Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz 4: Xenon czuje się podle

 Egzekucja Ludwika XVI

Wszyscy czuli się podle, albo i gorzej, i to go pocieszyło, że inni też cierpią. Była to satysfakcja udziału we wspólnocie cierpienia. Coś musiało łączyć wszystkich cierpiących. poszukiwał więc przyczyn złego samopoczucia. Okazało się, że było to morowe powietrze, którym wszyscy oddychali. Potwierdziła to telewizja. Wodę, którą każdy pić musi, wykluczono, bo wiele osób nic nie piło w ostatnim czasie. To był pierwszy sygnał, że zmienia się coś istotnego w otoczeniu.

Było to tak ważne, że codzienne, zwykłe sprawy straciły na znaczeniu. Ludzie jakby zapomnieli o partii i zebraniu wspominkowym z poprzedniego dnia, tym bardziej, że osobnik, który wywołał zamieszanie zjawił się zaraz po zakończeniu zebrania w knajpie, przechwalając się, że nawiązał skuteczny kontakt z przewodniczącym i odbył z nim udaną rozmowę o przepływie miodu i mleka przez kraj.

– To nie była fikcja – zaczął górnolotnie, bo nigdy wcześniej słowa „fikcja” nie używał. – Przewodniczący przekonał mnie, że kraj jest rzeczywiście miodem i mlekiem płynący, a ja po prostu tego nie zauważyłem.

Kiedy to mówił miał na sobie nieskazitelnie białą koszulę, krawat w zgrabne słoniki oraz elegancko uprasowany garnitur, bez najmniejszej zmarszczki, z jednym tylko kantem prawej nogawki zjeżdżającym nieco w prawo. Ludzie to spostrzegli i od razu mężczyzna wydał im się podejrzany niezależnie od tego, co mówił. Nie ufali mu.

Zatrute powietrze zapoczątkowało cały ciąg zmian. Wszystko się zmieniało. Ludzie wracali z zagranicy, emigranci i ci, którzy wyjechali na krótko, odmienieni, zakażeni pragnieniami zmian na lepsze, co najmniej na coś innego, pasjonującego i świeżego, czasami nawet nie wiedząc dokładnie, o co im chodzi.

– To nie ma znaczenia. Nie wiem dzisiaj, ale będę wiedzieć jutro albo pojutrze. Jest po prostu we mnie jakiś ferment, który musi znaleźć ujście. Coś musi zmienić się na lepsze w moim życiu i w życiu mojej rodziny – była to typowa odpowiedź na pytanie, w czym rzecz.

Niektórzy wspominali o miłości, lepszym zagospodarowaniu czasu, większym dostatku, nowych ubraniach a nawet ulicach i budynkach, w których będą się czuli równie swobodnie i radośnie jak w lesie lub nad rzeką.

Było to dziwne, a zarazem ożywcze, bo wkrótce, prawie natychmiast, pojawiły się dalsze spekulacje, w końcu inicjatywy. Naukowcy zaproponowali inne spojrzenie na rzeczywistość i przedstawili pomysły, które nadawały się do natychmiastowej realizacji,  różnego rodzaju odwadniacze, przepychacze, szybkotnące siekiery, gazety, które można przeczytać w ciągu minuty dysponując odpowiednimi okularami, przekazującymi sygnały elektroniczne do metalowych implantów zębowych, które oprócz podtrzymywania protez służyły jako nadajniki i odbiorniki do wymiany informacji z płatem pamięci mózgu. Były to rzeczy niekiedy dziwne, ale użyteczne, uprzyjemniające lub ułatwiające codzienną egzystencję i życie w ogóle.

Młodzi żądali wolności osobistej w skali przejmującej lękiem nauczycieli, rodziców i dziadków, a także osoby o patriotycznym nastawieniu. Ich wypowiedzi brzmiały surowo, wręcz rewolucyjnie.

– Kraj się nie liczy, rząd się nie liczy, liczy się jednostka. Człowiek się liczy. Każdy z nas, osoba wierząca czy nie wierząca, czarnoskóry czy tylko opalony, jest z natury rzeczy uprawniony dążyć do czegoś, i my sami dajemy sobie do tego prawo.

Były to bardzo mocne hasła, przekonujące, bo wszyscy wierzyli w człowieka, twór boży, aktywnie popierany także przez państwo i kościół. Przypominano ideały rewolucji francuskiej, wolność, równość, braterstwo, zapominając jakby o roli gilotyny w przywracaniu tych szlachetnych zasad społeczeństwu. Mimo atrakcyjności i siły haseł starsi ludzie zachowali trzeźwość umysłów.

– To niewyobrażalne, czego oni chcą. My nigdy czegoś takiego nie mieliśmy, to dlaczego oni mieliby to mieć? – Pytali się między sobą, bo nie widzieli możliwości oparcia się natarciu młodości nadchodzącym ze wszystkich stron. Na czoło żądań młodych ludzi wybijała się jednostka, wolność i egoizm. Szykowała się rewolucja, ale to był dopiero początek, zapowiedź dalszych zmian.

Pod presją młodych oraz trendów importowanych z zagranicy kraj zmieniał się w błyskawicznym tempie. Pojawiła się gorączka konsumpcyjna. Bawiono się, kupowano i konsumowano na potęgę wszystko, co się dało, wakacje, meble, smartfony, wykwintne jedzenie, nawet usługi seksualne. Szaleństwo konsumpcji udzieliło się w końcu także osobom starszym i dzieciom. Skutkiem było pojawienie się na obrzeżach miast, miasteczek i wsi niebotycznych gór śmieci, z którymi służby porządkowe nie mogły sobie poradzić mimo segregacji śmieci i coraz nowszego sprzętu. Obywatele jakby oślepli i ogłuchli, gdyż nikt wciąż nie domyślał się, co to zapowiada.

Recenzje wszystkich książek Michaela (Michała) Tequili są na górnym pasku menu na tej stronie. Zajrzyj!

Kronika narodu wybranego. Odc. 5: Koniec procesu ewolucji

Od autora. Wciąż eksperymentuję. Czytelnicy przedstawili mi uwagi, które wykorzystuję, aby znaleźć najlepszą formułę powieści. Zmieniam tytuł i nazwiska niektórych bohaterów. Dokonam odpowiednich zmian wstecz, w poprzednich odcinkach.

Cz. 5: Koniec procesu ewolucji.

Późnym popołudniem w sobotę Komitet Polityczny premiera Pięknego, zwanego też Chudym, podsumował:

– Dotarliśmy do końca łańcucha ewolucji. To szczyt rozwoju. Dalej już nie pójdziemy, nie ma sensu ani potrzeby, bo tylko możemy spaść.

Na czele komitetu stał mężczyzna słusznego wniosku, o wydatnych wargach i zniewalającym uśmiechu. Występował często w telewizji, wygłaszając teorie na temat polityki międzynarodowej. Był tak lubiany, że widzowie robili sobie z nim selfie. Był też idolem dzieci, kobiet i sfer intelektualnych, u których miał kredyt zaufania wielkości szafy. Była to masywna dawka. Na polityce znał się jak mało kto. Pracował kiedyś w teatrze i nakładał maseczki kosmetyczne na twarze aktorów, pod którymi ukrywali swoje prawdziwe twarze, aby ujawnić oblicza wielkich postaci historycznych. W ten sposób dyrektor komitetu politycznego ocierał się wybitnych mężów stanu Talleyranda, Lenina, Gandhiego, Mao Zedonga, Churchilla. Ich wiedza polityczna spływała na niego.

Delegacja komitetu udała się po akceptację wniosku o osiągnięciu szczytu rozwoju do Męża Świątobliwego, przez obcych zwanego Samotnikiem, przez swoich Czcigodnym, przez współpracowników Szefem. Był dobrze strzeżony; delegacja posuwała się naprzód raz po raz sprawdzana przez straż. Idąc spekulowali, że może znajdzie dla nich chwilę wolnego czasu, może czyści sobie buty albo w zamyśleniu bawi się smartfonem. Kiedy weszli do jego gabinetu, gładził ręką czarną skórę, sprowadzoną z Egiptu. Wyglądała jak żywa, sypały się z niej skry. Gospodarza wyraźnie to bawiło, gościom też podobała się zabawa. Domyślili się, że jest to forma miłości okazywana przez niego istotom żywym.

Świątobliwy wniosek zaakceptował, po czym uprzejmie skinął ręką, aby sobie poszli i więcej mu nie przeszkadzali. Odchodząc, zapewnili go jeszcze raz, że naprawdę osiągnęli koniec łańcucha ewolucji, poza którym nie ma już dalszego rozwoju.

– Wiedziałem to od dawna – odpowiedział z powagą, na jaką zasługiwały jego słowa.

Następny dzień, była to niedziela, dla dobra społeczeństwa zamknięto wszystko na klucz łącznie z toaletami publicznymi. Panowała cisza, idealne warunki do kontynuacji obrad parlamentu.

Rześko ruszyli z debatą nad pozostałymi reformami. Opozycja prawie nie zabierała głosu, ewolucyjnie mniej rozwinięta nie wiedziała, jak się zachować. Kiedy wreszcie otworzyła usta i wydobyła z siebie niezdarne słowa, dyskusja tak się ożywiła, że w powietrzu latały przekleństwa i wyzwiska, a jej uczestnicy nazywali siebie małpami.

Wieczorem komitet polityczny, była już godzina dwudziesta druga albo i później, osiągnął porozumienie. Ujął to słownie przewodniczący komitetu:

– Doszliśmy do końca łańcucha ewolucji, do szczytu rozwoju, ale na innym, wyższym poziomie. Wizyta u szefa bardzo nam pomogła. Teraz już jesteśmy pewni, że nie jesteśmy wyłącznie istotami człekokształtnymi, tylko neandertalczykami. Dalej już nie pójdziemy; nie ma sensu ani potrzeby. Dokończymy jedynie reformy uszczęśliwienia narodu. Zostało nam już mało czasu.

Deklaracja przewodniczącego została przyjęta tak gorącym aplauzem, że trzeba było otworzyć okna, aby schłodzić atmosferę.

Michael Tequila, powieść, poezje, opowiadania, Księgarnia Merlin:https://tinyurl.com/y7cza5nc

Kronika narodu wybranego. Odc. 4: Premier objaśnia dumę narodową

Za granicą sprawy nie poszły tak dobrze, jak się spodziewano, choć w sumie ułożyły się znakomicie. Dumą narodową Nomadów zachwycono się powszechnie, znalazły się jednak elementy szowinistyczne, radykalne, różnego rodzaju fanatycy religijni i uciekinierzy, którym nie podobała się ona, i którzy potępili Nomadię.

W kraju rząd uznał ten sprzeciw za mało znaczący, zupełnie minimalny, polegający na nieprozumieniu, i uspokajał opinię publiczną, że nic się nie stało, mówiąc „wszystko wyjaśnimy, że nie ma żadnego pożaru niechęci wobec nas, który byłby widoczny ze wszystkich latarni morskich na świecie”.

Rzecznik rządu podkreślił, że należy pamiętać, że nie wszyscy obywatele innych państw sami byli bohaterami i dlatego nie potrafią należycie docenić dumy narodowej. Z tych samych względów nie podobają im się kary ustalone przez Nomadię dla osób i instytucji, które mówiłyby źle o niej lub o jej obywatelach, wśród których było kilku podleców, ale bardzo niewielu, i proporcja dobrych obywateli do złych była jak pięćset do jednego. Czy powiedział dokładnie „pięćset do jednego” nie było całkiem pewne, ponieważ wypowiedział to niewyraźnie.

W kraju winą za krytykę dumy narodowej rząd obarczył opozycję parlamentarną, która „zawsze była gotowa narażać na szwank interes narodowy z najbardziej egoistycznych pobudek”, mimo że i opozycja była za przyjęciem ustawy o dumie. Tego poparcia nie wyparł się nawet wysokiej rangi polityk opozycyjny znany z uśmiechu zajączka na zaciśniętych przednich zębach.

W celu wyjaśnienia nieporozumień za granicę udał się Premier Cudny. Do wyjazdu przygotował się niezwykle starannie, przede wszystkim pobrał szczegółową instrukcję od Jego Świątobliwości. Dla podkreślenia dobrej woli i pokazania kraju z pozytywnej strony zabrał ze sobą kilka kawałów najlepszej kiełbasy, pół litra wódki „Narodowa” oraz kilka puszek konserw rybnych wyprodukowanych przez Nomadów, którzy żyjąc na terenach pustynnych potrafili czynić cuda z ryb, jakich w życiu nawet nie widzieli.

Premier spotkał się z najwyższymi czynnikami wielkiej organizacji, której ogrom przeraziłbym wszystkich, ale nie jego i jego rząd. Spotkanie z przewodniczym tej organizacji, do której należała też Nomadia, zrelacjonował potem sobie w telewizji.

– Na wierzch jak czerw wypełzły nieporozumienia. Wyjaśniliśmy to sobie z łatwością. Spotkanie przebiegło w znakomitej atmosferze. Spór został prawie całkowicie załagodzony. Przewodniczący podkreślił wspaniałą atmosferę spotkania:

– Mówi pan, panie premierze Cudny, o wiele ładniej niż pańska poprzedniczka. Bardzo ją lubiliśmy, ale ona nie była tak wymowna jak pan. Pański języki jest aksamitny, wyłożył pan wszystko tak klarownie, że w moim sercu zakwitły kwiaty, i to te najdelikatniejsze, jak jaśminy, groszki pachnące oraz chabry i bławaty, które są dobrze znane w pańskim kraju.

– Wszystko było oparte na nieprozumieniu. Wytłumaczyłem to i rozstaliśmy się w największej zgodzie. Jest tam jeszcze jakiś drobiazg, jeden lub dwa, jakaś rezolucja, że niby mamy dostosować się i przestrzegać jakichś nieznanych mi jeszcze zasad, ale jest o małe piwo – wyjaśnił premier w telewizji, oblizując usta na wspomnienie piwa chmielowego, za którym przepadał.

– Na początku źle mnie zinterpretowano, bo wprawdzie mówiłem po angielsku i to z doskonałym z akcentem, oxfordzkim przez „x”, ale zrozumiano mnie w zupełnie innym języku. Oni są po prostu niedoinformowani.

W czasie pobytu za granicą premierowi pomyliły się kierunki świata i złożył wieniec kwiatów nie pod tym pomnikiem, co trzeba, choć nie jest to całkiem pewne. Wieniec był tak wielki i pachnący, że wszyscy na to zwrócili uwagę. Pozytywną stroną było to, że wszyscy wieniec i premiera mają teraz na zdjęciach, w telewizji i na ustach. Premier zapomniał o tym wspomnieć, ponieważ jego myśli kołowały wciąż wokół dumy narodowej, z której i on był dumny.

Dwaj kandydaci. Scenariusz rozwoju wydarzeń.

Premier Sz, Minister Wa i Kandydat Sa stoją przed Cesarzem Ka. Ten przygląda im się, po czym błogosławi na drogę.

– Macie załatwić przegraną Tu. Inaczej nie wracajcie. – Mówi to z rozwagą, spokojnie. Umie motywować ludzi. Kochają go za to. Wiedzą, że jego serce jest przepełnione miłością do ojczyzny, obywateli, wszystkich bez wyjątku.

*****

Premier Sy jedzie prosto do Przewodniczącego Rady Bractwa. Sprawa jest piekielnie trudna. Z miłości do Cesarza Ka gotowa jest do najwyższych poświęceń.

– On jest taki dobry! Robi tyle dla kraju, dla narodu, sam poświęca się bezgranicznie. – Premier decyduje się oddać Ex-Cesarzowi Tu, aby wycofał swoją kandydaturę. Po drodze kupuje w specjalnym sklepie różową koszulkę i czarne majteczki z koronami. Są szalenie atrakcyjne. Kiedy o tym myśli, odczuwa dreszcz emocji. Czuje się jak Mata Hari.

Drzwi otwiera jej sam Tu. Jest elegancko ubrany. To ją nastraja optymistycznie. Wyjaśnia mu cel wizyty. Błaga, aby ustąpił dla dobra kraju. W jego oczach widzi jakby błysk zrozumienia. To ją zachęca, bo czuje się strasznie zagubiona. Rozbiera się.

Przygląda jej się. Jest mile zaskoczony. Nie spodziewał się tego.

– Całkiem fajna babka. – Myśli. – Chyba w moim wieku. Jędrne ciało. Może tylko troszeczkę za tłusta. Wydatne usta. – Rozpalają się w nim żądze. Jest pełen uznania dla jej poświęcenia. Odmawia jednak.

– Ogromnie mi przykro, droga Sy (mówią już sobie po imieniu). Zdaję sobie sprawę z ogromu twojej miłości do Cesarza Ka, ale po prostu nie mam czasu na przyjęcie twojej ofiary. Muszę przygotować dwa przemówienia.

– Dlaczego dwa? – Pyta Premier, ubierając się. Odczuwa pewna ulgę.

– Jedno na wypadek wygranej, drugie na wypadek przegranej.

– Żal jej się robi Ex-Cesarza Tu. Widzi go z bliska. Całkiem fajny. – Myśli. – Ale rudy, czyli fałszywy. Przypomina sobie słowa Cesarza Ka. – No to co, że fałszywy. Nikt nie jest idealny z wyjątkiem Ka. – Prowadzi dialog wewnętrzy. – Co Ka chce od niego? – Usiłuje zrozumieć Cesarza. To chyba zazdrość. – Myśli i przypomina sobie, że Ka całował ją tylko w rękę do łokcia. Tu pocałował ją w policzek.  

Rozchodząc się, zbliżają się do siebie. Nigdy nie widzieli się i nie rozmawiali z tak bliska patrząc sobie w oczy. Coś pozytywnego iskrzy między nimi. W pokoju robi się jaśniej i przyjemniej. Sprawa jednakże jest niezałatwiona. To ją boli.

*****

Minister Wa rozmawia z każdym z ministrów-odpowiedników, zaprasza do najlepszych restauracji, stawia najlepszy alkohol. Wszyscy obiecują, że się poważnie zastanowią. Są dyplomatami. Żaden z nich nie zna kandydata Sa. Niektórzy przypominają go sobie jak przez mgłę. Wiedzą, że przyjaciele nazywają go Chłop na Schwał.

Minister Wa wraca do domu pijany jak nigdy w życiu. Zrobił to z obowiązku. Też kocha Cesarza Ka. Spełnił swoją rolę, więcej nie mógł zrobić. Jest nie tylko zmęczony, ale i rozczarowany. Wolałby, aby mu złożono bardziej konkretne przyrzeczenia. Wchodzi do toalety.

– Żygać mi się chce. – Mówi głośno. Przypomina sobie, że jest dyplomatą i wymiotuje.

*****

Kandydat Sa ma strasznie mało czasu. Decyduje się jechać konno.

– To się doskonale kojarzy. Rycerz, odwaga, walka. – Jadąc intensywnie myśli. Koń przerywa jego myślenie.

– Ile zarabiasz, Sy? Czy warto było tak ryzykować? – Rozmawiają.

– Nie robię tego dla pieniędzy. Też pokochałem Cesarz Ka. Przedtem tego nie czułem. Mówi szczerze. Wie, że koń to niemowa, nikomu nie rozpowie. Sa musi dbać o bezpieczeństwo swoje, Cesarza, Premier i Ministra Wa. O spisku nikt nie może się dowiedzieć.

Objeżdża premierów wszystkich państw członkowskich. Zaprasza do restauracji „Kozak Orientalny”. Najlepsza pierogarnia w kraju. Wspaniałe dania, nie tylko pierogi. Cudowne żarcie. – Tymi słowami zachęca każdego premiera. – Popatrz na mnie. Zdejmuje marynarkę, jest tylko w koszuli. Czyniąc to kilka razy przeziębia się. Co gorsze, w drodze powrotnej koń pod nim pada ze zmęczenia.

– Może też trochę za dużo wypił. – Myśli Sa zmęczony.

*****

Cesarz krzyczy. – Nic nie osiągnęliście! Ten typ Tu został na stanowisku. Jesteście niezgułami! Jeśli my nie zmodernizujemy Bractwa, to nikt tego nie zrobi i kontynent przepadnie z kretesem. – Cesarz wywala cała trójkę z pracy. Nie wypełnili zadania, nie mają w sobie dosyć miłości do ojczyzny.

Stoją milcząc ze wzrokiem wbitym w podłogę. Przegrali, stracili pracę. Jest im już obojętne, co się stanie. Wyzywają Ka nazywając różnymi imionami. Bluzgają. Cesarz każe ich ściąć. Nic z tego nie wychodzi, zapobiegawczo schowali topór. Uchodzą z życiem.

*****

Ten scenariusz jest mieszany. Jest to Opcja A, win-loose situation, jeden wygrywa -drugi przegrywa. Jest jeszcze inny scenariusz, Opcja B, loose-win situation, jeden przegrywa-drugi wygrywa. Nie ma jednak czasu, aby go przedstawić. Ale scenariusz jest. O trzecim nie ma co już pisać. Też jest możliwy. 

 

Komiks literacki. Beatyfikacja Wodza. Odcinek 31.

Nasz wniosek, towarzysze, stanął wreszcie na Komisji do spraw Beatyfikacji. Przepraszam, na Ko do spraw Bea. – Zaczął poseł-sprawozdawca. Od czasu powrotu ze służbowej wycieczki do Chin członkowie partii Pra & Spra częściej używali skrótów. Była w tym poezja partyjna.

– Musimy go beatyfikować jeszcze za życia.

– Dlaczego za życia? Przecież nikt tego nie robi. To wbrew przepisom! – Protestował młody poseł, nieznający jeszcze etosu partii.

– Jak to, dlaczego? – Jest dowcipny. Ludzie się do niego modlą. Jest dobry. Mądry. Sprawiedliwy. Pobożny. Cudownie przemawia. Emeryci to wprost lgną do niego. Pamięta o zmarłych. Kilku wydobył nawet z grobów, aby odebrać od nich świadectwa prawdy. – Każdy członek komisji miał coś konstruktywnego do dorzucenia.

Przedstawiciele opozycji nie odzywali się. Byli nieobecni na sali, bo ich nie zawiadomiono.

– Oni nie mają nic ciekawego do powiedzenia w tej sprawie. – Wyjaśnił przewodniczący komisji. – Są ponadto przeciwnikami wszelkich dobrych inicjatyw partyjnych.

– Kwestionują wszystko. Przeszkadzają. Utrudniają. Zadają głupie pytania! – Posypała się lawina krytyki.

Przewodniczący ręką nakierował dyskusję na właściwy tor.

-Wniosek o beatyfikację przejdzie w parlamencie bez przeszkód. Przegłosujemy go. Potem jest Pre. Jeśli da się zaskoczyć nocą, we śnie, podpisze od ręki, jednej lub drugiej. Gdyby miał dodatkowe dwie, podpisywałby czterema. Wodza też kocha i popiera nasz wniosek o beatyfikację. Oświadczył to z ręką na sercu zaproszonym gościom i dworzanom. Też tam byłem. -Wyjaśnił poseł- sprawozdawca.

– W trybunale wniosek przejdzie bez pudła . Czuwa tam nasza towarzyszka, Klacz Trojańska. To ksywa partyjna. Potem już tylko Watykan. Tu może być jednak problem.

– Daj se spokój. – Odezwał się poseł Su misiowatym głosem. Był trochę ospały, ponieważ długo oglądał w telewizji niedźwiadki koala uciekające w popłochu z drzew eukaliptusowych ścinanych w ogrodzie zoologicznym.

Wszyscy przypomnieli sobie, co kilka tygodni wcześniej oświadczył poseł Szy:

– Wytłuczemy wszelką zarazę żyjącą na drzewach. Nie będzie koala ani żaden inny ptak s .. ł nam na trawnik!

– Ni dzieci nam germanił! – Dorzucił nieoczekiwanie poseł Że, bladością przypominający księżyc zmęczony długotrwałym zaparciem.

Wybiła godzina druga nad ranem. – My też popieramy beatyfikację. – Odezwali się posłowie, którzy właśnie się obudzili. – Nie ustąpimy. Watykan będzie nasz.

– Mamy tam już konia trojańskiego. Pseudonim KT Siwy. Tylko tyle mogę wam powiedzieć. – Wykrzyknął przewodniczący komisji i zaczął bić brawo.

Atmosfera na sali stała się gorąca. Pulpit przewodniczącego był tak rozgrzany, że jajka zaczęły od razu skwierczeć. Rozszedł się zapach jajecznicy ze szczypiorkiem. Posłowie zaczęli wciągać powietrze do płuc i wyciągać sztućce z kieszeni.

Sprawa beatyfikacji Wodza wydawała się przesądzona.

 

Zamiast reklamy autorskiej: