Wypożyczalnia psów. Opowiadanie. Wszystkie odcinki (1 – 6).

Przedstawiam Państwu opowiadanie publikowane już wcześniej, ponad rok temu, w odcinkach. Teraz zamieszczam je w całości pozostawiając dla wygody oznaczenia odcinków. Czynię to tytułem rekompensaty za brak wpisu w dni wczorajszym jak i zachęty do zakupu książki „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco”, w której oprócz przedstawionego opowiadania jest jeszcze trzynaście innych pisanych w podobnym stylu. Skróty recenzji tej pozycji znajdziecie Państwo na górnym pasku menu.

Opowiadanie publikuję tym chętniej, że wychodząc na spacer często spotykam ludzi z psami. Właściciele psów to najsympatyczniejsze osoby, jakie znam. Jestem przekonany, że miłość człowieka do psa wyraża się także w miłości tegoż człowieka do bliźniego. Wedle jednej ze szczegółowych teorii ewolucji psy stanowią wyższy gatunek człowieka (powoli się materializujący), w odróżnieniu od polityków, zwłaszcza tych najnowszej daty, większości których wspomniana teoria odmawia człowieczeństwa.

Wszystkie moje książki w wersji drukowanej można kupić w księgarni internetowej Empiku i innych księgarniach. Niektóre z nich są dostępne także w wersji e-booków.

Serdecznie pozdrawiam,
Michael (Michał) Tequila

PS. Przepraszam za błędy w formatowaniu tekstu. Jest to problem techniczny edytora platformy WordPress, którego nie umiem rozwiązać.

Wypożyczalnia psów. Odc. 1

Klaudiusz pół siedział, pół leżał na grubym, kolorowym swetrze przy schodach wejściowych do budynku i rozmyślał. Było mu wygodnie. Głowę i barki oparł o ścianę, prawy łokieć ułożył na najniższym stopniu schodów. Stopa prawej nogi była finezyjnie oparta na kolanie lekko zgiętej drugiej nogi. W ręku trzymał butelkę toniku Schweppes ze słomką w środku. Dawno niestrzyżone włosy, lekko rozczochrana broda o nieokreślonym kolorze, koszula w jasnoszare pasy, ciemne spodnie i tenisówki bez sznurowadeł uzupełniały jego wizerunek człowieka wolnego od trosk, mającego prawo ubierać się i zachowywać bez skrępowania. Obuwie nie spadało mu z nóg, był to dodatkowy powód do satysfakcji.

Przyglądał się schronisku dla bezdomnych, gdzie mieszkał. Z drugiej strony ulicy wyglądało całkiem przyzwoicie. Podłużny budynek z różową ścianą parteru i żółtą pierwszego piętra, przed którym rosły drzewa z koronami przyciętymi na wiechy. Klaudiusz zagłębił się leniwie we wnętrze budynku: dwie wieloosobowe sale z piętrowymi pryczami, wspólna duża toaleta, kuchnia oraz pojemna, jasna stołówka z uchylanym do góry okienkiem, przez które kucharki podawały posiłki.

Na początku było mu trudno żyć w odmiennych warunkach, szybko się jednak przyzwyczaił. Pobyt w schronisku nic go nie kosztował; miał jedynie obowiązek, podobnie jak i inni mieszkańcy, udzielania bezpłatnej pomocy w utrzymaniu pomieszczeń i obejścia. Mieszkali tu przeważnie ludzie pogodzeni z życiem, niektórzy wręcz entuzjastyczni, a co najmniej pogodni. Odpowiadał im wypoczynkowy styl egzystencji. Ci, co nie potrafili osiągnąć stanu pogodnej nirwany, opuszczali zamknięte mury, aby zyskać więcej przestrzeni i świeżego powietrza pod mostem lub w niezajętym domku z nieszczelnym oknem na terenie jakiegoś ogródka działkowego.

Niebo rozjaśniło się na tyle, że Klaudiusz mógł dostrzec wyraźnie krawężnik po drugiej stronie ulicy. Rozmyślał o tym, co ostatnio stracił, a co zyskał. Snuł wspomnienia przeszłości, kiedy miał rodzinę oraz psa wabiącego się Ami, którego imię było pamiątką po innym czworonogu. Razem z żoną kochali Amiego jak własne dziecko. Żona w szczególności, dopóki nie urodziła im się córeczka.

*****

Stosunki Klaudiusza z żoną pogarszały się stopniowo, etapami. Nie umiał sobie wytłumaczyć tej cykliczności. Na początku było cudownie, kochali się, ona wierzyła w niego bardziej niż w siebie.

– Jesteś naprawdę dobry we wszystkim – mówiła.

Oboje tak uważali, przy czym ona, jak to niewiasta, myślała bardziej o czułościach i intymności, on zaś o pracy i okazywaniu dobroci rodzinie i zwierzętom, które stawiał na pierwszym miejscu, nawet przed człowiekiem, zgodnie z własną, szczególną teorią ewolucji. Było to o tyle zrozumiałe, że był kynologiem, który stracił wiarę w człowieka. Jego niechęć do własnego gatunku, jednego z wielu żyjących na ziemi, pogłębiła się pod wpływem coraz śmielszych technologii nakładających kaganiec intelektowi i refleksji człowieka oraz grożących zgubą przyrodzie ożywionej. W opinii Klaudiusza postęp technologiczny polegał przede wszystkim na tym, że człowiek mógł w coraz krótszym czasie produkować coraz większe ilości przedmiotów oraz opakowań i odpadów, potrzebujących setek lat, aby ulec rozpadowi.

– Popatrz wokół siebie! Las został już prawie całkowicie zasypany oponami, gruzem, opakowaniami szklanymi i plastykowymi, i innym świństwem! – zrozpaczony Klaudiusz ostrzegał bliźnich, ale mało kto go słuchał, bo ludzie mieli oczy i uszy przyklejone do telefonów komórkowych, tabletów i desek rozdzielczych samochodów. Niektórzy latali samolotami, i to tak wysoko, że nie mogli dostrzec nawet lasu.

*****

Poważne nieporozumienia z żoną zaczęły się od chwili, kiedy nadał córce imię Nuka. Uparł się i tyle.

– Albo akceptujesz to imię, albo rezygnujemy z chrztu. Nie jest najważniejszy – oświadczył stanowczo. Anastazja wiedziała, że mąż nie ustąpi za żadne skarby. Nie mogła się z tym pogodzić: dać dziecku imię psa! Kiedy dziewczynka się urodziła, od razu, już pierwszego dnia zaczął nazywać ją Nuka, po rudej suczce, swojej wielkiej miłości z okresu dzieciństwa.

– Chyba na rozum ci padło! – złorzeczyła żona. Było jej strasznie wstyd, że dziecko będzie już zawsze nosić garb imienia Nuka. Prosiła męża, błagała, on jednak pozostał nieugięty. Co najgorsze, kilka osób go poparło, twierdząc, być może obłudnie, że imię jest zupełnie przyzwoite i pytając, jakie to ma znaczenie, że ktoś tak kiedyś nazywał ulubioną suczkę.

– Ja sama znam pewnego pana, to mój dawny sąsiad, który nazwał swoją krowę Baśka, tak jak ja mam na imię. I co z tego? Pogodziłam się – uwagę tę nieopatrznie wyraziła szwagierka Klaudiusza.

– W twoim przypadku to absolutnie słuszne, że krowę nazwano Baśka, obydwie zasłużyłyście na to – Anastazja musiała wyładować swój gniew na siostrze.

Klaudiusz zachował spokój, nie uważał, że robi coś niewłaściwego. Patrzył na wspaniałe obrazy psów na ścianach swojego pokoju, kiwał głową i myślał: „Człowiek ma takie same wady i zalety jak pies. Pod wieloma względami te dwa gatunki są identyczne. Tak samo się rozmnażają, odżywiają, odczuwają ból i radość. Dlatego podoba mi się imię Nuka. Jak nasza Nuczka dorośnie, też tak powie. Jestem tego pewien”.

Wypożyczalnia psów. Odc. 2

Celem Klaudiusza było poruszenie ludzi i wywołanie dyskusji w obronie psów, aby w dłuższej perspektywie doprowadzić do zmiany prawa. Z informacji wynikało, że chodziło mu o pewne minimum, mianowicie o to, aby o decyzji uśpienia psa decydowało większe grono osób, a nie tylko sam właściciel. Artykuł wymieniał przypadki, kiedy ludzie uśmiercali zdrowego psa dlatego, że był stary albo uważali, że jego utrzymanie lub leczenie za dużo kosztuje, albo kiedy wyprowadzali się na drugi koniec kraju lub za granicę.

Wobec braku żywszej reakcji Klaudiusz podjął akcję, która zbulwersowała miasteczko i groziła wybuchem niezdrowych sensacji. Przywiązał siebie i trzy psy, jednego własnego i dwa pożyczone od przyjaciół podzielających jego poglądy, do betonowego słupa przed kościołem. Raban zrobił się tym większy, że na parafialnej tablicy ogłoszeń ukazał się równocześnie afisz z podpisami kilkunastu obywateli protestujących przeciw eutanazji psów.

Proboszcz miał problemy z sercem; na wiadomość o niezwykłym wydarzeniu o mało co nie zszedł z tego świata. Jak tylko doszedł do siebie, natychmiast wysłał organistę, jedyną osobę, do której miał zaufanie, aby nie zwracając niczyjej uwagi, zerwał afisz. Nie chciał mieć awantury przed kościołem, bojąc się, że „ten wariat”, jak w duchu nazwał Klaudiusza, ściągnie gniew boży i ludzki na kościół lub na niego samego.

Po usunięciu afisza proboszcz znalazł się zupełnie przypadkiem w pobliżu Klaudiusza przywiązanego łańcuchem do słupa. Zbliżył się i dyskretnie poprosił go o spotkanie. Rozmawiali krótko, ponieważ proboszcz miał pilne obowiązki i bardzo się spieszył.

– Proszę przyjść do spowiedzi, synu. Będę na ciebie czekać – powiedział na zakończenie.

Klaudiusz stawił się w kościele o ustalonej godzinie i podszedł do konfesjonału. Zanim uklęknął, rozejrzał się, ile osób jest wewnątrz świątyni.

– Wolałbym, aby było więcej. To by nadało dodatkowy rozgłos sprawie – mruknął do siebie pod nosem.

Proboszcz od razu przystąpił do rzeczy. Był człowiekiem łagodnym z natury, ale tym razem postanowił być stanowczy. Życzliwy, pozytywny, ale stanowczy.

– Synu! W sercu zgadzam się z tobą, to bardzo ludzka postawa. Wiem, że jesteś kynologiem i sprawa psów leży ci na sercu. Ale robić takie zamieszanie? Ludzi to gorszy. Nie tylko mówić o eutanazji, ale i stawiać psa na równi z człowiekiem!?

– Ależ księże proboszczu, przecież Święty Franciszek… – usiłował protestować Klaudiusz.

– Wiem, wiem! Oczywiście, bracia mniejsi. Modlę się do niego każdego dnia, podobnie jak i ty. Uwierz w moje dobre intencje! Ale tak nie można postępować. Może to pana Boga bezpośrednio nie obraża, choć nie jestem pewien, ale ludzi na pewno. Postępujesz bardzo nierozważnie. To nie służy psiej sprawie. Przepraszam, nie służy sprawie opieki nad zwierzętami – patrzył na spowiadanego z uwagą. Serce zabiło mu żywiej, co go dodatkowo zaniepokoiło.

Z oczu Klaudiusza biła uczciwość i powaga. Proboszcz zmieszał się. Nabrał pewności, że nie ma co rozmawiać, bo mężczyzna mu nie ustąpi. Słyszał o jego trudnym charakterze od jego żony, Anastazji. Pamiętał, że Klaudiusz uparł się i za żadne skarby nie chciał ustąpić, aby nie nadawać córeczce imienia Nuka, przy wymawianiu którego matka dziecka płakała rzewnymi łzami.

Zapytał Klaudiusza, czy chciałby coś jeszcze dodać lub wyznać jakieś grzechy. Słysząc w odpowiedzi milczenie, postanowił zakończyć przykry sakrament spowiedzi. W duchu pomyślał jeszcze: „Błogosławieni ubodzy duchem, albowiem do nich należy królestwo niebieskie” i niepewnie podziękował Bogu. Miał do Niego trochę żalu, że dopuścił do takiej sytuacji. Po chwili refleksji uznał jednak, że byłoby bezsensowne oczekiwać, aby Najwyższy interweniował w tak dziwnej sprawie i to tylko dlatego, że jest ona kłopotliwa dla jakiegoś lokalnego proboszcza. Kiedy patrzył na klęczącego Klaudiusza, przeszła mu przez głowę myśl, że być może Bóg wie lepiej, gdzie rezyduje prawdziwa wiara i dobroć.

Wracając do zakrystii proboszcz zdecydował, że nie będzie już prosić o boskie wstawiennictwo w sprawie kynologa i jego psów niezależnie do tego, jak ona się rozwinie. Serce proboszcza uspokoiło się.

*****

Zdarzenia osiągnęły poziom masy krytycznej, kiedy pies Klaudiusza i Anastazji wystraszył się ciężarówki, uciekł i przepadł bezpowrotnie. Nigdy go nie odnaleźli. Wyglądało to jak klątwa. Od tej pory nieszczęścia spadały na Klaudiusza w sposób lawinowy; sytuację można było porównać do ładunku jądrowego, kiedy jedno rozszczepienie jądra atomowego wywołuje nieprzerwany łańcuch dalszych rozpadów.

Zniknięcie psa przelało kielich goryczy Anastazji. Potrzebowała tylko kilku godzin, aby wylać z siebie wszystkie żale i rozczarowania, zebrać i zapakować niezbędne klamoty, ubrać córeczkę i opuścić dom.

*****

Anastazja była nauczycielką. Klaudiusz uznał to za główną, jeśli nie jedyną przyczynę własnych nieszczęść. Swój żal wylał w knajpie przed mężczyzną, który słuchał go cierpliwie, pijąc fundowane piwo. Rozmówca wyglądałby na włóczęgę lub bezdomnego, gdyby nie nowiutka elegancka muszka zamocowana pod szyją na tle zużytego częstym praniem kołnierzyka.

– Nauczycielka nie jest istotą łatwą w pożyciu – zaczął Klaudiusz. – Kiedy wszystko układa się dobrze, zachowuje się poprawnie. Żeniąc się z Anastazją, nie wiedziałem, co to za zawód, jacy są ci ludzie. Teraz już wiem. Traktowała mnie jak dziecko w klasie, której była wychowawczynią. Była głośna i apodyktyczna, chciała mną sterować, odrzucała moje propozycje i krytykowała moje poglądy, nazywała je „zagraniami” albo „sztuczkami”. Reprezentowała postawę: ja wiem wszystko, ty nie wiesz nic. To było straszne – popatrzył na bezdomnego z kolorową muszką pod spłowiałym kołnierzykiem. Wydawało mu się, że tkanina rusza się razem z szyją. Trochę szumiało mu w głowie, ale był pewien trafności swoich obserwacji.

– Wszyscy nauczyciele mają podobne skrzywienia, ten zawód jest genetycznie obciążony defektami – dodał z przekonaniem. – Oni, kiedy mówią o czymkolwiek, wyliczają. Po pierwsze, po drugie, po trzecie i tak dalej, w nieskończoność. Po prostu nie umieją zachowywać się inaczej. To prawdziwe zboczenie!

Wypożyczalnia psów. Odc. 3

– Po pierwsze nadanie dziecku imię Nuka, po drugie próbę korekty teorii Darwina, że w łańcuchu ewolucji pies był przed człowiekiem, po trzecie twoja teoria śmierci psa i propozycja jej wprowadzenia do tanatologii zwierząt, po czwarte organizację demonstracji przeciwko usypianiu zwierząt jako formie eutanazji. Nie dość, że wymusiłeś na księdzu nadanie dziecku tego strasznego imienia, to jeszcze głosiłeś publicznie, na konferencjach kynologicznych, w wywiadach radiowych i telewizyjnych, te swoje kretyńskie teorie, przez co ośmieszyłeś mnie, bo noszę to samo nazwisko, co ty. Ty możesz być kretynem, ale ja nie jestem i nie podpisuję się pod twoimi wymysłami. Zostawiłeś fatalne dziedzictwo naszej córce. Nawet nie mogę wymienić jej imienia – Anastazję opanował głęboki szloch. Klaudiusz wystraszył się i chciał natychmiast wzywać pogotowie. To tylko spowodowało, że kobieta ponownie wyzwała go od kretynów i rzuciła w niego pierwszym przedmiotem, jaki miała pod ręką. Na szczęście nie było to nic ciężkiego ani wartościowego.

*****

Wraz z żoną odszedł drugi dochód gospodarstwa domowego. Był to cios powalający na deski. Klaudiusz nie był w stanie kontynuować spłaty kredytu za dom wyłącznie ze swojej pensji. Wkrótce bank go zlicytował. Nieszczęśnik podejrzewał, że mieszała w tym palce serdeczna przyjaciółka żony, pracująca w banku w dziale szkoleń.

Mężczyzna popadł w zniechęcenie, a potem w apatię, z której już się nie wydobył. Zaniedbał się w pracy, zwolniono go z trzymiesięcznym wypowiedzeniem. Dyrektor uznał je za akt łaski. Od tej pory Klaudiusz nie miał nawet środków na czynsz i utrzymanie. Został bezdomnym. Kilka tygodni przemieszkał u najlepszego przyjaciela, dopóki jego żona się nie zbuntowała, potem tułał się po znajomych. W końcu „usamodzielnił się”, zamieszkując w pustym domku na ogródkach działkowych. Kiedy nadeszły jesienne chłody, trafił do schroniska dla bezdomnych

Zimne schody i trotuar otrzeźwiły Klaudiusza. Przerwał rozmyślania o przeszłości i wstał. Zbliżała się pora posiłku, wszedł więc do wnętrza schroniska. Stracił już nadzieję na powrót do normalności. Jedynym pocieszeniem było dla niego to, że nie popadł w alkoholizm.

*****

Kiedy wiosna ugruntowała swój stan posiadania ciepła i zieleni, Klaudiusz podjął regularne spacery do pobliskiego lasu. Chodził wśród drzew i przyglądał się śmieciom, których było więcej niż roślin, rozmawiał z ludźmi wychodzącymi z psami na spacer, jeśli tylko chcieli z nim rozmawiać. Któregoś dnia starszy mężczyzna poskarżył mu się:

– Nie ma mnie kto wyciągnąć z domu na spacer. Nie mam psa. Dzisiaj z trudem zwlokłem się z łóżka. To straszne!

Te proste słowa poruszyły bezdomnego; jemu też brakowało mobilizującego towarzystwa. Przypomniał sobie własnego psa i wtedy przyszedł mu do głowy pomysł. Wydał mu się niezwykle obiecujący. Po chwili Klaudiusza ogarnęły wątpliwości i uznał go za szalony; przesądziły o tym negatywne doświadczenia własnego życia. Nie zrezygnował jednak z niego całkowicie, postanowił tylko nie mówić o nim nikomu. Bał się, że ktoś go ubiegnie, że ukradną mu pomysł, a co najmniej wyśmieją.

W ciągu kilku dni Klaudiusz zmienił się. Myślał inaczej, bardziej optymistycznie. Zaczął też dbać o siebie. Cały czas obmyślał plan działania, intuicyjnie szukając jakiegoś mocnego punktu zaczepienia. Tak go to męczyło, że w końcu zdecydował się porozmawiać ze współmieszkańcem, grubym mężczyzną, o którym wiedział, że kiedyś pracował w urzędzie zatrudnienia. Podjął ryzyko, choć mu nie ufał, bo chodził notorycznie pijany. Mężczyzna wydający się być zdegenerowanym alkoholikiem w stanie trzeźwości okazał się całkiem sympatyczny i życzliwy. Klaudiusz przedstawił mu tylko samą ideę, bez żadnych szczegółów. Był ostrożny, powiedział tylko tyle, ile wymagało zorientowanie się, co powinien zrobić dalej. Były urzędnik zachęcił go do realizacji planu.

– Jesteś z zawodu kynologiem. Znasz się na psach. Pomysł wydaje mi się rozsądny. Jeśli opracujesz biznesplan, możesz ubiegać się o dofinansowanie ze strony państwa. Mogę ci w tym pomóc. Mam jeszcze trochę znajomości.

– Muszę to sobie przemyśleć – skwitował przedsiębiorca. Tak siebie określił w duchu. Bardzo mu to schlebiało.

Wieczorem zaczął zastanawiać się, czy nie warto byłoby mieć wspólnika. Przypomniała mu się Anastazja i od razu mu przeszło. Postanowił kontynuować w pojedynkę. Znowu skontaktował się z byłym urzędnikiem, który, jak się okazało, zajmował się konkretnie doradztwem zawodowym. Po rozmowie Klaudiusz wyszukał podany adres i zgłosił się do firmy, która była inkubatorem przedsiębiorczości. Rozmawiał z nimi kilka razy, w końcu się zarejestrował. Przyjaciel pomógł mu napisać biznesplan. Po dyskusjach wyjaśniających, uzupełnieniu dokumentów i dwumiesięcznym oczekiwaniu Klaudiusz otrzymał pożyczkę na stworzenie biznesu. Warunki były bardzo korzystne.

*****

Wkrótce Klaudiusz założył wypożyczalnię psów wyciągowych. Była to mała psiarnia, w której trzymał zwierzęta dostatecznie silne i łagodne, które można było wypożyczać ludziom bez obawy, że wyrządzą im jakąś krzywdę lub że same zostaną skrzywdzone. Idea była bardzo prosta. Klient wypożyczał psa, aby wyciągał go na spacer i to nie okazyjnie, od czasu do czasu, ale regularnie, trzy razy dziennie, o określonej porze. Było to warunkiem umowy.

– Klient może nie chcieć wyjść na zewnątrz, ale pies musi. Umowa między nami ustala, że pan lub ktoś z rodziny albo przyjaciół wychodzi z psem trzy razy dziennie. Musi pan podpisać takie zobowiązanie – tłumaczył Klaudiusz pierwszemu klientowi. Z okazji inauguracji biznesu udzielił mu wysokiego rabatu, pełne pięćdziesiąt procent.

Niektórzy ludzie nie za bardzo rozumieli sens jego biznesu. Nie przeszkadzało mu to, zdawał sobie sprawę, że będzie musiał pokonać mur ignorancji i niechęci do nowości. Wątpiącym cierpliwie tłumaczył.

– Nie każdy ma własnego psa. Nie każdy może go mieć, bo do tego potrzebne są odpowiednie warunki. Wypożyczenie psa rozwiązuje te problemy. Są ludzie, których okoliczności mogą zmusić, aby tylko przez pewien czas mieszkać z czworonogiem, mieć towarzystwo. Na przykład rekonwalescenci po ciężkiej chorobie, którym lekarz zalecił regularne spacery. W niektórych krajach lekarze zamiast recepty na lekarstwo zalecają pacjentowi psa do towarzystwa. Pies działa jak lekarstwo. Ja sam nie mam co do tego żadnych wątpliwości.

Najwięcej pytań wywoływała kwestia, co zrobić z psem, kiedy jest się dłużej nieobecnym w domu. Klaudiusz, teraz już dyrektor firmy, uspokajał klientów.

– Sytuacje i potrzeby ludzi zmieniają się. To jest zrozumiałe. Na przykład musi pani wyjechać na kilka tygodni do rodziny w innej części kraju albo na wycieczkę dookoła świata, albo, nie daj Boże, znajdzie się w szpitalu lub w sanatorium. Psa można wypożyczyć na określony czas, nawet na jeden dzień, choć to najmniej korzystne rozwiązanie, bo opłata jest wtedy najwyższa. Trzyma pani psa tak długo, jak długo pani go potrzebuje. Kiedy nie jest pani potrzebny, zwraca go pani mnie, firmie „Wypożyczalnia psów wyciągowych”, gdzie jest jego stały dom.

Wypożyczalnia psów. Odc. 4

Na początku firma dysponowała tylko dwoma dogami nabytymi okazyjnie w schronisku dla zwierząt. Klaudiusz odkarmił je i regularnie przebywał z nimi na dworze, układając do świadczenia usług: wyprowadzania człowieka na spacer. Psy wyglądały wspaniale, były miłe i zawsze chętne do wyjścia na zewnątrz. Klaudiusz przyuczył je do wychodzenia o określonych godzinach. Nie było tu dowolności; pies musiał być zdyscyplinowany, aby przypominać klientowi o spacerze. Regularne wychodzenie spowodowało, że dogi nabrały nawyku punktualności: o godzinie siódmej rano, drugiej po południu i dziewiątej wieczorem brały smycz w pysk, podchodziły do opiekuna i prosiły o wyprowadzenie. Nie było możliwości, aby im odmówił; psy były cierpliwe, stały lub siedziały przy drzwiach tak długo, aż człowiek ustąpił. Jeżeli czekanie trwało dłużej niż piętnaście minut, psy szczekały. Na tym polegał urok i siła perswazji „pracowników” Klaudiusza: skutecznie wyciągali człowieka z domu.

Pierwsze ogłoszenie: „Dog silniejszy niż perszeron! Masz pełną gwarancję, że wyprowadzi cię na spacer!” Klaudiusz zamieścił w regionalnym wydaniu gazety ogólnokrajowej. Już następnego dnia dzwonił telefon i to kilka razy. W ciągu jednego tygodnia dwa dogi, a wkrótce także owczarek niemiecki, który trafił do Klaudiusza prosto z domu prywatnego właściciela, z powodzeniem służyły klientom. Była to ich praca.

Biznes prosperował, a jego właściciel był szczęśliwy. Klaudiusz potężnie awansował na drabinie powodzenia. Tak to odczuwał. Regularnie odbywając spacery z psami, utrzymywał się w doskonałej formie. Kiedy wszystkie były wypożyczone, biegał sam po lesie dla utrzymania kondycji. Jego biznes wywołał takie zainteresowanie, że pokazano go w telewizji razem z pupilami w programie edukacyjnym „Człowiek i zwierzę” i drugi raz w programie zdrowotnym „Aktywny wypoczynek”. Obydwa pokazy wywołały wielkie zainteresowanie i dziesiątki zapytań. Wydawało się, że co najmniej połowa ludzi niemających psów chce spróbować chodzenia na spacer z czworonogiem, który pomaga podjąć decyzję wyjścia na zewnątrz, pogoda czy niepogoda.

*****

Dwie potrzeby nowego biznesu stały się wkrótce oczywiste: zdobycie kolejnych psów, nie za wielu, bo trzeba było wszystko mieć pod kontrolą, oraz wynalezienie nowego, chwytliwego hasła reklamowego.

W schroniskach było dużo zwierząt, ale nie takich, które spełniałyby oczekiwania Klaudiusza. Ustalił kryteria. Pies powinien być dostatecznie duży, silny, spokojny, kochający ludzi i spacery. Także łatwy w utrzymaniu. Psy długowłose nie wchodziły w rachubę, ich czesanie i sprzątanie zrzucanej sierści było zbyt kłopotliwe. Ponieważ ludzie mają różne preferencje, potrzebne były psy różnej rasy. Na początek sfora Klaudiusza obejmowała dwa dogi, owczarka niemieckiego, dużego i łagodnego labradora, beagla będącego typem psa gończego oraz teriera Jack Russel, wytrzymałego i uwielbiającego przebywać na zewnątrz. Klaudiusz myślał jeszcze o bokserze; kilku klientów pytało go o psa tej rasy. Nowych „pracowników”, jak ich nazywał, szukał w schroniskach dla zwierząt, w ogłoszeniach o psach do oddania lub sprzedaży. Dał też ogólne ogłoszenie „Poszukuję psa”, licząc na zróżnicowane oferty.

*****

Biegając po lesie, Klaudiusz spotykał różnych ludzi, z psami i bez psów: starsze małżeństwa, dziadków i babcie z małymi dziećmi, samotne matki z niemowlakami, sportowców. Rzadziej spotykał samotnych mężczyzn. Ze wszystkimi chętnie rozmawiał, szukając pomysłów, jak rozreklamować własny biznes. Łatwiej przychodziło mu nawiązywanie rozmowy z kobietami niż z mężczyznami, mimo negatywnych wspomnień związanych z Anastazją. Stosował różne odzywki, aby nawiązać kontakt.

– Panią to ma kto wyciągnąć z domu na spacer – mówił, wskazując psa. – Są ludzie, którzy sami muszą to robić, zwalczając lenistwo. Albo sugerował: – Oprócz urody ma też pani sympatycznego zwierzaka. Można tylko zazdrościć.

Kiedy pierwsze lody były już przełamane, rozmowa toczyła się jak z górki: o psach, zdrowiu, spacerach, potrzebie świeżego powietrza, pracy i wypoczynku. Przy okazji Klaudiusz wspominał o swojej firmie, zapraszał do jej odwiedzenia albo obejrzenia na stronie internetowej. Rozdawał także wizytówki.

Biznes nosił nazwę jasną jak promień słońca: „Wypożyczalnia psów wyciągowych”. Na początku ludzie dziwili się nieco określeniu „pies wyciągowy”, lecz bardzo szybko chwytali jego sens i akceptowali. Idea „bycia wyciąganym” na spacer przez psa okazała się chwytliwa.

Wiadomość o psach do wynajęcia przechodziła szybko z ust do ust metodą poczty pantoflowej. Była to najbardziej skuteczna i najtańsza forma popularyzacji firmy i jej usług. Klaudiusz żartował często na temat ludzi i psów, tworzyło to swobodną, życzliwą atmosferę. Nigdy nie zdarzyło mu się, aby ktoś zareagował negatywnie. Kto mógłby mieć coś przeciwko mężczyźnie w średnim wieku kochającemu psy, adoptującemu bezdomne psy ze schronisk dla zwierząt, oferującemu pomoc ludziom spragnionym spaceru i serdecznego towarzystwa?

Wypożyczalnia psów. Odc. 5

– Może pan być spokojny. Bokser jest w doskonałej kondycji, towarzyski i ma łagodny charakter. Uwielbia spacery – zapewniał kobiecy głos. Oferentka nie oczekiwała żadnego wynagrodzenia. Była to idealna okazja: pies krótkowłosy, idealnej wielkości, atrakcyjny wizualnie i łatwy w utrzymaniu, który szybko i łatwo wyciągnie klienta z domu. Właścicielka chwaliła swój towar. Rozmowa nie trwała długo.

Na pytanie, czy jest silny, odpowiedziała bez wahania: – Absolutnie tak. Także czysty, zadbany i zdrowy. Dla właściciela biznesu był to niezwykle ważny szczegół.

– Czy był szczepiony? – to było ostatnie pytanie Klaudiusza.

– A na co chciałby pan go szczepić? To dorosły osobnik, zdrowy, na nic nie choruje. Czy pan robił sobie ostatnio jakieś szczepienia? – nie była to miła odpowiedź, ale Klaudiusz mógł zrozumieć taką reakcję. Nie wahał się, śpiesznie udał się pod wskazany adres.

W poczekalni znajdowała się tylko jedna osoba. W rogu, na krześle, siedział masywny mężczyzna o głowie prawie kwadratowej i żuchwie przypominającej przemysłowe nożyce do cięcia blachy. Jego łagodne, nieco ospałe oczy stały w sprzeczności z dłońmi przypominającymi bochny razowego wiejskiego chleba.

– Pan też czeka na wejście do biura? – po chwili milczenia zapytał Klaudiusz.

– Nie – spokojnie odpowiedział mężczyzna. Miał mocny, tubalny glos. – Czekam na właściciela.

– Przepraszam, jakiego właściciela? – Klaudiusz nie zrozumiał.

– Jakiego właściciela? – powtórzył zdziwiony mężczyzna. – Jak to: jakiego? Na mojego właściciela – nieznajomy odpowiadał z takim spokojem, jakby rozmawiali o klockach Lego lub ładnej pogodzie.

– Ktoś jest pańskim właścicielem? – dopytywał się Klaudiusz, niepewny, czy zadaje właściwe pytanie. Spojrzał na nieznajomego z ukosa, niedowierzająco. Dziwna sprawa, pomyślał. Chyba chodzi o klub bokserski albo jakiś związek sportowy?

– Tak, mam nowego właściciela. Dzisiaj ktoś odpowiedział na ogłoszenie o mnie. Zaraz ten gość przyjedzie, to czekam.

– Klaudiusz zmartwiał. Twarz mu zbladła i serce zaczęło bić niespokojnie. Po chwili opamiętał się. Musiał jakoś wybrnąć z niezręcznej sytuacji.

– A gdyby właściciel nie przyjechał? – usiłował ratować się, negocjując.

– Nie szkodzi – ton głosu boksera nie zmienił się ani na jotę. – Wyświetlił się jego numer telefonu. Znajdziemy. Pożałowałby, gdyby nie przyjechał po mnie – żyły mówiącego nabrzmiały sinawo na dłoniach, szyi, twarzy i karku. Napięcie pokazywało wysiłek, jaki zadałby sobie, aby nie dopuścić do zerwania transakcji.

Klaudiusz pomyślał, że to jakiś głupi żart. Nie czekając na nic, zerwał się, krzyknął „przepraszam pana” i wparował do biura. Obok biurka stała kobieta z podciągniętą na prawym udzie spódnicą, poprawiała sobie właśnie podwiązkę pończochy. Przestraszyła się i zdenerwowała.

– Zachowuje się pan jak bezczelny pijak, którego przywieziono do izby wytrzeźwień!

Klaudiusz zignorował jej słowa.

– Przyjechałem po boksera z ogłoszenia, przywiozłem ze sobą klatkę, chyba wystarczy. Mam ją ze sobą.

– Chce pan wozić człowieka w klatce? Pan jest chyba nienormalny! Przecież powiedziałam panu wyraźnie: dużego boksera.

– Poznałem go właśnie, myślałem, że to jakiś kawał. Nie zamierzam go w ogóle zabierać.

– Musi go pan zabrać. Umowa jest umową. Skreśliłam go już z ewidencji naszego klubu. Zresztą on nie zamierza tu zostać. Jest zdecydowany odejść. Chociaż dobrze go karmimy, uważa, że żarcie u nas jest podłe i jest go za mało. Podłe i mało! Wyobraża pan sobie? Powiedział nawet, że wolałby już żarcie dla psa!

– Ma je u mnie jak w banku! – pomyślał mściwie Klaudiusz. Nie oponował już, wiedział, że sprawa jest fatalnie przegrana.

Nowy nabytek okazał się niespodzianką i to najlepszą z najlepszych, jakich właściciel rozwijającej się firmy wynajmu psów mógłby oczekiwać od losu. Bokser, Klaudiusz nie zmieniał mu już imienia, okazał się wspaniałym pomocnikiem. Był pracowity i spokojny, co najważniejsze, kochał psy, a one wprost za nim przepadały. Bawił się z nimi, karmił je, szczotkował, pielęgnował, chodził na długie spacery. Jedyna rzecz, Klaudiusz śmiał się w duchu, to tylko to, że nie jadł razem z nimi, choć, jak mówił, dobre puszkowane żarcie dla psów jest lepsze niż konserwy mięsne dla ludzi. – Oni ładują ludziom dużo więcej chemikaliów do puszek. Rzekomo dla bezpieczeństwa. Ja w to nie wierzę.- Wyjaśnił z przekonaniem.

Zawsze kiedy coś układało się wyjątkowo pomyślnie, w głowie Klaudiusza pojawiał się niepokój, że jest to zbyt dobre, aby trwało wiecznie. Myśl nie męczyła go długo, powracała jednak regularnie w okresach największych sukcesów.

*****

Mając nowego pomocnika, Klaudiusz mógł poświęcić więcej czasu na rozwój biznesu. Obserwując Boksera biegającego z psami, doszedł do wniosku, że powinien założyć coś w rodzaju klubu sportowego, w którym młodzi ludzie mogliby porównywać swoją sprawność ruchową ze zwierzętami.

Najpierw pomyślał o sekcji „Rower i pies”, lecz szybko mu to przeszło z powodu współczucia dla zwierząt. Widząc kiedyś psa biegnącego obok roweru, na którym siedziała tęgawa kobieta w kasku i czerwonej koszulce, Klaudiusz pobiegł za nimi. Był w formie, chciał sprawdzić, co to znaczy biec w tempie wyznaczonym przez rowerzystę. Nie podobało mu się to doświadczenie, uznał, że układ nie jest fair. Po zakończeniu biegu zaproponował kobiecie, aby dała się pociągnąć na smyczy lub na lince, jeśli tak woli, za rowerem, którym on pojedzie. Zaskoczona, a nawet trochę oburzona, odmówiła. Potem jednak, po chwili refleksji, kiedy jej powiedział, że warto spojrzeć na bieganie przy rowerze z punktu widzenia zwierzęcia, zgodziła się. Przebiegła niewiele więcej niż sto metrów. Przyznała, że było to dla niej ważne i bardzo pouczające doświadczenie.

– Więcej nie będę już ciągnąć psa na smyczy za rowerem. To nic fascynującego – deklaracja rowerzystki głęboko usatysfakcjonowała Klaudiusza. Zawsze w takim przypadku wracała mu cząstka wiary w człowieka, zwłaszcza w kobiety. Ciągle jeszcze męczyła go pamięć o żonie, która go opuściła, zabierając ze sobą córeczkę.

W grudniu Klaudiusz otrzymał kartkę bożonarodzeniową z życzeniami. Było to właściwie zdjęcie. Figurowała na nim szczupła, opalona i radośnie uśmiechnięta kobieta w ciepłym zimowym dresie oraz pies. Klaudiusz nie rozpoznał kobiety, pies natomiast przypomniał mu się od razu, jamnik krótkowłosy z czarnymi mądrymi oczami i srebrną obróżką na szyi. Oprócz życzeń świątecznych na kartce był dopisek: Jestem szczęśliwa, że biegam teraz razem z moim Tuptusiem, a nie ciągnę go, jadąc na rowerze. Niech Bóg Pana błogosławi!

Następnym pomysłem Klaudiusza był klub spacerowicza. Idea wzięła szybko w łeb; była to zbyt spokojna forma rozrywki.

Wypożyczalnia psów. Odc. 6 (ostatni)

Między uczestnikami, ludźmi i psami, nie pojawia się nawet cień rywalizacji, tylko czysta przyjemność biegania razem i testowania, kto jest szybszy lub bardziej wytrwały. Klub otrzymał nazwę „Razem ze swoim psem”. Wkrótce, zgodnie z powszechną praktyką, do nazwy rodzimej Klaudiusz dodał nazwę w języku angielskim „Together with your dog” oraz hiszpańskim „Junto con su perro”. Zanim się spostrzegł, pojawili się obcokrajowcy chętni zapisać się do klubu i uczestniczyć w zajęciach. Byli to głównie zagraniczni studenci oraz pracownicy ambasad, konsulatów, firm i organizacji zagranicznych. Bliskość stolicy kraju sprzyjała rekrutacji nowych członków.

„Szczęście ma zawsze początek i koniec” – pomyślał Klaudiusz, kiedy otrzymał pismo od byłego właściciela działki i budynku, na której znajdowała się jego firma. Po drugim, dokładnym zapoznaniu się z treścią pisma ogarnęła go smutna refleksja. Po głowie chodziły mu te same nieporadne myśli: takie jest życie, nawet planety i galaktyka mają swoje granice, tylko Bóg jest wieczny, a i to nie wiadomo. Idea wieczności Boga była dla niego pocieszeniem, ale tylko połowiczym, bo filozoficznym. Takie pocieszenia czasem na niego działały, częściej jednak nie, wywołując jedynie ból żołądka, podobnie jak alkohol.

„Jak długo jesteś nim upojony, wszystko jest w porządku. Potem jest już tylko kac i kac” – Klaudiusz miał wiele wspomnień z okresu bezdomności. „Bez domu jest gorzej niż bez alkoholu” – pomyślał i skurczył się, jakby zrobiło mu się zimno.

Działka, którą kupił wraz z budynkiem, była własnością wieczystą. To było mu wiadome. Kiedy ją kupował, do końca dzierżawy wieczystej pozostawało jeszcze siedemdziesiąt pięć lat. Było jednak coś, czego nie był świadomy. W momencie podpisywania umowy zakupu istniały już plany budowy autostrady przecinającej teren działki, choć sprzedający zapewniał go solennie, że nikt na tym terenie nie planuje żadnych inwestycji. Opowieść sprzedającego była kłamstwem, lecz winą kupującego było niesprawdzenie zapewnień. Był to fatalny błąd, ponieważ w przypadku realizacji inwestycji państwo miało prawo pierwokupu. Na swoich warunkach oczywiście. Kilka tygodni później Klaudiuszowi zaoferowano cenę dużo niższą od tej, jaką sam zapłacił.

Formalnie mógł dochodzić w sądzie wyższej ceny. Było to jednak ryzykowne i kosztowne; sądy działały przewlekle, a adwokaci wysoko cenili swoje nawet przeciętne usługi. Jeden z jego klientów, ten, który pożyczał beagla, był adwokatem i Klaudiusz zasięgnął jego opinii. Wydała mu się wyważona i sensowna. Adwokat sugerował poddać się.

– W najlepszym wypadku pańska sprawa będzie w sądzie nie wcześniej niż za pół roku, ze wskazaniem na przegraną, gdyby odwoływał się pan od wyroku. Odwołanie na nic by się zresztą nie zdało, bo z przeciwnikiem raczej pan nie wygra, skoro jest to państwo, nie osoba fizyczna lub przedsiębiorstwo prywatne – adwokat nie używał słowa „na pewno” tylko „raczej”, choć miał na myśli „na pewno”. „Lepiej być ostrożnym i zachować odrobinę niepewności” – tak myślał, lecz nie mówił tego głośno.

Klaudiusz nie miał powodów, aby mu nie wierzyć. Ostatecznie „nieudany inwestor i biznesman”, jak określiła go Anastazja, stracił działkę, budynek i biznes, otrzymując w zamian niepełną rekompensatę. Pomyślał o sobie, że tym razem rzeczywiście miała rację. Zabolało go to podwójnie. Nie była to ocena obiektywna, gdyż w każdym biznesie istnieje ryzyko niedopatrzenia czegoś istotnego mimo wykazania pełnej staranności.

Zabolała go nie tylko strata finansowa, ale i opinia osób bliskich, przede wszystkim zaś Anastazji, z którą łączyła go malutka Nuczka. Anastazja uznała, że była to w stu procentach jego wina. Wobec wspólnego znajomego nazwała go bałwanem i obdarzyła jeszcze kilkoma innymi epitetami. Zachowywała się tak, jakby ją cieszyło, że nie będzie mógł teraz płacić alimentów na córkę.

Była to sprawa, którą sam skierował do sądu. Chciał zawrzeć ugodę z żoną, że będzie nadal płacić alimenty, ale w mniejszej wysokości, ponieważ jego sytuacja materialna znacznie się pogorszyła. Sąd nie uznał jego argumentów, uważając, że może podjąć pracę. Kiedy Klaudiusz zdał sobie sprawę, że wkrótce nie będzie mieć żadnych środków ani dochodów, przestało go to martwić.

– Nic mi nie pozostanie, bo wszystko zabierze bank na spłatę kredytu hipotecznego zaciągniętego przy zakupie działki – podsumował ze smutkiem.

Kiedy dopadło go nieszczęście, wydało mu się, że wszyscy, rodzina, przyjaciele, znajomi, mieli mu za złe jego „psi” biznes. Dołączył do nich niespodziewanie Związek Ochrony Zwierząt Domowych, już wcześniej występując przeciwko Klaudiuszowi do sądu. Odbył z nimi kilka rozmów wyjaśniających.

– Prowadził pan hodowlę psów bez zezwolenia – to był poważny zarzut. Klaudiusz bardzo źle go odebrał, uważał, że postępował uczciwie. Po ostatniej rozprawie w sądzie, która miała być pojednawcza, doszedł do wniosku, że Temida naprawdę jest ślepa, a oskarżający go ludzie są sukinsynami tak samo ślepymi, jak ona na rzeczywistość i głuchymi na rozsądne argumenty.

– Nie prowadzę ani nie prowadziłem hodowli psów, tylko wypożyczalnię psów – tłumaczył cierpliwie.

– A te dwie suki, które się oszczeniły? Sprzedał pan wszystkie szczeniaki. I zapewne nawet nie wykazał pan dochodu do urzędu skarbowego! – tego rodzaju argument Związku Ochrony Zwierząt Domowych był podwójnie przykry. Był kłamliwy, w dodatku groził dochodzeniem ze strony urzędu skarbowego.

Szczeniaki Klaudiusz rozdał bezpłatnie, gdyż nie miał czasu czekać, aż wyrosną z nich psy, które mógłby wypożyczać. Rozdał je z wyjątkiem jednego, za którego klientka uparła się mu zapłacić. Nie zamierzał przyjąć zapłaty, ale ona nalegała.

– Musi pan przyjąć, bo prowadzi pan nabożne dzieło, dba pan o zwierzęta, a mnie nie brakuje pieniędzy – przyjął, kiedy ustalili, że jest to forma podziękowania, którą obdarowana szczeniakiem wyrazi w postaci puszek z żywnością dla psów. Tak się stało. Do głowy mu nie przyszło, że dokonuje transakcji handlowej i powinien ją zgłosić jako darowiznę.

Sprawy w sądzie Klaudiusz przegrywał jedna po drugiej. Miał adwokata z urzędu, bo nie stać go było na własnego. Adwokat, poniekąd przyzwoity człowiek, starał się zrobić dla niego jak najwięcej, ale miał zbyt wiele innych zajęć, aby poświęcić mu tyle czasu, ile wymagało osiągnięcie korzystniejszych wyroków. Z Regionalnym Urzędem Dróg i Mostów przegrał sprawę wyższej ceny za działkę, z żoną sprawę o alimenty, ze Związkiem Ochrony Zwierząt Domowych o hodowlę psów, w końcu także sprawę dochodu rzekomo ukrytego przed urzędem podatkowym. Nie trafiła ona nawet do sądu, gdyż urząd podatkowy wydał mu nakaz natychmiastowej zapłaty zaległego podatku wraz z urzędowymi odsetkami.

Zobowiązania wobec dłużników, opłaty i koszty sądowe oraz różne inne wydatki znacząco przekroczyły wartość majątku Klaudiusza. Goły jak święty turecki dostał w dodatkowym, ostatnim już procesie, wyrok skazujący go na więzienie za niepłacenie długów. Nie walczył już o nic, wszystko wydało mu się zbyt skomplikowane, całkowicie zobojętniał. Zanim fizycznie stał się bezdomnym, był już nim w sercu i w umyśle.

*****

Po wyjściu z więzienia, było to wczesne lato, Klaudiusz udał się prosto pod most na rzece, gdzie niegdyś koczował. Od czasu do czasu zjawiał się w mieście, kiedy potrzebował coś kupić lub choćby przejść się i zobaczyć, jak wygląda bogaty świat. Nikt go nie poznawał, nikt nie pamiętał.

Miał tylko jeden moment prawdziwej satysfakcji. Któregoś dnia nad rzekę trafił przewodniczący Związku Ochrony Zwierząt Domowych, który oskarżał go o nielegalną hodowlę psów. Klaudiusz upewnił się, że przybysz go poznaje, po czym ze sportową energią i rozkoszą sprał go po pysku, a na pożegnanie poczęstował zdrowym kopem w siedzenie. Zdarzenie to zachował w sercu jako pamiątkę dobrych czasów.

*****

Teraz rozmyślał, pół siedząc, pół leżąc na starym grubym swetrze przy drzwiach wejściowych nieznanego domu. Wszystko mu się przypomniało. Naprzeciwko znajdowało się schronisko dla bezdomnych, gdzie mieszkał od tygodnia. Było mu wygodnie. Głowę i barki miał oparte o mur budynku, prawy łokieć spoczywał na najniższym stopniu schodów. Stopa prawej nogi była finezyjnie ułożona na kolanie podgiętej do góry lewej nogi. W ręku nie trzymał jednak plastykowej torebki owiniętej wokół butelki toniku Schweppes, tylko torebkę papierową, z której wyjmował resztki obiadu, aby karmić psa-przybłędę, podobnego wygnańca losu, jak on sam. Mimo że był to kundel, był dla niego źródłem radości motywującej do myślenia o innym, lepszym życiu.

Ktoś podszedł i rzucił dwa piątaki do rozpostartej na ziemi czapki. Głośno zadźwięczały. Chwilę potem podszedł ktoś drugi, a potem podchodzili jeszcze inni ludzie. Byli w różnym wieku, różnie ubrani, nie przyglądał im się. Wszyscy oni przypatrywali się jednak uważnie Klaudiuszowi i wrzucali pieniądze. Nie były to drobniaki. Ostatni darczyńca powiedział głośno:

– Tworzycie wyjątkowo fotogeniczną parę.

Klaudiusza olśniło. Do głowy przyszedł mu fantastyczny pomysł. Poczuł, jak serce żywiej mu bije, a krew szumi w żyłach. Wstał z głębokim postanowieniem, że tym razem nie da się zjeść w kaszy.

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, 2019

Opowiadanie jest jest częścią zbioru „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco”, wydanie książkowe, Gdańsk 2019.

0Shares

Pisać czy nie pisać?

Kiedyś przeczytałem wypowiedź amerykańskiego pisarza, wydawcy miesięcznika dla pisarzy (creative writing). Żałuję, że nie zapamiętałem jego nazwiska. Na pytanie, jakie są czynniki sukcesu w pisarstwie, odpowiedział: talent, warsztat i wytrwałość. Trzeba mieć jakiś talent, to nie ulega wątpliwości. Warsztat, tego można (i trzeba) się nauczyć. Najbardziej podobała mi się część trzecia – wytrwałość. Ten czynnik uznałem za najważniejszy. Im dłużej żyję i piszę, tym bardziej umacniam się w przekonaniu, że to największe wyzwanie.

Dla mnie pisarstwo to pasja. Wydałem już cztery książki, mam projekty co najmniej kilku dalszych. Mam dobre recenzje, ale to nic nie znaczy w oceanie literatury dostępnej w księgarniach. W końcu przełamałem się, zrozumiałem, że sukces jest czymś niezwykle miłym i pożądanym ale niekoniecznie łatwo dostępnym, piszę więc z czystej pasji pisania. Traktuję to jak hobby, jak chodzenie do kina na dobre filmy, za które trzeba płacić. Sukces to sprawa przyszłości.

Ujawnię znaczący szczegół. Nie liczę już na wydawców, koszt wydania książki jest zbyt wysoki. Za moją ostatnią powieść „Cztery portrety cudze i jeden własny” wydawnictwo zażyczyło sobie 8.700 zł jako mój wkład), pełny koszt to około 10.000 zł. Wydałem powieść we własnym zakresie, kosztowało mnie to około 2.000 zł (było tam wszystko, dwie korekty, skład drukarski, projekt okładki oraz druk pierwszych sto egzemplarzy).

W podsumowaniu, jeśli wierzysz w siebie, i masz dobre recenzje, co jest jakimś potwierdzeniem Twojego talentu, kontynuuj jako pisarz i wydawca. Dzisiaj wydać dobrą książkę jest chyba trudniej niż ją napisać. Może to i przesada, ale niekoniecznie odległa od prawdy. Jeśli piszesz na dobrym poziomie, wierz w siebie, bo nikt inny tego za Ciebie nie zrobi. To droga do satysfakcji, oby również sukcesu.

0Shares

Pisarz, wydawca oraz poezja jako wypełniacz na blogu

Drodzy Czytelnicy,

Ostatnie dni były wyczerpujące. Mam wiele obowiązków, oprócz rodzinnych także te związane z dystrybucją, promocją i reklamą  najnowszej powieści „Cztery portrety cudze i jeden własny” i jej udostępnieniu w księgarniach. Poświęciłem się temu. Jestem pod presją czasu, ponieważ efekt nowości nie trwa długo. Dlatego też będę teraz częściej publikować na blogu fragmenty mojej dotychczasowej twórczości, poezji, powieści i opowiadań, raczej niż tworzyć nowe treści.

Myślę o poezji. Wierszy w zbiorze „Klęczy cisza niezmącona” jest w sumie około czterdziestu siedmiu. Wiem, że moje poezje podobają się. Części czytelników czy raczej czytelniczek tak przypadły do gustu (co najmniej dwie panie), że znają niektóre wiersze na pamięć. To mi imponuje, ponieważ sam nie umiałbym wyrecytować nawet jednego.

Jestem zarówno autorem jak i wydawcą. Wydaję we własnym zakresie i na własny rachunek. Wydanie powieści „Cztery portrety cudze i jeden własny” kosztuje mnie, proszę sobie wyobrazić, 4 x mniej niż oficjalne wydanie przez firmę wydawniczą (sic!), ale muszę też podjąć ogrom wysiłków dystrybucji, promocji i reklamy książki. Gdyby nie wydanie własne, nie wydałbym tej książki. 

Przykładowo, niektóre obowiązki wydawcy: uzyskanie numeru ISBN (rejestracja i opis książki w systemie ISBN), wybór drukarni, dostarczenie  tekstu do przygotowania książki, dwie korekty tekstu, edycja i skład tekstu, ustalenie formatu książki, czcionki i wybór papieru, jego rodzaju, koloru i gramatury, zaprojektowanie i  przygotowanie okładki, zlecenie druku, zawarcie umowy dystrybucyjnej, opłacenie okładki, druku, składu i co tam jeszcze jest do opłacenia, załatwianie recenzji (wystąpiłem o nią do ponad dwudziestu recenzentów, dotychczas odpowiedziało tylko siedmiu, wysłanie książek do recenzji, ustalenie spotkań autorskich, przygotowanie spotkań (korzystam z własnego notebooka i rzutnika), publikacje fragmentów książki na blogu, na Facebooku i krótkich komunikatów na Twitterze, prośby kierowane do najbliżej rodziny przyjaciół i dobrych znajomych, aby publikowali na swoich stronach na Facebooku informacji o książce, zachęcali do kupna i sami zechcieli kupić egzemplarz książki. To praktycznie nie kończący się proces. Chcę zorganizować jeszcze konkurs z nagrodami na temat najnowszej powieści.

Kiedyś uważano, że dobry produkt sprzedaje się sam, dziś jest to jawna nieprawda. Czytelnicy mają ogromny wybór, ponadto jako społeczeństwo mało czytamy, rzadko kupujemy książki. W Polsce czyta książki 37 procent osób dorosłych, w Czechach ponad 80 %. Kiedy to piszę, chciałbym być Czechem, zbratałbym się literacko z dzielnym wojakiem Szwejkiem, piłbym piwo pilzneńskie i jadłbym knedle.  

Kupno książki w księgarni. Nie jest to już sytuacja, że pójdziesz do księgarni i znajdziesz każdą książkę na półce. Księgarnia ma u siebie powiedzmy 5.000 egzemplarzy różnych książek, w sumie w sprzedaży może mieć 25.000 tytułów. Dziś większość książek zamawia się w księgarni (na miejscu) lub przez Internet, aby otrzymać je kilka dni później w księgarni lub do domu kurierem, pocztą lub przez paczkomat.

„Klęczy cisza niezmącona” jak i pozostałe moje książki są wciąż w atrakcyjnych promocyjnych cenach. Wkrótce zostaną one podwyższone. Mój nowy dystrybutor uznał, i przychyliłem się do ich sugestii, że ceny moich książek – porównując z innymi książkami – mogą i powinny być wyższe. Zbyt niska cena może sugerować, że produkt jest niskiej wartości. Aż mnie ciarki przeszły po grzbiecie!

Podaję linki do księgarni:

Klęczy cisza, Sędzia i Niezwykła decyzja: https://tinyurl.com/y2r45ew5

Cztery portrety cudze i jeden własny:

Księgarnia Wyczerpane.pl:  https://www.wyczerpane.pl/cztery-portrety-cudze-i-jeden-wlasny.html

Empik: https://www.empik.com/cztery-portrety-cudze-i-jeden-wlasny-tequila-michael,p1233810161,ksiazka-p

 

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 226 (ostatnia): Rozmowa nad jeziorem

– Mnie bardziej intryguje twój pogrzeb i twoje zmartwychwstanie, Sefardi. To był majstersztyk: napisać powieść i tak pokierować wydarzeniami, aby zrobić książce i autorowi niesamowitą promocję. Nie na darmo wytypowano twoją powieść do udziału w międzynarodowym konkursie Debiut Literacki Roku. Udane połączenie dobrego dzieła literackiego z promocją autora to prawdziwa katapulta w sławę pisarską bez wcześniejszego dorobku. Zostałeś celebrytą w ciągu jednego dnia. O twoim pogrzebie i zmartwychwstaniu mówiło całe społeczeństwo. Oczywiście nie wszyscy byli zachwyceni. Mimo bezsensownych plotek i insynuacji oraz dziwacznych śledztw twój honor pozostał nienaruszony. Ludzi trzeźwo myślących napawają smutkiem postawy niechęci wobec nowości. Wszystko przecież nieprzerwanie się zmienia.

Popijając kawę spokojnie rozmawiali, na luzie i bez pośpiechu. Nad jeziorem pojawiła się chmura o pierzastych krawędziach. Chwilę wisiała w przestrzeni jakby zastanawiając się, co zrobić, po czym ruszyła ku brzegowi. Przesuwała się powoli nad powierzchnią wody, potem przyśpieszyła rosnąc w oczach. Zbliżając się do brzegu uformowała się w wielki, niemy lej tornado.

Eminencja obserwował niezwykłe zjawisko. Dziwnie się zachowywał. Jego wzrok stał się szklisty, pod lewym okiem pojawił się nerwowy trick; drobniutki nerw poruszał wewnętrzny kącik oka. Sefardi i Barras spojrzeli w kierunku wody zaintrygowani, co mogło go tak zahipnotyzować. Nad jeziorem panował spokój. Powietrze stało w miejscu, na powierzchni wody unosiło się tylko kilka żaglówek jakby malowanych delikatną kreską Alfreda Sissley’a. Biały kolor żagli odbijał się od granatowej powierzchni wody.

Wielki lej zbliżył się do brzegu i wciągnął w siebie Eminencję. Duchowny przypomniał sobie wszystko. Był znowu małym Zemanem, oglądał obrazy z dzieciństwa, snuł wspomnienia, słyszał dawno przebrzmiałe rozmowy. Rozciągnęła się przed nim wstęga życia, przywracając wyblakłe i zapomniane już obrazy, najbardziej skondensowaną formę pamięci. Przed jego oczami pojawili się ojciec i matka, pozdrawiali go, po chwili znikli w cieniu z podniesionymi do góry dłońmi. Potem zjawiali się ludzie, których znał i których nie znał, cały tłum, konie, przyroda, zamach na parlament, Świątynia Wiary i Prokreacji, palec boży, dwaj cudem odnalezieni bracia, kobiety niezależne oraz Babochłop, już świętej pamięci. W końcu Eminencja zobaczył Boga w postaci wielkiej ryby wyskakującej nad powierzchnię jeziora. Zawisła na kilkanaście sekund w niebieskawym powietrzu rozedrganym w słońcu. Duchowny zaniepokoił się; po chwili spłynęła na niego ulga jak błogosławieństwo.

– Przecież to symbol pierwszych chrześcijan – pomyślał.

Usiłował powiedzieć to na głos, lecz ten ugrzązł mu w gardle, patrzył więc tylko znieruchomiały, bojąc się zniszczyć to, co widzi. Bracia obserwowali go z niepokojem. Sprawiał wrażenie osoby oderwanej od rzeczywistości. Działo się z nim coś niedobrego. Na jego twarzy pojawiło się napięcie, wyraz niepewności i zaskoczenia. Po chwili niepokój zniknął i twarz opromienił uśmiech. Nie mieli pojęcia, skąd wzięła się ta nagła zmiana. Opowiedział im swoje przeżycie, cieszył się.

– Wyzwoliłem się z niepokojów przeszłości. Otrzymałem przebaczenie.

Wszyscy trzej poczuli się nagle głodni jak ludzie powracający do zdrowia po długiej rekonwalescencji. Uznali, że muszą zjeść coś solidnego. Mieli przed sobą długi dzień. Eminencja wstał, skoncentrował się, widać było, że ma coś ważnego do przekazania.

– Moi drodzy! Powiem wam, co myślę o naszym życiu i społeczeństwie. Co je trapi, na co cierpimy wszyscy. Otóż jest to strach przed zmianami, brak empatii dla zwierząt i przyrody, nietolerancja inności bliźniego oraz neurotyczne dociekanie prawdy o życiu i śmierci. Wielka szkoda, bo bez tych samoograniczeń życie byłoby o niebo lepsze i piękniejsze.

Koniec powieści

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 223: Kolejne kataklizmy

Z pozytywnym oczekiwaniem, ale i pewnym niepokojem, Sefardi kroczył samotnie Ulicą Czterdziestą Drugą w kierunku skrzyżowania z Czternastą Aleją, gdzie firma wydawnicza Prensa Nacional zorganizowała wielką uliczną księgarnię. Na dwóch gigantycznych regałach sięgających trzeciego piętra stały obok siebie, jak karni żołnierze, tysiące egzemplarzy jego książki „Wniebowstąpienie oszusta”. Zbliżając się do skrzyżowania widział z daleka rozległą ścianę książek, w różnych oprawach i wersjach językowych. Przesuwając się powoli w różnobarwnym tłumie usłyszał nagle dzwony; biły jak szalone zapowiadając coś niezwykłego. Ludzi zatrzymywali się zaniepokojeni i patrzyli w górę w kierunku źródła dźwięków. Za chwilę na ścianie czarnego budynku zalśnił wielki ekran telebimu, aby ukazać dziesiątki dziwnych postaci, skaczących, stojących i biegnących. Przebijając głosy dzwonów i wielkiego miasta męski głos wyjaśnił, że w Nomadii pojawił się nowy gatunek biologiczny, człowiekoń, zapowiadający nową przyszłość człowieka, zwierząt i natury, całej planety.

Ludzki strumień płynący w kierunku skrzyżowania, gdzie miał za chwilę rozpocząć się wielki festyn sprzedaży najgłośniejszej książki świata, skurczył się, zwątlał, w końcu zamarł. Przytłoczeni głosem huczących dzwonów, ludzie zawracali w kierunku telebimu. Dzwony nagle zamilkły. Sefardi popatrzył na ścianę książek i zmartwiał. Na jego oczach najpierw jedna, a zaraz potem druga prostopadła do niej ściana książek, przechyliły się w kierunku jezdni. Słychać było łoskot metalowych półek przygniatających pojazdy i ludzi oraz rumor setek tomów padających na ziemię z trzepotem okładek i kartek.

Sefardi poczuł się niepewnie, nie na swoich nogach. Jego książki, jego wielka nadzieja, rozpadły się jak domek z kart; mężczyzna zasłabł i osunął się na chodnik. Nikt na niego nie patrzył. Przechodnie przyglądali się zszokowani chaotycznym stosom książek na jezdni, aby za chwilę skierować oczy na telebim transmitujący przekaz o niezwykłym gatunku człowiekoni.

– To koniec świata! – zawył brodacz w czarnym garniturze, wyglądający na kaznodzieję. – Módlmy się! – Zawołał. – Módlmy się! – Powtórzył i uklęknął z oczami wtopionymi w czarny asfalt.

*****

Świątynia Wiary i Prokreacji zanurzyła się w wielkiej chmurze płomieni i dymu. Zewsząd słychać było płacz i okrzyki przerażenia. Wszyscy jednako uczestniczyli w ponurym spektaklu: widzieli ten sam obraz klęski, słyszeli ten sam huk padających na ziemię konstrukcji, dotykał ich ten sam podmuch płomieni trawiących wnętrze świątyni. Płonęło wszystko, co było w niej najcenniejsze: monstrancje, szaty, obrazy. Pożar poprzedziła seria niezbyt głośnych wybuchów. Jedynie obecni w świątyni księża nie przestraszyli się, pożar odczytali jako ostrzeżenie przed jeszcze większym, nieokreślonym niebezpieczeństwem i podjęli ewakuację wiernych.

Tragiczna wiadomość dopadła Czarną Eminencję, kiedy zmęczony sposobił się do krótkiej sjesty. Natychmiast udał się na miejsce zdarzenia. W otoczeniu współpracowników oglądał obraz własnej klęski: na jego oczach rozpadała się Świątynia Wiary i Prokreacji, duma jego życia. Starszy, siwiejący ksiądz o twarzy zdegenerowanego alkoholika, w usmolonej i pomiętej sutannie, biegł w jego kierunku wołając z daleka, że straszny pożar to kara za grzechy. Eminencja, sam w szoku, uspokoił podwładnego, aby dowiedzieć się szczegółów zdarzenia. Ksiądz powtarzał wciąż to samo „kara za grzechy”. Po chwili przyszedł do siebie na tyle, żeby wyjaśnić, że krótko przed pożarem ze świątyni wybiegła duża grupa kobiet zdeprawowanych wygodami cywilizacji, ograniczonych przyziemnymi ambicjami, chciwością wygodnego życia i zubożałą wyobraźnią.

– Miały za nic Boga, kościół i państwo. Powiedziały mi, że nie jest to miejsce dla nich. Jeśli będą rodziły dzieci to tylko za pieniądze. – Wydusił z siebie zadyszany starzec, dławiąc się z oburzenia.

Nieskładną rozmowę dwóch mężów kościoła przerwało zawalenie się frontowej ściany budynku. Zanim dym i kurz wypełniły przestrzeń, Czarna Eminencja zdążył zauważyć palec boży, ów cudowny palec boży, jak gwałtownie kurczy się w ogniu i szarzeje sycząc i parując jak wilgotna gałąź wrzucona do ogniska. Widok symbolu władzy bożej był dla niego cierpieniem, dotykającym go bezpośrednio i osobiście. Arcybiskup poczuł ból w klatce piersiowej. Zanim ogarnęła go ciemność, usłyszał syrenę karetki pogotowia i zdążył pomyśleć, że nadeszła nowa Apokalipsa, straszniejsza od poprzedniej.

0Shares

Populizm. Cytat i opinia z wywiadu M Nogasia z Robem Riemenem

Przedstawiam fragment opinii, ponieważ wydaje mi się ona wyjątkowo trafną diagnozą sytuacji w kilku krajach, także u nas.

Źródło: http://wyborcza.pl/7,75517,24314745,10-najwazniejszych-zdan-ktore-uslyszalem-od-pisarzy-w-2018.html

„Bycie odrobinę populistą to tak jak bycie odrobinę w ciąży. Nie ma czegoś takiego jak odrobina populizmu. Prędzej czy później – zwykle raczej prędzej – populizm prowadzi do faszyzmu”

− Rob Riemen, holenderski politolog i filozof cytujący peruwiańskiego noblistę Mario Vargasa Llosę

Zdaniem Riemena faszyzm powrócił do Europy, co więcej – rozgościł się również za Atlantykiem. Jak wyjaśnia w wywiadzie dla „Książek. Magazynu do Czytania”, żyjemy w świecie, w którym wielu politykom udało się zredukować naszą tożsamość do kwestii narodowości, tak byśmy uwierzyli, że o wszystkim decyduje miejsce urodzenia. Jego zdaniem to ślepa uliczka, bo rozbudzanie kwestii narodowościowych zawsze leży wyłącznie w interesie grupy, która chce zagarnąć władzę i zniszczyć obowiązujące reguły gry.

Czy tę sytuację można odwrócić? Riemen uważa, że jeszcze tak, że żyjemy dopiero w początkowym stadium powracającego faszyzmu, ale by podjąć walkę, znów musimy zacząć brać odpowiedzialność za wypowiadane publicznie słowa.

1Shares

Informacje dla odwiedzających stronę – książki Michaela Tequili

Z przyjemnością informuję, że w sprzedaży w księgarniach stacjonarnych i internetowych są już trzy moje książki:

  • Sędzia od Świętego Jerzego (książka drukowana i ebook) (cena od 13,80 zł),
  • Klęczy cisza niezmącona (książka drukowana) (cena od 11,20 zł)
  • Niezwykła decyzja Abuelo Caduco (książka drukowana) (cena od 14,20 zł).

Opinie i recenzje można przeczytać klikając na przycisk na górnym pasku menu strony autorskiej (w formie fragmentów recenzji oraz linków do recenzji). Szeroki zakres recenzji podaje też portal www.lubimyczytac.pl z linkami do księgarni, gdzie książkę można najtaniej kupić.

Będę wdzięczny za informowanie o tym znajomych i przyjaciół.

Zachęcam do zakupu dla siebie lub na upominek.

Bądź patriotą! Kup książkę! Wspieraj autora!

Serdecznie pozdrawiam,

Michael Tequila

0Shares

Podstępna zachęta do obnażenia się

Facebook zaproponował mi ostatnio, tak po prostu, sam od siebie, abym przedstawił się. „Napisz o sobie, jaki jesteś” – dokładnie tak zagadał napisem z ekranu. Było to bardzo miłe. Już dawno nikt nie był dla mnie tak uprzejmy. W prostocie mego serca przyjąłem propozycję i napisałem kilka słów prawdy, która bywa dla mnie bolesna (kiedy myślę, że obecny nasz rząd może się kiedyś skończyć), albo śpiewnie radosna jak skowronek (kiedy myślę, że rząd umocni się i zostanie już na zawsze).

Odpowiedziałem Facebookowi krótkim opisem:

Wysoki, przystojny, włos jak u niedźwiedzia, tak gęsty, że można mnie wyciągnąć z wody, gdybym tonął, czego sobie nie życzę (znaczy się tonięcia), zwłaszcza, kiedy jest mroźno. W takie dni w wodzie moczą się tylko śledzie i morsy, czyli mężczyźni z chudymi nogami i kobiety z podłużnymi piersiami. Zimna woda tak dobrze im służy, że zamiast wychodzić z niej rozmiękli, wychodzą utwardzeni. Dotknij takiego lub taką, to ci palce odpadną z zimna. Lepiej już dotykać ciepłego ciała, ale gdzie to ciało spotkać, skoro każdy się śpieszy do obowiązków i nie myśli o bliźnim, o rozkoszy, potrzebach cielesnych i duchowych, pieszczotach słownych i dosłownych.

„Pieścić i być pieszczonym!” – Uczucie to wezbrało we mnie i rozlało się po całym ciele, ogrzewając nawet mózg, gdzie podobno mieści się mój rozum. Hasło „Pieścić i być pieszczonym" w chłodny poranek zabrzmiało mi lepiej niż owo słynne „Być albo nie być, oto jest pytanie!”, które nasz Wódz (dla mnie Słońce Narodu większe i jaśniejsze niż Mao-Tse-Tung dla narodu chińskiego) niekończącą się serią podbojów i reform skutecznie przekuwa w „Bić albo nie bić!”. Wyjaśniam: To nie jest pytanie.

Wracając do wody, umiem pływać, więc nie ma potrzeby ratowania mnie. W takim razie, po co mi włos jak u niedźwiedzia? Znowu pytanie i to takie, na które nie umiem odpowiedzieć.

Lepsza rzecz niż propozycja Facebooka zmuszająca człowieka do publicznego obnażania się spotkała mnie na konkursie na krótkie opowiadanie zorganizowanym przez Wspólnotę Gdańską z okazji Oliwskiego Święta Książki. Uczestników było dwudziestu. Konkursu nie wygrałem, zdobyłem jednak wyróżnienie honorowe. Opowiadanie przedstawię następnym razem. Pocieszę Was: są w życiu sprawy bardziej dokuczliwe niż jedna strona tekstu.

0Shares

Czy miłość może być nieetyczna?

Myślę o miłości matki do dziecka i jej skutkach dla obojga. Przypadek, który rozpatruję, nie jest zapewne zbyt częsty, ale zasługujący na refleksję. Niektóre matki kochają swe dzieci bezgranicznie. Matka, która poświęca się dziecku bez granic, zajmuje się nim na codzień, pielęgnuje, chroni, zaspokaja wszystkie jego potrzeby, a także wybacza i pobłaża jego słabościom, nie jest ewenementem ani wybrykiem natury.

Są to na ogół sytuacje, kiedy matka daje wszystko z siebie, nic w zamian nie oczekując. Może dokładniej, podświadomie oczekuje zapewne wzajemnej miłości, lecz nie precyzuje, co to ma oznaczać. Oczekuje przede wszystkim, że jej dziecko będzie zdrowym i „dobrym” dzieckiem: dobrze się uczącym, posłusznym, dobrze się zachowującym, pomocnym.

Kiedy te warunki są spełnione, sytuacja wydaje się być wymarzona. Matka nie wymaga niczego specjalnego, ponieważ dziecko już spełnia jej oczekiwania. Nie musi go ganić ani krytykować, bo nie ma za co. Dziecko robi wszystko, o co matka go prosi. Zachowuje się poprawnie w domu i w szkole. Może mieś jakieś pomniejsze słabości lub wady, lecz matka chętnie mu je wybacza.

Idealna sytuacja kochającej matki oraz posłusznego, dobrego dziecka, niekoniecznie prowadzi do szczęścia w dłuższym okresie czasu. Ma to miejsce wtedy, kiedy matka poświęca się dziecku tak bardzo, że zapomina o sobie. Jej miłość przybiera formę „zaślepienia”. Wyzbywa się ona wszystkiego lub prawie wszystkiego, co mogłoby być źródłem radości lub przyjemności dla niej samej. Oddaje to dziecku. Może to być czas, pieniądze, rozrywka, ubiory, spotkania towarzyskie, czytanie książek, sport. Jest to sytuacja krańcowa: matka kocha dziecko, lecz nie znajduje w sobie miłości do siebie samej. Może za tym stać poczucie winy, nieudane własne dzieciństwo, niespełniona miłość (np. do ojca dziecka), problemy zdrowotne dziecka. Matka zachowuje się nieetycznie wobec siebie samej: traktuje dziecko tak, jakby jemu należało się wszystko, a jej nic, jakby ono powinno być kochane a ona nie.

Przejdę do podsumowania. W pierwszych latach radość jest obopólna: matka daje wszystko z radością, dziecko przyjmuje to bez zastrzeżeń. Przed wszystkim akceptację, nie tylko dla niego samego, co jest zrozumiałe, ale także jego zachowań. W tym takich, których prawdopodobnie nie zaakceptowałaby u innych dzieci, na przykład stale rosnących wymagań a nawet pewnej  apodyktyczności dziecka. Może to być normalne, jeśli nie trwa zbyt długo, jeśli dziecko z tego wyrasta. Poświęcenie ma swoje granice, a jeśli matka nie zna tych granic, to poniesie negatywne skutki. Będą one dotyczyć zarówno jej jak i dziecka.

Pierwszy scenariusz odnosi się do matki. Kiedy dziecko dojrzeje, wydorośleje i pójdzie własną drogą, najczęściej odchodzi z domu. Kobieta może wyjść za mąż, mężczyzna ożenić się. W dzisiejszych czasach nie musi to być małżeństwo, wystarczy partnerstwo, kiedy dwoje ludzi prowadzą życie jakby byli małżonkami. To nie ma znaczenia. Znaczenie ma narastająca samotność matki. Jej oddanie dla dziecka przez lata oduczyły ją czytania książek, oglądania filmów, utrzymywania przyjaźni, rozwijania własnych zainteresowań i hobby. Prawdopodobnie nie ma już przyjaciół, ponieważ przyjaźń wymaga podtrzymywania, aby trwać i rozwijać się. Im człowiek jest starszy, tym też jest trudniej o „nową” przyjaźń, ponieważ jest mniej skłonny do spontaniczności, radości i tolerancji wobec słabości innych osób. Matka czuje się coraz bardziej osamotniona i rozgoryczona. Ukochane dziecko ją opuściło i choćby często ją odwiedzało, jej ciągle brakuje jego obecności. Nic nie jest w stanie wypełnić luki. Matka jest nieszczęśliwa.

Popatrzmy na scenariusz dziecka. Łagodne, wybaczające, akceptujące zachowanie matki prowadzi do powstania u dziecka charakteru, który pod pozorem łagodności i spokoju ukrywa jego słabości: nieumiejętność akceptacji krytyki, oczekiwania „bycia obsługiwanym” raczej niż pomocnym i samodzielnym, oczekiwanie pełnej akceptacji, nieumiejętność komunikacji z innymi osobami, niesamodzielność, być może także egotyzm i egoizm. To wszystko może niezmiernie skomplikować życie dziecka, teraz juz dorastającej albo nawet dorosłej osoby.

Formę dzielenia najlepszych uczuć: wszystko dla dziecka, nic lub bardzo niewiele dla siebie, uważam za nieetyczną i zgubną w sensie długofalowych konsekwencji. Nie można kochać innej osoby, nie mając dla siebie szacunku i miłości. Miłość powinna być radością i wartością dla tego, kto ją otrzymuje i dla tego, kto ją daje. Jej długofalowe skutki stają się wtedy błogosławieństwem a nie źródłem smutku i samotności.

0Shares