Nowy wymiar ewolucji. Opowiadanie fantastyczne.

Odc. 1

W poczekalni przychodni protetyki dentystycznej Iwan Iwanowicz znalazł się nieprzypadkowo. Kiedy poruszał szczęką, u podstawy lewego ucha skrzypiało mu wiązadło. Trwało to już dostatecznie długo, aby zwrócić uwagę na jawną nieprawidłowość funkcjonalną i estetyczną ciała. On jednak tego jakby nie zauważał. Skrzypienie stawało się coraz wyraźniejsze. Tak wyraźne, że interweniowała żona.

– W końcu musisz coś zrobić w tej sprawie. Nie możesz skrzypieć przy każdym posiłku jak nienaoliwiony rower.  

Na jego wymowne spojrzenie, czy aż tak bardzo jej przeszkadza cichy dźwięk trących nieprawidłowo wiązadeł, odrzekła bez wahania.

– Tu nie chodzi o skrzypienie, tylko o twoje własne zdrowie. I nikt inny nie może o nie zadbać tylko ty.

Iwan Iwanowicz poczuł się zobowiązany do działania: umówienia wizyty u stomatologa w specjalistycznym ośrodku medycznym,

*****

Recepcja znajdowała się dokładnie na wprost drzwi wejściowych do budynku. W prawo szło się do szatni, gdzie królowała gadatliwa i wszechwiedząca kobieta z uszkodzonym lewym okiem, skośnym i zabielonym. Z boku recepcji, naprzeciw szatni, znajdowała się mała poczekalnia. Jedna długa ława do siedzenia wytyczała brzeg korytarza ciągnącego się w głąb budynku, gdzie mieściły się gabinety dentystyczne z aparaturą. Nad wejściem do korytarza widniała tablica „Pracownia protetyki stomatologicznej”, a pod spodem „Przychodnia Implantologii”.

Na szarokremowych ścianach poczekalni rzucały się w oczy wielkie czarne tablice ze zdjęciami absolwentów Academia Medica Geparda, Subfacultas Stomatologica. Pierwsza z nich poświęcona była Absolventes A.D. 1989/1990. Łącznie były to cztery identyczne tablice, każda poświęcona innemu rocznikowi absolwentów wydziału stomatologii. Iwan Iwanowicz zamyślił się patrząc na tablice. Przerwał mu chrypiący głos mężczyzny w ciemnym garniturze o aksamitnym połysku:

– Te tablice na pewno przywieziono je z mauzoleum. Wiem coś o tym, bo zwiedzałem niejeden taki zabytek. To znaczy, przy okazji, bo normalnie to pracuję w mauzoleum. Pozwoli pan, że się przedstawię:  Cezary Kosko, starszy konserwator zwłok wybitnych postaci historycznych. Mógł pan o mnie słyszeć, bo to ja przywracałem do pełnej formy dwóch zabalsamowanych przywódców Alberii skradzionych dwa lata temu z mauzoleum w Androtil. Musi pan wiedzieć, że każda mumia, zwłaszcza znanego człowieka, na przykład bohatera narodowego, ma swoją godność jak każdy inny osobnik ludzkiego gatunku, żywy lub martwy. O zwierzętach nie będę mówić, ale im się też należy szacunek. Najciekawsze w tym wszystkim są zęby, bo to one stanowią dowód osobisty każdego umrzyka.   

Zapowiadało się na dłuższy wywód. Iwan Iwanowicz gotów był słuchać, dopóki nie wezwą go do sali zabiegowej. Relację mężczyzny w aksamitnym garniturze przerwała młoda kobieta w białym fartuchu wywołując jego nazwisko.

– Nie zdążę panu powiedzieć więcej, bo mnie wołają. Proszę zapamiętać: Cezary Kosko, starszy konserwator zwłok wybitnych postaci historycznych. Może pan o mnie poczytać. 

Iwan Iwanowicz wrócił do studiowania tablic. Szukał w głowie skojarzeń. Przyszły mu do głowy: parzystość, łacińskie napisy oraz czerń. Na każdej tablicy, nad sześćdziesięcioma ośmioma małymi prostokątnymi zdjęciami absolwentów, uwidoczniono pięćdziesiąt dwie postacie profesorów ubranych po cywilnemu, w tym czworo w togach akademickich. Było to staromodne towarzystwo: korpulentne sylwetki, rozdęte twarze, zaciśnięte usta. Wśród mężczyzn dominowali osobnicy z przyzwoitymi czuprynami i wąsami tęgimi jak u zbójców .

– Wyglądają jak wczesna rekompensata za coraz skromniejsze uwłosienie późniejszych pokoleń ciała profesorskiego – bez cienia złośliwości skonkludował Iwan Iwanowicz.

Zdjęcia absolwentów umieszczone u dołu tablicy były mniejsze, choć to zasadniczo im była poświęcona tablica, mająca upamiętnić ich szczęśliwe zakończenie studiów. Iwan Iwanowicz uznał to za pijany przekaz dawniejszych czasów: „to my, ciało profesorskie, jesteśmy ważniejsi, niż cztery roczniki absolwentów studiów medycznych”.

Absolwentami byli staromodnie ubrani, wystraszeni młodzi ludzie; niektórzy z pewnością nie przekroczyli dwudziestu trzech lat życia, choć wyglądali na osiemnaście. Mieli wytrzeszczone oczy.

– To może być efekt błysku silnych fleszy, jakich wówczas używano. Ciekawe, że tylko jedna osoba, mężczyzna, jest w okularach – Iwan Iwanowicz zanotował sobie w myślach obydwie obserwacje. 

Odc. 2

Przy szatni stały trzy kobiety i głośno rozmawiały. Pierwsza z nich to starsza szatniarka z bielmem na oku, druga to kobieta w futrze i wysokich czarnych botach. Trzecia, najmłodsza, o wyglądzie produktu nijakiego czasu, trzymała za rękę potulną dziewczynkę, drobną istotę, cierpliwą, milczącą, zatopionią w sobie. Czekając na wezwanie i dawkę należnego mu cierpienia, Iwan Iwanowicz przysłuchiwał się rozmowie. Kobietę w futrze własnie zawiadomiono, że przyjechał po nią Mercedes.

– Zaraz, zaraz! Tylko wyślę SMS, że kupiłam nowe buty!

Po wysłaniu SMS-u kobieta kontynuowała swoją opowieść. Wyraźnie nie zamierzała iść do samochodu.

Iwan Iwanowicz słuchał nieprzerwanie. Nie krępował się, że podsłuchuje prywatną rozmowę. Miał uzasadnienie. Kobiety rozmawiały otwarcie, głośno, jakby życzyły sobie, aby je słyszano. Przypominały sobie fragmenty minionych dni, spotkania, czynności i rozmowy. Mężczyzna zdał sobie sprawę, że jest to rozmowa o wszystkim i o niczym, właściwie wymiana skojarzeń.

– Jakby ktoś wypowiadał dowolne słowa: piłka, lokomotywa, podróżować, buchalter, choinka, czarny. To współczesność, czas pomieszania – pomyślał. – Czy ja jestem inny? – naszła go refleksja. Był przyzwyczajony do wewnętrznych dialogów tego rodzaju. 

Jego rozmyślania przerwała dentystka, która założy mu mechanizm korygujący ruchy w osi szczęka – żuchwa. W trakcie zabiegu Iwan Iwanowicz przypomniał sobie niezliczone wizyty, rozmowy i interwencje dentystyczne; uznając z niechęcią, że stomatologia jest przedłużeniem ewolucji uzębienia.

Iwan Iwanowicz wracał do domu tramwajem, obserwując pasażerów. Siedząca po drugiej stronie matka patrzyła nieprzerwanie w smartfon. Dziecko zadało jej po kolei trzy pytania, lecz ona nie słyszała tego lub słysząc po prostu nie odpowiadała. Interweniowała sąsiadka.

– Przecież dziecko zadało pani trzy pytania!

Potem opowiedziała swojej towarzyszce historię syna.

– Nie pracuje. Ma trzydzieści dziewięć lat i siedzi osiem godzin dziennie w laptopie.

Czego nie wspomniała, to to, że sama jest też fanką smartfonu. Kiedy gotowała obiad, przerwała dwa razy, aby zrobić zdjęcie zupy. Wysłała te zdjęcia przyjaciółkom z odpowiednim komentarzem.

*****

Późnym popołudniem Iwan Iwanowicz udał się do neurologa. W przychodni przy ulicy Equilibrium (cóż to za nazwa!) o tej porze było już prawie pusto. Pacjent był spokojny, była to okresowa wizyta sprawdzająca. Przed gabinetem urologa czekało trzech mężczyzn, wszyscy w zawansowanym wieku. Dwaj z nich prowadzili cichą wymianę zdań. Z jej urywków wynikało, że rozmawiali o złożonościach własnych losów związanych z prostatą.

Z gabinetu wyszedł pacjent i jeden z mężczyzn wszedł do środka. Przy półotwartych drzwiach słychać było jak tłumaczy coś lekarzowi długo i nieskładnie. Drzwi nie były zamknięte ponieważ zainteresowany wszedł tam „tylko na chwilę, aby uzyskać informację”. Po długiej wymianie zdań, w trakcie której lekarz wychowawczo go beształ, kiedy ten usiłował mu przedstawić opinię swojego lekarza domowego.

Przebijając się przez słowa rozmowy można było nabrać wrażenia, że sytuacja była zawiła, termin przybycia pacjenta nie ten co trzeba, a sam lekarz nerwowy jak panna na wydaniu. Chyba nic z tego nie wyszło, ponieważ pacjent opuścił gabinet i mruknął do siebie:

– To kompletny baran!

Miał zaczerwienioną twarz i był przygnębiony, kiedy to mówił. Był ubrany na czarno, jakby udawał się na pogrzeb.

W recepcji przychodni panowała zgoła odmienna atmosfera. Obok siebie siedziały dwie starsze dziewczyny, symbolizujące różne postawy. Jedna z nich, wyższa, rosła blondyna, z zachęcającym dekoltem, rozsiadła się na krześle w pozie podpitej królowej w koronie. Patrząc wyzywająco w sufit śmiała się nieprzerwanie. Druga zawzięcie pisała coś na komputerze lewą ręką, trzymając w prawej smartfon, do którego mówiła, coś dyktując lub komentując pisany tekst. Była to scena leworęcznego realizmu społecznego.

Odc. 3

Dwie męczące wizyty u lekarzy dały się Iwanowi Iwanowiczowi we znaki. Prowadząc życie samotnicze, nie miał wiele rozrywki, za to sporo obowiązków. Tego wieczoru postanowił zrelaksować się, najpierw obejrzeć dziennik telewizyjny a potem jakiś ciekawy program publicystyczny, ewentualnie film. Z wygodnej perspektywy ulubionego fotela zobaczył inny świat, świat telewizji, i poczuł się jak widz na honorowej trybunie najsłynniejszego cyrku na świecie Shanghai Circus World. Był przekonany, że nie ma lepszego cyrku niż chiński.

Nie to było jednak najważniejsze, ponieważ inne ciekawsze myśli pchały mu się do głowy niby samobójcze ćmy do ognia. Słyszał nawet cichy szum skrzydlatych myśli. Iwan Iwanowicz oderwał się od ekranu, od dwóch dni pokazującego ginące w męczarniach zwierzęta, walące się domy i monstrualne pożary na kilku kontynentach. Jego własny świat w tym momencie był nie mniej, ale bardziej okrutny, z tym, że w innej perspektywie. Był bogatszy i bardziej zawikłany. Iwan Iwanowicz myślał o mężczyźnie, produkcie biologicznej ewolucji ulegającym teraz przyśpieszonej degradacji. Wniosek był tylko jeden i nie budzący wątpliwości: osobnicy reprezentujący męski nurt ludzkości kurczyli się i stopniowo zanikali. W długim tunelu swojej mrocznej wizji Iwan Iwanowicz dostrzegł nawet ostateczny zanik mężczyzny. Drugą wersją tego scenariusza, jego szlachetniejszą a przynajmniej łagodniejszą odmianą, był mężczyzna poddany recyklingowi. Brzmiało to okropnie, Iwan Iwanowicz postanowił jednak postawić prawdę na najwyższym piedestale, bez względu na konsekwencje.

– Mężczyzna degraduje się, starzejąc się oraz gatunkowo – zdecydował w sposób nie pozostawiający wątpliwości. Jego myśli układały się składniej niż świeże deski sosnowe sztaplowane w tartaku w latach młodości.

Swoją opinią podzielił się z mężczyzną w telewizorze. Wyobraził sobie, że go wysłucha i zechce podjąć z nim dyskusję.

– Bardzo mi się to podoba, co pan mówi – odpowiedział bez wahania prezenter wiadomości wieczornych, poruszając ustami bez wydawania głosu. Wyglądało to bardziej naturalnie niż kiedy mówił. Wstał zza stolika, obszedł go i zniknął za kulisami.

Iwan Iwanowicz wykorzystał ten moment, aby przynieść sobie z kuchni gorącej kawy. Miał kawę w kubku na stoliku przed sobą, ale już wystygła. Postanowił ją podgrzać w metalowym rondelku. Często to robił, lepiej mu wtedy smakowała. Kawy mógł pić do woli; jego organizm był stworzony do przetwarzania kofeiny w celu podniesienia się na duchu. Do kawy dolał sobie trochę brandy. To jeszcze bardziej go przywróciło go do życia.

Kiedy wrócił do salonu, w pobliżu kanapy stał już prezenter dziennika TV. Iwan Iwanowicz domyślił się, że dostał się tam przez ekran. Mężczyzna nonszalancko otrzepał spodnie z niewidocznego zabrudzenia i rozejrzał się po pokoju.

– Wygodnie tu u pana. Ta kanapa szczególnie mi się podoba. Jest naprawdę wygodna. Pozwoli pan, drogi Iwanie Iwanowiczu, że przysiądę sobie na niej i wypiję z panem mojego ulubionego drinka Gin and Tonic, w którym szalenie gustuję – zaczął, rozglądając się z ciekawością po pokoju. – Proszę mi nie pomagać, sam się obsłużę. Sprawdziłem już barek, jest gin, tonic a lód jest zapewne w zamrażalniku w kuchni. Znajdę bez problemu.

Gospodarzowi podobały się światowe maniery gościa. Uznał go za najmilszego prezentera wiadomości, jakiegokolwiek widział na oczy.

Kilka minut później Iwan Iwanowicz przedstawił rozmówcy swoją najnowszą teorię gasnącego mężczyzny.

– Rozumiem mężczyznę jako przedstawiciela męskiej linii gatunku ludzkiego – zaczął. Już od pierwszego zdania czuł, że idzie mu wyjątkowo dobrze.

Wiedzę do swoich teorii Iwan Iwanowicz czerpał głównie z doświadczeń. Był empirykiem. To określenie sprawiało mu przyjemność, dobrze mu się kojarzyło. Wywoływało niezwykle delikatny masaż serca zmęczonego długą drogą życia. W określeniu „empiryk” było coś starogreckiego; to go tym bardziej poruszało, że w jego żyłach płynęła krew wywodząca się z tamtych obszarów geografii i kultury. W morzu słowiańszczyzny Iwan Iwanowicz czuł się mieszańcem, czasami nawet prawie kundlem, tak niezwykle bogaty był zestaw cech dziedziczonych po przodkach z innych krajów i kultur. Płynęła w nim krew grecka, cygańska, rosyjska i polska. Przy swoich religijnych usposobieniach i skłonnościach podejrzewał nawet Żydów i Arabów, że stanęli twórczo na drodze przodków wytyczających jego linię rozwoju ewolucyjnego. Stanowiło to zachętę do empatii i bycia otwartym wobec bliźnich.

*****

Zasilony świeżymi doświadczeniami, teorię zanikania mężczyzny Iwan Iwanowicz oparł mocno na dwóch specjalistycznych nurtach ewolucji człowieka: ewolucji uzębienia oraz ewolucji prostaty.

– Pokarm, napoje i wydalanie to podstawa metabolizmu. Ewolucja długo nad tym pracowała. Bez pokarmu nie ma życia. To środek energetyczny. A ten nie jest możliwy do przyjęcia, jeśli człowiek nie jest w stanie go pogryźć i rozdrobić. Stad niesamowita ranga zębów.

Są one – Iwan Iwanowicz zawahał się – może i najważniejszym organem człowieka. A jeśli nie najważniejszym, to jednym z najważniejszych – zastrzegł się. Mówiąc gestykulował prawą ręką, w lewej trzymając szklankę z ginem i tonikiem. Jego twarz zarumieniła się.

Odc. 4

Po uważnym wysłuchaniu Iwana Iwanowicza prezenter nie tylko zgodził się z nim, ale przedstawił dodatkowy argument.

– Dużo podróżowałem, jak pan wie lub nie, Iwanie Iwanowiczu. Otóż widziałem na własne oczy szkielet ryby amazońskiej, wielkiej piranii, z zębami przerastającymi ludzkie wyobrażenie. Na samym początku pyska, z dolnej szczęki wyrastały dwa kły. Były tak wielkie, że przebijały górną szczękę i sterczały ponad nią. Cokolwiek żywego nadziało się na nie, kiedy ryba rozwarła pysk, było z gruntu przegrane. Co najciekawsze, tuż przy podstawie każdego kła, znajdował się kieł zastępczy; po prostu czekał sobie spokojnie ułożony poziomo wzdłuż dolnej szczęki. W przypadku, gdyby ryba straciła kieł, ten zastępczy natychmiast podnosił się gotów do działania. To najlepsza ilustracja pańskiej tezy o roli ewolucji w uzębieniu.

– No właśnie – podjął Iwan Iwanowicz. – Jeśli chodzi o zęby, w przypadku człowieka rola ewolucji niestety zakończyła się definitywnie Nie potrzebujemy już jej. Dziś uzębienie reperują nam, udoskonalają i rozwijają stomatolodzy. To oni przejęli pałeczkę od ewolucji. Jest ich cała armia. Wdziałem dwa długie szeregi foteli dentystycznych w przychodni protetyki. Może pan w ogóle nie mieć zębów, protetyka natychmiast zapewni panu kompletny zestaw. Nowiutkie protezy na implantach wmontowanych nawet w skromniutką kość, wyjałowioną jak sucha gleba, z której normalnie wyrastają zęby. Nawet jak straci pan szczękę lub żuchwę, to oni ją panu zrekonstruują. Tak, drogi panie! Stomatologia w pełni przejęła rolę ewolucji.

Iwan Iwanowicz popadł w uniesienie. Przemawiało przez niego natchnienie. Jego oczy promieniały entuzjazmem dla ludzkich osiągnięć. Prezenter dziennika nie myślał nawet o włączeniu się do dyskusji, było to niemożliwe.

– Podobnie jest, kiedy zepsuje się panu prostata, pęcherz lub przewód moczowy. Dostanie pan najpierw cewnik i torbę na mocz, a potem chirurg operacyjnie przywróci panu zdolności sikania jak młody Bóg. I tak to wygląda nasze ludzkie post-ewolucyjne życie. Sztuczna ręka, i noga, proteza oka, ucha, zębów, sztuczna skóra, sztuczne nerka, trzustka i serce, różnego rodzaju implanty, proteza penisa, sztuczny pęcherz moczowy, w końcu nawet sztuczna inteligencja. Dawna lewatywa, leczenie ziołami, zamawianie choroby i szamaństwo to już tylko skansen na drodze postępu. Wystarczy drukarka 3D. Czasem słyszę ją jak pracuje gdzieś za drzwiami sali nowoczesnego szpitala. To tylko, drogi panie, kwestia kosztów i modelu urządzenia, bo technologia już jest! Stoimy wobec ciągłej wymiany fragmentów i organów organizmu, uzdatniania go do dalszej pracy. Kiedyś, w nie tak odległej przyszłości, nigdy się pan nie skończy, bo to, co się zepsuje, zostanie wymienione na nowe, a pan zostanie podniesiony do najnowszej wersji sprzętu i oprogramowania.

Rozmowa o przyszłości nastroiła ich tak pozytywnie, że wznosili  toasty. Iwan Iwanowicz pilnował się, aby nie wypić za dużo. Miał ze sobą alkomat. O gasnącej roli ewolucji oraz kondycji człowieka w recyklingu rozmawiali aż do rana.

*****

Diana Carlos, zamężna córka Iwana Iwanowicza, zastała go rankiem następnego dnia w stanie głębszego niż zazwyczaj zatrucia alkoholowego, mimo to niezwykle pozytywnie nastawionego do życia. Dobry nastrój ojca nie udzielił jej się, mimo iż starała się być pozytywna. Zastąpiła go kobieca opiekuńczość.

– Jak możesz być tak nieodpowiedzialny w swoim wieku i kondycji? – zapytała, nie mogąc mieć niczego więcej na uwadze jak kumulację lat i oraz konieczność przyjmowania lekarstw. Iwan Iwanowicz szczycił się, że był w dobrej kondycji, choć życie czasem zaprzeczało jego życzliwej opinii na temat swego zdrowia i samopoczucia.

Kiedy zaczęła porządkować mieszkanie, Iwan Iwanowicz przedstawił jej historię minionej doby. Nie uważał, że popełnił jakieś bezeceństwo, wręcz przeciwnie. Chodziło o ważne fragmenty życia dojrzałego mężczyzny – spotkania ze stomatologiem i urologiem, kontynuatorami ewolucyjnego procesu uzdatniania męskiego gatunku w dwóch ważnych kwestiach.

O rozmowie z prezenterem z telewizji nie wspomniał. Wiedział, że córka oceniłaby go surowo. Znał słowa, jakie padłyby.

– To zwyczajne pijaństwo i czcza gadanina na temat ewolucji czy przyszłości człowieka jej nie usprawiedliwia. Powinieneś się wstydzić!

Autor: Michael Tequila
Gdańsk, dnia 19.01.2020

0Shares

Piramida snów. Powieść fantastyczna. Odc. 9: Sen czy rzeczywistość

Wieczorem zadzwonił Wiktor. Zaczął się właśnie dziennik telewizyjny i Sefardi z niechęcią odebrał telefon; zakłócał mu spokojne obejrzenie wiadomości.

– Chciałbym porozmawiać z tobą na temat ostatniego spotkania. Wytłumaczyć moje wcześniejsze opuszczenie waszego towarzystwa.

Sefardi nie miał chęci rozmawiać o tym, nie wypadało mu jednak odmówić, tym bardziej, że Wiktor nalegał. Słuchając go, Sefardi zamknął oczy, aby dla zabicia czasu wyobrażać sobie, jak wygląda rozmówca siedząc przy telefonie. Był w ciepłej kurtce wyjściowej z kapturem w kolorze stłumionej czerwieni, spod której wymykały się niesforne kosmyki siwych włosów. Broda i wąsy były jaśniejsze niż czupryna. Wiktor jedną ręką trzymał słuchawkę przy uchu, w drugiej wyciągniętej przed siebie trzymał metalowy kubek na datki pieniężne. Obydwie dłonie były ukryte w rękawiczkach bez palców.

Nie tylko wygląd Wiktora zaskoczył Sefardiego. Jeszcze bardziej słowa jego tyrady.

– Sprawy nie układają się pomyślnie. Tego głupka w ogóle nie obchodzi, co o nim mówią, byle mówiono głośno, bo publiczna dyskusja odwraca uwagę od jego przekrętów i machinacji. Ciągle wymyśla coś nowego, aby ludzie koncentrowali się na tematach zastępczych, a nie na rosnących cenach, bezrobociu czy służbie zdrowia. Media natychmiast podchwytują i wałkują podrzuconego im szczura, zamiast zajmować się krociowymi dochodami, jakie jego rodzina, przyjaciele i sojusznicy ciągną z lukratywnych stanowisk w urzędach, instytucjach państwowych, fundacjach czy ambasadach w stu pięćdziesięciu krajach. Ten typ wywołuje jedną aferę za drugą. Aby odwrócić od siebie uwagę mnoży zarzuty, oskarżenia i rzuca kalumnie na swoich przeciwników. To prawdziwy fenomen obłudy i kłamstwa. To tylko przykład, jak jest za granicą, bo u nas jest jeszcze gorzej. W jakim kraju my żyjemy!

Sefardi nie mógł wyjść ze zdumienia. Wiktor przemawiał jak wróg partii rządzącej, a przecież był jej gorącym zwolennikiem. Ta dwuznaczność go męczyła. Poczuł nagle, że ktoś szarpie go za ramię. Był to Wiktor. Wyglądał okropnie z zaczerwienioną ze złości twarzą i zwężonymi oczami. Chwilę później miał już ugrzeczniony, przyjazny wygląd. Robił Sefardiemu zarzuty, ale tak, jakby upominał rozbrykane dziecko. Popatrzył na niego uważnie, po czym wydusił z siebie:

– Wybacz. Zapraszasz mnie na kieliszek wina, a potem zasypiasz. Do kitu z takim zaproszeniem. Szarpię cię i szarpię, a ty śpisz jak zabity. Chyba cierpisz na bezsenność albo jesteś wariatem!

Sefardi poczuł znowu bezmierną senność, że coś jest nie w porządku, jakby podano mu środek usypiający. Usiłował sobie przypomnieć, co to było. Skopolamina? Z tym słowem na ustach osuwał się w nieznaną przepaść. Nie czuł strachu, tylko ogromne zdumienie. Slyszał Wiktora jak przez watę.

– Nie mogę dłużej uczestniczyć w tej pasjonującej dyskusji. Muszę już iść, mam jeszcze coś ważnego do załatwienia.

Sefardi nawet nie usiłował przekonać go, aby pozostał. Uznał, że spotkanie poszło w niewłaściwym kierunku, że przekroczył granicę przyzwoitości, choć nie miał tego zamiaru. Bronił się przed tym, lecz senność była silniejsza. Miał żal do Wiktora, że dosypał mu czegoś do kawy, aby wydobyć z niego jakąś tajemnicę, której nie znał. Przyszło mu do głowy, że jest to przyszłość, w której fikcja i rzeczywistość przenikają się nawzajem. Wszystko było pomieszane.

0Shares

Piramida snów. Powieść fantastyczna. Odc. 7: Teoria spiskowa

Pomieszanie snów z rzeczywistością obudziło w Sefardim czujność. Coś nieokreślonego zaczęło go niepokoić. Kiedy Izabela przyniosła mu kawę do gabinetu, powiedział jej o swoich odczuciach. Pomyślał, że ze swoją kobiecą trzeźwością, zrozumie go i pocieszy w jakiś sposób. Poprosiła go o bliższe wytłumaczenie, jak to się objawia.

– To trudne do określenia poczucie niebezpieczeństwa. Mam wrażenie, jakby wisiało w powietrzu. Nic konkretnego, co rzucałoby się w oczy podobnie jak filiżanka gorącej kawy na stoliku czy rozkrzyczany berbeć na ulicy. Odbieram to jako rodzaj sekretnych sygnałów atakujących świadomość, że zbliża się coś niepokojącego.

Isabela zareagowała w sposób, jaki powinien był przewidzieć. Miał do siebie pretensję o naiwność.

– Pan to ma pomysły, don Sefardi. Najpierw starszy mnie pan zagrożeniem, wyglądającym równie poważnie jak wypadek na autostradzie z udziałem ciężarówki wpadającej czołowo na pana, potem robi pan porównanie z filiżanką gorącej kawy i dzieckiem, które w dodatku nazywa pan berbeciem, co obraża uczucia każdej matki. Może tym zagrożeniem jest ta gorąca kawa? Gdyby filiżanka przewróciła się, to uległ by pan poparzeniu!

Sefardi nazwał ją w duchu głupią babą i pomyślał, że coś ciężkiego upadło jej na głowę. Stracił nagle chęć rozmowy.

Dzisiaj, droga pani Izabelo, nie jest pani w sosie, nie mam wiec potrzeby kontynuować naszej rzeczowej dyskusji. Nie czekając, aż gosposia sama wyjdzie gabinetu, odwrócił się do niej plecami, pozostawiając ją w niemym zaskoczeniu.

Kiedy następnym razem Izabela przyniosła mu kawę, zagadała pojednawczo, że czasem człowiek czuje się nie najlepiej. Sefardi zrozumiał to jako propozycję ugody.

– Chyba ma pani rację. Dziękuję za kawę. Jest doskonała. Robi pani dobrą kawę, mocną, gorącą i aromatyczną. Mówiłem memu przyjacielowi Luce, że nikt nie jest w stanie wycisnąć z maszyny tak dobrej kawy jak pani.

– Dziękuję panu, don Sefardi. Jest pan przyzwoitym człowiekiem. Każdy się czasem wygłupi i chlapnie coś dziwnego. Podobnie jak panu mnie też to się zdarza.

Uśmiechnęli się do siebie. Izabela wyciągnęła z bocznej kieszeni fartucha kolorową szmatkę i zaczęła ścierać biurko z kurzu, który nie zdążył jeszcze pojawić się od poprzedniego sprzątania.

*****

Sygnały o nieokreślonym niebezpieczeństwie nie były wymysłem bujnej wyobraźni Sefardiego. Pierwszy pojawił się w trakcie spotkania towarzyskiego.

Z przyjaciółmi Sefardi spotykał się nie za często, ale dość regularnie, co najmniej kilka razy w roku. Przeważnie zapraszał ich do swojego domu. Miał do tego odpowiednie warunki: gabinet o ścianach w kolorze bordo stymulującym myślenie, pokój gościnny, gdzie w odosobnieniu można było spokojnie porozmawiać, duży słoneczny salon, w którym towarzystwo spotykało się najczęściej, w końcu cienisty ogród osłonięty od ulicy siatką metalową i żywopłotem. Spokojna dzielnica dawała dodatkowe poczucie prywatności i bezpieczeństwa.

Zaproszenie przyjęło dziesięć osób, sami mężczyźni, najbliżsi przyjaciele Sefardiego. Dwaj z nich, Luka Mancini i Ernesto Lampedusa, przyjechali z żonami. Rozmowa toczyła się o wszystkim i o niczym, o zbliżającym się długim weekendzie, pogodzie, rosnących cenach artykułów codziennego użytku, dzieciach i pracy. Zaczęło się od teorii spiskowej.

Ktoś użył tego określenia i podał przykład, ktoś potraktował to jako żart, nazwał teorię głupotą, dodając komentarz. Sefardi wybuchł śmiechem, podobnie jak i dwie inne osoby. Wywołało to reakcję. Wiktor, kierownik działu w urzędzie państwowym, serdeczny przyjaciel Sefardiego od dzieciństwa, zaprotestował.

– Teorie spiskowe to nie jest temat do żartów. Nigdy nie słyszeliście o żadnym spisku? Większość rewolucji była wynikiem spisku. Mogę podać przykłady.

Towarzystwo było po kilku kieliszkach, wywiązała się głośna sprzeczka. Pierwszy przeciwstawił się Wiktorowi Luka.

– Chyba robi to dlatego, że go nie lubi. Spotkali się u mnie po raz pierwszy w życiu i wyraźnie nie przypadli sobie do gustu. To dziwne, bo Luka to bardzo spokojny człowiek. Nigdy nie słyszałem, aby podniósł glos. – Sefardi nie miał czasu na dalsze myślenie; był gospodarzem i czuł się w obowiązku uspokoić towarzystwo.

Awantura została zażegnana, pozostawiając tylko niesmak. Był jednak i pozytywny efekt. Uczestnicy dyskusji zgodzili się, że sprawy władzy i zarządzania państwem należy brać poważnie, nawet jeśli jest w nich coś śmiesznego.

0Shares

Zaproszenie na spotkanie: Kreatywność w starszym wieku

Otwartość intelektualna i emocjonalna, kreatywność, twórczość nie są równo dystrybuowane przez życie. Jedni mają ich więcej, inni mniej. Nie obowiązuje tu reguła w rodzaju 2 x 2 = 4. Sposób widzenia i doznawania świata nie zmienia się proporcjonalnie do upływających lat życia. Dlatego warto wiedzieć coś więcej o kreatywności w starszym wieku, czymś co ułatwia życie, czyni je ciekawszym i wartościowszym.

Zapraszam na spotkanie i dyskusję w czwartek 19 bm. w dzielnicy Gdańsk Piecki-Migowo (Gdańsk-Jasień).

0Shares

Krótka dyskusja o naturze dyktatora

W Małym Pałacu Dożów odbyła się dyskusja o naturze dyktatora. Przybyło sześćset dwudziestu pięciu dziennikarzy. Niektórych nie wpuszczono.

– Państwo nie jesteście z właściwej opcji. Nie popieracie dyktatury – informował stojący przy drzwiach chudy cerber w złotych okularach, rodzaj budzącego się satrapy.

Dyskusja była rozsądnie burzliwa, głosy jak zwykle były podzielone na części. Rozważano dwa przypadki: Polifema i dyktatora niejawnego.

– Na przykład Polifem, istota potężna, panująca nad wszystkimi owcami w jaskini. To, że ma jedno oko, nie przeszkadza. Rządzi bez zahamowań, nie liczy się z nikim. – wyjaśnił Mitolog, ekspert od dyktatury jednostronnej.

Drugi casus dotyczył dyktatora niejawnego. Omówiono taki przypadek na przykładzie Namiestnika. Niewielu wiedziało, że dyktator niejawny może być człowiekiem siwym, wyglądać nobliwie i być bardzo pobożnym, a równocześnie być kimś osobliwym aż do granic śmieszności.

– Przypadek, jaki rozważamy, dotyczy człowieka o tak silnych rękach, że jest on w stanie łamać podkowy wielkiej polityki, gubi się jednakże w rozplątywaniu sznurówek do butów, przewodu smartfonu czy kłębka sznurka w kolorze tęczy. Gubi się, bo chciałby aby tęcza była szara, jak wszystko – wyjaśnił prelegent.

Przypadek Namiestnika uznano za osobliwy, niedorzeczny, nie pasujący do współczesności, kiedy trzeba rozwiązywać problemy zdrowia psychicznego i fizycznego społeczeństwa, sposobić się do nowych technologii i myśleć o poważnej współpracy międzynarodowej, a nie modlić się o rozum dla narodu.

Na tym dyskusję zakończono.

0Shares

Powieść “Cezarea”. Odc. 5: Kronikarz Taranta prowadzi publiczne spotkanie.

Drugim punktem debaty publicznej była przyszłość Cezarei. Kraj był  zaniedbany przez kilka generacji złych zarządców. W dobie sztucznej inteligencji, inżynierii genetycznej i lotów kosmicznych konieczna była jego odbudowa i unowocześnienie.

Potrzebę radykalnych zmian Kronikarz uznał za ciężar złożony na jego barki przez Opatrzność.

Zebrał się w sobie i poprosił gości o przedstawianie propozycji.

– Będziemy głosić dobrą nowinę. – Zapewnili zgodnie trzej mężczyźni.

Ich reakcja zaskoczyła Tarantę. Nie zgłosił jednak sprzeciwu. Mruknął tylko do siebie:

– Nie mnie decydować o tym, czego pragną wybrańcy narodu usytuowani na samym szczycie drabiny społecznej. To prawdziwi celebryci, ludzie, którzy wiedzą więcej niż inni i umieją piąć się w górę.

Po chwili wahania zaprosił do panelu dyskusyjnego trzy osoby z tłumu. Byli to ludzie z pierwszego szeregu; dwie kobiety i mężczyzna. Widział wcześniej, jak pozytywnie reagowali na jego słowa. Ich udział zapewniał większą równowagę opinii i wzmacniał jego pozycję.

Nowy panel szybko ustalił, co znaczy dobra nowina. Zdefiniowano ją jako „wiadomość o walorach religijnych, wyrażająca wiarę w Boga i konkretyzująca coś, co jest nowe, interesujące i znaczące dla społeczeństwa”.

Dla wprawy omówiono przykład. Dotyczył on węgla kamiennego. Przedstawił go Plenipotent, najbardziej biegły w materii prawa.

– Ubiera się kosztownie, zna język obcy i bez przerwy szlaja się za granicą. To dlatego nazywają go prezydentem. – Pomyślał z niechęcią Kronikarz. Jeśli komuś czegokolwiek zazdrościł, to właśnie Plenipotentowi.  

– Dobra nowina jest taka, że Cezarea będzie kontynuować masowe wydobycie węgla. – Rozpoczął Plenipotent. – Węgiel to czarne złoto. Bylibyśmy głupi, gdybyśmy nie kopali tak cennego kruszcu. Wspierają nas w tym górnicy. Wszyscy wiemy, że co jest dobre dla górników, jest dobre dla kraju. Górnicy to sól naszej ziemi, a bez soli nic nie ma smaku. Wprawdzie stosowanie węgla do produkcji energii elektrycznej i cieplnej zanieczyszcza powietrze, ale jest to nieuniknione. Powiem więcej, jest to konieczne dla przyśpieszenia decyzji o ochronie środowiska naturalnego. Bez presji na rząd niewiele wskóramy.

Opinię Plenipotenta z miejsca poparł Premier, obiecując, że podejmie temat na najbliższym posiedzeniu rządu.

Kolejna obietnica dotyczyła powszechnego dobrobytu społecznego. Do dyskusji włączył się Namiestnik.

– Po to właśnie założyłem Partię Powszechnego Dobrobytu, do której zapisali się najwspanialsi ludzie Cezarei, aby zapewnić społeczeństwu dobrobyt. Byli już tacy przede mną, co głosili podobne hasła, ale to była utopia. Byli to wykształceni prostacy, ludzie bez charakteru i gustu. Za państwowe pieniądze objadali się do nieprzytomności importowaną kaszanką. Chorowali potem z przejedzenia. Podłe z ich strony było także to, że nie kupowali produktów rodzimych tylko zagraniczne. – Namiestnik wierzył głęboko, że każde nadużycie władzy musi spotkać zasłużona kara.

Wspomnienia poruszyły go do głębi. Był w nich jakiś niejasny, osobisty akcent. Coś się w nim załamało.

– Nie będę mówić, kogo mam na myśli, ale kiedy dorwę tego cieniasa to mu nogi powyrywam z …. – Ostatnie słowo wymówił ciszej zdawszy sobie sprawę, że w tłumie są dzieci i kobiety.

Zapadło grobowe milczenie. Ludzie patrzyli na siebie, zaskoczeni i zażenowani. Ktoś zaklaskał nieśmiało. Po chwili przyłączyli się inni. Wybuch entuzjazm. Nie wszyscy w nim uczestniczyli. Kronikarz widział, co się zdarzyło. Lewa część audytorium reagowała niemrawo, niezdecydowana, jak się zachować. Druga, prawa strona, zamieniła się w żywioł.

– A to drań! – Pomyślał Wirgil. – To wszystko było przemyślane. Zorganizował sobie klakę.

0Shares

Powieść Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 181: Gniew gubernatora i debata publiczna nad Apokalipsą

Przyczyny destrukcyjnej pogody długo pozostawały niewyjaśnione. Meteorolodzy sprawdzili historyczne zapisy pogody i nie znaleźli w nich niczego podobnego. Wyjaśnienie anomalii pogodowych stało się koniecznością, wręcz imperatywem, dla meteorologii, zarządzania antykryzysowego, nauki, a także dla zwykłych ludzi pragnących lepiej rozumieć los i przeznaczenie. Było to oczywiste dla wszystkich bez wyjątku.

Na pierwszym posiedzeniu rządu w sprawie Apokalipsy Barras zażądał wyjaśnień.

– Przedstawcie mi choćby najprostsze wyjaśnienie przyczyn. Tyle negatywnych zjawisk w jednym czasie! Musi być jakieś rozsądne wytłumaczenie.

Dyskusja przebiegała rachitycznie. Ministrowie koncentrowali się, starali się znaleźć wyjaśnienie, widać było wysiłek na ich twarzach. Gubernator siedział z boku, patrzył i przysłuchiwał się. Argumenty wydawały mu się naciągane, zbyt proste albo zbyt skomplikowane. W miarę dyskusji jego twarz coraz bardziej czerwieniała, oczy ciemniały, usta zaciskały się w gniewny paseczek. Siedzący obok minister zdrowia przestraszył się, że premier dostanie apopleksji i zapytał go, jak się czuje i czy nie potrzebuje pomocy. Gubernator wybuchł jak petarda.

– Milcz, cholerny konowale! – uciął brutalnie. Kiedy wszyscy zamilkli wpatrując się w niego z niepokojem, wstał i wyrzucił z siebie stek przekleństw.

– Wasze nieporadne wyjaśnienia można o kant dupy rozbić. Nie po to was tutaj zebrałem, abyście pieprzyli trzy po trzy i robili sobie żarty z najpoważniejszej sprawy, z jaką mieliśmy kiedykolwiek do czynienia.

Nie krył się ze słowami ani emocjami. Poniosło go całkowicie. Mimo, że zachował się podlej niż pijany furman, któremu zdechł koń wskutek nadmiernego wysiłku, rozumieli go, mieli poczucie, że go zawiedli i że jest to najbardziej kryzysowa sytuacja, w jakiej kiedykolwiek znalazł się kraj. 

– Czy wy zdajecie sobie sprawę, gnojki, że los nas wszystkich zależy od tego, czy w pełni zrozumiemy, co się stało, dlaczego to się stało i czy na tej podstawie podejmiemy odpowiednie środki? Sytuacja jest gorsza niż wojna. Prosiłem was, abyście zastanowili się nad przyczynami i przedstawili jakieś wyjaśnienia. A wy co? – Kiedy mówił dyszał ciężko, twarz miał purpurowo-czerwoną. Siedzący przy stole ministrowie zbledli i skurczyli się. Gubernator patrzył na nich z pogardą. Zawiódł się na nich całkowicie. Było mu wszystko jedno, jak go odbierają. Zwrócił się do nich głosem cichym ze zmęczenia:

– Wynoście się z mojego gabinetu. Wszyscy bez wyjątku. Nie chcę was dzisiaj widzieć na oczy.

Po odejściu ministrów Blawatsky wezwał kierowcę i kazał wieźć się do domu. Zazwyczaj chętny do rozmowy nie odezwał się ani słowem. Kierowca wyczuł jego nastrój i nie otwierał ust. Prawda okazała się dla gubernatora bardziej bolesna i ponura niż myślał. Apokalipsa była karą także za fatalne decyzje gospodarcze i społeczne jego rządu. Rząd i społeczeństwo dopuścili się okropnych czynów i zaniedbań. Kościół nazywał je grzechami. Gubernatorowi wydało się, że nie ma skrawka ziemi, gdzie nie pleniłyby się chwasty błędów i wypaczeń, które wywołały Apokalipsę.

Następnego dnia gubernator wystąpił z propozycją szerokiej debaty publicznej pod egidą rządu. Sprawy potoczyły się szybko, jak tylko wyjaśniono, że „egida” nie oznacza bynajmniej tajnej inicjatywy rządu pod adresem opozycji lub społeczeństwa. Z inicjatywy urzędników państwowych, którzy w zwiększonej aktywności dostrzegli szansę poprawienia swego wizerunku, powołano komitet koordynacyjny. W jego skład weszli przedstawiciele Ministerstwa Porządku Publicznego, Krajowego Sztabu Antykryzysowego, Głównego Instytutu Meteorologicznego, wojska, uczelni wyższych, związków pracodawców i pracobiorców, Kościoła Hierarchicznego, organizacji pozarządowych oraz Zrzeszenia Meteopatów.

Debata narodowa skończyła się na wielu mniejszych debatach, najpierw regionalnych, następnie okręgowych, miejskich i wiejskich, w końcu lokalnych prowadzonych w domach kultury i remizach strażackich. Dyskutowano również po domach. Skutkiem były najczęściej kłótnie rodzinne, pijaństwo oraz godzenie się małżonków w łóżku.

Niezwykle poważnie sprawę potraktowało Kolegium Naszej Pani Różańcowej, autonomiczna uczelnia wyższa, specjalizująca się w zagadnieniach rozwoju społecznego, religii oraz meteorologii. Uczelnia od lat głosiła pogląd, że klimat ma podstawowe znaczenie dla rozwoju społeczności ludzkich. Inicjatorem dyskusji był rektor, któremu trąba powietrzna zniszczyła dom na wsi oraz rozpędziła na cztery wiatry duże stado owiec.

– Poniesione przez społeczeństwo straty materialne stanowią potężną motywację do odkryć naukowych. – Słowa rektora miały być zachętą dla naukowców do rzetelnej pracy nad zagadnieniem.

Na spotkanie w Kolegium zaproszono przedstawicieli środowisk akademickich, rządu, instytucji kościelnych oraz instytutów meteorologicznych. Po kilku rundach wymiany poglądów, wedle prasy nieco chaotycznej, wykrystalizowało się przekonanie, że u podstaw Apokalipsy musiała leżeć jakaś głębsza przyczyna.

– Zjawiska atmosferyczne o takiej intensywności i różnorodności trwające kilka dni z rzędu to zbyt skomplikowany układ, aby był dziełem przypadku – podsumował matematyk, profesor Tatsche, nawiązując do pojęcia „zwykłej złożoności obliczeniowej”, zależnej od rozmiaru wejścia oraz „pamięciowej złożoności obliczeniowej”, która jest miarą wykorzystanej pamięci maszyny abstrakcyjnej.

Nikt obecny na sali nie zrozumiał jego wywodu, poza samym wnioskiem, że Apokalipsa nie mogła być dziełem przypadku, tylko że ktoś lub coś było jej powodem. Ponieważ mądrość przyrody, jaką częściowo reprezentuje mózg ludzki, nie znosi próżni, intepretowano to jako Bóg lub człowiek. Umysły prostsze nie zadały sobie nawet takiego wysiłku, upraszczając wypowiedź naukowca do stwierdzenia w rodzaju: „Stoi, bo stoi.” Z wystąpienia profesora Tatsche zapamiętano najbardziej jego dużą głowę ozdobioną bujną czupryną oraz chropawy akcent, o tyle niezrozumiały, że był to potomek niemieckich imigrantów, ale już w trzecim pokoleniu. Kraj pochodzenia profesora nie budził wątpliwości; nazwisko było aż nadto wymowne.

Intensywne debaty trwały kilka tygodni, lecz nie przyniosły nowych wyjaśnień. Oprócz mediów, rządu i społeczeństwa rozczarowani byli także sami ich uczestnicy. Dalsze działania mające na celu rozwikłanie zagadki Apokalipsy nie nazywano już debatami, tylko dyskusjami. Pojawiały się one i zanikały podobnie żywiołowo jak pogoda, nad którą dyskutowano. Brało w nich udział całe społeczeństwo, ponieważ skutki klimatycznych zdarzeń dotknęły bezpośrednio lub pośrednio wszystkich obywateli.

Wkrótce gubernator zlecił opracowanie nowego raportu na temat przebiegu zdarzeń i diagnozy przyczyn. Sam wytypował grono naukowców i powierzył im to zadanie.

Michael Tequila w księgarni internetowej: https://tinyurl.com/y7cza5ncKliknij i kup!

3Shares

Cz. 119: Koniec dyskusji Izabela Sefardi. Klub Anarchia walczy o konie.

– Don Sefardi! – Izabella wykorzystała moment, kiedy adwersarz był zmuszony zaczerpnąć powietrza, aby przerwać nurt jego argumentacji. Była oburzona w najwyższym stopniu. – Wychodzę, bo wyprowadził mnie pan z równowagi. Nie jestem w stanie słuchać słów zabijających we mnie ludzką godność, która też jest częścią przyrody… chciałam powiedzieć, jest czymś naturalnym. Odchodziła z przekonaniem, że Sefardi to skończony wariat opętany niezrozumiałą niechęcią do kobiet.

– To i ja powiem pani też coś równie dosadnego. Wyłączam się całkowicie z tej bezsensownej zabawy w ochronę przyrody, przestaję się interesować ochroną koni, kucyków i pastwisk.

Sefardi był wściekły na siebie, że uczestniczył w rozmowie, która tylko go upewniła, że Isabela to skończona ignorantka, dla której przyroda to kwiatuszek w doniczce, krzewik na klombiku blisko torów tramwajowych i ptaszek na drzewie usychającym z braku wody i nadmiaru smogu. Poczuł się całkowicie zniechęcony do przyrody i koni. Izabela i jej słowa skojarzyły mu się z pierzastym stworem, jaki przeraził go wielkimi skrzydłami i przerażającym skrzekiem, kiedy był jeszcze dzieckiem w wózeczku.

*****

Od czasu napadu na parlament w kraju zaczęły dziać się dziwne rzeczy. Niezwykłe zdarzenia następowały jedno po drugim, fakty prasowe wyprzedzały fakty społeczne, zaprzeczając sobie nawzajem. Kiedy mgła dwuznaczności i niejasności nieco opadła, okazało się, że w centrum uwagi społeczeństwa stoi rywalizacja człowieka i konia o przetrwanie. Stawka w grze była wysoka; była nią groźba całkowitego zniknięcia z powierzchni ziemi jednego lub drugiego gatunku. Naukowcy nazywali to anihilacją. Nikt nie miał wątpliwości, kto przegra w tym wyścigu, jeśli reguły gry nie ulegną zmianie. Przyroda mogła mieć tylko jednego pana.

Przetrwanie konia rywalizującego z człowiekiem stały się sensem istnienia Anarchii, klubu oryginałów, intelektualistów i buntowników, entuzjastów ekologii radykalnej. Byli miłośnikami tych zwierząt w skali porównywalnej jedynie ze wzburzonym morzem i głębokimi odstępstwami od normy psychicznej – taka była opinia wicegubernatora Matteo Csudo, odpowiedzialnego w rządzie za sprawy ochrony przyrody.

– Jesteśmy zboczeńcami na punkcie koni – członkowie Anarchii żartowali między sobą, poklepując się po plecach, podobnie jak poklepywali ulubionego rumaka dla wyrażenia uczuć sympatii międzygatunkowej. Byli to głównie mężczyźni, choć nie brakowało i kobiet. Z czasem liczebność obu płci w klubie wyrównała się.

Spotkali się przypadkiem. Trzymali konie w tej samej stajni i przyjeżdżali, aby pojeździć dla przyjemności, a czasem z obowiązku, dla zapewnienia zwierzętom minimum ruchu, którego potrzebowały nade wszystko. Na początku były to spotkania nieregularne, głównie w weekendy, z czasem nabrali nawyku regularnych spotkań, aby rozmawiać o końskich sprawach. Znali tylko swoje imiona, a i to nie zawsze prawdziwe. Wkrótce nabrali nawyku używania pseudonimów i niepytania się, gdzie kto pracuje, czym się zajmuje, czy jak mu się powodzi. Jedynym sensownym tematem były konie i ich przyszłość, kiedy okazało się, że są skazane na wymarcie. To wtedy w sercach i duszach anarchistów zbudził się bunt. Od słowa do słowa doszli do wniosku, że muszą zrobić coś pozytywnego i znaczącego dla zwierząt, od wieków wiernie służących człowiekowi.

Kiedy już zżyli się ze sobą, pozwalali sobie na większą szczerość. Starali się być uczciwi w słowach i czynach. Okazało się, że nie ma wśród nich nikogo, kto nie byłby na jakimś etapie życia związany z końmi, i to na śmierć i życie. Byli wśród nich hodowcy, dżokeje, woźnice rydwanów cyrkowych, członkowie związków jeździeckich, hipnoterapeuci, artyści woltyżerki, producenci sprzętu i ubiorów dla koni, trenerzy koni, weterynarze, a nawet hazardziści i bukmacherzy stawiający i przyjmujący zakłady na wyścigach konnych. Dla tych ostatnich koń był czymś więcej niż przyjemnością, był także formą ruletki i pasją życiową.

Wkrótce zaadaptowali hasło, jakie głosił członek klubu, wieloletni mieszkaniec równin patagońskich: Siempre con el caballo, para la vida o muerte. Zawsze z koniem, na życie lub śmierć. Był to rodzaj zaprzysiężenia, głębszego niż przysięga wojskowa, wyrażającego gotowość obrony konia nawet z poświęceniem własnego życia.

*****

Klub Anarchia nie cieszył się popularnością w społeczeństwie. Nie było to przypadkowe. Wielu obywatelom nie podobały się maniery i górnolotne słowa anarchistów o miłości do koni, przekraczające pojęcie człowieka, który umie kochać tylko swój najnowszy samochód, piękny, szybki i wypasiony sprzętowo. Z czasem okazało się, że złą opinię urabiali anarchistom przedstawiciele rządu głęboko wierzący w prymat technologii nad końmi, traktujący zasłużone zwierzęta jako przeżytki. To oni udzielali wywiadów i potajemnie sponsorowali doniesienia medialne przedstawiające w złym świetle Anarchię i jej członków.

Po bulwersujących opinię społeczną wydarzeniach w parlamencie, klub zaczęto podejrzewać, że jest rozsadnikiem ekoterroryzmu, choć niczego takiego nikt nie dowiódł. Na wszelki wypadek gubernator Blawatsky zlecił zbieranie informacji o tym, co dzieje się w klubie i wokół niego; tajnej policji nie udało się jednak przeniknąć do jego struktur. Organizacja okazała się hermetyczna. Kiedy było już jasne, że rząd jest zdecydowanym choć cichym wrogiem koni, klubowiczów opanowała obsesja konspiracji. Niegdyś otwarty dla wszystkich, od pewnego czasu klub działał potajemnie, mobilizując się radykalnymi hasłami „Precz z nieekologicznym państwem”, „Rozwalmy tę budę sadyzmu ekologicznego”, a nawet „Śmierć wrogom koni”.

 

1Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 118: Burzliwa dyskusja o ochronie przyrody.

Niezwykły napad na parlament sprowokował dyskusję między Sefardim a Isabelą na temat przyrody. Isabela miała wyrobiony pogląd na wydarzenia. W swojej falbaniastej, kloszowej sukni w zielono-niebieskie kółka żywo imitujące ptasie oczy Isabela przypominała wielkiego pawia. Na głowie miała toczek w jeszcze ostrzejsze wzory; jej strój drażnił Sefardiego.

– Jestem mieszkanką Afary, wielkiego miasta, i kocham przyrodę. Myślę o niej nieprzerwanie i dbam o nią razem z innymi mieszkańcami. Konie nie są dla nas takie ważne. Sadzimy drzewa, krzewy, zakładamy klomby i systemy podlewania, segregujemy śmieci, porządkujemy parki miejskie, robimy wszystko, aby przyroda miała jak najlepsze warunki rozwoju.

Jej słowa stały się iskrą inicjującą pożar. Twarz Sefardiego poczerwieniała, oczy zabłysły irracjonalnym gniewem.

– Miejska ochrona przyrody! Pusty śmiech mnie bierze. Co mieszkańcy wielkiego miasta Afara wiedzą o przyrodzie? Oni nawet nie mają pojęcia o tym, jak wygląda krowa! Przyroda to dla nich doniczka z kwiatkiem, obrazek na ekranie telewizora, martwa natura z bażantem starego mistrza flamandzkiego w muzeum sztuki zapomnianej oraz wypchany eksponat kozy na wystawie rolniczej na placu targowym, gdzie za czasów Inkwizycji palono czarownice na stosie! Gdyby ludziom poobcinać palce u nóg i u rąk, a potem stopy i ręce, to może wtedy zaczęliby rozumieć przyrodę i żyć zgodnie z jej rytmem, bo nie mogliby używać telefonów komórkowych, wypełniać szaf ubraniami wyrzucanymi po roku na śmietnik, chodzić do kina, gdzie kubeł z prażoną kukurydzą jest ważniejszy niż film, obżerać się nieprzytomnie, jeździć samochodem zatruwającym powietrze i zaśmiecać ulic do obrzydliwości – Sefardi wypowiedział to jednym tchem, prowokując falę nienawiści.

Isabela niby znarowiony koń rzuciła głową na znak niezgody.

– To podłe, co pan mówi, don Sefardi! Pan, niby taki kulturalny i sympatyczny człowiek, wielki celebryta, okazuje się być nie tylko szowinistą, przeciwnym poglądom skromnej, pracującej kobiety, ale i wrogiem wszystkich mieszkańców miasta szczerze dbającym o przyrodę – Isabelę uniosła fala oburzenia wywołanego szokującym potępieniem ze strony Sefardiego. – O szowinizm podejrzewałam pana od dawna i to jak najbardziej słusznie, bo koleżanki także o tym mi mówiły, ale ja w to nie wierzyłam i broniłam pana, a tu okazuje się, że jest pan także negatywistą, odmawiającym prawa do przyzwoitości kobietom i innym mieszkańcom miasta, w którym pan też mieszka.

Adresat tych słów chyba nie usłyszał krytyki, gdyż zagłębił się ponownie w nurt ciężkiej dezaprobaty.

– O czy my mówimy? Co mieszkańcy dużego miasta wiedzą o przyrodzie? Nic. Oni tylko umieją segregować śmieci i to najczęściej byle jak, i to jest wszystko, co robią dla przyrody. Od czasu do czasu posadzą też jakiś krzaczek, niedowarzone drzewko lub rachityczny lasek nazywając go Parkiem Centralnym Obrońców Przyrody i trąbią o tym od rana do wieczora. To są puste działania, bez znaczenia. Prawdziwa a nie udawana ochrona przyrody, droga Isabelo, nastąpi wtedy … – Mistrza ogarnęła pasja wyjaśniania – … kiedy wszystko, co wytwarza nasza cywilizacja, ludzie i przedsiębiorstwa, podlegać będzie recyklingowi bez żadnych pozostałości, tak jak to się dzieje w lesie, najpełniejszym uosobieniu przyrody. Cokolwiek tam powstaje, ulega rozkładowi i stanowi pożywkę dla przyszłych pokoleń roślin i zwierząt. To jest przyroda i mechanizmy jej ochrony!

Słowa Sefardiego, którego Izabela uważała dotychczas za człowieka w miarę rozsądnego, wywołały w niej poczucie rażącej niesprawiedliwości. Kobieta zamilkła chyba po raz pierwszy w życiu ułatwiając przeciwnikowi kontynuację oskarżeń.

– Człowiek to zabójca przyrody, Isabelo. Jej zaprzeczenie. Nie widzę w gatunku ludzkim nic pięknego! – wykrzyknął poruszony Sefardi.

Isabela odpowiedziała pięknym za nadobne. – Wbija pan nóż w piersi nie tylko mnie, ale i przyrodzie, o czym pan zapewne nie wie będąc typowym męskim szowinistą.

Mistrz przyzwyczaił się już na tyle do jej wrażliwości na punkcie męskiego szowinizmu, że nie zareagował. Spokojnie poczekał, aż dokończyła obronę przyrody i oskarżenia męskiego gatunku.

– A jak pani postępuje w swoim codziennym życiu? Czy żyje pani rytmem przyrody?

To rzeczowe pytanie zmieszało Isabelę tylko na moment. Szykowała się do udzielenia mu riposty, ale ją ubiegł. Nie pozwolił odebrać sobie inicjatywy.

– Jeśli chodzi o moje postępowanie, jak żyję, jak się odżywiam, jak postępuję, to od dawna wzorem dla mnie nie jest człowiek, tylko żyjące na wolności dzikie zwierzęta, ich styl życia i nawyki żywieniowe. Oby tylko można było stworzyć istotę łączącą ludzkie cechy z cechami zwierząt na wolności. Myślę o połączeniu rozumu i instynktu, cywilizacji i natury.

1Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 74: Burza w remizie strażackiej

Aluzja do burzliwej dyskusji parlamentarnej została przyjęta aplauzem. Słuchającym podobało się, że ksiądz mówił o wybrańcach narodu żartobliwie a nawet złośliwie. Konferansjer energicznym ruchem ręki przeciął rozgardiasz.

– W Casi, latem w oknach, a zimą przed telewizorami, siedzą nasi bliźni, przyjaciele, krewni i sąsiedzi zamknięci w skorupie własnej ograniczoności. Ci nieszczęśnicy nie znają cudu telefonu komórkowego ani komputera. Nie możemy tolerować dłużej ich zagubienia. Milczenie w słusznej sprawie nie jest postawą obywatelską.

– Proszę pana! Ci w oknach to tylko jedna grupa ludzi odciętych od wielkiego świata – zwróciła się do konferansjera sprzątaczka szkolna w sukience w duże zielone grochy.

Mężczyźni patrzyli na nią z uznaniem; jej jędrne ciało przebijało przekonywująco przez kropkowaną zieleń sukienki. Kobiety nie dostrzegły w niej nic oryginalnego: ani porywającego kształtu obleczonego w obcisły materiał, ani dużych ciemnych oczu, ani wysportowanej sylwetki, ani czerwonych szpilek marki Dolce & Gabbana i torebki Superieur z pracowni rymarskiej Braci Marx ze stałym adresem na lokalnym cmentarzu. Sterowane zazdrością i pogardą nie dostrzegły w niej nic pozytywnego. Tym razem mężczyźni popisali się spostrzegawczością lokując mówczynię wysoko na drabinie ewolucyjnego rozwoju.

Konferansjer uznał sprzątaczkę za dar opatrzności, wyzwanie rzucone utartym nawykom szablonowego myślenia. On też dostrzegł w niej postać większą niż dyktowała jej pozycja zawodowa i wykorzystał tę okazję, aby pchnąć dyskusję na właściwe tory. Zadawał kobiecie pytania i prosił o wyjaśnienia rzucając kolejne pytanie natychmiast po uzyskaniu odpowiedzi na poprzednie. Najpierw zapragnął ujawnić, czy kiedykolwiek doznała marazmu okiennego.

– Nie doznałam, bo nie mogłam sobie na to pozwolić. Musiałam zarabiać na życie, a ponadto zapadłabym się ze wstydu pod ziemię.

Kobieta udzielała odpowiedzi sprawnie jakby poruszała się w tańcu z najnowszą samosterującą szczotką do zamiatania w ręce, zaczynając każde zdanie od łącznika „bo”, dobrze kojarzącego się z jej kształtną postacią. Była to osoba w miarę młoda i nieco zarozumiała. Myślała i mówiła równocześnie jak kobieta i mężczyzna, krzyżówka gender, mająca do dyspozycji urlopy macierzyńskie i tacierzyńskie, uprawiająca te same sporty co mężczyźni włącznie z podnoszeniem ciężarów i chodząca w garsonce wzorowanej na męskim garniturze. Wyjaśniła, że z komputerów korzystają nawet dzieci pięcioletnie, coś sobie rysują, odtwarzają bajki, uprawiają gry, starsze natomiast zbierają wiadomości, czytają książki, wymieniają się zdjęciami, wysyłają listy i oglądają filmy.

– Z komputera korzystają nawet analfabeci – Podsumowała w sposób nie budzący wątpliwości, że wie co mówi.

Podniosły się głosy oburzenia. Najgłośniej zachowywał się mężczyzna bardziej wysuszony niż szynka parmeńska, widzący świat z perspektywy ogródka, uprawy winnej latorośli, beczki wina produkowanego rocznie z własnych jabłek, rąbania drzewa oraz pomocy wnukom w nauce. Sprzątaczkę poparły kobiety, dwie bezrobotne i nauczycielka-emerytka, która wyjawiła, że w ogóle nie korzysta z komputera. Ze łzami w oczach przyznała, że nie umie nawet go włączyć.

– Jest to dla mnie zbyt trudne. Straciłam wprawę i pewność siebie.

Wrzawa powiększyła się, przytaczano najróżnorodniejsze argumenty.

– Władze powinny się wstydzić. Minister edukacji nie pomaga emerytom finansowo w zakupie komputera, który jest drogi, a minister budownictwa zgadza się na budowanie mieszkań z kontaktem u dołu ściany zapominając, że starszym osobom trudno jest się schylać.

Najgorętszej oponowały osoby zaangażowane religijnie.

– Komputer tylko zajmuje czas, a nie przynosi żadnych korzyści. Daje dostęp do pornografii, jest dobry dla pedofilów i innych zboczeńców. – Krzyczała starsza niewiasta ze Stowarzyszenia Wierności Różańcowej. Odezwały się gwizdy osłabione równoczesnymi słowami poparcia.

W sali wybuchła burza. Jedni byli za komputerem, drudzy przeciw. Konferansjer usiłował godzić zwaśnionych. W końcu ktoś przebił się z pytaniem, kto prowadzi spotkanie i konferansjer wskazał na siebie.

– To niech pan zrobi porządek! Przecież tu można oszaleć. Czy w takich warunkach my, mieszkańcy wsi, obywatele nowoczesnego państwa i dwudziestego pierwszego wieku, możemy wyrwać się z marazmu komputerowo-okiennego? – Zaryczał mężczyzna wyglądający na bezdomnego. Okazało się, że był to lekarz, który stracił uprawnienia zawodowe, ponieważ przeprowadził po pijanemu udaną operację na pacjencie, który go zadenuncjował na policji, mimo że ten uratował mu życie.

– Cisza! – Wrzasnął na zakończenie, aby zainicjować spokój, kiedy usiłowano mu przypomnieć słabość do spirytusu służącego antyseptyce szpitalnej.

W remizie zrobiła się taka cisza, że słychać było milczący szloch nauczycielki-emerytki, która nagle uświadomiła sobie, że nieumiejętność korzystania z komputera jest oznaką wtórnego analfabetyzmu.

– Jak ja się teraz pokażę moim byłym uczniom na oczy? – Łkała kobieta dystyngowana w każdym calu, nosząca się elegancko, na wysokich obcasach, ubrana w modne obcisłe getry. Zrobiło jej się wstyd, że ubierając się na wskroś trendy, w sprawach komputera pozostawała ciemna jak tabaka w rogu. Przypomniała sobie szklane domy, jakie znany pisarz wymyślił po to, aby pokazać świat lepszy i piękniejszy niż rzeczywisty. Ogarnął ją smutek, że dopiero teraz zrozumiała przesłanie autora, o którym ze wzruszeniem opowiadała młodzieży na lekcjach kulturalnych manier.

Wiec osiągnął punkt kulminacyjny. Towarzystwo zebrane w remizie wpiło oczy w usta konferansjera; oczekiwano, że odpowiedzą one na zawieszone w powietrzu pytanie „Co dalej?”. Odpowiedź okazała się dla niego wyjątkowo krępująca, ponieważ chwilę przedtem niespodziewanie wypadł mu przedni ząb pomniejszając jego walory estetyczne i narażając go na śmieszność. Zdesperowany, wzrokiem szukał ratunku u Mistrza, ten jednak zajęty był rozmową.

 

1Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 23: Narada pracowników

W wielkiej sali konferencyjnej laboratorium zebrało się kilkadziesiąt osób. Miało to być spotkanie informacyjne; zarząd firmy miał przedstawić plany na przyszłość. Wszyscy byli ich ciekawi. W spotkaniu uczestniczyli tylko pracownicy, naukowcy różnych specjalności, genetycy, lekarze, weterynarze, chirurdzy, poza tym personel pomocniczy, ochroniarze, kierowcy. Wielu nie znało się nawzajem, wszyscy ukrywali się pod pseudonimami, obowiązywała anonimowość. Jeśli ktoś kogoś znał, nie przyznawał się do tego. Wyglądało to trochę na partyzantkę. Łączyło ich jedno, razem stanowili firmę, która miała zmienić Nomadię, a może nawet i świat, przywracając równowagę między ludźmi, zwierzętami i przyrodą.

Poprzedniego dnia miała miejsce wielka awaria elektryczna i nie wszystko działało jeszcze należycie. Ponieważ było ciepło a system klimatyzacyjny nadal szwankował, ludzie przyszli ubrani, jak kto chciał, przeważnie w krótkich spodenkach i koszulach, spódnicach i bluzkach. Kilka osób było ubranych w dresy, jakby przyszli prosto z sali treningowej. Od czasu przejęcia połowy udziałów kapitałowych laboratorium przez Front Wyzwolenia Koni przestano przywiązywać wagę do ubioru; duch anarchizmu przeniknął wszystkie tkanki organizacji.

Mimo wykształcenia i wysokich kwalifikacji wielu uczestników zebrania czuło się zagubionych. Każdy miał swoją specjalizację, nikt nie ogarniał całości zagadnienia. Było to jak patrzenie przez dziurkę od klucza na halę wystawową z setkami eksponatów, umożliwiającą widzenie tylko jednego obrazu i domyślanie się, co tam jeszcze może być. Niespokojna wyobraźnia powiększała ich zagubienie. Stworzenie hybrydy konia i człowieka wydało im się nagle większym wyzwaniem niż upiorna pustynia, gdzie w ciągu dnia słońce odbywa piekielny taniec w płonącym welonie, a nocą wałęsają się po diunach wysuszone ciała zwierząt i ludzi padłych z wycieńczenia. Nie wiedzieli od czego zacząć, czuli się jak dzieci, które ledwie nauczyły się dukać, a już zostały wezwane do analizy złożonego dzieła.

Czekanie na rozpoczęcie zebrania przedłużało się. Opóźnienie przekroczyło już ponad pół godziny. Z audytorium padały okrzyki, pytania, jakieś sugestie w kierunku stołu prezydialnego stojącego na podium w końcu sali konferencyjnej. Spoglądając wyczekująco na przewodniczącego zebrania, ludzie niecierpliwili się coraz bardziej. Ten siedział nieruchomo ze wzrokiem wbitym w notatki rozłożone na stole i nie reagował. Był to starszy mężczyzna, w garniturze i pod krawatem. Wyglądał jakby wrósł w krzesło. Nagle ktoś powiedział głośno, właściwie krzyknął:

– Na początku był chaos.

Wszystkie głowy obróciły się w jego stronę. Był to brodaty mężczyzna z gęstą czupryną ciemnobrązowych włosów przypominającą rozkudłany pióropusz.

– Nazywam się Niedźwiedź – wyjaśnił spokojnie i rozglądając się wokół wyprostował się, aby lepiej go widziano. – To moja ksywa oczywiście – dodał zupełnie niepotrzebnie, bo i tak wszyscy domyślili się tego. Mężczyzna odchrząknął, popatrzył dookoła i wyjaśnił:

– Jestem filozofem zwierząt i pierwszy chcę zabrać glos. Ktoś musi zacząć, skoro przewodniczący zebrania zasnął. Albo nie wie, co zrobić.

Kilka osób zaczęło klaskać, lecz szybko przestało. Sytuacja wyglądała trochę teatralnie.

– Pytaniem jest, co my właściwie chcemy osiągnąć. Wiemy, że ma to być hybryda konia i człowieka, ale to bardzo nieprecyzyjne pojęcie. Jak zaczniemy o tym dyskutować, to tylko pogłębimy rozgardiasz pojęciowy. Dlatego ja, Niedźwiedź … Mówiący przerwał, aby nabrać powietrza. Po chwili – ni z tego, ni z owego – złożył propozycję:

– Ponieważ jestem pacyfistą, mówcie mi Misiu.

Zrobił to chyba dla rozładowania napięcia. Oferta spotkała się z uśmiechami i oklaskami. Nikt nie wiedział, do czego zmierza, czuli jednak, że przyświeca mu jakiś plan.

– No dobrze. Koniec żartów. Jestem filozofem, ale także animatorem spotkań firmowych i artystycznych. Proponuję, aby to, co Labo ma stworzyć nazwać Obiektem, ponieważ dokładnie nie wiemy jeszcze, co to będzie. Taka nazwa to dobry kamuflaż w warunkach konspiracji. Jeśli przyjmujecie moją propozycję, dajcie znać podnosząc rękę. To będzie dobry początek, bo sprawa jest cholernie skomplikowana.

– Przyjmujemy, przyjmujemy! – rozległy się głosy. W górę podnosiło się coraz więcej rąk.

Dziennikarz Rosaton pomyślał najpierw, że Niedźwiedź został zatrudniony dla zapewnienia rozrywki i przedstawia farsę, aby rozładować napięcie niepotrzebnego oczekiwania, szybko jednak nabrał przekonania, że ma on inny, ważniejszy cel do realizacji. Ruchem ręki nakazującym „Dajcie mi chwilę czasu” mówca uspokoił salę, po czym kontynuował.

– Powiem wam, jak ja to widzę. Stoimy przed dylematem, czy Obiekt ma być konioczłowiekiem, czyli mieć więcej cech zwierzęcych, czy też człowiekoniem, czyli mieć więcej cech ludzkich. Jest jeszcze trzecia opcja: cechy końskie i ludzkie mogą się równoważyć, ale jeśli tak, to jak to osiągnąć, bo będziemy mieli do czynienia z kombinacją cech anatomicznych, fizjologicznych i psychicznych.

Uczestnicy spotkania patrzyli w skupieniu na Niedźwiedzia; mówił logicznie. Ich spojrzenia i napięta uwaga dawały mu pewność, że posuwa się we właściwym kierunku. Jego głos zabrzmiał mocniej.

– Kolejna propozycja, to zastanowienie się nad postacią, inaczej mówiąc nad wyglądem Obiektu. Widzę dwie możliwości: klasyczny, mitologiczny Centaur, z czterema nogami i tułowiem konia, zwieńczonym z przodu torsem i rękami człowieka, albo też model prostszy, czyli ludzki tułów osadzony na końskich nogach. Byłby on prostszy anatomicznie, niekoniecznie jednak fizjologicznie. Nie proponuję niczego więcej, bo i tak mamy aż nadto spraw do dyskusji.

W miarę jak Niedźwiedź mówił, na telebimie zawieszonym nad stołem prezydialnym wyświetlały się obrazy centaurów, ichtiozaurów – pół koni, pół ryb z jedną parą końskich nóg, onocentaurów – pół ludzi, pół osłów, centaura arkadyjskiego Eurytiona, dobrego centaura Folosa i innych mieszkańców Tesalii i Arkadii, ich pełne obrazy, szkice i schematy łącznie z matematycznymi wyliczeniami proporcji ciała.

Po zakończeniu prezentacji Niedźwiedź podsumował:

– Zastanówcie się nad tym. Pierwsze – to nazwa, jaką ostatecznie powinien otrzymać Obiekt, drugie – układ jego cech końskich i ludzkich, trzecie – jaką postać powinniśmy mu wybrać. Liczę na nasz zespół logików i matematyków, że pomogą nam to wszystko zoptymalizować.

Do dyskusji zgłosiło się kilka osób, pytania cisnęły im się na usta, ktoś głośno wyrywał się z jakimiś propozycjami. Niedźwiedź popatrzył na siedzącego przy stole przewodniczącego, jeszcze bardziej zgarbionego nad leżącymi przed nim papierami, aby upewnić się, czy nie zechce interweniować. Przy krańcu stołu zauważył Niotse. Nie widział jej tam wcześniej, zjawiła się nie wiadomo kiedy. Skinęła mu potakująco głową. Przyjął to jako znak akceptacji jego przewodnictwa w dyskusji.

– Proszę podzielić się teraz na grupy i rozejść do stolików, których jest dziesięć, aby skoncentrować się na szczegółach. Po południu o godzinie siedemnastej każdy zespół przedstawi swoje przemyślenia, tutaj na tej sali. Jeśli zgodzicie się, to poprowadzę dyskusję ogólną. Dzisiejsze zebranie traktuję bardzo nieformalne, na luzie; uznajmy je za burzę mózgów, gdzie każdy może swobodnie przedstawiać pomysły i nie martwić się, czy są one dobre czy złe.

Propozycję przyjęto z entuzjazmem. Chwilę później pojawiła się przy Niedźwiedziu Niotse. Popatrzyła na niego z uwagą, uśmiechnęła się aprobująco i rzuciła krótko: – Wielkie dzięki, Misiu, po czym dodała:

– Przewodnicz wszystkim dyskusjom. Tego pijaka zasypiającego przy stole już zwolniłam. To dobry człowiek, ale niestety ma słaby charakter. Jest członkiem starego zarządu laboratorium, który współrządzi z nami firmą. Zawiodłam się na nim. Nie wiem, dlaczego się załamał. Mówiąc to zdała sobie sprawę, że czeka ich jeszcze wiele niespodzianek.

6Shares

Rozmyślania wielkanocne Cz 1

Każdy przeżywa Święta Wielkanocne w inny sposób. Czasem wzruszający, czasem prozaiczny, a niekiedy bez zastanowienia. Dobry Bóg dał nam wybory, z których korzystamy na miarę wyobraźni i rozumu. To nasze zasoby. Z tymi zasobami jest jak z produktami konsumpcyjnymi w czasach kwitnącego socjalizmu (niech mu ziemia ciężką będzie): czasem są, czasem ich nie ma, a czasem są marnej jakości.

Kilkanaście lat temu napisałem wiersz. Bodźcem było inspirujące spojrzenie na pisankę, z której mógłby był wykluć się kurczaczek, gdyby nie potrzeby żywieniowe i artystyczne Najwyższego Tworu Natury czyli Człowieka. Myśl o tragicznej drodze jajka do piękności oraz radosnym nastroju świątecznym skłoniła mnie do nadania jej formy poetyckiej. Być może jest ona trwalsza nawet niż spiż, a z pewnością trwalsza niż partie polityczne w Polsce. Zwróćcie uwagę, jak łatwo przejść można od Świąt Wielkanocnych do ich symboliki w postaci pisanki, następnie do polityki oraz refleksji nad życiem (po)tworów politycznych.

Wielkanoc

W wielkanocną Wielką Sobotę,
nim rozpoczął kropidłem robotę,
Dobrodziej witał rozanielony
słowami: “Niech będzie   poświęcony”.
 
Wiernych wodą pobłogosławił,
ich i jaja ich wielkanocne,
kropidłem wiarę ludu utrwalił
i zwyczaje wierze pomocne.
 
Siedzą teraz radośni jak w raju
i święcone potrawy wcinają,
ale wódki nie wleją do szklanki,
aby grzechem nie splamić pisanki.
 
I my wdziejmy wiosenne stroje,
precz odrzućmy myśli wszeteczne
i otwórzmy gościom podwoje.
Niechaj żyją nam Święta Jajeczne!

Unley, 6 kwietnia 1996

Przyjaciele zaprosili mnie razem z żoną na obiad. Dali oni pokaz kunsztu kulinarnego, który zasługuje na niekończące się pochwały oraz twórczej atmosfery, która okazała się bardziej polityczna niż religijna.

Dyskutowaliśmy na temat roli partii rządzącej i partii opozycyjnej, tu w Australii oraz w Polsce. Punkt najtrudniejszy do rozstrzygnięcia został zdefiniowany. Partia opozycyjna ma obowiązek krytykowania partii rządzącej oraz określenia, z jakimi decyzjami czy planami rządu się nie zgadza. W tym miejscu dyskusja lekko wykoleiła się: jedna strona uznała, że to za mało, że opozycja powinna przedstawić merytoryczne propozycje, jakie rozwiązania by wprowadziła w miejsce rządowych. Druga strona uważała, że opozycja ma zasadniczo skrytykować i wyrazić sprzeciw wobec rozwiązań, które uznaje za złe, lecz nie musi przedstawiać własnych propozycji rozwiązań (na to przyjdzie czas przed wyborami). Obydwie strony miały rację w jednej kwestii: najlepsza w rządzeniu jest ta partia, którą indywidualnie popieramy. Tak to mniej więcej zrozumiałem. Jestem szczęśliwy, że aż tyle zrozumiałem, ponieważ gospodarz szczerze dolewał mi do kieliszka znakomitego wina Shiraz marki Willow Point, rocznik 2008.

0Shares

Emerytury w Polsce

W Polsce trwa żywa dyskusja na temat zmian wieku emerytalnego. Czasem przestaje być żywa, a zaczyna być zażarta. Różne są postawy przeciwników zmian wieku emerytalnego. Wielu, o ile nie większość, kieruje się emocjami. Bywa, że niektórzy po drodze przypominają sobie o rozumie. To dobrze świadczy o ich pamięci. Dzień, kiedy więcej ludzi zacznie kierować sie rozumem a mniej emocjami należałoby ogłosić świętem narodowym. W chwili obecnej należałoby ogłosić żałobę. Rząd tego nie robi, więc ja to uczynię z poczucia obowiązku obywatelskiego. Ogłaszam żałobę emerytalną dla Polski na czas nieokreślony!

W większości rozwiniętych krajów wiek emerytalny wydłuża się. Ma to proste i niezbite uzasadnienie, dlaczego należy to zrobić także w Polsce. Posłużę się statystyką.

Przeciętne dalsze trwanie życia w Polsce (w latach) wg GUS

Rok

Mężczyzna w wieku 60 lat

Kobieta w wieku 60 lat

1980

1990

2000

2010

15,8

15,3

16,7

18,2

19,4

20,0

21,5

23,5

Dodatkowo cytuję za Maciejem Ścisłowskim („Czy jesteśmy bezradni wobec starości?”): „Generacja obecnie żyjąca ma osiągnąć wiek: kobiety – 80,1, mężczyźni – 71,9 lat”.

Interpretacja jest prosta. Mężczyzna przechodzący na emeryturę dysponuje środkami emerytalnymi gromadzonymi przez 25 lat pracy, kobieta – 20 lat pracy. Ponieważ żyją oni coraz dłużej, ich utrzymanie na emeryturze kosztuje coraz więcej. Krótko mówiąc, gromadzą tyle samo pieniędzy (pracując 25 lat), emerytury otrzymują natomiast coraz dłużej. Przykładowo, mężczyźni – 2,4 roku dłużej (w roku 2010 w porównaniu z rokiem 1980), kobiety – 4,1 roku dłużej (w identycznym okresie). Chyba tylko kraje arabskie „siedzące” na ropie naftowej mogą sobie pozwolić na nieprzedłużanie wieku emerytalnego. Inne kraje są do tego zmuszone przez względy demograficzne.

W tej sytuacji sumienie karze mi rzucić bluźniercze hasło: Żyjesz dłużej, pracuj dłużej na swoją emeryturę!

Prawdopodobnie PiS wyśle mnie za to do piekła. Aby ułatwić im zadanie napiszę im komunikat po angielsku: Go to hell!

Mam nadzieję, że ujmę ich łagodną odpowiedzią: You are very kind, indeed. Thank you very much. Go to school!

Dyskusja będzie nadal jałowa, jeśli nie uzna się faktu wydłużania się przeciętnego okresu życia. Im dłużej będzie odkładać się reformę emerytalną, tym bardziej będzie ona bolesna.

PSL jest w koalicji rządowej. Oni chyba jeszcze nadal liczą na liczydłach. Mówię wam: Odeślijcie ich do szkoły powszechnej! Choćby i na wsi, gdzie są już komputery, aby poduczyli się trochę rachunków. Mam nadzieję, że czytać i pisać już umieją. Jeśli coś wiecie w tej sprawie, odpiszcie w komentarzu. Pocieszcie mnie.

0Shares