Pensjonat Jutrzenka. Odświeżona interpretacja zdarzeń z 13 czerwca.

Przed godziną szóstą rano obudziło mnie klekotanie przypominające stukanie młoteczkiem w zardzewiałą blachę. Siadłem na łóżku. Jak tylko postawiłem nogi na podłodze, pojawiły się wyrzuty sumienia, zupełnie jak głód w wycieńczonym organizmie.

– Zbyt ostro opisałem sytuację w Pensjonacie Jutrzenka. Nie znowu jakieś tam duby smalone, szaleństwa panny Ewy czy szaleństwo Almayera, abym mnie miało rzucać po łóżku, ale też i nie najłagodniejsze, skoro coś mnie zbudziło tak wcześnie i ciągnie na fotel przed komputerem.

– Pisz! – usłyszałem nad głową.

– Co mam pisać? – zawołałem skonfundowany, włączając komputer. – Domyśliłem się, że polecenie wydał mi głos wewnętrzny.

Zapadła cisza. Po chwili świat zewnętrzny otworzył się i ze wszystkich stron zaczęły napływać wiadomości, przenikając przez framugi okienne, szparę pod drzwiami, przesączając się przez ściany na wzór hałasu. Zacząłem pisać..

W Pensjonacie pogłębia się ubóstwo, ludzie przestali interesować się sprawami publicznymi, pojawiły się nieuzasadnione przekonania, że skoro dzisiaj jest w sprzedaży mleko o zawartości 3,25 procent tłuszczu od czarnych krów oraz 2,5-procentowe od chudych i łaciatych, to jutro też będzie. Mieszkańcy zamknęli się sobie, przestali słuchać wiadomości, poczuli się nimi zmęczeni, nie dowierzali im.

– W czym rzecz? – Zadałem sobie pytania. Mój niepokój, że dzieje się coś nienormalnego, pogłębił się: w pokoju nie było żywej duszy, a na zewnątrz wciąż panowała poranna cisza.

Na ekranie komputera pojawiły się rozmazane obrazy ludzi, przedmiotów i zdarzeń. Z gmatwaniny sygnałów zrozumiałem, że Pensjonat opanowała bryndza duchowa, pacjenci tkwią we mgle odurzenia, nie wiedzą, co myśleć, stale potrzebują przewodnika, który im objaśnia, co się wokół dzieje, oraz palucha wskazującego drogę przez Pustynię Niepewności do Ziemi Obiecanej.

Podsumowałem sytuację.

– Nie ulegało wątpliwości, w Pensjonacie zapanował marazm grożący demencją, a może i czymś gorszym.

Ordynator Mirakles miał odmienne zdanie. Nie przemawiał często. Oszczędzał się, twierdził, że trudno jest mu otwierać usta, bo nie jest już taki młody.

– Faktem jest – wyznał to otwarcie – że trudniej jest mi chodzić, zdrowie mniej mi dopisuje, mam cięższy chód i trochę za bardzo przytyłem. – Jego coraz bardziej zmierzwiona, siwa broda, mimo zaniedbania, nadawała mu powagi. Siedząc, był najbardziej aktywny, nieprzerwanie podchodził ktoś do niego na konsultacje.

– Moja diagnoza jest odmienna. – Zaczął powoli, aby od razu nie przegrzać organizmu. – Nie uważam, że rośnie poziom zaburzeń. Oceniam go na nie więcej niż sześć w skali od jednego do dziesięciu. To normalna sytuacja. Ci, którzy to twierdzą, że jest inaczej, to oszuści, którzy zamiast hodować króliki napędzają nienawiść. Mam nadzieję, ze mnie doskonale rozumiecie. Robimy wszystko, aby wyprowadzić Pensjonat  na prostą, lecz wciąż ktoś rzuca nam kłody pod nogi. Nie wiemy dokładnie kto, bo ci ludzi chodzą w kapturach i nieprzezroczystych pelerynach, nawet gdy nie pada deszcz. W ogóle jest bardzo dobrze, bo ludzie chętnie mnie słuchają, a wiem niemało. Dużo jeździłem po świecie, utrzymuję bliskie kontakty z siłą wyższą i mam wgląd w przyszłość.

Zadzwonił telefon i musiałem oderwać się od komputera.

– Marmur! Przepraszam, Zenon! – Zabrzmiał zdecydowany głos przyjaciela. W tle usłyszałem charakterystyczny dźwięk dzwonu kaplicy w Pensjonacie wzywającego na modlitwę poranną.

– Wiem, że nie wierzysz w to, co tutaj się dzieje. – Kontynuował przyjaciel. – Uwierz w to, co mówią i pokazują w telewizji, ale tylko w kanale Tuba. Najgorsze jest to, że ci w kapturach i pelerynach przypisują rosnące otępienie Ordynatorowi i jego drużynie konduktorskiej, chciałem powiedzieć lekarskiej. Mówią o niej, że zamiast zająć się diagnozą i leczeniem mieszkańców pensjonatu, sama wypluwa z gardła zarazki jak niegdyś wieloryb Jonasza. A przecież wszystko jest piękne. Jest lato i kwitną kwiaty. I to jakie! Nie mogę się ich nawąchać do woli.

0Shares

Pensjonat. Dzień przebudzenia. Pierwsze wiadomości. Opowiadanie abstrakcyjne. Tekst zaktualizowany.

Obudziłem się z długiego męczącego snu, czując, że ciało mam obolałe w każdym zakątku. Zniżyłem żaluzje w oknie i gapiłem się chwilę w przestrzeń krecimi oczami, nawykłymi do ciemności. Na dworze było słonecznie. Jasność wlała się do pokoju strumieniem, wypełniając go do najmniejszej szczelinki, milcząco, jakby przyszła z cmentarza. Było to jednak jakieś inne milczenie, odmienne, niemożliwe do określenia.

Przyszło mi do głowy, że świat się zmienił nie do poznania. W ciągu godziny zdałem sobie sprawę, że nie nastąpiły one w nocy, ale rozwijały się od dłuższego czasu, niektóre nawet latami, powoli, systematycznie i tak usypiająco, że je normalnie ignorowałem. Pojawiły się piedestały, a na nich ludzie, zwani ważniakami. Było ich niemało, każdy kraj miał swojego ważniaka, czasami nawet kilku. Wszyscy charakteryzowali się specyficznym kształtem głowy, przeważnie były to głowy kwadratowe i prostokątne, czasem także panoramiczne.

Z myślenia wybił mnie dzwonek telefonu. Dzwonił przyjaciel. Od pewnego czasu przebywał w Pensjonacie Jutrzenka.

– Marmur. – Zwrócił się do mnie.

Od razu wiedziałem, że chce mi powiedzieć coś przykrego. Przerwałem mu. To było w dobrym tonie. Wszyscy to robili. – Daj spokój. Przestań żartować. To, że mam mocne poglądy, nie znaczy, że możesz mnie tak nazywać. Mam na imię Zenon. Zapamiętaj to sobie. – Odpowiedziałem, nie bez niechęci, na jaką zasługuje każdy przejaw bezmyślności. 

– Nie unoś się, bo wzlecisz w powietrze jak balon. – Nie pozostał mi dłużny. – Chcę ci tylko powiedzieć, co zmieniło się w kraju i na świecie. Przeczytałem właśnie najnowsze serwisy. Zrobię tylko podsumowanie. Nastały czasy Abstrakcji. Każdy mieszkaniec globu stał się abstraktem, czymś nieokreślonym, sam najczęściej o tym nie wiedząc. Bezpowrotnie minął okres wielkich odkryć geograficznych. Co innego jest teraz ważne. Ludzie i małe społeczności odkrywają na nowo samych siebie, przestają idealizować hałas i postęp, zaczynają cenić ciszę i spokój, a nawet zastój, wielbić rośliny i naturalność kota i wielbłąda, pustyni i lodowca.

Podjąłem obserwację rzeczywistości. Zacząłem prowadzić notatki, zamierzałem nawet wszczepić sobie chip pamięci do mózgu, aby powiększyć zdolność zapamiętywania. Wszystko zmieniało się tak szybko, że prawie przestałem myśleć i mówić w czasie teraźniejszym, bo zanim nastał, stawał się już czasem przeszłym. Do głowy przychodziły mi odkrycia. Najczęściej pojedynczo, czasami falami, jedna za drugą. Żyłem w okresie Drugiej Deformacji. Sam tak nazwałem ten okres w historii także mojego życia. Deformacja wydała mi się wielka, bo całkowicie ogarnęła mnie swoimi mackami. Stopniowo, niezauważalnie lecz coraz mocniej przypierała mnie do ściany.

Myślenie przerwał mi telefon. Był to znowu przyjaciel, ten sam, co zawsze. Tacy są najlepsi.

– To ja, twój sobowtór, zwany także cieniem.

– Przestań się wygłupiać. – Odpowiedziałem. Mów, co ci leży na wątrobie i nie zakłócaj mi błogosławionego spokoju.

Opowiedział mi historię Miraklesa, Ordynatora Pensjonatu Jutrzenka, instytucji znanej z licznych cudów. Tkwiła w tym jakaś tajemnica. Ordynator miał kwadratową głowę o zmiennej pojemności. Co do tego nie było wątpliwości. Kilkakrotnie ją mierzono, za każdym razem była większa. Zastanawiano się, jak to jest możliwe. Nie wszyscy oczywiście zadawali sobie ten trud. Różnie uzasadniali, dlaczego nie myślą o Ordynatorze i jego nietypowej głowie, pełnej energii i elektryzujących pomysłów, które wykorzystywał dla celów leczniczych.

– A co mi do tego? Czy ja wiem, czy warto o tym myśleć? Niech sobie ten Ordynator ma nawet głowę wielką jak dynia, czymś przecież człowiek musi się wyróżniać. – Była to wypowiedź pewnego wyrobnika aktywnego na portalach internetowych, piszącego graffiti także na murach więziennych.

– Nazywają go Ordynatorem, ale jego prawdziwe nazwisko to Mirakles. Jego pracownicy wprost go uwielbiają, tylko o nim mówią. Pacjenci prawie dla nich nie istnieją. Ordynator to, ordynator tamto. Zawsze umie wynaleźć jakiś sposób kojący nie jeden ból, ale wszystkie bóle, choroby i niedostatki. Leczy tak dobrze, że mieszkańcy Pensjonatu wynieśli go na piedestał. Najpierw na pierwsze piętro, potem drugie. W końcu trzecie. Wyżej nie mogli, bo był już dach. Stoi tam teraz w formie złotego popiersia i patrzy na świat szmaragdowymi oczami. Podobno najbardziej świecą w czarną noc, kiedy wokół rozlegają się trzaski piorunów a powietrze naładowane jest elektrycznością.

Ordynatora pokazano wieczorem w telewizji. Był niezbyt urodziwy, ale niezwykły. Przemówił. Bardzo oszczędnie. Nie wszystko zrozumiałem. Używał określeń w rodzaju: Całą naprzód, Do dzieła, Czołem Bracia Rzymianie. Mówił o ruszeniu bryły świata. Wydało mi się to niemożliwe, ale nic nie powiedziałem. Na jego ustach co raz wykwitały, obok uśmiechu szerokiego jak warzęcha, słowa słodkie jak kwiat gruszy w ogrodzie rodziny miłującej prawdę. To było piękne. Mówił o swoim dorobku, Pensjonacie Jutrzenka i przeszłości. Nie wybiegał do przodu. To mi zaimponowało bo i ja lubię ściągać cugle wyobraźni, sprowadzając je do parteru, najwyżej pierwszego piętra. W domu, gdzie mieszkam, parter jest na wysokości ziemi, dlatego dobrze rozumiem sytuację.

Jak się okazało, słowa Ordynatora były prorocze. Jego zwolennicy, personel i pacjenci szpitala, gdzie wszyscy noszą szyte na miarę białe uniformy z kolorowymi lampasami, uznali je za święte relikwie i wieszali każdej nocy nad swoimi łóżkami, aby przysłaniać ciemne strony życia. Przyjaciel powiedział mi, że niektórzy pacjenci nawet sznurowali sobie usta z szacunku dla Ordynatora, ale nie uwierzyłem w to. Teraz koncentruję się tylko na jednym; wciąż przypominam sobie, że czasy się zmieniły, warto jest żyć, aby zobaczyć co dalej. 

0Shares

Sytuacja folwarczna

Na Folwarku Zwierzęcym im George’a Orwella, wersja aktualizowana, wciąż coś się dzieje. Zwierzęcy rząd zaktywizował się i poruszył cały folwark. Iwan Iwanowicz relacjonował przy krawężniku:

– Jest ciekawie. Premier jest na świeczniku, a Ten, Który Jest Nad Nim, pozostaje w ukryciu. To bardzo oryginalna inscenizacja. Widziałem premiera w telewizji. Pięknie mówił, swobodnie, na siedząco i na stojąco, równocześnie kilkoma językami jak całe górne piętro wieży Babel – mówca nie skrywał zauroczenia szefem folwarcznego rządu.

– Premier jest cudowny: wysoki, postawny, uduchowiony. Boże, jak ja chciałbym mieć takie ciało! Każdego bym wtedy zauroczył – starszy pan westchnął tak głęboko, że ziemia zadrżała.

– O czym mówił premier? – pytania padały gęsto jak śnieg na Antarktydzie.

– O zwierzętach folwarcznych, dobrych i złych, i o dumie, i powodach do chwały. Chodziło o ich zachowanie w czasie tak dawnym, że mało kto już pamięta. Mało kto, ale on pamiętał i wyjaśniał:

– Będziemy ścigać tych, którzy źle o nas mówią, wszędzie, na pustyni, w puszczy, w Nowym Jorku i Timbuktu. Gdzie się da i jak się da. My byliśmy tak dobrzy, że chcemy teraz mieć własne drzewko, aby schować się pod nim w czasie męczących upałów.

Premier zaczął od jednego drzewka; im więcej mówił, tym głębiej wchodził w czarny las. Słuchacze zadawali pytania, byli ciekawi, co ma na myśli, co chciał powiedzieć, czy to się da wykonać, niektórzy nawet coś sugerowali, mówili o przyjaźni i sojuszach.

Premier nie zrażał się pytaniami.

– Będziemy wyjaśniać, intepretować, tłumaczyć, klarować, uzasadniać, naświetlać, aż wszystkie zwierzęta na świecie zrozumieją.

– Jak długo będziemy to robić? – zapytał niewinny zaskroniec, za którym kryła się wredna żmija.

– Aż do skutku. Świat jest taki oporny. Ludzie nic nie rozumieją – zasmucił się premier.

0Shares

Niezwykły sen Iwana Iwanowicza

Iwan Iwanowicz Iwanczyn miał tak niesamowity sen, że żadną miarą nie mógł się powstrzymać od podzielenia się nim z mieszkańcami osiedla.

– Rzecz się działa na folwarku zwierzęcym im. George’a Orwella. Śniło mi stado baranów, niezwykle mądrych i poważnych. Na jego czele stał przywódca, osobnik z podwójnie zakręconymi rogami. Jego marzeniem było doprowadzenie baranów i wszystkich innych zwierząt do stanu nieskończonej szczęśliwości. Cieszył się on tak ogromnym mirem, że kiedy mówił, wszystkie barany opuszczały łby i wsłuchiwały się nie tylko w jego słowa, ale także w to, co wokół niego w trawie piszczy. Ich miłość do przywódcy była tak wielka, że zapominali o jedzeniu, piciu a nawet o zwierzęcej godności granej przez dzwoneczki zawieszone na szyi.

Nocą, kiedy wszyscy spali, stado wydało dekret tak niezwykle udany i rozumny, że od samego rana ze wszystkich stron świata zaczęły napływać gratulacje. Był to dekret zaporowy, uniemożliwiający wyrządzenie jakiejkolwiek krzywdy – poprzez obmowę, pomówienie lub insynuację – zwierzętom żyjącym na całym folwarku.

– Będziemy ścigać oszczerców z całą bezwzględnością po całym świecie jak długi i szeroki – oświadczył rzecznik stada.

– W życiu baranów – promienne światło rozbłysło w oczach Iwana Iwanowicza, kiedy to wyjaśniał – nie jest ważna zielona trwa, świeża woda, wygodna podściółka w oborze, to owszem też, ale jakby na trzecim planie, ale właśnie sprawy ulotne, pełne delikatności i zadumy, których nikt inny nie dostrzega, jedynie oni poprzez swoją nadzwyczajną intuicję i wyczucie.

Iwan Iwanowicz chciał jeszcze opowiadać więcej o śnie, ale mu przerwano, uznając, że dekret wydany przez stado, jakie mu się śniło, jest jak najbardziej słuszny, taki, o jakim marzyły wszystkie barany, ich rodzice, dziadowie i pradziadowie, a nawet przodkowie, którzy w zamierzchłych wiekach schodzili z rajskich drzew, aby wspólnie śpiewać alleluja z tęsknoty za dobrym uczuciem i rozumem.

Twórczość literacka Michaela Tequili w księgarniach: powieść, poezja, opowiadania, najtaniej w księgarni internetowej "Znak" https://goo.gl/uC5orq.  

0Shares

Szalona abstrakcja ze zwierzętami w tle

Nazywano go Samotnikiem, ponieważ mieszkał sam, bez żony i bez dzieci. Zimą chodził nad jezioro w wielkich czarnych butach, które smarował tłuszczem Shoe Open Classic, aby ze skóry nie wychodziły białe plamy soli. W całej sytuacji było dużo tajemnic, ponieważ jezioro było tak małe, jak kot napłakał, buty były tak czarne, że pożal się Boże, a białe plamy okazały się fałszywe, ponieważ pojawiały się także wtedy, kiedy używano je wyłącznie do chodzenia po śniegu, gdzie o sól było bardzo trudno.

Pewnego styczniowego dnia, kiedy szedł nad zmarznięte jezioro, poczuł samotność nieporównywalnie głębszą niż zawsze. Przypisał to informacjom o tym, co dzieje się kraju, jakie przeczytał przed samym wyjściem z domu. Mając je w pamięci smutno popatrzył na jezioro, zaciągnięte nieświeżym już lodem, posłuchał wiatru chamsko hulającego na otwartej przestrzeni, przyjrzał drzewom zamazanym mgłą i zapragnął psa do towarzystwa.

Idąc dalej napotkał malarza, co było niewątpliwie objawem szczęścia. Był to tęgi mężczyzna ubrany w ciężki kożuch, buty walonki oraz czapę wielka jak łeb niedźwiedzia. Obok niego stały obrazy na sztalugach ustawionych na śniegu z wielką przywieszką „Wyprzedaż”. Zanim Samotnik obejrzał je, pokonwersował chwilę z artystą, który określił siebie jako „zwolennik silnej władzy, która potrafi nakarmić naród dobrym samopoczuciem i nadzieją wiecznego szczęścia”. Ostatni obraz, zatytułowany "Gospodarstwo agroturystyczne", był wielkich rozmiarów, w zdobnej szerokiej ramie i przedstawiał pejzaż z lasem, jeziorem i zwierzętami. Były one różnych ras i było ich całe mnóstwo. Samotnik poczuł sympatię do obrazu, ponieważ stał na końcu i wyglądał równie odosobniony jak on w czasie wędrówek nad jeziorem.

Po dłuższym oglądaniu obrazu „Gospodarstwo agroturystyczne”, niektórych fragmentów nawet przez lupę, którą zabrał ze sobą, Samotnik zdecydował się nabyć dwa psy z górnego prawego rogu obrazu. Były to okazy rasy Jack Russell o nazwach Jack i Russel.

Mężczyzna przywołał malarza skinieniem ręki i wyjaśnił:

– Chcę kupić te dwa psy. Potrzebuję ich do towarzystwa, kiedy spaceruję samotnie nad jeziorem. Ile kosztują?

– Jeśli przychodzi pan tutaj regularnie, to lepiej chyba je wypożyczyć. Odpada panu troska o zwierzęta, nie musi pan niczym się zajmować. – Sprzedawca mówił tak wielkimi skrótami, że trudno było go zrozumieć.

Samotnik od razu zaskoczył. Ujęła go rzeczowość języka artysty, gdyż sam od dawna o tym myślał, że byłoby dobrze nie robić z gęby cholewy mówiąc zbyt dużo i zbyt rozwlekle. Dobili targu, podróżny zdjął psy z obrazu i ruszył na spacer. Zwierzaki miały już smycze na sobie i były stęsknione za wolnością. Samotnik bawił się wyśmienicie, obserwując zwierzęta, zwłaszcza kiedy one bawiły się ze sobą. Była to czysta rozkosz, patrzeć, jak figlują, naskakują na siebie, czają się. Pomyślał, że są podobne do ludzi, jakich oglądał w telewizji.

Po zakończeniu spaceru podniósł psy i zaczepił je ponowienie na obrazie. Natychmiast wtopiły się w tło i znieruchomiały. Znając ich ruchliwość, wiedział, ile ten spokój je kosztuje. Wyglądały jednak na szczęśliwe. Odchodząc przypomniał malarzowi, że ma abonament na dalsze ich wypożyczenia.

Latem, kiedy wokół było dużo trawy, Samotnik chętniej wypożyczał owcę, kozę lub krowę. Bardzo mu to odpowiadało, bo oprócz przyjemności obcowania z żywą istotą miał także mleko. Krowę nazwał Baśka, przypominając sobie sąsiada z czasów młodości, który miał krowę właśnie o tym imieniu. Kozie ani owcy nie nadawał imienia, wołał na nie po prostu: Kozo albo Owco. Rozumiały to doskonale, nie buntowały się, w końcu dały mu do zrozumienia, że jest im wszystko jedno.

– Tak samo jak ludzie – myślał wtedy.

Do kozy tak się przywiązał, że wypożyczył ją na kilka dni i zabrał do domu, aby sprawdzić żydowską przypowiastkę o człowieku, który skarżył się na ciasne mieszkanie. Wprawdzie on sam nie cierpiał na ograniczoność przestrzeni, ale bez kozy mieszkanie wydało mu się nieprównanie większe. Kiedy ją oddawał wieszając na obrazie, uznał, że było to wartościowe doświadczenie.

Któregoś dnia latem, był to wyjątkowo gorący dzień, żar buchał jak z Afryki, Samotnik wypożyczył żyrafę. Było to drogie przedsięwzięcie, ponieważ rząd niedawno wprowadził zakaz wypożyczania zwierząt powyżej trzech metrów wysokości, ale wartościowe w sensie poznawczym, ponieważ żyrafa zjadła wszystkie liście z wielkiego dębu, samotnika takiego jak on sam, rosnącego blisko jeziora. Oboje musieli salwować się ucieczką, gdyż nie wiadomo skąd pojawiły się dziki wściekle chrząkające, że dąb przestanie rodzić żołędzie, i rzuciły się na nich z zamiarem co najmniej pobicia. Dąb okazał się pod ochroną, miał pięćset lat, choć dziki upierały się, że może nawet i pięć tysięcy.

Wszystkie nadjeziorne doświadczenia ze zwierzętami, aczkolwiek użyteczne w sensie poznawczym, nie okazały się tak odkrywcze jak album z fotografiami i notatnikiem, który listonosz dostarczył Samotnikowi za pokwitowaniem, kiedy przeszedł na emeryturę.

Ze zdjęć i zapisów dowiedział się, że był prawdziwym świrem od dziecka, a może nawet i wcześniej, miał na imię Luna, skrót od Lunatyk (po angielsku Lunatic, co znaczy również wariat). Jego stan zdrowia rozpoznano dopiero wtedy, kiedy po przeczytaniu Winnetou uznał, że jest Old Shatterhandem i usiłował powalić konia dorożkarskiego jednym uderzeniem pięści. Kiedy właściciel konia i pojazdu naskoczył na jego rodziców, Luna usiłował wyperswadować mu niewłaściwą reakcję również jednym uderzeniem pięści, w czego wynikła wielka awantura.

Sprawa nie trafiła do sądu a on do więzienia, ponieważ uznano, że jest na tyle rozwinięty, że można go oddać do domu dziecka z zakratowanymi oknami i widokiem na wolność. Był to dom dla dzieci szybko dorastających. Luna przesiedział tam kilka tygodni, znudziło mu się to do tego stopnia, że wyrwał kraty, udowadniając ostatecznie, że imię Old Shatterhand pasuje do niego jak ulał.

Czasy były wtedy ciekawe, nikt nie widział w jego zachowaniu nic dziwnego, ponieważ był to okres gwałtownych zmian w kraju, kiedy wszystko uchodziło za właściwe i poprawne. Po osiągnięciu dojrzałości, co nie było trudne, bo większość ludzi to robi, pracował przez pewien czas jako psycholog, potem przekwalifikował się na psychiatrę, pożyczając dyplom od kolegi, z którym mieszkał razem w domu dziecka. Potem zapisał się do partii akurat rządzącej, zaprosił go do tego sam prezes, który posadził go na kolana i dłuższy czas tłumaczył przy szklance mleka z indyjskim imbirem, że są partią nawiedzoną pasją nawrócenia całego świata, ludzkiego, zwierzęcego i roślinnego, na ład i porządek.

W rządzie Luna pełnił różne funkcje z wielkim powodzeniem, przede wszystkim ministra rolnictwa, doradzając także prezesowi w sprawach nadzwyczajnych, z jakimi nikt na świecie nie mógł sobie poradzić. Jeździł także z prezesem lub premierem do większych organizacji międzynarodowych, w tym do ONZ, doradzając im, jak powinni się zmienić, aby ludziom żyło się lepiej. Wszyscy go cenili, otrzymał wiele medali, głównie z ręki prezydenta, który mówił o sobie, że lubi chodzić w trampkach po linie, aby oglądać świat ze wszystkich kierunków, z góry, z lewej strony, z prawej strony, a najbardziej od dołu. Twierdził wtedy, że od dołu świat jest najbardziej płaski, przez co on mógł być bardzo pozytywnie oceniany przez naród.

W końcu Luna przeszedł na emeryturę, aby ostatecznie oddać się pasji wypożyczania zwierząt, jaką – szczerze mówiąc – odkrył zupełnie przypadkowo, z wielką radością dla siebie i dla zwierząt. Kiedy o tym wszystkim myślał, dochodził nieodwracalnie do tego samego, bardzo filozoficznego wniosku, że każde dojrzałe społeczeństwo ma swoich geniuszy i idiotów, szczególnie zaś tych drugich, oraz dobre i złe czasy, i że nigdy na nic nie jest za późno. 

Michael Tequila w księgarniach:

  • Sędzia od Świętego Jerzego (powieść),
  • Klęczy cisza niezmącona (poezje),
  • Niezwykła decyzja Abuelo Caduco (humoreski i opowiadania).

Najtaniej w księgarni internetowej "Znak" https://goo.gl/uC5orq.  

 

0Shares

Szybka autostrada w kierunku Turcji

Mgła była tak gęsta, że zadusiła dwóch robotników. Wkrótce się okazało, że to nie robotnicy, tylko lekarze, nauczyciele, sędziowie i prokuratorzy, i nie dwóch, tylko dwa tysiące, i nie zadusiła mgła, tylko zwolnił rząd. Zwalniani usprawiedliwiali się jak mogli: rozumiemy bardzo dobrze, reforma musi iść naprzód, my jesteśmy słabiutcy jak pijane niemowlę, ci co przyjdą w nasze miejsce będą naprawdę dobrzy.

Sam fakt zwolnień bardzo dobrze robi narodowi, gdyż tworzy motywację, wszyscy stają się szczęśliwi i pracują jak wiatraki. Dobrze, że rząd reformuje służbę zdrowia, edukację, sądy i prokuraturę, bo były już nie do zniesienia. Oprócz samoobsługowych pułapek na myszy, nic tam nie działało, nawet proste w obsłudze drewniane schody ruchome.

Mamy silny rząd. Jakakolwiek ustawę uchwali, prezydent ją bez zwłoki akceptuje, (pod warunkiem, że ma prawo do współudziału), Trybunał Konstytucyjny od razu zaklepuje jako legalną i oddala ewentualne skargi. Jest to najprostsza droga, aby silny rząd stał się jeszcze silniejszy. I o to właśnie chodzi, gdyż coraz szybciej pędzimy do tyłu i zbliżamy się już do Turcji, gdzie wymienia się wszystko i wszystkich, od razu z imienia i z nazwiska, w dodatku prosto do więzienia, aby w kraju było więcej przestrzeni dla ludzi pracy.

W UE udało się pani premier załatwić sprawę wynagrodzeń pracowników delegowanych, „może nie wszystko, ale obroniliśmy się przed najgorszym”. Fantastycznie powiedziane: załatwiliśmy wiele, ale najważniejsze, że obroniliśmy się przed najgorszym. Rząd zna wszystkie przysłowia.

To, co teraz napiszę, to prawdziwa bomba. Forbes ogłosił, że premier Szydło jest dziesiatą najbardziej wpływową kobietą na świecie, dwa rzuty kajakiem za królową Elżbietą II (miejsce 8). Siła oddziaływania pani premier wzmocniła mnie na duchu. Poczułem się tak bardzo w sobie, że zamiast sześciu kaw wypiłem pięć. Cieszy mnie także to, że to zaszczytne miejsce zajmuje pani Premier (jest to sprawa tylko między nami Polakami) ex aequo z Jarosławem Kaczyńskim. Można by powiedzieć, że jest to niezwykle udana szyfrowana kombinacja otwartej decyzyjnie pani premier i ukrytego decyzyjnie Jarosława Kaczyńskiego.

Nie wiem, dlaczego tak dobry rząd ma być wymieniany. Chyba na jeszcze lepszy i to będzie fantastyczne, bo już jest doskonały. Świadczy o tym niezwykła wpływowość pani premier na świecie.

Obyśmy tylko zdrowi byli.

0Shares