jestem mądry, dostatecznie bogaty, czy moje dziecko umie pływać, jeździć na koniu, na łyżwach i na rowerze, tańczyć w balecie, grać mistrzowsko w szachy i układać klocki Lego we wzory matematyczne! Orzą w te biedne dzieci, aby tylko zaspokoić swoje niezaspokojone ambicje. Albo czy zrobiłem sobie dostatecznie dużo zdjęć selfie?

– Wie pan co? – Iwan Iwanowicz spojrzał smutno na mnie. Wyglądał jak łotr z krzyża zdjęty.

To chyba dlatego powiedział:

– Czy mogę się dziwić, że w tych warunkach świat jawi mi się dzisiaj jak ogromna biała dupa? Absolutnie nie. I Sekretarza partyjnego zastąpił nam I Prezes, obydwaj uwielbiają władzę niezależną do ludzi, stanie na piedestale i wskazywanie kierunku marszu pod dyktando. Dzisiaj wszystko to kojarzy mi się anatomicznie.

Malkontent splunął na dłoń, uderzył kantem drugiej dłoni, i powiedział:

– Jeśli ślina poleci w prawo, to się powieszę, jeśli w lewo, to się utopię. Tak czy inaczej coś zrobię. Może nawet pójdę na marsz pierwszomajowy, aby przypomnieć sobie jak wyglądają czerwone flagi i lewica.

Michael Tequila – książki https://tinyurl.com/y895884p

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 223: Kolejne kataklizmy

Z pozytywnym oczekiwaniem, ale i pewnym niepokojem, Sefardi kroczył samotnie Ulicą Czterdziestą Drugą w kierunku skrzyżowania z Czternastą Aleją, gdzie firma wydawnicza Prensa Nacional zorganizowała wielką uliczną księgarnię. Na dwóch gigantycznych regałach sięgających trzeciego piętra stały obok siebie, jak karni żołnierze, tysiące egzemplarzy jego książki „Wniebowstąpienie oszusta”. Zbliżając się do skrzyżowania widział z daleka rozległą ścianę książek, w różnych oprawach i wersjach językowych. Przesuwając się powoli w różnobarwnym tłumie usłyszał nagle dzwony; biły jak szalone zapowiadając coś niezwykłego. Ludzi zatrzymywali się zaniepokojeni i patrzyli w górę w kierunku źródła dźwięków. Za chwilę na ścianie czarnego budynku zalśnił wielki ekran telebimu, aby ukazać dziesiątki dziwnych postaci, skaczących, stojących i biegnących. Przebijając głosy dzwonów i wielkiego miasta męski głos wyjaśnił, że w Nomadii pojawił się nowy gatunek biologiczny, człowiekoń, zapowiadający nową przyszłość człowieka, zwierząt i natury, całej planety.

Ludzki strumień płynący w kierunku skrzyżowania, gdzie miał za chwilę rozpocząć się wielki festyn sprzedaży najgłośniejszej książki świata, skurczył się, zwątlał, w końcu zamarł. Przytłoczeni głosem huczących dzwonów, ludzie zawracali w kierunku telebimu. Dzwony nagle zamilkły. Sefardi popatrzył na ścianę książek i zmartwiał. Na jego oczach najpierw jedna, a zaraz potem druga prostopadła do niej ściana książek, przechyliły się w kierunku jezdni. Słychać było łoskot metalowych półek przygniatających pojazdy i ludzi oraz rumor setek tomów padających na ziemię z trzepotem okładek i kartek.

Sefardi poczuł się niepewnie, nie na swoich nogach. Jego książki, jego wielka nadzieja, rozpadły się jak domek z kart; mężczyzna zasłabł i osunął się na chodnik. Nikt na niego nie patrzył. Przechodnie przyglądali się zszokowani chaotycznym stosom książek na jezdni, aby za chwilę skierować oczy na telebim transmitujący przekaz o niezwykłym gatunku człowiekoni.

– To koniec świata! – zawył brodacz w czarnym garniturze, wyglądający na kaznodzieję. – Módlmy się! – Zawołał. – Módlmy się! – Powtórzył i uklęknął z oczami wtopionymi w czarny asfalt.

*****

Świątynia Wiary i Prokreacji zanurzyła się w wielkiej chmurze płomieni i dymu. Zewsząd słychać było płacz i okrzyki przerażenia. Wszyscy jednako uczestniczyli w ponurym spektaklu: widzieli ten sam obraz klęski, słyszeli ten sam huk padających na ziemię konstrukcji, dotykał ich ten sam podmuch płomieni trawiących wnętrze świątyni. Płonęło wszystko, co było w niej najcenniejsze: monstrancje, szaty, obrazy. Pożar poprzedziła seria niezbyt głośnych wybuchów. Jedynie obecni w świątyni księża nie przestraszyli się, pożar odczytali jako ostrzeżenie przed jeszcze większym, nieokreślonym niebezpieczeństwem i podjęli ewakuację wiernych.

Tragiczna wiadomość dopadła Czarną Eminencję, kiedy zmęczony sposobił się do krótkiej sjesty. Natychmiast udał się na miejsce zdarzenia. W otoczeniu współpracowników oglądał obraz własnej klęski: na jego oczach rozpadała się Świątynia Wiary i Prokreacji, duma jego życia. Starszy, siwiejący ksiądz o twarzy zdegenerowanego alkoholika, w usmolonej i pomiętej sutannie, biegł w jego kierunku wołając z daleka, że straszny pożar to kara za grzechy. Eminencja, sam w szoku, uspokoił podwładnego, aby dowiedzieć się szczegółów zdarzenia. Ksiądz powtarzał wciąż to samo „kara za grzechy”. Po chwili przyszedł do siebie na tyle, żeby wyjaśnić, że krótko przed pożarem ze świątyni wybiegła duża grupa kobiet zdeprawowanych wygodami cywilizacji, ograniczonych przyziemnymi ambicjami, chciwością wygodnego życia i zubożałą wyobraźnią.

– Miały za nic Boga, kościół i państwo. Powiedziały mi, że nie jest to miejsce dla nich. Jeśli będą rodziły dzieci to tylko za pieniądze. – Wydusił z siebie zadyszany starzec, dławiąc się z oburzenia.

Nieskładną rozmowę dwóch mężów kościoła przerwało zawalenie się frontowej ściany budynku. Zanim dym i kurz wypełniły przestrzeń, Czarna Eminencja zdążył zauważyć palec boży, ów cudowny palec boży, jak gwałtownie kurczy się w ogniu i szarzeje sycząc i parując jak wilgotna gałąź wrzucona do ogniska. Widok symbolu władzy bożej był dla niego cierpieniem, dotykającym go bezpośrednio i osobiście. Arcybiskup poczuł ból w klatce piersiowej. Zanim ogarnęła go ciemność, usłyszał syrenę karetki pogotowia i zdążył pomyśleć, że nadeszła nowa Apokalipsa, straszniejsza od poprzedniej.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 221: Bolesne doświadczenia gubernatora

Dzieci stały się produktem rynkowym. Z prawnego punktu widzenia sytuacja była wyjątkowo korzystna dla obywateli; państwo płaciło za dziecko nie żądając w zamian tytułu własności.

Potomstwo stało się pomysłem nie tylko na godziwe utrzymanie się, ale i na dostatnie, a nawet bogate życie. Na spotkaniu Krajowego Zrzeszenia Matek i Ojców z przedstawicielami rządu pewien ojciec wyraził to klarownie:

– My zapewniamy dzieci, ale państwo i kościół muszą nam za to płacić. Za wszystko. Za cały nasz trud i znój. Za urodzenie, utrzymanie i wychowanie każdego szczeniaka do osiemnastego roku życia. To chyba uczciwy układ? – Zapytał wyzywająco.

Postępowe kobiety coraz bardziej nurzały się w rozwydrzeniu. Ich mężom i partnerom to odpowiadało. Żądali kolejnych spotkań z przedstawicielami rządu, aby stawiać kolejne wymagania. Społeczeństwo zaczęło także zaglądać do kieszeni urzędnikom, nawet tym najbardziej upierścienionym. Role odwróciły się.

Po zwycięskich starciach z rządem, coraz szerszym kręgom obywateli udzielała się atmosfera chciwości. Rząd potwierdził dalszą rozbudowę i tak już rozdętego programu pomocy oraz podjął decyzję wprowadzenia marihuany do powszechnego użytku. Celem było rozluźnienie ostatnich barier wstrzemięźliwości seksualnej. Decyzja przyniosła niezwykłe skutki. Obywatele narkotyzowali się, mieli kolorowe widzenia seksualne i zachowywali się coraz bardziej wyuzdanie. Mężczyźni chodzili po ulicach Afary z obnażonymi przyrodzeniami, jak ich pan Bóg stworzył. Kobiety były niewiele bardziej wstrzemięźliwe; towarzyszyły mężczyznom ubrane w przezroczyste stringi zapinane na biodrze. Wszyscy byli przekonani, że są równie nagie jak Ewa z biblijnego raju.

Nie były to przypadkowe ekscesy lub urojenia. Sceny nagości i rozpasania rozgrywały się masowo w sypialniach domów i apartamentów, motelach i hotelach, na łonie przyrody, nad rzekami i jeziorami, w lasach i ogrodach, a nawet w samochodach stojących na uboczu, wszędzie, gdzie zaistniał choćby pozór intymności.

*****

Drugim szokiem okazała się dla gubernatora firma Abenaki. Rozwinęła ona własny program prokreacji, prowadząc na wielką skalę akcję charytatywną i inwestycyjną. Szło jej tak dobrze, że w końcu wchłonęła w siebie państwowy program prokreacji wykupując do niego prawa od skorumpowanej grupy urzędników państwowych. Oprócz danin regularnie płaconych przez nepotów gubernatora, firma zbierała pieniądze, gdzie tylko mogła, w kraju i za granicą, aby finansować własny program prokreacji i opieki nad dzieckiem. Później okazało się, Abenaki oferowała tanie usługi opieki nad dzieckiem pod szyldami różnych organizacji. Utrzymywano to w tajemnicy.

– Dlaczego ukrywali to przed społeczeństwem? – zadawał sobie pytanie gubernator. Nurtowało go to. Oświecił go Czarna Eminencja:

Abenaki, zachowując starą nazwę, powołała w tajemnicy nową firmę, o tej samej nazwie, tylko z końcówką „unlimited”. Na jej konto przelewała pieniądze otrzymywane od nepotów Blawatsky’ego oraz z innych źródeł, aby w tajemnicy budować szpitale położnicze oraz wyposażać je w sale porodowe, łóżka i inkubatory. Ponadto prowadziła badania, szkolenia prenatalne, budowała tysiące żłobków i przedszkoli, zaopatrywała je w pieluchy, zabawki i żywność oraz szkoliła opiekunki i przedszkolanki. Kto z tego dóbr korzystał i na jakich warunkach, nie było całkiem jasne.

Za usługi świadczone na rzecz matki i dziecka firma pobierała minimalne opłaty. Czyniła to tylko po to, aby ludzie docenili, co otrzymują, bo wiadomo, że to, co nic nie kosztuje szybko traci na wartości. Było to czyste wyrachowanie: potajemnie stworzyć sobie potężny rynek zbytu, przyzwyczajając ludzi do swoich praktyk, produktów, porad i pomieszczeń. Abenaki zamierzała kontynuować te praktyki tylko do czasu, kiedy zdecyduje się wycofać wszystkie dotacje i subwencje do usług i produktów. Niewiele ją to kosztowało, bo wydatkowane środki pochodziły z kasy państwowej, przekazywane potajemnie przez armię nepotów zatrudnianych przez rząd.

Gubernator był wściekły, bo to on powołał tę armię do życia, ale w innym celu, który znał tylko on sam, a mianowicie zdobycia nieograniczonej władzy. Armia nepotów rozrosła się niewyobrażalnie podczas jego letargicznej nieobecności i zmieniła swoją lojalność. 

Blawatsky był w szoku; nie mógł sobie wybaczyć, że był tak beznadziejnie ślepy i nie zauważył, co w trawie piszczy i nie docenił ludzkiej chciwości. Aby upewnić się do końca, że wszystko, co oglądał, jest prawdą, kazał się wozić po kraju. Odwiedzał sale porodowe, żłobki, przedszkola i szkoły, aby obejrzeć je na własne oczy i dotknąć.

– Przecież to wszystko dokumentnie mu wytłumaczyłem. Zachował się jak niewierny Tomasz – skarżył się podwładnym Czarna Eminencja zdegustowany brakiem zaufania świeżo odzyskanego partnera.

Kiedy gubernator zaspokoił już swoją ciekawość cudem przyśpieszonej prokreacji, przestał wierzyć w wyższe uczucia obywatelskie, patriotyzm i dobro wspólne. To go tak zmieniło, że codziennie przeglądał się w lustrze, aby upewnić się, czy jest to wciąż ten sam inteligentny człowiek, czy też ktoś zupełnie inny. Było to bardzo bolesne przebudzenie.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 220: Przebudzenie gubernatora z letargu

Rozdział IV: Epilog.

Po czternastu miesiącach i dziesięciu dniach gubernator Barras Blawatsky obudził się z letargicznej śpiączki.

Ozdrowienie gubernatora media skomentowały jako autentyczne zmartwychwstanie, licząc na to, że wiara w cuda przywróci mu wiarygodność utraconą wskutek niefortunnej choroby. Wielu obywateli kojarzyło ją z zaburzeniami umysłowymi i dziedziczną degeneracją.

Przebudzenie nastąpiło około godziny dziewiątej rano. Słońce stało już wysoko nad lasem otaczającym klinikę rządową. Przez otwarte okno gubernator usłyszał głosy dzieci i matek z wózkami zebranych na festynie inaugurującym nowy, wielki plac zabaw. Chwilę później usłyszał jęki ciężarnych kobiet dochodzące z klinik położniczych, a nawet, jak mu się wydawało, skrzypienie sprężyn w łóżkach towarzyszące duchowemu i cielesnemu zespalaniu organizmów. Wspomagały je okrzyki Och! Ach! Umieram z rozkoszy! Jeszcze raz, jeszcze raz! Wypnij się mocniej! i podobne wezwania towarzyszące aktom prokreacji.

Zdezorientowany różnorodnością głosów gubernator wsłuchał się uważniej. Po chwili doszło do niego coś, co zagłuszyło poprzednie doznania: gwar radości niezliczonej armii maluchów, osesków i niemowląt, przeplatany skrzypieniem wózków dziecięcych, brzękiem butelek z ciepłym mlekiem, dźwiękami grzechotek i zabawek, okrzykami radości, muzyką płynącą z miniaturowych radyjek. Wszystko to mieszało się z dziwnymi głosami, których nie był w stanie rozpoznać. Niezwykły rozgwar wstrząsnął nim i ostatecznie go otrzeźwił. Gubernator poczuł głód i poprosił o solidny posiłek.

Tego dnia tylko jadł, rozmawiał z personelem kliniki i wypoczywał. Następnego dnia z samego rana popędził do łazienki i po upływie pół godziny był już na nogach wykąpany, ogolony i odświeżony. Natychmiast skontaktował się z wicegubernatorem i otrzymał pierwsze wyjaśnienia na swoje pytania. Kilka godzin później spotkał się z Czarną Eminencją i kiedy ten powtórzył mu to samo, słowo w słowo, gubernator nie mógł wyjść z szoku.

Wszystko okazało się kłamstwem! Cała rzeczywistość, którą znał i w którą wierzył.

W ciągu kilku minut uświadomił sobie, co się stało: nastąpiła prawdziwa eksplozja demograficzna! Nie zaskoczył go fakt, że rodziło się coraz więcej dzieci, ale źródła i przyczyny tej eksplozji. Nie były to skutki działań rządu ani kościoła. Zainicjowany przez niego wspólnie z Czarną Eminencją program rozwoju prokreacji okazał się czystą fikcją i w dodatku całkowitą plajtą. Nic w nim nie zadziałało. Nadziewane gotówką karty bankowe okazały się nieskuteczne podobnie jak inne środki zachęty. Gubernatorowi trudno było w to uwierzyć. Korzyści płynące z posiadania bankowej karty debetowej były tak wielkie, że można było tylko oczekiwać, że po przezwyciężeniu strachu, który na początku ma zawsze wielkie oczy, Nomadyjczycy będą z nich nieprzerwanie korzystać. Gubernator spodziewał się nawet, że pewnego dnia ludzie zaczną szturmować urzędy zaopatrzenia prokreacyjnego i prosić o karty lub pisać podania, aby dostarczono je pocztą.

*****

Nową rzeczywistość potwierdziły kolejne odkrycia. Niespodziewanym objawieniem dla gubernatora było to, że kobiety rodziły dzieci, ponieważ im za to płacono. To była ich jedyna motywacja. Stały się diabolicznie chciwe i zdemoralizowane mimo ostrzeżeń Kościoła, coraz poważniejszych, że tak nie można, że Bóg ukarze je za niegodziwe postępowanie. Śmiały się z tych napomnień coraz bardziej szyderczo, bo nikt nie doświadczał żadnej kary, ani boskiej, ani ludzkiej. Otrzymując solidne zasiłki finansowe, nie musiały pracować. Niektóre matki niepracujące stać było na więcej niż kobiety pracujące. Małżeństwa stały się wygodne, nikt nie chciał mieć potomstwa i wychowywać je na własny koszt. Rząd stał się obiektem szantażu.

– No money, no children – mówiły petentki, a wtórowali im mężowie i partnerzy, popisując się znajomością języków obcych zdobytą za nieswoje pieniądze.

Rosnące wypłaty zasiłków na dzieci groziły ruiną budżetu państwa. Rząd ciął wszystkie inne wydatki na potęgę, do gołej skóry, aby nie dopuścić do bankructwa, nieprzerwanie aktualizując prognozy wpływów i wydatków. Przypominało to prewencyjny pożar lasu dla uratowania domu i zabudowań gospodarczych przed nieszczęściem.

*****

Fakty te długi czas ukrywane były przed społeczeństwem. Ujawnił je wysoki pracownik urzędu statystycznego. Rozwścieczony zwolnieniem z pracy ogłosił publicznie, że urząd regularnie fałszuje dane budżetowe. Trzymana w ukryciu bomba pomocy prokreacyjnej wybuchła, ujawniając skomplikowany system zapomóg, dodatków, nagród, dyplomów, medali i innych wyróżnień dla rodzin wielodzietnych oraz dla aktywistów ruchu prokreacyjnego. Nikt niczego nie robił bez zapłaty.

Wszystko zmieniło się, kiedy obywatele uświadomili sobie, że sprawa prokreacji jest prosta jak drut, że jest to zwykły układ popytu i podaży, w którym dziecko jest towarem, państwo reprezentuje popyt, a oni podaż. Nie wszyscy zrozumieli to od razu, a nawet jak zrozumieli, to wahali się, czy ich myślenie jest poprawne logicznie i zasadne moralnie. Proces edukacji nie stał jednak w miejscu. Obywatele lepiej wykształceni, absolwenci a nawet uczniowie szkół, którzy łyknęli choćby drobinę ekonomii, edukowali przyjaciół i znajomych, co znaczy rynek, popyt, podaż i cena. Byli też tacy, co nie chcieli za żadne skarby przyswoić sobie nowego sposobu myślenia. Ted, przyjaciel Sefardiego, nazywał ich odpornymi na wiedzę. Ci, którzy korzystali w pełni z dobrodziejstw popytu państwa na dzieci, nie krępowali się nazywać ich otwarcie głąbami.

0Shares

Nie samym alkoholem człowiek żyje.

Dziś, zamiast regularnego blogu, dla odświeżenia pamięci, serca i ducha, o strajku, nauczycielach, rządzie i podobnych zjawiskach. Wyciąłem tylko niektóre fragmenty, aby skrócić i uprościć tekst, i pogrubiłem tematy spraw. Trzewia pozostały te same. Pozostawiłem też linki do artykułów, o których mowa w tekście.

Źródło: Wyborcza.pl newsletter_wyborcza@wyborcza.pl  Wydarzenia dnia, 24 kwietnia 2019.

 Rostam killing the White Demon

Cytuję:

17-y dzień strajku nauczycieli. Rząd zamierza w ekspresowym tempie zmienić prawo i „doprowadzić do przeprowadzenia matur”. Mimo że nauczyciele zapowiedzieli, iż nie zamierzają utrudniać życia swoim wychowankom. Premier Morawiecki wyjaśnił obywatelom, że teraz dyrektorzy będą mogli klasyfikować uczniów.

Ciekawy komentarz o strajku, który przeradza się w bunt, publikuje dziś w „Wyborczej” znawczyni putinowskiej Rosji Krystyna Kurczab-Redlich. Pisze między innymi: „Nauczyciel przystępujący do strajku na dalekiej prowincji nie przypuszczał, że perfidia, z jaką przedstawiciele władz dobiorą mu się do duszy, zrani połowę społeczeństwa. Nie przypuszczał też, że zajadła wściekłość pozostałej połowy zepchnie go w samotność. Nie przyszło mu także do głowy, że legalny, pokojowy protest pokaźnej warstwy polskiej inteligencji, do której należą nauczyciele, urośnie na drożdżach propagandy do dramatu narodowego”. Trudno się nie zgodzić.

Błyskotliwy jak zawsze Jacek Dehnel wyruszył dziś na poszukiwania tuzinów naszych „kuzynek, które zapłakane wróciły ze szkoły”. Pisarz w trudnym do podrobienia stylu rozjeżdża – jak mówi młodzież – zastępy trolli na usługach walczących ze strajkiem.

Stołeczny ratusz wydał decyzję, na mocy której spółka Srebrna związana z Prawem i Sprawiedliwością może zbudować na działce położonej w centrum Warszawy budynek o wysokości zaledwie 30 metrów. A nie 190 metrów. To znacząca różnica. Iwona Szpala i Wojciech Czuchnowski przypominają, czego państwo i instytucje podległe ministrowi sprawiedliwości w sprawie wież przy Srebrnej nadal nie robią.

Rzecznik dyscyplinarny bada, czy dwoje nowych sędziów SN naruszyło prawo. Aleksander Stępkowski miał wydać orzeczenie bez akt sprawy, a Małgorzata Manowska – zignorować sprzeciw pierwszej prezes SN. Oboje nie zgadzają się z zarzutami. Cały świat może nam pozazdrościć tak wyjątkowego oblicza parlamentaryzmu.

A na koniec informacja mrożąca krew w żyłach. Pył z Sahary, który właśnie dociera nad nasz kraj, to dopiero początek prawdziwych kłopotów. Z powodu globalnego ocieplenia zimy robią się w Polsce mniej śnieżne, a lata bardziej suche. Z kolei opady stają się coraz bardziej gwałtowne. Taka „pogoda na sterydach” jest jednym z najpoważniejszych efektów zmian klimatu. Ale z węgla nie zrezygnujemy!. Zatem: po nas choćby potop!

Koniec cytatu

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 218: Rząd, policja i narkotyki 

Gdyby nie tajna policja, w kraju zapanowałby stan prawdziwego bezhołowia. Mając za sobą poparcie dowódcy armii i w cichym porozumieniu z wicegubernatorem, władzę w Nomadii przejął Babochłop. Zachowano pozory legalności. Oficjalnie szefem rządu był nadal wicegubernator, w rzeczywistości za jego plecami stał Babochłop i dyktował mu krok po kroku, jak ma postępować. Była to sytuacja na tyle kłopotliwa dla obydwu, że wkrótce uzgodnili, że Babochłop będzie przygotowywać wszystkie decyzje na piśmie wraz z instrukcjami, co i jak należy rozumieć, a wicegubernator będzie tylko wprowadzać je w życie.

– O nic, chłopie, nie musisz się martwić, tylko podpisywać dokumenty i zapewniać, aby moje decyzje były realizowane. Gdyby ktoś stawał ci dęba i nie chciał cię słuchać, daj mi znać, a już następnego dnia ten nieszczęśnik będzie całować cię w rękę za to, że dajesz mu polecenia, wikt i opierunek – były to słowa Babochłopa, pewnego siebie i już bardzo wpływowego polityka.

Szef policji nabrał wkrótce takiej wprawy w rządzeniu, że załatwienie nawet najtrudniejszej sprawy przychodziło mu równie łatwo jak splunięcie. Z szacunku nazwano go Szarą Eminencją. Ludzie zbliżeni do kręgów władzy wiedzieli lub domyślali się, że to on kieruje państwem. Rząd zdalnie sterowany przez Babochłopa rozwinął skrzydła na skalę niespotykaną nawet za najlepszych lat gubernatora Blawatsky’ego. Jedną z tajemnic rządu było dysponowanie górami pieniędzy. Na początku nikt nie wiedział ani nawet się nie domyślał, jak bogaty jest rząd i skąd ma takie środki.

Był to okres szybkiego upowszechniania się na świecie najcięższych narkotyków, zwanych czarnymi, o sile działania zdolnej powalić konia. Narkomani chodzili w stanie takiego odurzenia, że bez cienia strachu o utratę równowagi a nawet życia potrafili zmienić na sobie ubranie krocząc po linie zawieszonej między dwoma wieżowcami.

Najsilniejszą odmianę czarnego narkotyku, z uznania dla arcybiskupa i szefa policji nazwano „Siwą Eminencją”. Jego zaletą była zdolność rozkojarzenia zmysłów aż do ekstazy. Osoba przyjmująca narkotyk doznawała tak rewelacyjnych wrażeń, że wystarczyło raz spróbować, aby popaść w uzależnienie, z którego nikt nie chciał się już wyzwalać. Środek był wyjątkowy dlatego, że w stanie upojenia jego użytkownik zachowywał pełną trzeźwość umysłu i zdolność koncentracji.

Rynek narkotyków owiany był tajemnicą. Tajemnicą poliszynela było, kto je w Nomadii produkował i dystrybuował, ale nikt nie wiedział, że producent-dystrybutor ma protektora, bez którego zgody nawet szczur nie byłby w stanie powąchać narkotyku. Powszechnie sądzono, że byli to lokalni mafiosi, prawda była jednak taka, że pieniądze trafiały do kasy tajnej policji. Było to praktycznie niewyczerpane źródło dochodów. Aby zdyskredytować policję i rząd przeciwnicy prokreacji puszczali w obieg pogłoski, że buduje się za nie złote pomniki, a nawet złoci naczynia kuchenne, uzasadniając to korzyściami zdrowotnymi.

Handel narkotykami odbywał się za cichym błogosławieństwem kościoła. Czarna Eminencja akceptował go w imię wyższego dobra, ponieważ dochody z niego płynące służyły dobru kraju.

– Pieniądze te są potrzebne społeczeństwu jak woda rybie. W czasie śmiertelnego zagrożenia państwo musi mieć środki na walkę z przeciwnikami prokreacji, a także na administrację, służbę zdrowia, renty i emerytury, zasiłki dla bezrobotnych, transport publiczny i setki innych potrzeb. – Eminencja był na tyle rozważny, aby swoich poglądów nie głosić publicznie, a jedynie wśród osób zdolnych zrozumieć złożoność spraw państwa w obliczu śmiertelnego zagrożenia.

Największym uznaniem ze wszystkich narkotyków cieszył się psychodelik Ayahuasca. Był rewelacyjny pod każdym względem: całkowicie naturalny i zdolny w wprowadzić człowieka w halucynacje i trans umożliwiające nawet jasnowidzenie. Badania laboratoryjne ujawniły, że Ayahuasca zapewnia także kontakt z głęboką pamięcią i rozumienie celu pobytu człowieka na ziemi oraz prawdziwej natury Wszechświata. Jego użytkownicy doznawali czystej miłości i mądrości, osiągali wgląd we własne wnętrze i utratę ego, a także uczyli się, jak być lepszym człowiekiem. Doznania te opisywano jako przebudzenie lub odrodzenie.

Opozycja parlamentarna nie ustępowała, oskarżając rząd i kościół o manipulację opinią publiczną w kwestii narkotyków.

– Wciskacie kit społeczeństwu – dobitnie podkreślił przewodniczący Libery, głównej partii opozycyjnej, przywodząc na twarz charakterystyczny uśmiech spłoszonego zajączka.

– Przysięgliśmy, że zrobimy wszystko, aby uratować kraj przed klęską demograficzną, korzystając ze wszystkich dostępnych środków i metod. Nic nas od tego nie powstrzyma – słowa te przypisywano Czarnej Eminencji. Zapytany o nie, odpowiedział salomonowo:

– Nie potwierdzam, ani nie zaprzeczam. Powiem tylko tyle, że rząd Nomadii działa wyłącznie w dobrej wierze i w interesie całego społeczeństwa, bez względu na to, co kto o nim szczeka.

Od czasu podjęcia współpracy z rządem, Czarna Eminencja częściej używał języka wyrazistej, a nawet bezpardonowej, dyplomacji kierując się dobrem wszystkich obywateli, włącznie z niewierzącymi.

0Shares

Powieść. Laboratorium Szyfrowanych Koni. Cz. 212: Sala Macierzyństwa i aktywistki Stowarzyszenia Wyzwolonych Kobiet

Ostatnim pomieszczeniem świątyni była Sala Macierzyństwa poświęcona triadzie „kobieta-mężczyzna-dziecko”. Na ścianach wisiały obrazy kobiet w stanie błogosławionym, ich rodzin, mężów i opiekunów oraz patronek i patronów, tworząc atmosferę świętości kobiety i dziecka. W jednym z bocznych pomieszczeń umieszczono instalację artystyczną, uroczą ekspozycję wózków dziecięcych i akcesoriów związanych z macierzyństwem włącznie z kolorowymi zabawkami, mówiącymi misiami i kotkami, pachnącymi wyprawkami, lalkami otwierającymi niebieskie oczy oraz zdjęciami niemowląt tak słodkich, że niejednej kobiecie trudno było opuścić pomieszczenie. 

Obraz samej rodziny był rozmyty. Było to celowe.

Czarna Eminencja był świadomy, że coraz więcej kobiet żyło samotnie i pragnęło zajść w ciążę, ale niekoniecznie tworzyć rodzinę. Dla nich celem macierzyństwa było dziecko, niekoniecznie posiadanie męża. Kościół niechętnie uwzględniał to w swoich rachubach. Zwiedzając późnym wieczorem pustą już Świątynię Wiary i Prokreacji Eminencja przypomniał sobie słowa gubernatora:

– Zależy nam na dzieciach, drogi Eminencjo, nie na szczęśliwej rodzinie. Nie ma sensu narzucać sobie i innym ograniczeń.

*****

Przy wyjściu z Sali Macierzyństwa stały dzieci przebrane za aniołki, nadprzyrodzone istoty żyjące w bezpośredniej bliskości Boga i symbolizujące jego najważniejsze przymioty, miłości i dobroci. Niektóre tak słodko przypominały cherubinki, że wzruszone kobiety klękały przed nimi, tuliły je i całowały po buzi i po rączkach.

Za budynkiem świątyni rozciągało się obszerne, rozsłonecznione patio. Słońce w połączeniu z otwartą przestrzenią ożywiało ludzi. Kobiety tańczyły z radości, całowały się, klękały na ziemi lub siadały na ławkach, ustawionych pod drzewkami pomarańczowymi wydzielającymi słodki zapach. Patio wyposażono w kanały irygacyjne obficie nawadniające ziemię; rośliny były wiecznie zielone a kwiaty w pełni rozkwitu. Był to ogród botaniczny zwany Rajskim Ogrodem, z ptakami śpiewającymi w koronach drzew przykrytych rozległą siatką.

– To jest raj! – Zawołała Kristina zalewając się łzami radości.

Paradise by Lucas Kranach

Kobiety opuszczały Świątynię Wiary i Prokreacji wyzwolone w większości ze strachu przed prokreacją. Biuro Czarnej Eminencji prowadziło dokładną statystykę uzdrowień czy też nawróceń, jak je nazywano. Przekonanie do macierzyństwa niekoniecznie było trwałe, gdyż po oddaleniu się od murów świątyni kobiety wracały do rzeczywistości.

Na ulicy czekała je niespodzianka. Stanowiły ją emisariuszki i aktywistki Stowarzyszenia Wyzwolonych Kobiet niezwykle chętne pomóc otrząsnąć się z przeżyć i decyzji podjętych w świątyni. Życzliwie uśmiechnięte podchodziły do wychodzących, aby wlać w nie nastrój otrzeźwienia. Wdawały się w przyjazną rozmowę, pytały o wrażenia i zadawały życzliwe pytania. Przypominając wyglądem i zachowaniem przedstawicielki organizacji religijnych, rozdawały święte obrazki oraz formularze zapisów na rekolekcje, a nawet na kursy świadomego macierzyństwa. Znakomicie pozorowały radość i uniesienie, tak jakby rzeczywiście same przeszły przemianę duchową. Spotkania prowadziły do słów szeptanych do ucha:

– Otrząśnij się, dziewczyno. Księża to mężczyźni. To, czego doznałaś w Świątyni Wiary i Prokreacji, to tylko sztuczka, aby skłonić cię do zajścia w ciążę i pozostawić bez pomocy. Czy zaoferowano ci żłobek, przedszkole albo niańkę, czy choćby zapomogę opieki na dzieckiem? – Pod koniec rozmowy aktywistka dawała skołowanej kobiecie wizytówkę i zaproszenie do klubu Stowarzyszenia Wyzwolonych Kobiet położonego najbliżej miejsca jej pracy lub zamieszkania.

Najbardziej pomysłowa w zniechęcaniu kobiet do macierzyństwa była Maria, atrakcyjna i ładnie ubrana dziewczyna, witająca każdą kobietę ciepłym, niewymuszonym uśmiechem. Nikt nie znał jej nazwiska, wszyscy nazywali ją po prostu Marią. Była urodziwa i przekonywująca, ujmowała swoją wiarą i szczerością. Stowarzyszenie Wyzwolonych Kobiet zatrudniało ją na etacie. Przechodząc razem z tłumem przez wszystkie sale Maria obserwowała kobiety i zapamiętywała te, które wydawały się najsilniej ulegać atmosferze macierzyństwa. Po wyjściu na zewnątrz podchodziła do upatrzonej ofiary, przeprowadzała rozmowę, aby w końcu przedstawić propozycję:

– Przyjdź do nas, aby się odtruć. Rząd i kościół od wieków utrzymują nas w stanie niewolnictwa, stwarzając pozory przyzwoitości, a nawet miłości. Czas z tym skoczyć. Przyjdź, pomożemy ci, jest tylko wyrazisz takie życzenie. Nic na siłę. Sama o wszystkim zdecydujesz.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 209: Kristina odwiedza Świątynię Wiary i Prokreacji

Świątynia Wiary i Prokreacji w zamyśle Czarnej Eminencji miała być genialną machiną konwersji przeciwniczek prokreacji w jej gorące zwolenniczki. Był to jego pomysł. Kiedy myślał o nim, czuł nad sobą ożywczy oddech Stwórcy. W przekonaniu Eminencji świątynia ucieleśniała ideał zawarty w biblijnej myśli „młyny boże mielą wolno, ale dokładnie i na miałko”.

Pragnieniem Eminencji było przywrócenie społeczeństwu, oczywiście również Bogu, wierzących kobiet, które straciły orientację i zeszły z drogi prawdy. Myśląc o tym Eminencja posługiwał się czasem terminem naukowym „indoktrynacja”, ale podwładnym zakazał używać go, ponieważ zalatywał on czymś nieczystym, nawet diabelskim.

Z chwilą rozpoczęcia budowy świątyni, o szczegółach projektu, jego celu i mechanizmach działania, oprócz Eminencji i gubernatora wiedziała tylko nieliczna grupka wtajemniczonych: Babochłop, dwóch ekspertów rządowych prześwietlonych przez gubernatora, poza tym księża oddelegowani do nadzorowania prac świątynnych, oddani sprawie wiary i ojczyzny, gotowi oddać za nią życie. Wytyczne Eminencji, głowy Kościoła Hierarchicznego, były dla nich świętością.

*****

Kobieta, miała na imię Kristina, niepewnie przekroczyła próg Świątyni Wiary i Prokreacji. Wiele o niej słyszała, że jest piękna, ogromna i niezwykle urokliwa. Rozglądając się dookoła, posuwała się powoli razem z innymi kobietami w kierunku wskazywanym przez strzałki. Nie spieszyła się, miała dużo czasu, nie miała zresztą do czego wracać. W skupieniu czytała wszystkie tabliczki, ogłoszenia i wskazówki. Przyszła tu szukając pocieszenia po nieudanej miłości. Marzyła o małżeństwie, domku, ogródku i rodzinie. Kiedy jej marzenia rozpadły się, straciła chęć na wszystko.

Pierwszym pomieszczeniem była Sala Grzechu. Wypełniały ją znaki i symbole grzechu pierworodnego, z którego kościół wywodził także sprzeniewierzanie się boskiemu poleceniu „idźcie i rozmnażajcie się”. Ten grzech upowszechnił się i rozprzestrzenił po całej Nomadii. Wszyscy o nim mówili, stał się wyzwaniem dla narodu.

Symbole grzechu figurowały wszędzie, były wszechobecne. Kristina widziała je na piedestałach pomników, tablicach ogłoszeniowych, na stacji autobusowej, w piekarni, na ścianach i chodnikach, skwerach, placach, w małych parkach, a nawet w książce, którą czytała. Wiele wiedziała o grzechu. Mówiła jej o tym matka, tym głośniej i więcej, im bardziej ojciec popadał w pijaństwo. Grzech był ważny, ponieważ sięgał do zarania historii i służył odróżnieniu dobra od zła. Także zrozumieniu, czym jest dobro, jak jest ważne i dlaczego należy do niego dążyć.

Kobieta oderwała się od myśli i skoncentrowała. Ściany Sali Grzechu ozdobione były wielkimi obrazami i reliefami w złoconych i czarnych ramach, w zależności od treści, jakie zawierały. Obraz grzeszników spadających do piekła miał ramy czarne jak czeluść zapomnienia lub czerwone jak ogień piekielny. Na obrazie „Ucieczka od grzechu” kolory były jaśniejsze, coraz żywsze w miarę przesuwania wzroku ze strony lewej do prawej, w kierunku galerii nadziei.

Kristina nie zauważyła, kiedy zjawił się nad nią paznokieć. Wyglądał jak żywy. Wszystkie kobiety go dostrzegły. Działał na ich wyobraźnię, wyobraźnię osób dbających o ręce, marzących o gabinecie kosmetycznym i porządnym pedicure. Niektóre z nich śniły nawet o zawodzie kosmetyczki. Unoszący się w powietrzu paznokieć rozbudzał wyobraźnię, nawiązywał do ideału dłoni kobieciej, wydawał się pytać, czy powinien być takiego samego wzoru i koloru na każdym palcu, czy też odmienny, motywowany fantazją. Kobietom o żywszej wyobraźni i temperamencie przypominał, że miłosnemu zbliżeniu z mężczyzną pomagają piękne dłonie, podobnie jak przezroczysta koszulka w pikantne wzorki w brzoskwiniowym kolorze. Takie i podobne myśli przenikały umysły kobiet, coraz bardziej marzących o spotkaniu z mężczyzną i macierzyństwie, i o zdjęciach z maleństwem z dumą pokazywanych rodzinie i przyjaciołom. Obecne w świątyni kobiety zaczynały zdawać sobie sprawę, jak bardzo kochają dzieci, ich niezdarne ruchy i drobną buzię, która może nie jest jeszcze wyraziście piękna, ale już anielska.

Wkrótce paznokieć zniknął i pojawił się palec boży, aby stale już towarzyszyć w drodze przez świątynię przesuwając się po ścianie lub w powietrzu. Każdą z kobiet kierował inny palec; był on jak anioł stróż, czuwający nad bezpieczeństwem i wskazujący drogę w gąszczu obrazów, wyobrażeń i przepowiedni. Był to idealny przewodnik, niczego nie narzucający, tylko sugerujący i podpowiadający, w jakim kierunku uczynić następny krok.

Kristina widziała go z bliska, tuż, tuż przed sobą. Była pod jego wrażeniem. Był jak żywy, mogła go prawie dotknąć. Gdyby jej powiedziano, że był to obraz tworzony przez promienie lasera, kolorowy, połyskliwy hologram, pokazujący każdą żyłkę, najdrobniejszą nawet skazę, to by nie uwierzyła. Nie dziwiło jej nic, co działo się w tym świętym miejscu. Podobnie jak inne kobiety szeptała do siebie:

– To palec boży wskazujący prawdę miłości. To palec Stwórcy, jedynego wzoru godnego naśladowania.

Poruszający się palec przekonywał i uwodził Kristinę obrazami i cicho szeptanymi słowami. Pozytywne wrażenia wzmacniała nieziemska muzyka płynąca ze wszystkich stron. Zapowiedź macierzyństwa spływała na Kristinę niewidocznymi nitkami z sufitu, dotykała jej włosów, ciała i ubioru.

Im bardziej kobiety poddawały się uczuciom miłości, tym radośniejsze stawały się obrazy a muzyka bardziej promienna. Były to utwory muzyki liturgicznej, sakralnej i kościelnej, kompozytorów głoszących chwałę bożą, Jana Sebastiana Bacha, Ludwika von Beethovena, Georga Haendla i Amadeusza Mozarta. Najpiękniej brzmiały w uszach Kristiny pasje, msze, oratoria i kantaty Jana Sebastiana Bacha, twórcy natchnionego nie przez aniołów czy świętych, ale samego Pana Boga.

0Shares

Gdzie jesteśmy? Dokąd zmierzamy?

Na pierwsze pytanie odpowiadam: Nie wiem. Na drugie odpowiadam: Też nie wiem.

Od czasu jak wróciłem z sanatorium, obserwuję dziwne zmiany w sobie i w kraju. To mnie skłania do przedstawienia tezy, że dzisiaj wszystko jest fantasy.

Piszę to głównie pod wpływem Iwana Iwanowicza Iwanczyna, który opowiedział mi historię swoich ostatnich trzech dni.

Cytuję:

Patrzę przez okno i widzę siebie idącego chodnikiem. Lewa noga osobno, prawa noga osobno. Lewa ręka wskazuje rząd, prawa wskazuje nauczycieli. Widzę, że oczy nie tylko moje, stają w słup i pozostają w tym stanie do wieczora, kiedy trzeba już iść spać. W tym przejściowym dziennym stanie zagubienia odkrywam w sobie uczucie niezmiernej miłości do świata, że dał nam taki rząd a wraz z nim tyle szczęścia. Kocham go, jak żaden inny. Mądry, dostojny, przewidujący. Społeczeństwo ciągnie kraj na manowce, a on je sprowadza na drogę cnoty i prawości. Mówię o tym otwarcie, stać mnie na to, gdyż zhardziałem w ogniu wiadomości płynących z prasy, radia, telewizji i mediów ulotnych, gdzie każdy może pluć do woli.

Z niechęcią myślę o nauczycielach. Są zawistni wobec zwierząt. Też chcieliby żyć jak one, ale rząd pilnuje, aby się nie zezwierzęcili opływając w dobrobycie. To prawdziwe niebezpieczeństwo. Widzę to w miejscach publicznych. W restauracjach, barach, pubach i kafejkach pełno jest teraz zwierząt. Wymachują banknotami; krowy – pięćset złotowymi, świnie – stuzłotowymi. Słyszę ich głosy:

– Nastały dla nas dobre czasy. Będziemy chlać do upadłego. Dzisiaj stać nas na to. Nie to co za poprzedniego rządu. Sami żarli i pili, nie dzielili się z nami. Ten rząd jest inny. To dobre pany.

Iwan Iwanowicz przerywa swoją relację, pochyla się nade mną i wyznaje jak na spowiedzi:

Cytuję:

Też chciałbym być zwierzęciem. Może nawet to zrealizuję. Kiedy zobaczycie mnie leżącego wygodnie w rynsztoku albo okrążającego wielki słup ogłoszeniowy wykrzykując „Zamknęli mnie! Zamknęli!” to wiedzcie, że to ja, Iwan Iwanowicz Iwanczyn, człowiek który zapragnął być zwierzęciem, istotą zamożną, wolną i myślącą.

0Shares

Obudziła mnie Wyobraźnia. Nie samą literaturą człowiek żyje. Koszula bliższa ciału.

Rano obudziła mnie Wyobraźnia. Zastukała wskazującym paluchem do mojej głowy najpierw z zewnątrz, potem od wewnątrz, w końcu popukała mnie w czoło.

– Co o tym wszystkim myślisz? – zapytała.

Nic nie odpowiedziałem, bo akurat pojawiła się przede mną ogólna sala obrad Parlamentu Europejskiego. Beata Szydło stała na fladze unijnej i wygłaszała płomienne przemówienie. Ściany były prawie gorące od żaru jej słów. Mówiła po polsku. Zauważyłem, że żaden poseł Unii Europejskiej nie ma słuchawek na uszach a kabina tłumaczy jest pusta.

– Co jest? – Zapytałem.

– Weszliśmy do Parlamentu Europejskiego i od razu zmieniamy Unię, tak jak obiecaliśmy. – Odpowiedziała pani Beata z promiennym uśmiechem. Był szeroki i szczery. Zaimponował mi. – Najpierw nauczyliśmy ich mówić naszym językiem. To teraz pierwszy język unijny. Po drugie wprowadziliśmy klęczniki, aby wygodniej było im wstawać z kolan. Po trzecie, po kolei organizujemy sprawy Unii, tak jak to sobie wyobraziliśmy.

– Jak panią i PiS odebrano w Unii? – Zapytałem onieśmielony jej osiągnięciami.

– Bardzo dobrze. Doskonale wręcz. Wszyscy posłowie pamiętali moją walkę w czasie reelekcji Tuska. Podchodzili do mnie i mówili: – Ty, Bea, i ten twój PiS jesteście cudowni. Pierwsi na świecie wystąpiliście przeciwko kandydatowi swojego kraju. Na to trzeba charakteru i odwagi. Dwadzieścia siedem krajów go chciało a wy powiedzieliście „Nie”. I wygraliście. To nie ten sam Tusk teraz. Utarliście mu nosa. No a wasz kandydat, ten Saryusz-Wolski, to gigant. Rewelacja! Powszechnie znany. Podobno to najlepszy disk-jockey w waszej partii. Rewelacja!

Chwilę później Wyobraźnia wyświetliła kolejny obraz parlamentu Europejskiego. Beata Szydło siedziała obok Theresy May, premier Wielkiej Brytanii, która jej udzielała wskazówek, jak zorganizować Polexit.

– Ty, Bea, zrobisz to lepiej. Ja popełniłam poważne błędy. Chcieliśmy to zrobić na chała-drała, wy to robicie powoli i systematycznie. Ale co będziemy gadać o exitach! Opowiedz mi o sobie, o swoim dorobku dyplomatycznym.

Pani Beata wyciągnęła przybornik i pokazał jej dużą sikawkę strażacką.

– Mój poprzednik miał większą, ale nie umiał się nią posługiwać. Zamiast jej użyć zorganizował referendum na temat Brexitu. – Wtrąciła Theresa May.

– Kiedyś dowodziłam strażakami. To były moje najlepsze lata. – Kontynuowała pani Beata. – Oni poszliby za mną w ogień i dym. To była prawdziwa walka. Cały czas kryzysy. Gaszenie pożarów. To wtedy nauczyłam się zarządzać krajem. Ale opłaciło się. Teraz widzisz sama jak Polskę szanują w Unii. Zmieniamy całą Unię, tak jak obiecaliśmy. Dzisiaj PiS stanowi największe ugrupowanie polityczne w Unii. Razem z Węgrami trzęsiemy tą organizacją. Decydujemy o wszystkim. Pieniędzy będziemy mieli teraz jak lodu. Martwię się tylko, gdzie my je wszystkie upchamy. Nie ma takiego wielkiego siennika!

– Macie na pewno wielkie potrzeby. Każdy je ma.

– Pewnie! Mamy nauczycieli. Ale ten problem rozwiążemy inaczej. Zaproponowaliśmy zmniejszenie ich liczby i zwiększenie uposażeń pozostałych nauczycieli o zaoszczędzoną kwotę wynagrodzeń. Dyskutujemy teraz, jaki procent ma odejść. Coś za coś. Większa wydajność, więcej pieniędzy! Zrobimy to samo z pielęgniarkami, niepełnosprawnymi, pracownikami sądów i administracji. Tylko górników oszczędzimy, bo to ciężko pracujący ludzie. Potrzeba nam więcej węgla, bo będziemy produkować miliony samochodów z napędem elektrycznym.

– Ależ on ma łeb! – Wykrzyknęła Tera. – Mam na myśli twojego szefa, pana Kaczyńskiego. Premiera zresztą też. Zawsze ich podziwiałam. Oni są tacy postępowi, wszystko widzą w perspektywie. No i te wasze reformy aparatu sprawiedliwości. Sędziowie to złodzieje i oszuści. Ufać możesz tylko parlamentarzystom i to tylko ze swojej partii. Wiem coś o tym. – Entuzjazmowała się Tera.

– Mój szef to nasz skarb narodowy. Jego imieniem nazwaliśmy salę konferencyjną w Unii Europejskiej. Druga będzie nosić imię jego brata, ale najpierw musimy odkręcić tabliczkę z nazwiskiem Wałęsy. Mało kto już go pamięta. To niepopularna postać. Dlatego musimy zmienić podręczniki historii – Westchnęła pani Beata i zaczęła składać sprzęt pożarniczy do przybornika.

W tym momencie Wyobraźnia wygasła. Zdążyła jeszcze tylko postukać mnie palcem w czoło. Nie wiedziałem dlaczego akurat mnie. Poczułem się jednak wyróżniony i dumny, że to my przewodzimy Europie.  

Michael Tequila: Niezwykła decyzja Abuelo Caduco – 40% taniej. Skorzystaj i kup!  http://tinyurl.com/yxt5v8zm 

Michael Tequila – książki https://tinyurl.com/y895884p

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 199: Ruch wyzwolonych kobiet.

Kościół Hierarchiczny od początku był przeciwny ruchowi wyzwolonych kobiet, uznając go za wynalazek szatana. Z czasem musiał pogodzić się z sytuacją. Nie było to łatwe. Eminencja zmagał się ze sobą.

Pod presją sił atakujących kościół i żądających zniesienia celibatu, ustępował. Z niechęcią i niepokojem zawiesił celibat na czas nieokreślony. Uczynił to zastrzegając, że traktuje to jako sytuację przejściową, wynikającą z konieczności pokonania kryzysu demograficznego. Nie przyszło mu to łatwo. Był sam, nie mógł liczyć na wsparcie gubernatora, który coraz częściej popadał w niedyspozycję psychiczną.

Niezadowolenie z powodu ustępstw w sprawie celibatu rekompensowała Eminencji satysfakcja płynąca z budowy Świątyni Wiary i Prokreacji. Było to jego największe osiągnięcie. Powstanie świątyni uważał za przełom w historii wiary w Boga. Nigdy wcześniej nie stworzono tak potężnego mechanizmu umacniania wiary, służącego równocześnie ratowaniu społeczeństwa.

*****

Na spotkaniu z gubernatorem i Babochłopem, Eminencję przeraziła skala agresywności wyzwolonych kobiet. Babochłop złożył ustny raport.

– Wściekłe baby … przepraszam, ale nie mogę ich nazywać inaczej … tłumaczył się policjant – nie zawahają się przed niczym. Wykorzystują wszystko, co się da dla umocnienia swojego buntu. Bez skrupułów stosują propagandę i pranie mózgów. Ich kierownictwo to dobrze wykształcone, zamożne, czynne zawodowo i pewne siebie jednostki, głoszące szalone poglądy na temat szkodliwości prokreacji. Trafiają one przede wszystkim do uszu i serc kobiet niepewnych i wahających się. – Dla uzasadnienia tej opinii Babochłop przedstawił nagranie video z manifestacji wyzwolonych kobiet.

– Obserwowaliśmy to towarzystwo przez miesiąc. Był to okres wystarczająco długi, aby upewnić się, że ruch rozprzestrzenia się jak ogień buszu w czasie koszmarnej suszy. Ruchowi przewodzi kilka kobiet o niezwykłej sile przekonywania. Przywódczynie zmieniają się na zasadzie rotacji. Jest ona płynna, ponieważ kobiety mniej rywalizują ze sobą w odróżnieniu od mężczyzn. To wielkie źródło ich siły. Ruch ma charakter antyprokreacyjny oraz antyklerykalny; kościół nie rozwinie tam swoich skrzydeł. Podejrzewam, że stowarzyszenie może nabrać charakteru paramilitarnego.

Zaintrygowało to gubernatora.

– Jeśli policja to udowodni, to natychmiast rozwiążę stowarzyszenie.

Były to złudne nadzieje. Stowarzyszenie było zarejestrowane jako fundacja rozwoju kobiet pilnująca, aby nie przekraczać zakresu swoich uprawnień.

Video pokazało burzliwy przebieg demonstracji. Uczestniczki głosiły radykalne poglądy. Przedstawiały je odczytując krótkie komunikaty o sytuacji kobiet i dzieci w różnych krajach.

– Dzieci nie chodzą do szkoły. Bo zniszczona. Dziecko jest same, bo śmiertelnie się boi. Dzieci umierają na cholerę. Wojna jest najokrutniejsza dla dzieci. Dzieci są porywane, zabijane, gwałcone, okaleczane, zmuszane do zabijania. Każde nowe dziecko to jedno dziecko za dużo.

Ktoś podchwycił ostatnie zdanie. Kilkanaście sekund później cały tłum na Plaza Central skandował podnosząc do góry pięści: „Każde nowe dziecko to jedno dziecko za dużo”. Słowa wyrywały się z gardeł, wzmacniając determinację pozostania w stanie bezdzietnym. 

Babochłop potwierdził prawdziwość informacji.

– Zapisałem dane z nagrania i sprawdziłem je. Co czwarte dziecko na świecie żyje w strefie wojny lub katastrofy. Pięćdziesiąt milionów dzieci musiało uciekać z domu. Wojny pozbawiły dwieście sześćdziesiąt tysięcy dzieci ręki lub nogi. Za każdą koszmarną historią przemocy, wypędzenia i głodu stoi dziecko. Te cholerne baby to wspólnota scementowana poglądami i wartościami – podsumował. – W wielu sprawach mają rację. – Mimo to nie znoszę ich buty. – Mruknął dolewając sobie koniaku do kieliszka. Chętnie korzystał z najlepszych trunków gubernatora, kiedy uczestniczył w naradzie w jego gabinecie.

Gubernator zastanawiał się, czy słowa policjanta dotyczące buty wściekłych bab były szczere.

*****

Następnego dnia Babochłop pokazał gubernatorowi i Eminencji nagranie z zamkniętej imprezy wyzwolonych kobiet wykonane ukrytą kamerą. Spotkanie prowadziła zawodowa psycholożka. Było to szkolenie wypełnione fantazjowaniem erotycznym, stanowiącym rodzaj terapii. Miało ono na celu zastąpienie naturalnej skłonności do macierzyństwa innymi popędami i motywacjami, przede wszystkim fantazjowaniem, ale nie tylko. W trakcie zajęć uczestniczki opowiadały sobie sny i marzenia seksualne. Jedna z kobiet opisała, jak we śnie przekazywała swoim towarzyszkom prezerwatywę na długim kiju, co psycholożka zinterpretowała jako strach przed seksem.

Gubernator, Czarna Eminencja i babochłop doszli zgodnie do wniosku, że kobiety wyzwolone stanowią przeszkodę nie do pokonania; w przypadku próby zdecydowanej interwencji rządu staną murem jedna za drugą.

– Bezpośrednią konfrontacją nic nie wskóramy. Kobiety łączą tragiczne przeżycia Apokalipsy i strach przed przyszłością. Teraz ważny jest dla nich awans społeczny, odzyskanie poczucia wartości osobistej i niezależności. Mamy do czynienia z prawdziwą rewolucją. – Kończąc zdanie, gubernator poczuł suchość w gardle. To on odpowiadał za losy kraju. Klęska demograficzna oznaczała jego upadek. Wyobraził sobie, jak niedobitki obywateli kwitnącego niegdyś kraju wyciągają do niego z wściekłością ręce, aby schwycić go, wrzucić na wóz z cuchnącym gnojem i wywieźć na bagna zasiedlone przez kajmany. Po raz pierwszy od długiego czasu ogarnął go paraliżujący strach. Usiadł w pośpiechu.

0Shares

Liga Polskich Rodzin wraca do polityki

Poniższy materiał pochodzi w całości z  www.dorzeczy.pl

W latach 2005-2007 Liga Polskich Rodzin wraz z Prawem i Sprawiedliwością oraz Samoobroną tworzyła koalicję rządzącą. Po upadku rządu, LPR Romana Giertycha odszedł w cień. Teraz, mec. Giertych jawi się jako jeden z największych krytyków PiS, a LPR udziela oficjalnego poparcia Koalicji Europejskiej.

Poparcie dla Koalicji Europejskiej podczas zbliżających się wyborów wyraził obecny przewodniczący Ligi Polskich Rodzin, Witold Bałażak. „Ponieważ polska historia zna przypadki ponadpartyjnej, ponad światopoglądowej współpracy dla przeciwstawienia się dyktatorskim formom sprawowania władzy, wyrażamy uznanie dla powstałej i budowanej inicjatywy Koalicji Europejskiej, która ma za zadanie wygrać wybory do Parlamentu Europejskiego i odbudować należne Polsce miejsce oraz wzmocnić pozycję naszego Kraju na forum Unii Europejskiej” – czytamy w stanowisku rady politycznej LPR.

„Mając na uwadze dobro naszej Ojczyzny – będącej od 15 lat członkiem Unii Europejskiej – w tak skomplikowanej sytuacji geopolitycznej Europy i świata, apelujemy o wybór gwarantujący bezpieczeństwo Europy i powrót Polski do roli jednego z głównych filarów europejskiej polityki opartej na fundamencie zachodniej cywilizacji. Obecne okoliczności, przed którymi stajemy, jako Państwo i Naród, nie pozwalają na, bardzo bolesne i kosztowne, polityczne eksperymenty rodem z cywilizacji wschodniej, wiarę w już sprawdzone i niewiarygodne obietnice, czy demagogiczne i uwłaczające godności Polaków obiecanki wyborcze, obliczone wyłącznie na krótkoterminowy interes partyjny PiS.

Dlatego stanowczo apelujemy o wykreślenie z narodowych wyborczych kalkulacji ugrupowania Prawo i Sprawiedliwość wraz z ewentualnymi przystawkami, które z pewnością usankcjonowałyby naszą marginalizację w ramach UE, wzmocniły izolację na forum międzynarodowym, co w oczywisty sposób miałoby ujemny wpływ na wiarygodność, bezpieczeństwo, rozwój i pozycję Polski w Europie i świecie” – stwierdza LPR.

Do Koalicji Europejskiej należą Platforma Obywatelska, Polskie Stronnictwo Ludowe, Nowoczesna, Sojusz Lewicy Demokratycznej oraz Zieloni. Akces do KE obok LPR złożyły też takie ugrupowania jak Teraz Ryszarda Petru, Socjaldemokracja Polska czy Unia Europejskich Demokratów. (Koniec cytatu)

Z Iwanem Iwanowiczem zadajemy sobie pytanie, dlaczego wszyscy sprzysięgli się przeciwko PiS. Może nie lubią siwych staruszków? Może nie podoba im się jakiś konkretny staruszek i to co on mówi?

1Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 198: Zebranie osiedlowe i burzliwe przemiany społeczne

Diego Velazquez: Pijacy.

Na spotkanie przy krawężniku część mieszkańców osiedla Aura przyszła pijana; kilka osób zachowywało się tak, jakby było pod wpływem narkotyków. Panował bezład i zamęt. Ludzie zachowywali się niezwykle swobodnie, nawet bezczelnie i arogancko, przekrzykiwali się jeden przez drugiego, wołali jakby byli sami na wygwizdowie. Iwan Iwanowicz z trudem rozpoczął zebranie. Chaotyczna dyskusja ujawniła postawy młodszej części mieszkańców osiedla.

– To co, że zdobyliśmy mieszkania i mamy samochody? Chcemy bogacić się, balować, podróżować, bawić się. Żyć jak ludzie!

– A co z dziećmi? – Zawołał Iwan Iwanowicz, mając na uwadze tragiczną sytuację demograficzną kraju. Kierowała też nim ciekawość, jak widzi swoje życie młode pokolenie zasobne w mieszkania, samochody i nowe technologie komunikacji.

– Nie potrzebujemy dzieci! Po jaką cholerę potrzebne nam śmierdzące pieluchy i dodatkowe obowiązki?

Iwan Iwanowicz i kilku przyjaciół starali się uspokoić atmosferę, ale podniecony tłum zakrzyczał ich. Szybko zamilkli z obawy, że zostaną sponiewierani słownie, może nawet fizycznie. Dla Iwana Iwanowicza było to coś nowego: mieszkańcy osiedla opanowani amokiem, nad którym starał się zapanować. Przyglądał się w zdumieniu czerwonym z podniecenia twarzom ludzi, którzy nagle wydali się być bandą obcokrajowców, Egipcjan, Beduinów, Arabów, Skandynawów, Niemców, Koptów i Muzułmanów, zamieszkujących w Nomadii i mówiących jej językiem, rozdygotanych i trawionych nieznaną gorączką. Zorientowawszy się, że nie ma możliwości rozsądnej wymiany poglądów, Iwan Iwanowicz dyskretnie wyjął z podręcznej torby dyktafon z kierunkowym mikrofonem i starając się nie zwracać na siebie uwagi nagrywał dyskusję, aby wykorzystać ją w celu edukacji społecznej w bardziej sprzyjających okolicznościach.

Po zakończeniu burzliwego spotkania, na miejscu pozostała starszyzna osiedlowa, wstrząśnięta niezrozumiałą zmianą postaw młodej generacji. Byli zgodni w ocenie: młode pokolenie uległo radykalizacji. Ich dominującą postawą stał się sybarytyzm, wygodne, oparte na przyjemnościach życie, w którym zwykła konsumpcja towarów przerodziła się w bezkrytyczny, zachłanny konsumpcjonizm. Kupowanie coraz to nowocześniejszych samochodów, lodówek, telewizorów i gadżetów elektronicznych, nowe wycieczki, nowe doznania stało się obsesją. Nie było już tu miejsca na myślenie o potomstwie i rodzinie, nie mówiąc o społeczeństwie.

*****

W kraju umacniał się radykalny ruch kobiet. Jego przedstawicielki, określające się siebie jako kobiety wyzwolone, głosiły, na początku nieśmiało, potem coraz bardziej otwarcie, niechęć do prokreacji, uznając, że nowoczesna kobieta może żyć szczęśliwie bez dzieci i mężczyzny. Ani jedno, ani drugie nie było im w ogóle potrzebne. Uznawały to za przeżytki w dobie nieograniczonych możliwości.

Ideologia ruchu oparta była na strachu przed mężczyznami, rodziną i dziećmi. Niechęć wobec mężczyzn kobiety tłumaczyły mentalnością macho, wrodzoną agresywnością, brakiem odpowiedzialności, perwersją seksualną, lenistwem, nieporadnością, upadkiem moralnym i alkoholizmem. Ekstremistki ruchu głosiły, że mężczyźni to zboczeńcy seksualni, roznosiciele AIDS, chorób wenerycznych i egzotycznej gorączki pochodzącej od małp afrykańskich. Jakkolwiek dziwnie to brzmiało, przestały odwiedzać ogrody zoologiczne.

Babochłop ze swoim zespołem uważnie śledził wyzwolone kobiety. Policja prowadziła ich inwigilację. Odczuwając rosnący niepokój, często łączył się telefonicznie z gubernatorem Blawatsky’m, aby na bieżąco przekazywać najważniejsze informacje. Na kolejnym spotkaniu wypalił już przy progu:

– Ich zachowanie jest ze wszech miar niepokojące, panie gubernatorze. Przeraża mnie. Wyobraża pan to sobie? Mnie, szefa tajnej policji! To nie kobiety wyzwolone, jak siebie określają, ale wściekłe baby, każda naładowana energią jak potężny akumulator!

Wkrótce policja odnotowała powstanie dużej i prężnej organizacji o nazwie Stowarzyszenie Wyzwolonych Kobiet. Kobiety organizowały się tworząc prywatne kluby i stowarzyszenia, do których nikt nie miał wstępu oprócz członkiń. Na wyspach archipelagu Marena, w nadrzecznych miejscowościach, w górach, w miejscach odosobnionych, powstawały kolonie prowadzone na zasadach matriarchatu. Zmiany zachowań miały swoje korzenie w odległej historii, starożytności i wiekach średnich, w okresach i miejscach, gdzie niegdyś rządziły kobiety. Coraz bliższa była im własna płeć, coraz niechętniej odnosiły się do mężczyzn.

Po kilku miesiącach Stowarzyszenie Wyzwolonych Kobiet zrzeszało już dziesiątki tysięcy członkiń. Ich kluby były rozsiane były po całym kraju. Były nawet dwa kluby zagraniczne. Organizowały one spotkania, pogadanki, dyskusje i szkolenia.

Przychodzili na nie również mężczyźni, głównie członkowie rodzin sympatyzujący z ruchem. Udział w spotkaniach był możliwy za okazaniem karty członkowskiej ze zdjęciem; nikt niepowołany nie miał szansy uczestniczyć. Kobiety prowadziły dla swoich członkiń portale społecznościowe dostępne jedynie za hasłem.

*****

Wyzwolone dały się poznać z posiadania nadzwyczajnej siły. Wśród lekarzy pojawiły się poglądy, że w ich organizmach – prawdopodobnie wskutek Apokalipsy – wyzwoliły się utajone biologiczne mechanizmy, wzmagające agresywność i siłę w sytuacji zagrożenia. Podejrzewano, że przyczyniły się do tego nowe technologie oraz genetycznie modyfikowana żywność.

Wyzwolone zaczęły przejmować władzę w biznesie, w organizacjach społecznych, w mediach, w rodzinie. Czyniły to po cichu, bez rozgłosu, często z zaskoczenia. Jednoczyły się w grupy i usuwały z pracy prezesów i dyrektorów, przyznając im wysokie odprawy, aby trzymali język za zębami. Tym, którzy się opierali, groziły ujawnieniem przekrętów i szwindli, jakie rzekomo lub rzeczywiście popełnili. Były to groźby kompromitujące zwolnionych niezależnie od tego, czy oskarżenie było prawdziwe czy nie. Zwolenniczki realnej władzy były bezwzględne do nieprzyzwoitości.

W końcu, była to najbardziej krytyczna zmiana, ich wyłączną domeną stało się decydowanie, co dzieje się w rodzinie i związku partnerskim. To one decydowały, czy chcą mieć dzieci, czy nie. Zepchnięci do defensywy mężczyźni nie przyznawali się do porażki z obawy o całkowitą kompromitację. Znaleźli się zresztą w sytuacji bez wyjścia. Ulegli szantażowi. Zaczęło się to w dniu, kiedy Rada Matriarchalna Stowarzyszenia Wyzwolonych Kobiet przyjęła zasadę, że kobieta jest niezależna od mężczyzny i jeśli uzna, że chce mieć dziecko, to może je mieć bez jego udziału, korzystając z zapłodnienia in vitro. W rozumieniu rady oznaczało to ostateczne wyzwolenie kobiet z tysiącletniej niewoli. Ideałem było oczywiście nie mieć dzieci w ogóle.

*****

Dla zwiększenia poczucia własnej wartości, wyzwolone pracowały intensywnie nad swoją kondycją intelektualną, psychiczną i fizyczną. Dla wielu celem stała się tężyzna fizyczna. Kobiety masowo pojawiały się w siłowniach, w salach gimnastycznych, na basenach i stadionach podnosząc ciężary, biegając, uprawiając boks, zapasy, gimnastykę i pływanie.

– Realizujmy skrywane przez wieki marzenia nie tylko dorównania, ale przewyższenia mężczyzn. Dawny feminizm wyszedł z mody, jest ciasny, nie pasuje współczesnej kobiecie. Feminizm, jaki znałyśmy, to była tylko chuda pianka na piwie. Dzisiaj chodzi mi o to, że jak przywalę mężczyźnie, to się nogami nakryje. To jest mój ideał. – Była to wypowiedź jednej z aktywistek Stowarzyszenia Wyzwolonych Kobiet.

2Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 194: Kult fallusa

Niemożność poradzenia sobie z prezerwatywami męczyła gubernatora, dopóki nie wpadł na przewrotny pomysł. Nikomu w gabinecie nie ujawnił go z obawy o kompromitację. Swój plan powierzył jedynie skromnej urzędniczce rządowej, o której nikt nie pomyślałby nawet, że może być łączniczką z tajną policją. Już po kilku dniach Babochłop miał swoich ludzi w trzech zakładach produkujących prezerwatywy, zatrudnionych na stanowiskach pakowaczy, majstrów, brygadzistów oraz kontrolerów jakości produkcji. Mieli ważną rolę do spełnienia: przebijać prezerwatywy przed zapakowaniem. Jeśli musieli je rozpakować, aby to zrobić, co z reguły miało miejsce nocą, wkładali je w opakowania zastępcze. Ponieważ popyt produkt był duży, nikt nie zwracał uwagi na opakowanie. Był to czysty sabotaż. Gubernator nie był w stanie ocenić, jakie skutki on przynosił, wyobrażał sobie jednak, że zadał przeciwnikom potężny cios.

Kościół sprzeciwiał się praktyce sabotażu, uznając ją za nieetyczną. Eminencja przez długi czas o niczym nie wiedział, przynajmniej nie przyznawał się do takiej wiedzy. Dowiedział się o wszystkim od jednego z księży, który spowiadał strażnika z zakładu wyrobów gumowych, zatrudnionego tam przez tajną policję w celu przekłuwania prezerwatyw. Miał on wyrzuty sumienia, że uszkodzone wyroby mogą przyczyniać się do przenoszenia chorób wenerycznych. Eminencję męczyło to dodatkowe zagrożenie społeczeństwa, mającego już za sobą wielką dawkę cierpień, trudno mu było jednak określić, czy przekłuwanie prezerwatyw w sytuacji kraju jest grzechem czy nie. Długo roztrząsał to w swoim sumieniu, może nawet nie dlatego, że tak bardzo go to męczyło, po prostu drobiazgowy i lubił rozwiązywać zagadki logiczne.

– Z jednej strony jest to grzech, z drugiej strony nie, bo sprzyja wywiązywaniu się ludzi z obowiązków nałożonych przez Stwórcę – doszedł do wniosku. Swoją niepewność nosił w sumieniu przez kilka dni, po czym zapomniał o wszystkim. Jeśli mu się przypomniała, to na krótko. Był zadowolony, że w końcu jego sumienie oczyściło się z męczącego natręctwa.

*****

Determinacja gubernatora i arcybiskupa rosła. Rząd gotów był podjąć najbardziej ryzykowne i drastyczne środki i działania, aby tylko ratować kraj przed nieszczęściem. Wiedzieli o tym przedstawicie dyplomatyczni wszystkich krajów akredytowani w Nomadii.

Ambasador Nubuku Kirudze, licząc na wzbudzenie zainteresowania gubernatora Blawatsky’ego kulturą Japonii, wspomniał mu na dorocznym przyjęciu dla korpusu dyplomatycznego o kulcie fallusa obchodzonym w jego kraju jako święto płodności pod nazwą Kanamara Matsuri. Wzmianka o płodności trafiła na podatny grunt. Gubernator zaprosił ambasadora do siebie na rozmowę. Przyjął go serdecznie w swoim gabinecie już następnego dnia. Rozmowa o kulturze japońskiej była tylko pretekstem, który ambasador, doświadczony dyplomata, potraktował z wielkim szacunkiem. Mężczyźni spędzili blisko godzinę rozmawiając o szczegółach.

Wieczorem gubernator i Czarna Eminencja spotkali się we dwójkę, aby omówić niełatwy temat. Mieli poważne obawy. Wymienili się informacjami na tematem kultu fallusa w ujęciu historycznym i geograficznym, gdyż temat wykraczał poza granice Japonii. Rozmowa w części rozwiała ich obawy. Temat fallusa, waginy i płodności był obecny we wszystkich krajach od początków cywilizacji ludzkiej. Wedle mitologii egipskiej starożytny bóg Atum stworzył świat poprzez masturbację. Cechy fallocentryczne miała także biblijna opowieść o przymierzu z narodem wybranym, przypieczętowanym obrzezaniem, co oznaczało, że penis stał się symbolem związku między Izraelitami a Stwórcą.

Dwaj przywódcy byli zgodni co do jednego: dla dobra kraju muszą zaryzykować eksperyment zwiększający zainteresowanie płodnością i prokreacją. Duchowny okazał się większym optymistą niż gubernator:

– Dlaczego ta impreza nie miałaby być udana, skoro udaje się każdego roku Japończykom? Czy my jesteśmy od nich gorsi? Mniej otwarci lub mniej odważni?

Przy udziale ambasadora Nubuku Kirudze i jego attaché kulturalnego odbył się wkrótce w Afarze happening. Było to zdarzenie na pograniczu sztuki, kultury, religii i teatru ulicznego. Przez Plac Centralny przemaszerowała procesja. Na jej czele szli mężczyźni i kobiety ciągnący na lawecie z drewnianymi kołami wizerunek fallusa grubości jednego metra i długości trzech metrów wykonanego z drzewa cedrowego. Lawetę popychało osiem skąpo ubranych kobiet w wieku od osiemnastu do osiemdziesięciu ośmiu lat. Uroczystość odbywała się pod hasłami „Zdrowie i płodność dla rodziny i narodu”.

Japoński festiwal fallusa Kanamara_Matsuri

Demonstracja kultu fallicznego, umocniona wywiadem z ambasadorem Nubuku Kirudze, wywołała wielkie zainteresowanie Japonią i jej kulturą. Biura turystyczne nie mogły nadążyć ze sprzedażą i obsługą wycieczek do tego kraju. Nie trwało to jednak długo. Ktoś zaczął rozpuszczać plotki, prawdopodobnie stowarzyszenie Pobożnych Matron, że wycieczki do Japonii w celu poznania jej kultury i zwyczajów to jedno wielkie kłamstwo, oszustwo i naciąganie naiwnych na bezsensowne wydatki.

Zainteresowanie Nomadyjczyków kultem fallusa i płodności utrzymywało się przez jakiś czas. Odważniejsze kobiety spały z symbolem fallusa pod poduszką, aby spełniły się ich marzenia zajścia w ciążę. W mieście powstawały koła czcicielek świadomego macierzyństwa, marzycielek o dziecku, akademie płodności i macierzyństwa. Pojawili się też anonimowi darczyńcy, prawdopodobnie zagraniczni, importujący z całego świata obrazy, symbole i artefakty związane z kultem płodności i prokreacji.

Po okresie zainteresowania, pojawili się krytycy kultu. Ich krytyka stawała się coraz bardziej agresywna. Gubernator Blawatsky uznał, że dalsze lansowanie płodności poprzez oddawanie czci męskiemu członkowi, powszechnie już nazywanego fallusem, nie ma sensu. Po konsultacjach ze zwolennikami i przeciwnikami kultu podjął decyzję. Miał obawy, że jeśli szybko nie zareaguje, nie usunie z miasta męskiego symbolu płodności i nie zakaże dalszych jego pokazów, to środowiska bigoterii i dewocji oskarżą go o fetyszyzm, wyuzdanie i rozpustę.

– Może nawet o zboczenie seksualne. – Przeszło mu przez myśl.

Możliwość posądzenia go o perwersję wydała mu się szczególnie nieprzyjemna, nawet niebezpieczna.

2Shares

Krótko o tym, co w trawie piszczy

Rozmawiałem dziś z Iwanem Iwanowiczem. Obydwaj lubimy wiedzieć, co w trawie piszczy.

Piszczy szczególnie w Warszawie, choć trawy jest jeszcze jak na lekarstwo. Zachwycaliśmy się przedsiębiorczością obywateli.

Cytuję Wyborczą (z grubsza):

Sondaż, którego wyniki publikuje dziś „Wyborcza”, nie pozostawia wątpliwości: większość Polaków negatywnie ocenia biznesowe działania prezesa PiS, związane z budową wartego 1,3 mld zł wieżowca na działce spółki Srebrna. Nie podoba się to nawet zwolennikom PiS. Blisko 60 proc. badanych przez CBOS Polaków uważa, że nagrania z partyjnej centrali przy Nowogrodzkiej stawiają prezesa PiS w złym świetle. Takie zdanie ma także 21 proc. wyborców PiS. Spośród ośmiu stwierdzeń, najlepiej podsumowujących to, co słychać na ujawnionych przez „Gazetę Wyborczą” „taśmach Kaczyńskiego”, ankietowani często wybierali zdania: „PiS nadużywa władzy, aby budować swoje zaplecze finansowe” oraz „Jarosław Kaczyński de facto podejmuje decyzje biznesowe, czego nie powinien robić”.

Rwiemy do przodu, Bracia i Siostry!

3Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 193: Artyści włączają się do walki o prokreację

Rząd potrzebował specjalistów do przygotowania materiałów edukacyjnych i propagandowych. Tajna policja szybko ustaliła nazwiska artystów grafików, ilustratorów, malarzy, rzeźbiarzy i plastyków uczestniczących w manifestacjach i wezwała ich do wyjaśnienia swego udziału w antypaństwowych demonstracjach.

Protestowali twierdząc, że nie były to wystąpienia antypaństwowe, tylko zwykły protest obywatelski. Niewiele im to pomogło. Argumentacja policji była silniejsza. Mieli zdjęcia, nagrania, świadków. Wybrane osoby skierowano do Ministerstwa Kultury, gdzie przeprowadzono z nimi szczegółowe wywiady. Pytano ich, jak widzą swoją rolę jako artyści i jako obywatele. Wyjaśniano im, czego oczekuje od nich państwo. Większość wywiadów kończyła się umowami na tworzenie sztuki na potrzeby programu prokreacji.

*****

W warsztatach artystów rozpoczęła się intensywna praca. Malowano, rzeźbiono i tworzono na dziesiątki innych sposobów wizerunki gasnącej demografii, prezentując ją jako nową Apokalipsę, monstrualną klęskę, jaką przeciwnicy prokreacji ściągają na naród.

Poszukując nowych form wyrazu zwolennicy symboliki w sztuce powołali do życia Ruch Artystyczny Nomen Omen. Wykorzystywał on tajemnicze znaki i symbole, aby tworzyć wyobrażenia matek i ojców jako zbawicieli narodu. Przeciwników prokreacji prezentowano jako jego wrogów, nowoczesne kołtuństwo, skansen zabójczej przeszłości. Krytycy sztuki Nomen Omen nazywali jej wyznawców służalcami i propagandzistami rządu i zakłócali ich pracę, tak że musiała interweniować policja.

Maszyna propagandy artystycznej pracowała pełną parą, wymyślano nowe hasła i slogany. Rząd straszył obywateli statystyką czarnej przyszłości tak skutecznie, że masowo wykupowali miejsca na cmentarzach. Ludzie wierzyli propagandzie, nie zastanawiając się, czy dane są prawdziwe czy nie. Oddziaływanie nowego ruchu było coraz szersze, obejmując w końcu malarstwo, rzeźbę, literaturę, film, teatr i sztuki plastyczne.

Artyści prześcigali się w pomysłach, przedstawiając coraz bardziej oryginalne a czasem nawet szokujące idee i rozwiązania. Nie odrzucano niczego, co stwarzałoby choćby cień nadziei na wzrost prokreacji. Galeria sztuk wizualnych „Razem” pokazała obrazy mężczyzn wiążących sobie kokardki na członkach oraz kobiety ondulujące włosy łonowe i zdobiące je w finezyjny sposób, aby tylko wywołać pożądanie płci przeciwnej.

*****

Gubernator zdziwił się, kiedy w trakcie spotkania ze środowiskiem artystycznym nieznany malarz wręczył mu obraz olejny zatytułowany „Palący ogień Apokalipsy”.

– Namalowałem go specjalnie dla pana jako formę inspiracji do dalszych działań, ponieważ też czuję niepokój związany z pytaniem, co dalej.

Obraz miał charakter katastroficzny. Przedstawiał wybuch wulkanu, strumienie lawy, płonący las i ludzi kurczących się w ogniu oraz znikających za krawędzią horyzontu. Dominowały w nim cztery kolory: czerń, biel, zieleń i czerwień, ostro kontrastujące ze sobą. Kompozycja tak bardzo przemawiała do wyobraźni, że gubernator nie mógł oderwać od niej wzroku studiując szczegóły.

Obraz rzeczywiście był inspirujący, skoro następnego ranka, po zdumiewająco dobrze przespanej nocy, przyszło gubernatorowi do głowy malowidło przedstawiające ludzi i organizacje, sprzyjające i wrogie programowi prokreacji. Było to wyobrażenie tak namacalne, że gubernator w wielkim pośpiechu zapisał na kartce wszystkie nazwiska i nazwy, jakie tylko zapamiętał. Notatki okazały się niezwykle użyteczne.

Temat żywiołów pojawiał się jeszcze niejednokrotnie w dziełach rządowych propagandzistów. Ich autorzy twierdzili, że nieszczęścia doznane przez społeczeństwo mogą paradoksalnie stać się niewyczerpalnym źródłem inspiracji twórczej. Autor obrazu „Palący ogień Apokalipsy” wyjaśnił, że ogrom nieszczęść tak go osaczył, że nie musiał modlić się o natchnienie.

*****

Na drodze rozwoju prokreacji pojawiały się przeszkody częściej niż czarny kot na drodze przesądnego księdza. Rząd musiał usuwać je po kolei i to szybko, bo czas naglił. Na wniosek stowarzyszenia Pobożne Matrony gubernator wydał walkę prezerwatywom, które w sposób bezpośredni i oczywisty blokowały przyrost naturalny. Chciał je całkowicie wyeliminować, podobnie jak i inne środki antykoncepcyjne. Ustawa o zakazie produkcji nie przeszła jednak w parlamencie; lobby producenckie okazało się silniejsze. Niektórzy członkowie Konserwy, a nawet rządu, mieli swoje udziały w produkcji środków antykoncepcyjnych. Był to biznes tak dochodowy, że jego lobbyści zyskali poparcie po obydwu stronach parlamentu.

1Shares

Król Kacyk I zabiera głos mocny jak dzwon

Król Kacyk I, milczący od kilku tygodni, zabrał głos. Stało się to w nocy o godzinie czwartej czterdzieści, kiedy zapiał kur prasowy, może nawet wcześniej. Mówił gromkim głosem, ale ponieważ mówił pod wiatr, nikt go nie słyszał. Jego słowa zanotowała jednak sekretarka, śpiąca nocą przy biurku jak zając z otwartymi oczami i widząca wszystko, nawet to, co w trawie piszczy.

Król mówił od serca, jak to zwykle on.

– Rodacy Indianie! Dzisiaj każdy może bełkotać do woli jak pijany szczur, albo i gorzej, jak schlany do nieprzytomności królik. My jesteśmy inni. Mam na myśli siebie, waszego ukochanego wodza, i moją drużynę, z którą rozgrywamy sprytne partyjki z wami jak i z drużynami zagranicznymi. To my, ja i moja drużyna, mieliśmy tyle inwencji, aby zmienić nasze rolnictwo nie do poznania: zamiast kukurydzy i buraków cukrowych zaczęliśmy siać zamęt i zamieszanie. To ważny dla kraju płodozmian.

Wszystko dzisiaj jest inne niż kilka lat wcześniej. Jesteśmy inni. Ja jestem inny. Wy jesteście inni. Wynika to z niestrawności, jaka ogarnęła świat. Widzę ją w oczach i umysłach naszej wielkiej rodziny indiańskiej, Ungarów, Italianów, LePen Maryjnych oraz Starszego Brata ze Wschodu, do której i my należymy.

Być politykiem znaczy dzisiaj mówić w taki sposób, żeby rozumieli przede wszystkim Bracia Indianie słuchający szumu Fal I, II i III, dobrych choć wysłużonych jak warzecha do zjełczałej zupy. Fale te stanowią naszą tubę prawdy. Przekażą one także moje serdeczne słowa i pozdrowienia.

Mamy wielkie osiągnięcia. Ja sam, wasz wódz, znam pewnego człowieka, syna kurtyzany i obszarnika, prowadzącego gospodarstwo jednohektarowe, gdzie hoduje dziki na potrzeby pijanych myśliwych, strzelających do zwierząt nowocześnie, z pistoletów maszynowych. Dziki nie są już nam potrzebne. Sama kurtyzana, rozumie się Japonka z krwi i kości, oryginalna jak Origami, jest wielką damą, panią na moim dworze. Pomagała mi i wciąż pomaga w realizacji wizji, jacy to jesteśmy mądrzy, dobrzy i sprawiedliwi, i jak dzielnie idziemy wciąż do przodu.

Jak wiecie, jestem człowiekiem spokojnym, wytrawnym politykiem, z dużym wyczuciem, co jest co, a co nie jest, umiejącym nakręcać i odkręcać ludzi, opinie i sytuacje. Jestem człowiekiem …. co ja mówię …jestem politykiem, a nie człowiekiem, eleganckim, zupełnie innym niż mój poprzednik, Czarna Stopa. Powiem wam całą prawdę o nim: najchętniej odżywiał się on, szczerze mówiąc, żarł – co zostało skrzętnie udokumentowane na filmie – słynne frutti di mare, zamiast naszego rodzimego indiańskiego kapuśniaku i ziemniaków ze słoniną. U niego cała para szła w gwizdek, u mnie natomiast cały gwizdek idzie w parę. To wielka i zasadnicza różnica. O Czarnej Stopie dodam jeszcze tylko, że jest podstępny, bo zwiódł mnie i uciekł na wielbłądzie na Wielkie Prerie, aby tam kopać dołki i mnie jak i wam szkodzić.

Aby poprawić wam samopoczucie, Drodzy Indiańscy Krajanie, przytoczę przykłady naszych osiągnięć. Mamy najczystsze miasta w Europie, najbielszy węgiel, najwięcej dzików, najgęstsze puszcze, najniżej płatnych dyrektorów firm państwowych oraz największą głowę państwa, która, mimo że jest tworem nowoczesnej technologii, przemawia jak żywa, a nawet obraca się automatycznie w kierunku, skąd wieje wiatr. Przypomniałem też sobie, że za czasów Czarnej Stopy mieliśmy wielkie i luksusowe hodowle koni, które kupowali jedynie nadziani ropą szejkowie. Teraz mamy hodowle małe i tak tanie, że każdy Indianin może kupić sobie konia prawie za bezcen. To nasze wielkie osiągnięcie na drodze realizacji idei równości, wolności, braterstwa oraz wyższych uposażeń dla Braci Nepotów, w czym wyraża się najdostojniej idea powszechnej sprawiedliwości.

Alby wam ulżyć, chciałem zbudować dwa wielkie wigwamy, większe niż Góry Abu Dhabi, abyście mogli patrzeć z ich szczytów na świat z rozjaśnionymi oczami, ale niestety rzucono mi kłody pod nogi. Nie jestem więc pewien zakończenia tej budowy, co mnie martwi tak bardzo, że stopy mi cierpną nawet wtedy, kiedy stoję w kolejce po ogórki małosolne.

W tej sytuacji postanowiłem, Drodzy Bracia Indianie, uszczęśliwić was czymś innym. Jako jednostka szczodra nad miarę, obiecuję wam złote góry, inaczej mówiąc góry złota, w postaci brzęczącej mamony: na dzieci, na wnuki, na starość, na co chcecie. Rzucam wam masę złota pod stopy, abyście do końca życia mogli jeść do woli słodkiej chałwy i marcepanu oraz pić, ile tylko zapragniecie, płynnego miodu i mleka oraz czarnej kawy. Kawę sam piję, bo dzięki niej mam jaśniejszy obraz rzeczywistości, który dla żartu chowam czasami za plecami.  

Kiedy już nasycicie się do woli moimi darami, będziecie błagać mnie na kolanach, abym dał wam więcej. I ja to zrobię, bo cenię was jak mało kto, szczególnie wasze umiłowanie dobrej władzy i pieniędzy. Zrobię to! Zapożyczę się, na trzy pokolenia do przodu, i sypnę wam złota jak lodu, jak szarańczy na pustyni, ile tylko zmieści się w waszych rodzinnych sakwach i emeryckich kieszeniach. Do tego dorzucę samochody elektryczne, po jednym na mieszkańca i po dwa dla osób najbardziej zasłużonych. Jeśli trzeba będzie, złożę wam jeszcze więcej obietnic. Taki już jestem, szczodry i kochający. Pamiętajcie tylko, aby na mnie głosować.

Szczerze Wam oddany,
Król Kacyk I,
pseudonim Złota Rączka

Czytaj Michaela Tequilęhttps://tinyurl.com/y895884p

3Shares