Indie i Nepal. Głowy w autobusie do Jaipuru. Opowiadanie. Odc. 9: Mnemotechnika imion, ksyw i postaci.

Imiona i nazwiska uczestników wycieczki stanowiły dla Iwana Iwanowicza ogromne wyzwanie od początku wyprawy do Indii. Nigdy nie miał pamięci do twarzy ani imion. Jeśli pamiętał twarz, to imię uciekało jego pamięci, lub na odwrót, mimo że miał wrodzone pewne zdolności typowe dla fizjonomisty, człowieka umiejącego rozpoznawać cechy umysłu i emocje innej osoby z wyglądu jej twarzy i postaci.

Przy pierwszym spotkaniu Iwan Iwanowicz łatwo zapamiętał imiona tylko trzech uczestników, pozostałe zapomniał już po pięciu minutach, niektóre z nich ponadto mu się myliły.

– Moja pamięć psu na budę się zdała – zżymał się.

Aby nie pogubić się całkowicie, oznaczył wszystkie osoby pseudonimami nawiązującymi do ich cech zewnętrznych, wyglądu lub zachowań, których nie sposób było pomylić. Ksywy nie przypominały imion, posługiwanie się nimi zależało od ich akceptacji przez innych uczestników wycieczki, bez tego używanie ich mogło być niezręczne. Okazało się, że przyjęły się one wyjątkowo łatwo i szybko; może nie od razu, ale już po kilku dniach powszechnie je używano. Pomysł był skuteczny i to było najważniejsze.

Tak więc Iwan Iwanowicz przywoływał w pamięci towarzyszy podróży skojarzeniami, używając ich w rozmowach: Uśmiechnięta, Porywczy, Alko, Miłośnik Zdjęć, Młody, Przymglone Oko, Fotograf, Dobroczyńca, Kindżał, Wysoka z Kokiem, Rasputin, Półgębek. Siebie oznaczył kryptonimem Śnięty, nie ujawniając tego nikomu. Na szczęście nie było takiej potrzeby, gdyż wszyscy łatwo zapamiętali jego imię i tak się do niego zwracali. Kiedy ujawnił, że niegdyś zawodowo zajmował się zegarkami, nazywali go też Zegarmistrzem. Widzieli jego słabość do przysypiania po bezsennej nocy, lecz nikt mu tego nie wypominał, tym bardziej, że sami też jej ulegali, najchętniej w czasie jazdy autobusem. Pogodzili się, że Iwan ksywa Zegarmistrz jest zawsze śpiący jak suseł w Boże Narodzenie, kiedy na ziemi szaleje zima, a on leży zagrzebany w grubej pierzynie liści zgromadzonych przez wiatr w górskiej jaskini.

– Każdy ma prawo być oryginałem – usprawiedliwiał siebie Iwan Iwanowicz. Temat bycia ekscentrykiem był tak intrygujący, że postanowił poświęcić mu w przyszłości więcej uwagi, może nawet ująć go w pamiętniku.

Razem z grupą Iwan Iwanowicz poznał też przewodnika wycieczki. Podał on wszystkim swoje imię i nazwisko, nikt jednak nie starał się nawet ich zapamiętać. Pozostał Przewodnikiem, w skrócie Przewo. Nie zwracano się do niego inaczej. Czasem tylko mówiono Przewo 13. Był to numer grupy, do której należeli.

Dla Iwana Iwanowicza trzynastka była szczęśliwa. Pod tym numerem wygrał kiedyś na wielkiej loterii fantowej pierwszą nagrodę. Nie chciał jednak ujawnić, co to było, więc nie za bardzo wierzono w jego wygraną. Z samą trzynastką było inaczej. Tak bardzo w nią wierzył, że wkrótce większość uczestników była przekonana, że grupa nie mogła mieć szczęśliwszego numeru.

Przewodnik grupy nie mógł być lepszy. Był doskonale zorganizowany, pomocny, przewidujący najbardziej dziwaczne oczekiwania i sytuacje uczestników wycieczki, wiedział o Indiach i Nepalu prawie wszystko, był biegły w historii i zwyczajach zwłaszcza Indii.

– Więcej wiedzy o kraju, jego historii i tradycjach zawierają chyba tylko Wedy, święte księgi hinduizmu – już po kilku dniach pół żartem, pół serio mówili między sobą uczestnicy Trzynastki.

Od kilkunastu lat Przewo mieszkał w Indiach. Jego żoną była dawna mieszkanka Butanu, której przodkowie przenieśli się do Indii i przeszli na hinduizm.

Ślub hinduistyczny.

Była osobą majętną, z wyższym wykształceniem; nie była jednak zbyt urodziwa. Przewo pokazywał jej zdjęcie.

– Jest osobą niezwykle sympatyczną, nie mogłem znaleźć lepszej żony. Niektóre żony tutaj traktują mężów jak istoty wyższe. Walczyłem z tym bałwochwalstwem, lecz przestałem, kiedy teściowa powiedziała mi, abym poważnie zastanowił się nad tym, co robię.

– Nie musisz płynąć pod prąd naszych przekonań, że mężczyzna to istota bliższa ideału niż kobieta.

Korzystając z wysokiej pozycji społecznej żony i jej kontaktów Przewo zbudował solidną wiedzę o Indiach, stając się idealnym łącznikiem między skromną duchowością nomadyjską a nieokiełznaną religijnością hinduską. Dzięki jego wiedzy oraz bogatym doświadczeniom osobistym, uczestnikom wycieczki łatwiej było poznawać i rozumieć Indie. Nikomu to się zresztą nie udało; wszyscy wracali przekonani, że Indie są nie do zgłębienia.

W wolnych chwilach Przewo chętnie odpowiadał na pytania. Często widziano go razem ze Śmiejącym się Półgębkiem, jak siedzą w cieniu na ławce w porze odpoczynku i konwersują ze sobą, podobni do braci syjamskich, zanurzeni w poważną wymianę słów, gestów i znaczeń.

De lachende man, Rembrandt van Rijn, 1629-1630, Mauritshuis, The Hague

0Shares

Sen bez granic. Groteska. Wersja podstawowa + Komentarz + Dodatek 1.

To była najdziwniejsza kobieta, jaką znałem. Nazywała się Vardy lub Valdy, jakoś tak. Rok temu zasnęła i już się nie obudziła. Dziś jest rocznica jej zaśnięcia. Była ciepła, więc zostawiono ją w spokoju. Potem ktoś wpadł na pomysł, aby postawić ją jako pomnik niezłomności charakteru. Ustawiono ją w Forum w Gdańsku, gdzieś na uboczu. Gdzie dokładnie, nie wiadomo, bo każdy, kto jej dotknął, zasypiał i tracił pamięć. Tego dnia w Gdańsku straciło pamięć trzydzieści pięć osób, nie do ustalenia więc było, kto.

Znałem Vardy tylko pięć godzin, a i tak mi zaimponowała. Mam na to certyfikat. To wszystko.

PS 1. Dodam jeszcze tylko, że swoją niezłomnością Vardy przewróciła mi gruntownie w głowie. Nie wiem teraz, co myśleć. Czy senność jest dobra, czy zła? Czy jest błogosławieństwem, czy przekleństwem? To jest ten sam dylemat, który miał Szekspir: „Być, czy nie być?” Dla mnie brzmi on lepiej i współcześniej jako: „Spać, czy nie spać?”

PS 2: Oto jest pytanie.

Komentarz:

Kiedy już napisałem wersję podstawową groteski, pomyślałem, że potraktuję ją jako eksperyment. Po prostu będę dopisywać, zachowując dotychczas stworzoną treść, nowe odcinki, nie kierując się żadnymi wcześniejszymi założeniami. Ot, swobodna gra wyobraźni bez planu podobnie jak robią to politycy. Mam na myśli tych potworów, którzy trzymając w rękach władzę trzymają także siekierę, z którą nie wiemy, co zrobią. Ja siekiery nie mam, więc jestem bezpieczny. 

Bój się polityka; mnie możesz spokojnie przytulić do serca.

Sen bez granic. Groteska. Dodatek 1

Od czasu zniknięcia pomnika Vardy dręczył mnie dylemat „Spać czy nie spać?”. Marzyłem, aby być Szekspirem, umieć nie tylko zadać pytanie głębokie jak ocean, trafnością przyszpilające myślącego człowieka do ściany, ale i umieć na nie odpowiedzieć. Gdyby mi się to udało, moje imię zastąpiłoby imię Szekspira. Przynajmniej na niektórych tablicach, bo jest on powszechnie znany i wielbiony.

Aby znaleźć rozwiązanie, musiałbym najpierw porozmawiać z Vardy, poznać jej tajemnicę. Było to możliwe, skoro tylko spała; najpierw trzeba by jednak odnaleźć jej pomnik.

Podjęcie decyzji szukać – nie szukać zajęło mi dwie godziny. Moje myśli krążyły po głowie jak szarańcza na ostatnim polu kukurydzy. Potrzebny był dobry plan poszukiwań. Musiałem także przemyśleć, co zrobię, kiedy już ją odnajdę. Dotknąć jej byłoby niebezpiecznie, zasnąłbym i utraciłbym pamięć. Byłbym trzydziestą szóstą ofiarą na liście utracjuszy pamięci (tak ich nazwałem). Przedtem chciałbym oczywiście poznać, co dokładnie powodowało utratę pamięci, bo sam sen nie mógł być przyczyną takiego nieszczęścia.

Myślenie o wyzwaniu, jakie sobie rzuciłem, skołowało mnie jak rozkwiecona łąka wygłodzoną pszczołę. Zacząłem zastanawiać się, jakiego rodzaju utrata pamięci mogłaby mnie dotknąć i jakie byłyby tego konsekwencje.

Sporządziłem listę. Opcji było sporo: stan pomroczny jasny, zapominanie, przejściowa utrata pamięci, przed którą można ratować się stosując Mefedron, amnezja dysocjacyjna, amnezja organiczna, zespół Korsakowa, zaburzenie pamięci świeżej (występujące przykładowo przy alkoholowym zespole abstynencyjnym), zaniki pamięci, niepamięć następcza.

Nie sposób było w tych warunkach podjąć decyzji. Musiałem odłożyć to na później. Mogłem to sobie wybaczyć, bo sam sobie jestem żeglarzem, sterem i okrętem. 

0Shares

Przebudzenie w przyszłości. Opowiadanie fantasy. Odc. 1.

Przebudziłem się w roku 2040, w dniu 15 maja, w momencie, kiedy ktoś powiedział głośno „Z ręką w nocniku”. Jak się okazało, było to hasło. Ktoś sobie takie wymyślił. Nie mam nic przeciwko niemu. Jest dobre jak każde inne. Może tylko mało oryginalne, nawet głupawe. Ważne, że działa.

Wyjaśniła mi to wszystko na biało ubrana kobieta, nie wiem czy pielęgniarka czy lekarka, która zjawiła się w pokoju zaraz po moim przebudzeniu. Powiedziała, co miała powiedzieć, coś tam sprawdziła na ekranie urządzenia widocznego na stoliku znajdującym się po prawej stronie pod oknem i wyszła. Po chwili wróciła i znowu stanęła przy stoliku. Nie ma chyba chęci rozmawiać ze mną. Widziałem to po jej twarzy, ani starej, ani młodej, trudnej do określenia wiekowo. Nie wszystko jest dla mnie zrozumiałe, w dodatku szumi mi w głowie.

Dlaczego się przebudziłem, nie wiem. Właściwie niewiele wiem o sobie, muszę sobie wszystko przypomnieć lub się nauczyć. Albo zostałem pozbawiony pamięci, albo ją utraciłem w nieznanych okolicznościach. Pamiętam tylko datę mego urodzenia: rok 2018.

Jestem z pokolenia śmieciowego. Tak nazwano pierwszą generację ludzi XXI wieku, która pierwsza podniosła wielki krzyk o to, że tworzywa sztuczne zabijają życie na ziemi. Każdy mieszkaniec planety produkował wtedy ponad sto kilogramów odpadów plastikowych rocznie. Było to dziedzictwo, jakie zostawiły nam poprzednie pokolenia.

Pokój, w którym leżę wyciągnięty na czymś w rodzaju wąskiej leżanki, jest duży i jasny. Jest mi wygodnie. Opuszczam lewą rękę i poruszam nią; czuję się trochę niepewnie, jakby nie była moja. Opuszczam prawą rękę, poruszam palcami, rozprostowując je i zaciskając, w końcu podnoszę rękę do góry. To wywołuje reakcję; tylna część leżanki, ta, na której spoczywają moja głowa i plecy, powoli unosi się do góry. Po chwili jestem już w pozycji półsiedzącej. Jest mi wygodnie; mam wrażenie, że leżanka automatycznie dostosowuje się do kształtów i położenia mojego ciała.

Przez okno mojego pokoju, rozciągające się prawie od podłogi do sufitu, widzę ulicę i przylegający do niej skwer otwarty w głębi na morze, a na jego krawędzi, zaraz od strony ulicy, długi rząd błyszczących pojemników. Domyślam się, że są to pojemniki na śmieci. Zaintrygowały mnie. Długo im się przyglądam oceniając ich kształt, kolor, wielkość i połysk. Są ustawione w jednym rzędzie, tak mi się wydaje, w jakimś, trudnym do określenia, artystycznym ładzie-nieładzie. Chciałbym obejrzeć je z bliska. Nawet dotknąć. Rozglądam się po sali niepewny, co to za miejsce, jaki tu obowiązuje porządek, czy wolno mi chodzić czy nie i czy mogę wyjść na zewnątrz.

Decyduję się zejść z leżanki i opuścić pokój, aby obejrzeć pojemniki. Czuję się trochę niepewnie, ale wszystko idzie mi składnie. Mam wrażenie, jakby moim ciałem sterował jakiś mechanizm równowagi, korygujący chwiejność członków ciała. Stojąc, oceniam sytuację. W pokoju oprócz mnie jest tylko jedna osoba, ta ni to pielęgniarka, ni lekarka. Jest odwrócona do mnie tyłem, przy stoliku, który po bliższym przyjrzeniu się, przypomina mi biurko z płaskim blatem, bez szuflad, i chyba coś ogląda lub pisze. Mam wrażenie, że jest jej obojętne, co dzieje się na sali.

Myślę, że nie reaguje dlatego, że nie musi, że i bez jej uwagi jestem obserwowany. Patrzę w rogi sali i widzę tam miniaturowe kamery. Teraz jestem już pewny, że mój najmniejszy ruch jest rejestrowany i analizowany. Spoglądam w lewo, spodziewam się tam drzwi. Są tam rzeczywiście. Różowawe, podobnie jak ściany sali, bardzo naturalny kolor. Podoba mi się. Nabieram przekonania, że wszystko wokół mnie jest dostosowane do moich potrzeb i oczekiwań.

0Shares

Niesforny starzec. Groteska. Cz 1.

Z okazji wydania mojej powieści „Cztery portrety cudze i jeden własny”, zamiast się upić z radości, napisałem opowiadanie. Nie wiem, kiedy dopiszę drugą część, ale postaram się to zrobić jak najszybciej. Taki jestem dzisiaj uczuciowy. 

Opowiadanie

Chodzi o mężczyznę mocno zaawansowanego w latach, przez przyjaciół zwanego radosnym emerytem, choć taki radosny, jak im się wydawało, to on nie był. Takiej opinii była jego rodzina. Jeden z jej członków, proszący o nieujawnianie imienia ani nazwiska, a nawet pseudonimu, przedstawił sprawę krótko i jasno:

– To facet, który źle sypia, chodzi po nocy, dziecinnieje, sprawia najbliższym kłopoty, pije do upadłego, twierdzi potem, że były to zioła, choć śmierdziało od niego alkoholem. Jednym słowem jest to zaraza, inaczej mówiąc, zakała rodziny. W dodatku na imię ma Radzisław, a jest to imię znienawidzone w naszym rodzie, bo w jego przeszłości, która sięga Łokietka, podobno nie był on królem, ale udawał ważniaka, ludzie o imieniu Radzisław okazywali się pedofilami albo, nie będąc prawdziwymi księżmi, chodzili w sutannach, co na jedno wychodzi.

Rodzina zmordowana wybrykami starca wywiozła go dwa razy do lasu, aby przewietrzył się, otrzeźwiał i doszedł do siebie, jak mówili, albo pozostał tam w celu upokorzenia i śmierci głodowej, jak mówił on. Niby w sumie nic się nie stało, bo w lesie Radosław ożywał, nabierał wigoru, przypominał sobie, że kiedyś był komandosem i to gdzie, w Legii Cudzoziemskiej w Maroku, o którym z pasją opowiadał. Kiedy przypominał sobie wojenną przeszłość, przypomniał sobie też wszystkie triki i zwody napastniczo-obronne, dzięki czemu wychodził z lasu obronną ręką.

Jego cudowne ocalenia nie kończyły się dobrze dla rodziny, ponieważ organizacje seniorów za każdym razem z całą bezwzględnością oskarżały ją o zaniedbania i próbę jego zabójstwa, mimo jej wyjaśnień i tłumaczeń, a nawet dowodów zdjęciowych, że starszy pan sam uciekał z domu do lasu z powodu utraty pamięci i tęsknoty za naturą.

– Przypominała mu się wtedy partyzantka, w której nigdy nie był. Niszczy go fatalna niepamięć, że nie powiem demencja, bo to straszny wyraz. On patrzy w lutro i pozdrawia lub wygania z domu człowieka, którego tam widzi. – Tłumaczyła synowa, mająca na pieńku z Radosławem od czasu, kiedy powiedział, że widział ją nocą na moście z naćpanym facetem.

– Po co przyszedłeś, pytał tego w lustrze, a potem krzyczał głośno: – Nikt cię tu nie zapraszał. – Było to w nocy, wyjaśniała synowa. – Zbiegli się sąsiedzi, zrobiła się awantura, że najpierw ktoś kogoś zaprasza, a potem jest taki niegościnny, że wypędza.

Jak ustaliło dochodzenie policyjne, były to słowa mężczyzny z lustra. Jak się okazało, był to starszy brat Radosława. W ogóle było niemiło, jak to przy każdym zbiegowisku, kiedy ludzie są spragnieni, a nie ma wódki tylko okazje do kłótni.

W niedziele Radosław chodził do najbliższego parku i wygłaszał przemówienia polityczne, w których oskarżał premiera o rozdwojony język i krzywoprzysięstwo, co można było różnie tłumaczyć, albo malował obrazy.

– Hyde Parku mu się zachciało – Mówił wtedy jego starszy brat z najwyższym oburzeniem.

Inni ludzie byli pozytywnie nastawieni do Radosława.

– To dusza artystyczna – wyjaśniali – kiedy wypisywał graffiti na ścianie przystanku kolejowego, jednego z tych nowoczesnych, gdzie jest miejsca do diabła i trochę.

– To trzeba zagospodarować – mówił Radosław – i spokojnie malował graffiti. Raz o mało co nie wywołał wypadku; ludzie tak się gapili na jego malunki, uważając, że były doskonałe, że kiedy pociąg wjeżdżał na peron, w ogóle tego nie zauważyli. Maszynista gwizdał i gwizdał, lecz niewiele to pomogło. Tak byli zaślepieni sztuką muralną, że o mało co nie powpadali pod pociąg. Jeden z mężczyzn stojących na peronie spadł na szyny i złamał sobie nogę. Był to słynny wypadek, opisywała go prasa. Nazwano go wypadkiem z psem Baskerwilów, bo na torach znalazł się także wielki dog duński, ogromnie zwierzę, który skoczył za swoim panem na szyny, prawdopodobnie dlatego, że był na smyczy. Świadkowe mówili, że z pyska ziało mu fosforem. Właściciel przyznał, że faktycznie poprzedniego dnia pies wypił mu połowę farby do malowania ścian, tej kolorowej, we wzory, fosforyzującej w nocy.

Cztery portrety cudze i jeden własny w księgarni: https://www.wyczerpane.pl/cztery-portrety-cudze-i-jeden-wlasny.html

0Shares

Czas i ludzie. Opowiadanie.

Nikt nie miał czasu. Było to widoczne jak na dłoni, nawet tej porośniętej kaktusem. Zegarki były coraz większe, żeby łatwiej było obserwować godziny i minuty. Biedniejsi musieli oszczędzać czas, aby starczyło go na wszystko. W niezamożnych rodzinach kobiety udzielały mężom prostych zleceń.

– Idź do supermarketu, kup sobie dobre piwo, mnie tusz do rzęs, ten najczarniejszy, marki Sigmund VII, a Zuzi ciasto marcepanowe.

Mąż wracał i mówił:

– Nie wystarczyło mi czasu. Spiesząc się kupiłem sobie pierwsze z brzegu tanie piwo, tobie tusz do rzęs marki Specific, a Zuzi słodką bułeczkę.

Bogaci mieli lepiej, stać ich było, aby nabywać tony czasu. Gromadzili go gdzie się dało, w piwnicach, hangarach i szopach, aby tylko był pod dachem. Wtedy mniej korodował, dłużej można było go użytkować.

Był też czas sztuczny, najmniej wartościowy, ponieważ zaśmiecał pamięć i rozum. Produkowano go z niezliczonych momentów bezmyślności powstałych, kiedy użytkownicy smartfonów czytali dyrdymały lub prowadzili drętwe rozmowy. Niektórzy z nich oglądali w dodatku w telewizji cudne romanse o tym, jak to dojrzałe małżeństwa nagle odkrywają, że mają dzieci, o których nigdy nie słyszały, staruszkowie wskutek upadku odzyskują dawno utraconą pamięć, a pewna matrona odkrywa w lesie książkę z instrukcjami, jak przeprowadzić dietę odchudzającą „Pogrom cellulitu”.

Jedna z teorii mówiła, że najbardziej kradły ludziom czas pustosłowie i przekleństwa. Mało kto w to wierzył. Mało kto wierzył w cokolwiek.

Doba się skurczyła. Nominalnie wciąż miała dwadzieścia cztery godziny, w rzeczywistości zaś … Otóż to. Rzeczywistość też się zmieniła, zindywidualizowała się. Dla jednej osoby doba miała dwadzieścia cztery godziny, dla innej dwadzieścia trzy godziny i trzydzieści minut, jeszcze dla kogoś innego tylko szesnaście godzin. Poniżej szesnastu godzin nikt nie schodził, to było minimum. Związki zawodowe stanęły okoniem i zażądały nie więcej niż osiem godzin na pracę i nie mniej niż osiem godzin na sen. To minimum/maksimum gwarantowała także konstytucja, gwarancja była jednak coraz mniej pewna.

– Dawniej była ona żelazna, potem brązowa, teraz chyba nawet robią ją ze słomy. – Powiedział mi sąsiad w zaufaniu.

– Tej, co im z butów wyszła? Zapytałem, bo nie byłem pewny.

– O to, to. Lecę. Nie mam czasu. Muszę być w domu, zanim zapadnie zmrok. -Wyjaśnił mi kierując się do drzwi.

– Gdzie pan się tak śpieszy? Przecież to w drugiej klatce piersiowej.

Sąsiad popatrzył na mnie dziwnym wzrokiem. Natychmiast zreflektowałem się. Omyliłem się. Miałem na myśli klatkę schodową. Nie miałem już czasu mu wyjaśnić, bo wyszedł.

– Szczęściarz. – Pomyślałem. – Ma tak gęste włosy. Nie miał czasu, aby wyłysieć, bo jest zajęty przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. Jak to jest możliwe, Bóg raczy wiedzieć.

Na śmietnikach pojawiało się coraz więcej odpadów czasu, mimo że ludziom go brakowało. Odpady te włączono do recyklingu poszerzając segregację śmieci: szkło, metal i plastik, odpady zielone do przemiału na nawóz, pozostałe resztki, na końcu czas. Pojemnik na czas zamknięty był na kłódkę, aby ludzie nie kradli zawartości. Niepotrzebny i zużyty czas darto na mniejsze kawałki, maksimum był to kwadrans, i wrzucano przez otwór do pojemnika. Pojemnik na odpady czasu wydzielał niemiły zapach, przypominający tęsknotę za czymś minionym, poprzednim ustrojem, może nawet za aktualną władzą.

Wszyscy za czymś tęsknili, a czas kurczył się lub uciekał. Taka to była ludzka tęsknota i filozofia czasu. Jedno zazębiało się z drugim, tworząc chmury na horyzoncie. Te zmiany nic dobrego nie wróżyły.

– Jestem pesymistą. – Pomyślałem i zamilkłem, bo czas na dzisiaj mi się skończył.

0Shares

Instrukcja rysowania słonia oraz zapowiedź zmian na blogu.

Drodzy Czytelnicy!

Zmuszony jestem zawiesić pisanie powieści „Cezarea”. Mam zbyt wiele obowiązków. Najważniejsze to znalezienie wydawcy dla moich dwóch powieści („Laboratorium szyfrowanych koni” oraz „Cztery portrety cudze i jeden własny”), które ukończyłem już kilka miesięcy temu, i ich przygotowanie do wydania (korekty, edycja, projekt okładki, skład, druk itp.) To mój priorytet. W tej sytuacji będę mógł tylko od czasu do czasu dokonać jakiegoś wpisu na blogu. Tematy mogą być różne. Dzisiaj jest nim „Instrukcja rysowania słonia”.

Pozdrawiam bardzo serdecznie,

Michael Tequila

Instrukcja jest stosowna dla rodziców, których dziecko pragnie narysować słonia. Przedstawia ona uporządkowany sposób tłumaczenia dziecku, jak powinno postępować, aby osiągnąć pożądany efekt. Ważne są też walory wychowawcze. 

  1. Pomyśl, co chcesz zrobić.
  2. Jeżeli wiesz, że chcesz narysować słonia, skoncentruj się, wyjmij ołówek i dużą kartkę papieru lub arkusz brystolu. Połóż je przed sobą.
  3. Zamknij oczy i wyobraź sobie całego słonia. Postaraj się zachować ten obraz w pamięci co najmniej przez kilka minut.
  4. Potem wyobraź sobie słonia w szczegółach. Zastanów się nad każdym szczegółem. Postaraj się jak najwięcej z nich zapamiętać.
  5. Weź ołówek do prawej ręki, jeśli jesteś praworęczny, lub do lewej, jeśli jesteś leworęczny. To już powinieneś wiedzieć. Jeśli jesteś niepewny, zapytaj mnie, to ci podpowiem.
  6. Jeszcze raz się zastanów, czy naprawdę chcesz narysować słonia. Rozważ trzy możliwości: „Tak – chcę”, „Nie – nie chcę”, oraz „Nie wiem”.
  7. Jeśli nie wiesz, to zostaw sobie czas do namysłu. Tylko nie myśl za długo. Jeśli po namyśle nadal nie wiesz, czy chcesz narysować słonia, schowaj papier i ołówek i zajmij się swoim smartfonem. Albo idź na podwórko, aby się pobawić z innymi dziećmi. Tylko pamiętaj, żeby się nie spocić lub pobrudzić.
  8. Jeśli twoja odpowiedź jest „tak – chcę”, zastanów się, czy naprawdę jest ci to potrzebne. W tym celu zadaj sobie pytania: – Po co mi słoń? – Czy ktoś inny rysował przede mną słonia? Jeśli tak, to jakie odniósł z tego korzyści? – Czy narysowanie słonia da mi jakieś korzyści? Konkretnie jakie? Jakie ryzyka wiążą się z narysowaniem słonia? Co będzie, jeśli stanie mi na nogę? Albo wejdzie do składu porcelany i narobi szkód? Kto za nie zapłaci? Zadaj sobie też inne ważne pytania: Jakie koszty wiążą się z utrzymaniem słonia? Co z klatką, wybiegiem, wyżywieniem i higieną? Kto będzie się nim zajmować?
  9. Jeśli twoja decyzja jest nadal na tak, nie przeciągaj sprawy w nieskończoność i narysuj wreszcie tego słonia, bo mnie szlag trafi! Ileż można tłumaczyć, jak narysować słonia!?

0Shares

Powieść „Cezarea”. Odc. 3: Niespokojny sen kronikarza Taranty

Drodzy Czytelnicy!

Dzięki za zainteresowanie nową powieścią. Nie zdążyłem z wpisem w dni dzisiejszym. Przepraszam. Podejrzewam, że będę mógł publikować kolejne odcinki nie częściej niż co drugi dzień, może nawet raz na trzy dni. Mam dużo obowiązków.
Po głowie chodzą mi tak dzikie myśli, że nie wiem, czy powinienem je przedstawiać. Może o to właśnie to chodzi?
Zobaczymy.
Pozdrawiam bardzo serdecznie
Michael Tequila

Wirgil Taranta był w rozterce. Przypomniał sobie w szczegółach dzień szesnastego kwietnia dwa tysiące dziewiętnastego roku. Zarejestrował go w kronice w formie liczbowej 2019 04 16 dla ułatwienia sobie odszukiwania dat i zdarzeń kronikalnych. Rzeczonego dnia obudził się ze snu, który napełnił go niepokojem. Pomieszały mu się pojęcia, nie rozpoznawał dat ani nawet pór roku. Nie wiedział, czy jest już wiosna, czy też zbliża się ku zimie. To go zabolało, bo kronikarz bez pamięci jest w gorszej sytuacji niż świstak na autostradzie.

Nie mogąc zrozumieć, co się stało, dokonał analizy snu rozkładając go na elementy. Przypomniał sobie, że nazywa się to rozkładem na czynniki pierwsze. To drgnięcie pamięci pocieszyło go. Nadal jednak nie był pewny, czy to, co analizował, to był sen, czy też rzeczywistość przypominająca go swoją niezwykłością.

Odważnie wznowił konfrontację ze snem i urojeniami. Będąc skromnym kronikarzem poczuł się Don Kichotem stającym odważnie przed wiatrakami, istniejącymi nie tylko w jego umyśle, ale i w rzeczywistości, ponieważ ludzie zawsze potrzebowali urządzeń do przemiału ziarna na mąkę. Kiedy sobie uświadomił, jak logicznie myśli, wróciła do niego pamięć.

W dniu szesnastego kwietnia, w przeddzień Świąt Wielkanocnych, żyjących w pamięci Wirgila pod znakiem niewinnego jaja, kolorowej pisanki, żółtego kurczaka, kudłatego baranka oraz święconej kiełbasy, przyśniła mu się szopka bożonarodzeniowa.

Rzeczywistość Cezarei od jakiegoś czasu jawiła mu się w postaci szopki ze stajenką, przy której stali Trzej Królowie, orientalnie ubrani i pachnący dobrą wodą kolońską. Towarzyszyła im pewna ilość zwierząt i cudów.

Przeżycie było tak wyraziste, że kronikarz nabrał przekonania, że prawdopodobnie upił się w nocy. Usiadł na krawędzi łóżka i rozejrzał się po pokoju. Nie dostrzegając żadnej butelki, szklanki, kieliszka czy choćby śladu libacji uznał, że pomylił się w ocenie rzeczywistości. W tej sytuacji nie zostało mu nic innego jak wstać i przejść się kilka kroków w kierunku okna, co uczynił. Starał się utrzymać równowagę. Był to test trzeźwości. Wszystko było w porządku. Ciało trzymało pion i poziom równie pewnie jak murarz na budowie. To go skłoniło do pogodzenia się z rzeczywistością, mieszającą zdarzenia fizyczne z metafizycznymi, prawdę z omamami. Uznał, że trudność rozpoznania snu była efektem wiosny, pory roku budzącej soki w drzewach jak i urojenia, podobnie jak schizofrenia. Nie była to cała prawda.

Wirgil Taranta czuł, że coś jest nie tak. Zapragnął wyjść na zewnątrz, nabrać w płuca świeżego powietrza i wchłonąć trochę słońca, aby pobudzić się do dalszego działania. Naszła go młodzieńcza lekkość. Nie czekał na windę, lecz zbiegł na dół po schodach. Stanął na chodniku i patrzył w niebo. Niespodziewanie ściemniało i zaczął padać drobny śnieg zmieszany z kolorowymi płatkami wiosennych kwiatów. Wirgil zauważył to dopiero po chwili, kiedy jego dłoń pokryły kolorowe plamki. Wpadł w dziwny nastrój i zaczął nucić melodię, którą słyszał tylko raz w życiu „Se kofi, se kofi” powtarzając refren „Se lavi, se lavi”. Motyw muzyczny wpadł mu w ucho poprzedniego dnia, kiedy słuchał kościelnej stacji radiowej Musica Religiosa.

Wszystko to nastroiło go refleksyjnie. Zastanawiał się nad porywającą naturą śpiewu, melodii i muzyki, kiedy zbliżył się do niego masywnie zbudowany mężczyzna w turbanie. Zjawił się tak nagle, jakby wyszedł z głębokiego cienia. Trzymając lewą rękę uniesioną lekko w górę, wyciągnął prawą na powitanie i przedstawił się:

– Nazywam się Abdullah. To mój pseudonim. Rządzę Cezareą, jestem jej namiestnikiem i poczytuję to sobie za zaszczyt. Nieoficjalnie jestem jednym z trzech biblijnych królów. Przyprowadziło mnie tutaj światło gwiazdy przewodniej. To, co teraz panu powiem, proszę traktować jako objawienie.

Wirgil popatrzył na nieznajomego z niedowierzaniem. Król zauważył to i pośpieszył z wyjaśnieniem:

– Z trzech biblijnych królów ja jestem tym z czarnymi wijącymi się włosami. Po tylu latach nie wiją się one oczywiście, w dodatku posiwiały. Wiek robi swoje. Kiedyś byłem też wyższy, teraz skurczyłem się nieco.

Kiedy skończył, bolesny skurcz – przypominający cień jaskółki śmigającej za muchą – przebiegł po jego twarzy. Wirgil domyślił się, że wzrost jest dla niego źródłem frustracji. Król odezwał się.

– Rozumiem, Wirgilu Taranto, że nie domyślił się pan jeszcze, którym z trzech bożonarodzeniowych królów jestem. Aby ułatwić panu zadanie powiem, że występuję czasem w telewizji i stoję na czele bardzo poważnego ugrupowania polityczno-społecznego, jakie osobiście założyłem, aby nieść chwałę Cezarei. Chętnie to wszystko wyjaśnię w detalach.

Twarz dostojnika oblekła powaga. Wirgil zwrócił uwagę na bajecznie bogaty strój monarchy. Nie miał ze sobą mirry ani kadzidła. Kronikarz domyślił się, że ma tylko słowa radości i pocieszenia.

– Jest biegły w gębie. Widać, że umie i lubi przemawiać. – Pomyślał. Nie był zbyt przychylnie nastawiony do Namiestnika.

Coś go zastanowiło. Głos przybysza nic mu nie powiedział, twarz wydała się jednak znajoma. Nie bez trudu rozpoznał Namiestnika Leona Krzepkiego-Kukułę. Zdziwił się, że chodzi w przebraniu obcokrajowca, udaje króla-dobroczyńcę, występującego w chrześcijańskiej szopce bożonarodzeniowo-wielkanocnej. Domyślił się, że Namiestnik nie czyni tego bez przyczyny, że stoi za tym jakaś myśl przewodnia i być może jakiś zbożny cel. Pragnąc dowiedzieć się o co chodzi, Wirgil postanowił wysłuchać wyjaśnień, jakie Namiestnik miał do zaoferowania.

Wokół mężczyzn zebrał się już krąg ciekawskich. Namiestnik był osobistością powszechnie znaną w Cezarei. Był celebrytą. Wkrótce dołączyli do nich dwaj pozostali królowie. Sytuacja powtórzyła się. Oni także grali podwójną rolę. Taranta zidentyfikował ich po ubiorze, akcencie, treści przekazów słownych oraz gestów. Byli to Dua, Plenipotent Namiestnika, znany powszechniej pod pseudonimem Prezydent, oraz Jeremi Chudy, premier.

Kronikarz znał ich tylko z telewizji. Pierwszy raz obcował z nimi bezpośrednio. Postanowił to wykorzystać.  

0Shares

Szczerze się martwię o zdrowie Pana Prezydenta

L0031338 An itinerant doctor, by a subterfuge, cures an undergraduate Credit: Wellcome Library, London. Wellcome Images images@wellcome.ac.uk http://wellcomeimages.org An itinerant doctor, by a subterfuge, cures an undergraduate hoaxer of his supposed maladies of lying and bad memory. Coloured etching by T. Rowlandson, 1807, after G.M. Woodward. Coloured etching 1807 By: George Moutard Woodwardafter: Thomas RowlandsonPublished: July 9 1807 Copyrighted work available under Creative Commons Attribution only licence CC BY 4.0 http://creativecommons.org/licenses/by/4.0/

L0031338 An itinerant doctor, by a subterfuge, cures an undergraduate
Credit: Wellcome Library, London. Wellcome Images
images@wellcome.ac.uk
http://wellcomeimages.org
An itinerant doctor, by a subterfuge, cures an undergraduate hoaxer of his supposed maladies of lying and bad memory. Coloured etching by T. Rowlandson, 1807, after G.M. Woodward.
Coloured etching
1807 By: George Moutard Woodwardafter: Thomas RowlandsonPublished: July 9 1807
Copyrighted work available under Creative Commons Attribution only licence CC BY 4.0 http://creativecommons.org/licenses/by/4.0/

Martwię się o Pana Prezydenta, o jego zdrowie.

Pan Prezydent przemęcza się pracując na dwie zmiany, coraz częściej nocą. Z tego, co pamiętam, a przecież nikt nie pamięta wszystkiego, PP jeździł nocą do Prezesa Kaczyńskiego na konsultacje, a ostatnio po północy w trybie pilnym przyjmował przysięgę sędziów wyświęconych przez Partię Rządzącą.

Ten nadzwyczajny pośpiech jest godzien podziwu i zadumy oraz zadumy i podziwu; w ciągu jednej nocy omówiono pięć kandydatur, przyjęto kandydatów drogą głosowania, Pan Prezydent Andrzej Duda (pozwólcie, że dla skrótu będę używać tytułu PP lub PPAD) natychmiast ich zaprzysiągł i jeszcze zdążył opublikować to w Monitorze Polskim, wydrukowanym, jak słyszę, tylko w jednym egzemplarzu jako numer specjalny, unikalny i od razu archiwalny.

To tajemnicze i fascynujące. Podobno takie zdarzenia miały miejsce dotychczas tylko w Ameryce Południowej i w Afryce, gdzie nocą panuje inny klimat, dzięki któremu ludzie ożywiają. Ale u nas, zimą, w nocy można chyba tylko poważnie się przeziębić? Ten znak zapytania niech będzie dowodem naszej wspólnej troski o zdrowie Głowy Państwa.

Obawiam się, że PP traci pamięć. To straszne. 3 grudnia w czwartek rano Trybunał Konstytucyjny przedstawił werdykt w sprawie trzech posłów wybranych prawidłowo i dwóch wybranych wadliwie przez PO/PSL (która to organizacja przestępcza na szczęście zeszła w niebyt opozycji politycznej w ramach wymiany uprzejmości wyborczych), lecz Pan Prezydent w odrobinę późniejszym orędziu mówił o zupełnie innej grupie pięciu posłów wybranych przez Partię Rządzącą (dodatkowo i w nadmiarze, co należy zapisać im na plus zważywszy na porzekadło „co za dużo, to nie zdrowo”). PP zupełnie zapomniał o tych pięciu z układu prawidłowo-wadliwego 3 + 2, a przecież pięć to liczba solidnie niemała, w dodatku kabalistyczna.

Jeszcze wcześniej PP zapomniał zaprzysiąc, mimo próśb i przypomnień, pierwszych trzech sędziów prawidłowo wybranych przez parlament poprzedniej kadencji.

Jeszcze, jeszcze wcześniej, Pan Prezydent ułaskawił posła Mariusza Kamińskiego, choć ten go o to w ogóle nie prosił. Wręcz przeciwnie, mówił, że chce być oczyszczony całkowicie z zarzutów przez sąd drugiej instancji. Pan Prezydent zapomniał, że ułaskawiony prosił o nieułaskawianie, bo jest niewinny.

Czy oprócz mnie kogoś jeszcze niepokoi utrata pamięci przez Pana Prezydenta? Przecież jest to nasza wspólna pamięć, gdyż chodzi o prezydenta całego narodu. Zadając to krótkie, niewinne pytanie wiem oczywiście, że są tacy, których to nie niepokoi, ale to chyba ludzie płochego usposobienia, skoro nie myślą o zdrowiu Pana Prezydenta, tylko o tym, aby go maksymalnie eksploatować jak swoją własność.

0Shares