Pamiętnik dojrzałego świrusa. Powieść. Odc. 2: Abonament

Po wizycie w piekarni odwiedzam sklep mięsny, od niedawna zwany wędliniarnią. Tam też pracują znane mi sprzedawczynie. Kiedy wchodzę do środka i widzę je krzątające się za ladą, przypominają mi łanie na skraju lasu. Wszystkie bez wyjątku są brunetkami. Jestem przekonany, że specjalnie tak się dobrały. To znaczy, że tak dobrał je kierownik, który jest właścicielem sklepu.

Jak o tym pomyślałem, od razu pojawił się dylemat, czy to kierownik jest właścicielem sklepu, czy też właściciel sklepu jest kierownikiem. Szukam odpowiedzi na te pytania, stojąc w kolejce. Po chwili zapominam, czego szukam, bo naprzeciw jest już ekspedientka. To ta, którą najbardziej lubię i która mnie lubi, bo uśmiecha się do mnie szeroko. Robi mi się wtedy jaśniej w oczach i mrówki chodzą po plecach.

Czarnula ubiega moje słowa i wypowiada formułkę handlową okraszając ją uśmiechem.

– Pan jak zawsze to samo. Czyli kiełbasę swojską?

Chyba domyśla się, że bez uśmiechu nie przyjąłbym jej pytania. Taki już jestem. Lubię kulturalną obsługę. Chwilę przypominam sobie, czy ma to być swoja czy swojska, kiwam głową, że tak, i dodaję:

– Ta druga.

To oszczędnościowy model zachowania, też bardzo pozytywny.

Kiedy ekspedientka przygotowuje mi towar, przypominam sobie sprawę abonamentu. Zaproponowałem kiedyś, kupując zawsze tę samą ulubioną kiełbasę, że chciałbym mieć na nią abonament miesięczny.

– To bardzo dobre rozwiązanie. Przychodzę tu regularnie i kupuję tę samą wędlinę, zawsze pół pęta. Czasem zapominam jej nazwy. Abonament by to uprościł. Dałby wam gwarancję regularnych zakupów i dochodów, a wy mnie mnie gwarancję, że otrzymam w terminie kiełbasę swojską a nie swoją.

Po cichej konsultacji z koleżankami sprzedawczyni skierowała mnie do kierownika sklepu zasłaniając się, że decyzja o abonamencie na kiełbasę przekracza ich poziom uprawnień.

– To rozwiązanie wydaje nam się tak nowoczesne, że nie jesteśmy w stanie udźwignąć ciężaru odpowiedzialności – powiedziała uprzejmie, uśmiechając się tylko nieznacznie. Przez chwilę zastanawiałem się, jak rozumieć jej niepełny uśmiech.

Umówiła mnie telefonicznie z kierownikiem. Następnego dnia rano spotkałem się z nim. Kiedy go zobaczyłem, od razu przypomniał mi się obraz mongolskiego rzeźnika z szesnastego wieku, z wielkim nożem w reku, którym zaszlachtował niewinną owieczkę.  

Podyskutowaliśmy. Sprawa rozmyła się z braku przepisów określających, czy sklep wędliniarski może czy nie może sprzedawać towar na abonament, a jeśli tak, to na jakich dokładnie warunkach. Jestem dociekliwy, bo jestem matematykiem z zawodu i lubię upewnić się, że dwa i dwa to cztery.

Rozmowa z kierownikiem sklepu, który jest także jego właścicielem, albo na odwrót, czego jeszcze nie rozstrzygnąłem, umocniła mnie w przekonaniu, że rozpocząłem dobrze kolejny dzień.

0Shares

Pamiętnik dojrzałego świrusa. Powieść. Odc. 1: Wspomnienia dnia

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie Indywidualizm-Narziss_Benczur-narcissus_II-pub-dom.jpg

Drodzy Czytelnicy,

W zamierzeniu jest to powieść fantasy o człowieku żyjącym między normalnością i nienormalnością, szukającym własnej drogi, usiłującym dostosować się do zmieniających się warunków otoczenia. Faktem jest, że jako społeczeństwo mamy coraz większą ilość osób w depresji, przeżywających stres, zagubionych, nie radzących sobie; to wszystko stanowi dla mnie pożywkę w pisaniu tej powieści. Tematów mi nie brakuje; problemem jest ułożenie ich w jakąś spójną, logiczną całość.

Nie mam planu powieści, fabuły czy określonych bohaterów, mam tylko pewne założenia i wyobrażenie o czym chcę pisać. Będę poruszać się trochę po omacku i jest prawdopodobne, że będę wracać do niektórych wpisów i je modyfikować. Jeśli będą to większe zmiany, zawiadomię.

Będzie mi miło, jeśli zechcecie mi towarzyszyć w tej podróży literackiej wracając tutaj i czytając kolejne blogi, a także przedstawiając komentarze, które zawsze czytam z uwagą. Bardzo chętnie poznałbym także wasze sugestie wątków i postaci, które widzielibyście w tej powieści.

Pozdrawiam serdecznie,

Michael Tequila

Odcinek 1:

Późnym wieczorem, leżąc wygodnie w łóżku, patrzę w sufit. Jest nierówny, pofałdowany. Usiłuję to zrozumieć, ponieważ mam precyzyjny umysł, ostry jak brzytwa. Podsuwa mi on myśl, że to znaczy, że mam nierówno pod sufitem.

– Czy to dobrze czy źle? – zadaję mu pytanie.

Odpowiada mi po chwili, że dobrze.

– No bo o czym miałbyś pisać, gdybyś miał równo pod sufitem? Sufit jest podstawą wszystkiego, punktem odniesienia, powierzchnią centralną, pod którą dzieją się rzeczy niesamowite. To twój świat.

Zgadzam się bez kłótni. Bo i po co się kłócić, jak można żyć w zgodzie z własnym umysłem?

Uspokoiwszy się, przypominam sobie miniony dzień. Także inne, wcześniejsze dni. Widzę, że są podobne.

Kładę się spać o godzinie dwudziestej trzeciej trzydzieści i budzę się o dwudziestej trzeciej czterdzieści pięć, dokładnie kwadrans przed północą. Bardzo mnie to cieszy, bo cenię punktualność. Budzę się i martwię przez chwilę, że nie widzę sufitu, tam, wysoko w górze, i tego, że jest on nierówny. Trwa to chwilę. Uspokoiwszy się, wracam do początku mojej opowieści.

Myślę, że tytuł „Piszę pamiętnik” brzmi dumnie. Może nawet służyć jako tytuł powieści. To mnie mobilizuje. Może to być jakiś omen nomen, który zawsze wygrywa. Odrzucam tę myśl, bo to niepotrzebna dygresja, po czym zapadam w sen. W nocy śni mi się, że chodzę do toalety. I to kilka razy. Dziwne, ale wcale mnie to nie dziwi.

Rano idę do piekarni. Stojąc w kolejce, którą ze względu na rozmiar nazwę kolejeczką, przypatruję się sprzedawczyni. Jest to ta sama osoba, co poprzedniego dnia: blondynka, nieco umączona, średniego wzrostu, budowa cielesna w sam raz. Pozdrawiamy się, po czym kupuję bułeczkę. Płacę, ale nie wychodzę. Kobieta patrzy na mnie pytająco. Widzę, że ciężko oddycha. Daję jej czas na domysł. Nie udaje jej się jednak zrealizować postawionego przeze mnie celu. Chyba się zagubiła, bo pyta:

– Czy pan jeszcze sobie czegoś życzy?

Ucieszony, że weszła na właściwy tor, proszę o błogosławieństwo na drogę. Nieco zdziwiona, nie wiem dlaczego, bo prosiłem ją o to wcześniej już kilka razy, udziela mi go. Uspokojony wychodzę. Na odchodnym, rzucam swobodnie słowami, które rozsypują się przed piekareczką niby błyszczące perły.

– Bez pani błogosławieństwa nie wyszedłbym nawet za próg. Siedziałbym tu i warował aż do końca. Błogosławieństwo to błogosławieństwo.

Adresatka tych słów kiwa mi głową ze zrozumieniem, ja jej odkiwuję, i wychodzę.

Empik. Wszystkie moje książki: https://tinyurl.com/y52br67b

0Shares

Z czego się śmiać, nad czym płakać, o czym dyskutować w supermarkecie

W supermarkecie „1000 i więcej próżności” przemówiła do mnie ekspedientka, przefarbowana na rudo blondyna, niegdyś brunetka, jak mi wyznała. Imponowała postawą górnej części ciała. Jak tylko usłyszałem jej wyrazisty głos, uruchomił się dzwonek alarmowy. Temat wybrała sama.

– Z księży – proszę pana, powiedziała mi ściszając głos – wolno się dzisiaj śmiać, ponieważ spowszednieli podobnie jak i inni kawalerowie. Mamy ku temu śmiechowi odpowiednie urządzenia, chętnie panu zademonstruję – oświadczyła, ruszając w kierunku półki w głębi sklepu. Przestraszyłem się. Zatrzymała się, aby mnie uspokoić i wyjaśnić, o co chodzi.

– Zwykły obywatel zrozumiał, że ksiądz nie stoi już między nim a panem Bogiem, a jeśli stoi to może przesłaniać słońce, też twór boży, i przeszkadzać w komunikacji z Najwyższym przez telefon komórkowy, dziś w powszechnym użytku. Dlatego my oferujemy nowatorski smartfon zwany „Komunikatorem Niebiańskim”, zastępujący osoby duchowne w tej komunikacji. Mamy do niego różne aplikacje. Chętnie je pokażę.

Powiedziała to w taki sposób, jakby chciała się rozebrać. Przestraszyłem się nie na żarty, bo rozbieranie się w miejscach publicznych to obraza moralności, możliwość bycia aresztowanym a nawet zhejtowanym przez niesfornych urzędników państwowych. Sytuację uratował czarno ubrany mężczyzna, przystojny, o gładkim obliczu.

– Spoko – powiedział – ja to wszystko objaśnię. W czasach wolności my też zrzuciliśmy okowy uprzedzeń i zacofania. Mamy osobiste słabości oraz prawo do ich posiadania, podobnie jak inni obywatele, ale się do nich nie przyznajemy, też podobnie jak inni obywatele. Lubimy politykę, pieniądze i dziewczynki oraz oglądanie na stadionie lub na plaży elegancko zbudowanych lekkoatletów. Bardziej postępowi i przedsiębiorczy z nas dla ratowania ukochanej parafii przed ubóstwem zwanym z góralska bryndzą, użyczają ambony elokwentnym ludziom, którzy nas bezpłatnie ostrzegają przed obcymi mówiącymi innymi językami tylko po to, aby cię zagadać, wywieść w pole i w mig pozbawić cię portfela oraz godności wiążącej się z jego posiadaniem. Ludzie nieznajomi – proszę państwa – kontynuował niemłody elegant – mogą mieć ubrania w różnych kolorach i odcieniach, czarnym, szarym, żółtym, czerwonym, jednym słowem w dowolnym kolorze tęczy.

Zastanawiałem się, czy nie jest to aby członek jakiejś nowej sekty, kiedy wybuchła dyskusja, do której włączyli się inni klienci supermarketu. Zrobiło się bardzo pozytywnie. Wszyscy wzajemnie siebie słuchali, a jeśli nie zgadzali się ze sobą to oferowali gruszkę, jabłko, lub inny owoc, a nawet butelkę piwa na pojednanie.

Ekspedientce przebarwionej z blondu na rudość zaoferowano nawet listek figowy, ale nie przyjęła, nie wiadomo dlaczego, choć wszyscy byli zgodni, że wyglądałaby w nim uroczo.

W końcu dnia ożywionej debaty zdecydowaliśmy spotykać się regularnie w supermarkecie, określiliśmy go jako supermiły, aby kontynuować dyskusję, która otworzyła nam oczy na świat może nawet kosmos. Jak szeroko je otworzyła, pozostało do ustalenia.

0Shares

Kto płaci za zniszczenie towaru w sklepie? Sam chciałem to wiedzieć, dlatego publikuję.

Zachowanie sprzedawcy w przypadku zniszczenia towaru w sklepie przez klienta wydaje się oczywistą konsekwencją brzmienia artykułu 415 kodeksu cywilnego, który określa odpowiedzialność za szkodę.

„Kto z winy swej wyrządził drugiemu szkodę, obowiązany jest do jej naprawienia.”

W tym wypadku kluczowy jest zwrot „z winy swej”, który jednocześnie jest odpowiedzią na pytanie czytelnika. Klient odpowiada za wyrządzoną w sklepie szkodę, jeżeli wyrządził ją ze swojej winy. Kluczowe jest zatem ustalenie tego, po czyjej stronie leży wina. To wcale nie oznacza tego, że zawsze płaci ten, kto strącił. To na sprzedawcy ciąży obowiązek, aby towary w sklepie były rozmieszczone w taki sposób, żeby zapewniały możliwość nieskrępowanego zapoznania się z nimi przez klientów.

art. 546[1] Kodeksu Cywilnego – „Sprzedawca jest obowiązany zapewnić w miejscu sprzedaży odpowiednie warunki techniczno-organizacyjne umożliwiające dokonanie wyboru rzeczy sprzedanej i sprawdzenie jej jakości, kompletności oraz funkcjonowania głównych mechanizmów i podstawowych podzespołów„.

Ten niepozorny przepis oznacza nie tylko to, że klient ma pełne prawo dokładnie zapoznać się z towarem przed jego zakupem. To również obowiązek nałożony na sprzedawcę, żeby towary w sklepie odpowiednio ułożyć. Nie ma znaczenia, czy to sklep ze sprzętem RTV czy z alkoholem. Konieczność chodzenia na palcach i budowanie z opakowań i palet toru przeszkód z pewnością nie jest stwarzaniem odpowiednich warunków techniczno-organizacyjnych. W takim przypadku strącenie opisywanego słoika wynikałoby z zaniedbania sprzedawcy. W końcu nikt o zdrowych zmysłach nie zakłada, że klient przychodzi do sklepu porzucać sobie butelkami.

W praktyce o tym, kto płaci za zniszczenie towaru w sklepie, powinien decydować zdrowy rozsądek. O ile zatem wina klienta nie będzie oczywista, sprzedawca powinien takie sytuacje po prostu „wrzucić w koszty i ryzyko” prowadzonej przez siebie działalności. W razie ewentualnych wątpliwości lub zniszczenia mienia dużej wartości zawsze można sprawdzić monitoring, żeby dokładnie ustalić przebieg wydarzeń.

2Shares

Jest wiosna. Zakwitły postawy, opinie, żarty i sklep internetowy.

CatástrofeW windzie mocno zapachniało perfumami damskimi. Prawdopodobnie jakaś pani rozbierała się obficie. Jest przecież wiosna. Na przystanku autobusowym były trzy osoby normalne, z telefonem komórkowym w ręku i cztery nienormalne, bez telefonu. Ustawiłem się pośrodku, miałem telefon w kieszeni, tuż pod ręką.

Minister od Puszcz i Koni, facjata typu „Ochlapus”, ogłosił ukończenie programu samoedukacji („self-education” for English speakers). Uczył się wielu rzeczy, dojenia krów również.

– Karmienie koni niestety w tamtym czasie nie było popularne. Co do padłych kobył, to szukamy dziury w całym. – Oznajmił z przekonaniem.

Prezes Kaczyński zaproponował poważnie pokój i rozejm.

– My nie podpiszemy wyroku Trybunału Konstytucyjnego, Prezydent nie zaprzysięgnie wybranych przez Sejm sędziów trybunału. W zamian za to wy poprzecie nasz projekt nowej, uzdatnionej konstytucji. – Tak im zaproponował. Po spotkaniu śmiał się, że wzięto jego żart poważnie. – Pan Petru, człowiek poniekąd rozsądny, dostrzegł podobno jakieś światełko w moich podłużnych oczach. – Dodał chichocąc.

– Dzisiaj już czuję się dobrze. Jest wielu życzliwych ludzi, poradzili mi jałowcówkę z ginem, bardzo mi to pomogło. – Sumitował się mężczyzna oskarżony o widzenie rzeczy abstrakcyjnych w nieprzeniknionej ciemności.

Ja sam, wiosennie lekki, ośmielony perfumami w windzie, nauką dojenia i przednim żartem Prezesa, podjąłem się sponsorowania nowonarodzonego www.Usum.pl, sklepu internetowego dla osób niepełnosprawnych, starszych i opiekunów. Należy mu się jakaś pomoc, jak każdemu oseskowi. Pani Premier nie pochyla się nad nim ani nad niepełnosprawnymi.

– Byłam zajęta odpowiadaniem na petycje o publikację wyroku trybunału. Nie miałam nawet czasu, aby przyjrzeć się drodze do mego domku na odludziu, którą ktoś w nocy po cichu obsadził kwiatami ku mojej radości.

Sklep sprzedaje akcesoria i urządzenia rzadko spotykane gdzie indziej przeznaczone dla ludzi, o których też rzadko się mówi. Zdecydowałem się więc rzucić im z pomocą w postaci umiejętności pisania. Starsi mężczyźni sponsorsko pochylają się nad przebudzonymi wiosennie młodymi kobietami, potentaci – nad sportowcami, ja zaś, przeciętny zboczeniec usytuowany między społeczną normalnością i nienormalnością (telefon komórkowy w kieszeni), pochyliłem się nad sklepem, który ma szansę zakwitnąć krzaczastym logo.

2Shares