Wakacyjno-patriotyczne uniesienia majowe. Drugi dzień wypoczynku

 

Przed domem był też bocian. Dorodny, stał na straży i patrzył. Zaklekotał kilka razy. Kiedy podszedłem bliżej, zamilkł. Okazało się, że pełnił rolę stracha na żaby i właśnie rozpoczął dyżur.

– Dziś jest trzeci maja – powiedział, dosyć niewyraźnie, bo głos miał dziobowy, przez nos. – Jestem patriotą. Obowiązek przede wszystkim – dodał. Potem usiłował nam wytłumaczyć, jaki to mamy fantastyczny rząd, ale ani ja ani nikt inny mu nie uwierzył, więc zamilkł.

Następnego dnia rano wstałem wcześnie, aby pobiegać. Pies chciał się ze mną lizać. Był bardzo pozytywnie usposobiony, ale odmówiłem. Nie całuję się przed śniadaniem. W istocie rzeczy była to suczka Gaja. Wiadomo, istoty żeńskie są bardziej uczuciowe.

Drugi pies, imieniem Gajusz, był bardziej wstrzemięźliwy. Zachowywał się poważnie. – Rano jest za wcześnie na amory – rzucił mimochodem. Byłem tej samej opinii.

Wyruszyliśmy. Najpierw szedł Gajusz, potem ja, w końcu Gaja.

– Ubi tu Gaius, ibi ego Gaia – odezwała się. Zrozumiałem, bo też uczyłem się łaciny, że chodzi o to, że gdzie jest Gajusz, tam też jest Gaja. 

Kiedy wyszyliśmy na drogę między polami, cisza była taka, że słyszałem własne milczenie. Zagubiłem się w tej ciszy. Poprosiłem psy, aby się odezwały. Przyjęły to entuzjastycznie. Biegaliśmy we trójkę, z tym, że ja chyba najwięcej. Gaja zrozumiała, że jest to bieg sztafetowy, bo nieprzerwanie usiłowała wręczyć mi kijek, znaczy się pałeczkę.

Po południu był obiad, posiłek obfitszy i wspanialszy niż słynne „wielkie żarcie” Marco Ferreri z Marcello Mastroiannim w roli głównej. Zabrakło mi tylko orgii poobiedniej. Wszyscy udawali, że niby są tak najedzeni, że nie mają chęci na figle. – Może innym razem – sugerowali.

Przypomniało mi to historię tureckiego baszy. Po sutym, bardzo obfitym jedzeniu, przyniesiono mu na jednej tacy piękną, półnagą hurysę z haremu, a na drugiej wielkie, czerwone, pachnące jabłko. Basza przenosił kilka razy wzrok z jednej tacy na drugą, w końcu powiedział:

– Nie. Dzisiaj poproszę jabłko.

Najbardziej zapamiętałem krem ze szparagów z lanymi kluskami. Smakiem przerastał ludzkie wyobrażenie. Krem był tak bajeczny, że myślałem, że umrę z rozkoszy. Jeśli tego nie uczyniłem, to tylko dlatego, że nie wypadało wpadać w agonię przy stole z gośćmi. Odłożyłem to na później, ponieważ otrzymałem przepis na krem.

Będę szczery. Wszystkim zalecam pobyt w gospodarstwie agroturystycznym w maju, w dobrym towarzystwie, z dużą ilością opowiadań przy ognisku i alkoholu.

In vino et in spiritu veritas.

 

Kronika narodu wybranego Odc. 8: Premier wygłasza przemówienie o wypędzonych

Gaius Marius na wygnaniu

W pięćdziesiątą rocznicę wypędzenia premier Cudny wygłosił przemówienie na uczelni wyższej.

– Nie takiej znowu wyższej, skoro zdołał się tam dostać – drwiła opozycja, jak zwykle niechętna rządowi i wszystkiemu, co go otacza.

Premier mówił z pamięci, ale czytał z kartki. Robił to dyskretnie, z dystynkcją, z której był znany. Wszyscy cenili go także za powab osobisty i mówienie językami, bo spośród członków rządu tylko on robił to udanie i z wdziękiem. Premierowi chodziło w tym wypadku jednak o dokładność, a nie o wywarcie wrażenia.

– Z wypędzonymi to było tak, że ich wypędzono, ale to nie byliśmy my, tylko obce mocarstwo, które u nas rządziło i opętało umysły ówczesnej władzy, która nie była nasza, choć mówiła naszym językiem. Naszego państwa, ukochanej Nomadii, jeszcze nie było. I tę prawdę trzeba odnaleźć. 

– A kiedy i gdzie pan się urodził, panie premierze? – Zadał pytanie dziennikarz, na którego wszyscy sykali z niezadowoleniem, bo taką datę to zna każdy porządny obywatel. – Przecież pan się urodził w roku wypędzenia. Czy to znaczy, że pan nie urodził się w Nomadii, tylko za granicą?

Premier zamyślił się głęboko, aby przypomnieć sobie szczegóły, co nie przyszło mu łatwo, bo soczewki okularów zaszły mu mgłą wzruszenia i słabiej widział rzeczywistość.

Świadkowie wypędzenia mieli inne wyobrażenia, jak to było, ale i tak to nic nie zmieniło, bo nazwa „świadek” źle się kojarzyła z religią, w której wyznawcy zapominają leczyć swoje dzieci, kiedy w grę wchodzi transfuzja krwi. Sprawa ta miała trochę wspólnego z wypędzonymi, bo oni też byli odmiennej religii, co nie wszystkim się podobało.

Po namyśle Premier powiedział:

– Pytanie jest dobre, nie powiem, nawet o tym kiedyś myślałem, ale umknęło mi to z pamięci. Jak państwo wiecie, jestem patriotą i zawsze chciałbym, aby wszyscy rodzili się w naszym kraju, co nie zawsze jest możliwe.

Po tym wyjaśnieniu premier jeszcze raz się zamyślił i wyjaśnił:

– Co do roku i miejsca mojego urodzenia, to nie mogę się wypowiedzieć. Byłem wtedy za mały, aby to pamiętać. Mogę państwu powiedzieć, jaki był kolor moich pieluch, ale nic więcej nie pamiętam. Potem to już zajmowałem się sprawami poważniejszymi i karierą zawodową, która udała mi się nadzwyczajnie dzięki przewodnictwu naszego ukochanego Męża Czcigodnego.

W dowód uznania dla premiera za słowa serdecznej podzięki i szacunku dla starszych zebrani wstali i wyrazili swój szacunek minutą milczenia. Wcześniej wyszedł z sali naukowiec też starszej daty, który dobrze pamiętał wypędzenie i wypędzonych. Tłumaczył się dolegliwościami wewnętrznymi.

– Kiedy wzrusza mnie przemówienie, zawsze boli mnie brzuch. To jakieś uczulenie. Cholernie tego nie lubię – wyjaśnił z żalem.

Michael Tequila, powieść, poezje, opowiadania, Księgarnia Merlin:https://tinyurl.com/y7cza5nc

Komiks polityczny. Komandor odkrywa w sobie małość. Odcinek 10.

Po południu, kiedy na pokładzie okrętu załoga oddawała hołd Artyście pisanemu z wielkiej litery, który także był patriotą, komandor Jaroszka wyszedł, aby oddać to, co każdy oddaje od czasu do czasu. Wydało mu się to sensowną wymówką.

Artystę znał bardzo słabo. – Podobno jakiś filmowiec. – Przypomniał sobie raczej niechętnie, ponieważ Artysta nie wyrażał się pochlebnie o nim i jego załodze. Było to ze wszech miar niesprawiedliwe i uzasadniało karę, nawet pośmiertną.

Wracając, komandor poczuł w sobie nieskończoną małość. Nie chciał w nią uwierzyć, rozejrzał się więc wokół i wtedy dostrzegł liczne palce wskazujące w jego kierunku i krzyczące: Małość! Małość! Dla pewności spojrzał w lustro w korytarzu i dostrzegł ją także we własnych oczach, i to bardzo wyraźnie. Starał się przypomnieć sobie, odkąd ona w nim żyje i dlaczego, nie znalazł jednak wytłumaczenia.

Później, kiedy myśl o małości wracała doń jak bumerang, zaczął podejrzewać, bardzo niechętnie, że będąc komandorem, dowódcą wielkiego okrętu, można równocześnie być kimś małym, nawet wielkości atomu, opisanego przez Demokryta z Abdery. Podejrzenia tak go zmęczyły, że postanowił zapomnieć o małości. Nie wiedział jednak jak. Przestraszył się, że będzie ona zawsze mu już towarzyszyć, że od niej nie ucieknie.