Noc z czwartku na sobotę. Spektakl teatralny „Paranoja”.  

Noc była długa, ciągnęła się od czwartku do soboty. Ziemię Obiecaną nawiedziły niedobre sny. Przedstawił je teatr szekspirowski, pomieszany, ten od tajemnic, mroków, nieudanych misji kosmicznych, hejtów z ogonem hydry oraz psa Baskerville’ów z pyskiem zionącym siarką i fosforem. Słowem teatr niesamowitości, przypominający normalne zdrowe dziecię polityczne z rączkami wyciągniętymi po władzę.

Odsłona pierwsza

Do gabinetu Ministra Sprawiedliwości wchodzi bez pukania Prokurator Generalny i mówi:

– Przepraszam pana, że wchodzę sobie swobodnie jak roztańczona baletnica, pukałem, o tak, puk, puk, ale pan nie odpowiadał, sam nie wiem dlaczego. Ładnie tu u pana, obszernie, kwiatki w doniczkach, gratuluję, też chciałbym tak mieć. Mam nakaz przeprowadzenia rewizji. Podobno jest u pana fabryczka hejtów. Jeśli jest legalna, to wszystko jest w porządku, ale jeśli nielegalna, to będzie draka.

– Jest legalna, mam na to pozwolenie z góry.

– Czy to znaczy, że od pana Boga? No, niech pan nie żartuje!

– Nie żartuję, proszę pana. Z góry nie znaczy, że od tego pana Boga, którego pan ma na myśli. U góry jest ktoś ważniejszy, ale nie mogę panu powiedzieć, bo mam przykazane – właśnie z tej właściwej góry – aby nie ujawniać żadnych informacji bez konsultacji. My wszystko konsultujemy nawet pokarm dla kota i kanarka, żarcie dla psa i kropkę nad „i”. Krótko mówiąc, muszę trzymać mordę na kłódkę.

– A jeśli tak, to przepraszam, ja też mam kogoś nad sobą, i rozumiem, co to znaczy.

Przybysz salutuje i wychodzi.

Odsłona druga

Przewodnikiem po teatrze jest tajemnicza dziewczyna o oczach czarnych jak węgiel. Wyjaśnia, że w teatrze odsłona druga to w istocie odsłona pierwsza, tylko widziana od tyłu. – Tył może być piękny jak marzenie – rozczula się.

Do gabinetu Ministra Sprawiedliwości wchodzi Prokurator Generalny i mówi:

– Mam sprawdzić, czy te hejty, których ślady prowadzą do pańskiego gabinetu są oryginalne czy też chińskie podróbki. Pies gończy doprowadził nas tutaj i twierdzi, cytuję:

„Nie ma mowy, abym się mylił, mam węch jak sto diabli i nie odstąpię, dopóki z nim nie porozmawiamy. Chyba żeby mi nogi przydeptał a na mordę nałożył kaganiec”.

Wracając do podróbek, jeśli są to chińskie podróbki, to chcemy sprawdzić, czy są odpowiedniej jakości. Bo wie pan, my nie dopuszczamy na rynek byle czego, zwłaszcza zaś – za przeproszeniem – owego ówna, którego tyle jest na świecie.

– Powinienem obrazić się na Pana za zwątpienie w jakość naszej produkcji, ale tego nie zrobię, bo lubię pana, przypomina mi pan Misia Koalę, on jest taki kochany, ma pan ładny granatowy garniturek z jedwabiu, leży na panu jak marzenie. W ogóle wygląda pan bardzo smukle i ta teczuszka pod paszką też mi się podoba, dlatego powiem panu, że nasze wyroby mają najwyższy znak jakości, każdy je lubi z nielicznymi wyjątkami. A my takich ludzi, co nie lubią dobrej jakości, też nie lubimy. Pozwoli pan, że splunę z obrzydzenia.

Przybysz odpowiada:

– Jeśli tak, to przepraszam, żegnam, pozdrawiam i życzę powodzenia.

Po chwili zatrzymuje się i mówi:

– Przepraszam jeszcze raz, o tutaj, na krawędzi pańskiego biureczka, zachwycający mahoń, cymes, że palce lizać, leży malutki hejcik, chyba do wysłania, bo ze znaczkiem pocztowym. Prześliczny! Tak panu zazdroszczę tego gabinetu.

Odsłona trzecia

Do gabinetu Ministra Sprawiedliwości wchodzi bez pukania Prokurator Generalny i mówi:

– Przepraszam pana, drzwi były otwarte, więc wszedłem. Pukałem, ale pan nie odpowiadał. Nie był to miły gest z pańskiej strony. Nie jest też tutaj tak ładnie jak myślałem. Nie mam nakazu przeprowadzenia rewizji w sprawie hejtów, bo były to bezpodstawne podejrzenia. Że też ktoś mógł coś takiego zgłosić! Dla mnie same podejrzewanie jest podejrzane. Mam za to dla pana propozycję emerytalną, niezgorszy pakiecik. Negocjujmy. Przyniosłem ze sobą koniaczek, jeśli ma pan coś do zagryzienia, to możemy zaczynać.

– Będę zagryzać palce.

– Swoje czy moje? Wolałbym, aby pańskie. Są takie ładne, że aż palce lizać, wysmukłe, czyściutkie. No to jak z tą emeryturą?

Spada kurtyna, robi hałas i podnosi kurz. Widzowie to zauważają ale nie wstają z miejsc lecz czekają na ciąg dalszy. Wchodzi sprzątaczka i mówi:

– Nie martwcie się widzowie, spoko, nie jest źle. Jestem z firmy Quick Hate Cleaning. Otrzymałam własnie zlecenie. Potrafimy wszystko sprzątnąć. Najlepiej pod dywan, bo wtedy jest najmniej kurzu. Używamy dywany najlepszej jakości, perskie. Pozwólcie państwo, że odwrócę się do was tyłem i wypnę, bo muszę się schylić. Dywan leży tak nisko. Że też człowiek nie wynalazł jeszcze wysokich dywanów!

0Shares

Wiceminister sprawiedliwości Piebiak podaje się do dymisji i żartuje.

– Składam na ręce ministra rezygnację z funkcji podsekretarza stanu – miał oświadczyć Łukasz Piebiak. Wolę pracować w Biedronce przy warzywach. Zawsze lubiłem ogrodnictwo. Ponadto oni tam lepiej płacą i nie zatrudniają trolli. – Żartował. – Będę z determinacją bronić swojego dobrego imienia, na które zapracowałem przez całe życie; wnoszę do sądu pozew przeciwko redakcji Onet, która rozpowszechnia pomówienia na mój temat oparte na relacjach niewiarygodnej osoby – powiedział cytowany przez PAP. Uśmiechał się przy tym. Podobno w stylu gorzko-kwaśnym.

Wczoraj portal Onet ujawnił, że wiceminister sprawiedliwości stoi za hejtem na sędziów, którzy sprzeciwiali się zmianom w sądownictwie. Koordynował akcję, która miała skompromitować szefa Iustitii Krystiana Markiewicza. W swoim oświadczeniu Piebiak zapowiedział podjęcie kroków prawnych wobec redakcji portalu.

– Podejmę kroki. Najpierw pójdę w prawo, potem w lewo, tam spotkam się z przyjaciółmi z Internetu, po czym pójdę na wprost. Może nawet nigdzie nie pójdę, bo drogi u nas są marnej jakości. Mówią, że ta do piekła jest nawet wybrukowana. – Wiceminister był w dobrym humorze, nieprzerwanie żartował. Dobre kawały to ja mogę robić i opowiadać nieprzerwanie. Dlatego, ci którzy mnie znają, bardzo mnie lubią. 

– Czy za panem stał minister Ziobro?

– Nie! Nie stał, lecz siedział. – Odpowiedział.

Minister Ziobro zapytany, dlaczego siedział a nie stał za podwładnym, odpowiedział:

– Lubię siedzieć.

Ludzie wierzący przyjęli to jako proroctwo, niewierzący jako reklamę foteli szczególnie lubianych w ministerstwie. Jest to model skandynawski Trolle, produkowany z wielkim powodzeniem w Polsce.

0Shares

Namiestnik okazuje nienawiść. Powieść psychodeliczna. Odc. 14.

Kilkakrotne wystąpienia Namiestnika Krzepkiego-Kukuły przed sądami umocniły przekonanie, że jest on wyjątkiem wśród ludzi władzy. Jego szacowny wygląd, prawdomówność, opanowanie, kiedy odpowiadał na podstępne pytania prokuratora, oraz emanująca z niego łagodność przyczyniły się do upowszechnienia opinii, że jest człowiekiem sprawiedliwym i dobrym.

Woźni sądowi poznawali go z daleka, zanim jeszcze wysiadł z samochodu, aby udać się do budynku sądu w otoczeniu ochrony osobistej. Telefonicznie wymieniali się opiniami z kolegami z innych sądów, podkreślając, że jest przemiłym, sympatycznym w obejściu staruszkiem. Czasami dodawali coś w rodzaju:

– Bywa u nas coraz częściej. Ludzie nieprzerwanie ciągają go po sądach. I to kto? Najbliżsi krewni! To niesprawiedliwe.

W istocie rzeczy Namiestnik zjawiał się w sądach nie tylko w związku z niezapłaconymi fakturami. Jak tylko czas mu pozwalał, uczestniczył w rozprawach dotyczących zabójstw. Pytany przez dziennikarzy, skąd takie zainteresowania, odpowiadał, niby to żartem, że lubi oddychać duszną atmosferą tajemnicy, krwi, krzywdy i zemsty.

Ostatnim razem, kiedy był w sądzie, toczyła się rozprawa o morderstwo; głównym motywem postępowania sprawcy była nienawiść. Po powrocie Namiestnik wyznał swojej sekretarce:

– Rozprawa, szczególnie zeznania oskarżonego i świadków, podsunęły mi nowe myśli. Jak pani wie, po głowie chodzi mi nieprzerwanie pewien łajdak, którego należałoby przykładnie ukarać.

– To dlaczego go nie ukarzecie? – zapytała. – Jeśli jest winien takich podłości, jak pan to mówi, to aż się prosi o winę i karę. Czytałam powieść na ten temat, tytułu jednak nie pamiętam. Domyślam się o kogo panu chodzi. Też go nie znoszę. To straszny bufon!

– Trudno jest udowodnić mu winę. Ten człowiek zawsze działał w białych rękawiczkach, nie zostawiał śladów. Zajmował wysokie stanowisko i bez problemów znajdował kogoś, kto wybierał za niego gorące kasztany z ognia, jakiegoś pracownika, mogącego nawet nie zdawać sobie sprawy, jak okrutnie jest wykorzystywany. On popełnił najcięższe przestępstwa przeciwko nam wszystkim, narażając na szwank naszą reputację i uszczuplając nasz wspólny dorobek. Jest jeszcze jedna przeszkoda. Nasz system sprawiedliwości jest niesprawny. Jest w nim zbyt wielu nieuczciwych sędziów, nie mających pojęcia, jak stosować prawo, co gorzej, nie mających w sobie poczucia obywatelskiego honoru.

– No i jak to będzie, panie Namiestniku? Pozwoli pan pozostawać na wolności takiemu przestępcy? Przecież pan może wszystko!

Entuzjazm sekretarki z niewiadomych powodów ostudził nastrój Krzepkiego-Kukuły. Na kolejne pytanie „I co dalej, panie Namiestniku?”, nic nie odpowiedział, jakby się zaciął. Widać było po nim, że coś go zjada, coś głęboko przeżywa; twarz mu się zaczerwieniła, oczy znieruchomiały, pierś podnosiła się i opadała konwulsyjnie. Wyglądał, jakby rozjeżdżał go walec, a on nie miał dokąd uciekać.

Sekretarka przeraziła się. Sięgała po telefon, kiedy doszły ją przekleństwa. To tylko pogłębiło jej przerażenie, ponieważ Namiestnik był religijnym człowiekiem, nosił baldachim nad swoim ulubionym księdzem-spowiednikiem, i zasadniczo nie przeklinał.

Czasem tylko zwymyślał któregoś z podwładnych, nazywając go kretynem lub imbecylem, czynił to jednak bez świadków, aby go nie upokarzać. Nie było w tym kloacznych przekleństw. Tym razem było inaczej. Ciężki oddech Namiestnika mógł oznaczać tylko jedno; ten człowiek dyszał zemstą. Sekretarka przestała mieć jakiekolwiek wątpliwości, kiedy usłyszała:

– Jak złapię tego rudego sukinsyna, to go uduszę własnymi rękami a nogi to mu z … – dalsze słowa utonęły w głośnej pracy ciężarówki wypróżniającej pojemniki ze śmieciami przy sąsiednim budynku.

Kiedy Namiestnik wrócił do siebie, dodał spokojniej.

– Powiem pani tylko jedno. Mam pewien pomysł.   

0Shares

Sprawiedliwość Ministerstwa Sprawiedliwości

NIK opublikował w miniony piątek analizę wykonania budżetu państwa w 2018 r. W części poświęconej Ministerstwu Sprawiedliwości podano wyniki kontroli wydatków Funduszu Sprawiedliwości.

W zeszłym roku miał wydać:

  • 245 mln zł na pomoc dla świadków i ofiar przestępstw oraz
  • 17,5 mln zł na pomoc dla osób opuszczających po odbyciu kary więzienie

W rzeczywistości Fundusz wydał:

  • 107 mln zł na doposażenie ponad 2 tys. jednostek ochotniczej straży pożarnej, część poza konkursem – np. dla OSP w Raciborzu, skąd pochodzi Michał Woś z Solidarnej Polski, wiceminister sprawiedliwości nadzorujący Fundusz do czerwca zeszłego roku.
  • 100 mln zł na modernizację Służby Więziennej (tyle ile zaplanowano)
  • 25 milionów zł a na pomoc dla ofiar przestępstw
  • Kilka milionów złotych na pomoc dla byłych więźniów

Na początku czerwca br. Woś objął po Beacie Kempie stanowisko ministra ds. pomocy humanitarnej w kancelarii premiera.

0Shares

Kochaj dobrą władzę! Fakty.

Dobra władza ciągnie zakutego w łańcuchy mordercę na jednej nodze. To daje ci gwarancję, że zbrodnia zniknie z powierzchni ziemi. Tylko rzecznik praw obywatelskich w to nie wierzy. Kochaj dobrą władzę!

Dobra władza sztorcuje rzecznika praw obywatelskich. Kiedy przyjdzie czas, nie zapomnij, jak głosować, aby zapewnić sobie i dzieciom kolorowe kwiaty w sądzie i wysokie ceny warzyw na rynku. Szanuj dobrą władzę!

Dobra władza budowała dwa wieżowce typu Abu Dhabi dla chwały Wielkości i zapomniała zapłacić rachunki za papę i gwoździe. Nie poszła z tego tytułu do sądu. Doceń charakter i odwagę dobrej władzy! I ty nie płać rachunków!

0Shares

Wypełnijcie serca radością, bracia i siostry

Reformowane przez ministra Ziobro sądy powszechne w Polsce działają obecnie wolniej niż trzy lata temu. To tylko dlatego, że szybciej, wnikliwiej i bardziej sprawiedliwie rozpatrują wszystkie sprawy. Wypełnijcie serca radością, Bracia coraz bardziej suwerenni i wy, Siostry nie mniej suwerenne!

1Shares

Knajpa Nieokiełznanej Szczęśliwości

Iwan Iwanowicz wybrał się na spacer po Folwarku Przyszłości. Opowiedział mi całą historię.

– Im bardziej zagłębiałem się w teren, tym głośniejsze stawały się wybuchy. Coraz głośniej szczekały też psy, ale inaczej niż w okresie świątecznych petard, bardziej entuzjastycznie. W końcu okazało się, że wybuchy dochodziły z dużej przydrożnej knajpy, a były to wybuchy autentycznej radości. Wewnątrz było pełno ludzi, wszyscy trzeźwi, niektórzy na klęczkach jakby szukali czegoś na podłodze, większość jednak wyprostowana, patrząca śmiało przed siebie, oczy rześkie, piersi wypięte do przodu jak u pijanego łabędzia lądującego na lodzie. Widać było, że rozpierała ich duma. Wznosili okrzyki:

– Żyjemy w kraju powszechnej szczęśliwości. Wszystko jest nasze. Niech żyje wielebny pan prezes! Niech żyje pani prezes trybunalska, kobieta wolności, nasz ukochany ideał.

Iwan Iwanowicz, człowiek starszej już daty i trochę już niecierpliwy, zapytał:

– Kim wy jesteście i co jest wasze, o czym tak głośno wrzeszczycie?

Obściskano go za to dwuznacznie, że niby taki mądry, a pyta o rzeczy oczywiste.

 Jesteśmy kwiatem narodu. Wszystko jest nasze – entuzjazmowali się zgromadzeni. – Mu tu rządzimy. Minister Sprawiedliwości jest nasz. Sędziowie są nasi. Sprawiedliwość jest nasza. Prezes, Premier i Trybunał są nasze. Parlament jest nasz, nasz wierny Marszałek decyduje tam o wszystkim. Prezydent jest nasz. Media są nasze, przynajmniej te najważniejsze. Do nas należy też Kościół, matka nasza. Nawet czarna noc jest nasza, dlatego pracujemy tylko nocą. Czy jest jeszcze coś, co nie jest nasze?

– Co to za knajpa? – zapytał Iwan Iwanowicz.

– To Knajpa Nieokiełznanej Szczęśliwości – odkrzyknęli gremialnie zebrani zdmuchując pianę z kufli piwa prosto w twarz Iwana Iwanowicza.

– Robili to dla żartu, oczywiście – wyjaśnił Iwan Iwanowicz. Kiedy to mówił, oczy mu ściemniały, nie wiadomo czy z gniewu, czy z przerażenia.  

0Shares

Trzej panowie w krainie cudów

Tyle wspaniałych rzeczy dzieje się w Polsce, a ja tu siedzę jak ta niemowa i nie cieszę się na skalę osób i wydarzeń.

Pan prezydent odwiedził Parczew. Było to wzniosłe wydarzenie, ponieważ w historii kraju jest jedynym prezydentem, który odwiedził Parczew. Przed nim było tam tylko siedmiu królów polskich. Urósł przez to w moich oczach jeszcze bardziej, choć przecież i tak był niemały. Teraz jest już wielki. Jakiż on jest mądry historycznie i w ogóle, jaki dobry, i jaki odważny. Najbardziej imponuje mi jego odwaga, czego nie zamierzam ukrywać, niech wszyscy to wiedzą.

W kraju mamy tyle talentów. Pan Błaszczak na przykład dostrzegł w Brukseli czołgi, wozy pancerne, ludzi uzbrojonych w broń krótką, długą i średnią, co mnie zasmuciło, że ci Belgowie, jak oni tam żyją, przecież to czasy schyłku PRL-u, a u nas taki błogostan. Podziwiam pana ministra, że jest tak dalekowzroczny, przenikliwy i inteligentny. Przecież nie musi taki być, a jednak jest. Dobrze, że często występuje publicznie, bo ludzie starsi, mniej spostrzegawczy i o słabszym wzroku mogliby tego nie zauważyć.

Albo pan Warchoł, Wiceminister Sprawiedliwości, nazwijmy go krótko Warchołem, przemówił tak bardzo od serca na Kongresie Prawników Polskich, że wszyscy uczestnicy wyszli z sali, aby się wyszlochać na zewnątrz, ponieważ nikt wcześniej nie mówił do nich tak ciepło, serdecznie i szczerze. Wiceminister potwierdził potem, że był bardzo stonowany, koncyliacyjny, wychodził naprzeciw, czarne owce są wszędzie, należy je eliminować, bezkarność rodzi pychę, arogancję, butę, a nie ma nic gorszego niż arogancja władzy. Nie dosłyszałem, czy mówiąc o eliminacji czarnych owiec wspomniał coś o rzeźni, ale chyba nie. To ładnie z jego strony. On jest taki subtelny.

Po wysłuchaniu wiadomości w TV zrobiło mi się słabo, chyba było za gorąco, tak nagle przyszły upały, a może zjadłem coś niewłaściwego, fakt, że poszedłem do łazienki i zwymiotowałem. To mi przyniosło ulgę, od razu poczułem się lepiej. Tak bardzo, że postanowiłem już nigdy nie przeklinać widząc krzywą mordę na zdjęciu lub na filmie.

 

 

0Shares

Nowy obraz „Jednoroczna Panorama Polska”.

Mistrz Jan Matejko wrócił z oficjalnej ekshumacji i maluje „Jednoroczną Panoramę Polską”, obraz szeroki na kilometr, tyle wydarzeń ma do upamiętnienia. Przedstawia on bohaterów współczesności i ich czyny. Bohaterowie kierują się zasadą: każdy robi to, co umie najlepiej, nawet jeśli umie niewiele.

Obraz zaczyna się od lewej strony.

Naczelnik pełniący obowiązki Prezesa wystawia europejski nakaz aresztowania Przewodniczącego Rady, Lokalny Prezydent nakaz podpisuje, Minister Spraw Dziwnych zawozi go do Brukseli i wręcza Komisji Włoskiej na wyjeździe, aby oceniła ściganego i go aresztowała. Poszukiwany kryje się w Lokalnym Parlamencie, gdzie pilnuje go patriotycznie nastawiony Poseł Kogutko. Minister Sprawiedliwości i Kary zwraca się do władz belgijskich o ekstradycję Przewodniczącego, te jednakże ze względów towarzyskich odmawiają.

– Nie jest naszym obywatelem. – Twierdzą i upierają się, że tak jest najlepiej.

Na takie dictum Minister Obrony Nadzwyczajnej wysyła oddział komandosów (w składzie 25 generałów i 250 pułkowników) na helikopterach, które zostały już zamówione. Premier, którą zepchnął z drogi Centocento lub która zepchnęła Centocento, tego nie wiadomo, wychodzi w dresie szpitalnym, aby pobłogosławić oddział przed akcją. Widzi to Ojciec Rodziny i przyłącza się do błogosławieństw. Komandosi jadą, ujmują i przywożą Przewodniczącego Rady do stolicy Kraju. Przewodniczącemu wychodzi naprzeciw Naczelnik z wielkim toporem w ręku.

– Po co ten topór? – Pyta strwożony Przewodniczący.

– Żebyś zeznawał prawdę. – Odpowiada zapytany, wyjmuje osełkę i ostrzy narzędzie.

Minister Sprawiedliwości i Kary osobiście prowadzi śledztwo ubrany w togę prokuratorską. Śledztwo jest udane, cała prawda wychodzi na jaw, wszystkie szczegóły zamachu. W puszce  wybuchowej trafiają one do Ministra Obrony Nadzwyczajnej, ten ogłasza szczegóły publicznie razem z karą, Suweren dowiaduje się prawdy, akcje Pierwszej Partii idą w górę i sięgają 42 st. C. Jest to poważny stan gorączkowy, zagrażający życiu organizmu. Minister Zdrowia podejmuje dramatyczną decyzję: podaje paczkę marihuany leczniczej oraz (na wszelki wypadek) receptę na środek antykoncepcyjny i poleca operować.

Minister Obrony Nadzwyczajnej przewozi zagrożony organizm samochodem w obstawie żandarmerii z szybkością 140 km na godzinę, przyspieszając na czerwonych światłach. Są poszkodowani, ale Minister im wybacza, bo jest to uprzywilejowany przejazd służbowy, po czym wsiada i jedzie jeszcze szybciej. Organizm trafia do szpitala na czas, operacja się udaje.

Naczelnik jest uradowany, wystawia drugi europejski nakaz aresztowania Przewodniczącego Rady, który w międzyczasie negocjuje z Przewodniczącym Drugiej Partii, kto będzie nią rządzić w razie czego. Lokalny Prezydent nakaz podpisuje, nieostrożnie zadając pytanie, czy wniosek jest potrzebny, skoro już go podpisał wcześniej, na co Naczelnik odpowiada patrząc w nocne niebo:

– Pisz, pisz! Nie myśl, bo narty ci się zagrzeją i śnieg będzie ci się topić w butach!

Minister Spraw Zagranicznych zawozi nakaz do Brukseli i wręcza Komisji Włoskiej na wyjeździe, aby sprawę jeszcze staranniej rozpatrzyła i przekazała wniosek odpowiednim władzom, które zaaresztują Przewodniczącego, skoro ona sama tego nie może lub nie chce uczynić. Ścigany nie zasypuje gruszek w popiele, zamienia się stołkiem z Przewodniczącym Drugiej Partii i idzie do knajpy opić sukces przy włączonym mikrofonie podsłuchowym.

Po namalowaniu bohaterów i ich czynów Mistrz Matejko zmienia nazwę obrazu na „Cudowna Paranoja i Eutanazja Polska”, po czym głębokim ukłonem dziękuje Naczelnikowi za scenariusz i odchodzi szepcząc: – Niech Bóg cię błogosławi, Synku. Żegnam. Baw się dalej.

0Shares

O polskiej rzeczywistości na tle przygód Don Kichota z Manchy.

Don Quijote Ilustracja Don Quichote z 1848
Dzisiaj w nocy wył potępieńczy wiatr. Na niebie zobaczyłem czarny kształt ducha. Siedział na ławie, milczał, uśmiechał się półgębkiem. Był ważny. Udawał zwykłego, skromnego człowieka. Każdy ma prawo mieć marzenia i przywidzenia.

Od czasu do czasu czarne postacie i niezrozumiale zdarzenia nawiedzają kraje, teraz czas nadszedł na nas.

Piszę najpierw „o wielkich rzeczach, o których, jak mówi Benengeli, dowie się ten, kto będzie o nich czytał, jeśli czytać będzie z uwagą”. To pierwszy cytat z „Don Kichota z Manchy”, arcydzieła literatury światowej niezwykle udanie przedstawiającej ideał człowieka szlachetnego w wierze i zamysłach, don Kichota (którego imię spolszczę na Don Chichot), oraz jego praktycznego pomocnika, Sancho Pansę. Dedukuję ten cytat czytelnikom.

„Trzeba ci wiedzieć, mój Sancho, że męstwo, niepościągane rozsądkiem, jest tylko zuchwalstwem, oraz, że czyny człowieka zuchwałego więcej mają styczności z jego szczęściem, aniżeli z odwagą”. To również cytat, słowa Don Chichota; ten dedykuję osobom, które głosowały na PiS.

Niektórym ludziom w Polsce zdaje się, że „coś się” jeszcze zmieni, że nadejdzie jakieś „opamiętanie”, że przywrócony zostanie dotychczasowy „porządek”, że dwie połowy społeczeństwa „znajdą porozumienie”. Nie jest to możliwe, gdyż rządząca połowa jest wypełniona jak balon poczuciem pełni władzy oraz konieczności głębokich zmian, także determinacją i bezkompromisowymi metodami realizacji zmian. Siła PiS tkwi w przekonaniu, w wierze, że „dobro narodu stoi ponad prawem”, a „cel uświęca środki”. Też w to wierzę. Historia już wielokrotnie wykazała, jak słuszne i zbawienne dla społeczeństw są takie przekonania.

Jak rozumiem, prawo i dobro narodu nie dają się pogodzić ze sobą. Są jak ogień i woda. Kiedy zrozumiałem to ja, człowiek oporny, od razu poprawiło mi się samopoczucie. Teraz rozumiem też, że należy liczyć się, że gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą. Najbardziej z wiórami kojarzy mi się Trybunał Konstytucyjny.

PiS doszedł do władzy całkowicie legalnie, demokratycznie, z woli narodu, czyli większości społeczeństwa (głosowało na niego około 38 % wszystkich głosujących; niegłosujący się nie liczą); zwycięska partia dumnie czerpie teraz siłę z poparcia tej większości „całego narodu”.

„Musimy zburzyć stare porządki, aby stworzyć nowe”. To niepisane hasło PiS. Jest to rewolucja bolesna dla obywateli, którzy – jak słusznie przypomina pani Premier Szydło – „bronią własnych interesów i utraconej władzy” organizując teraz demonstracje.

PiS naprawia polską rzeczywistość zgodnie ze swymi obietnicami. Czyni to bezinteresownie, bez korzyści dla swoich członków, bez obejmowania wysoce płatnych stanowisk w administracji i w zarządach spółek państwa. Nie jest to dla mnie w pełni zrozumiałe, ponieważ rewolucjonistom też należą się jakieś korzyści. W życiu każdy rządzący korzysta z przywilejów. Mao Tse Tung, wielki rewolucjonista chiński, miał do dyspozycji kilkadziesiąt wybranych specjalnie dla niego młodych kobiet; odczuwał słabość do płci pięknej, a one go kochały. Towarzysz Breżniew miał słabość do najbardziej luksusowych samochodów, było ich bardzo, bardzo wiele. To tylko historyczne przykłady. Obydwaj korzystali z przywilejów bez rozgłosu; wielcy ludzie partii potrafią być skromni.

Przywileje PiS-u i jego rządu są z gruntu inne, na wskroś pozytywne: wyłącznie czynienia dobra społeczeństwu wbrew tym, którzy protestują „broniąc własnych interesów i utraconej władzy”. Także ukarania tych, którzy wyrządzili społeczeństwu największe zło w przeszłości.

Dlatego popieram rząd i PiS. Serdecznie, bez ograniczeń. Na demonstracje KOD uczęszczam tylko po to, aby z bliska zobaczyć jak wyglądają ludzie broniący własnych interesów i utraconej władzy.

0Shares

Ciało w odbiciu lustrzanym. Część 2.

Przez kilka dni Wiktor chodził jak struty. Niełatwo było z nim rozmawiać. Usiłowałem pocieszyć go, lecz on zdecydował się pozostać niepocieszony. W odpowiedzi mogłem tylko usłyszeć: Tylko jedno może mnie pocieszyć. To, że mi powiesz, że sam wyglądasz podobnie. Nic nie odpowiadałem na takie podstępne sugestie kierując się praktyczną zasadą brytyjskiego dworu królewskiego: ani nie potwierdzam, ani nie zaprzeczam.

Wiktor zinterpretował moją reakcję na swoją niekorzyść. Wstał z krzesła, dramatycznie uniósł ręce w górę i wykrzyknął: Widzisz, jestem gorszy nawet od ciebie! Jestem niczym! Jestem zerem! Podszedł do wyjścia, popatrzył na mnie z wyrzutem jak zranione zwierzę, otworzył drzwi, przekroczył próg i …wrócił.

Żal mi się go zrobiło, że dbając o pieniądze, rodzinę, ogród, kota, przyjaciół, lokalną społeczność oraz nieskończoność codziennych spraw nie dbał o siebie samego. To niemoralne. Bóg dał mu ciało, a on przez lata traktował je, jakby nic mu się nie należało oprócz karmienia byle czym, byle gdzie i byle szybko. O tempora! O mores! – wyrwało mi się.

Dlaczego niedostatki cielesne tak bardzo wyprowadziły cię z równowagi, Wiktorze? Przecież inni też nie są lepsi.

Co ty wiesz o życiu innych ludzi? – przyjaciel wpadł w nastrój ponurej refleksji. Wiedziałem, co to oznacza. Będzie zaraz wygłaszać poglądy filozoficzne.

Mężczyźni imponują kobietom charakterem, ciałem, intelektem, pieniędzmi, władzą, miłością, a najczęściej jakąś kombinacją różnych składników. Kobieta kocha to, co pozytywne u mężczyzny. Może nie wszystkie walory na raz, bo to niemożliwe, ale wybrane. Ja oprócz ciała i intelektu niewiele posiadam. Dlatego mój korpus cielesny jest dla mnie tak ważny. Chciałbym się nim szczycić, a przynajmniej nie wstydzić się go. I oto obudziłem się z ręką w….

W rynsztoku – domyśliłem się brakującego mu słowa.

No, właśnie. Dobrze to dopowiedziałeś.

No i co teraz zrobisz? – byłem ciekaw dalszego ciągu dramatu.

Powiem ci, co zrobię. Najpierw muszę przyzwyczaić się do myśli, jak nędznie wyglądam. Zajęło to już mi jedną nieprzespaną noc i kilka dni martwienia się. Nie zamierzam jednak poddać się. Byłaby to droga do porażki. Nie możesz sobie powiedzieć: Akceptuję to, że jestem gruby. Albo głupi. Albo wyglądam fatalnie. Bo wtedy już nic pozytywnego nie osiągniesz. Pozostaniesz taki, jaki jesteś. Po drugie, muszę sobie głęboko uświadomić, że to ja i wyłącznie ja ponoszę odpowiedzialność za moje zaniedbanie fizyczne. Nie mogę za to obarczać rodziny, społeczeństwa, postępu technicznego czy cywilizacyjnego. Czy też Boga, że mnie takim stworzył.

Jak mógłbyś obarczyć postęp techniczny lub cywilizacyjny za swój wygląd fizyczny?

Mogę narzekać tak jak inni, że to samochód zwalnia mnie od chodzenia i biegania. Że dużo pracuję i nie mam czasu na sport. Że mam obowiązki wobec rodziny i firmy, gdzie pracuję. Gdzieś jest linia sprawiedliwego podziału między tym, czym jestem dla innych a tym, czym jestem dla siebie. To kwestia moralności i sprawiedliwości – Wiktor popatrzył na mnie z ukosa niepewny wrażenia, jakie wywołała jego spowiedź. Sam wydawał się być nią zaskoczony.

Nie musiał obawiać się negatywnej reakcji. Byłem zbudowany otwartością i zaskakującą bezkompromisowością wobec siebie, rodziny i otoczenia. Nie wciągał też Boga na zasadzie ”Masz mnie takim, Panie, jakim nie stworzyłeś”.

Wiktorze, zaimponowałeś mi swoją postawą. Pozostaję jednak częściowym niedowiarkiem. Pozwól, że będę śledzić, jak te cenne myśli i deklaracje przekuwać będziesz w czyn. Easier said than done – jak mówią Anglicy. Widząc pytający wyraz twarzy Wiktora wyjaśniłem: Łatwiej coś powiedzieć, niż zrobić.

Masz rację – zgodził się nader łatwo. Obserwuj mnie! – Wiktor na pożegnanie uścisnął moją dłoń tak mocno, aż poczułem ból. Zinterpretowałem to jako niemy komunikat: Patrz i oceniaj, mądralo.

C.d.n.

 

 

0Shares

O pisarkach australijskich, polityce i sukcesach. Część 2

Tylko jedna z młodszych z pisarek australijskich, Catherine Gaskin, zakwestionowała fascynację komunizmem swoich „koleżanek po fachu” zadając pytanie prowadzącej wywiad: Tak, ale czy one kiedykolwiek doświadczyły komunizmu? Czy kiedykolwiek żyły w komunizmie? Nie zniosłabym życia w społeczeństwie, gdzie każą mi pisać pewne rzeczy lub zamilczeć na zawsze. Gaskin przyznaje, że sama ma „bardzo socjalistyczne” skłonności, ponieważ nie akceptuje moralnego zepsucia. Socjalizm oraz poparcie dla komunizmu, socjalizmu i partii pracy, pisarki australijskie widziały w kategoriach walki o sprawiedliwość w warunkach kapitalizmu.

Orientacja ideologiczna i polityczna nie była sprawą bagatelną dla osób twórczych. W życiu niejednej pisarki w Australii była ona treścią ich życia, zaangażowania społecznego oraz źródłem natchnienia i motywacji do pisania.

Nie wszystkie pisarki australijskie osiągające sukcesy zawodowe miały szczęście w życiu. Dla niektórych z nich było ono pasmem problemów i nieszczęść. Przykładem jest Kylie Tennant. Jej mąż, Roddy, cierpiał na chorobę psychiczną. Jego stan zdrowia pogarszał się; usiłował on popełnić samobójstwo. Kylie opiekowała się umierającą matką, kiedy jej ojciec opuścił je wyjeżdżając do Europy. Bim, syn Kylie, był schizofrenikiem, zaczął przyjmować narkotyki i tragicznie skończył: został zamordowany w wieku 26 lat. Mąż Kylie, Roddy, zmarł na raka, a wkrótce potem zmarł jej ojciec. Przez cały ten czas sama Kylie borykała się z rakiem i chorobą serca.

 

0Shares