Iwan Iwanowicz i depresja. Część 2, ostatnia.

Kilka dni później, jak na ironię tuż przy budynku, gdzie wyrzuca się śmieci, los znowu mnie zetknął z Iwanem Iwanowiczem, osobnikiem twardym w dyskusji jak skala gibraltarska  hartowana wiatrami rządzącymi cieśniną między morzem a oceanem.

– Jak to jest możliwe? – Pyta pan, Michaelu Tequilowiczu. – Niech pan lepiej zapyta, jak to czynią? Już panu mówię. Tatuś pije, bije dzieci i żonę, krzyczy straszne słowa, przynosi wstyd sąsiadom i zakładowi pracy, nie wspominając ludzkości, zarzyga raz i drugi poczekalnię u lekarza jego samego nazywając konowałem od siedmiu boleści. Tak to się zaczyna. – Iwan Iwanowicz rześko podjął wątek urwany okolicznościami poprzedniego spotkania. – Albo, równe możliwe i tragiczne, mamusia chwali nieprzerwanie dziecko, kiedy wykazuje ono perfekcjonizm na przykład spędzając długie godziny nad kajetami, rysując precyzyjne obrazki, ucząc się, aby być pierwszym w klasie, żeby tylko oni, rodzice, byli szczęśliwi. I są szczęśliwi, że mają przykładne dziecko, które nie zrobi nic złego, nie rozbije nikomu okna, nie przeklnie brzydkim słowem, nie naruszy czyichś dóbr osobistych, nie bije się z rówieśnikami, aby pokazać, że jest samcem. Jest wyłącznie przykładnym uczniem żywiącym się pochwałami i radością rodziców, że jest takich udany.

– Co w tym złego, Iwanie Iwanowiczu? – Zapytałem z czystej ciekawości, ponieważ nie wierzyłem w przesadę spraw oczywistych.

– To, że owo pacholę wchodząc w życie, jest do niego kompletnie nieprzygotowane. Nie wie, co płeć przeciwna ma pod spódniczką, gdyż jest zbyt nieśmiały, aby to sprawdzić z czystej ciekawości lub z pierwszego miłosnego uniesienia, kieruje się oczekiwaniami innych a nie swoimi pragnieniami, przywiązuje chorobliwą wagę do wykonywania wszystkiego w sposób doskonały zamiast odwalać robotę, aby mieć ją z głowy, a nie wykonać w sposób zasługujący na pochwalę Najwyższego. To nie wszystko, drogi Michaelu Tequilowiczu! – Wykrzyknął samozwańczy ekspert medyczny widząc moje usta otwarte do następnego pytania.

– Czasy i ludzie sączą w dziecko filmy o okrucieństwach wojny, ociekających posoką potworach zgniatając w ten sposób jego wyobraźnię jak orzeszek laskowy, zamiast rzucić ją na otwarte przestrzenie piękna i słońca.

Zbliżaliśmy się do końca ulicy. Mój towarzysz zapewnił mnie szybko.

– Zmierzam do zakończenia opowiadania, ponieważ widzę już stragan z warzywami, gdzie muszę kupić sześć marchewek i trzy pietruszki, jeśli są mniejsze, lub dwie pietruszki, jeśli są większe. Takie otrzymałem polecenie. – Otóż taki młody człowiek staje się zaproszeniem in blanco do depresji czyhającej za rogiem z podniesioną pałką, jak policjant w komedii Charlesa Chaplina, aby wystąpić nagle jeden krok do przodu i uderzyć z cała mocą.

– Kończę już, rzekł Iwan Iwanowicz, zatrzymując się na krawędzi ulicy. – Jeśli ma pan dziecko i zauważy pan, że jest ono wyjątkowo spokojne, ulegle, nie ma oczekiwań, jest ideałem, to wiedz pan, że jest ono na najlepszej drodze do depresji. Życie dołoży mu jedno lub dwa cięższe przeżycia i depresja przyjdzie sama, nieproszona. Przeraź się więc pan jak najwcześniej i przeciwdziałaj! Mówi to panu obserwator życia, zdrowia i chorób, naturalnych i nienaturalnych, somatycznych, psychosomatycznych i psychicznych.

– Który wie, co mówi! – Dodałem od siebie, absolutnie szczerze.

Dokładnie tak. – Odparł Iwan Iwanowicz, po czym uścisnęliśmy sobie ręce serdecznie jak zrośnięci ze sobą bracia.

Tego dnia nie kupiłem nic na obiad, aby dokładnie przetrawić i przyswoić sobie wszystko, co powiedział mi Iwan Iwanowicz Iwanczyn.

Dom, gdzie straszy. Epizod 1. Zaktualizowany dnia 27 03 2015 godz. 7.37.

Tę historię opowiedział mi Iwan Iwanowicz Iwanczyn, człowiek trójkątnego pochodzenia, zdaje się cygańsko-polsko-rosyjskiego, co oznacza jednostkę z doświadczeniem wielonarodowym i potencjałem zarówno spokoju jak i wybuchowości. W rękach partii walczącej o władzę taki człowiek mógłby dać się obciążyć ładunkiem wybuchowym i zdetonować. Partie walczące o władzę umieją eksplodować ludzi na odległość, nawet trzy metry od telewizora.

Cytuję Iwana Iwanowicza:

Pierwszy raz zobaczyłem ten dom na spacerze; był wrośnięty fundamentem we wzgórze. Wkrótce poznałem jego mieszkańców, stojących mocno na podłodze. Okazało się, że jest to miejsce nawiedzone, gdzie czasem straszy, najczęściej jest jednak wesoło. Toczy się tu nieprzerwana walka żywiołów: męskiego i żeńskiego.Tak jest prawdopodobnie w każdym domu, chyba że ktoś jest bezdomny jak poglądy kandydatki Ogórek.

Dom stał samotnie zagubiony gdzieś między Polską a Indiami. – Kontynuował Iwan Iwanowicz. Poznałem to po stosach śmieci w lesie, równie wielkich i szpetnych jak w Indiach, co świadczy wyraźnie o istnieniu wspólnej kultury euroazjatyckiej. Kultury brudu.

Wewnątrz dom był podzielony na strefy wpływów. Jedną zamieszkał (raczej niż opanował) żywioł męski, dosyć wysokiego wzrostu, drugą opanował żywioł żeński, określony bardziej charakterem niż wzrostem. Były to żywioły domowe, bynajmniej jednak nieudomowione.

Żywioły toczyły nieprzerwaną walkę o prymat. Analizowałem ją systematycznie i powoli, jak bóbr rozgryzający temat, która partia i w jakim wymiarze stoi murem za „Skokiem”, instytucją specjalizującą się w skokach po cudze pieniądze na koszt państwa. – Iwan Iwanowicz skończył zdanie, po czym poprosił mnie o przysuniecie mu stołeczka, aby kontynuować relację. Siedząc już, kontynuował.

Żywioł żeński był w domu siłą dominującą, twórczą, kochającą porządek w stylu świętego Jarosława, nafaszerowanego patriotyzmem, historią i tradycją. – W tym momencie coś mocno zadźwięczało, lub tak mi się wydawało. Złotousty prelegent przerwał, wyciągnął z kieszeni komórkę i zaczął do niej szeptać. Kiedy rozłączył się, przeprosił mnie słowami: „Sorry, skończę opowiadanie następnym razem”.

Post Scriptum:

Gwarancja Satysfakcji: Wysoka jakość powieści „Sędzia od Świętego Jerzego” jest gwarantowana przez autora.

Czytelnikom, którzy z niezrozumiałych względów mogliby być niezadowoleni z lektury, oferuję kolejną formułę Gwarancji Przeprosin.

Przepraszam serdecznie za zawód, jaki sprawiłem Pani/Panu powieścią „Sędzia od Świętego Jerzego”. Rozumiem Pani/Pana rozczarowanie moim zdjęciem na okładce. Dzięki Pani/Panu wiem, że z taką facjatą nic sensownego nie można napisać. Proszę wejść na mój blog autorski i wpisać tam komentarz ostrzegający odwiedzających przed czytaniem czegokolwiek mojego autorstwa. Z wyrazami szacunku, Michael Tequila.

P.S. Powieść jest już nie tylko w księgarni internetowej Matras, lecz również w 178 księgarniach stacjonarnych i 28 księgarniach kafejkach Matras.

Link do najnowszej recenzji: http://chcecosznaczyc.blogspot.com/2015/03/co-wyjdzie-gdy-przyjedzie-australijski.html

Gorąco zachęcam do umieszczania w sklepach internetowych i na portalach czytelniczych opinii o książce, informacji ważnej dla innych czytelników.

 

Infekcja intymna

Infekcja intymna. Mówiła o niej kobieta w telewizji, instytucji, która już nie służy celom kulturalnym i edukacyjnym, tylko wyłącznie reklamowym. Reklamy w telewizji powinni oglądać miliarderzy, w drugiej kolejności milionerzy, w trzeciej rząd, który ma nadwyżki finansowe i nie wie, co z nimi zrobić.

Dzisiaj najlepszą inwestycją są leki. Kupuj leki, zwłaszcza Panadol, bo jest uniwersalny: na duży palec, na mały palec, ma długotrwałe i krótkotrwałe działanie, jest dobry dla dziecka, nastolatka, osoby dojrzałej i starca. To jest najpiękniejsze: dużo leków dla dzieci. Rodzice, dawajcie dzieciom leki!

Założę się, że lek dla dzieci jest dokładnie tym samym lekiem, który serwuje się dorosłym, może tylko dawka aktywnej substancji jest ociupinkę mniejsza. Jest za to więcej mleka w proszku. Od kozy oczywiście, bo jest bardziej tłuste.

Infekcja intymna jest wyobrażeniem z kategorii piękna, gdyż z intymnością kojarzy się tajemnica, bliskość, poczucie przynależności cielesnej lub innej, o której nawet boję się myśleć.

Podobne sytuacje zdarzają się przy stole śniadaniowym. Podsłuchałem, czego się nie wstydzę, konwersację zaszłą między Panem (mężczyzna) oraz Plebanem (kobieta). Nie mogę napisać „Plebanka”, bo brzmiałoby to jak Plebejka, a to byłoby „fe” albo i „be”, w zależności od tego, czy czytającym jest osoba powoli dochodząca do dorosłości czy też niewinne dzieciątko.

– O, jajko ugotowane na twardo! – Wykrzyknął Pan w zdumieniu, kiedy podano mu śniadanie.

– Nie chciałabym być kurą. Musi jej być przykro, kiedy zabierają jej jajko, aby je ugotować na twardo. –Rozżaliła się pani Pleban. To tak, jakby zabili jej dziecko.

Pani Pleban to osoba marzycielska, prawdopodobnie przedstawicielka Armii Zbawienia lub moralizatorka.

– No nie całkiem, bo jajko jest tylko potencjałem dziecka kury, jest potomkiem na etapie marzeń. Nie wiem nawet, czy tak bardzo upragnionym skoro kura może znieść od 230 do 320 jaj w ciągu roku. Jaka kura-matka jest w stanie oporządzić taką ilość potomstwa? – Podsumował Pan, mężczyzna o poetyckich aspiracjach i usposobieniu oraz częściowo rustykalnej przeszłości.

– Kogutowi też może być przykro. – Dorzuciła współczująco pani Pleban.

– Kogutowi!?

– Tak. Jako ojcu.

Pana zamurowało. Z bólu wypływającego ze współczucia niedoszłemu ojcu kurczaka przestał jeść. Dobrze mu tak. I tak je za dużo. Jak to panowie, burżuazja.

– Strasznie jestem śpiący. – Wyszeptał Pan przez zamykające się powoli usta po skonsumowaniu moralnie kontrowersyjnego jajka . – Senność po jedzeniu mnie zabija. Nie życzyłbym tego nawet moim wrogom. Kiedy to mówię, ogarnia mnie refleksja, że ja przecież nie mam wrogów, wobec czego nie życzę tego nawet wrogom moim przyjaciół. – Zakończył i zapadł w sen. Tak to się zachowuje zepsuta dobrobytem burżuazja.

Konwersacje na wzór przedstawionej wyolbrzymiają i udoskonalają rzeczywistość, która za oknem wygląda dzisiaj mgliście, ponuro i zimno.

Myślę, więc jestem. Jestem, więc piszę.

 

Karykatura  

Zstąpił z obrazu z czarnymi ramami. Zrazu zszokowany zmianą, otrząsnął się, ukląkł i modlił się. Bóg tchnął w niego życie. Klatka piersiowa zaczęła miarowo podnosić się i opadać. Zebrani na sali patrzyli na przemianę jak urzeczeni. Zapytany, kim jest, przedstawił się rzeczowo: – Jestem karykaturą posła Xawerego M, człowieka określonego politycznie na tyle, aby mieć swoją karykaturę.

– Rzadko się zdarza, aby ktoś przyznawał się, że jest karykaturą kogoś znanego. – Skomentował mordziasty poseł z partii opozycyjnej.

Karykatura zamieszkał w sali parlamentarnej, gdzie się pojawił, w obrazie trójwymiarowym, tuż obok fotela swego oryginału czyli Xawerego M.

Postać Karykatury była raczej osobliwa jak na polityka. Bardziej spokojny i wyważony niż pierwowzór, niekiedy nawet milczący, starał się mówić niewiele, lecz mądrze. Sam oryginał, Xawery M, był bardziej karykaturalny niż Karykatura. Pasjonat, gadał jak najęty, plótł androny o spadających samolotach i nie znosił siebie samego, o czym świadczyły wybuchy gniewu, kiedy coś mu się nie udało. Przeciwnicy polityczni uważali go za opętanego. Xawery był pobożny i nie znosił rządu, pełnego pychy. Za to nieprzerwanie ich ostrzeliwał zjadliwymi słowy. W chwilach uniesienia rząd i premier jawili mu się bardziej nikczemni niż jawnogrzesznica Magdalena i bardziej godni kary niż dotknięty trądem Hiob na początku swej niezwykłej kariery oddania Bogu.

Xawerego wielu usprawiedliwiało w jego szalonym postępowaniu, ponieważ – oprócz przypadłości gorzko-cierpkiego języka – cierpiał także na syndrom niespokojnych nóg. Miał dom na wzgórzu, dokąd udawał się, aby swobodnie rzucać kończynami dolnymi, jak w napadzie padaczki; potrafił wtedy także rżeć jak mustang na prerii. Widok był na tyle niemiły, że sam nie znosił widzieć siebie w lustrze. Na dolegliwości kończynowe brał lek, który – na dobrą sprawę – był karykaturą medykamentu, ponieważ był przeznaczony zasadniczo do zwalczania choroby Parkinsona, i tylko uboczny skutek działania błogosławiąco łagodził rozbiegane kończyny.

W porównaniu z oryginałem, Karykatura charakteryzował się większym nosem i małym kotem, który siedział u jego stóp na obrazie. Miał poczucie wyższości, ponieważ obraz ten wyszedł spod ręki znanego artysty prowadzącego otwarty warsztat karykatury na deptaku Monte Cassino w Sopocie.

Xawery M miał nos pokaźny, nie za duży, lecz aspirujący do wielkości, lecz nie to było najważniejsze. Xawery nie cierpiał siebie, kiedy był sam, w domu, ponieważ wiele osób otwarcie wieszało na nim psy za jego poglądy. Dlatego też nadymał się do niemożliwości, kiedy występował na sali parlamentarnej. Mówiono, że również dlatego, aby rozmiarowo zbliżyć się do Karykatury.

Czasami Karykatura i Ksawery zamieniali się rolami. Mało kto to zauważał, tak doskonale grali swoje role. Nie można było rozpoznać, kto jest kto, z wyjątkiem nosa oczywiście.

Kiedy nadszedł czas i Xawery odszedł na emeryturę partyjną, Karykatura został jego następcą, repliką, cieniem, odzwierciedleniem i sobowtórem. Dokładną ilość tych ról określał testament Xawerego, który w swojej szczodrobliwości zapisał Karykaturze także swój wizerunek poselski, fotel parlamentarny i laptop, którego nie używał. Podmiany Xawerego na Karykaturę nikt nie zauważył.

W parlamencie nic się nie zmieniło, była ta sama postać, tylko nieco bardziej milcząca. Było ciszej i z mniejszą ilością przekleństw. Inni parlamentarzyści i goście, słabiej znający polityka, dociekali przyczyn zmian. – Dlaczego jesteś taki spokojny? Nie przeklinasz, nie cieszysz się, nie rzuca tobą po podłodze, mniej mówisz o obiektach latających.

– Zmieniłem się.- Odpowiadał z godnością Karykatura vel Xawery prostując plecy i gładząc intensywnie duży nos i siwą szpicbródkę w celu wzbudzenia tajemnych mocy przed kolejnym atakiem na rząd, państwo i podłą rzeczywistość.

 

 

Ranek po bożemu

Wychodząc na korytarz, aby sprawdzić czy dzień już czeka za progiem z dobrymi wiadomościami, natknąłem się niespodziewanie na Iwana Iwanowicza Iwanczyna, osobę dobrze mi znaną. Było to spotkanie nienormalne, gdyż normalnie spotykam go w drodze do sklepu.

– Co pan tu robi? – Wykrzyknąłem zaskoczony obecnością żywej istoty za progiem.

– Nic specjalnego. Ja tutaj mieszkam.

– Tu, na progu? -Zapytałem niedowierzająco oglądając się za siennikiem lub materacem. Od razu przypomnieli mi się nędzarze z Indii, posegregowani od wieków w kasty wedle skali niedotykalności-dotykalności oraz ubogi-bardziej ubogi. W tej drugiej kategorii klasa najniższa zaczyna się od nieposiadania czegokolwiek, z wyjątkiem ciała, gdyż w warunkach bezbrzeżnego ubóstwa trudno jest myśleć o posiadaniu duszy. Wyżej stoi już osoba z garnuszkiem, w który zbiera datki, następnie ktoś nieporównywalnie bogatszy, lokalnie może nawet i bogacz, gdyż ma garnuszek i łyżkę. Jeszcze wyżej stoi gość z materacem, o którym myślałbym, czy nie nazwać go lokalnym prawie-Krezusem. Odepchnąłem jednak myśl, aby skończyć konwersację z Iwanem Iwanowiczem.

– Wpadłem z rana, aby świeżutkim cytatem z Marka Twaina pobudzić pański umysł murszejący wskutek niedostatku snu i myśli błądzących po manowcach.

– Skąd pan go zna? – Zapytałem mając na myśli cytat. Nie było to pytanie tak oryginalne, jakie zadaje pracownikom szef z samego rana. Ja już sobie tego nie przypominam, gdyż już od kilku lat jestem szczęśliwie bezrobotny, to znaczy zatrudniam siebie w roli pisarza blogów i jednej poważnej powieści (w procesie wydawniczym). Finansowo jest to zatrudnienie na poziomie indyjskim, gdyż pisarz nie tylko, że nic nie zarabia, to jeszcze dopłaca do wydania. Rozmyślania przerwał mi Iwan Iwanowicz.

– Myśl należy do Marka Twaina i jest następująca: Żyjmy tak, że kiedy umrzemy, to zasmuci się nawet przedsiębiorca pogrzebowy. – Podał werbalnie starzec, po czym odczytał z karteczki po angielsku: (Let us so live that when we die even the undertaker will be sorry”).

– Skąd pan to ma? – Pytanie było odpowiedzią na przyjemność, jaką sprawił mi cytator stymulującą myślą, część spadku ludzkości po wybitnym pisarzu, Einsteinie celnych powiedzeń.

– To z książki „Your Daily Walk with the Great Minds” Richarda Singera Juniora. Była to książka roku 2006 w kategorii nonfiction. Są tam cytaty na każdy dzien. Dzisiejszy panu właśnie przeczytałem.

Uścisnąłem serdecznie przemiłego starca i zaprosiłem na filiżankę kawy, lecz odmówił. To nara. – Rzucił mi na pożegnanie, po czym dodał: Have a good day, mate!

Domyśliłem się, świeżo wrócił z Australii albo jest aborygenem zamieszkałym w Polsce. Ciemna cera, szeroka broda i masywny nos, który kiedyś wydawał mi się skromniejszy, mogły o tym świadczyć.

Pobudzony ożywczym powiewem myśli Marka Twaina wróciłem do mieszkania, w porywie niespotykanego entuzjazmu scałowałem ślady, jakie czterdzieści lat wcześniej pozostawiła mi na duszy kochanka i zacząłem intensywnie myśleć, jak tu doprowadzić się do ładu.

– Najpierw zrobię porządek wokół siebie, aby myśli łatwiej mi się układały. – Zdecydowałem tak szybko, że nie zdążyłem nawet zapamiętać, co postanowiłem.

Dobrze jest wystartować wczesnym rankiem i po bożemu powitać dzień i niespodziewanych gości.

Syndrom Niespokojnych Nóg

Rzadko ostatnio widuję Wiktora, ucieszyłem się więc, kiedy usłyszałem dzwonek do drzwi. Stał za nimi mój przyjaciel w stroju wskazującym gotowość pójścia na spacer lub powrotu z takowegoż.

Cześć spacerowi! Rzucił Wiktor nonszalancko i wyjaśnił. Nie mówię „Cześć pracy”, bo ty jak zwykle pracujesz, zamiast chodzić na spacer.

Bez pracy nie ma kołaczy, Wiktorze.

Oczywiście. Zgadzam się z tobą co do ostatniego okrucha. Nie myśl, że ja nie pracuję. Zaraz przedstawię ci mój debiut literacki, który na wzór Henryka Sienkiewicza napisałem ku pokrzepieniu serc rodaków. Gotów jesteś wysłuchać mojego opowiadania? Nie jest zbyt długie. Jest o rzucaniu.

O rzucaniu? – Moje pytanie było chyba jak najbardziej uzasadnione.

Wiktor zaczął bez dalszych wstępów.

Starszy facet zjawił się u doktora i wyjaśnił, że nie może spać, ponieważ nie może znaleźć dobrej pozycji w łóżku. Mam niespokojne nogi. – Dodał.

Proszę pana! Sytuacja jest prosta jak drut nawijany na transformator.- Lekarz z entuzjazmem postawił diagnozę. To syndrom niespokojnych nóg, choroba, która szerzy się u nas jak pożar buszu australijskiego. Nie przesadzę, jeśli powiem, że połowa moich pacjentów boryka się z tym problemem. A jak to się objawia u pana?

No właśnie, panie doktorze. Wyszedłem wczoraj na spacer i nogi moje oszalały. Latały na wszystkie strony jak łyżwy na lodowisku. W pewnym momencie rzuciłem jedną z nich tak energicznie, że poleciała w krzaki. Beznadziejna sytuacja. – Pomyślałem. Zacząłem szukać, ale bez skutku. Krzaki były niezwykle gęste, ani znaleźć zguby. Pół godziny później odzyskałem nogę prawie cudem. Facet przechodził z psem i ten mi ja przywlókł. Byłem wdzięczny zwierzęciu, a równocześnie zły.

Dlaczego miałby pan być zły?

Bo był mocno pogryziona. Fatalnie wyglądała. Nie byłem nawet pewien, czy to moja, ale poznałem po nogawce i pantoflu.

No to miał pan szczęście. W czym ja mogę teraz panu pomóc?- Lekarz zadał pytanie, które w dobie nieprzerwanego postępu przyklejają sobie do ust pracownicy sektora usług obsługujący klientów: sprzedawcy, aptekarki, lekarze, mechanicy samochodowi, dorabiacze kluczy, naukowcy i sprzątaczki.

Nich mi pan zapisze jakieś lekarstwo, abym drugi raz nie odrzucił mojej nogi w krzaki.

Zapiszę panu lek, który złagodzi problem. Dodam, że i tak miał pan szczęście.

Ja? Jak to?

Słyszał pan o Iwanie Miczurinie, wielkim naukowcu radzieckim?

Słyszałem. To ten, który krzyżował rośliny, aby je uszlachetnić i zaadaptować do trudnych warunków klimatycznych byłego Związku radzieckiego.

No właśnie. Też miał syndrom niespokojnych nóg. Wykonując proste ćwiczenie jogi, tak nieszczęśliwe skrzyżował nogi, że nie mógł się załatwić. Nogi mu się poplątały. To było przyczyną jego zgonu.

Wiktor skończył opowiadanie i spojrzał na mnie pytająco. Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Postanowiłem być umiarkowanie pozytywny.

Początek utworu był niezły; interesujący i zachęcający do dalszego czytania. Zakończenie było również dobre, niespodziewane i zaskakujące. Co do środka, to nie umiem tego dobrze sklasyfikować. W sumie, wykazujesz się znajomością tematu i masz zalążki talentu narracji. Znasz również świat nauki. Jak na debiutanta, to nieźle. Gratuluję ci, Wiktorze. A poza tym, to czemu piszesz takie głupoty?

Jeśli to są głupoty, to jest u nas wiele rzeczy głupich. Parlamentarzyści, którzy głosują przeciw własnej partii, ośrodki zdrowia, gdzie recepcja odmawia wykonywania fotokopii recept, chyba dlatego, aby ich nie fałszowano, kiedy bez przeszkód możesz zrobić sobie fotokopię sto metrów dalej, opiekunki starszych osób, odmawiające umycia patelni, ponieważ jest to dla niej „poniżające” czy też dyrektor szpitala, który wbrew prawu odmawia dokonania aborcji płodu, który nie ma mózgu. W tym kontekście moje opowiadanie jest zupełnie do przyjęcia.

Przekonałeś mnie, Wiktorze. Jeśli napisałeś to miniopowiadanie dla pocieszenia serc, to mnie pocieszyłeś. Zasługujesz na dobrą kawę wzmocnioną alkoholem.

Rano? Kto pije alkohol rano? No dobrze, wypiję kawę z alkoholem. Nie czuję się dziś zbyt pewnie na nogach. Jakoś tak mi latają.

Wiktora Nikanora Władysławowicza poranny zapis z pamięci

Tylko nazwisko miał rosyjskie. Sam siebie tak ochrzcił dwie minuty wcześniej, dla rozrywki, w ramach ekwilibrystyki słownej, którą uprawiał jego umysł za łagodnym przyzwoleniem właściciela. Reszta organicznej postaci Wiktora Nikanora Władysławowicza była rodzimej, polskiej produkcji. Od stóp do głów, jak mówi porzekadło, którego treść można przekształcić, przetransponować, przerobić, zmodyfikować, zmienić, aby dostosować do pożądanej sytuacji zależnej wyłącznie od elastyczności umysłu i swobody logiki autora. Igraszki słowne były ulubioną poranną rozrywką Wiktora.

W jego życiu małe rzeczy stawały się wielkimi, ponieważ wielkie były w deficycie. – Tak chyba wygląda życie każdego z nas, z wyjątkiem ludzi z wyobraźnią i szczególnie uprzywilejowanych przez los. Małe rzeczy można nadmuchiwać do rangi wielkich, nadawać im nowe kształty, wymiary i wartości. Nie jest to przywilej tylko poety białych wierszy lub pisarza rzeczy drobnych, śniących o rzeczach wielkich. W istocie rzeczy, skoro o niej mówimy, Wiktor nie tylko o nich marzył o nich, ale i doprowadzał je do istnienia pisząc bardziej lub mniej znaczące treści.

Tupot nóg nad głową stał się wyraźniejszy, bardziej rytmiczny, trwał, upadał, powstawał z klęczek, znowu trwał i kończył się. Dzieciak biegał nad sufitem, piętro wyżej, demonstrując przywiązanie do ruchu bez zaangażowania umysłu. – To przyjdzie później, pomyślał Wiktor, albo i nie, w zależności od tego, czy rodzice pomogą mu nauczyć się odrobiny samotnosci, budząc i kształtując jego wyobraźnię, pamięć, uwagę i nawyki, krótko mówiąc – samoświadomość.

Aby wykoleić tupot nóg, jeśli nie stłumić, co byłoby najbardziej pożądane, Wiktor usiłował włączyć radio sięgając ręką głęboko za szafkę, na której tkwił jak przysłowiowy kołek w płocie telewizor broniony przez długą lampę stojącą na podłodze. Nieosiąganie pożądanych skutków było coraz częściej jego udziałem. Zwykłe przedmioty stawały mu na drodze przysłowiowym okoniem i odmawiały współpracy, podporządkowania się. To dorobek starzenia się, wątpliwego przywileju nadanego przez Boga każdemu z nas. Alternatywą dla korzystania z przywileju jest dobrowolne odejście do krainy spokojnych snów (lub wiecznych polowań, jeśli jesteś Indianinem).

Powyższe stanowi niezakończony zapis pamięci poczyniony między godzina 6.35 a 7.05 rano, przerwany i zakończony nerwowym brzęczeniem pszczoły na oknie za zasłoną. Wiktor wstał, otworzył okno z cichym hasłem w pamięci: Nie zabijaj!, milczącym pisemnym przypomnieniem Boga. Wypuścił owada na wolność. Przyniosło to ulgę jemu i temu drugiemu zwierzęciu, być może także i Bogu, jeśli miał czas to zauważyć w nawale spraw codziennych.

 

Miniopowiadanie: Wycieraczka Przewodniczącego

Objawienia są trwałym zjawiskiem parlamentarnym – autorytatywnie stwierdził Przewodniczący Parlamentarnej Komisji ds. Tajemnych, w skrócie PKT. Jego wysoka i chuda postać górowała nad członkami komisji zebranymi dla oceny faktu znalezienia skrzydła samolotu na wycieraczce.

Wyszedłem rano z mieszkania, aby zobaczyć, czy PO jeszcze żyje, patrzę, patrzę i oczom nie wierzę – rozpoczął Przewodniczący lekko dusząc się z nadmiaru emocji. Patrzę, a na mojej wycieraczce leży ogromne skrzydło samolotu. Podrapałem się po głowie i zadałem sobie pytanie: kto je tutaj podrzucił? Pierwszy przyszedł mi na myśl czarny kot, który przebiegł mi wczoraj drogę, a następnie baba z pustymi wiadrami, którą widziałem ostatnio późną nocą w Sejmie. Siedziała w ostatnim rzędzie i piła „Czystą Żytnią” z zakrętki pojemnika na płyn „Borygo”. Jak Państwu wiadomo, baba z pustymi wiadrami oznacza nieszczęście.

Kota od razu wyeliminowałem, ponieważ nie dałby on rady udźwignąć skrzydła. Z eliminacją baby było trudniej. Gdybym ją wyeliminował z listy podejrzanych, organizacje feministyczne oraz „Stowarzyszenie In vitro” zjadłyby mnie na śniadanie bez żenady i bez przypraw. Tym niemniej babę też wyeliminowałem kierując się moją niezawodną intuicją. Pozostał mi jeszcze pies sąsiada. To podłe zwierzę, proszę mi wierzyć. Sąsiad jest ogrodnikiem i jego pies sam nie zje i drugiemu nie da. Tak, pomyślałem, to on musiał podrzucić mi skrzydło, gdyż było dla niego za twarde. On ma sztuczną szczękę i nie poradziłby sobie z metalem. Posiadanie szczęki ukrywa przed społeczeństwem podobnie jak Tusk, które udaje, że ma naturalne zęby. Zauważyliście Państwo, jak on się sztucznie uśmiecha?

Jakby mu zęby ścierpły – zaobserwowała życzliwie członkini komisji odrywając się na chwilę od partyjki pasjansa, którą układała sobie pod fotelem.

Tak, to doskonała obserwacja. Dziękuję pani – Przewodniczący Macierewicz zaczął klaskać w dłonie z entuzjazmem, po czym wyjął malutki notesik i dyskretnie zanotował nazwisko posłanki pod hasłem „Kandydaci do PiS”.

Aby ostatecznie przyjąć lub odrzucić psa jako sprawcę podrzucenia skrzydła, zastosowałem metodę organoleptyczną i obwąchałem skrzydło. Pies już wcześniej kilka razy sikał mi na wycieraczkę, dając tym niezbity dowód, że gotów jest kontynuować proceder sprawiania mi wrednych niespodzianek. Podejrzewam go o przynależność do PO lub PSL, ewentualnie SLD. Niestety, nic nie wskazywało, że to on to zrobił. Możliwe, że było dla niego za wysoko, bo to zwykły wyżeł skoligacony z pudlem rasy niderlandzkiej.

No i jak ustalił pan w końcu, Panie Przewodniczący, kto podrzucił panu to skrzydło? – życzliwie zapytał członek komisji skoligacony politycznie z Przewodniczącym Macierewiczem.

Sprawa wyjaśniła się sama. Godzinę później otrzymałem SMS od przyjaciół. Przewodniczący wyjął telefon komórkowy z prawej kieszeni, odwinął go z celofanu i otworzył. Cytuję ich komunikat. Cześć Przewo! Skrzydło znaleźliśmy w lesie. Stop. Jest z drugiej wojny światowej. Stop. Pomyśleliśmy, że cię to zainteresuje. Stop. Zostawiliśmy na wycieraczce. Stop. Potwierdź odbiór. Stop. Pozdro. Stop. Ziutkowie. Tak to więc, proszę Szanownej Komisji, zdobyłem nowy dowód potwierdzający fakt eksplozji w samolocie w Smoleńsku. Zaraz go Państwo zobaczycie.

Przewodniczący nacisnął duży czerwony przycisk na telefonie komórkowym i za chwilę na salę wjechało na wielkiej platformie rozerwane wybuchem skrzydło samolotu. Z jednej strony podtrzymywał je pies sąsiada, z drugiej czarny kot, a środkiem szła baba z pustymi wiadrami. Za nimi postępował z powagą długi kondukt pogrzebowy.

 

Miniopowiadanie: Perwersja i niewinność

Wśród nadzwyczajnych wydarzeń światowych Chiny i referendum w Warszawie schowały się do mysiej dziurki a na plan pierwszy wysunęło się zdarzenie, które zaskarbiło sobie ciepłe miejsce w sercu każdego wrażliwego obywatela i obywatelki. Wydarzeniem tym były słowa Wysokiego Urzędnika „Bliskości z Bogiem”, wszechświatowej organizacji, która organizuje przepływ myśli i uczuć między człowiekiem a Stwórcą.

Ów Wysoki Urzędnik, dla porządku nazwijmy go WU, oświadczył z wielkim żalem, że źródłem zła w świecie ducha i ciała są nieletnie dzieci. Była to wypowiedź równie śmiała, co odkrywcza.
Czy możesz, Wielki Mistrzu, uchylić rąbka tajemnicy dotyczącej dochodzenia, jakie przeprowadziłeś w tej materii? – zapytał jeden z pomniejszych urzędników, też służących Panu Bogu.

Dzisiejsza dziatwa, która kochaliśmy zawsze i nade wszystko, jest zepsuta jak zegarek rozdeptany przez słonia – WU zawahał się, czy objawić całą czeluść piekielną – przez co skłonna do pedofilii – dodał opuszczając oczy ze wstydu. Znam to z relacji braci oraz moich własnych obserwacji – oświadczył z powagą poprawiając swoje okulary krótkowidza, aby dodać braciom otuchy.

Przykładem może być ośmioletnie pacholę męskie żyjące w gorącym klimacie. Patrzy ono pożądliwie na niewinnego kapłana i kiedy tylko znajdą się sam na sam, zagląda mu pod suknię, wślizguje się pod nią i dotyka bezwstydnymi rękami a nawet całuje jego ciało.
Bracia zamarli z przerażenia.

Gorzej, każe się fotografować i jeszcze mocniej dotykać. Nago! – potrafi taki krzyknąć na swą ofiarę, kiedy ta broni się przed rozbieraniem.

I cóż ma począć niewinny brat w takim momencie? – padło niespokojne, pełne troski pytanie.

Brat jest niepewny i zdezorientowany, tym bardziej, że może mieć problemy zawodowe, rodzinne i kucharskie.

Jak to kucharskie? – oczy słuchających wyrażały niezrozumienie.

Brat nasz, żyjąc w ubóstwie – cierpliwie wyjaśniał Wysoki Urzędnik – sam sobie musi naprawiać sandały, sprzątać oraz gotować potrawy na maszynce spirytusowej. Nie ma co się dziwić, że przypali je od czasu do czasu, co dla każdego jest wstrząsem – WU uronił łzę, a może nawet kilka, wielkich jak najurodziwsze perły hodowlane z Broom, i z wyraźnym bólem kontynuował opowieść. Brat nasz nie potrafi dać małoletniemu pedofilowi odporu, gdyż ten go szantażuje.

Ascetyczne twarze zebranych wydłużały się chłonąc każde słowo. Otóż ten mały potwór – kontynuował WU – szepcze bratu do ucha łagodnym jak puch głosem, że jeśli rzeknie komuś choćby słówko o dotyku i pieszczotach, to Bóg mu tego nie wybaczy; co gorsza, dowie się o tym jego przełożony. Wstyd, strach i niepewność ogarniają niewinną ofiarę, która nie ma innego wyjścia jak ulec małoletniemu lubieżnikowi.

Czy są jeszcze, Wielebny Wysoki Urzędniku, inne fakty świadczące o zgniłej moralności i wyuzdaniu małolatów? – pytania zalewały WU kaskadą troski o losy kapłaństwa.

O tak, trafiłeś bracie w 10-kę jak w grze w bierki lub 21-kę jak w grze w pokera. Takie z pozoru niewinne małolaty w wieku 8 czy 12 lat, przekupują swoje ofiary oferując im pieniądze na cukierki, gumę do żucia i zabawki, kiedy sami wożą swoje wypasłe brzuchy pięknymi samochodami w cieniu palm lub sosen.

WU nie był w stanie obnażać dalej strasznej prawdy, gdyż się rozpłakał. Cały naród rzucił się do piór, długopisów i klawiatur komputerowych, aby okazać znak solidarności z zagubionymi i zdezorientowanymi sługami bożymi wykorzystywanymi przez perwersyjne dzieci.

O tempora, o mores!

Miniopowiadanie: Mroczna historia życia Jara Jarosławowicza

Jar Jarosławowicz już od dziecka pożądał władzy. Kiedy inne maleństwa umilały sobie czas zabawkami, on śmigał na rowerku po „Parku Marzeń” w poszukiwaniu metod panowania nad światem. Z ambitnego dziecka wyrósł wkrótce dzielny młodzieniec, który dzięki wytrwałym ćwiczeniom ze sztangą ukształtował swe ciało na wzór niezbyt wyrośniętego kulturysty.
Pochodzenie Jara jest znane tylko do pierwszego pokolenia wstecz. Rzeczone wstecznictwo zakorzeniło się w nim głęboko, nie przeszkadzało mu jednak w prowadzeniu szczęśliwego życia. Wcześniejsze pokolenia Jara Jarosławowicza, dziadków, pradziadków, prapradziadków i praprapradziadków, otaczają mroczne tajemnice, głównie Wieków Średnich, kiedy żyły jeszcze czarownice powołane do istnienia przez Inkwizycję w celu palenia ich na stosie. JJ, jak pieszczotliwie nazywali go koledzy i koleżanki pasjonujący się literaturą amerykańską, zapożyczył sobie z owych czasów głęboką wiarę w Boga, wydarzenia katastroficzne, czarownice i stos, który ogniem oczyszcza niewiernych z niewłaściwych poglądów.
Infidele żyją nie tylko w świecie muzułmańskim, u nas ich także nie brakuje – zwykł mawiać nasz JJ.
Jar Jarosławowicz rozmawiał niekiedy o tych sprawach z czarnym kotem, swoim jedynym przyjacielem, który z przybłędy stał się jego adoratorem i konfidentem.
Chyba jutro założę partię polityczną – zdecydował JJ pewnego dnia patrząc z uwielbieniem w żółte kocie oczy przyjaciela.
Dopiero jutro? – czarny jak smoła zwierzak przypominający mroki Średniowiecza spytał powściągliwe, aby nie denerwować Założyciela Nowej Partii. Jestem zwolennikiem natychmiastowego działania – podkreślił kot masując delikatne wąsiki prawą łapką. Lewą łapką stawiał kabałę w celu obliczenia szans JJ zdobycia niepodzielnej władzy.
Brak mi jeszcze dobrej nazwy dla mojej formacji politycznej – odparł Jar wertując podręcznik ekonomii politycznej w poszukiwaniu idei, jaka to mogłaby być za partia.
A program partii już masz? – dociekał kot wyprowadzając z równowagi rozmówcę swym nieprzemyślanym pytaniem. Przyznajmy, że beznadziejnym w treści, o ile nie w formie.Po jaką cholerę mi program polityczny?! – oburzył się zapytany wznosząc ręce ku niebu w geście wzywającym Opatrzność na świadka, że jego partia nie potrzebuje programu. Nam wystarcza idea przewodnia: „Tylko my znamy prawdę”.

Po przygotowaniu transparentów i logo partia była gotowa. JJ nazwał ją Partią Rycerzy. W dyskusji z kotem, który wspierał go czterema łapami w budowie dobrobytu dla społeczeństwa gnębionego przez rząd Satrapy, Jar wyjaśnił szeptem: Z racji naszych rycerskich przyłbic i hełmów, przylgnęła do nas nazwa: Zakute Łby. Ma ona niewątpliwie swój urok i głębię, ale ja wolę oficjalną nazwę „Partia Rycerzy”.
Co o tym sądzisz? – zwrócił się Jar do czarnego futerka, lecz nie otrzymał odpowiedzi, gdyż zagłębiło się ono w marzenia senne o myszach, które w imieniu Partii Rycerzy uchronią naród przed myśleniem o dobrobycie i przyszłości.