Kronika narodu wybranego. Odc 1: Początki zbuntowanej rzeczywistości

Od dłuższego już czasu męczy mnie pisanie blogów. Trudno jest mi znaleźć dobry sposób narracji i nurt spraw, o których mógłbym pisać z zadowoleniem i przekonaniem. Pomyślałem więc o opowiadaniu eksperymentalnym, swobodnym w narracji, opartym na prawdzie jak i na zmyśleniach, nawiązujące do fantazji jak i rzeczywistości, o treści częściowo wydumanej, częściowo zasłyszanej, częściowo opartej na obserwacji, stwarzającej domysły, dlaczego jest, jak jest, a nie inaczej, i jak mogłaby się sytuacja rozwinąć, gdyby ją trochę zmienić, czyli zorganizować tak, aby jednym się żyło dużo lepiej, a innym jeszcze gorzej, krótko mówiąc na wzór i podobieństwo naszego życia.

Mam nadzieję, że klarownym wstępem zachęciłem Czytelników do czytania zniechęcając równocześnie siebie do pisania. A może na odwrót? Sam już nie wiem. Tak czy inaczej, jest to eksperyment. Rząd na nas eksperymentuje, to dlaczego ja miałbym odmówić sobie tej przyjemności, tym bardziej, że przepadam za polityką, oszołomami i Freudem.

Dzieje narodu wybranego.. Cz. 1: Początki zbuntowanej rzeczywistości

Powieść w odcinkach.

Od czasu, kiedy pan Bóg przeszedł na emeryturę, Błądzącymi Nomadami wytrwale rządził, bez dnia wypoczynku dla siebie, swoich służących oraz samych podwładnych, pewien świątobliwy mąż. Kiedyś nosił imię i nazwisko, ale zrezygnował z nich, kiedy wszyscy członkowie plemienia – z wyjątkiem niewidomych i pijanych – na pierwszy rzut oka rozpoznawali w nim Świątobliwego. Bardzo mu to odpowiadało. Rozpoznawanie nie było trudne, ponieważ był charakterystyczny. Kiedy siedział i patrzył nieruchomo w przestrzeń, co było jego zwyczajem, usta zaciskały mu się w ukośną kreseczkę a na twarzy pojawiał się wyraz zamyślenia. Czasem do tego obrazu dochodził tulący się u nóg kot w upiornym czarnym kolorze, którego Świątobliwy uwielbiał, oraz łysiejąca siwizna, kiedy zapomniał przykryć kaszkietem głowę o kształcie radosnego księżyca.

*****

Było to dwadzieścia lat wcześniej i mało kto już pamiętał dzień wycofania się Stwórcy z aktywnego życia. System emerytalny składał się wtedy z wielu filarów, które okazały się za słabe, aby przetrwać próbę czasu. Sama wiadomość o wycofaniu się Najwyższego z aktywnego życia ukazała się w prasie i w Internecie, w którym każdy mógł pisać i publikować, co chce, i dlatego mogła zostać niezauważona, lub po prostu zignorowana.

Zapytany o powód przejścia na emeryturę, Stwórca miał powiedzieć:

– Zmęczyło mnie ciągłe użeranie się z wszystkimi palantami na ziemi. Co to za ludzie, co rozstrzeliwują po szkołach dzieci i nauczycieli, wycierają sobie gębę moim imieniem przy każdym swoim łgarstwie, zbroją się na potęgę, obżerają do nieprzytomności, kiedy inni masowo głodują, zaśmiecają biedną planetę do nieprzyzwoitości i mordują wszystkie cudowne zwierzęta, które stworzyłem na wzór i podobieństwo, w końcu wypinają się na konstytucję, podstawowy akt prawny, którego zasady przedstawiłem w zarysie w Dziesięciu Przykazaniach. To tałatajstwo na ziemi co innego myśli, co innego mówi i co innego robi. Miałem już dosyć tego bigosu.

Reporter prowadzący wywiad ujawnił, że Stwórca był tak zdenerwowany, że dodał jeszcze kilka niecenzuralnych słów, których on, przedstawiciel mediów z porządnym kodeksem etycznym, nie był w stanie przekazać ze względu na przyzwoitość, a jeszcze bardziej z uwagi na żonę, która była szczególnie wrażliwa na punkcie nazw opasłych zwierząt domowych, czynności fizjologicznych oraz części ciała ludzkiego.

Informacje na temat swojego najwyższego zwierzchnika kościół albo dementował, albo milczał jak katedralna krypta zdając sobie sprawę, że cisza stłumi wszystkie medialne krzyki, ochy i achy, jeśli tylko dać jej na to trochę czasu.

– Cisza, spokój, dobre żarcie i pieniądze. Bardzo to sobie cenimy – kilka dni później wyjaśnił w chwili szczerości pewien hierarcha relaksujący się na ocienionej palmami plaży nad Morzem Karaibskim. Jego oświadczenie nie zostało zauważone przez media, co prawdopodobnie nie miało znaczenia dla sprawy.

Wszystkie książki autora w Księgarni Merlin:  https://tinyurl.com/y7cza5nc

 

Czar dyskusji Polaków na blogach  

Początek cytatów dyskusji o technologii kart bankomatowych:

Karta nie ma żadnego zasięgu – wszystko zależy od mocy anteny nadawczej i odbiorczej – jak nie wiesz, o czym piszesz, to zamilcz!

Kolejny matoł naoglądał się debilizmu w Internecie. Może jeszcze rozruszniki kradną skanując gumką z majtek?

Wiesz tępy polaczku jak działa rfid i nfc?

Chłopie, przyłóż kartę do czytnika z 10 cm i zobaczysz, że nic nie zczytasz, to jakim cudem ktoś kto za tobą coś zczyta? Nie oglądaj więcej filmów scifi.

Karta wysyła sygnał- to jest fachowość czyli brak pojęcia o karcie, ale mądrzy się dureń jakby już gimnazjum skończył…” Koniec cytatów.

Kazanie objaśniające:

Sprawa jest o rasizmie i nietolerancji. Ten, kto wie wszystko o kartach bankomatowych, to oczywiście biały, a ten, kto nie wie nic lub wie mniej, jest czarny, mówiąc po imieniu Czarnuch, Murzyn, Banan i Asfalt. I jedni i drudzy w istocie rzeczy są kolorowi zapominając, że są jeszcze internauci żółci (na Dalekim Wschodzie) oraz czerwoni ( w Ameryce Północnej).

Świat jest etnocentryczny, wskutek czego sposób widzenia człowieka zależy od miejsca urodzenia i zamieszkania obserwatora. Jeśli mieszkasz w czarnej Afryce, to wszyscy osobnicy z białą skórą są dziwni, może nawet nienormalni. Kto normalny ma białą skórę, gdzie wszyscy są czarni? – Takie podejście jest quite legitimate czyli całkiem uprawnione. W Afryce nawet Najświętsza Maria Panna i Chrystus bywają w czarnym kolorze.

Kiedy o tym myślę, ciarki biegają mi po grzbiecie szybciej niż mrówki podniecone podsłuchami w restauracji. Dawna nienawiść i wrogość wobec ludzi o innym kolorze skóry przeniosła się na blogi, na ludzi innej wiedzy niż nasza. Jest to śmieszne, ponieważ każda z w miarę sensownych wypowiedzi na blogu dotyczących tematu może być pozytywnym wkładem w rozumienie problemu. Jeśli nawet ktoś błądzi przekazując informację, która nie jest prawdziwa, to i tak jest w tym coś pozytywnego: pozwala czytelnikom dowiedzieć się, co nie jest prawdą.

Wynurzeń nie kończę apelem, jako że apele kojarzą z poległymi. Zachęcam natomiast do tolerancji na blogach i forach internetowych. Także czujności. Nie wyróżniaj ignoranta odpowiedzią na jego wypowiedź, ponieważ to go tylko pobudzi. Skoncentruj się na wypowiedziach tych osób, które rozumieją, co wiedzą i piszą, i znają swoje ograniczenia.

Było to orędzie religijne. O czasu, kiedy religia przeniosła się z kościołów do szkół, stałem się kaznodzieją. Tanim, bo tanim, ale kaznodzieją gorliwie siejącym ziarno poznania z Jedynej w Kraju Ambony Obiektywnej i Niewzruszonej Prawdy.

Kończę już. Niech rozważny i wybaczający Bóg będzie z każdym internautą w najtrudniejszym dla niego momencie na blogu! Oczywiście jest to możliwe tylko wtedy, jeśli wierzysz w Boga. Jeśli nie, to niech Materia będzie z Tobą. Jeśli nie wierzysz ani w Boga ani w Materię, to znaczy, że znalazłeś się na intelektualnym i uczuciowym pustkowiu.

Limit słów

Nie znał już swego imienia. Wydawało mu się, że je ma, kiedy nagle dotarło do niego, że już go nie ma. Przez lata mówiono mu, a może wmawiał sam sobie, że jego imię, uproszczone i zinternacjonalizowane jak nienawiść lub obrzydzenie wobec obcych, nawet tych najbardziej niewinnych, jest pochodzenia biblijnego. I że ma w sobie urok wynikający z bliskości tego imienia wobec Boga. W dokumentach zawsze widział swoje imię, kiedy niespodziewanie nastąpił kryzys głębszy niż przepaść. Imię wyparowało, zniknęło jak kamfora. Został Bezimiennym.

Po rozmowie z Wielkim B naszło go widzenie. Potem nie był pewien, czy była to rozmowa czy może sen. Nie mogli dojść do porozumienia w ważnej dla niego, Bezimiennego, sprawie. Dla Wielkiego B sprawa wydawała się banalna jak przysłowiowy zeszłoroczny śnieg. Chciał żyć bez śniegu, do czego ma wszelkie ludzkie prawo, a może nawet i błogosławieństwo boże, ignorując to, że rzesze ludzi współczesnych korzystają z owego śniegu pełnymi rękami, wręcz tarzają się w nim. Śnieg stał się symbolem Internetu i nowych metod porozumiewania się. Lecz Wielki B, człowiek dojrzały jak mało kto, uznał, że pragnie żyć bez śniegu.

Sprawa okazała się głębsza niż sądził Bezimienny i trudna do rozstrzygnięcia. Zygmunt Freud przydałby się w celu rozcięcia spornego węzła gordyjskiego, lecz gdzieś się zapodział. Bezimienny pomyślał, że Zyga (wzywał go w duchu tym ciepłym imieniem) wyjaśniłby, że wszystko, co istnieje, ma dwie strony, dwie natury: dobrą i złą, pozytywną i negatywną. Nóż, którym kroimy chleb, warzywa, mięso lub – jako dzieci – strugamy patyk lub fujarkę, równie dobrze może być użyty do zastraszenia lub zabicia człowieka lub zwierzęcia, albo wymuszenia na kimś pieniędzy lub ustępstw tak głębokich, że aż pozostawiających blizny na duszy. Kwestią jest, czy ów nóż jest bardziej użyteczny czy też bardziej szkodliwy, pożyteczny czy też zguby. Jest i jednym i drugim – doszedł do wniosku Bezimienny.

To samo ludzie mówią o Internecie, ale nie wtedy, kiedy uciekają od niego jak diabeł od święconej wody uważając, że jest czymś złym i niepotrzebnym. Dziwne jest to uciekanie. Komputerem i Internetem posługują się dzieci już w wieku 5 lat, a niektórzy dorośli, oczytani i mądrzy wmawiają sobie, że ich na to nie stać, że to rzecz niegodna, niepotrzebna i zbyt trudna. Freud, który się w końcu odnalazł właśnie w Internecie, zapytany o takie postawy, odmówił im racji bytu. Uważał on, że są niegodne człowieka, któremu Bóg dał rozum, wolną wolę, zdolność zmiany punktu widzenia jak i porzucania niechęci, strachu i nawyków, które niekiedy formują się w garb skutecznie blokując człowieka.

Zapytany o szczegóły wyjaśnił: Domyślam się, że w tych ludziach, niekoniecznie mi bliskich, ale też niekoniecznie obcych, chyba zepsuło się coś w środku. Uczą dzieci, które uwielbiają, jak postępować, jak radzić sobie z tym, co niesie życie, a życie niesie tylko rzeczy nowe, lecz sami tkwią w ciemnym zaułku, z którego nie widzą wyjścia. Żyją jakby nie zdając sobie sprawy, że okłamują siebie samych i że owe dzieci, najpiękniejsze z istot, wykryją to wcześniej czy później. Bo dzieci nie uczą się słuchając tego, co mówią im dorośli, tylko krocząc ich przykładem i robiąc porównania. Tak to Freuda zrozumiał Bezimienny z krótkiej konwersacji, jaka zdarzyła się w zapomnianym już miejscu i czasie.

Bezimienny nie był całkiem bezinteresowny w wyrażaniu powyższych poglądów, ponieważ sam potrzebuje pomocy osób miłujących dzieci, przyrodę, pogodne niebo, ogórki i drzewa liściasto-iglaste oraz psy i co najmniej jednego kota. Jego potrzeba wynika z ubytku, jaki zauważył u siebie pewnej nocy, kiedy męczył się kolejny raz i przerażająco złorzeczył na swój los. Los okazał się dlań dziwnym tworem: nie potrafił zaspokoić ważnych pragnień, gdyż uciekały przed nim jak woda przed Tantalem, kiedy tylko próbował się jej napić. Ubytek Bezimiennego wyraził się w tym, że skończył mu się limit słów. Nie może już mówić, może tylko pisać, a to ma sens tylko wtedy, kiedy go ktoś czyta. Dzieciom wyświadczamy wielką radość i przysługę, kiedy im czytamy, a piszącemu, kiedy go czytamy. Niezależnie od tego, czy pisze na papierze, piasku czy w pamięci komputera.

 

Myślę więc jestem. Poradnik dla nieświadomych. Część 4 i na szczęście ostatnia.

Wracam do rzeczy – ciągnął Wiktor. Kategoria druga obejmuje przypadki osób upośledzonych. Lekarze, którzy potrafią być okrutnie rzeczowi, zaliczają tu idiotów, debili i imbecyli. Nie śmiejmy się z nich, gdyż każdy z nas może znaleźć się w tej grupie. To kwestia czasu, losu i intensywności zaniedbań. Myślisz – rozwijasz się, nie myślisz – schodzisz intelektualnie na psy, może nawet i kretyniejesz.

Zgadzasz się z tym? – zapytał Wiktor niby to retorycznie, w istocie jednak chciał sprytnie poznać mój pogląd na złożoną i drastyczną materię.

Zgadzam się – wyszeptałem po chwili namysłu przytłoczony ciężarem tematu. Problem jest także w tym, że niektórzy należą do grupy poszkodowanych na umyśle, ale jakby o tym nie wiedzieli. Zapytaj jednak kogoś z rodziny lub najbliższych przyjaciół, a przetrzesz oczy ze zdumienia – dodałem pragnąc wnieść choćby niewielki wkład do teorii Wiktora.

Moja wypowiedź wyraźnie przyczyniła mi sympatii rozmówcy, gdyż łypnął na mnie życzliwie okiem.

Niemyślenie ma przed sobą wspaniałą przyszłość. Dziennikarze w Australii ubolewają nad licznymi zwolnieniami z pracy w redakcjach gazet i czasopism oraz stacjach TV. Przewidują oni negatywne konsekwencje rosnącego strumienia informacji cyfrowych w Internecie. Jest tam coraz mniej treści dla ludzi myślących. Człowiek, który przyzwyczai się do treści banalnych i małowartościowych, nie będzie już umiał doceniać treści ważnych, znaczących i bardziej złożonych.

I tak powolutku zakreślamy ogromne koło ewolucji – Wiktor wyraźnie zamierzał dojść do jakieś konkluzji. Wyszliśmy od małpy, która na przestrzeni tysiącleci mądrzała, mądrzała, mądrzała, zanim spadła z drzewa i stała się człowiekiem. Są tacy, co twierdzą, że to Bóg stworzył człowieka. Oni chyba nie zdają sobie sprawy, że wśród stworzonych był także Darwin, który jako twór boży pierwszy zaczął głosić ludziom Ewolucję. Ci, którzy wierzą, że ich to Bóg stworzył, robią to tylko dlatego, ze małpa kojarzy im się źle, a Bóg dobrze. Każdy lubi być na zdjęciu z kimś Wielkim. Oni nie wiedzą, że Bóg wynalazł ewolucję, tworząc najpierw drobną bakteryjkę i pozwalając jej przekształć się w robaczka, potem w żuczka, następnie ptaszka, który stał się pterodaktylem, potem dinozaurem itd. Potem to szło już jak z góry, bo i góry były większe. Małpa, oczywiście nie ta, którą widzimy w ZOO huśtającą się na oponie, ale ta rozwinięta, okazała i ambitna, żyjąca ponad milion lat temu w Afryce zafundowała nam geny. Swoją drogą, czy można dziwić się, że ludzie lubią się huśtać?. Jeszcze jeden dowód na słuszność ewolucji. Cieszę się, że to ja go wynalazłem, mimo iż inni wynaleźli go wcześniej.

Człowiek od Małpy i ten od Boga długo chodził po ziemi, zanim zdecydował się wyruszyć na podbój kosmosu, nie zdając sobie sprawy, że właściwie to nie nauczył się dobrze żyć na ziemi. Szczęśliwie, że nadal się uczy i eksperymentuje: a to wojenkę zafunduje obcym i rodakom, wymyśli obóz koncentracyjny, zagłodzi kilkanaście milionów ludzi jak Stalin lub wymorduje pół własnego narodu jak Pol-Pot, wynajdzie bombę atomową i inne środki masowego rażenia. Lista osiągnięć człowieka jest długa. Wkrótce wejdzie on na Szeroką i Świetlistą Drogę Inżynierii Genetycznej. Nie ma takiej podłości, łajdactwa i zbrodni, której człowiek nie jest zdolny popełnić, ani takiej szlachetności, serdeczności i uczynności, której człowiek nie jest w stanie okazać. To pierwsze jest chyba jednak łatwiejsze.

Teraz mamy człowieka, który będzie stopniowo ulegał intelektualnej internetowej erozji jak gleba wywiewana przez wiatr do dżungli. Może i ludzkość tam wróci? Kocham przyrodę – twarz Wiktora wyrażała tajemnicze uduchowienie, którego nie potrafiłem odgadnąć.

Naturalnie chudy burak

Lodówka jest w stanie dostarczyć prawdziwych inspiracji pisarskich pod warunkiem, że odżywiasz się warzywami. Dobrze jest także być spostrzegawczym i żyć pasją poznawania świata. Mnie szczęście dopisało w momencie, kiedy wyjąłem z lodówki puszkę z konserwowymi buraczkami firmy Edgell. Nieoczekiwanie spłynęło na mnie objawienie, którego wcześniej doznał producent oraz dyrektor ds. marketingu tego produktu. Nad opisem zawartości puszki widniał jak byk napis dużymi literami: BEETROOT IS NATURALLY LOW IN FAT (Burak ma naturalnie niską zawartość tłuszczu). Zdumiałem się, bo nie wiedziałem sprawy tak oczywistej. Równie dobrze mogliby napisać: SŁOŃCE WSTAJE I ZACHODZI KAŻDEGO DNIA. Albo: ŁYSI NIE MAJĄ WŁOSÓW.

Dlaczego napis na puszce wyglądał „jak byk”, tego nie wiem. Udało mi się natomiast sprawdzić w Internecie, jakie inne produkty mają „naturalnie niską zawartość tłuszczu”. Są to: „szynka dobra dla serca Indykpolu”, większość skorupiaków i podobne produkty.

Niektórzy producenci żywności (dodajmy, że i producenci leków) rozpaczliwie pragną być użyteczni dla konsumentów karmiąc ich informacjami, które promują ich własny interes: Sprzedać! Dziś każdy ma prawo wypowiedzi, mądrej lub głupiej, uczciwej lub nieuczciwej, ponieważ mamy wolność słowa oraz Internet. Podobne jak puszki z buraczkami firmy Edgell Internet jest rajem dla analfabetów, gorliwców i chciwców.

Dzisiejsi analfabeci nie tak bardzo są analfabetami. Niektórzy umieją czytać i pisać, ale niekoniecznie coś z tego rozumieją. Może to i lepiej. Gdyby rozumieli, to gotowi byliby wypowiadać się jeszcze częściej i nieszczęścia gotowe: wyzwiska, pobicia, rozpady małżeństw, sprawy sądowe.

Producenci kształtującyh wiedzę o żywności martwią mnie. Konsumenci uwierzą we wszystko, że jest zdrowe np. chude mleko i wyroby cukiernicze bez tłuszczu, lecz z zawartością 10 substancji chemicznych.

Buraczki poczyniły szczerbę w moim człowieczeństwie. Nigdy wcześniej nie domyśliłem się, że buraki mają naturalnie niską zawartość tłuszczu. Podobnie nie wierzyłem w genialność towarzysza Lenina, który oprócz dokonania gigantycznych czynów napisał także trzytomowe dzieło „Bezpieczeństwo i higiena pracy”.

Buraki kojarzą mi się teraz z mięsem kangura, które jest również „naturally low in fat”. Rozpatrując relację tłuszczową „burak – kangur” możnaby opisać ją równaniem: roślina = zwierzę. W Australii równość jest traktowana bardzo poważnie.

 

Dzieci-rodzice-dziadkowie. Komunikacja i moralność.

Dobra dyskusja o komunikacji i moralności nie wymaga niczego więcej niż stół, temat, dyskutanci oraz duża odległość od rodziny. Dobrze, jeśli na stole znajdują się jeszcze cztery kieliszki, których zawartością można schłodzić gardło rozpalone dyskusją oraz orzeszki, których żucie zastępuje gryzienie paznokci w momencie gniewu, w jaki nas wpędzają inni dyskutanci.

Przypadek, który opisuję, obejmuje rodziców, których syn mieszka za oceanem oraz dwoje dziadków, których wnuczki też mieszkają za oceanem (ale innym).

Tematem dyskusji było: Jak kontaktować się z dziećmi i wnukami, które są na tyle niezrozumiałe lub buntownicze, że piszą i pokazują siebie i swoje rodziny na Facebooku, a nie mają czasu, aby przekazać garść informacji i kilka zdjęć emailem lub wykręcić numer telefonu i pogadać z australijską rodziną. Dwie panie uczestniczące w dyskusji reprezentowały pogląd, że dzieci i wnuki mają (święty?) obowiązek podtrzymywać kontakt emailowy lub telefoniczny z rodzicami i dziadkami. Jest to bardziej osobiste, przyjemne i zaangażowane niż komunikacja przez Facebook, który źle się kojarzy osobom dojrzałym bądź konserwatywnym. Wynika to również z obowiązku dziecka (nawet jeśli ma ono 40 lat) wobec rodziców i rodzica rodzica czyli dziadka lub babci.

Mój punkt widzenia był inny. Skoro Facebook jest uniwersalnym narzędziem komunikacji społecznej, to treść i zdjęcia tam zamieszczone mogą być czytane także przez rodziców i dziadków. Warunkiem jest akceptacja takiego poglądu i nauczenie się korzystania z Facebooka. Nie mam oczywiście nic przeciwko temu, aby (niezależnie od Facebooka) dzieci i wnuki traktowały najbliższą rodzinę za oceanem lepiej niż przyjaciół i znajomych (w tym samym wieku) i podsyłały im emaile ze zdjęciami lub łączyły się telefonicznie. Niekoniecznie tak często. Powiedzmy raz na dwa tygodnie.

Argumentu „Facebook czy prywatna korespondencja z rodzicami i dziadkami” nie rozstrzygnęliśmy. Może będę zbyt obcesowy, ale nie liczyłbym w tym zwariowanym świecie na tak wielką miłość dzieci i wnucząt, aby rezygnowały z części czasu poświęconego facebookowaniu na rzecz pisania emaila lub telefonowania do rodziny. Trzeba wykazać własną inicjatywę. Uważam, że „noblesse oblige” (szlachectwo zobowiązuje) jest zasadą ważną i stosowalną. To znaczy, jeśli Bóg dał ci rozum i wykształcenie, to zobowiązuje cię to moralnie do nauczenia się podstaw korzystania z nowoczesnego narzędzia komunikacji jakim jest Facebook (aby m. in. móc łatwo komunikować się z najukochańszą rodziną).

Przyznam, że w tym momencie rezygnuję z argumentu moralnego (dziecko ma obowiązek aktywnie kontaktować się z rodzicami/dziadkami) na rzecz argumentu zdroworozsądkowego i praktycznego, który brzmi: w dobie, kiedy młoda generacja powszechnie używa Facebooka, dziadkowie i rodzice mogliby nauczyć się Facebooka.

Jest to obowiązek człowieka cywilizowanego, niezależny od wieku. Wiek to zresztą niepoważny argument. Jeśli 5-latek potrafi nauczyć się korzystać z komputera, to dlaczego nie miałby umieć to zrobić 50, 60, 70 czy 80-cio latek. Wiek późniejszy niż 80 lat to dla mnie sprawa trudna do rozstrzygnięcia. Jeśli już teraz zdarza mi się nie móc odnaleźć okularów, kluczy czy fragmentu ubrania, to w przyszłości – obawiam się –mogę mieć problemy ze odszukaniem komputera stojącego na biurku.

Z rozważań o komunikacji i moralności wyłączam synowe. Niektóre umieją bardzo dobrze mówić, pisać, czytać i rachować, a nie umieją napisać emaila, choć mają adres emailowy. Ten stan umiejętności przerasta moje wyobrażenie ładu i porządku we wszechświecie.

W podsumowaniu dodam, że najwięcej światła w dyskusji rzucił czwarty dyskutant, bardzo sensowny i wyważony człowiek, przedstawiciel branży inżynierii elektrycznej. Był najbardziej opanowany i rzeczowy w dyskusji, rozważał też uczciwie wszystkie za i przeciw danej sytuacji. Mówiąc żartobliwie, może to nie powinno dziwić, że reprezentantowi tej branży łatwiej jest widzieć jaśniej i oświetlać innych. Choć może to nie mieć znaczenia. Jak mawia pewien mój przyjaciel: Możesz mieć trzy dyplomy inżyniera, dwa doktoraty a i tak liczy się najbardziej doświadczenie (zawodowe). Czasem, jeśli jest w dobrym humorze, dodaje: Wszystko inne to g….o. Mam nadzieję, że dobrze wyraziłem jego rewolucyjny stosunek do rzeczy żywych i martwych. Chyba wszystkim nam po trosze potrzeba rewolucji. Przynajmniej w sposobie, w jaki komunikujemy się między sobą.

 

Za i przeciw umowie ACTA

Najpierw cytat z Wikipedii: „Porozumienie ACTA jest wymierzone przeciwko wszystkim przejawom naruszania cudzej własności intelektualnej. Największe kontrowersje wzbudzają jednak przepisy dotyczące wykroczeń w środowisku cyfrowym, głównie z wykorzystaniem sieci komputerowych”.

W istocie „Porozumienie ACTA” jest nieporównywalnie obszerniejsze. Dotyczy także sprzedaży leków (i to nie tylko przez Internet), towarów fałszowanych (podróbek), naruszania praw autorskich, kontroli granicznych i kilku innych spraw.

Niektóre zastrzeżenia i protesty wobec ACTA rozumiem i popieram. Niektórych nie rozumiem i założyłbym się, że wiele osób protestujących „hurtowo” wobec ACTA też ich nie rozumie. Popieram sprzeciw wobec niejawnej formy negocjacji w sprawie porozumienia ACTA. Nie wiem jednak, w jaki sposób ACTA narusza konstytucyjną wolność słowa. Musiałbym wgryźć się w ten temat, gdyż jak dotychczas sam nie odczułem naruszania mojej wolności słowa w Internecie, choć jestem pisarzem, publikuję książki w formie cyfrowej w Internecie, prowadzę własną stronę internetową, mam stronę na Facebooku, prowadzę obszerną korespondencję elektroniczną, korzystam ze Skypa, uczestniczę w dyskusjach na forach elektronicznych itp.

Zdecydowanie popieram ACTA w jednym konkretnym obszarze. Chodzi o autorskie prawa osobiste i autorskie prawa majątkowe (copyright). Jestem za prawnym zakazem swobodnego dysponowania utworami (książkami publikowanymi i sprzedawanymi w Internecie) sięgającego poza granice zwykłych uprawnień nabywcy utworu i ściganiem tych wykroczeń. Moje publikacje są sprzedawane po bardzo umiarkowanej cenie (US$ 1.99 tomik wierszy i US$ 2.99 powieść) i byłbym bardzo niezadowolony, gdyby ktoś kupił lub otrzymał ode mnie bezpłatnie moją książkę w wersji elektronicznej (ebook) a następnie rozprowadzał ją w sposób nieograniczony wśród przyjaciół i znajomych czy wręcz sprzedawał w Internecie lub poza Internetem (po wydrukowaniu). Ceny książek elektronicznych są znacznie niższe niż książek drukowanych i to dodatkowo uzasadnia zakaz naruszania autorskich praw majątkowych.

Za książką (drukowaną bądź elektroniczną) stoją miesiące a nawet lata pracy autora. Autor książki elektronicznej oprócz wielkiego wkładu czasu, pracy, energii ponosi także ryzyka i koszty. Przez kilka lat jego sytuacja może być taka, że ponosząc koszty nie osiąga żadnych lub osiąga bardzo minimalne wpływy. Pisarze i wydawcy książek ostro konkurują ze sobą; sprzedać książkę jest bardzo trudno. Moje koszty jako autora to przykładowo (w kolejności ich powstawania): korekta/edycja tekstu, formatowanie tekstu zgodnie z wymaganiami platformy wydawniczej (około 50 dolarów), opracowanie okładki elektronicznej (100 – 200 zł). Profesjonalna korekta tekstu jest szczególnie kosztowna: korekta jednej (!) standardowej strony (1800 znaków włącznie ze spacjami) może kosztować od 5 do 11 zł). To są koszty bezpośrednie. Oprócz tego są koszty pośrednie.

Przedstawiam powyższe fakty z nadzieją, że mój głos w dyskusji o ACTA zostanie wysłuchany a moje racje zrozumiane. Wypowiadam się w konkretnej sprawie odnoszącej się do Porozumienia ACTA i nie mam w tej materii wątpliwości. Internet stał się polem do nadużyć dla osób, które przyzwyczaiły się do bezpłatnego pobierania, kopiowania, powielania i dystrybucji materiałów, za którymi stoją ich autorzy oczekujący uznania ich praw autorskich. Rozumiem niechęć wobec autorów, którzy żądają za swoje utwory tak wygórowanych cen, że staje się on praktycznie niedostępny dla wielu osób. Część z nich może to uznać za wygodną wymówkę do nielegalnego „przyswojenia sobie” lub „zdobycia” utworu. Myślę, że autorzy ustalający rozsądne ceny mają szczególne prawo oczekiwać uczciwego postępowania z ich książkami oraz ścigania tych osób, którzy nadużywają praw autorskich.