Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 164: Psychoterapeutyczne wyznania Josefa

Aby zrozumieć swoje problemy Josef podejmował różne starania. Najpierw podglądał nagich mężczyzn w łaźni i słuchał co opowiadali przy alkoholu o swoich przygodach seksualnych. Potem zapoznał się z opiniami fachowców na temat seksualnych problemów mężczyzn. Oglądał też pornografię, przeczytał kilka artykułów i obejrzał dokumentalny film o mieszkańcach Afryki, znanych z dużych rozmiarów penisa. Okazało się, że ich także przerósł, był od nich lepszy. Był po prostu nadmiarowy. Musiał to wyraźnie przyznać wobec siebie samego. To go zniszczyło.

– Taki to mój parszywy los: efekt nieudanej integracji organów seksualnych człowieka i konia. – Powtarzał sobie do znudzenia. Był to jedyny defekt, jaki w sobie odkrył.

Problem wielkości przyrodzenia nie pojawił się w jednej chwili, od razu. Jego członek powiększał się stopniowo, w miarę jak Josef koniał. Ciesząc się, że konieje, nie podejrzewał, jaką cenę przyjdzie mu za to zapłacić. Sytuacja go przerosła. Myślał nawet o samobójstwie.

– Dlaczego nam tego nie ujawniłeś? Może moglibyśmy ci pomóc? – Zapytał go psychoterapeuta.

– Sam nie wiem. Czułem niesamowity strach, przerażenie, bałem się okaleczenia. Myślałem, że zechcecie mnie wykastrować. Ostatecznie powstałem w Laboratorium, macie do mnie jakieś prawa.

Zenon postanowił nie negować absurdalności podejrzeń Josefa. Nie miało to sensu. Poprosił go natomiast o informacje, jak ludzie zachowywali się wobec niego w tym trudnym czasie. Chciał zrozumieć jego przeżycia.

Zapytany uczynił to chętnie, wszystko pamiętał bardzo dobrze. Najpierw pojawiły się złośliwe anonimy na temat rozmiarów jego przyrodzenia, niektóre ilustrowane prymitywnymi, inne prawie artystycznymi rysunkami, potem wielkie niezdarne rysunki członka na drzwiach wejściowych do jego mieszkania. Wyglądały, jakby rysował je wyrostek, co niedawno zauważył, że siusiak służy nie tylko do oddawania moczu. Rysunki na drzwiach szczególnie wyprowadzały Josefa z równowagi, ponieważ mogli je zobaczyć wszyscy przechodzący obok jego mieszkania. Pojawiały się one na szczęście nad samym ranem; wstając wcześnie Josef zawsze zdążył je zetrzeć lub zamalować, zanim ktokolwiek mógł je zauważyć.

– Dzieci też zaczepiały mnie na ulicy, krzycząc za mną różne bezwstydne słowa, których prawdopodobnie same nie rozumiały. – Opowiadając to Josef starał się wyraźnie pomniejszyć znaczenie zachowań dzieci, choć były one niewybredne, a nawet złośliwe. Zenon zastanawiał się, dlaczego Josef tak łagodnie traktował swoich małych bądź co bądź prześladowców.

– Nawet koledzy zaczęli mi dokuczać. – Kontynuował Josef. – Uważali to za żarty, chyba nie zdając sobie sprawy, że nie ma nic przyjemnego być przedmiotem takich dowcipów. Mój bliski przyjaciel powiedział mi, śmiejąc się serdecznie:

– Josefie, ty to masz szczęście w swoim nieszczęściu! Kiedy zaproszą cię na bal maskowy, nie musisz w ogóle się przebierać. Po prostu weźmiesz tę rurę na plecy i będziesz grać hydraulika.

Na początku Josef otrzymywał dużo telefonów, większość anonimowych, wkrótce potem zaczęły przychodzić emaile, w końcu zaczął otrzymywać listy. Jeden z nich pamiętał bardzo dobrze, bo był zupełnie szalony. Josef ożywił się podejmując ten wątek.

– Napisało do mnie Towarzystwo Popędliwych Kobiet. I to skąd? Z południa Nomadii. List, koperta i znaczek były jak najbardziej autentyczne. Sprawdziłem nawet, że istnieje urząd pocztowy uwidoczniony na pieczęci. Oczywiście domyśliłem się od razu, że to jakaś fikcja, że ktoś to robi dla kawału. W liście poinformowano mnie, że jedna z członkiń klubu jest zainteresowana przystąpieniem do mojej organizacji i proszono o przysłanie wniosku o członkostwo.

Josef określił otrzymaną korespondencję jako wulgarną i głupią. Mówiąc to, nie wyglądał jednak na zmartwionego. Zenonowi wydało się nawet, że ukrywa rozbawienie.

Potem nadszedł list lotniczy z Japonii z propozycją, aby objął patronat nad corocznymi obchodami Festiwalu Stalowego Fallusa. Josef pamiętał doskonale tę propozycję; była napisana na białoróżowym, czerpanym papierze, od stuleci produkowanym w Japonii tradycyjnymi metodami.

– Na początku nie wiedziałem, jak reagować na zaczepki, bo oprócz złośliwości często wyrażały podziw a nawet zazdrość z powodu mego bogatego przyrodzenia.

Na pytanie Zenona, czy może notować opisywane zdarzenia dla celów dokumentacji, Josef bez zastanowienia wyraził zgodę, jakby była to prośba o podanie adresu cukierni, gdzie sprzedają najlepsze pączki serowe i naturalnie lukrowane wegańskie czekoladki.

W trakcie opisu bolesnych przeżyć twarz Josefa pozostawała napięta i smutna, tylko raz czy dwa razy uśmiechnął się jakby boleśnie. Kiedy mówił o dużym członku – do tego tematu wracał chętnie i to kilkakrotnie – Zenon zaczął nabierać przekonania, że mówienie o nim sprawiało Josefowi przyjemność. Jego twarz rozjaśniała się w takich momentach, a on sam się ożywiał. Stopniowo w psychoterapeucie zaczęły krystalizować się podejrzenia, że coś się nie zgadza w relacjach Josefa. Zaczęły mu się nasuwać wątpliwości czy Josef mówi prawdę, czy jest we wszystkim szczery, czy przypadkiem nie wyraża czasem czegoś innego niż to co mówi. Miał wrażenie, że w historii przeżyć Josefa jest coś, co go męczy.

Wakacyjno-patriotyczne uniesienia majowe. Rozmowy przy ognisku.

Krótkie jak senne marzenie wakacje spędziłem w gospodarstwie agroturystycznym; odświeżyły mnie one bardziej niż pół tuzina butelek zimnego piwa chmielowego z Lubelszczyzny. Wieś była tak mała, że na mapie jej nazwa była wielkości łebka od szpilki. Dojazd był zaszyfrowany; mogę zdradzić tylko, że po drodze była stara i nowa gorzelnia, sześćdziesiąt znaków drogowych, trzy ostre zakręty, zielony dach i dwa dęby. Jadąc, aby nie zagubić się, liczyłem domy. Naliczyłem co najmniej trzy.

Na miejscu zastałem szlaban z solidną kłódą i łańcuchem przy wjeździe, a za nimi dobrze utrzymane obejście. Agro było więcej niż turystyki. Wokół sama przyroda; z techniki zauważyłem tylko kilka samochodów osobowych, potem także naczynia kuchenne i siekierę. W centrum posiadłości, usytuowanym na jej początku, stał stuletni drewniany dom, nieco dalej stajnia z drewutnią, a w stajni boksy dla koni wielkości małych boisk. Koni nie było. Właścicielka majątku wyjaśniła, że konie tak się rozbisurmaniły luksusem, że pewnej księżycowej nocy wybrały wolność. Z jej słów wynikało, że koń to zwierzę z nadprzyrodzonymi zdolnościami. Nie głoszę tego powszechnie, bo kościół mógłby się sprzeciwić.

Przed wjazdem do posiadłości znajdował się staw, wyglądał tajemniczo, porośnięty drzewami i pokryty żabim skrzekiem. Żaby dawały bezpłatny koncert.

Mnie się wydało, że słyszałem dźwięk malutkich organów i utwory Haendla, Bacha

i Brahmsa, wyłącznie muzyka poważna, inni, że było to tylko kumkanie, wprawdzie artystyczne, ale nieporównywalne z trzema wielkimi kompozytorami, w dodatku Niemcami, co mogło by nie spodobać się rządowi.

Towarzystwo było nieliczne, ale doborowe. Wkrótce rozpalono ognisko, zaczęło się pieczenie kiełbasek i niesamowite opowiadania. Wszyscy opowiadali o swoich przeżyciach, niektóre z nich tak mroziły krew w żyłach, że poczułem dreszcze. Skojarzyłem to sobie z nagłym oziębieniem atmosfery, nie wiem czy słusznie.

Najciekawiej i najwięcej opowiadał kapitan żeglugi dalekomorskiej, podwodnej i nawodnej oraz rybackiej, obwieszony orderami i medalami. Jak się okazało, był to książę krwi spokrewniony z maharadżą Udaj Singh Dygnijmy z północnych Indii. Potwierdziła to pani, która rozmawiała z kucharzami księcia. Była w księciu zakochana, chciała nawet popełnić samobójstwo, kiedy dowiedziała się, że jest żonaty i ma sześcioro dzieci. Aby odwieść ją od tego strasznego planu, który oprócz jej życia mógłby zrujnować także jego nieposzlakowaną reputację, książę oddał jej najcenniejszy order. Powiedziała, że nosi go nieprzerwanie na sercu, choć jest nieco ciężki i uwiera ją w pierś.

– Kobieta jest zdolna znieść w wszystko – oświadczyła z dumą, wspominając także pewną wybitną kobietę polityczną, prawdziwego męża stanu, która na piersi nosiła niezliczone kilogramy broszek, medalionów i kotylionów.

Panie obecne przy ognisku potwierdziły, że cierpienie jest ulubioną formą rozrywki każdej dojrzałej kobiety, podając liczne przykłady cierpienia, które je uszlachetniło. Wzruszeni mężczyźni nagrodzili to oklaskami; trwałyby one znacznie dłużej, gdyby nie zmęczenie, jakie wzięło górę nad duchowym uniesieniem.

Wśród gości objawiły się też inne talenty. Właścicielka majątku była osobą nie tylko przemiłą, ale tak pracowitą, że okoliczne mrówki uznały, że odbiera im reputację.

– Ona wstaje wcześniej niż my, idzie później spać niż my, i wykonuje w ciągu dnia znacznie więcej pracy niż my! Były wyraźnie rozżalone.

Inna z kolei pani, też osoba niezwykłej dobroci, tak udanie modulowała głos, mimikę i ruchy naśladując znajomego geja, że kiedyś jej powiedział:

– Och! Och! Och! Pani robi to tak cudownie, że wydaję się sobie nieautentyczny. Byłbym jeszcze lepszym gejem, gdybym to potrafił!

Zaproponował jej prowadzenie za dobrym wynagrodzeniem szkoleń dla gejów w zakresie chodzenia, gestykulacji i użycia głosu, ale odmówiła z powodu braku czasu. Nie podobało jej się także to, że proponował szkolenia dla gejów, nie wspominając nawet lesbijek, co było jawnym przykładem dyskryminacji.

Dyskusja zeszła na tory normalności i nienormalności, inności, odmiany i estetyki zachowań.

Większość skłaniała się do tego, że całujące się kobiety wyglądają bardziej estetycznie niż całujący się mężczyźni, co wprowadziło do dyskusji wątek wyborów prezydenckich, którego nie zrozumiałem do końca, ponieważ nie widziałem nawet na zdjęciu całujących się prezydentów, z wyjątkiem św. pamięci tow. Breżniewa, przywódcy Związku Radzieckiego serdecznie całującego w usta św. pamięci tow. Honeckera, przywódcę Niemieckiej Republiki Demokratycznej, gdzie obecni przy ognisku kupowali ciżemki, łyżki wazowe, maszynki do przecierania buraków i podobne rewelacyjne zdobycze kultury materialnej komunizmu.

Była to dyskusja tak wszechstronna, że wszyscy wyszliśmy ubogaceni, jak mówił pewien duchowy purpurat, niższy wzrostem za to wysoki rangą, czemu się sprzeciwiłem i sprzeciwiam, ponieważ należy mówić wzbogacony, a nie ubogacony, skoro prefiks „u” jest umniejszający, choć nie zawsze, jak na przykład umniejszać, uciąć, upodlić, natomiast prefiks „w” jest powiększający, choć nie zawsze, jak na przykład wzbierać, wywyższać. Ktoś podał przykład „wzwód”, co wszyscy podchwycili jako niezwykle trafny, dobitny i życiowy.

Na tym skończyła się dyskusja przy ognisku, robiło się późno i baliśmy się, że w ciemności rozmowy zejdą na bagno, co byłoby niebezpieczne nawet dla osób umiejących pływać. Ponadto mogłoby się to nie spodobać łabędziom i dzikim kaczkom, które tak jak ludzie stanowią część przyrody ożywionej, z wyjątkiem osób nie mających własnych poglądów na rzeczywistość w kraju, która mogłaby być lepsza, a jest taka, jaka jest, czyli kojarząca się z bagnem.

C.d. w przygotowaniu

Duch i ciało w rozsypce

Objawił mi się zespół polityczno-propagandowy pod nazwą „Duch i Ciało”. Żołądek, samozwańczy zarządca zespołu, okazał się despotą, satrapą, carem i imperatorem. To on dyktował, kiedy, gdzie i w jakiej postaci zespół przyjmował i przetwarzał pokarmy. A było to możliwe w każdym miejscu i o każdej porze doby, która liczy sobie 24 godziny, czyli 1440 minut i tyleż okazji do nadużyć gastronomicznych.

Z Żołądkiem współpracował niejaki Pęcherz, osobnik antypatyczny nie tylko z nazwiska, rzucający najzupełniej niespodziewanie Zespół do łazienki w celach odwadniających. Metody działania Żołądka były również perfidne i obejmowały narzędzia wymyślone wieki temu: nacisk moralny, ssanie, napływanie śliny do ust, kuszenie widokiem, drażnienie powonienia.

Życie Zespołu w opresji nie jest łatwe. Zrozumie to każdy, kto pomieszkał w Polsce, gdzie ubikacje w miastach skrywane są w zaciszu, bez reklamy, często zastrzeżone wyłącznie dla personelu tak, jakby klient urzędu, sklepu lub banku mógł bez problemu związać kłopotliwe organy mocnym sznurkiem. To zapewnia ci sporo rozrywki. Idziesz do sklepu lub innego ośrodka z personelem i pytasz uprzejmie. Gdzie to jest ubikacja? Twój rozmówca, kobieta bądź mężczyzna, odpowiadają ci chętnie i bez zająknienia: Nie mam pojęcia. Kłamstwo nie jest wypisane, lecz wręcz wymazane grubym flamastrem na twarzy. Bardziej życzliwi odsyłają cię na dworzec kolejowy, odległy o pięć kilometrów, wychodząc z założenia, że masz czas i ochotę na spokojny spacer w tamtym kierunku.

Ubikacje nie są u nas reklamowane, za to żarcie i napoje w nadmiarze i pod bardzo przyzwoitymi hasłami: dużo i tanio. Szczególnie zdrowe są leki, które zastąpią ci dzisiaj wszystko, nawet kochankę, ale nie kota i psa, gdyż tylko zwierzęta są niezastąpione. Poza tym wszystko jest wymienne. Pardon, z wyjątkiem żołądka i pęcherza.

O kobietach, które mówią skrótami

Są ważne sprawy, o których nie pamiętają kronikarze spisujący dzieje ludzi i zwierząt. Dzisiejszy blog jest przestrogą dla tych, którzy sądzą, że mężczyzna i kobieta różnią się tylko szczegółami anatomicznymi i długością życia. Szczegóły wewnętrzne, jak to wykażę, są ważniejsze. Mogą zadecydować o „być albo nie być” niejednej istoty ludzkiej. Tematem jest komunikacja między mężczyzną i kobietą, ich porozumiewanie się. Piszę o tym niekiedy żartobliwym stylem, treść jest jednak jak najbardziej poważna.

Posłużmy się przykładem małżeństwa w sile wieku. Oboje są sensownie rozwinięci umysłowo z tym, że on nieco kuleje w materii pamięci i kojarzenia. Inwalidztwo to nie jest aż tak widoczne jak krótka noga alkoholika, który w stanie optymistycznego upojenia usiłował pokonać truchtem tory kolejowe przed zbliżającym się pociągiem towarowym.

Wszyscy wiedzą, że mózg kobiety i mózg mężczyzny skonstruowane są inaczej. Obie płcie mają inaczej ułożone klocki w głowie. Mężczyzna ma słabszą pamięć do szczegółów. Kobieta pamięta dokładnie, co i gdzie położyła trzy lata wcześniej na szesnastu półkach w wielkiej szafie. Jest to fenomenalne i godne zalecenia pod warunkiem, że nie rujnuje małżeństwa przypominaniem mężowi:

Czemu nigdy nie pamiętasz, co gdzie kładziesz?

Mój szwagier w takiej sytuacji ratuje się deklamując z przekonaniem poemat „o artystycznym nieładzie w domu i zagrodzie”. Inni są mniej pomysłowi. Pewien mąż, którego znam osobiście, dostaje wtedy białej gorączki, nawet jeśli przedmiot, o którym mowa to jego ulubiona czerwona koszulka z długimi rękawami. Gorączka nachodzi go, ponieważ żeby nie wiadomo jak się starał, to i tak nie zapamięta tak ważnego faktu, jakim jest miejsce położenia czerwonej koszulki (z długimi rękawami), kluczy, telefonu komórkowego i dziesiątki innych rzeczy. Pamiętanie stanowi dla niego tym większe wyzwanie, że ów osobnik miewa chwile ogłupiającej senności po posiłku i myślenie idzie mu wtedy jak po grudzie. Mówiąc prawdę, bywają dnie, kiedy w ogóle nie idzie.

Pewnego upalnego dnia mąż zaproponował żonie zainstalowanie termometru w jej pokoju. Przyłożył termometr do boku półki na książki i zapytał:

Czy tu będzie dobrze?

Nie, tutaj nie będę dobrze widziała. Zawieś go tam, gdzie ta wyblakła niebieska kobieta.

Jego rozgrzany upałem mózg zaczął intensywnie pracować szukając w pamięci, co znaczy „wyblakła niebieska kobieta” i gdzie ona jest. Szukał tak intensywnie, że jego mózg zagrzał się do temperatury, w której puścił wentyl bezpieczeństwa. Jego właściciel zaklął szpetnie używając dwóch powszechnie znanych słów i krzyknął:

Przestań dawać mi zagadki do rozwiązania! I tak ledwo myślę, a ty mi dajesz zagadkę, zamiast powiedzieć, o co chodzi!

Okazało się, że chodzi o ściankę stojącej tuż obok drugiej półki z książkami, gdzie wisiała wyblakła fotografia kobiety na niebieskim tle.

Analizując rzecz bliżej okazuje się, że komunikacja kobiety z mężczyzną jest bardzo wymagająca. W związku z tym apeluję do kobiet. Kiedy mu powiesz „wyblakła niebieska kobieta”, za żadne skarby świata nie odgadnie, o co chodzi. Ponieważ ma wiele innych rzeczy do zrobienia i nie chce uchodzić za głupka, co to nie rozumie prostych rzeczy, rozpaczliwie chce to ukryć i wybucha niepotrzebnie przekleństwami tracąc cenną energię. Proces ten znany jest w biochemii pod nazwą „wymiana energii na przekleństwa”.

Wniosek wynikający z relacji może być zaskoczeniem. Nie wynika on bezpośrednio z treści i refleksji nad relacjami damsko-męskimi, ile z szacunku dla wymierających gatunków. Zagrożony jest nie tylko dziobak, czarny diabeł tasmański i biały struś australijski, lecz również mężczyzna, którego niszczą: przekleństwa, upał, klimatyzacja, wódka, narkotyki, onanizm (w młodym wieku), prostata (w starszym wieku), nieokiełznany seks i pracoholizm (przez całe życie), technologie in vitro, wirus wywołujący zainteresowanie innymi mężczyznami oraz kobiety mówiące skrótami.

Kobiety (przynajmniej niektóre) myślą i mówią na skróty. Dlaczego? Nie mam najmniejszego pojęcia. Czy ktoś to potrafi wyjaśnić? Byłbym wdzięczny.