Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 189: Nowe inicjatywy i formy walki z antyprokreacjonistami

Rząd potrzebował rozpoznać przeciwników prokreacji, zrozumieć ich motywację i siłę. Nalegał na to Babochłop. Mówił jak wojskowy na polu walki, krótko i dosadnie.

– Musimy rozpoznać przeciwnika. To najprostsza taktyka wojskowa. Jeśli tego nie zrobimy, będziemy poruszać się po omacku. Tylko kret nie zgubi się w takiej sytuacji. Policja może to zrobić, ale zajmie to za dużo czasu, którego nie mamy. Rząd i kościół muszą wykonać to zadanie.

Jedynie badania poglądów i postaw antyprokreacjonistów mogły dostarczyć potrzebnej wiedzy. Jako narzędzie wybrano ankietę. Nie była obszerna, lecz dostatecznie wyczerpująca. Rozprowadzały ją państwowe ośrodki opieki zdrowotnej oraz prywatne kliniki i gabinety lekarskie. Wypełniającym ankietę oferowano wynagrodzenie w postaci bezpłatnego pakietu usług medycznych. Ludzie chętni ją wypełniali, tym bardziej, że rozumieli potrzebę pełnej oceny skutków Apokalipsy. Wynikiem ankiety był obraz postaw społecznych, kto i w jakim stopniu jest przeciwnikiem prokreacji.

*****

Rząd i kościół dysponowali w końcu wiedzą o liczebności, wieku, wykształceniu i innych danych obywateli przeciwnych prokreacji. Ankiety potwierdziły istnienie trzech dużych grup. Byli to prawdziwi sprawcy kryzysu, uznano ich za wrogów społeczeństwa.

Dyskusja nad wynikami ankiety wywołała burzę. Gubernator nazwał zwolenniczki dobrowolnej bezdzietności wściekłymi babami. Ministrowie podchwycili to określenie; szybko przyjęło się w urzędniczym żargonie. Było konkretne i dosadne. Doprowadziło jednak do konfrontacji z naukowcami, którzy określenie „wściekłe baby” uznali za nienaukowe, wulgarne, choć nie odmawiali mu pewnej trafności. Podobnie było w zbliżonej sprawie. Ludzi o odmiennej orientacji seksualnej gubernator nazywał dewiantami. Po sprzeciwie naukowców i liberalnych organizacji społecznych zaakceptował nazwę odmieńcy. Uznano, że jest to określenie mniej rażące. W jednym wypadku gubernator nie ustąpił nawet pod naciskiem swojego gabinetu. Chodziło o zwolenników cyberseksu, których uparcie nazywał „cyberseksiarzami”.

– Jednowyrazowe nazwy mają swoje zalety. Nawet jeśli nie są naukowe, łatwiej jest je używać. I tak wszyscy wiemy doskonale, o co chodzi.

Przeciwnicy brutalizacji języka nie mogli odmówić mu racji. Ustalono jednak, że w oficjalnych dokumentach będzie w użyciu określenie „zwolennicy cyberseksu”.

*****

W działaniach naprawczych rząd sięgnął głęboko do religii, historii i tradycji, traktując je jako źródła wiedzy i inspiracji. Można było tam znaleźć wszystko: kroniki sukcesów i klęsk demograficznych, przykłady, rozwiązania i wzory. Do współpracy zaangażowano wybitnych historyków, antropologów i biblistów. Wobec braku współczesnych wzorców, jak rozwiązywać problemy spadku przyrostu demograficznego, nie mogło być inaczej.

Czarna Eminencja, przeniknięty do głębi duchem Biblii, a wkrótce także gubernator, czerpali natchnienie śledząc wielkich bohaterów przeszłości, ich obyczaje, pomysły i symbolikę. Rozumieli, że każda cywilizacja opiera się na wcześniej wypróbowanych wzorach. Najchętniej sięgali do średniowiecza, kiedy ludzie wierzyli w Boga głęboko i autentycznie.

*****

Walka z odmieńcami okazała się dla rządu prawdziwym przekleństwem i mordęgą. Nikt nie miał pomysłu, jak ją skutecznie poprowadzić, co zrobić, aby nawrócić ich na prokreację lub co najmniej zneutralizować ich fatalny wpływ na męską część społeczeństwa. Czarna Eminencja też się nad tym intensywnie zastanawiał, co najmniej dwa razy naradzał się nawet z aktywem kościelnym. Czuł się podobnie jak gubernator. Wkrótce po nocach śnili im się dewianci, degeneraci i psychopaci, nadzy i wyuzdani, patrzyli mu w oczy, potrząsając członkami, a nawet zachęcając go do orgii. Były to okropne przeżycia; nie przyznawali się do nich przed nikim.

*****

Nocą z soboty na niedzielę gubernator przeżył koszmarny sen. Jego samochód zatrzymał się na leśnym parkingu. Gubernator wszedł do lasu, aby oddać mocz. Przeszedł kilkanaście metrów, kiedy otoczyli go nadzy mężczyźni. Było ich co najmniej kilkunastu, większość białej, niektórzy czarnej i jeden żółtej rasy. Byli prawdopodobnie pijani lub pod wpływem narkotyków, bo mieli przekrwione oczy i mówili niewyraźnie, niektórzy bełkotali niezrozumiale. Domyślił się, że to zboczeńcy, odprawiający w głuszy swój sabat. Widział ich nagość, czuł pot ich ciał rozgrzanych od pożądania i gorące oddechy na twarzy. Każdy z nich miał na szyi tabliczkę identyfikacyjną, określającą rodzaj zboczenia w języku nomadyjskim i po łacinie. To najbardziej przeraziło gubernatora; ta niesamowita rozmaitość zboczeń, jedno bardziej przerażające od drugiego. Stali i patrzyli na niego. Kiedy ich członki zaczęły się powiększać, gubernator przeraził się i zwymiotował. To go uratowało. Odstąpili od niego krzycząc, że wrócą, jeśli będzie ich nadal prześladować. Ich herszt, do którego zwracali się Herr Bober, wyrzucił z siebie na odchodnym:

– Następnym razem, jeśli nie dasz nam spokoju, ty alfonsie, urządzimy ci taką rzeź cielesną, że do końca życia będziesz nosić żelazny pas cnoty, do którego klucz sam wyrzucisz do rzeki, aby nie przyszło ci do głowy zdjąć tej ochrony siebie choćby na chwilę.

Od tej pory gubernatora prześladowała myśl, że koszmar się powtórzy. Było to przeżycie tak przerażające, że zdecydował się poprosić Czarną Eminencję o pomoc egzorcysty. Czekał tylko na stosowną okazję, kiedy będą sam na sam.

Po nieprzespanej nocy Gubernator drżał na całym ciele aż do przyjazdu do pracy. Na posiedzeniu rządu podkreślił, że walka z odszczepieńcami to priorytet narodowy. Było w nim tak wielkie napięcie i wzburzenie, że ministrowie zastanawiali się, czy przypadkiem nie ogarnęło go jakieś szaleństwo. On sam nie wiedział, co się z nim dzieje. Zaczął podejrzewać, że w grę wchodzi używane często przez niego słowo „priorytet”, brzmiące obco i twardo jak nazwa nieznanego kwiatu, pięknego, ale trującego i niebezpiecznego. 

*****

Zastój w walce z przeciwnikami nie mógł trwać długo. Trzeba było coś zrobić. Na pierwszy ogień poszli homoseksualiści. Była to najliczniejsza grupa, których przekonania i uczucia były jałowe prokreacyjnie. Blawatsky ich nie znosił i nie wahał się nazywać ich sabotażystami społeczeństwa. Zdecydował się publicznie ich potępić i napiętnować, wywołać pogardę dla ich postępowania i w ten sposób zmusić przynajmniej część z nich do zmiany orientacji. Przygotowując się do wystąpienia zapoznał się z tradycją walki z homoseksualizmem. Na jego polecenie ministrowie i doradcy przestudiowali literaturę fachową i odbyli konsultacje.

Przemówienie gubernatora było płomienne i oskarżycielskie. Mówca starannie dobierał słowa. Chwilami brzmiały one tajemniczo, zawierały aluzje, podteksty i niedopowiedzenia. Były jednak na tyle czytelne, że zebrani na Placu Centralnym mieszkańcy Afary domyślili się, że daje im i policji wolną rękę do stosowania nawet przemocy. Kiedy skończył, mruknął coś pod nosem. Minister spraw wewnętrznych zrozumiał to jako „Możecie ich nawet torturować i zabijać”. Nie zaskoczyło go to w ogóle; od pewnego czasu rosło w nim przekonanie, że w obronie kraju przed zagładą rząd ani patriotyczna część społeczeństwa nie muszą w niczym się ograniczać.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 183: Przerażenie i apel gubernatora

Dwa dni później odbyła się narada w gabinecie gubernatora.

– Mamy dodatkową diagnozę przyczyn zaniku prokreacji – oświadczył u progu gabinetu minister zdrowia. Był blady i zmęczony, oczy miał podkrążone z niewyspania, chwiał się na nogach. Opozycja sugerowała potem, nie wiadomo czy słusznie, że czuć było od niego alkoholem. Diagnoza ministra była sucha i lakoniczna, prawie zdawkowa. Nikt nie kwestionował jej treści, proszono tylko o wyjaśnienie niuansów.

– Trauma doprowadziła społeczeństwo Nomadii do głębokiej i powszechnej depresji. To właśnie ta depresja jest odpowiedzialna za zanik popędu seksualnego, tej naturalnej gorliwości mężczyzn i kobiet do rozmnażania się. – Podkreślił z emfazą minister.

W jego wyjaśnieniach pojawił się też inny znaczący wątek. Zanikowi prokreacji towarzyszył niezwykle silny wzrost konsumpcji, co minister uznał za wyraz egoizmu, równoznaczny z zanikiem uczuć patriotycznych.

– Społeczeństwo przyjęło, że powrót do dobrobytu i egoistycznie rozumiane szczęście osobiste są najważniejsze. Kariera zawodowa, dom, samochód, modne meble, eleganckie ubiory i wycieczki zagraniczne – oto ideały ważniejsze niż potomstwo. Minister powtórzył to dwa razy, zupełnie niepotrzebnie, ponieważ gubernator kupił jego wyjaśnienie na pniu. W trakcie dyskusji ukuto hasło „Rekreacja ważniejsza niż prokreacja”, choć nikomu nie było do śmiechu.

– Zanik prokreacji jest niezaprzeczalny. Jest to nasza druga Apokalipsa, jeszcze bardziej podstępna i niezrozumiała. – Formułując tę bolesną myśl gubernator nie doświadczał negatywnych emocji. Było to proste stwierdzenie faktu.

*****

Od zakończenia Apokalipsy gubernator regularnie znajdował na biurku nowe statystyki. Były one coraz bardziej ponure. Nie dość, że kraj w krótkim czasie stracił miliony mieszkańców, to ich liczba nadal kurczyła się tragicznie. Dane analizowano niezwykle sumiennie i wyliczano na ich podstawie wskaźniki. Spadała liczba narzeczeństw, małżeństw, ciąż i urodzeń. Statystyki potwierdzały bolesną prawdę; naturalny popęd seksualny zanikł nawet wśród ludzi młodych, do niedawna gotowych rozmnażać jak króliki. Rokowało to tragicznie dla przyszłości narodu. Kiedy gubernator zażądał codziennych raportów, wytłumaczono mu, że nie ma to sensu, bo sytuacja nie zmienia się z dnia na dzień i niepotrzebnie będzie tracić czas i wzrok.

Dla wyjaśnienia tajemnicy specjalna komisja podjęła analizę zachowań seksualnych społeczeństwa, nawet tych najbardziej wstydliwych, podejrzewając, że tam kryje się źródło zła. Było to konieczne, gdyż demografowie prześcigali się w ostrzeżeniach przed konsekwencjami rozwoju sytuacji. Minister zdrowia, lekarz z zawodu, podsumował ją lapidarnie:

– Społeczeństwo straciło żywość seksualną równie łatwo i szybko jak pijak treść żołądka pod wpływem denaturatu, do którego przez omyłkę zamiast soku malinowego dolano kalium hipermanganicum.

Spadek liczby ludności wywołał spiralę niechęci, a wkrótce wrogości, do osób w wieku reprodukcyjnym niepoczuwających się do obowiązków macierzyństwa i ojcostwa.

*****

Od pewnego czasu posiedzenia rządu odbywały się prawie bez przerwy. Nie dyskutowano niczego innego jak prokreacja. Na spotkaniach publicznych gubernator straszył i przekonywał.

– Brak prokreacji to także, a może nawet przede wszystkim, upadek obywatelskiego patriotyzmu. Dziś ludzie interesują się tylko konsumpcją, wszyscy chcą wypasionego dobrobytu, worów pieniędzy, a nie dzieci, bez których żaden kraj nie ma przyszłości. Załamanie demograficzne to śmierć społeczeństwa, również zgon partii i rządu.

Wypowiadając te słowa Blawatsky miał sine usta; zachowywał się tak, jakby coś w nim umierało. Jego nogi ogarnęło dziwne drżenie. Minister zdrowia, lekarz z zawodu, chciał rzucić się na pomoc, ale jakaś niezwykła siła przykuła go do fotela.

*****

Po zapoznaniu się z kolejnym tragicznym raportem demograficznym gubernator wygłosił orędzie telewizyjne. Transmitowały je wszystkie kanały telewizji. Partia rządząca nazwała jego wystąpienie „porywającym wezwaniem do bohaterskiego zrywu”, opozycja – „jałowym, beznadziejnie spóźnionym przemówieniem”. Mówca odwołał się do patriotyzmu obywateli i przeciwstawienia się opresji.

Gubernator zaczął od słów „Nasz ukochany kraj wyludnia się”. W dalszej części przemówienia stwierdził, że „nie może być gorzej” oraz „to jest głęboki dół, a nie dołek wygrzebany w piasku przez niewinne dziecko”. Potem gorąco apelował „o powszechną mobilizację seksualną” oraz „pozostanie w gotowości, a nie na konsumpcyjnym wypasie”. Przemówienie zakończył wezwaniem do „sprężenia się seksualnego”. Po drodze nawiązał do świętego aktu prokreacji, który „zawierał w sobie niezwykły ładunek miłości jak i patriotyzmu”.

Orędzia słuchał wielki tłum zgromadzony na Plaza Central. Kiedy Barras nazwał stosunek małżeński aktem patriotycznego uniesienia, wywołało to oklaski osób prawomyślnych oraz buczenie zwolenników nieokiełznanego konsumpcjonizmu. Rozpaczliwy apel gubernatora okazał się głosem wołającym w górach do niemego i ślepego starca, który potrafi tylko wzruszyć ramionami. Orędzie nikogo nie przekonało; co gorsze, wywołało odwrotny skutek. W ciągu następnego tygodnia wzrosła dwukrotnie sprzedaż nieruchomości, luksusowych artykułów konsumpcyjnych oraz rezerwacje wycieczek zagranicznych. Winą za to rząd obarczył opozycję oraz agentów obcych mocarstw dążących do rychłego upadku Nomadii.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 164: Psychoterapeutyczne wyznania Josefa

Aby zrozumieć swoje problemy Josef podejmował różne starania. Najpierw podglądał nagich mężczyzn w łaźni i słuchał co opowiadali przy alkoholu o swoich przygodach seksualnych. Potem zapoznał się z opiniami fachowców na temat seksualnych problemów mężczyzn. Oglądał też pornografię, przeczytał kilka artykułów i obejrzał dokumentalny film o mieszkańcach Afryki, znanych z dużych rozmiarów penisa. Okazało się, że ich także przerósł, był od nich lepszy. Był po prostu nadmiarowy. Musiał to wyraźnie przyznać wobec siebie samego. To go zniszczyło.

– Taki to mój parszywy los: efekt nieudanej integracji organów seksualnych człowieka i konia. – Powtarzał sobie do znudzenia. Był to jedyny defekt, jaki w sobie odkrył.

Problem wielkości przyrodzenia nie pojawił się w jednej chwili, od razu. Jego członek powiększał się stopniowo, w miarę jak Josef koniał. Ciesząc się, że konieje, nie podejrzewał, jaką cenę przyjdzie mu za to zapłacić. Sytuacja go przerosła. Myślał nawet o samobójstwie.

– Dlaczego nam tego nie ujawniłeś? Może moglibyśmy ci pomóc? – Zapytał go psychoterapeuta.

– Sam nie wiem. Czułem niesamowity strach, przerażenie, bałem się okaleczenia. Myślałem, że zechcecie mnie wykastrować. Ostatecznie powstałem w Laboratorium, macie do mnie jakieś prawa.

Zenon postanowił nie negować absurdalności podejrzeń Josefa. Nie miało to sensu. Poprosił go natomiast o informacje, jak ludzie zachowywali się wobec niego w tym trudnym czasie. Chciał zrozumieć jego przeżycia.

Zapytany uczynił to chętnie, wszystko pamiętał bardzo dobrze. Najpierw pojawiły się złośliwe anonimy na temat rozmiarów jego przyrodzenia, niektóre ilustrowane prymitywnymi, inne prawie artystycznymi rysunkami, potem wielkie niezdarne rysunki członka na drzwiach wejściowych do jego mieszkania. Wyglądały, jakby rysował je wyrostek, co niedawno zauważył, że siusiak służy nie tylko do oddawania moczu. Rysunki na drzwiach szczególnie wyprowadzały Josefa z równowagi, ponieważ mogli je zobaczyć wszyscy przechodzący obok jego mieszkania. Pojawiały się one na szczęście nad samym ranem; wstając wcześnie Josef zawsze zdążył je zetrzeć lub zamalować, zanim ktokolwiek mógł je zauważyć.

– Dzieci też zaczepiały mnie na ulicy, krzycząc za mną różne bezwstydne słowa, których prawdopodobnie same nie rozumiały. – Opowiadając to Josef starał się wyraźnie pomniejszyć znaczenie zachowań dzieci, choć były one niewybredne, a nawet złośliwe. Zenon zastanawiał się, dlaczego Josef tak łagodnie traktował swoich małych bądź co bądź prześladowców.

– Nawet koledzy zaczęli mi dokuczać. – Kontynuował Josef. – Uważali to za żarty, chyba nie zdając sobie sprawy, że nie ma nic przyjemnego być przedmiotem takich dowcipów. Mój bliski przyjaciel powiedział mi, śmiejąc się serdecznie:

– Josefie, ty to masz szczęście w swoim nieszczęściu! Kiedy zaproszą cię na bal maskowy, nie musisz w ogóle się przebierać. Po prostu weźmiesz tę rurę na plecy i będziesz grać hydraulika.

Na początku Josef otrzymywał dużo telefonów, większość anonimowych, wkrótce potem zaczęły przychodzić emaile, w końcu zaczął otrzymywać listy. Jeden z nich pamiętał bardzo dobrze, bo był zupełnie szalony. Josef ożywił się podejmując ten wątek.

– Napisało do mnie Towarzystwo Popędliwych Kobiet. I to skąd? Z południa Nomadii. List, koperta i znaczek były jak najbardziej autentyczne. Sprawdziłem nawet, że istnieje urząd pocztowy uwidoczniony na pieczęci. Oczywiście domyśliłem się od razu, że to jakaś fikcja, że ktoś to robi dla kawału. W liście poinformowano mnie, że jedna z członkiń klubu jest zainteresowana przystąpieniem do mojej organizacji i proszono o przysłanie wniosku o członkostwo.

Josef określił otrzymaną korespondencję jako wulgarną i głupią. Mówiąc to, nie wyglądał jednak na zmartwionego. Zenonowi wydało się nawet, że ukrywa rozbawienie.

Potem nadszedł list lotniczy z Japonii z propozycją, aby objął patronat nad corocznymi obchodami Festiwalu Stalowego Fallusa. Josef pamiętał doskonale tę propozycję; była napisana na białoróżowym, czerpanym papierze, od stuleci produkowanym w Japonii tradycyjnymi metodami.

– Na początku nie wiedziałem, jak reagować na zaczepki, bo oprócz złośliwości często wyrażały podziw a nawet zazdrość z powodu mego bogatego przyrodzenia.

Na pytanie Zenona, czy może notować opisywane zdarzenia dla celów dokumentacji, Josef bez zastanowienia wyraził zgodę, jakby była to prośba o podanie adresu cukierni, gdzie sprzedają najlepsze pączki serowe i naturalnie lukrowane wegańskie czekoladki.

W trakcie opisu bolesnych przeżyć twarz Josefa pozostawała napięta i smutna, tylko raz czy dwa razy uśmiechnął się jakby boleśnie. Kiedy mówił o dużym członku – do tego tematu wracał chętnie i to kilkakrotnie – Zenon zaczął nabierać przekonania, że mówienie o nim sprawiało Josefowi przyjemność. Jego twarz rozjaśniała się w takich momentach, a on sam się ożywiał. Stopniowo w psychoterapeucie zaczęły krystalizować się podejrzenia, że coś się nie zgadza w relacjach Josefa. Zaczęły mu się nasuwać wątpliwości czy Josef mówi prawdę, czy jest we wszystkim szczery, czy przypadkiem nie wyraża czasem czegoś innego niż to co mówi. Miał wrażenie, że w historii przeżyć Josefa jest coś, co go męczy.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 163: Rozterki i  tajemnice Josefa

Najbardziej nurtowała zarząd Laboratorium – jak się okazało także samego Josefa – sprawa jego seksualności i rozrodczości. Zajęło mu wiele czasu, zanim zdecydował ujawnić swoje problemy i rozterki.

– Seks to moja największa porażka. Przez długi czas nie rozumiałem, dlaczego nie układa mi się życie intymne. Była to dla mnie tajemnica, ponieważ nigdy nie udało mi się znaleźć zadowalającego wytłumaczenia moich niepowodzeń.

Zaczynając opowieść o sobie Josef siedział wygodnie na kanapie w gabinecie psychoterapii Laboratorium w towarzystwie przydzielonego mu osobistego psychoterapeuty, Zenona, oraz profesora Karego, któremu po wielu staraniach udało się doprowadzić do tego spotkania.

Była to najtrudniejsza sprawa związana z Josefem, chlubą Laboratorium. Zarząd wielokrotnie zastanawiał się razem ze specjalistami, jak mu pomóc w kłopocie, który z miesiąca na miesiąc stawał się coraz bardziej oczywisty. Domyślali się, że Josef napotyka silny opór wewnętrzny, aby wyjawić im swoje problemy.

Josef rzeczywiście nie był w stanie zdobyć się na szczere wyznanie. Najbardziej przeszkadzała mu świadomość, że będzie musiał wypowiadać się na temat bardzo osobistych przeżyć oraz przyznać się do swoich porażek. Zgodził się dopiero wtedy, kiedy Zenon zapewnił go, że nikt nie będzie na niego naciskać i powie tylko to, co chce powiedzieć.

Na początku spotkania przedstawiciele Laboratorium wyjaśnili, że w pełni zdają sobie sprawę, że Josef jest hybrydą i że jego natura ludzka jest spleciona z naturą zwierzęcą.

– W twojej seksualności, Josefie, ale nie tylko, tkwi konflikt człowieka i zwierzęcia. Może to ogromnie komplikować sprawę, ponieważ zwierzęta nie znają pojęcia intymności, są w pełni naturalne, kierują się popędami i instynktem, a wszystko, co czują, uzewnętrzniają, człowiek zaś potrafi tłumić w sobie wiele uczuć i myśli, jest pod tym względem bogatszy, ale to nie znaczy, że mądrzejszy. Musisz pogodzić ze sobą te dwie sprzeczności, abyśmy mogli wspólnie dotrzeć do sedna sprawy.

Na początku spotkania Josef nic nie mówił, tylko słuchał. W pewnym momencie jego wzrok ześliznął się po poręczy schodów prowadzących na półpiętro i zatrzymał na figurce nagiej postaci, ni to mężczyzny, ni to kobiety, zdobiącej słupek balustrady. Była to kopia rzeźby sumeryjskiej sprzed tysięcy lat, wyrażającej wieloznaczną naturę seksualności człowieka i zwierzęcia, skłaniającej się w jedną lub kilka stron pożądania. Kiedy Zenon dostrzegł w oczach Josefa błysk zrozumienia, był już pewien, że otworzy się przed nimi jak pustynny kwiat przed burzą w oczekiwaniu na życiodajny deszcz.

– Jeśli chodzi o moją tożsamość seksualną – zaczął Josef patrząc rozmówcom w oczy – to zawsze ciągnęło mnie równocześnie w kilku kierunkach. Na początku pragnąłem bardziej kobiet niż mężczyzn, potem to się zmieniło. Były też takie chwile, że czułem pożądanie w stosunku do klaczy, ta skłonność się umacniała, im bardziej koniałem.

Lakshmana Temple in Khajuraho, India

Zmieniając się zewnętrznie, upodabniając się coraz bardziej do konia, stawałem się też atrakcyjniejszy dla klaczy. Do niczego jednak nie doszło. Moje zahamowania wewnętrzne były tak silne, że nigdy nie zdobyłem się na nawiązanie bliższych relacji z kimkolwiek.

Josef posługiwał się bogatym językiem, swobodnie opisywał swoje stany psychiczne i przeżycia. Laboranci wiedzieli, że namiętnie studiował wszystko, co go nurtowało uczuciowo i intelektualnie, co było jego pasją. W nauce był nienasycony. Jego zwierzęca natura hamowała go przed ekscesami cywilizacji, ale nie przed wiedzą. Uczenie się okazało się najsilniejszą cechą człowiekonia.

Po dłuższej rozmowie, nie bez wahania, psychoterapeuta zdecydował się zadać nurtujące go od dawna pytanie.

– Josefie! Jesteś dojrzałym człowiekoniem. Uczciwie należałoby dodać, że także osobnikiem atrakcyjnym fizycznie. Skąd więc twoje problemy w znalezieniu sobie partnerki? My tutaj w Laboratorium podejrzewaliśmy, że będziesz miał ich aż nadto!

Josef westchnął głęboko i zamyślił się. Widać było po nim, że wraca do niemiłych wspomnień. Na jego czole pojawiły się zmarszczki, ramiona lekko opadły, w oczach uwidocznił się smutek. Nikt nie przerywał milczenia. Po chwili Josef otrząsnął się, rzucił głową w dziwny, koński sposób i zaczął opowiadać.

– Nie było to tak, że kobiety dostrzegały moją atrakcyjność i chętnie ze mną przebywały lub szukały mego towarzystwa, czy też w jakiś inny sposób ujawniały, że są mną zainteresowane. Tego nie zauważyłem ani nie odczułem. Musiało być we mnie coś zniechęcającego, może nawet odstręczającego. To mnie męczyło. Zapytałem kiedyś bibliotekarkę, z którą przyjaźniłem się, co sądzi o mnie jako o mężczyźnie, o mojej urodzie czy wyglądzie. Była to mężatka z dwojgiem dzieci, osoba neutralna i bezstronna. Odpowiedziała mi szczerze, ale niechętnie, jakby bała się mnie zranić.

– Koleżanki mi mówiły, sama zresztą czułam to samo, że brak ci jest czegoś, czego przez dłuższy czas nie umiały określić.

– Feromonów? – zapytałem dla żartu.

Bibliotekarka zaśmiała się, zanim twarz jej spoważniała.

– Po prostu uważały cię, Josefie, za homoseksualistę zainteresowanego mężczyznami, nie kobietami. – To była jej odpowiedź. W tym tkwił cały problem, bo była to prawda. Moje pragnienia seksualne błądziły gdzieś między kobietami a mężczyznami, sam nie wiedziałem, czego chcę. Byłem niezdecydowany i zagubiony. Co do kobiet – Josef kontynuował po momencie wahania – to muszę wyznać pewien sekret, który mnie męczy od zawsze. Josef zawiesił głos, zbierał się w sobie.

– Mam bardzo duże przyrodzenie. Nie takie jak koń, ale zdecydowanie za duże. Tylko raz zobaczyła je kobieta i to wystarczyło. To był koniec. Przeraziła się. Uciekła z krzykiem i zrobiła mi w dodatku fatalną reklamę. Uznano mnie za zboczeńca. Byłem dyskryminowany, okazywano mi wrogość. Z tego powodu musiałem zmienić miejsce zamieszkania. To doświadczenie mnie zmroziło; więcej nie szukałem już kontaktów z kobietami.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 139: Urlopy i seks

Przypadki próśb o urlop były sporadyczne. Oprócz zarządu Laboratorium nikt nie wiedział, ile ich było, ponieważ były to sprawy poufne. W dodatku rozmowy o potrzebie lub chęci wzięcia urlopu zniechęcały do ubiegania się o niego; były jak przesłuchania, bardzo bolesne, wręcz nie do wytrzymania. Niotse uczulała laborantów, aby nie dyskutowali z nikim swoich potrzeb delikatnej natury, tylko zgłaszali je bezpośrednio do niej lub do wiceprzewodniczącego zarządu. Każdy taki przypadek zarząd omawiał z zainteresowanym i po rozpatrzeniu wszystkich okoliczności podejmował decyzję o przyjęciu lub odrzuceniu prośby. Wnikano w szczegóły, niekiedy bulwersujące dla zainteresowanego jak na przykład miara jego zaangażowania uczuciowego i pobudzenia erotycznego. Opracowano urządzenie, libidometr, do pomiaru napięcia seksualnego, na którym oznaczony był minimalny poziom napięcia, jak i maksymalny, bliski eksplozji w formie ciężkiej nerwicy.

Nad libidometrem pracowały najlepsze umysły Laboratorium, nie żałując czasu ani mitręgi. Poświęcono mu dziesiątki, może nawet setki godzin, ponieważ było to narzędzie ważne przede wszystkim dla konioczłowieka. Miał to być samiec; jego libido musiało być wyjątkowo starannie zaprogramowane, aby uniknąć nieprzewidzianych reakcji.

Spadek zainteresowania urlopami nastąpił wyraźnie wtedy, kiedy Niotse przypomniała warunki urlopowania.

– Gdyby ktoś poszedł na urlop, czyli znalazł się poza Laboratorium, byłoby to szalone wyzwanie dla wszystkich, włącznie z osobą zainteresowaną. Taki ktoś musi wiedzieć, że w trakcie urlopu będzie dzień i noc pod lupą naszego Zespołu Bezpieczeństwa.

Najchętniej do pracy firma przyjmowała ludzi stanowiących parę małżeńską lub partnerską, osoby indywidualne żyjące dłuższy czas w samotności lub dobrze radzące sobie z samotnością, pasjonatów, dla których praca nad niezwykłym projektem stanowiła najlepszą formę rozładowania emocji, również seksualnych.

Seks dyskutowano w grupach samokontroli i samodoskonalenia się oraz w grupach ćwiczących medytację i orientalne techniki relaksacji. Dla nauczenia się jak łagodzić, oszukiwać a nawet wyzbywać się popędów i pragnień, organizowano zawody i konkursy. Uczestnicy prześcigali się w motywowaniu siebie i innych do zachowań zgodnych z interesem firmy i jej pracowników. Tym którzy nie pamiętali o tym, przypominano, że zdrada, świadoma czy nieświadoma, będzie karana śmiercią, i że jest to zasada nienegocjowalna, zaakceptowana przez całą załogę.

– Jesteśmy tutaj jak wielcy artyści, malarze, rzeźbiarze, czy samotni żeglarze, dla których twórczy wysiłek jest formą wyzwolenia z wszystkich innych emocji i popędów. – Były to słowa Niotse.

Na szczęście dla Laboratorium sam wymóg niezwykle wysokich kwalifikacji zawodowych i dużego doświadczenia w sposób naturalny eliminował osoby bardzo młode, o których starsi wiekiem pracownicy mówili otwarcie, że kiedy byli w ich wieku, to też często nie wiedzieli, gdzie mieli rozum, w głowie czy między nogami. Szczerość dyskusji doprowadziła jednego z młodszych genetyków do niezwykłej decyzji. Zdał on sobie dogłębnie sprawę ze słabości własnego charakteru, jeśli chodzi o seks. Przyznał się, że zjadała go hiperseksualność.

– Seks po prostu pada mi na mózg. – Podsumował, dodając, że to go bardzo niepokoi, wręcz boli, ponieważ ma inne, bardziej szlachetne ambicje.

Bardzo pragnął uczestniczyć w projektach Laboratorium. Rozpoznając własną słabość jako przeszkodę, zdecydował się na dobrowolną kastrację. Miała być ona dokonana na miejscu, gdyż Laboratorium dysponowało specjalistami najwyższej klasy w każdej specjalności. Niotse poruszyła nadzwyczajna gotowość młodego człowieka do poświęceń. Wynegocjowała z chirurgami, że przeprowadzą kastrację w taki sposób, aby po zakończeniu projektu, w perspektywie roku, najpóźniej dwóch, można było odwrócić jej skutki. Chirurdzy głowili się nad zleceniem; na szczęście przyszła im do głowy metoda wykonania kastracji odwracalnej z wykorzystaniem komórek macierzystych. Wiadomość upowszechniła się, przynosząc ulgę innym laborantom, którzy pozostawali w niepewności co do własnej zdolności wytrwania bez partnera.

– Kastracja odwracalna jest dla nas niczym ogród wypełniony konwaliami o orgiastycznym zapachu. – Wygłaszając tę sentencję Poeta kolejny raz zaimponował laborantom umiejętnością improwizacji.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 138: Miłość, seks i tęsknota

 Kamasutra

Miłość, seks i tęsknota były tematami najczęściej dyskutowanymi przez laborantów. Skarżyli się, że nie mają możliwości zaspokojenia potrzeb seksualnych i miłosnych, tak jakby pracowali w podziemnej fabryce tajnej broni, na stacji kosmicznej czy w ukrytym w dżungli laboratorium wojskowym. Samotni mężczyźni, takich była większość, zwłaszcza wieczorami odczuwali tak wielki głód seksualny, że kobiety bały się wychodzić samotnie na spacer nawet przed zachodem słońca.

Laboratorium podejmowało i godziło się na wszystkie rozsądne inicjatywy pomagające rozładować napięcie seksualne pracowników, oferując między innymi diety obniżające popęd oraz środki uspokajające. Samoistnie powstawały kółka zwane onanistycznymi, na których nie uprawiano onanizmu, a jedynie rozmawiano i opowiadano sobie historyjki i fantazje erotyczne. Mężczyźni korzystali chętnie z pornografii dostępnej w formie czasopism w bibliotece Laboratorium oraz na niezliczonych stronach internetowych. Ze swoimi odczuciami nikt się oczywiście nie obnosił, ale też i nie krył się udając purytańsko, że problem nie istnieje. Zachowania pracowników były wyważone jak przystało na dojrzałych, otwartych i przyzwoitych ludzi. Mężczyźni i kobiety pomagali sobie służąc radą, sugestiami czy choćby wysłuchując drugiej osoby. W razie potrzeby pomocą służyli też psycholodzy i psychoterapeuci, spośród których jeden był także seksuologiem.

Laboratorium nie promowało, ale też nie krytykowało wolnej miłości. Każdy rozumiał, zarówno osoby wierzące jak i nie wierzące, że człowiek rodzi się z naturalnymi popędami, które muszą być w jakiś sposób zaspokojone lub rozładowane. Najciekawsze było to, że nie zanotowano żadnych zboczeń czy dewiacji, z wyjątkiem jednego incydentu ekshibicjonistycznego. Jeden z pracowników obnażył się przed koleżanką tłumacząc się potem, że uczynił do dla żartu.

Problem seksu, miłości i tęsknoty mógł łatwo stać się zmorą prześladującą pracowników, gdyż długotrwały pobyt i praca w Laboratorium w izolacji od świata zewnętrznego wymagały dużej odporności psychicznej. Planowany czas realizacji projektu Obiekt wynosił sześć miesięcy, liczono się jednak z możliwością jego wydłużenia. Z przyczyn bezpieczeństwa Laboratorium nie przewidywało urlopu na widzenie z rodziną lub najbliższymi. O urlop można było ubiegać się tylko w ściśle określonych okolicznościach. Każdą prośbę zarząd rozpatrywał indywidualnie.

Rodziny pracowników były wcześniej przygotowywane na ich dłuższą nieobecność. Zainteresowani informowali swoich najbliższych, że uczestniczą w nadzwyczajnych projektach. Każdy miał obowiązek wymyśleć swoją własną wersję, dokąd się udaje i czym będzie się zajmować. Najczęściej wymieniano eksperymenty naukowe na Arktyce i Antarktydzie, na pustyni oraz w podziemnych jaskiniach. Każdy miał swoją historię do opowiedzenia, często związaną z zainteresowaniem lub hobby, które było mu najbliższe. Ważne były konkrety. W Laboratorium nie nazywano tego kłamstwem, ale półprawdą, zmyłką lub ściemą, dostrzegając w każdym z określeń usprawiedliwienie służące sprawie ratowania konia i przyrody.

Laboranci wymieniali się między sobą technikami wymyślania i uzasadniania nieobecności; traktowano to bardzo poważnie. Była to sprawa życia i śmierci, ponieważ w grę wchodziła nie tyle kompromitacja jednej osoby, ale i zagrożenie dla całej firmy i jej uczestników. Wyzwanie okazało się tak poważne, że kierownictwo Laboratorium zorganizowało warsztaty psychologiczne, gdzie uczono się sztuki kamuflażu i kontrolowanego kłamstwa. Dla wielu laborantów nie były to łatwe doświadczenia. W trakcie zajęć organizowano testy, a na końcu egzamin. Kilka osób nie było w stanie znieść napięcia; twierdziły one, że doznają rozdwojenia jaźni.

Najbardziej zaskoczył wszystkich Niedźwiedź swoim drastycznym wyznaniem, nie wiadomo czy prawdziwym czy udawanym.

– Dla mnie skłamać to tak, jak innemu splunąć. Ale nie jest to bynajmniej to samo. Plucie jest umiejętnością fizjologiczną, zbierasz ślinę i wyrzucasz ją z siebie, im dalej tym lepiej. Kłamstwo jest natomiast sztuką, artyzmem, musisz mieć w tym kierunku talent, a co najmniej zadatki. – Niedźwiedź mówił z taką swadą i znajomością rzeczy, że nikt nawet nie zauważył, kiedy rozwinął teorię kłamstwa, cytując autorytety, literaturę fachową oraz przytaczając wpadki, jakie zdarzały się nawet mistrzom wprawionym w kłamstwie.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 88: Marynarz imieniem Napoleon

Szczęście nie opuszczało Sefardiego. Prowadząc samochód, zdał sobie sprawę, że coś stuka w silniku. Na początku nie było to oczywiste, ponieważ stukanie tonęło w rytmie żywej muzyki z radia, potem ignorował je w przekonaniu, że to wyboista droga wywołuje taki efekt. Kiedy zaczął wolno hamować z obawy, że gwałtowne przyciśnięcie hamulca doprowadzi do rozpadu silnika, po prawej stronie pojawił się zajazd z nazwą. Nie zdążył jej odczytać koncentrując się na prowadzeniu i rozglądaniu się za parkingiem gdzieś przy budynku.

Był to mały motel z knajpką, z niewielką ilością stolików, za to mnóstwem ludzi i szarą atmosferą dymu papierosowego zmieszanego z kuchennym, o specyficznym zapachu smażonego mięsa, miejsce, w którym nigdy nie powinien się znaleźć. Kilka minut później siedział samotnie przy stoliku zastanawiając się, co robić dalej. Zamówił kawę i sernik, po czym zadzwonił po pomoc drogową; jej numer telefoniczny znalazł na wydruku polisy ubezpieczenia pojazdu.

– Będzie pan musiał długo poczekać, bo to odludzie. – Poinformował go zaspanym głosem pracownik pogotowia drogowego.

Czekanie nie okazało się nudne. Po kilku minutach do stolika Sefardiego przysiadł się mężczyzna w podobnym jak on wieku; czerstwym wyglądem i zachowaniem przypominał farmera nadużywającego trunków. Od słowa do słowa wywiązała się konwersacja. Przybysz okazał się poczciwcem i gadułą chętnym opowiadać swoje przeżycia. W przeszłości był marynarzem, dużo pływał, a teraz zamierzał osiąść w tej części kraju.

– Nuda tu jak flaki z olejem. Na szczęście miewam sny erotyczne i nie nudzę się długo. Puszczam sobie we snie film o tematyce seksualnej i oglądam go dla zabicia czasu, a jeśli mi się uda to i dla przyjemności. Wie pan, większość filmów erotycznych, jakie mam w głowie już widziałem, teraz cieszę się, kiedy zobaczę coś nowego.

Sefardi uznał, że wyglądający na wieśniaka marynarz baja od rzeczy. – Od czego to zależy, jeśli mogę spytać? – Zadał pytanie bardziej dla podtrzymania rozmowy niż z ciekawości. Oczekiwał jakiegoś pokrętnego tłumaczenia.

– Od wielu czynników. Przede wszystkim od jedzenia, także od tego, co się czyta, w jakim towarzystwie przebywało się ostatnio, jak długo to trwało, jak długo nie byłem się z kobietą, jak bardzo jestem znużony…. – Zmęczyłbym pana, gdybym wymienił do końca listę spraw decydujących o treści snu erotycznego.

Mężczyźni rozgadali się. Jedli niewiele, obydwaj nie czuli się głodni, pili tylko alkohol. W miarę zapadania ciemności i pogłębiania się nocy gości ubywało, narastało jedynie zmęczenie. Słowa zaczęły im się coraz bardziej kleić. W końcu Sefardi zapadł w stan półdrzemki, w którym słowa i myśli mieszają się z marzeniami i snem. W korowodzie konwersacji z Napoleonem, jak nazywał się marynarz, Sefardi zasypiał, budził się, coś mówił i znowu zasypiał.

Trzy godziny po wezwaniu pomocy drogowej, zadzwonił kierowca z firmy.

– Jestem już w drodze do pana, ale złapałem gumę. Ktoś usunął zapasową oponę z samochodu, sam więc jestem w tarapatach. Wezwałem nasze drugie pogotowie, jego przyjazd zajmie jednak sporo czasu. Może przyjadę około północy, może nad ranem. Skłamałbym, gdybym powiedział, że wiem. Musi pan czekać. Przepraszam za niedogodność, ale nic nie mogę poradzić.

Wynajmowanie pokoju nie miało już sensu, mężczyźni przy stoliku w kącie tuż przy wielkiej paproci kontynuowali więc swoją konwersację.

– Tak naprawdę – ciągnął Napoleon, który okazał się mistrzem opowieści lepkich jak zmaza nocna – moje sny są żywe niczym jaszczurka na pustyni Gobba Gobba ślizgająca się po piaszczystych wydmach w poszukiwaniu wody albo jak ryba poszukująca planktonu w burzliwych prądach Morza Cyklicznego.

W ocenie Mistrza błądziły one po bezdrożach erotyki, intymności, przygodnych relacji damsko-męskich, wyuzdania, indyjskiej sztuki erotycznej i tajemnic królewskiej alkowy. Oprócz wyobraźni nie mógł odmówić rozmówcy poetyki niektórych sformułowań, przypominających zapiski podróżnika po egzotycznych lądach i oceanach.

*****

Była to długa, dziwna noc zbudowana na opowiadaniach Napoleona. Wskutek zmęczenia i alkoholu, pomieszały się one w końcu z marzeniami Sefardiego tak zawile, że przestał odróżniać, co jest jego własnym przeżyciem, a co zapożyczeniem. Po raz pierwszy w życiu uwikłał się we wspólnotę przeżyć erotycznych z mężczyzną i kobietą.

Opowiadanie Napoleona, milczenie jego nieobecnej towarzyszki i odkrywcze interwencje erotyczne Mistrza stopiły się w trójkondygnacyjną konstrukcję snu, marzeń i rzeczywistości, przelewającą się falami z jednego boku na drugi, z pozycji leżącej do pozycji siedzącej, spacerowej a nawet lewitującej, zawieszonej w przestrzeni skromnego pokoju hotelowego. Towarzystwo przeżywało zbiorczą i indywidualną ekscytację, głęboką satysfakcję z tytułu pokonanego wstydu oraz radość szczerego obnażenia się, wszystko to wymieszane ze sobą jak cukier, imbir i cynamon w gorącej kawie.

*****

Oglądanie we śnie aktu miłosnego w mieszanym towarzystwie przypominało seks grupowy, w którym jest mało artyzmu, za to dużo naturalnej, zwierzęco-ludzkiej chuci. Sefardi obserwował uczestników igraszek miłosnych, ni to aktorów, ni to widzów, włącznie z samym sobą, najpierw z rozbawieniem, potem z ciekawością, a w końcu z zaangażowaniem. Zauważył, że przeżywali miłość w sposób naturalny, podobnie jak pobyt na plaży nudystów, gdzie ludzie są nadzy jak ich Bóg stworzył i nikogo to nie dziwi. Nikogo nie szokowała nagość ani zachowanie innej osoby, kiedy wszyscy byli obnażeni i bezwstydnie oglądali się nawzajem. Czując zbliżający się orgazm, chwytali się za ręce i przeżywali go wspólnie wstrząsani drgawkami rozkoszy i momentami utraty świadomości. Kiedy do towarzystwa przy stoliku przyłączyło się dwóch mężczyzn i trzy kobiety, zaczęła się orgia, w której wspólnie wędrowali po piętrach marzeń sennych i erotyki, unoszeni falami przeżyć przeszłych i świeżo wyśnionych.

O kobietach, które mówią skrótami

Są ważne sprawy, o których nie pamiętają kronikarze spisujący dzieje ludzi i zwierząt. Dzisiejszy blog jest przestrogą dla tych, którzy sądzą, że mężczyzna i kobieta różnią się tylko szczegółami anatomicznymi i długością życia. Szczegóły wewnętrzne, jak to wykażę, są ważniejsze. Mogą zadecydować o „być albo nie być” niejednej istoty ludzkiej. Tematem jest komunikacja między mężczyzną i kobietą, ich porozumiewanie się. Piszę o tym niekiedy żartobliwym stylem, treść jest jednak jak najbardziej poważna.

Posłużmy się przykładem małżeństwa w sile wieku. Oboje są sensownie rozwinięci umysłowo z tym, że on nieco kuleje w materii pamięci i kojarzenia. Inwalidztwo to nie jest aż tak widoczne jak krótka noga alkoholika, który w stanie optymistycznego upojenia usiłował pokonać truchtem tory kolejowe przed zbliżającym się pociągiem towarowym.

Wszyscy wiedzą, że mózg kobiety i mózg mężczyzny skonstruowane są inaczej. Obie płcie mają inaczej ułożone klocki w głowie. Mężczyzna ma słabszą pamięć do szczegółów. Kobieta pamięta dokładnie, co i gdzie położyła trzy lata wcześniej na szesnastu półkach w wielkiej szafie. Jest to fenomenalne i godne zalecenia pod warunkiem, że nie rujnuje małżeństwa przypominaniem mężowi:

Czemu nigdy nie pamiętasz, co gdzie kładziesz?

Mój szwagier w takiej sytuacji ratuje się deklamując z przekonaniem poemat „o artystycznym nieładzie w domu i zagrodzie”. Inni są mniej pomysłowi. Pewien mąż, którego znam osobiście, dostaje wtedy białej gorączki, nawet jeśli przedmiot, o którym mowa to jego ulubiona czerwona koszulka z długimi rękawami. Gorączka nachodzi go, ponieważ żeby nie wiadomo jak się starał, to i tak nie zapamięta tak ważnego faktu, jakim jest miejsce położenia czerwonej koszulki (z długimi rękawami), kluczy, telefonu komórkowego i dziesiątki innych rzeczy. Pamiętanie stanowi dla niego tym większe wyzwanie, że ów osobnik miewa chwile ogłupiającej senności po posiłku i myślenie idzie mu wtedy jak po grudzie. Mówiąc prawdę, bywają dnie, kiedy w ogóle nie idzie.

Pewnego upalnego dnia mąż zaproponował żonie zainstalowanie termometru w jej pokoju. Przyłożył termometr do boku półki na książki i zapytał:

Czy tu będzie dobrze?

Nie, tutaj nie będę dobrze widziała. Zawieś go tam, gdzie ta wyblakła niebieska kobieta.

Jego rozgrzany upałem mózg zaczął intensywnie pracować szukając w pamięci, co znaczy „wyblakła niebieska kobieta” i gdzie ona jest. Szukał tak intensywnie, że jego mózg zagrzał się do temperatury, w której puścił wentyl bezpieczeństwa. Jego właściciel zaklął szpetnie używając dwóch powszechnie znanych słów i krzyknął:

Przestań dawać mi zagadki do rozwiązania! I tak ledwo myślę, a ty mi dajesz zagadkę, zamiast powiedzieć, o co chodzi!

Okazało się, że chodzi o ściankę stojącej tuż obok drugiej półki z książkami, gdzie wisiała wyblakła fotografia kobiety na niebieskim tle.

Analizując rzecz bliżej okazuje się, że komunikacja kobiety z mężczyzną jest bardzo wymagająca. W związku z tym apeluję do kobiet. Kiedy mu powiesz „wyblakła niebieska kobieta”, za żadne skarby świata nie odgadnie, o co chodzi. Ponieważ ma wiele innych rzeczy do zrobienia i nie chce uchodzić za głupka, co to nie rozumie prostych rzeczy, rozpaczliwie chce to ukryć i wybucha niepotrzebnie przekleństwami tracąc cenną energię. Proces ten znany jest w biochemii pod nazwą „wymiana energii na przekleństwa”.

Wniosek wynikający z relacji może być zaskoczeniem. Nie wynika on bezpośrednio z treści i refleksji nad relacjami damsko-męskimi, ile z szacunku dla wymierających gatunków. Zagrożony jest nie tylko dziobak, czarny diabeł tasmański i biały struś australijski, lecz również mężczyzna, którego niszczą: przekleństwa, upał, klimatyzacja, wódka, narkotyki, onanizm (w młodym wieku), prostata (w starszym wieku), nieokiełznany seks i pracoholizm (przez całe życie), technologie in vitro, wirus wywołujący zainteresowanie innymi mężczyznami oraz kobiety mówiące skrótami.

Kobiety (przynajmniej niektóre) myślą i mówią na skróty. Dlaczego? Nie mam najmniejszego pojęcia. Czy ktoś to potrafi wyjaśnić? Byłbym wdzięczny.