Sobota. Komentarz dnia bieżącego.

Drodzy Czytelnicy!

Dokonałem wczoraj przeglądu moich utworów literackich w „Bibliotece Opowiadań i Poezji” oraz wcześniejszych. Dokonałem też wyboru. Zawieszam przejściowo prace nad opowiadaniami, skoncentruję się na poezji. Będę uzupełniać wiersze, dodając komentarze do publikowanych na bieżąco oraz tych wcześniejszych. Moim bezpośrednim celem jest wydanie ich w formie książkowej jako zbiór „Oniemiałość”. To mój priorytet.

Znaczy to, ze opowiadania będę dodawać do „Biblioteki” nieregularnie. Kilka opublikowanych wcześniej, poprawię i ponownie zamieszczę w znacznie doskonalszej formie. Zaznaczę to przy tytule.

Zamieszczam poniżej dwa linki do poezji Leonarda Cohena na YouTube, jeden to dobrej jakości nagranie płytowe, drugi to „Tańcz mnie po miłości kres” z polskim słowami lecz muzyką Cohena.

Jako ciekawostkę dodam, Leonard Cohen był pochodzenia żydowskiego, jego ojciec pochodził z Polski.

Pozdrawiam bardzo serdecznie,
Michael Tequila

Cohen Leonard Dance me to the end of Love. Nagranie płytowe. https://www.youtube.com/watch?v=8StKOyYY3Gs   

Cohen Leonard To samo Tańcz mnie po miłości kres (polskie słowa z muzyką Cohena) https://www.youtube.com/watch?v=kW3WM9SKS-w

0Shares

Poezje refleksyjne. Zbiór „Oniemiałość”.

Drodzy Czytelnicy,

Są to  poezje powstałe w Australii. Pochodzą z drugiego (niepublikowanego) tomu zatytułowanego „Oniemiałość”. Może kiedyś dojdzie do wydania książkowego tego zbioru. Mój przyjaciel, Leszek Martyński, opracował już nawet okładkę. Planuję dodawać jeden wiersz każdego dnia.

Moją twórczość poetycką określam mianem refleksyjnej; być może zechcecie się Państwo zgodzić z tą definicją.

Pozdrawiam serdecznie,
Michael Tequila

A ja Cię błagam

A ja Cię błagam, Panie świata,
byś dał mi miłość, czułości lata
i spokój życia, obecność cudu,
a wszystko inne okrył ułudą.

Niech mnie obejmie i tkliwie dotknie,
darzy uśmiechem stojąc w oknie,
choć raz zatęskni za mną ogromnie
i nie zapomni od razu o mnie.

Alegorie

Z czyśćca niepokojów dusze wyjrzą płowe,
oniemiałość czynom odejmie znaczeń mowę,
w królestwie pięknej Wenus i chmurnego Marsa
Idea na tron zasiądzie. Wszystko inne to farsa.

Kiedy już dojdziesz, gdzie każdy dojść musi
i ciężar zmyślony na przejrzystość zmienisz,
ręce cię zaświerzbią i anioł podkusi
byś bezwstydnie dotknął poezji płomieni.

Anioł miłości

Anioł o rękach czystych jak kryształ
skrzydła ukrył w liściach jesieni,
ciała oplątał w nagości zmysłach,
w sercach rozniecił gorączkę płomieni.

Z nieba zstępują ideały,
w kwiatach nasturcji zapach dojrzewa,
mchy rdzawe schodzą z wilgotnej skały,
pierzasty kasztan zaczyna śpiewać.

Bałkany

Ziemia spalona, zszarpana darnia,
szczątki ciał w siebie chciwie zgarnia,
tysiące szczątków, bo niespokojna
nie spocznie, jak długo trwa wojna.

A inne nacje, gdzie luksus syty,
z wojny ściągają haracz obfity
śląc okrucieństwa broni i sprzętu;
nie ich obejmą fale zamętu.]

 

 

 

 

 

 

 

Białe motyle

Zamieć przybyła, dostojna i cicha,
ulicami chodzi, welonami oddycha,
z mroźnych ust białe wzlatują motyle,
fruwają rozbawione, prawią krotochwile.

Do świateł się garną istot miliardy,
w czapy ubierają prawdy i nieprawdy
gwarne ulice, dachy i zielone świerki,
czasem promień odzieją w niewinne iskierki.

W polu zając zdumiony staje w sztywny słupek,
spokojem bieli zachwyca filozof i głupek,
widząc jak ulotne i kruche istnienia
żyją bez niepokoju, wściekłości, łaknienia.

Bóg uczłowieczony

Prostotę życia chce zgmatwać w węzeł
chciwiec, co z bratem się kojarzy,
on chce inaczej, dalej, prędzej,
władza bez granic mu się marzy.

Boga odsunął, sam chce być Bogiem
w wieczny sobowtór powielony,
żywy swój obraz widzi za progiem,
sam sklonowany, chce rodzić klony.

Chemicznym snem zmorzył motyla,
rozsypał kropki wiotkich skrzydeł.
Kto teraz wdzięki będzie rozpylać,
esów floresów uczyć prawideł?

Burza 

Gdy wiatr na suszę się rozgniewa
burzę przyciąga i już ulewa
powietrze siecze w wodniste strugi,
chłoszcze biczami ciekłej szarugi.

Niebo lekkość w ciężarność zwiewa,
traci nagle, ziemię wodami zlewa.
Drzewo się miota w bezsilnym oporze,
gdy je przytłacza żywiołów morze.

Wiatr kubły wody w powietrzu niesie,
ciska na ziemię; ta jęczy, gnie się,
rącze strumienie tną ją żlebami,
ciało jej szarpią wód pazurami.

Wśród mokrych błysków widowiska
wicher rozgrywa gwałtów igrzyska,
a gdy się zdaje, że oszaleje,
nagle przycicha i pokornieje.

Busz australijski

Cichym istotom śpiącego buszu
natura skąpi żywych barw retuszu.
Choć w jej palecie kolorów wiele
tu niepodzielnie rządzą pastele.

Kontynent wyblakł już ze starości,
w słońcu ukochał wygrzewać kości.
Zmęczyły starca żywe kolory,
nęcą przymglonej zieleni wzory.

I tylko ziemia w rudę bogata
czerwień gromadzi wieki i lata,
a gdy barwności ma już do woli
twarz swą rozjaśnia wykwitem soli.

Ileż kontrastów ma buszu uroda,
czarne łabędzie, jezior słona woda,
skóra tubylców osmalona słońcem;
ono tu życia początkiem i końcem.

Chuć

W chłopie dusza żyje zwierza,
stąd mu baba nie dowierza.
Choć sama jej nie możesz czuć,
to wiedz, że to po prostu chuć.

Chuci chłopu nie narzucisz,
chuć to aż w trzewiach musisz czuć.
Bez chuci baby się nie zbałamuci,
choćby cię nawet psem miał kto szczuć.

Owa tajemna chucia to jest coś do odczucia,
coś głębokiego, aż do serca kłucia.
Gdyś sam i czujesz chuć, to lepiej idź i młóć,
bo lepiej jest już młócić niż sam się bałamucić.

A jeśli nadal dręczy cię chuć,
to weź i z siebie ubranie zrzuć,
i zdrowo po łbie się pięścią młóć,
aż zaprzestaniesz cokolwiek czuć.

A teraz, kobieto, zbudź się, zbudź
nie pytaj tylko czy to chuć!

Co mnie przeraża

Niespełniona miłość mnie przeraża
i duch fanatyzmu, deprawator ludzi,
zabójca dziecka, co Boga obraża
i ranek, co radości nie budzi.

Współczesność przeraża, jej ślepa tępota,
co myślącą istotę przemienia w robota,
okrutnik, co ptaka żywego nadziewa,
by wątrobę utuczyć rozpychając trzewia.

Oślepła religia, co nie pomni Boga,
asfalt, gdzie deszcz spijała polna droga,
człowiek, wróg natury dostojnego piękna
i jego kanałów martwota zatęchła.

To poezja protestu, także rozpaczy. W mojej twórczości jest jej więcej. Wiersz był pisany dwadzieścia cztery lata temu, w 1996 roku. Był on prawdziwy już wtedy; dzisiaj jest wielokrotnie prawdziwszy, jeśli można stopniować prawdę.

Wychowałem się na Roztoczu Lubelskim, w Zwierzyńcu, gdzie obecnie mieści się dyrekcja Roztoczańskiego Parku Narodowego. Moje doświadczenia z dzieciństwa to zbieranie grzybów, poziomek, malin, jagód, jeżyn, borówek, orzechów laskowych, kąpiele w rzece i w stawie kąpielowym, gra w piłkę nożną na łące i wielkiej polanie leśnej między sosnami, zimą jazda na nartach, sankach, także na łyżwach. W moim otoczeniu wszędzie była przyroda: wielki park, lasy, łąki, pola, rzeka Wieprz, w której górnym biegu żyły raki (i to jakie!), stawy otoczone drzewami, w tym staw kąpielowy z piaszczystą plażą, oraz zamieszkujące je zwierzęta, ptaki i owady. Doświadczałem przyrody na każdym kroku. Była i jest ona dla mnie czymś żywym, bogatym i znaczącym.

Jestem świadkiem, jak na przestrzeni lat człowiek ogranicza, niszczy i zabija przyrodę. Dzieje się to konsekwentnie od pokoleń, w ostatnich kilkudziesięciu latach uległo fatalnemu przyśpieszeniu.

Moim ideałem jest przyroda, nie człowiek. To tylko jeden z gatunków istot żywych, który przyzwyczailiśmy się uważać na najważniejszy, porównując się nawet z Bogiem (stworzeni na wzór i podobieństwo boże). Nie uważam gatunku ludzkiego, do którego sam należę, za wyjątkowy. Jako jednostki potrafimy być wspaniali i twórczy, jako zbiorowość jesteśmy bezmyślnymi chciwcami, grabieżcami i głupcami o skłonnościach samobójczych. Nadal nie rozumiemy, że przyroda (natura) jest czymś świętym, jest wspólnym domem wszystkich żywych istot na naszej planecie.

Człowiek i ptak

Upał. Ziemia płonie.
Popalone twarze, poparzone dłonie.
Uderzenia słońca. Kosmiczny wybuch gazu.
Puls żyły rozrywa. To z ognia nakazu.

Drzewo. Ptak zastygły. Dziób szeroko otwarty
żarem oddycha. Wzrok mgłą niezatarty.
Żyje. W cień spływa i szuka ochłody.
O, mądrości przyrody!

Plaża. Pełnia wolności. Nikt tu nie zapędza.
Przyjdziesz, twoja decyzja. Ignorancji nędza.
Być piękniejszym. Skóra koloru spragniona.
Plamki. Potem melanoma.

Znowu upał. Ziemia płonie i powietrze płonie.
Krew. Popalone twarze, poparzone dłonie.
Jakaś zabójcza zmiana. Jakaś przyczyna nowa.
To przestrzeni nowotwór – dziura ozonowa.

Klimat coraz gorętszy.
Czy to przeciw życiu słońce się sprzysięga?
To człowiek. Jego arogancja.
Atmosferyczny śmietnik. Pociągi dwutlenku węgla.

Ptak. Trwa. W cień spływa i szuka ochłody.
O, mądrości przyrody!
Człowiek. Ozonu destrukcja, słońca eksplozja
i rozpaczy rzeka. O, szaleństwo człowieka!

Droga do Europy

Rodacy!
Rozejrzyjmy się wokół przytomnie,
zapytajmy: Co nas tam ciągnie?
Europa jest za daleko!
Tam nie płyną razem i wóda i mleko!

Czy nam jest źle tu, w tym kraju?
Czy my naprawdę musimy do raju?
Czy musimy bić komuś pokłony?
Nasz prezydent da nam miliony!

Rozejrzyjmy się najpierw, gdzie schludniej!
Może lepiej na Wschód lub Południe?
Zapytajmy, gdzie blisko nam duchem?
Tam, gdzie dobrobyt tworzy się obuchem!

Bracia!
Nie dajmy się zbałamucić!
My ze złej drogi musimy zawrócić!

Droga przez wydmy

Biegnie przez wydmy. Ciągle w górę,
wyprzedza myśli, dogania chmurę,
słońce mu liże twarz promieniami,
dyszy zmęczone jak pies zziajany.

Przysiadł znużony na gorącym piasku,
ziemia paruje plamami blasków,
kobieta żywa, choć urojona,
wyciąga smagłe, tęskne ramiona.

W sercu jej przyniósł trzy tulipany,
skrył je głęboko, zakłopotany.
Dostojnie kroczą wzgórz wielbłądy;
miłość to radość – on jest przesądny.

Dzień zmarłych 

Świetliki nocy przywracają żywym
ojców i matki, dzieci i braci,
w słowach modlitwy i wzruszeniu tkliwym
wracają bliscy, których każdy traci.

Kamień nagrobny zwodzi pozorem
trwałości. Ileż wytrwa kruchy cement,
nim pod upartych dni naporem
w ziemię też zrzuci prochu brzemię?

Tu nie ma życia. Tam jest życie,
gdzie nie ma bólu i żalu rozstań,
w obliczu Boga, na jasności szczycie,
gdzie niepojęta, ostatnia przystań.

Francisco Goya

Gdy umysł zasypia, budzą się potwory,
zaludniają rozpierzchłych pagórów ugory,
serce zbroi się w kaptur i zgęstniałą togę;
prawda nie spłonie – ja płonąć mogę.

Sędzią mnich obłąkany miłością do Boga,
kielich dym napełnia, unosi go trwoga.
Na płomiennych ołtarzach łkają innowiercy,
milknące oczy bluźnią samemu bluźniercy.

Fraszki

Ukochałem szczerze fraszki,
umysłu figlarne igraszki,
śpiewne jak kanaryjskie ptaszki,
wiotkie przezroczystością ważki.

Fraszka zwana figielkiem,
stworzonko żeńskie, niewielkie,
zabawne jak młoda kotka,
rodzimej mowy to trzpiotka.

Fraszki przedziwna władza
drętwotę języka rozsadza,
szorstkość ukwieca w aksamit,
trafność przemienia w dynamit.

Pozornie niewinna fraszka
to tylko aktorska maska,
co prawdę za słów poradą
za żartu ukrywa fasadą.

Gdy piękno cichnie

Istnieć przestańcie, marzycie zbyt skromnie!
Gdy piękno wokół cichnie bezpotomnie
a kruche ślady wątleją w złudzenie,
wy oczu tajemnic gasicie pragnienie.

Kiedy już, Panie, każesz mi

Kiedy już, Panie, każesz mi umierać,
pozwól się dojrzeć choć przez mgłę,
wtedy już wszystko możesz mi odbierać,
bo ja przemycę nadziei łzę.

Chciałbym Cię dotknąć choćby przez mgnienie
plamką, co błyszczy skrzydłem motyla,
zanim zapadnę w snu zapomnienie,
śniąc, że przemija wieczności chwila.

Wytrwale ścigam przez szorstkie rżyska
życie, co tylko rodzi tęsknotę i żal;
czemu ma droga niepewna i śliska,
gdy innym ścielesz jedwabiów szal?

Koniec świata

Góry się rozwierają, powietrze się burzy
i płonie czerwienią – barwą krwawej róży.
Słup ognia wystrzela, płomień się rozrasta
i w nicość obraca lasy, domy, miasta.

Los koniec odmienił w prapoczątek ziemi,
skały płyną stopione śród żółtych płomieni,
gaz zwęgla powietrze i pyły rozwleka,
życie kona rozdarte, duch z niego wycieka.

Rzeka unosi się w górę, obłokiem się wzbija,
przestwór ognia ją chłonie i chciwie wypija.
Niedostrzegalny atom w proch też się rozpada
czarny – światła wygasiła kosmiczna zagłada.

Z krańców galaktyki tajnej mocy ręka
zgniata kulę ziemską, która z hukiem pęka,
jej szczątki ulatują w Gwiazdozbiór Kangura
i nikną powoli – wsysa je czarna dziura.

Z odrobin i pyłów nowy byt się tworzy,
miliardy lat kołuje w pierścieniach przestworzy,
nim znów duch go scali – pan wszechświata,
co kryje się w kosmosu bezgranicznych latach.

Korzenie niepokoju

Ból jak drzewo korzeniami wrasta,
wiatru niespełnień rozsypała się struga,
łzy kochanka gubi milcząca niewiasta,
w inną przeistacza; odchodzi i druga.

Kwietne szaleństwo

Czy są wdzięczniejsze polne kwiaty
nad polskie chabry, maki, bławaty?
Kolory w zboża dziki wiatr wwiewa,
Stwórca ogrody swoje obsiewa.

Na niwach tańczą wonne storczyki
wiatru słuchając cichej muzyki.
Kolorem lila płoną ostróżki,
drżą drobne listki, łodyżek nóżki.

Kwiat łąk podmokłych – żółte kaczeńce
jak panny chylą swych płatków wieńce.
W rosie się kąpie z wczesnego rana
kaczęcość wiatrem rozkołysana.

Gdy ciepłym latem idziesz miedzą
i wonność wdychasz – kwiaty cię śledzą,
ich dzikie piękno wzrok twój omamia,
czarem cię wabi i w siebie wchłania.

Oddaj się cały, odwróć swą rolę,
zamień niewolę w kwietną swawolę,
wśród łąk i lasów pachnących alej
rzuć się przed siebie, kwietnie oszalej!

Milczę

Milczę. I ocean milczy, ponury, bez blasków,
bez pasm kolorowych w promieni potrzasku.
Wiatr fal rozmowy przemienił w westchnienia;
pragnę spełnienia marzeń, lecz nie ma spełnienia.

Przestwór zobojętniał, snuje się nijaki,
mewy lotność zgubiły, błądzą jak majaki,
plaża poszarzała, posmutniały piaski,
w rozpaczy umysł tonie, świat marnieje płaski.

Miłość utulona

Modry czas mija słońca spotkaniami,
śniegiem w górach i popiołem nocy,
czekam, aż się objawisz pieśnią nad pieśniami,
niewinnością, co nigdy nie znała przemocy.

Czuję i widzę, wciąż biegniesz przede mną,
obraz ciepły, tak bliski a taki daleki,
serce się buntuje skołtunioną wełną,
niepokornie wsiąka w dno zdradliwej rzeki.

Stąpasz wystrojona w kwiatów szaty wdzięczne,
to bzem pachniesz, to mamisz uśmiechem,
twe postacie tańczą ulotne, tysięczne
i błądzą zwiedzione pomylenia grzechem.

Czasem przychodzisz nagle, w usta mnie całujesz,
gubię się we wzruszeniu, tulę cię w ramionach,
wiem, że choć cię nie ma, to jednak mnie czujesz,
tyś miłość niedoznana, chociaż utulona.

Mosty z Awignonu

Mosty z Awignonu wychodzą z historii,
na skrzydłach melodii ożywa sukni czerń,
pod przęsłami wiosny płyną w euforii,
po gwiazdach nadchodzi rozpalony dzień.

Winnica, w którą dłonie zanurzał Zbawiciel,
nie pachnie, z winogron kiści uleciało słońce
i z zieleni zdjęło rozblasków poszycie;
symboli czasu pilnują niewinne zaskrońce.

Zwykłe życie wzbiera falami pragnienia,
w ciszy się zamknęły sen i urojenia.
Serce szuka miłości, lecz znajduje słowa,
świat osacza mowa, niepojęta mowa.

Na dworcu kolejowym

Kochajmy perony. Źdźbła w betonowiskach,
zagony kończyn ćwiczą biegów igrzyska,
oczy czarne nad ostrym obcasem
kołyszą biodrami podążając nóg lasem.

Tutaj samoistne dyżurują byty,
brzuchy roztyłe, papieros rozpity,
wąsy nad białych kart postumentem,
koczują w przestrzeń torów wciśnięte.

Czas w pudłach wjeżdża na perony,
wbiegają młodzieńcy, zstępują matrony,
graffiti za szybą obelgą ocieka,
mury zalewa bezsensu rzeka.

Noc na kempingu w Busselton

Lampa nocą – słońca ubogie złudzenie,
dziwak, co w niebo układa drzew cienie,
mroków gęste szaty mierzy promieniami,
biedak, co światła żyje mikrookruchami.

Opos krótkonosy, mały oprych nocy,
wyłazi ogłupiały i przeciera oczy;
nie widzi, co ukochał, czyli wora ciemni,
brzydzi go jasność, mało w niej tajemnic.

Białe płatki kwiatu pieprzowego drzewa,
noc im równie miła jak świateł ulewa,
spadają zapomniane miniaturki słońca,
bawią się wędrując, wirują bez końca.

Na niektórych duchownych

Kapłan, płatny urzędnik, obrzędy odprawia,
papierowym słowem z grzechem się rozprawia.
Apostolską pasją nie splami swej wargi,
milczy duch kaznodziei, płomiennego Skargi.
Pieśń intonuje żałosną plebejskiego tonu,
co skona nim dosięgnie Najwyższego tronu.

Na promenadzie

Na promenadzie wózek z lodami
bakaliowymi kroczy kołami,
korce słodyczy toczą się echem,
w oczach maluśkich lśnią uśmiechem.

Codzienność zdarzeń świeża i czerstwa,
w morzu topi codzienne oszczerstwa,
albo się wyrwie jak Filip z konopi,
by w gorzkiej wódce niepokój topić.

Na ławce urojeń samotnik się sądzi,
tłum przed nim w rozmowach brodzi,
on w zamyśleniu własnym zabłądzi,
z utartych ścieżek nad krawędzie schodzi.

W aureoli tęsknota skrzydlata
żyje i na spełnienie czeka,
ku Bogu rwie się zagubiona dusza,
prostaczych pragnień uwznioślona rzeka.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nad Jeziorem Alberta

Jezioro wiatr omiata, spóźniony i chłodny,
dzień chmurny, deszczowy, wydarzeń niegodny.
Ptaki o tym nie wiedzą, łączą się w gromady
i na przekór pogodzie odbywają parady.

Czy widziałeś kiedyś pelikanów sznury,
jak spływają w jezioro spod nawisu chmury
na białoczarnych skrzydłach rozwartych jak żagle,
co nie drgną, nawet, gdy wiatr uderzy je nagle?

Żeglują nad jeziorem powietrzne okręty,
wielki dziób odchylony, przód zgrabnie wygięty,
przypominając z oddali węzłowate sznury
przesuwane w przestworzu prawami natury.

Kiedy wiatr je unosi tuż, tuż nad falami,
bryzgi wody muskają białymi brzuchami.
Myślisz, wdzięk bezgłośny szybuje w bezruchu;
to oczy chłoną piękno nie angażując słuchu.

Nadrzeczna mgła

Nie mogę powstrzymać się od komentarza, że jest to jeden z moich najulubieńszych wierszy, niezwykle nastrojowych. 

Mgła błękitnoszara rozwleka nastroje,
mota je w lepkości rozmazane zwoje,
dumny wiatr klei do nagiej skóry drzewa;
milczy, w liściach nie szemrze, nie śpiewa.

Mglistość drobiny światła przyciąga i chłonie,
przesącza powoli poprzez lepkie dłonie
i rozmiękłe na krzewy zwilgotniałe kładzie
równo, nie w słońca kontrastów nieładzie.

Rośliny milczą w pejzaż mgły wtopione,
kwiat oczy przymyka smutkiem podkrążone.
W pustkowiu ciszy zwilgły ptak zakwili,
jedyna kropla dźwięku w nostalgicznej chwili.

Nagrzane cienie

Na plażę strojne wbiegają blaski,
słońc zachodzących zapomnienie,
w wodzie spalają się iskier trzaski,
w morze nagrzane schodzą cienie.

Stąpam po grani kruchej ciszy,
zanurzam w falę odurzenia;
wzgórz cisza serca bicie słyszy,
serce słyszy wzgórz westchnienia.

W ręce chwytam naręcza promieni
– drgające, żywe, złotem tkane nici –
i na ołtarzu składam kamieni,
niech kamień życiem też się nasyci.

Chłodu arbuza smak słodko-winny
pełza po dłoni i do ust się lepi,
dotyk kropli odrywa się zwinny
i w piasek wsiąka nastrojem sepii.

Zapach kobiety płynie ponętny,
roznamiętnione budzi wejrzenie,
nastrojem ramion pełnych i chętnych
na ciepłym piasku splata dwa cienie.

Nie szukaj Boga 2020 05 20

Nie szukaj Boga, on jest wszędzie,
w Matki Teresy miłosiernym czynie
i w spadających wód obłędzie,
to, co jest wielkie, nie przeminie.

Patrzę w światło, jak o chłodnym świcie
różanych kwiatów zapachy mnoży
i skrzące krople rozwiązuje skrycie;
milczę, mnie tylko godzi się ukorzyć.

Oczy zogromniałe w lazurowe niebo
błądzą po wzgórzach, gdzie lśni zamyślenie,
owad-czarodziej sieć misterną przędzie;
nie szukaj Boga, on jest wszędzie.

Od dzisiaj żłopię

Od dzisiaj żłopię jak ten cham,
upijam się na umór,
wódę kuflami od piwa chlam,
utrwalam szklankami rumu.

Kiedym wstawiony, poezją łkam,
serdecznym wzruszeniem szlocham,
pięknieję w oczach wrażliwych dam;
za tę wrażliwość je kocham.

Potocznej mowy odrzucam szlam,
wykwintne dobieram słowa,
oprawiam w rymy złoconych ram;
artysty kieliszka to mowa.

A gdy w delirium ostatnim drgam
i mózg dopala wzruszenie,
na mowy plebejskość po prostu plwam;
ja wieszcza już jestem wcieleniem.

Oli P.

Widzę Cię, Panno Młoda,
w białych muślinów powiewach,
ciesz się, Twoją dziewczęcość
sen o miłości rozwiewa.

Lecz nie zapomnij o sobie
oddając się uczuć niewoli,
bo rozpacz gorzką odkryjesz,
która Cię bardzo zaboli.

Życzę Ci pełni szczęścia
oraz miłości spełnienia,
a gdyby troski nadeszły,
daru ich zapomnienia.

Życzę powiewów wiosny,
słońca promiennych nastrojów
i dzieci, co szczęściem Ci będą
i źródłem niepokojów.

A jeśli smutek w Twym sercu
nie daj, Boże, zagości,
pociechą służyć Ci pragnę
mojej nieśmiałej miłości.

Panna młoda, Ahmedabad, Gujarat, Indie

Oto stoję na brzegiem

Oto stoję nad brzegiem, u skraju urwiska,
ocean huczy w dole, gejzerami tryska
i myśl upartą kuje; jakiż człek jest mały,
gdy go ocean otoczy i odwieczne skały.

Objął mnie mocarz szumnych fal ramieniem,
cichością się stałem i myśli skupieniem.
Gdy poczucie nicości w sercu już rozpalił,
odszedł milczący w zapomnienie fali.

O, rodzaju ludzki, co żyjesz złudzeniem,
że wieczność obdarzysz dumnych czynów mieniem,
niespokojnych pokoleń przeminą tysiące,
pozostaną tylko ocean i słońce.

Podróż w zapomnienie

Żegnajcie myśli doszczętnie przeżute,
dni przeżywane pod rozkazów nutę,
czasie mierzony zegarka godziną;
wasze obrazy w zapomnieniu giną.

Witajcie równiny, przestrzenie otwarte,
gwiazd księgi w nocy granacie otwarte,
witaj czasie bezkresny swobody podnietą,
pełnio obcowania z cielesną kobietą.

Duchu, co żyjesz w wielkomiejskim tłumie,
wolność uwięziłeś w bezwolnym rozumie,
odchodzę w nieznane, uciekam przed tobą,
by znów stać się sobą, po prostu sobą.

Rezerwat Onkaparinga, Cz 1

Busz, co okrutne słońca przemienia
w krwi pulsowanie żywego stworzenia,
kontynentowi pustyń i mitów
zielonych przydaje aksamitów.

Na lustrze rzeki wiatrów wachlarze
tchnieniami budzą faliste miraże,
albo jak ryba płetwą je mącą,
gdy zimnym skrzydłem mocniej potrącą.

Czerwonogrzbiete, rosłe kangury
skokami tłoczą śladów sznury.
Żwawo pną się dwunogi samcze
na wichrowatych wzgórz podzamcze.

Suche szpikulce, igły i drzazgi
rwą się do ciała żywej miazgi.
Tubylcy ostre mijają progi,
obcy boleśnie rani nogi.

Martwy pasożyt – czarna jemioła,
kształtami zwierząt i ptaków woła.
Życie fałszywe w konar tłoczy,
gdy go ozdabia w sękate oczy.
Żyje ptak buszu w konar zaklęty,
milczy, zdrewniałym snem śnięty.

Wdzięk ptasiej szyi oraz głowy,
tkwiący wśród sęków splątanej mowy,
wicher odrywa od tła błękitów,
na ziemię zwala z szumiących szczytów.

Garbatą krechą ścieżkę przeszywa
korzeń – żywej gałęzi alternatywa,
co ze współbraćmi w głąb się rozwiewa
w drugą, stężałą koronę drzewa.

Zaciąga nad nią barwną zasłonę
mikroskopijny, milczący dzwonek;
nadziały na się kolczaste krzaczki
zwielokrotnione, krwiste kubraczki,

W królestwie buszu poszumnej cisz
wrzask zgrzytliwością nagłą dyszy;
to ludzki wtargnął barbarzyńca,
by burzyć spokój duchów zwierzyńca.

Przyroda Australii, zwłaszcza jej roślinność, to temat szczególny, także mojej poezji. Cytuję Wikipedię: „Australia stanowi osobne państwo roślinne (Australis) o swoistej florze, z dużą liczbą endemitów (np. 750 gatunków eukaliptusów i 450 gatunków akacji)”. Endemit to gatunek rzadko spotykany, unikatowy dla danego miejsca, występujący na ograniczonym obszarze.

W Australii przeważa roślinność typowa dla klimatów suchych i gorących. Wnętrze kontynentu zajmują pustynie piaszczyste (bez roślinności) oraz półpustynie ze słonoroślami i kolczastymi krzewami (karłowate akacje, eukaliptusy, kazuaryny i inne) tworzące tzw. skrub.

Moje wspomnienia z Adelajdy i dużej południowej części Stanu Południowej Australii to upalne lata, przeważnie bez deszczu, pożółkła i zbrązowiała roślinność, dużo usychających drzew, ostre kolczaste krzewy, rośliny solniskowe (odporne na zasolenie), oczywiście także lasy eukaliptusowe. Mój dom stal przy parku, za którym był strumień Dry Creek wypełniony wodą po brzegi po intensywnym deszczu w okresie zimy, i kompletnie suchy latem, z brudnymi kałużami lub plamami wilgoci, z których sterczały poskręcane korzenie drzew.

Przypominam sobie też las w Second Valley, ponad sto km na południe od na południe od Adelajdy. Poczułem się tam jak na Roztoczu Lubelskim: wysokie sosny (gatunek kanadyjski) bardzo podobne do polskich, paprocie no i grzyby, rydze i maślaki. Pochodzę z rodziny grzybiarzy. Takich rydzów jak w Second Valley w życiu nie widziałem. Pierwszy raz to był szok: rosnące obok siebie rydze wielkości talerzyka deserowego, każdy z nich zdrowy, nienaruszony przez robaki lub ślimaki. W ogólne ich nie braliśmy, ponieważ było mnóstwo mniejszych. Podobnie z maślakami, tych było jeszcze więcej.

Australijczycy grzybów nie zbierali. Jeśli ktoś wychodził z lasu z wiaderkiem lub dużym koszem, było prawie pewne, że to Polak lub Czech. Mam też przed oczami scenę: las, głównie sosnowy, jak w Polsce, rydze, paprocie. Mógłbym spodziewać się zobaczyć sarnę lub zająca, a tu niespodzianka: dwa młode kangurki kicające bez pośpiechu po otwartej przestrzeni wyciętego fragmentu lasu.

Rozpacz

Troskę w niepokój przetwarza,
cierpienie cierpieniem pomnaża,
serce bólem rozdziera,
myśl o szaleństwo ociera,
udręką spływa i szarpie;
rozpacz – zmasowane harpie.

To obraz Vincenta van Gogha, który sam chorował na depresję..  

Ten wiersz to poetycka forma wyrazu uczuć depresyjnych. Depresja oznacza niemoc, sytuację, w której człowiek pragnie i chce coś zrobić, a równocześnie nie starcza mu woli i sił na wykonanie. Efektem jest frustracja. Cytuję fragmenty Wikipedii „ Frustracja to zespół przykrych emocji związanych z niemożliwością realizacji potrzeby lub osiągnięcia określonego celu… Czasem frustrację definiuje się jako każdą sytuację, która wywołuje nieprzyjemne reakcje: ból, gniew, złość, nudę, irytację, lęk i inne formy dyskomfortu… Frustracja prowadzi do próby pokonania przeszkody, jeśli się one nie powiodą pojawia się agresja, regresja lub apatia”.

Zachęcam do zapoznania się z teorią depresji-agresji, ponieważ jako społeczeństwo jesteśmy na drodze szybkiego rozwoju zaburzeń depresyjnych. To cena, jaką płacimy za dobrodziejstwa postępu cywilizacyjnego: szybciej, łatwiej, więcej. Epidemia koronawirusa tylko temu sprzyja.

Rozstrzelanie

Z deszczem i słońcem przyszło rozstanie,
Bóg drzewo skazał na rozstrzelanie
Piorun je ogniem z nieba poraża,
okrywa czarnym kirem cmentarza.

Nie całe życie ogień spopielił,
z korzenia młody pęd się oddzielił
i przyszła drzewa reinkarnacja,
ziemi nad niebem zwycięska racja.

Pożary lasów i buszu to stała cecha Australii. Przed kolonizacją kraju przez Brytyjczyków powodowane one były przez wyładowania elektryczne w czasie burzy, a także przez Aborygenów dla odnowienia życia biologicznego. Dzisiaj częściej wywoływane są przez człowieka, przypadkowo lub celowo. Piromaniaków nigdy nie brakowało.

W czasie podróży po Australii wielokrotnie widziałem spalone, nadpalone i osmalone drzewa. To niezwykły obraz: z czarnego spalonego pnia wyrastają młode, zielone pędy. Żywotność roślin w Australii jest nadzwyczajna. Nie jest to jednak cała prawda. Tylko nielicznym udaje się przeżyć. Jeśli dobrze sobie przypominam, na sto tysięcy nasion eukaliptusa, tylko z jednego wyrośnie dorosłe drzewo. Nasienie to zarodek życia. To przypomnienie dla tych, którzy myślą o zarodku jako świętości. Natura tego nie potwierdza.

Równina Nullarbor

Pora upalnej sjesty, milczenie zieleni,
na suchym pniu drzewa jasny pęd się pleni.
Cisza zastygła w bezruchu, głęboka zaduma,
odchodzenie z życiem pogodnie się kuma.

Drzemiącą równinę nagły krzyk ożywia
papug skrzekliwych; linia ich łamliwa
błękit oprawia w drżące ruchu ramki
i ubiera w skrzydeł kolorowe plamki.

Asfalt skwarem paruje i pnie się do góry,
z wyżyn zstępują pobielane chmury
i łączą się z drogą w tajemne istnienie;
ta przestrzeń nieznana … to me przeznaczenie.

Ten widok mam stale przed oczami. Jechałem samochodem po Eyre Highway w kierunku Australii Zachodniej. Powietrze intensywnie falowało nad rozgrzanym asfaltem. Widać to szczególnie wyraźnie, kiedy droga idzie nieco pod górę. Jezdnia w perspektywie jest wtedy na wysokości oczu. Moim domem był samochód i przyczepa kempingowa. Szeroka, pusta droga ciągnąca się w błękitną przestrzeń, upał, niebo, parujący asfalt i przypadkowe stadko papug to był cały świat. PS. Na trasie Adelajda – Perth jest najdłuższy w Australii prosty odcinek drogi, 280 km. bez najmniejszego zakrętu.

Siebie wykrzyczeć

Złote jaszczurki pełzają po krawędziach snu,
usta powieki budzą pieszczotami tchu;
miłość noc uwięziła za drzwi fortecami,
pytania odeszły oddechów krokami.

Pragnę siebie wykrzyczeć,
ból, nagość, tęsknienia,
odwołać prawdę, że nie ma
miłości spełnienia.

Autor: Michael (Michał) Tequila
Maj 2020

W księgarniach jest pierwszy zbiór poezji Michael Tequila: Klęczy cisza niezmącona„, wydanie książkowe i e-book.

0Shares

Biblioteka Opowiadań i Poezji. Lista i daty publikacji.

Polecane

Drodzy Czytelnicy!

Wszystkie moje utwory udostępniam na zasadach dozwolonego użytku prywatnego określonego „Ustawą z dnia 4 lutego 1994 o prawach autorskich i prawach pokrewnych” plus nowelizacje.

Aby wybrać konkretne opowiadanie zapamiętaj datę jego publikacji a następnie kliknij ją na kalendarzu po prawej stronie ekranu.

Mechanizmy zmiany miesiąca i roku są tuż pod kalendarzem. Na stronie opowiadania najłatwiej poruszać się przesuwając suwak (mały kwadracik) znajdujący się tuż przy prawej krawędzi ekranu. 

Życzę miłej lektury,
Michael Tequila

30 05 2020 Sobota. Komentarz dnia bieżącego. Dodatek: Leonard Cohen.
22 05 2020 Znak pokoju. Opowiadanie kryminalne. O relacjach małżeńskich i rodzinnych. 4380 wyrazów. 
20 05 2020 Poezje refleksyjne. Zbiór „Oniemiałość”.  Każdego dnia dodawany jeden wiersz. Aktualizacja 31 05 2020 (niedziela) godz. 08.50. W zbiorze jest już 6 autorskich wspomnień i komentarzy do wierszy. 
19 05 2020 Natręt. Opowiadanie kryminalne, jednoczęściowe. O dwóch mężczyznach na przystanku autobusowym. 1620 wyrazów.
14 05 2020 Papier. Opowiadanie fantastyczne. 2 odcinki (całość) 1520 wyrazów.
07 05 2020 Email Czytelniczki – odpowiedź i podziękowanie. Także o  planach wydawniczych na rok bieżący.
02 05 2020
Głowy w autobusie do Jaipuru.
Opowiadanie. Odc. 16 – 24.
01 05 2020 Była noc. Miniopowiadanie.
29 04 2020 Prezydent Zrzeszenia Wszystkich Nafciarzy. Opowiadanie. O życiu wysokiego funkcjonariusza w dobie pandemii. 890 wyrazów.
20 04 2020 Osiedle Panorama. O pijącej młodzieży, jej problemach i wyzwaniach. Całe opowiadanie, 6 odcinków. 6470 wyrazów.
18 04 2020 Niepokorny świat Izydora Czyżyka. Opowiadanie fantastyczne. 3 odcinki, wszystkie. 3050 wyrazów.
16 04 2020 Refleksje pisarskie Gabriela Garcii Marqueza. Odc. 1-4.
14 04 2020 Wirus i sukcesja. O wpływie Wirusa YZ i walki o władzę na społeczeństwo i obywatela. Opowiadanie seryjne. Odc. 1 – 18 i 19 dodany 19 04 2020 godz 22.45
13 04 2020 Polowanie. Opowiadanie kryminalne. O zabójcy z wyrachowaniem. 5200 wyrazów. 
07 04 2020 Koniec świata. Opowiadanie fantastyczne. O człowieku,
który przeżył koniec świata. 1920 wyrazów. 
26 03 2020. Dziewczyna z pieskiem. Opowiadanie jednoczęściowe. O miłości do ludzi i zwierząt. 1540 wyrazów.
22 03 2020 Aleksander Cumagin Sake. Opowiadanie, wszystkie odcinki (1-3). O prezydencie, który marzył o koronie imperatora. 2640 wyrazów.
20 03 2020 Jalapo Umota, Inuit z charakterem. O niezwykłych losach autochtona z Labradoru. Opowiadanie science-fiction. Odcinki 1 – 11, wszystkie. 9700 wyrazów.
05.03.2020 Goryl. O partii i człowieku przypominającym małpę. Opowiadanie, wszystkie odcinki (1 – 5), 3850 wyrazów.
01.03.2020 Miniatura z kolibrem. O pocieszeniu w codziennym życiu. Opowiadanie jednoodcinkowe.
28.02.2020 Wypożyczalnia psów. O zmiennych losach kynologa kochającego psy. Opowiadanie, wszystkie odcinki (1 – 6). 5900 wyrazów. 
26.02.2020 Instrukcja obsługi pejcza. O walce arystokraty francuskiego z bólem i bezsennością. Opowiadanie, wszystkie odcinki (1 – 9). 6800 wyrazów.
05 02 2020 Niedziela z Alberto. O miłości i ludzkich postawach. Opowiadanie erotyczno-kryminalne. Wszystkie odcinki (1 – 4). 3718 wyrazów.
29 01 2020 Dziwna noc mieszańca etnicznego. O szalonych przeżyciach nocnych starszego mężczyzny. Opowiadanie jednoodcinkowe.
21 01 2020 Głowy w autobusie do Jaipuru. Egzotyczna wyprawa do Indii i Nepalu. 15 odcinków publikowanych w różnych terminach. Opowiadanie w trakcie uzupełnień i konsolidacji. 
19 01 2020 Nowy wymiar ewolucji. O technologii zastępującej ewolucję, odc. 1 – 4, wszystkie. Tekst zaktualizowany. 
14 01 2020 Sierżant Baba. O wojskowym szkoleniu dzieci.  
06 01 2020 Patriarcha Anastasio Gerylas. O walce hierarchy kościelnego z Trójcą Zła. 
20 12 2019 Pies gończy słowa mówionego. O społeczeństwie bliskiej przyszłości. 
11 12 2019 Automat. O człowieku bez poczucia czasu i woli.
10 12 2019 Galeria handlowa. O wzrastaniu mężczyzny na widok kobiety.
07 12 2019 Nienawiść organiczna. O nienawiści do własnego ciała. 
20 10 2019 Przebudzenie w przyszłości. O pokoleniu śmieciowym roku 2040.
25 09 2019 Pamiętnik dojrzałego świrusa. O dostosowywaniu się do rzeczywistości. 
16 09 2019 W nocy wymyśliłem sobie diabła. O diable podobnym do człowieka.
07 09 2019 Broda. O męskim życiu bez miłości i uwielbienia.

Pod tym linkiem znajdziecie Państwo wszystkie moje książki w Empiku, także w wersji ebookhttps://tinyurl.com/y52br67b 

0Shares

Polowanie. Opowiadanie kryminalne.

Zima zaczęła się znacznie wcześniej, prawie w połowie jesieni i była znacznie dłuższa niż kiedykolwiek, mroczna i mroźna. Temperatura utrzymywała się poniżej wieloletnich notowań. Światło słoneczne prawie znikło, ludzie wyjeżdżali do pracy w ciemnościach i tak samo wracali. Niektórzy nie mogąc poradzić z okropnym zimnem i ciemnością upijali się, brali leki, myśleli nawet o samobójstwie.

– Takiej zimy to nawet najstarsze wieloryby nie pamiętają. – Sven Larsen lubił takie powiedzenia. Był to jego sposób żartowania. Wyglądał zresztą na człowieka, który nie umie inaczej żartować: mocnej budowy, nieśpieszny w ruchach, długie włosy opadające na ramiona, gęsta, zmierzwiona broda, wąsy i nieco ociężałe spojrzenie.

Mimo tego, że dobrze radził sobie zimą, tym razem nie powiodło mu się, został sam w domu, bez rodziny. Arne, wyjeżdżając z dziećmi do swojej matki powiedziała mu na odchodnym:

– Jesteś nie do zniesienia. Wkrótce zamęczyłbyś nas, najpierw mnie, potem dzieci. Musisz się leczyć. Ja nie mogę żyć w takich warunkach.

Długa i ostra zima wyjątkowo źle wpływała na wszystkich. Ludzie ratowali się jak mogli. W domu, po powrocie z pracy oraz w czasie weekendu, Arne postępowała podobnie jak inne kobiety, podejmowała środki zaradcze. Tłumaczyła mężowi:

– Jest tak ciemno, że wyć się chce, mimo, że mieszkamy w Norwegii od zawsze i powinniśmy być przyzwyczajeni. Dlatego ubieram się kolorowo, zasłaniam okna, zainstalowaliśmy przecież w tym celu specjalne zimowe zasłony, zapalam wszystkie światła, dodatkowo nawet świece dla poprawy nastroju. Kiedy tylko jest to możliwe staram się wychodzić na zewnątrz między jedenastą rano i drugą po południu, aby łyknąć trochę słońca. Korzystam także z solarium. A co ty?

Namawiała Svena:

– Idź chociaż do solarium, pamiętaj tylko, aby zachować ostrożność. Nie opalaj się intensywnie, przynajmniej na początku naświetlaj się jednorazowo nie dłużej niż cztery, pięć minut.

Prawie wszystko, co mówiła i robiła Arne, Sven nie odbierał tak, jak dawniej, kiedy jeszcze chodzili ze sobą i łatwo im było porozumieć się. W weekendy, zamiast siedzieć w domu razem z żoną i dwójką dzieci, które bardzo kochał, wychodził na dwór i przy świetle żarówki rąbał drewno, albo wyjeżdżał do domku nad fiordem, kilkadziesiąt kilometrów dalej na północ i tam spędzał czas, zajmując się Bóg wie jakimi sprawami.

Namówiony do skorzystania z solarium, wbrew ostrzeżeniom żony i zaleceniom pracowniczki zakładu, już pierwszego razu naświetlił się tak intensywnie, że doznał poważnego poparzenia skóry. To jeszcze bardziej zniechęciło go do żony. Uznał, że niepotrzebnie przekonywała go do solarium, skoro nie miał na to najmniejszej chęci.

Rozbieżne poglądy małżonków coraz częściej doprowadzały do sprzeczek; Sven uznawał je za normalne różnice zdań między mężem a żoną, ona zaś za nienormalne zachowanie z jego strony. Rozmawiała o tym z koleżankami, ich mężowie postępowali inaczej niż Sven.

– Sven, może jesteś chory? – pytała Arne. Te twoje ucieczki z domu na podwórko i do domku nad fiordem, wyglądają mi na depresję. Przebywasz w samotności, kryjesz się przed ludźmi.

Nie uważał tego za coś nienormalnego, nie miał też poczucia, że coś mu dolega.

– Daj spokój, nie jestem chory. Przeżywam zimą taką samą depresję jak każdy inny Norweg w moim wieku, jak większość ludzi w tym kraju.

Jedyne co praktykowali razem, co jeszcze udawało im się robić zgodnie, to wypaść od czasu do czasu na narty lub sanki razem z dziećmi i trochę się rozruszać. Było to możliwe jedynie w czasie weekendu, ponieważ Sven pracował. Był drwalem i wyjeżdżał do pracy tam, gdzie go wzywano. Najczęściej wracał do domu przed nocą.

Latem sytuacja wyglądała zupełnie inaczej. Sven stawał się tym samym pogodnym człowiekiem, jakim był od dziecka. Ale teraz była zima i to najgorsza ze wszystkich.

Od czasu wyjazdu Arne z dziećmi, Sven nie znosił obcokrajowców, przyjaciół żony. Uważał, że to oni namówili ją, aby wyjechała do matki. Tłumaczyła mu telefonicznie, że to nie tak, ale jej nie wierzył. Zanim jeszcze wyjechała, też za nimi nie przepadał. Nie podobali mu się; mogli być nawet sympatyczni, ale byli inni, szczególnie właśnie zimą. Uważał to za jakiś koszmar.

– Oni ciągle narzekają – mówił żonie. – Że stale pada śnieg, że szyby zamarzają, drogi są nieoczyszczone, że jest stromo i ślisko. To po co tutaj przyjeżdżali? Widzą tylko mróz, szarugę i gołoledź za oknem.

– Nie przesadzaj – odpowiadała Arne. – Nie ciągle narzekają, tylko od czasu do czasu, podobnie jak każdy z nas. To tacy sami ludzie.

Sven uważał przyjezdnych za mięczaków, nie wszystkich oczywiście. Sam potrafił zachować się inaczej. Kiedy był na wycieczce w Afryce, w Kenii, było bardzo gorąco, jakoś jednak poradził sobie z upałem i wściekłym słońcem. Nie narzekał. Nawet ten temat poróżnił go z żoną. Zapytała go:

– To po co wykupiłeś wycieczkę, całe dwa tygodnie pobytu, w najgorętszym okresie roku? Chciałeś mieć tanio, last minute, to miałeś tanio, ale było gorąco. A co do obcokrajowców, to trudno dziwić się Abarowi urodzonemu w Afryce, że od czasu do czasu narzeka, bo przecież zima u nas daje się we znaki nam samym, urodzonym i mieszkającym tu od pokoleń.

Abar był zaprzeczeniem Svena. Czarny, szczupły, nieprzerwanie wesoły, ożeniony z Norweżką, często bywał w ich domu, kiedy obchodzili urodziny lub organizowali jakieś spotkanie towarzyskie. Zajmował się ich dziećmi, był animatorem w domu kultury. Dobrze nauczył się języka, dzieci bardzo go lubiły, bo umiał znaleźć z nimi porozumienie, organizował spektakle, zabawy, naukę. Traktował swój zawód poważnie i Sven to doceniał. Starał się być obiektywny. Tym niemniej nie przepadał za Abarem, jakoś nie mógł przyzwyczaić się do jego koloru skóry, innego poczucia humoru i niezrozumiałej dzikości w jego oczach. Nie umiał tego określić. Przypomniał sobie swoją pierwszą dziewczynę, z którą chodził do szkoły. Było to jeszcze w Bergen. W ich klasie był chłopak z Afryki. Kiedy Sven wyraził swoją opinię na jego temat, zupełnie niewinną, sprzeciwiła się.

– Czego chcesz od niego? Chłopak jest zupełnie do rzeczy, wesoły, ma żywy temperament, żartuje. A to, że jest inny od nas, to co? Kiedy znalazłbyś się w Afryce, też mogliby wytykać ciebie palcami i nazywać białasem. U nich to my jesteśmy kolorowi, bo biały to też kolor.

Rozmowy o obcokrajowcach prowadziły najczęściej do nikąd, więc Sven starał się ich unikać. W końcu nawet uznał, że milczenie na ten temat jest poprawne polityczne.

– Skoro już przyjęliśmy uciekinierów z Afryki, to musimy ich przyzwoicie traktować. – Powtarzał sobie w duchu, aby nie dać się ponieść emocjom.

W okresie, kiedy Svenowi nie układało się najlepiej z Arne, kiedy go krytykowała za to, że wychodzi na dwór rąbać drzewo, zamiast zająć się dziećmi, zaczął jeździć do knajpy w sąsiednim miasteczku. Potem, kiedy żona już go opuściła, stało się to nawykiem, coraz częściej praktykowanym. Trzydzieści pięć kilometrów nie była to odległość, aby nie chciało mu się jechać.

Któregoś dnia spotkał tam dwóch mężczyzn, zaczęli rozmowę od niechcenia. Przedstawili się sobie i pośmiali, bo wszyscy mieli na imię Sven. Po raz drugi śmieli się serdecznie, kiedy nadali sobie pseudonimy, Sven Duży, Średni i Mały. On był Svenem Dużym, był ostatecznie drwalem i miał krzepę. Na początku spotykali się nieregularnie, od przypadku do przypadku, i tak zaczęła się jeśli nie przyjaźń, to przynajmniej kumplostwo. Czuli się dobrze w swoim towarzystwie. Oprócz imion mieli podobne przemyślenia, chodziło o poglądy na imigrantów i obcokrajowców.

Sven Mały i Średni byli bardziej radykalni niż Sven Duży. Na początku nie za bardzo akceptował ich poglądy, bo były czasem nieprzyjemne. Potem jednak dostosował się. Pogodziła ich sprawa dwóch podpaleń. Szczegóły przedstawił przy piwie Mały Sven, wiedział o tych wydarzeniach wszystko.

– Kiedy policja prowadziła śledztwo, kto dokonał podpaleń, jeden z tych typków, nazwę go Czarnuchem, choć nie powinienem, oskarżył policjantów o brutalność i napastliwość w trakcie śledztwa. Zamknęli go na dwa dni, bo był pijany i stawiał się policjantowi, który z nim rozmawiał. Znam gliniarza. To najspokojniejszy facet na świecie. Jest silny tak jak ty i nie musi używać siły, radzi sobie bez tego. Sprawa trafiła do sądu. Ostatecznie wyszło na to, że Czarnuch przesadził ze swym oskarżeniem i policjant został uniewinniony, ale niesmak pozostał.

Kilka dni później Mały Sven wyznał, że żona go opuściła, dlatego przychodził do knajpy.

– Po prostu, wyjechała z tym Murzynem czy też Arabem, o którym wam opowiadałem. Nie był pewien, jakiego pochodzenia był ten człowiek.

– Albo był to jasny Murzyn, albo ciemny Arab – zasugerował Sven Średni. Uśmieli się z tego porównania.

– Było w tym trochę mojej winy – kontynuował Mały Sven – bo popijałem wtedy za bardzo. Moje małżeństwo było w kryzysie, zaczęliśmy chodzić do poradni małżeńskiej, ale to nie znaczy, że Kristina musiała zaraz z nim uciekać.

Historie, o jakich rozmawiali, były prawdziwe i każda z nich pozostawiła osad niechęci w sercu Svena.

– Imigranci są naprawdę od nas różni i trzeba to uczciwie przyznać. Nie zawsze są tacy porządni, jak wielu ludziom się wydaje. Myśl ta chodziła mu po głowie i wracała, choć starał się tak nie myśleć. Chciał być pozytywny.

Tej zimy, bardziej niż obcokrajowcy, warunki klimatyczne i narzekanie, interesował go drewniany dom położony kilkadziesiąt kilometrów na północ od miasteczka, gdzie mieszkali. Był to dom letni podarowany mu przez rodziców, kiedy żenił się z Arne. Stał na lekko pochyłej skalnej półce na brzegu fiordu. Roztaczał się z niego wspaniały widok: obszar ciemnogranatowej wody, malownicza wielka skała po drugiej stronie fiordu, prawie góra, porośnięta lasem. Latem w okolicy było dużo zieleni, zimą dominowały drzewa iglaste przysypane śniegiem.

W połowie zimy, w piątek, kiedy Arne z dziećmi nie mieszkali już razem z nim, Sven wybrał się nad fiord, aby oderwać się od przygnębiających go wspomnień. Było to nawet uzasadnione, ponieważ miał pracę do wykonania; przygotowywał dom na zimę, ocieplając ściany i trochę modernizując wnętrze. Przy okazji przebudowywał swój warsztat, mieszczący się w przybudówce domu.

W sobotę, około godziny dziesiątej rano, zapukał do drzwi jakiś nieznajomy mężczyzna. Był szczupły i wysoki, wyższy nawet niż gospodarz. Mówił dobrze po angielsku, choć z dziwnym akcentem, nie było więc problemu, aby się porozumieć. Na imię miał Adam. Sven zapamiętał tylko jego imię, choć obcy przedstawił mu się także z nazwiska. Było trudne do wymówienia, a tym bardziej do zapamiętania. Nawet samo słowo Adam brzmiało dziwnie w ustach przybysza. Stojąc w drzwiach, drżał z zimna. Był słabo ubrany, widać to było na pierwszy rzut oka. Przez głowę Svena przeszła myśl, że to jakiś nieudacznik, w ogóle nie mający pojęcia o podróżowaniu zimą po Norwegii.

– Zepsuł mi się samochód, którym przyjechałem, aby popatrzeć na ten wspaniały fiord. Chciałbym prosić pana o pomoc. – To był początek ich rozmowy.

Była to jakaś poważniejsza awaria. Ktoś przejezdny próbował pomóc kierowcy uruchomić samochód korzystając z własnego akumulatora, ale nie dał rady. Samochód nie zapalił. Adam zadzwonił wtedy po pomoc drogową, mogła przybyć dopiero następnego dnia.

– Mamy za dużo zgłoszeń. Jutro tak, dzisiaj jest to już niemożliwe. Możemy pomóc panu załatwić hotel w pobliżu miejsca, gdzie pan się znajduje. – Taka była ich odpowiedź.

Sven, kierując się bardziej współczuciem z powodu ludzkiej głupoty niż odruchem serca, zaproponował przybyszowi nocleg w swoim domu.

– Jeszcze nie jest całkiem wykończony, ale przespać się jak najbardziej można – wyjaśnił, rozglądając się po pokoju jakby dla sprawdzenia, czy rzeczywiście warunki są odpowiednie do noclegu.

Wieczorna rozmowa nie kleiła im się. Jak się okazało, Adam był artystą-muzykiem intersującym się zupełnie innymi sprawami. Łączył ich tylko zachwyt nad zimową i letnią urodą Norwegii, ale ile czasu można na ten temat rozmawiać. Ostatecznie Sven przenocował gościa, nie przyjmując pieniędzy, które mu zaoferował. Był tylko niezadowolony, że Adam zbyt chętnie raczył się jego ulubioną whisky, obiecując odkupić ją, jak tylko znajdą się w sklepie alkoholowym.

Następnego dnia z rana Adam poprosił Svena o podwiezienie do sklepu, aby spełnić swoją obietnicę. Sklep okazał się zamknięty z powodu choroby właściciela, zdecydowali się pojechać wtedy do następnej miejscowości. Adam płacił za przejazd, zwracał koszt benzyny, Sven nie widział więc problemu. Do przyjazdu pomocy technicznej było jeszcze dużo czasu. W drodze gość poprosił kierowcę o zatrzymanie się; potrzebował odpowietrzyć się, jak to określił. Wyjaśnił, że nie może wytrzymać, bo ma słaby pęcherz. Powtórzył to kilka razy, ale Sven nie mógł znaleźć miejsca, gdzie można by zatrzymać samochód. Droga wiodła wzdłuż wysokiej skalnej ściany, po drugiej stronie była przepaść, jak w wielu innych miejscach. Mimo to gość nalegał, aby się zatrzymał, jakby nie rozumiał, że jest to niemożliwe.

Zatrzymali się na dopiero na niewielkim leśnym parkingu, położonym nieco z boku drogi, pustym o tej porze roku. Adam, zamiast odejść gdzieś w krzaki, zaczął sikać tuż przy samochodzie prosto na koło. To Svena tak wykurzyło, że nie zastanawiając się wyciągnął spod siedzenia wielki klucz francuski, który woził przy sobie przez zapomnienie, wyszedł i uderzył go w głowę. Nie wiedział, dlaczego to zrobił. Po prostu był tak wściekły, że nie mógł się pohamować.

Stał i zszokowany patrzył na ciało. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, co się naprawdę stało. Po chwili całkiem oprzytomniał i sprawdził, czy Adam naprawdę nie żyje. W jego głowie kołatała jeszcze iskierka nadziei. Było już za późno. Nie zastanawiał się dłużej. Wokół nie było żywej duszy. Otworzył tylne drzwi furgonetki, śpiesząc się bardziej rzucił niż położył ciało na podłogę i przykrył plandeką, po czym umocnił ją kilkoma leżącymi obok kawałkami drewna. Wkładając nieboszczyka do furgonetki poczuł dotyk obcego, śliskiego ciała, przelewającego się przez ręce. Było jeszcze ciepłe, wywołując nieprzyjemne uczucie śliskości i rozlazłości. Pracując w lesie Sven był przyzwyczajony do przedmiotów twardych i szorstkich. Nie pomyślał nawet o rękawicach, które trzymał w schowku w samochodzie.

Odległość do domu nad fiordem nie była duża, nie ryzykował więc wiele. Zresztą i tak nie miał wyboru. Jadąc zastanawiał się, co się stało i co powinien zrobić z nieboszczykiem. Mimo, że miał wyrzuty sumienia, czuł się jednocześnie dobrze; ulżyło mu. Śmierć praktycznie nieznanego mężczyzny uznał za spłatę długu za wszystkie upokorzenia, jakich doznał od obcych, również żony i innych osób, jak i kretyńskiego zachowania się ofiary.

Po wstawieniu furgonetki do garażu, Sven wszedł do domu i przygotował sobie gorący posiłek. Był to jego obiad. Miał już wszystko przemyślane. Z warsztatu wyciągnął piłę. Używał jej do wycinania przerębla, kiedy łapał ryby. Pomyślał o przeręblu, ponieważ był to najlepszy sposób szybkiego i skutecznego pozbycia się ciała. Był pewien, że prąd płynący w kierunku morza zabierze ciało ze sobą, gdzie zniknie bezpowrotnie. Była też jakaś szansa, że odnajdą je rekiny i rozszarpią.

Wieczorem, jak tylko zapadł zmierzch, Sven zdjął sztywne zwłoki z furgonetki i zaciągnął nad brzeg, w miejsce, gdzie przygotował przerębel. Zdecydował się zdjąć z nieboszczyka ubranie, aby rekiny łatwiej sobie z nim poradziły. Okazało się to trudniejsze niż myślał. Zaczęła się zamieć śnieżna i ręce mu drętwiały, ponieważ zapomniał rękawic, a nie chciało mu się wracać do samochodu. Kiedy już uporał się ze wszystkim i miał zanurzyć ciało w dziurze wyciętej w lodzie, usłyszał odległy, ponury ryk syreny okrętowej. Zabrzmiał jak ostrzeżenie. Mężczyzna wzdrygnął się.

Wciskając ciało pod lód, przyszła mu do głowy dziwna myśl, że jeśli miałoby to zdarzyć jeszcze raz, to powinien pamiętać o rękawicach, rozebraniu nieboszczyka już w garażu, gdzie jest cieplej i wygodniej, oraz wycięciu szerszego przerębla. Nie będzie też wozić nieboszczyka jeszcze ciepłego, poczeka aż ostygnie i zesztywnieje, bo wtedy łatwej jest nim manipulować. Sam pomysł, że mógłby jeszcze kogoś zamordować, tak go zszokował, że rozpiął kurtkę, aby się uspokoić na zimnym wietrze.

Po powrocie do domku Sven spalił ubranie Adama w palenisku kominka. Paliło się bez przeszkód, ponieważ użył dobrze wysuszonego twardego drewna. Popiół z kominka zebrał po wystygnięciu następnego dnia przepatrzył, czy nie ma w nim jakichś metalowych przedmiotów. Znalazł tylko sprzączkę od paska, tak wygiętą w ogniu, że nie sposób było rozpoznać, co to za przedmiot. Razem z popiołem wrzucił ją do mocnego plastykowego worka, w którym zabierał śmieci do domu w mieście, aby umieścić je w wielkim metalowym pojemniku na odpadki nie nadające się do dalszego segregowania.

Przed samym wyjazdem w niedzielę rano, przypomniał sobie samochód Adama. Z jego opowieści wiedział, jaka to była marka, model i kolor, i gdzie go zostawił. Wracając do domu zatrzymał się na chwilę, aby nań popatrzeć. Stał w najlepszym miejscu, przy innych samochodach. Tak to ocenił, biorąc pod uwagę, że niektóre z nich właściciele trzymali w tym miejscu nawet tygodniami. Sven przestał się nim interesować.

Przez kilkanaście dni śledził lokalną prasę, ale nie ukazały się żadne wiadomości, które mogłyby go zainteresować. Z tego, co mu powiedział Adam, odniósł wrażenie, że nikt nie wiedział o jego wyprawie w te okolice.

– Zupełnie przypadkowy człowiek, w zupełnie przypadkowym miejscu – Sven powtórzył to kilka razy, aby się w pełni uspokoić. 

Do domu wrócił wieczorem. Okazało się, że była już w nim żona z dziećmi. Ucieszył się ich obecnością. Arne nie mogła sprawić mu większej przyjemności.

– Przyjechałam tylko na weekend. Dzieci bardzo pragnęły cię widzieć. Nie mogłam im tego odmówić. Zrobiłam to na zasadzie wyjątku, bo nie mam żadnego dowodu, że się chociaż trochę zmieniłeś. Nie poszedłeś nawet do psychologa, którego ci załatwiłam, aby przynajmniej z nim porozmawiać.

Sven był w dobrym nastroju, wszystko poszło gładko a w domu były dzieci, do tego stopnia, że żona go pochwaliła, że pobyt nad fiordem dobrze mu zrobił. Przytaknął jej chętnie i kontynuował zabawę z dziećmi.

*****

Dwa tygodnie później, był to również weekend, Sven ponownie wybrał się do domku nad fiordem. Arne nie mieszkała już z nim, miał więc mnóstwo czasu. Było jeszcze zimniej, temperatura spadła do minus dwunastu stopni Celsjusza.

Na parkingu, gdzie się zatrzymał, podszedł do niego mężczyzna ze stojącego obok samochodu i zapukał w szybę. Chciał uzyskać informację na temat wzgórz rozciągających się przed nimi. Okazał się być alpinistą planującym pieszą wyprawę jako trening przed zimową wspinaczką w górach.

– Znowu facet z obcym akcentem – pomyślał Sven niechętnie. – Ci ludzie chyba mnie prześladują. 

Pomysł, jaki przyszedł mu do głowy w trakcie udzielania wyjaśnień, nie był jego własny. Historia zdarzyła się wcześniej na innym kontynencie. Była to głośna sprawa, czytał o niej. Chodziło o polowanie. Przypadła mu do gustu. Od razu postanowił go zrealizować. W samochodzie miał sztucer myśliwski z lornetką, idealnie nadawał się do jego planu. Nie zastanawiając się dłużej, zaproponował mężczyźnie podwiezienie go do miejsca położonego kilkaset metrów dalej, gdzie znajdował się punkt widokowy, skąd mógł mu pokazać i wytłumaczyć trasę, o jakiej myślał.

– Odwiozę pana z powrotem – zaproponował. Samochód sobie tu spokojnie poczeka. W Norwegii nie kradną samochodów. – Dodał z uśmiechem.

Mężczyzna wahał się krótko, zanim przystał na propozycję i wsiadł do samochodu. Był dobrze ubrany, miał na sobie zimową kurtkę i porządny plecak znanej marki, przygotowany na dłuższą wędrówkę.

Punkt widokowy okazał się małym placykiem na skale sterczącej poziomo nad wybrzuszonym stokiem. Kiedy obydwaj wysiedli i obcy rozglądał się po okolicy, Sven odtworzył tylne drzwi furgonetki i wyciągnął sztucer spod plandeki. Nie bawił się w żadne wyjaśnienia. Zaskoczenie było całkowite.

– Urządzę ci dzisiaj trening, gnojku, który zapamiętasz na całe życie. A nawet dłużej – dodał złowróżbnie. Twarz mężczyzny nagle zbladła, w jego oczach pojawił się strach.

Plan był prosty. Sven wyłożył go w kilku zdaniach.

– Masz szansę przeżycia, jeśli uda ci się umknąć mojej pogoni. Daję ci dziesięć minut forów, zanim wyruszę za tobą. To dużo. Jesteś zdrowy i sprawny, masz więc szansę. Uciekniesz, twoje szczęście, nie uda ci się, twoja przegrana. Pamiętaj: od tego momentu ja jestem myśliwym, a ty zwierzęciem, na które poluję.

Wiedział, że mężczyzna jest praktycznie bez szans. Musiałby mieć niezwykłe szczęście albo użyć jakiegoś nieprawdopodobnego fortelu, aby mu umknąć. Na to nie mógł sobie pozwolić; gdyby to nastąpiło, jego własny los byłby przesądzony. Obcy ściągnąłby z pewnością policję; mogliby szukać także sprawcy zniknięcia Adama. Niewiele ryzykował, ponieważ każdy uciekinier, jeśli tylko miał trochę rozsądku, miał tylko jedną drogę ucieczki. Jak najdalej lasem po stoku, następnie w dół, w kierunku południowym między skałami, aby znaleźć się przy drodze, gdzie mógłby liczyć na pomoc ze strony kierowcy samochodu jadącego tą drogą. O tej porze roku była ona używana głównie przez myśliwych, prawie nikt inny tędy nie jeździł, może jeden samochód na dobę, nie więcej.

Prawa strona nie dawała żadnych szans uciekinierowi. Musiałby uciekać pod górę i następnie przekroczyć łańcuch górski, za którym najbliższa droga była w odległości co najmniej dwudziestu kilometrów. Razem byłby to dystans około trzydziestu kilometrów terenu bardzo trudnego do pokonania w warunkach zimowych, nawet przy niezbyt silnym wietrze i niezbyt ostrym mrozie.

Mężczyzna popatrzył na Svena, jakby chciał coś powiedzieć lub o coś zapytać. Widocznie zrozumiał, że nie ma żadnych szans negocjacji, ponieważ zacisnął zęby, rozejrzał się po terenie, jakby chciał zapamiętać przestrzeń przed sobą i nie oglądając się wstecz wyruszył. Svenowi podobało się, że się nie oglądał. Pomyślał, że człowiek w warunkach zagrożenia zachowuje się jak zwierzę, kierujące się instynktem.

Równo po dziesięciu minutach Sven ruszył w górę. Kilkadziesiąt metrów dalej był występ skalny, dobry punkt obserwacyjny, z którego widać było wyraźnie całą okolicę. Jego plan by prosty. Korzystając z lornetki wyśledzić uciekiniera, wziąć sztucer do ręki i poczekać, aż wystawi się na strzał. Nie martwił się o wynik, sztucer był doskonały, a on był dobrym strzelcem. Broń nie mogła być lepsza. Kilka miesięcy wcześniej Sven nabył nową lunetę celowniczą Swarovskiego z laserowym dalmierzem, komputerem balistycznym i automatyczną korektą punktu celowania; idealne wyposażenie do strzelania na dalekie dystanse. Mógł zresztą spudłować i próbować ponownie, nawet kilka razy. Strzały w tej okolicy o tej porze roku nikogo by nie zdziwiły. Był to teren polowań na dziką zwierzynę, renifery, łosie, jelenie jak i mniejsze gatunki.

Dotarłszy na punkt obserwacyjny, Sven spodziewał się wyśledzić swój cel w ciągu kilku minut. Słabo zalesiony teren opadał płasko w dół w kierunku drogi i był doskonale widoczny przez lornetkę na przestrzeni kilku kilometrów. W przeciwnym kierunku Sven nie patrzył, były tam skały i teren był trudno dostępny. Uciekinier musiałby być idiotą, aby wybrać ten kierunek, tym bardziej, że Sven w czasie jazdy samochodem celowo powiedział mu, jak teren jest ukształtowany i gdzie jest najbliżej drogi.

Po trzech minutach, spoglądając na zegarek, myśliwy zaczął się niecierpliwić. Pomyślał, że alpinista mógł zwichnąć nogę, lub zdarzyło się coś podobnego, i dlatego pozostawał w ukryciu. Z drugiej strony uspokajał się, że tym bardziej nie powinien mu umknąć. Czas jednak płynął, a on wciąż nic nie widział, żadnego ruchu. Po kolejnych pięciu minutach był już mocno zdenerwowany; na całym płaskowyżu nie było najmniejszego śladu ludzkiej obecności.

W górę, w kierunku grani, spojrzał zupełnie przypadkowo, był to raczej odruch niecierpliwości niż intuicja. Na samym szczycie, prawie na tle nieba, dojrzał ciemną sylwetkę człowieka. Był to ostatni moment. Podnosząc sztucer pomyślał, że albo alpinista był rzeczywiście szalony, albo niezwykle przebiegły; prawie go przechytrzył. Strzał padł w ostatniej chwili, postać zwaliła się na ziemię. Ciemny kształt zastygł między drzewami.

Myśliwemu ciężar spadł z serca. Nie sprawdzając nawet, czy nie był to wybieg ściganego, który padł na ziemię w momencie usłyszenia strzału, który mógł być przecież niecelny, Sven szybko wybrał wzrokiem zdeformowane drzewo w pobliżu szczytu jako punkt orientacyjny, starając się je zapamiętać. Po drodze obmyślał sposób ściągnięcia ofiary na dół do samochodu. Nie powinno to stanowić większego problemu, wystarczyły związane razem gałęzie świerka, które planował użyć jako toboganu. Miał szczęście, ponieważ śnieg był ubity przez wichurę i nie utrudniał poruszania się. Mógł też zostawić ofiarę w lesie, aby z ciałem rozprawiły się dzikie zwierzęta. Po namyśle odrzucił takie rozwiązanie.

Śmierć musiała być natychmiastowa. Pocisk przebił plecak w miejscu, gdzie był koc złożony w spłaszczony rulon, przeszedł przez klatkę piersiową i zatrzymał się na skórzanym portfelu, usztywnionym plastikowymi kartami. Sven uznał to za znak szczęścia. Zabrał pocisk ze sobą, jedyny bezsprzeczny dowód zabójstwa oraz portfel, aby je ukryć w jakimś niedostępnym miejscu lub zniszczyć.

Po powrocie do furgonetki i ułożeniu zwłok wewnątrz, Sven chwilę odpoczywał, po czym wrócił na parking i przeładował nietypowy ładunek do samochodu ofiary. Po namyśle podjechał nim na krawędź skalnej przepaści kilkadziesiąt metrów dalej, gdzie nie było barierek ograniczających, wysiadł, zwolnił hamulce i pozwolił stoczyć się pojazdowi w głęboki kanion. Słyszał potworny trzask metalowej konstrukcji walącej się w dół po skałach, po którym nastała niezrozumiała cisza. Czekał na wybuch, ale nic takiego nie nastąpiło. Pomyślał, że samochód musiał zatrzymać się na drzewie lub w zagłębieniu terenu z dużą ilością śniegu. Przeszedł kilkanaście kroków wzdłuż krawędzi szosy, aby sprawdzić, czy wraka nie widać z drogi. Stroma krawędź kanionu wyglądała jak zawsze, jakby nic się nie zdarzyło. Sven doszedł do wniosku, że jest niemożliwe, aby szybko odkryto rozbity samochód, o ile w ogóle ktoś go kiedykolwiek zauważy. Była to dzika, niedostępna okolica. O ślady wewnątrz wraka nie martwił się, ponieważ używał rękawiczek, zresztą śnieg, wiatr i korozja działały na jego korzyść.

Jadąc do domu nad fiordem cieszył się, że skutecznie pozbył się ciała ofiary. Wyobraził sobie, co musiałby zrobić. Miał już wypraktykowaną procedurę: najpierw wycięcie przerębla w lodzie, potem ściągnięcie ubrania w garażu, następnie zwleczenie trupa na dół i wepchnięcie w lodowatą wodę. Pracowałby w rękawiczkach i wszystko poszłoby mu łatwiej i szybciej niż za pierwszym razem, łącznie z paleniem ubrania na kominku. Ostatni raz wykonując tę czynność pomyślał, że być może niepotrzebnie usuwa ubranie. Uznał jednak, że to, co podpowiadała mu intuicja było ważniejsze niż zastanawianie się.

*****

Przez następne dwa tygodnie Sven śledził informacje o wydarzeniach w okolicy, interesował się również wydarzeniami w kraju. Chętnie buszował po portalach i serwisach informacyjnych organizacji zajmujących się problematyką społeczną, kryminalną i imigracyjną. Najbardziej zajmowały go sprawy obcokrajowców. Miał już rozeznanie, ilu ich jest w kraju i jakie problemy stwarzali. Było to niewiarygodne. Nie szukając niczego konkretnego, znajdował dziesiątki relacji dotyczących oszustw, malwersacji, wykorzystywania pomocy socjalnej, kradzieży, bójek, a nawet zabójstw popełnianych przez imigrantów. Miał już wyrobioną opinię na ich temat.

*****

Miejsce, w którym wycinał przerębel, znajdowało się kilka metrów od brzegu fiordu. Było tam głęboko; co najważniejsze, pod lodem płynął dosyć silny prąd znoszący wszystko na otwarte morze. Wiedział to z doświadczenia, jakie nabył wypływając latem łódką, aby łowić ryby. Uznał za bardzo ważne, wręcz konieczne, aby ciało ofiary był nagie, ponieważ stanowiło to zachętę dla rekinów. Łatwiej przyciągał je zapach ciała ulegającego stopniowemu rozkładowi. Zdarzało się, że nie ruszały ofiary przez kilka dni.  

Po pewnym czasie, przy kolejnych ofiarach, rekiny już czekały. Widział je pod lodem. Wiedział nawet, jakiego są gatunku. Nie musiały być duże, aby wykonać swoją robotę. Uznał je za pomocników.

– Doskonała symbioza – myślał. Jako drwal znał wiele tajemnic przyrody, miał odpowiednie wykształcenie.

Kiedy myślał o swoim nowym upodobaniu, o wojnie wypowiedzianej obcokrajowcom, krew intensywnej krążyła mu w żyłach. Polubił tę rozrywkę. Czuł się jak nigdy wcześniej. Marzył, aby spotkać kogoś podobnego do siebie, o podobnych zainteresowaniach, osobę zaufaną, z którą mógłby wymieniać się informacjami, podyskutować o szczegółach. Myślał też o powrocie żony i dzieci, okazało się to jednak bardzo trudne. Tym bardziej cieszył się nową misją, jaką miał do spełnienia.

Ryzyku i swojemu bezpieczeństwu nie poświęcał wiele uwagi. Wszystko szło, jak trzeba. Nie zaniedbywał jednak żadnych środków ostrożności. Przede wszystkim postępował tak, aby w jego rejonie nie szukano osób zaginionych. Zabójstw dokonywał z dala od domu nad fiordem, przeważnie w bezludnej okolicy, gdzieś na ustroniu, rzadko w jakimś odległym miasteczku i tylko raz w pobliżu większego miasta. Wyzwaniem było niekiedy pozbycie się samochodu ofiary, najczęściej Sven pozostawiał go tam, gdzie zostawił go właściciel. Było to rozsądne, ponieważ nie dokonywał zabójstw ani w samochodzie, ani w domu ofiary. Zawsze wywabiał upatrzoną ofiarę gdzieś dalej, w miejsce, gdzie czuł się bezpiecznie.

Wieczorem, obserwując z domu spokojną powierzchnię fiordu, wyobraził sobie, że kupi kiedyś mały prom z opuszczaną klapą w środku pokładu i będzie nim wypływać wieczorem, aby otworzyć luk i patrzeć, jak samochód, z ofiarą lub bez, zsuwa się na dno. Na środku fiordu było bardzo głęboko, prawie dwieście metrów. Sprawdził to. Nikt tam nigdy nie nurkował, ponieważ nie było tam nic do zobaczenia, z wyjątkiem skał i piasku. Przed spuszczeniem samochodu usunąłby wszystkie luźne przedmioty, część porzuciłby w odległych miejscach w komunalnych i osiedlowych pojemnikach na śmieci, a to co było absolutnie konieczne i praktyczne do usunięcia na zawsze, na przykład dokumenty, paliłby na kominku. I to tylko wtedy, kiedy wiatr wiał w kierunku otwartego morza, nie odwrotnie. Nikt nigdy nie czuł żadnego smrodu czy swędu z jego komina. Sam zresztą tego nie znosił.

*****

W grudniowy piątek, była to już kolejna zima bez żony i dzieci, jadąc furgonetką myślał o choince bożonarodzeniowej. Nie lubił piątków. Tego dnia jak zwykle odczekał, aż ciało ofiary zesztywnieje, bo bał się także zarazków, choć nie było to takie ważne, i załadował je do samochodu, po czym ukrył w oddalonym od drogi, nieczynnym od lat kamieniołomie przywalając kawałkami płaskich skał.

Dzień był idealny do przeprowadzenia akcji. Powietrze było białe od mgły, temperatura dużo poniżej zera w skali Celsjusza. Było tajemniczo i chłodno, emanował spokój, nie czuć było nawet drobiny wiatru. Jadąc nad fiord, przyglądał się szeregom małych świerczków na krawędzi lasu, prawie idealnie równych, jakby posadzonych przez człowieka oraz krzakom wyglądającym jak żywopłot z czapami śniegu na wierzchu. Obrazy te uspokajały go, dając pewność, że natura go chroni i nikt nigdy nie odkryje jego tajemnicy. Zatrzymał się, dla samej przyjemności przyjrzenia się zimowej przyrodzie, wysiadł i wciągnął mroźne powietrze w płuca. Na dachu samochodu gęsty szron wyglądał jak sierść renifera pokryta białą szadzią. Kochał taką pogodę. Trwał mroźny, czysty poranek; wokół panowała śnieżna biel zatopiona w ciszy. Wiedział, że będzie to udany dzień.

Jechał znaną drogą wijącą się po zboczach gór stępionych wiekiem, trochę niebezpieczną. Po lewej stronie szosy ostro pięła się do góry ściana skalna, po prawej stronie biegła ocynkowana metalowa barierka. W połowie drogi zaczął padać śnieg. W pewnym momencie usłyszał stukot, jakby ktoś pukał do drzwi prosząc o otwarcie. Wzdrygnął się. Chwilę później zaśmiał się, wydając z siebie stłumiony, odprężający chichot.

– Nieboszczyk stuka. Ciekawe o co mu chodzi – zażartował półgłosem.

Wyjechawszy zza zakrętu osłoniętego wysoką skałą, otworzył pilotem bramę i wjechał na swoją posesję. Nie zauważył ich od razu, bo padał śnieg, a on był zamyślony. Czekali na niego: dwaj mężczyźni i kobieta, wszyscy ciemno ubrani, w spodniach, solidnych zimowych butach i wojskowych kurtkach. Kiedy ich spostrzegł, było już za późno, zresztą i tak nie miałby szans. Miejsce było idealną pułapką, a cała trójka była uzbrojona. Najbliżej stojący mężczyzna, widział go wyraźnie wjeżdżając w głąb posesji, przypomniał mu drżącego z zimna chudzielca, Adama, pierwszą ofiarę. Sven domyślił się, że był to jego brat. Mijając go zauważył kątem oka w lusterku jak mężczyzna ustawia się z boku za samochodem. Nie miał pojęcia, kim były pozostałe dwie osoby, czy byli to ubrani po cywilnemu policjanci czy też może rodzina lub przyjaciele zmarłego.

Kiedy wysiadł, drugi mężczyzna kazał mu odsunąć się od samochodu, zatrzymać się i nie ruszać się z miejsca, pozostała dwójka trzymała go na muszce. Mężczyzna podszedł do furgonetki i otworzył bagażnik. Ściągnął plandekę, chwilę patrzył do wnętrza, po czym zabrał leżący z boku sztucer i kiwnął głową w kierunku swoich towarzyszy, po czym podszedł do kobiety i podał jej sztucer. Znieruchomieli i patrzyli na niego. Nie wydawali mu żadnych komend. Czekali, nie odzywając się ani słowem. Zachowywali się dokładnie tak jak on. Sven widział w tym czysty profesjonalizm, w ciszy gór, śniegu i skutego lodem morza. Domyślił się, co ma zrobić. Znał już wyrok i procedurę postępowania, którą sam stworzył.

Poszedł w kierunku przerębla. Świadkowie sceny milczeli. Zachowywali się tak jak on, poważnie, jak należało w takich okolicznościach; wykonywali spokojne, wystudiowane ruchy, żadnej szarpaniny. Był pewien, że musieli go wcześniej podglądać. Już z daleka dostrzegł otwór w lodzie, okrągły, równo wycięty. Dokładnie tak, jak on to robił.

Nie myślał o ucieczce. Przyszło mu do głowy, że gdyby nawet miał przy sobie nóż i chciałby go użyć, aby uniknąć dalszego cierpienia, nie pozwoliliby mu na to. Kiedy znalazł się nad przeręblem, zobaczył swoje rekiny. Czekały już. Zebrało mu się na wymioty. Odczuł nagłe swędzenie ciała i potworne zimno. I wtedy przypomniał sobie, a może nawet usłyszał, odległy, ponury ryk syreny okrętowej.

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, 13 kwietnia 2020

0Shares

Aleksander Cumagin Sake. Opowiadanie. Odc.1-3 (wszystkie).

Odc. 1

Naród pokochał Aleksandra Cumagina Sake na stanowisku prezydenta państwa już od dnia jego nominacji. Był inny niż jego poprzednicy, był najlepszym prezydentem, jakiego można było sobie wyobrazić, krwią z jego krwi i kością z jego kości. Kiedy Aleksander Cumagin udowodnił, że potrafi sprawować urząd z godnością, obywatele co pięć lat zgodnie przedłużałli mu mandat. Prezydent doceniał dobrodziejstwa tytułu i urzędu i szczerze odpłacał narodowi gorącym uczuciem wdzięczności.

Aleksander Cumagin Sake miał marzenia. Po nocach śnił mu się tytuł imperatora. Brzmiał on znacznie poważniej i dumniej niż arcyksiążę, król, cesarz, sułtan a nawet car, władca wszechmocny.

– Car to przeszłość, przeżytek, można by powiedzieć rupieć historyczny, nieładna część światowej tradycji. Dla przykładu, car Iwan Zagwozdny chodził z laską zakończoną ostrym kolcem i żgał w stopę jaśniepanów wyprężonych przed nim w szeregu, aby sprawdzić ich odporność na ból i oddanie najwyższej władzy. Ten tytuł już się przeżył. Niesie złe skojarzenia – wyjaśnił kiedyś przy piwie „Imperial” w gronie najbliższych przyjaciół.

W nocy – trzeba to podkreślić, gdyż Aleksander Cumagin Sake śnił także w dzień – naszło go marzenie, widziadło, niespokojne i intrygujące. Prezydent siedział w fotelu, lekko spocony, w piżamie, przykryty puchową kołdrą krytą jedwabiem. W ręku trzymał wieczne pióro; poruszając nim lekko czekał na ważne dokumenty do podpisu. Myślał o koronie. Podszedł do niego osobisty adiutant, Siewierij Niania, w randze generała lejtnanta, aby go utulić. Aleksandrowi Cumaginowi wydał się kobietą, serdeczną i opiekuńczą.

– Czy ja już jestem imperatorem, Nianiu?

– Nie, jeszcze nie, kochanie. Ale już niedługo – uspokoił prezydenta Niania i poprawił kołdrę.

Rano Aleksander Cumagin Sake czuł się nie najlepiej. Chodził po wysokich schodach w górę i w dół, w dół i w górę, aby sprawdzić, czy ogromne drzwi jego pałacu otwierają się i zamykają równie łatwo i bezszmerowo jak poprzedniego dnia. Martwił się. Miał ku temu powody. Poprzedniego dnia ktoś strzelał za oknem pałacu. Prezydent chwilę potem usłyszał głuchy odgłos padającego na ziemię ciała. Było to z samego rana. Potem nastąpiło coś, o czym nigdy wcześniej nie słyszał. To znaczy słyszał, ale nie miał pojęcia, że mogło to być tak wielkie i w dodatku tak milczące.

Z centrum miasta, w kierunku jego pałacu, pełznął wielki wąż, potwornie długi i rozlewał się po ulicach. Na grzbiecie niósł czerwone transparenty i potwornie milczał. To milczenie było najstraszniejsze, ponieważ milczał o ludziach zmarłych i zabitych potajemnie, i chociaż milczał, to żyjący wiedzieli, o kogo chodzi. Chodziło o tych, co nie potrafili trzymać języka za zębami, określali się jako konkurencja legalnej władzy i mówili o nieuczciwym bogaceniu się, despotyzmie i bezprawiu.

Niektórzy obywatele uważali takie zachowania za antypaństwowe i godne potępienia, ponieważ wąż podawał w wątpliwość i kwestionował to, co oni uważali za prawdę. Byli to ludzie, którzy wierzyli Aleksandrowi Cumaginowi bez granic; był dla nich wielkim człowiekiem, niezwykłym przywódcą, wspaniałym wodzem.

Na wiadomość o pełznącym monstrualnym wężu i jego podstępnym milczeniu Aleksander Sake zareagował spokojnie i rozważnie. Wiedział, co zrobić. Polecił rozesłać kondolencje, szczere, najszczersze, rodzinom tych obywateli, którzy tajemniczo zginęli, co uczyniono bezzwłocznie. Wtedy uspokoił się.

W pałacowym gabinecie, gdzie prezydent miał swoje biurko, stała w rogu bardzo stara, prawie antyczna, bogato rzeźbiona szafa. Prezydent nigdy jej się bliżej nie przyglądał.

– Stoi sobie, to stoi – myślał, nie angażując się w rozważania, jakie to ma znaczenie dla kraju lub choćby tylko dla niego.

Tym razem spojrzał na nią uważniej, miał akurat chwilę wolnego czasu, i dostrzegł na jej szczycie – ku swemu zdumieniu – błyszczącą klejnotami koronę. Taką, jaką noszą tylko najwięksi władcy. Prezydent wstał zza biurka i zadał sobie trud, aby podejść do szafy. Nie musiał tego robić, bo przecież mogłaby przynieść mu ją służba pałacowa, ale zrobił. Stojąc przy szafie wspiął się na palce i usiłował dosięgnąć korony. Była zbyt daleko; gabinet był większy niż największy salon pałacowy, a szafa odpowiadała mu wielkością i splendorem.

W końcu prezydentowi udało się zdjąć koronę z szafy korzystając ze stojącego niedaleko krzesła. Przymierzył ją. Pasowała jak ulał. Idealnie odpowiadała jego marzeniom bycia imperatorem, któremu taka korona przysługuje z urzędu. Aleksander Cumagin Sake zdjął ją z głowy i ostrożnie umieścił z powrotem na szafie, po czym obrócił się na pięcie dookoła własnej osi. Zrobił to trzy razy, bo był przesądny. Chwilę później znowu przymierzał koronę. Nie pasowała!

Próbę z przymiarką korony powtórzył kilka razy, osiągając te same wyniki. Raz pasowała, raz nie pasowała. To go rozeźliło. Aby uspokoić się wrócił do biurka, gdzie leżała kulka z napisem „Demokracja”. Była spora, plamiasta. Lubił używać ją do zabawy jako prestidigitator. Był to jego drugi zawód, o którym nikt nie wiedział. Pierwszy znali wszyscy, nie tylko w kraju, ale i na świecie. To, że o drugim nikt nie wiedział, utrzymywało prezydenta w pogodnym nastroju niewinności.

Sztuczka, jaką ćwiczył, polegała na tym, że kiedy otwierał dłoń z kulką, raz pokazywała się ona z napisem „Demokracja jest!”, a drugi raz z napisem,” Demokracji nie ma!”. Lubił to ćwiczyć, bo zmiany napisów go bawiły.

– Kiedyś pokażę ją tym amerykańskim i europejskim zarozumialcom, którzy dybią na mój kraj i majątek. – Pomyślał sobie. – Ech, co to za majątek! Takiego majątku nie ma nikt na świecie! – Westchnął z radością, która wypełniła go po brzegi jak szampan wypełnia kielich.

Po nacieszeniu się myślą o ogromie władzy i nieprzebranym majątku, Aleksander Cumagin Sake usiadł w swoim fotelu za wielkim hebanowym biurkiem i zaplanował nowy dzień. Myślał o nowych wyborach, choć nie musiał, bo popierały go rzesze obywateli, którzy go uwielbiali.

– Nie wszyscy, ale solidne osiemdziesiąt pięć procent. To mi wystarcza. Nie jestem chciwy. Wszyscy to wiedzą. A jak nie wiedzą, to tylko dlatego, że są głupi – tak sobie tłumaczył swoje myśli.

Wszystko byłoby piękne, gdyby nie wąż, który powrócił tydzień później i wszedł na Plac Prezydencki, aby pozostać tam na stałe i strasznie milczeć. Co gorsze, wąż powiedział mu we śnie:

– Będę tu czekać aż do skutku.

Prezydent wiedział od doradców, że gada podesłała mu opozycja, wrogowie państwa. Regularnie potępiał ich publicznie, aby naród wiedział, kto dobrze a kto źle mu życzy. Obywatele cenili otwarte i rzeczowe wystąpienia prezydenta. Były dla nich ważne, bo w czasach opozycji nie powodziło im się najlepiej.

Wroga choć niezdarna krytyka opozycji nie zniechęcała Aleksandra Cumagina Sake do otwartości w polityce krajowej i zagranicznej. Prezydent cenił dyplomację oraz uzbrojoną po zęby armię. Używał jej w celach obronnych, aby zniechęcić wrogów swojej ojczyzny, zwłaszcza tych najbogatszych, do myślenia o inwazji. To było ważne, ponieważ nie zamierzał dopuścić do sprowadzenia swego kraju do roli podnóżka, chłopca do bicia. Obywatele cenili go za wyjście naprzeciw wrogom z otwartą przyłbicą.

Prezydent lubił także podróżować. Celem jego podróży nie był wypoczynek, jak robi to zwykły człowiek pracy, ale pokazanie, jak piękny i bogaty jest jego kraj oraz jak silny i zwarty jest jego naród. Prezydent cenił sobie najbardziej oficjalne wizyty zagraniczne, różne grupy oznaczane symbolami cyfrowymi, A3, G8 czy nawet ZTP12, ponieważ jego udział w ich spotkaniach przynosił krajowi same korzyści. Pisała o tym obszernie prasa rządowa. Były to tak ważne wydarzenia, że w małych miasteczkach i na wsiach samoistnie organizowały się publiczne dyskusje na ich temat, aby wszyscy obywatele zrozumieli ich doniosłość.

Odc. 2

Aleksander Cumagin Sake dbał także o tradycję. Była dla niego święta. Najważniejsze były w niej wygrane wojny i ich bohaterowie, ci zabici na polu walki i ci zmarli z głodu lub choroby. Kiedy o nich myślał, wzdychał:

– To były ciężkie a zarazem heroiczne czasy. Taka jest nasza historia.

Z okazji rocznicy ostatniej zwycięskiej wojny obronnej organizował co roku wielką defiladę wojskową. Nikt inny na świecie nie był w stanie zorganizować takiej defilady; wywoływała ona w obywatelach głębokie i szlachetne wspomnienia. Było to wspólne święto całego narodu.

Defilada stanowiła wielkie przeżycie dla wszystkich. Zachwyt budziły nogi, ręce i korpusy żołnierzy poruszające się z dokładnością zegarka i ostrością bagnetu, raz-dwa, raz-dwa, raz-dwa, i ich podkute buty trzaskające o asfalt, aż sypały się iskry. Każdy obywatel przeżywał defiladę tak, jakby była ona zorganizowana na jego cześć. Zabierał jej cząstkę do domu. Dzięki prezydentowi Sake pamięć o wojnie i jej bohaterach pozostawała wciąż żywa, mimo że sama wojna skończyła się osiemdziesiąt lat wcześniej.

Obywatele byli tak zakochani w defiladzie i innych wielkich uroczystościach państwowych, że nawet biurokracja, przekupstwo czy bylejakość codziennego życia wydawały im się bardziej naturalne i do zniesienia. Byli za to wdzięczni prezydentowi Sake, bo to on wszystko sponsorował, organizował i opłacał.

Niezbyt wysoki, ale dobrze zbudowany, Aleksander Cumagin Sake reprezentował także walory osobiste, dając innym przykłady odwagi, mądrości i dobroci. Był wzorem, żaden mężczyzna nie był w stanie mu dorównać. Pokazywała to telewizja; jak walczył z niedźwiedziem, latał motolotnią ze stadem dzikich łabędzi oraz nurkował w lodowatej wodzie na głębokość dziesięciu metrów, aby bratać się z morsami i fokami. Obywatele szanowali go także za to, że w najcięższych chwilach był poważny i opanowany. Dawało im to siłę do zmagania się z trudnościami codziennego życia.

Kiedy Aleksander Cumagin Sake przyleciał z oficjalną wizytą do Republiki Elamu, na lotnisku przy powitaniu zagrano hymn narodowy Bizantu. Prezydent słuchał i uszom nie wierzył. Był to hymn zupełnie innego kraju. To, co się stało, reporter dziennika stołecznego opisał dwoma zdaniami.

– Aleksander Cumagin Sake zdrętwiał, zastygł, w końcu zamarł z wrażenia. Jego twarz stała się kamienna i taka już pozostała.

Lekarze osobisty prezydenta stwierdził, że był to uraz psychiczny, który należy leczyć.

– To było nie do zniesienia. Nikt nie był w stanie przeżyć takiego szoku bez urazu – podsumował lekarz w wywiadzie telewizyjnym.

Po zakończeniu rozmów z przywódcą Elamu, generałem Sufraginem, Aleksander Cumagin odleciał wieczorem do kraju. Lot trwał nie dłużej niż półtorej godziny. Po przylocie prezydent miał od razu udać się na wypoczynek do pałacu prezydenckiego. Pracownicy i służba zawsze byli uprzedzeni, kiedy prezydent był już w drodze do domu.

Dwie godziny później adiutant Niania wybiegł pełen niepokoju ze swojego pokoju i pobiegł do sekretariatu prezydenta. Był zdenerwowany brakiem wiadomości, gdzie jest i co robi prezydent.

– Gdzie on jest? – adiutant rzucił pytanie sekretarce. Spodziewał się natychmiastowej i uspokajającej odpowiedzi.

– Aleksander Cumagin Sake … jest już w stolicy.

– Ale gdzie w stolicy? – wrzasnął Niania do sekretarki. Nie otrzymał jednak odpowiedzi. Miejsce pobytu prezydenta skojarzyło się Niani zupełnie bezsensownie z więzieniem Varlam. Dziwił się sam sobie. Było to głupie i niepotrzebne skojarzenie.

– To ta cholerna opozycja. Sukinsyny – zawołał z wściekłością i wyszedł z sekretariatu trzaskając drzwiami. – Zawiadom mnie jak tylko będziesz wiedziała – rzucił sekretarce przez ramię.

Po powrocie z Elamu mimo interwencji lekarskiej twarz prezydenta pozostała kamienna. Widać to było wyraźnie kiedy występował w telewizji. Nie był to widok przyjemny ani obojętny dla obywateli Bizantu. Oczekiwali, że lekarze coś zrobią i prezydent wróci do swej poprzedniej formy. Minęło kilkanaście dni i nic takiego nie nastąpiło. Ludzi spekulowali na temat umiejętności lekarzy prezydenta w najbardziej nieodpowiedzialny sposób. Ktoś powiedział z przekonaniem, że drętwota zniknie z twarzy prezydenta wraz z nadejściem wiosny.

Sam prezydent, choć czuł się niezręcznie, zachował spokój i powagę. Zapytany w wywiadzie, dlaczego nie uśmiecha się, Aleksander Cumagin Sake odpowiedział:

– Nie mam teraz ku temu powodów. Mam dużo pilnych i ważnych spraw na głowie. Muszę się bardzo koncentrować, aby sobie z nimi poradzić, mimo że do pomocy rąk mi nie brakuje. Usilnie staram się doprowadzić do zakończenia konfliktów zbrojnych w kilku częściach świata. Moje wysiłki są jednak torpedowane przez duży kraj, w którego interesie leży, aby ludzie nadal umierali. To okrutne – mimo wzruszenia prezydent zachował kamienny wyraz twarzy.

Dziennikarze rządowych mediów stwierdzili, że Aleksander Cumagin Sake wykazuje nadzwyczajne poczucie rozwagi i zaangażowania. Ludzie niechętni prezydentowi byli jak zwykle innego zdania. Prasa zagraniczna z jakichś względów nawet nie wspomniała o jego wypowiedzi.

Odc. 3

Po dziesięciu latach rozwoju kraju i wzrostu jego pozycji międzynarodowej społeczeństwo doceniło zasługi prezydenta nadając mu tytuł i order Aleksander Cumagin Sake – Słońce Narodu. W stolicy zorganizowano wielką fetę i bawiono się do rana. Było to coś w rodzaju balu maskowego w najlepszym stylu, bez wygłupów czy ekstrawagancji. W zabawie uczestniczył także sam prezydent. Miał na sobie strój Pater Patriae, Ojca Ojczyzny, wzorowany na ubiorze Marka Furiusza Kamillusa, dowódcy rzymskiego, sześciokrotnego trybuna wojskowego, autora wielkich zwycięstw. Główną część stroju stanowiła zbroja, zdobna u dołu krótką suknią, oraz nakolanniki. W historycznym stroju prezydent wyglądał imponująco. 

Dla urzędnika Igora Carpatiu z Ministerstwa Aprowizacji, Aleksander Cumagin Sake był nie tylko wielkim przywódcą, ale także bohaterem i gwiazdą. Sam Carpatiu wyglądał raczej skromnie. Niezbyt wysoki, przygarbiony, przyzwoicie choć niewyszukanie ubrany, zawsze w garniturze, był urzędnikiem średniego szczebla w Ministerstwie Aprowizacji. Żonaty, z dwójką dzieci, uważał się za zwyczajnego, nieco wyżej niż przeciętnego obywatela, pragnącego normalności w życiu, rozsądnego dobrobytu i dobrego samopoczucia dla siebie i innych.

W pracy Igor Carpatiu nosił ksywę Szarak. Tak go nazwano, ponieważ lubił określać siebie jako „zwyczajny szary obywatel”. Koledzy i koleżanki w pracy byli ostrożni wobec niego, ponieważ był niezwykle gorącym zwolennikiem silnej władzy, w szczególności Aleksandra Cumagina, który kiedyś przyznał i wręczył mu order Wybitnego Urzędnika Państwowego za zasługi dla kraju.

Szarak źle znosił krytyków władzy. Nie mieli w sobie umiaru. Czasem żona go pytała, jak zmienia się służba zdrowia, emerytury, zatrudnienie czy dochody przeciętnego obywatela. O szkolnictwo nie pytała, bo była nauczycielką. Cierpiała na uczucie niezaspokojonej ciekawości, co dzieje się w kraju. Zawsze chciała z kimś porozmawiać a on akurat najczęściej był pod ręką.

– Co o tym sądzisz? – pytała. – Pracujesz w ważnym ministerstwie i z pewnością masz lepsze rozeznanie niż ja.

Na zaczepki żony Igor nie odpowiadał, zbywał je jakąś wymówką, najczęściej, że jest akurat bardzo zajęty. Potem mruczał tylko do siebie:

– Głupia baba! Szuka dziury w całym.

W sobotę rano Igor Carpatiu wybrał się na spacer. Myślał o wielkiej polityce, o sprawiedliwości i dobrobycie. Szedł wzdłuż muru okalającego pałac prezydencki kiedy z bocznej bramy wyszedł Aleksander Cumagin Sake w asyście ochroniarzy i sekretarza. Szedł w jego kierunku.

– Prezydent wychodzi na spacer podobnie jak ja. Co za wspaniały człowiek! – pomyślał Carpatiu i poczuł nagły przypływ radości i energii, i ciepło słońca choć dzień być chmurny. Zwolnił kroku i obserwując prezydenta wyobrażał sobie, jak kroczy w jego kierunku po czerwonym dywanie spokojnie, równo, z prawą ręka lekko usztywnioną, uśmiechając się po ojcowsku. Naszły go wspomnienia ostatniej parady wojskowej, niezwykle bogatej: czołgi, działa, rakiety, samochody opancerzone, nad głową warkotliwe helikoptery i huczące samoloty. I żołnierze, tysiące żołnierzy, a po bokach trasy przemarszu wojsk i na sąsiednich ulicach setki policjantów dla zapewnienia bezpieczeństwa i porządku.

Myśli Carpatiu, zwykłego urzędnika, Szaraka, jak mówił sam o sobie, poszybowały w górę. Przypomniał sobie ostatnie osiągnięcia i zdobycze kraju:

– Zachara jest już nasza. Wkrótce zdobędziemy jeszcze więcej. Będziemy bogatsi i potężniejsi. – Przypomniał sobie wrogów Bizantu, o których często mówił Aleksander Cumagin Sake. Pod wpływem wspomnień Igor Carpatiu zaczął się zastanawiać:

– Co dał nam Zachód? Patelnię teflonową? Komputer? Internet? MacDonalda? Był patriotą. Nie pytał w swoim imieniu, ale całego narodu. 

Zaśmiał się szyderczo w duchu. – To my im dajemy ropę i gaz. Bez nas nie przeżyliby nawet tygodnia.

A co dał nam i światu Aleksander Cumagin Sake? Wszystko! Poczucie bezpieczeństwa, siły, szacunek u innych. Radość rozlała się w Szaraku jak wódka. – O właśnie! – przypomniał sobie. – On nawet obniżył cenę wódki! Żaden z jego poprzedników tego nie zrobił. A przecież wódka jest ważna. Bez niej nie byłoby żadnego wesela, imienin czy chrzcin dziecka. Szarak wzruszył się wspomnieniami z przyjęcia z okazji chrztu swojej najmłodszej córeczki, ukochanej Oli.

Naładowany pozytywną energią szedł w kierunku prezydenta, aby go pozdrowić i uścisnąć mu prawicę, jeśli tylko byłoby to możliwe. Wierzył, że to możliwe, liczył na to. Szedł i cieszył się. Nagle wyrosło przed nim trzech mężczyzn. Usiłował coś im powiedzieć, kiedy rozległy się strzały. Carpatiu poczuł penetrujący ból w klatce piersiowej a sekundę później eksplozję w głowie.

Aleksander Cumagin Sake podszedł bliżej i spojrzał w gasnącą twarz mężczyzny. Przyglądał mu się, jakby chciał sobie coś przypomnieć. Obrócił się w kierunku swoich ludzi. 

– Pamiętam go. Rok temu wręczałem mu order Wybitnego Urzędnika Państwowego. Za wieloletnią, oddaną służbę ojczyźnie. To prawdziwy patriota. Jego nazwisko … Tak, tak! Przypominam sobie: Igor Carpatiu. Spokojny obywatel, pracowity urzędnik i dobry ojciec. Zapiszcie! Zorganizujemy mu pogrzeb na koszt państwa i damy piękny nagrobek. Musimy wyróżniać naszych najlepszych obywateli.

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, dnia 24.03.2020

0Shares

Jalapo Umota, Inuit z charakterem. Opowiadanie science-fiction. Odcinki 1 – 11, wszystkie.

Odc. 1

Marzeniem Mateusza Bony było znaleźć się choćby na jeden dzień w miejscu, gdzie nie będzie obijać się o ludzi, ściany i przedmioty. Mieszkał w wielkim mieście i coraz bardziej go to męczyło. Zwłaszcza w gorące dni, kiedy do żaru słońca miasto dodawało duszność spalin samochodowych, rozgrzanych murów, jarzących się neonów i wyziewów charczącej klimatyzacji.

Jego potykanie się i obijanie o ludzi i przedmioty było skutkiem zakłócenia zmysłu orientacji przestrzennej związanej z receptorami grawitacyjnymi i narządem wzroku. Poza tym zawsze było mu gorąco, również zimą, kiedy grzały kaloryfery.

– Ty masz chyba dwa serca albo piec w piersi, taki jesteś gorący – skarżyły się najpierw przyjaciółki a potem dwie kolejne żony, Amelia i Zagra. – Może dlatego nie potrafię ułożyć sobie życia z kobietami, że jest im ze mną za gorąco? – spekulował Mateusz. – Dobrze, że nie jestem biseksualny, bo wtedy cały świat damsko-męski miałby podstawy skarżyć się na mnie – pocieszał się żartobliwie, choć daleko mu było do figlarnego nastroju. Mateusz lubił sobie wyobrażać, że jest ekscentrykiem utrzymującym pozytywne relacje z ludźmi różnych orientacji.

U podstaw jego marzeń, rzeczywistych i urojonych, stały dwa wyobrażenia: nieograniczonej przestrzeni i dojmującego chłodu. Były to zaprzeczenia rzeczywistości, w jakiej się obracał, zatłoczonego miasta i skwaru. Myślał o choćby przejściowej ucieczce od otaczającego go koszmaru.

Wybór padł na Labrador.

O Labradorze zbierał informacje od czasu, kiedy agentka biura turystycznego wymieniła kilka egzotycznych miejsc wypoczynku.

– Panu by się one podobały, bo ma pan gust odmienny od przeciętego turysty, jaki do nas trafia. Mówię to nie dlatego, że mierzi mnie przeciętność, ale dlatego, że Labrador jest wciąż obszarem dziewiczym, gdzie między tysiącami jezior i połaciami lasów starych jak świat, rządzi niepodzielnie zimno, pustka i wiatr. To obraz pierwotnej, dzikiej natury. W północnej części Labradoru panuje klimat arktyczny, w południowej subarktyczny. Coraz mniej jest już takich miejsc na świecie. To coś naprawdę dla smakosza wypoczynku z dala od murów i tłumów!

Słowo Labrador wpadło Mateuszowi w ucho jeszcze w dzieciństwie, podobało mu się. Było mocne jak skała, brzmieniem przypominało wodospad. Życzliwie kojarzyło się także z psem, Labradorem, rasą, którą zawsze lubił i podziwiał na spacerach, solidną, wełnistą i rozważną w zabawie.

Kiedy zagłębił się w Internet, dowiedział się o istnieniu dwóch Labradorów.

Pierwszym był półwysep Labrador, położony we wschodniej Kanadzie, otoczony od zachodu wodami Zatoki Hudsona, od północy – Cieśniny Hudsona, od wschodu – Oceanu Atlantyckiego, a od południowego wschodu – Zatoki Świętego Wawrzyńca.

Drugim był Region Labrador położony we wschodniej części półwyspu, wchodzący razem z Nową Fundlandią w skład prowincji Nowa Fundlandia i Labrador.

Niektóre dane utkwiły Mateuszowi w głowie. Trzysta tysięcy kilometrów kwadratowych powierzchni regionu zamieszkiwało zaledwie dwadzieścia siedem tysięcy mieszkańców, z czego prawie jedna trzecia to autochtoni, głównie Inuici, Innuitowie oraz Métis. Mateusz, obywatel wielkiego miasta, obijający się przez całe życie o ludzi, ściany i przedmioty, rozkoszował się w marzeniach regionem, gdzie na jednego człowieka przypada jedenaście kilometrów kwadratowych.

Na Labrador poleciał samolotem zimą, sam, jak palec. Nie była to podróż na ślepo; przygotował się do niej starannie. Od dawna pragnął przeżyć coś niezwykłego, wyprawę na koniec świata, gdzie nawet diabeł nie jest w stanie powiedzieć dobranoc, bo jest tam zbyt zimno, aby komuś chciało się otwierać usta, a komuś innemu słuchać, co te usta mają do powiedzenia.

– Tam, gdzie jest pustka i niskie temperatury mówienie i słuchanie muszą mieć inne wymiary niż w klimacie umiarkowanym. – filozoficznie spekulował podróżnik.

Bona wybrał na podróż porę zimową uznając, że nie ma to większego znaczenia. Labrador jawił mu się jako kraina wiecznej zmarzliny skuta mrozami przez cały okrągły rok. Pewne znaczenie mógł mieć jednak fakt, że była to okazja last minute taniego przelotu samolotem, dająca dostatecznie dużo czasu, aby bez pośpiechu uzyskać wizę kanadyjską.

Przeszłość i teraźniejszość celu wyprawy połączyły mu się w zgrabną całość. Zapamiętał z niej trzy fakty:

Battle Harbour była dawną stolicą regionu, wioski rybackie i ośrodki handlu futrami zostały założone przez przybyszów z Europy, wszystkie większe miejscowości były skupione wokół kopalń żelaza, elektrowni wodnych oraz instalacji wojskowych.

Jalapo Umotę spotkał w pociągu. Na początku oczywiście nie znał nazwiska współpasażera. Była to długa trasa: z Seahorse przy granicy z Quebeckiem, przez Oreway, Pitagę, Ross Bay JCT, skąd odnoga kolei prowadziła do Labrador City, następnie przez Sawbill, Esker, Faden i Astray aż do Schefferville na samym północnym krańcu regionu, gdzie kończyła się linia kolejowa Quebec North Shore and Labrador Railway Co.

Odc. 2

Od chwili, kiedy Mateusz Bona i nieznany pasażer znaleźli się razem w jednym przedziale, trwało milczenie. Siedzieli naprzeciwko siebie i patrzyli obojętnie przez okno, każdy zaabsorbowany własnymi myślami. Po pewnym czasie nieznajomy przysnął. Mateusz pomyślał, że obydwaj nie czują się dobrze w swoim towarzystwie, skoro nie nawiązali od razu rozmowy, jak to często bywa, kiedy w przedziale są tylko dwie osoby udające się w długą podróż. Tłumaczył sobie, że jest to efekt obcości wynikającej z różnic ubioru i wyglądu, być może także pochodzenia, doświadczeń życiowych, kultury, a nawet klimatu. Wszystko ich różniło.

Obserwując ośnieżone pejzaże przewijające się filmowo za oknem, zastanawiał się, jak przerwać milczenie. Od pewnego czasu pociąg jechał wzdłuż zamarzniętego jeziora stukając miarowo kołami na złączeniach szyn. Po przejechaniu kilku kilometrów Mateusz zobaczył w oddali trzy wilki. Stały na lodzie przy brzegu po drugiej stronie jeziora, podobne do postaci wykutych z kamienia, otulone szaroburą sierścią nastroszoną od mrozu. Widok żywych stworzeń skojarzył mu się z walką o przetrwanie w zimowej głuszy.

To podsunęło mu pomysł przerwania milczenia kierując do sąsiada pytanie o symbole Labradoru. Chwilę zastanawiał się nad sformułowaniem pytania. Zdecydował się użyć wyrazu „symbole” oraz zwrotu „ten niezwykły kraj”, aby stworzyć pozytywną atmosferę.

Przyjrzał się współpasażerowi; siedział wyciągnięty niedbale na fotelu. Okrągła twarz, gęste czarne włosy, wąskie oczy i krótko przycięta broda oraz rozszerzający się u podstawy nos nie pozostawiały wątpliwości, że jest autochtonem. W ciepłym wełnianym swetrze z włochatym kołnierzem i przymkniętymi powiekami przypominał niedospanego niedźwiedzia.

Wyraźne, choć niebyt głośne pytanie obudziło mężczyznę. Labradorczyk jakby tylko czekał na nie. Otworzył oczy, popatrzył z uwaga na Mateusza i przemówił. Posługiwał się swobodnie językiem angielskim z trudnym do określenia miękkim akcentem. Słowa spływały z jego ust jakby się śpieszył, aby powiedzieć jak najwięcej. Mateusz z trudem za nim nadążał.

– To bardzo miłe, że pyta pan o symbole tego kraju. Pytanie jest wyjątkowo trafne i znaczące, ponieważ – proszę to sobie wyobrazić, na Labradorze mamy … mężczyzna spojrzał w dół na swoje dłonie i zaczął liczyć odginając palce i nieznacznie poruszając wargami. … dziewięć oficjalnych symboli.

Podniósł wzrok, aby dokończyć wypowiedź.

– Są to kwiat, drzewo, ptak, koń, zwierzę, ptak do polowań, minerał, pies oraz święty, który jest naszym patronem.

– To fascynujące – wykrzyknął Mateusz, autentycznie poruszony ciekawą wyznaniem nagle ożywionego rozmówcy. – Z tego wszystkiego, co pan wymienił, był mi znany tylko jeden symbol. To pies rasy Labrador, za którą przepadam. Jest cudowny. Moja siostra miała … – Mateusz zreflektował się. – Przepraszam pana, ogarnął mnie entuzjazm. Zamieniam się w słuch.

Autochton popatrzył uważnie na Mateusza. 

– Jest pan kulturalnym człowiekiem. Mało trafia do nas takich turystów. Zanim dokończę odpowiedź na pańskie pytanie, chciałbym przedstawić się. Nazywam się Jalapo Umota i jestem Innuitą, rodowitym mieszkańcem tej ziemi, obszarów arktycznych i subarktycznych Labradoru, gdzie panują najniższe temperatury na świecie.

Dostrzegając szczere zainteresowanie Mateusza wszystkim, co dotyczy Labradoru, Jalapo zaoferował się przedstawić mu najciekawszą historię swego życia. Tak ją określił na początku. Potem, wpatrując się z napięciem w zdjęcie wyjęte z kieszeni na piersi, wyjaśnił.

– Mógłbym opowiedzieć tę historię jako własną. Nie jest to jednak moja historia, ale tak mi bliska, jakbym to ja ją przeżył. To historia mego brata bliźniaka, z którym jestem związany uczuciowo tak głęboko, że czasem dosłownie mylę go ze sobą. Brat jest moim sobowtórem; czujemy się tak, jakbyśmy stanowili jeden organizm. On to ja, ja to on. Dziwnie to brzmi, ale taka jest prawda. Kiedy mówię coś o nim, to czuję, że opowiadam własne przeżycia. Musi pan wiedzieć, że my, Inuici, doświadczamy rzeczywistości inaczej niż ludzie pochodzenia europejskiego. Jesteśmy inaczej skonstruowani duchowo niż Europejczycy, Amerykanie czy Azjaci. Dawniej nazywano nas Eskimosami, ale było to określenie obraźliwe. Eskimos po prostu znaczy to samo – Jalapo zawahał się chwilę – co zjadacz surowego mięsa. W moim języku, języku Inuitów, słowo „Inuk” znaczy „osoba”, natomiast „Inuit” znaczy „ludzie”. Na zakończenie powiem, że pochodzę z osady Nutak.

Jalapo mówił głosem wyważonym, rzeczowym. Jak się później okazało, nie unikał kontrowersji, śmiesznostek czy nawet samokrytyki. Kiedy przerwał, Mateusz skorzystał z okazji, aby wyrazić swoją opinię.

– Mnie to całkowicie odpowiada, jeśli przedstawisz mi historię swego brata bliźniaka, tak jakby to była twoja własna historia – były to słowa zachęty. Wypowiedział je celowo z obawy, że jeśli tego nie uczyni, to Inuita wycofa się z opowiadania niepewny, czy słuchacz rozumie dylemat jego tożsamości.

Jalapo ucieszył się. Jego twarz wypogodziła się, zmarszczki na czole straciły ostrość, oczy ożywiły się spokojnym światłem. Mógł teraz rozpocząć swoją opowieść. 

– Od pewnego czasu Elisapie, moja żona, upokarzała mnie przypominając mi fragmenty legendy naszego plemienia o pochodzeniu mężczyzny i kobiety, jak to było na początku świata. Wedle tej legendy, istniał wtedy tylko Ardnainiq, plemię, z którego oboje się wywodzimy. Miejscowości i miejsca określano kierunkami stron świata, bo nikt nie umiał lepiej określić położenia czegokolwiek tam, gdzie istnieje tylko ziemia, lód i wiatr. Mężczyźni plemienia Ardnainiq byli malutcy, jak małe dzieci, ale całkowicie porośnięci włosami. Żony nosiły ich w wielkich torbach na brzuchu lub na plecach jak zazwyczaj nosi się dzieci. Kobiety były normalnej wielkości i wykonywały całą pracę; jeździły na polowania i zaopatrywały mężczyzn we wszystko, co było im potrzebne do życia.

Odc. 3

Legenda wydała się Mateuszowi niewinną historyjką, jednakże zachowanie Inuity przeczyło temu. Widać było po nim, jak bardzo przeżywa jej opowiadanie. Jego ogorzała, okrągła twarz zbladła, na gładkim dotychczas czole pojawiły się zmarszczki, kąciki ust powędrowały w dół, lekko podłużne oczy jeszcze bardziej się zwęził. W chwili, kiedy mówił o noszeniu mężczyzn podobnie jak nosi się dzieci, cofnął głowę z wyrazem niesmaku na ustach. Pod koniec wykonał wstydliwy ruch ręką i uśmiechnął się niewyraźnie.

Po chwili wytchnienia, Jalapo kontynuował swoją historię cytując słowa żony, które – jak podkreślał kilkakrotnie – wciąż brzmiały mu w uszach i wypełniały czaszkę.

– Jalapo Umota! Zachowujesz się, jakbyś nie miał głowy!

Było mu niezwykle przykro słuchać tej samej reprymendy od żony, która od początku była dla niego najwyższą instancją prawdy małżeńskiej.

– A jeśli nie starszą, to z pewnością bardziej miarodajną niż Bóg, który zawsze jest gdzieś w oddaleniu – dodał z przekonaniem.

Nie była to pierwsza ani ostatnia reprymenda, jaką otrzymał w sprawach swego postępowania, dlatego brał ją poważnie do serca. Tak bardzo, że rozchorował się i być może zakończyłby karierę ziemską w permanentnej malignie lub podobnie nędznej kondycji, gdyby nie sen, jaki spłynął na jego rozchybotaną głowę nad ranem drugiego dnia choroby. Widział w nim sceny tak plastyczne i wyraziste, że kilkakrotnie wyciągał rękę, aby dotknąć rozciągającej się przed nim rzeczywistości, co mu się oczywiście nie udało.

Kiedy się obudził, sen przeistoczył się w rzeczywistość. Jalapo żył, pracował, jadł i pił, wykonywał czynności życiowe, jak każdy inny Inuita, ale jego myśli przesączone były tym, co mówiła mu żona i snem, który przekształcił się w rzeczywistość.

– Bolesna część historii, jaką ci teraz opowiem, zaczęła się całkiem zwyczajnie, można by powiedzieć prozaicznie. Stałem przy torach kilkaset metrów od stacji kolejowej i czekałem na drezynę, którą o tej porze naczelnik stacji wracał z domu do biura po zakończonym obiedzie. Przez stację prowadziły dwa tory, bliższy i dalszy. Tym dalszym co jakiś czas z hukiem przewalały się pociągi pokonując nieskończone odległości zimnej i górzystej trasy Wschód-Zachód. Raz na kilka dni przejeżdżał pociąg z cytrusami kierujący się na północ, aby poprawić zaopatrzenie w świeże warzywa i owoce mieszkańcom terenów pozbawionych prawdziwego lata. Potrzebowałem drezyny, ponieważ miałem sprawę wymagającą możliwie szybkiego i bezbolesnego załatwienia, z minimalną ilością hałasu. Z wszystkich środków lokomocji ona była najbardziej dostępna.

Czekając myślałem, że gdybym dla załatwienia mojej sprawy skorzystał z pociągu, to zrobiłby się z tego raban aż po wierzchołki drzew obsiadłych przez stada ptaków. Byłoby to niezgodne z moimi chrześcijańskimi przekonaniami, uwielbieniem dla Świętego Franciszka i naszych braci mniejszych, zwierząt i ptaków. 

Myśli tego rodzaju przewalały się przez skołataną niepokojem głowę Jalapo, kiedy nadjechała drezyna. Prowadził ją Svalbard, naczelnik stacji kolejowej Nutak. Wracał po obiedzie z domu do pracy jak zwykle w stanie zamroczenia, ponieważ nie potrafił odmówić sobie kieliszka lub dwóch czerwonego wina.

– To, że piję wino, a nie mocniejszy alkohol, całkowicie mnie usprawiedliwia – wyjaśniał naczelnik podwładnemu w dyżurce stacji kolejowej, gdzie razem pracowali. Jalapo pełnił tam niejasno określone obowiązki asystenta naczelnika stacji. Inaczej mówiąc, był człowiekiem do wszystkiego, pracującym pod hasłem „Przynieś, odnieś, pozamiataj”. Do jego stałego obowiązku należało odśnieżanie stacji zimą oraz zamykanie szlabanu, kiedy nadjeżdżał pociąg. To była najbardziej odpowiedzialna część jego pracy.

– Gdybyś zaniedbał ten obowiązek, mógłbyś zapłacić za to głową. Niezamknięty szlaban to zmora śniąca mi się po nocach. Dlatego piję – instruował go pouczająco naczelnik w chwilach wytchnienia od obowiązków służbowych.

Jalapo nie wierzył mu nawet na krzynę. Był przekonany, że naczelnik pije z zamiłowania, a nie ze strachu przed konsekwencjami niezamkniętego szlabanu. Nie lubił go za to tak bardzo, że czasem go nawet nienawidził. Jedyne co mitygowało pozycję naczelnika w oczach Jalapo było jego zamiłowanie do literatury pięknej. Naczelnik pasjami czytał medyczną literaturę kryminalną, science-fiction i horrory.

– Literatura powiększa moją wyobraźnię. Bez niej w tych potwornych temperaturach skurczyłaby się do rozmiaru pięści.

Inne tłumaczenia naczelnika mogły być mętne; jego wiara w moc literatury nie budziła jednak wątpliwości Jalapo. Naczelnik uważał siebie za pracowitego sybarytę, prawdopodobnie dlatego, że nie za dobrze orientował się, co znaczy to określenie. Tak czy inaczej swój pociąg do wina Svalbard uzasadniał przekonaniem o niebezpieczeństwie zapomnienia o szlabanie i konsekwencjach, jakie mogły z tego wyniknąć.

– Przekonanie to coś więcej niż pogląd czy opinia – to stwierdzenie było częścią jego repertuaru zapatrywań i wiedzy na pracę, życie i konsekwencje służbowej niesubordynacji.

Jalapo sam nie pił alkoholu. Nie pił go w ogóle, w sposób ostateczny, bezwzględny i apodyktyczny. Był zadeklarowanym abstynentem. Wierzył, że alkohol sprowadza ludzi prosto w czeluści piekła, kojarzącego mu się nie jako ogromna pieczara pełna ognia i smrodu siarki ale bezmiar równinnej pustki, po której hula szalony wiatr o temperaturze ciekłego azotu.

Odc. 4

Stojąc na peronie w oczekiwaniu na drezynę, Jalapo utwierdził się w przekonaniu, że przypomnienia naczelnika o płaceniu głową za niesubordynację służbową ułatwiają mu dokonanie czynu, jaki sobie zamyślił. Miał on wyrazić głęboką dezaprobatę Jalapo wobec perfidii zachowań otoczenia, w szczególności żony i naczelnika, uniemożliwiających mu bycie szczęśliwym.

Drezyna zbliżała się z lewej strony. Zauważył ją z daleka i pomachał ręką sygnalizując, aby się zatrzymała. Gest ten mieścił w sobie pożegnalne pozdrowienie samobójcy zrozumiale jedynie dla Najwyższego, dla którego nie ma granic poznania ani tajemnic. Naczelnik odmachał Jalapo uśmiechając się z dala serdecznie swoją rumianą najedzoną gębą. Drezyna zazwyczaj zatrzymywała się kilkanaście metrów za miejscem, gdzie stała oczekująca ją osoba. Naczelnik robił tak – mniemał Jalapo – dla udowodnienia swojej przewagi służbowej.

W momencie hamowania drezyny, której koła ważyły co najmniej pół tony każde, Jalapo rzucił się z peronu na tor i umieścił szyję na szynie tak, aby maszyna równiutko odcięła mu głowę. Ostatnią myślą, jaka nim owładnęła, choć nie wstrząsnęła, było:

– Zobaczymy, co teraz powiecie, ty, naczelniku Svalbardzie, i ty, moja ukochana Elisapie!

Nie była to myśl złośliwa, ale przekorna, że jego czyn do głębi uświadomi najbliższym okrucieństwo ciągłego przypominania mu o konsekwencjach utraty głowy oraz życia bez głowy.

Kiedy żelazny pojazd niby tajfun buchający chmurami zmarzniętego śniegu z hukiem przejechał nad nim, Jalapo uniósł tułów odrobinę do góry, ale niczego już nie zauważył. W ułamku sekundy zdał sobie sprawę, że przecież oczy są na głowie, a ta leży spokojnie między szynami. To było wszystko, co zapisała pamięć jego ciała.

To, że Jalapo od razu nie odszedł do niebytu, było cudem, na który złożyły się porażająco niska temperatura oraz niezwykła przytomność naczelnika Svalbarda. Sypał gęsty śnieg i trwał okropny mróz. Naczelnik wytrzeźwiał w jednej sekundzie. Gdyby ktoś obserwował go z boku, miałby wrażenie, że był przygotowany na potworność sytuacji. Myślał, podejmował decyzje i poruszał się jak w natchnieniu. Błyskawicznie zeskoczył z drezyny, cofnął się kilka kroków, schylił się, uniósł rękami głowę z ziemi, wrócił do drezyny i ułożył ją wygodnie na siedzeniu oczami w kierunku jazdy, otwartą raną do góry. Już w trakcie układania głowy zauważył jak mróz ścina drobiny krwi i płynów ustrojowych wydobywających się na zewnątrz. Po chwili, na podłodze drezyny, którą wysłał brezentem obracając go wewnętrzną, czystszą stroną do góry, spoczął korpus z kończynami. Nie patrząc nawet na ranę ziejącą u szczytu korpusu naczelnik wiedział, że zamarza w błyskawicznym tempie. Korpus umieścił, podobnie jak głowę, otwartą raną do góry. W tym celu podparł go drewnianą skrzynką, którą od kilku dni obiecywał sobie przenieść do podręcznego magazynku budynku stacyjnego.

Jak tylko niezwykły ładunek znalazł się na drezynie, naczelnik ruszył. Jechał przed siebie, rozwijając szybkość. Myślał intensywnie, co dalej. W ciągu kilkunastu sekund podjął decyzję. Właściwie to nawet nie zastanawiał się, bo było to jedyne postanowienie, jakie można było przyjąć: udać się do wojskowego ośrodka medycyny arktycznej, znajdującego się kilkadziesiąt kilometrów dalej, tuż przy linii kolejowej. Niewiele o nim wiedział, choć utrzymywał z nim kontakty, ale to wystarczyło. Był to obiekt otoczony tajemnicą. Powstał na odludziu dlatego, że panowały tam najniższe temperatury na półwyspie oraz niezwykle czyste powietrze. Oddalenie od cywilizacji ułatwiało jego pilnowanie.

Rozpędzona drezyna praktycznie nie wymagała żadnej kontroli. Droga była prosta jak promień słońca, który śnił mu się w dni zaciemnione burzowymi tumanami śniegu. Naczelnik wyciągnął telefon komórkowy z kieszeni służbowego kożucha i zadzwonił do szpitala. Numer telefonu miał zapisany w smartfonie, ponieważ stacja Nutak obsługiwała ładunki przeznaczone dla szpitala. Naczelnik nie miał z nimi wiele pracy. Chodziło głównie o przyjęcie z pociągu i przechowanie ładunku, kiedy tory były zasypane śniegiem aż pod niebo i pociąg nie mógł jechać dalej, zanim pług śnieżny nie oczyścił drogi. Po odśnieżeniu torów naczelnik lub Jalapo dowozili drezyną przesyłkę wjeżdżając na bocznicę zbudowaną specjalnie dla szpitala.

Naczelnik wyjaśnił dyżurnej recepcjonistce, w jakim celu do nich jedzie i w jakiej sytuacji jest pacjent, którego wiezie. Kobieta bez wahania połączyła go z ordynatorem szpitala. Zanotował on wszystkie niezbędne dane, pochwalił naczelnika za trafną decyzję i błyskawiczną akcję i zarządził alarm uruchamiając ludzi i środki na przyjęcie niezwykłego pacjenta. Kiedy drezyna zbliżała się do bocznicy prowadzącej do szpitala, naczelnik zdalnie przestawił tory.

W szpitalu wszystko było zapięte na ostatni guzik. Przy platformie wyładowczej czekali dwaj mężczyźni z wózkiem krytym plandeką, pod którą znajdowały się nowiutkie nosze przypominające dmuchany materac. Rozczłonkowane ciało Jalapo było już sztywne jak deska i twarde jak kamień.

– Proszę wejść do budynku i napić się czegoś gorącego. Musi pan też podpisać dokumentację – zaproponował pracownik szpitala, wyglądający bardziej na ciężarowca niż przedstawiciela służby medycznej.

Naczelnik pomyślał, że z pewnością nie zaoferują mu alkoholu. Wszedł tylko po to, aby uzupełnić informacje dotyczące okoliczności wypadku i dopełnić formalności, jakie mogły być wymagane w takiej sytuacji. Śpieszył się. Miał przed sobą obowiązki służbowe; stacja pozostawała na łasce losu, chciał też jak najszybciej zawiadomić Elisapie, żonę Jalapo, o tragicznym wydarzeniu.

Odc. 5

Sala operacyjna szpitala klinicznego Arctic Medical Centre, wyposażona w najnowszy sprzęt, była w pełnej gotowości do przyjęcia każdego pacjenta. Szpital, obiekt wojskowy na prawach kliniki uniwersyteckiej, miał dostęp do najnowszych technologii. Jego misją było prowadzenie zabiegów, badań i eksperymentów w zakresie medycyny arktycznej, związanej z leczeniem i ratowaniem człowieka poddanego ekstremalnie niskim temperaturom. Szpital dysponował lądowiskiem z podświetlaną i podgrzewaną płytą oraz bocznicą kolejową. Nie miał natomiast żadnego połączenia drogowego; w okolicy istniały tylko drogi lokalne. 

Dla personelu szpitalnego Jalapo Umota, człowiek podzielony, jak ktoś go nazwał, był gratką, błogosławieństwem, darem z nieba. Personel medyczny, zwłaszcza zespół operacyjny, entuzjazmował się po cichu. Jalapo, a właściwie jego rozczłonkowane ciało, dało im niepowtarzalną szansę życiową; wykazać się przed światem przeprowadzeniem operacji, jakiej nikt wcześniej nie wykonał.

– Można robić przeszczepy głowy zwierzęciu, koniowi czy małpie. Przeszczepy głowy ludziom są zabronione prawnie, bo to barbarzyństwo. A tu taka gratka! – skomentował jeden z chirurgów. – I jak tu się nie cieszyć? Przynajmniej w swoim gronie.

Rozczłonkowane ciało Jalapo trafiło prosto do kriokomory, której temperaturę ustawiono na czterdzieści stopni Celsjusza, taką samą, w jakiej dowieziono je do szpitala. Z uwagi na zamrożenie ciała, nie było potrzeby ani możliwości natychmiastowej interwencji chirurgicznej. Nieszczęsny samobójca miał wyjątkowe szczęście; czterdziestostopniowy mróz panujący na trasie przejazdu drezyny natychmiast ściął krew i płyny ustrojowe wydobywające się z otartych ran, zachowując głowę i tułów w stanie przypominającym hibernację.

Przybycie niezwykłego pacjenta poruszyło cały szpital. Dyrektor, pułkownik Usam, oraz ordynator natychmiast zabrali się do roboty, traktując wyższy personel jak sztab antykryzysowy. Sprawa była zbyt skomplikowana, aby cokolwiek zaniedbać. Zgodnie z zasadami projekt został utajniony. Nadano mu kryptonim „Człowiek z drezyny”. Propozycją ordynatora było „Zimowy cyborg”, przeważył jednak głos dyrektora.

Nikt nie liczył czasu, energii ani pieniędzy wymaganej dla realizacji przedsięwzięcia z wyjątkiem głównej księgowej Raudy Beto i dyrektora szpitala. Po konsultacjach z szefem zespołu chirurgów i innymi specjalistami, koszt operacji wyceniono wstępnie na piętnaście milionów dolarów. Dyrektor spotkał się z nią dla omówienia szczegółów.

– Nie dysponujemy takimi pieniędzmi. Będziemy ubiegać się o dofinansowanie. Sam zespół medyczny może objąć nawet sto pięćdziesiąt osób. Wygląda to jak operacja militarna, w której największym wrogiem jest widmo niepowodzenia. Rozmawiałem już w tej sprawie z ministrem obrony narodowej i ministrem zdrowia. Wiedzą, jakie znaczenie ma ta operacja dla wojska i całego kraju. Sprawa nie budzi ich wątpliwości. Uważam, że pieniądze mamy jak w banku. Gorzej jest ze specjalistami. Mamy ich za mało, musimy śpiesznie znaleźć kilku najlepszych specjalistów.

Dla przygotowywania operacji podjęto intensywne wewnętrzne konsultacje z personelem medycznym i pomocniczym. Dyrektor, najwyższy rangą wojskowy Arctic Medical Centre, patrzył na sprawę bardzo ambicjonalnie. Rozmawiał o tym z ordynatorem.

– To najtrudniejsza operacja, jaką kiedykolwiek prowadziliśmy, jaką kiedykolwiek prowadziły służby medyczne sił zbrojnych. Nikt wcześniej nie połączył głowy człowieka z tułowiem. Medycyna zna tylko częściowo udane eksperymenty tego rodzaju prowadzone na myszach, szczurach, małpach i psach. Ale były to zwierzęta. To, co mamy przed sobą, to walka człowieka z Bogiem i przeznaczeniem.

Do przygotowania i rozpoczęcia operacji wyznaczono piętnastoosobowy zespół chirurgów, anestezjologów i konsultantów plus personel pomocniczy, pielęgniarki i technicy. Zespół miał zmieniać się i powiększać w miarę postępów operacji. Ordynator martwił się.

– Zajmie nam ona co najmniej kilkadziesiąt godzin. Może nawet kilka dni. Nie wiem jak moi ludzie przetrwają ten potworny stres i zmęczenie.

W przeddzień operacji przeprowadzono jej symulację, rodzaj próby generalnej. Wytypowany zespół zebrał się w sali operacyjnej, uruchomiono wszystkie urządzenia i podłączono do aparatury manekina pozorującego człowieka z oddzieloną głową. Przygotowania śledzili pozostali pracownicy bezpośrednio z miejsc dla obserwatorów lub na wielkim ekranie telebimu w sali konferencyjnej.

Przed rozpoczęciem symulacji zespół wykonał sobie wspólne zdjęcie. Wyglądali jak kosmici ubrani w specjalne ochronne kombinezony. Na twarzach nie mieli masek ale specjalne hełmy z przednią szybą szczelnie zakrywające głowę ze wszystkich stron. Czterech chirurgów miało na sobie niebeskie kombinezony, pozostali białe. 

Podjęto specjalne środki ostrożności. Mimo niskich temperatur otoczenia za największe zagrożenie uznano bakterie i wirusy. Wniosek ten wyciągnięto po przeprowadzeniu wywiadu z żoną Jalapo Umoty. Jej obserwacje potwierdził naczelnik Svalbard.

– Jalapo skarżył się na złe samopoczucie poprzedniej nocy. Tej przed wypadkiem. Chyba był przeziębiony, bo pokasływał. Ale nie mogło to być nic ważnego, bo nie miał gorączki. – Zapewniała Elisapie uspokajająco, także dla poprawy własnego samopoczucia.

Kiedy dowiedziała się o tragicznym wypadku, w pierwszym odruchu przyznała się naczelnikowi, że ma wyrzuty sumienia z powodu targnięcia się Jalapo na życie. Nie miała wątpliwości, że był to czyn samobójczy. Jej tłumaczenie zmieniło się, kiedy po przemyśleniu uznała, że nie może winić siebie za szalony odruch męża.

Odc. 6

Operację łączenia tułowia i głowy rozpoczęto po kilkunastu dniach, kiedy gotowy był już plan, jak ją przeprowadzić. Samo jego stworzenie było osiągnięciem.

Przez cały ten okres ciało pozostawało w stanie sztucznej hibernacji, umożliwiającej odtworzenie procesów życiowych. Na pacjenta, jak dla uproszczenia nazywano to, co pozostało z Jalapo Umoty, czekał dobrze wyposażony blok operacyjny ze stołem operacyjnym o regulowanej temperaturze. Przed dniem operacji gruntownie sprawdzono wszystkie urządzenia, łącznie z aparatem do anestezji, rezerwowym stołem operacyjnym, monitorami funkcji życiowych organizmu, generatorami elektrochirurgicznymi, respiratorami wentylacyjnymi, systemem zasilania w energię elektryczną, mikroskopami, kamerami przemysłowymi i telewizyjnymi, stołem z narzędziami i wysięgnikami.

Metoda połączenia głowy z tułowiem, debatowana od dnia ich przybycia do szpitala, była wielkim wyzwaniem. Nikt wcześniej tego nie zrobił. Zespół operacyjny pod kierownictwem profesora Nazanina Siddiqa ustalił program łączenia. Przedstawiono go na sali odpraw. Oprócz chirurgów, ich asystentów i innych członków zespołu operacyjnego obecni byli dyrektor szpitala i ordynator. Profesor dobierał słowa, aby przesłanie było jasne dla wszystkich.

– Zastosujemy buforowanie, które znamy tylko z testów na zwierzętach. To jedyna metoda rokująca powodzenie. Nowatorska, ale najbardziej obiecująca: żadnego łączenia bezpośredniego nerwów, żył, mięśni, tkanek, z wyjątkiem tych podstawowych. Przy buforowaniu pracują równocześnie dwa zespoły. Bufor odzwierciedla dokładnie przekrój szyi w miejscu jej przecięcia i ma dwie nakładki, męską i żeńską. Do męskiej podłączymy tułów, do żeńskiej głowę. Potem nakładki połączymy razem w jedną całość, czyli właśnie bufor. Przypomnę, co sami łączymy operacyjnie: rdzeń kręgowy, aorta, żyła główna, tchawica. Resztę roboty wykonają urządzenia biotechnologiczne, które – już po połączeniu bufora – zidentyfikują i scalą ze sobą wszystkie pozostałe elementy szyi: połączenia nerwów, żył, tkanek i mięśni. Nastąpi to poprzez kanały bio, przewodzące sygnały elektryczne, chemiczne, genetyczne. Kanały działają na zasadzie mikroskopijnych rurek. Podobnie jak sam bufor są one zbudowane większości z komórek macierzystych o zdolnościach regeneracyjnych. Pracę bufora nadzorować będą czujniki biogenetyczne, mikroskopy elektroniczne i komputery. Proces identyfikacji, dopasowywania i zespalania ze sobą przerwanych elementów będzie widoczny ekranie urządzenia biokonfiguratora, umożliwiającego interwencję chirurga wspomaganego przez bioinżynierów, genetyków i innych specjalistów. 

Po trzech dniach biokonfiguracji końcówek najdrobniejszych żył, nerwów, tkanek, chrząstek i fragmentów skóry, połączono głowę z tułowiem. Jalapo Umota pozostawał w stanie wymuszonej śpiączki. Pierwsze godziny monitorowania zespolonego organizmu pokazywały wyniki na pograniczu życia i śmierci. Czekano na wybudzenie. Miało ono nastąpić dopiero za kilka dni.

Przebieg czynności życiowych, oddychania, krążenia krwi, bicia serca, przełykania, były nagrywane na trzech kamerach przemysłowych, podobnie jak przebieg samej operacji. Dyrektor planował jej transmisję do najważniejszych ośrodków klinicznych w kraju, ale dopiero po operacji zakończonej powodzeniem. Rozmawiał o tym z księgową. Wpadł do niej na pogawędkę, miała swój pokój tuż obok jego gabinetu.

– Nie możemy nic zabałaganić. Nie będę transmitować na żywo operacji obarczonej wielkim ryzykiem niepowodzenia. Wierzę w sukces, ale nie wiem czy Bóg jest po naszej stronie.

– Ten pański Bóg jest chyba bardzo kapryśny – księgowa pozwoliła sobie na uszczypliwość.

– Pani nie wierzy w Boga?

– Wierzę, ale innego niż pan, pułkowniku. Takiego, co komunikuje człowiekowi swoje zamiary.

Dyrektor nie odpowiedział na zaczepkę. Tego rodzaju rozmowy rozładowywały napięcie. Oboje potrzebowali tego. Dla dyrektora udana operacja byłaby mandatem dla dalszego rozwoju szpitala. Liczył się ostateczny efekt. Chodziło o to, aby organizm jak najszybciej podjął funkcje życiowe.

– Dopiero wtedy wszyscy zapomną o „Podzielonym człowieku z Otelnuk”, a będą mówi o „Połączonym człowieku z Otelnuk”. Te dwa hasła krążyły mu po głowie od kilku dni. Czekał na spełnienie się życzenia.

Odc. 7

Z chwilą połączenia organizmu w jedną całość, Jalapo Umota odzyskał nie tylko życie, ale i zdobył sławę. Wszyscy interesowali się jego losem od pierwszej wiadomości o wypadku. Zainteresowanie sięgnęło teraz zenitu. Jalapo stał się celebrytą na skalę światową. Wszyscy o nim pisali i mówili.

Tylko Elisapie, żona celebryty, kiedy od naczelnika Svalbarda dowiedziała się o pomyślnym wybudzeniu się męża z komy, skwitowała krótko:

– No i spełniło się. Powinnam się tego spodziewać. Tej fascynacji jego osobą. Na pewno czuje się teraz wznioślejszy niż Bóg, w którego rzekomo wierzy. To okropne. Jak amen w pacierzu, woda sodowa uderzy mu do głowy. I pomyśleć, że to ja to wszystko wykrakałam.

Drogę ze szpitala do domu Jalapo przebył w asyście policji specjalną karetką o regulowanej temperaturze popularnie zwaną „Zamrażarką”. Przed wjazdem do miasteczka witała ich delegacja władz i mieszkańców. Na uroczystość powitalną przybyli nie tylko dziennikarze, reporterzy stacji telewizyjnych i innych mediów, ale także liczni mieszkańcy najbliższych miejscowości, mimo że były to ogromne odległości.

Jalapo niewiele z tego zapamiętał, wciąż czuł się podle. Bardzo powoli wracał do siebie.

Po zainstalowaniu pacjenta w domu, towarzyszący mu chirurg, telefonicznie przedstawił dyrektorowi szpitala krótki raport. 

– Rekonwalescent nie całkiem zdaje sobie sprawę z otaczającej go rzeczywistości. Wciąż pozostaje w stanie pourazowego szoku. Jego umysł nie pracuje normalnie. Ma halucynacje, przywidzenia i dziwaczne wyobrażenia. Mówi i coś wyjaśnia, wyobrażając sobie, że rozmawia z żywym człowiekiem, choć nikogo nie ma w pobliżu. Czasem mówi coś od rzeczy. Jeśli ma przebłyski pełniejszej świadomości, to są one bardzo krótkie. Liczę na to, że stan jego zdrowia unormuje się, kiedy dobierzemy mu skuteczniejsze leki. Będzie też musiał spędzać więcej czasu z psychologiem.

Zachowanie Jalapo rejestrowały nieprzerwanie dwie kamery zainstalowane w sypialni. Pacjent najchętniej rozmawiał sam ze sobą. Na jego twarzy pojawiał się wtedy rumieniec ożywienia, oczy reagowały żywiej. Czasem poruszał wargami na tyle wyraźnie, że można było go zrozumieć bez słów. Raz rozmawiał z żoną, innym razem z naczelnikiem stacji kolejowej, jeszcze innym z księdzem. Powtarzał się często. Jego umysł produkował przedziwne obrazy.

Najczęściej wyobrażał sobie, że właśnie stracił głowę i musi teraz coś z tym zrobić. Kłopot sprawiała mu krew nieprzerwanie kapiąca mu z szyi. Z uwagi na żonę, Jalapo bał się o ubranie. Nie mając przy sobie niczego odpowiedniego, szukał torby plastikowej, którą mógłby osłonić otwartą ranę głowy i tułowia. Opowiadał o tym z ożywieniem.

– Byłem przekonany, że uda mi się coś wynaleźć. Z pomocą przyszedł mi silny wiatr. Przywiał coś, co po rozwinięciu okazało się torbą plastikową na zakupy. Była w bardzo dobrym stanie. Mimo to odrzuciłem ją z uwagi na możliwość zakażenia.

Problem krwawienia pojawił się znowu, kiedy Jalapo znalazł się w domu. Krew skapywała mu z szyi na podłogę. Jalapo czekał z niepokojem, kiedy żona zwróci mu uwagę. Czuł się w takich chwilach jak skarcone dziecko. Natychmiast pomyślał o mopie do zmywania i popędził do łazienki. Stanął na środku usiłując sobie przypomnieć, gdzie znajduje się wiaderko z mopem. Serce biło mu coraz mocniej.

– Powinno być w małej szafce po lewej stronie za drzwiami.

Rzucił się na kolana. Otwierał właśnie drzwiczki do szafki, kiedy dotarł do niego surowy głos Elisapie.

– Jalapo! Co to za ohydne plamy zostawiłeś w korytarzu przy wejściu? Czy ty musisz wchodzić do mieszkania w tych ciężkich buciorach, kiedy topnieje śnieg i wszędzie jest błoto? Zaraz przyjdzie moja siostra z mężem i dziećmi, chcę ich przyzwoicie przyjąć. Weźże mop i wytrzyj wreszcie tę podłogę!

Innym razem rozmawiał z wyimaginowanym naczelnikiem. Wydało mu się, że są razem w biurze Svalbarda w budynku stacji. Jalapo stał oparty prawą ręką o parapet i patrząc na pusty peron wyrażał swoje obawy.

– Jeśli w szyi rozwinie się gangrena, to zechcą amputować mi głowę. To byłaby ostateczność. Nigdy nie wyrażę na to zgody, a bez niej nic nie są w stanie zrobić.

W takich momentach w jego oczach pojawiały się łzy. Chwilę później pocieszał się, że tak jednak się nie stanie, tłumacząc naczelnikowi, z którym już jechał wyimaginowaną drezyną, że nie ma cukrzycy, a nawet gdyby miał, to i tak daje się ona leczyć.

Kiedy przeżycia Jalapo stawały się zbyt intensywne, interweniowała żona Elisapie. Robiła to z poczucia winy, że to ona wyzwoliła w nim tragiczne pragnienie samobójstwa i ma teraz święty obowiązek mu pomóc. Była bardzo religijna; wiara podtrzymywała ją na duchu i dawała siłę do walki z przeciwnościami.

Kiedy Jalapo powtórzy w domu swoje obawy wywiązania się w szyi gangreny i amputacji głowy, ucinała je skutecznie przywołaniem męża go do porządku.

– Bądź poważny, Jalapo, przecież głowa została z powrotem połączona z tułowiem. Czasem zdarzało jej się powiedzieć „przymocowana do tułowia”.

– No tak! – przyznawał Jalapo z ulgą. Było jasne, że nikt nie ma na niego takiego wpływu jak Elisapie. Lekarz dyżurny często wzywał ją do pomocy kiedy przeżycia Jalapo stawały się tak intensywne, że zagrażało to jego sercu.

Następnym etapem drogi Jalapo do pełniejszej świadomości były monologi, rozmowy z samym sobą. Lekarz czuwający nad nim zwrócił uwagę, że koncentruje się on głównie na sprawach ciała i ducha.

– Jalapo stwarza wrażenie, jakby usiłował przyzwyczaić się do nowego stanu ciała i umysłu, pogodzić niezdolność poruszania się ze swobodą myślenia i przeżywania uczuć i emocji. Nie idzie mu to łatwo. Wyraża to bardzo charakterystycznie, krótkimi zdaniami, łatwymi do sformułowania i wypowiedzenia. Czasem posługuje się cytatami lub przytacza znane powiedzenia i przysłowia nawiązujące do jego sytuacji. Dziwnie to brzmi. Mówi na przykład „Ja sobie, głowa sobie”. Potem zamyśla się, jakby zastanawiając się, co to znaczy, i powtarza zdanie kilkakrotnie, jakby chciał je zapamiętać. – Mam wrażenie, że w ten sposób buduje zrozumienie swojej sytuacji.

Odc. 8.

Lekarze dyżurujący przy Jalapo nie mieli powodu narzekać na nudę. Oprócz chirurga, coraz częściej towarzyszył Jalapo psycholog kliniczny, czasami nawet zastępował lekarza. Na naradzie w szpitalu omawiano postępy powrotu Jalapo do zdrowia. Uczestnicy spotkania obejrzeli kilka nagrań z kamery zainstalowanej w domu pacjenta. Zachowanie się i wypowiedzi Jalapo były rejestrowane przez kamerę i wykorzystywane przez szpital w celach rehabilitacyjnych i edukacyjnych. W wyniku dyskusji ustalono, że uraz psychiczny doznany przez niego był poważniejszy niż sądzono. Zebranie zakończył profesor Nazanin Siddiq, kierownik zespołu chirurgów.

– Pragnę zwrócić uwagę, że na obecnym etapie rekonwalescencji jego problemy są mniej somatyczne, a bardziej psychiczne. Uważam, że powinniśmy zapewnić mu więcej pomocy psychologicznej. Zanim to nastąpi, należałoby sprawdzić, czy pacjent lepiej reaguje na psycholożkę czy na psychologa. Płeć może mieć znaczenie. Musimy to jak najszybciej przetestować.

Próby wypadły na korzyść kobiety. Jalapo bardzo dobrze przyjmował jej obecność, ożywiał się, chętnie rozmawiał i słuchał jej zaleceń. Już następnego dnia zwracali się do siebie po imieniu. Jalapo mówił też, że Jenny, tak miała na imię psycholożka, bardzo mu pomaga.

Wkrótce, zupełnie niespodziewanie, zmieniło się to. Jalapo stracił entuzjazm, potem zobojętniał, niechętnie rozmawiał. Jenny była zaniepokojona, nie miała pojęcia dlaczego. Postanowiła to wyjaśnić.

– Jalapo! Jesteś teraz markotny, kiedy przychodzę, aby z tobą porozmawiać. Kiedyś tego nie było. Czy coś zrobiłam lub powiedziałam, co by sprawiło ci przykrość? Jeśli tak się stało, to chciałabym to naprawić. Mam wrażenie, że czujesz się gorzej, szybciej się męczysz i nudzisz na naszych spotkaniach. Jalapo zaprzeczał, ale niezbyt zdecydowanie. Czasem kierował wzrok gdzieś w przestrzeń albo w bok.

Któregoś dnia naczelnik Svalbard zadzwonił do dyrektora szpitala, aby przekazać mu poufną informację. Zanim to uczynił, prosił o dyskrecję. Swój sekret wyjawił dopiero wtedy, gdy dyrektor jednoznacznie obiecał mu zachować w tajemnicy to, co usłyszy.

– To, co panu powiem, wiem od Elisapie, żony Jalapo. Powiedziała mi to w zaufaniu. Dzielę się z panem tymi informacjami, ponieważ chcę pomóc Jalapo. Jenny, pańska psycholożka, robi bardzo dobrą robotę. Naprawdę pomaga Jalapo. On sam powiedział to kiedyś Elisapie. Powiedział jej także, że Jenny to mądra i miła kobieta.

– Poza tym jest młoda i atrakcyjna. Cóż w tym złego? Bardzo mi pomaga swoimi radami – tak to dokładnie Jalapo określił w rozmowie z Elisapie.

I tu leży pies pogrzebany, panie dyrektorze. Obecność Jenny w domu nie podoba się Elisapie. To za mało powiedziane. Ona jej serdecznie nie znosi, wręcz nienawidzi. Zapamiętałem dokładnie niektóre jej słowa. Była bardzo wzburzona, kiedy mi to mówiła.

– Obserwuję ją od samego początku. Ta rzekoma psycholożka, ta Jenny, po prostu wdzięczy się do Jalapo. Jest taka uprzejma, jakby rozmawiała z dzieckiem. Robi czułe miny, pyta go dziesięć razy dziennie, jak się czuje, tym swoim przesłodzonym miodowym głosem. Zadaje mu różne bezczelne pytania. Pyta go na przykład: Może zechciałbyś powiedzieć mi dzisiaj coś więcej o sobie? O tym, jak się czujesz w tej chwili, o swoich odczuciach, jakie masz skojarzenia, co przychodzi ci do głowy, kiedy myślisz o sobie? Ta przewrotna baba zachowuje się jak wyuzdana kochanka i to mi się bardzo nie podoba, bo Jalapo nawet mnie, swojej wieloletniej żonie, takich historii nawet w łóżku nie opowiadał. Ona mu całkiem we łbie przewróci. Jemu i tak już niewiele brakuje, a tu takie sztuczki! Wolałabym, aby tego rodzaju rozmowy jak na spowiedzi prowadził z nim nasz proboszcz. Więcej by się dowiedział i pomógł Jalapo niż ta Jenny. On też zna się na psychologii. Wiem, że ukończył jakieś kursy i szkolenia na ten temat w seminarium duchownym. Na pewno bardziej pomoże Jalapo niż ona. To najlepszy pasterz naszego kościoła w całej okolicy. W sprawach rodzinnych, małżeńskich i osobistych doradzał wielu owieczkom z naszej parafii.

Zamiana Jenny na psychologa nastąpiła bardzo szybko. Dyrektor szpitala załatwił to już następnego dnia. Prawdopodobnie wpłynęło to na Jalapo, ponieważ wkrótce lekarze zauważyli pogorszenie stanu jego psychiki. Określili je jako aberrację. Okazało się, że Jalapo zaczął utożsamiać się z tułowiem nieporównanie silniej niż z głową. Pytany o to, odpowiadał, że to kwestia zapominania. W rozmowie z samym sobą, zarejestrowanej przez kamerę i dodatkowo nagranej na dyktafonie przez dyżurnego psychologa, Jalapo zastanawiał się, czy czasem nie traci pamięci. Zadał sobie pytanie i od razu na nie odpowiedział.

– Oczywiście, że nie. Ileż to razy w przeszłości, powziąwszy jakiś zamysł, na przykład zrobienia sobie herbaty, przychodziłem do kuchni, gdzie w mojej głowie pojawiało się nagle pytanie: „Po co ja tutaj przyszedłem”. Potem sobie oczywiście przypominałem. Zawsze byłem zapominalski – pocieszał się. Sytuacja skomplikowała się, kiedy Jalapo wyjaśnił psychologowi, że myśl o herbacie uciekała mu z głowy i pozostawała na fotelu.

Zagadkowy sposób myślenia Jalapo skłonił lekarzy do przeniesienia go z łóżka na fotel. Jalapo poczuł się znacznie lepiej i zaczął więcej i składniej mówić. Czasem mówił o sprawach tak skomplikowanych, że lekarze zastanawiali się, czy nie nabył tej wiedzy podświadomie w okresie komy, śpiączki farmakologicznej albo później, już w domu, słysząc głosy ludzi w otoczeniu.

– Dualizm organizmu ludzkiego, aktywności i bierności, a właściwie życia i śmierci, urósł do rangi rzeczywistości! – Kiedy Jalapo to powiedział, jego twarz ożywiła się. Widać było po nim, że podobają mu się własne słowa. Przywołał do siebie dyżurnego lekarza. Kiedy ten podszedł, Jalapo skinął mu głową w podziękowaniu i poprosił, aby się nachylił, bo ma mu coś ważnego do przekazania.

– Zachwyca mnie bogactwo moich myśli. Czuję się, jakbym się na nowo narodził. Jak całkiem wrócę do siebie, chciałbym dzielić się z ludźmi moimi przeżyciami i przemyśleniami. Myślę o spotkaniach z młodzieżą szkół średnich, może nawet ze studentami dramaturgii. Przede wszystkim chciałbym jednak wystąpić w domu kultury przed publicznością Nutaka. Zaprosiłbym na to spotkanie Elisapie i naczelnika Svalbarda. Na nich najbardziej mi zależy. Zawsze traktowali mnie z góry – Jalapo wyraźnie cieszył się, kiedy to mówił.

Był to moment wyjątkowo silnego pobudzenia pacjenta. Lekarz skojarzył go z nowym lekiem, jakie Jalapo przyjmował od kilku dni w celu stabilizacji nastroju.

Odc. 9

Po okresie zmieniających się wyobrażeń i halucynacji, Jalapo zaczął interesować się szczegółami pracy swego organizmu. Dyżurujący lekarz uznał to za istotny objaw powrotu do rzeczywistości. Jalapo mówił o czynnościach życiowych, oddychaniu, wydalaniu, ruchu, reakcjach na bodźce, rośnięciu, rozmnażaniu i odżywianiu. Nie zapomniał o żadnej z siedmiu funkcji określających żywy organizm. Był dociekliwy, zadawał pytania dyżurującym przy nim lekarzowi i psychologowi. Obydwaj zgodnie zauważyli, że zmienił mu się język. Jalapo chętniej i częściej używał skrótów, przysłów i powiedzeń.

– Co się stanie z jedzeniem, które włożę do ust? Jak będę się załatwiać, jeśli sygnał mający rozluźnić zwieracz wewnętrzy a następnie zwieracz zewnętrzny odbytu utkwi w głowie i nie dotrze tam, gdzie trzeba?

Pytał także, czy i jak można usprawnić komunikację między głową a tułowiem. Obydwaj specjaliści tłumaczyli mu, że nie powinien w ogóle o tym myśleć, ponieważ jego organizm sprawuje się bez zarzutu, on jednak pozostawał nieufny. Tłumaczenie nie uspokoiło go. Myśl o zaniku sygnału uruchamiającego zwieracze odbytu wywoływało w nim  napięcie objawiające się mrowieniem i drętwieniem lewej strony twarzy oraz drżeniem lewej powieki. Lekarz tłumaczył to Jalapo przeciążeniem układu nerwowego nadmiarem bodźców.

– Jest wiele możliwości. Stres, niewyspanie oraz niepokój mogą spowodować zaburzenia w funkcjonowaniu układu nerwowego. Przyczyną może być także niedobór witamin i minerałów.

Jalapo walczył z niepokojem na swój sposób, wyrażając przekonania nawiązujące do mądrości ludowej:

– Jakoś to będzie! Tak przecież żyją wszyscy Inuici. Mówił też „Czas leczy rany”, oraz, co zdarzało się rzadziej, „Do wesela się zgoi”.

Tylko raz wtrącił ni z tego, ni z owego „Miłość przychodzi dopiero po ślubie”.

Obecna przy mężu Elisapie wyjaśniła, że ostatnie powiedzenie utrwalili w nim rodzice przed ślubem jako odtrutkę na niepowodzenia, jakie są nieuniknione nawet w najlepszym stadle. 

Co jakiś czas Jalapo wpadał w rutynę przypominania sobie i powtarzania przysłów. Psycholog zarejestrował dwa przysłowia: „Wilk i szaman pochodzą z tego samego gniazda” oraz „Oby twoja dobroczynność rosła w takim samym stopniu jak twoje bogactwo”. Wprawdzie były one zrozumiałe, tym niemniej poprosił Elisapie i naczelnika Svalbarda, osoby najbliższe rekonwalescentowi, o wyjaśnienie, czy nie nawiązywały do jakichś zdarzeń z życia Jalapo.

Sam Jalapo podchodził do sprawy wyjątkowo spokojnie.

– Nie widzę w przysłowiach żadnej sensacji. To naturalne. Przychodzą człowiekowi do głowy i odchodzą podobnie jak pies husky zwolniony na postoju z uprzęży, w której ciągnie sanki. Nie mogę powiedzieć, że chłonę przysłowia jak pożywienie lub że są one paliwem napędzającym moją wyobraźnię. Ich pojawianie się nie męczy mnie, ponieważ angażuje tylko głowę, same ciało wypoczywa.

Zainteresowanie Jalapo przysłowiami stopniowo blakło, coraz rzadziej je powtarzał, w końcu zapomniał o nich.

W ich miejsce pojawił się nawyk ciągłego rozważania i definiowania swojej sytuacji. Psycholog interpretował to rosnącą świadomością własnego ciała oraz troską o zdrowie.

Jalapo uważał, że po oddzieleniu głowy od tułowia część pamięci i myślenia pozostała mu w kręgosłupie i mięśniach. Była to prawdopodobnie gra podświadomości, ponieważ kilka dni wcześniej lekarz i psycholog dyskutowali ten temat przy nim, kiedy drzemał. Na Jalapo znowu padło podejrzenie, że w czasie snu podświadomie zapożyczył sobie opinię z rozmowy prowadzonej w jego obecności.

Minęło pięć miesięcy od dnia powrotu Jalapo do domu, kiedy zjawił się u niego ksiądz, proboszcz parafii, do której należeli Elisapie i Jalapo. Elisapie zaprosiła go, aby go pobłogosławił a w imieniu parafian przekazał mu życzenia rychłego i pełnego powrotu do zdrowia.

Wizyta proboszcza u Jalapo okazała się niełatwa dla obydwu. Istniała między nimi jakaś ukryta animozja, której parafianie ani nikt inny nie rozumiał. Ani Jalapo, ani proboszcz nigdy nie skarżyli się na siebie, żaden nie mówił niczego złego o drugim, tym niemniej mężczyźni nie lubili się.

Psycholog zrobił w tej sprawie rozeznanie, szukając głębszego zrozumienia zachowań i psychiki rekonwalescenta, nic jednakże nie odkrył. Po rozmowie z Elisapie naczelnikiem Svalbardem i kilku innymi parafianami, domyślał się tylko, że poszło o spór doktrynalny, czy Bóg objawia się ludziom na pustkowiu, kiedy są absolutnie sami. Jalapo uważał, że nie, bo nieskończona pustka jest częścią Boga. Duchowny był odmiennego zdania, uznając w dodatku pogląd Jalapo za herezję. 

Po przywitaniu się, złożeniu życzeń i wymianie kilku uprzejmości, proboszcz dłuższą chwilę w milczeniu przyglądał się Jalapo, po czym nagle zatrwożył się i zaczął się żegnać znakiem krzyża. Jalapo wydawał się drzemać w tym momencie. Później okazało się, że był jak najbardziej przytomny i obserwował scenę przez przymknięte powieki. Skomentował to trochę niezrozumiale.

– Robiąc znak krzyża proboszcz poruszał ręką tak szybko, że nie byłem w stanie dostrzec jej ruchu. Cały czas patrzył na mnie jak na szatana, oczy wyszły mu z orbit, w końcu uniósł sutannę do góry i wyrwał jak koń z kopyta w kierunku drzwi. Pomyślałem o sobie, że chyba przypominam nieczystego ducha napędzającego ludziom strachu do tego stopnia, że uciekają ogarnięci szaleństwem. Widok proboszcza parafii w takim stanie wywołał we mnie niepokój. Poczułem się zagubiony; trapi mnie teraz myśl o stanie mojej duszy i szansie zbawienia.

Odc. 10

Po miesiącach fizycznej i psychicznej rekonwalescencji Jalapo poczuł się na tyle dobrze, że wyszedł na zewnątrz na spacer. Towarzyszyła mu żona, naczelnik Svalbard oraz lekarz sprawujący nad nim pieczę ze strony szpitala. Przy pięknej pogodzie w towarzystwie bliskich i znanych mu osób Jalapo poczuł się wyjątkowo dobrze. Słuchał, co do niego mówiono, sam też zabierał głos. Lekarz przekazał mu decyzję dyrekcji szpitala o zakończeniu codziennych dyżurów i bezpośredniego nadzoru medycznego oraz zmniejszeniu zabiegów rehabilitacyjnych.

– Nie potrzeba cię męczyć ćwiczeniami tak często. Jesteś już w dobrej kondycji. 

Wprowadziło to Jalapo w wyjątkowo dobry nastrój. Czekał na taki dzień.

Zbliżali się do domu kultury, kiedy Svalbard zatrzymał się.

– Ja też mam coś ważnego i ciekawego do przekazania. To niespodzianka dla Jalapo i Elisapie. Władze i społeczność Nutaka w porozumieniu z dyrekcją szpitala w Otelnuku przy wsparciu naszego kościoła organizują specjalne spotkanie dla uczczenia powrotu Jalapo do zdrowia. Odbędzie się ono tutaj, w domu kultury, pojutrze, w niedzielę, o godzinie czternastej. Teraz, uwaga, uwaga! Punktem głównym będzie prezentacja książki, autobiografii Jalapo. Napisał ją specjalista od biografii znanych osób Saskian Ubita. Jesteście wszyscy zaproszeni. To za mało powiedziane. Wasza obecność jest obowiązkowa. Bez was uroczystość się nie odbędzie. Nic więcej nie powiem, bo chyba i tak za dużo ujawniłem.

Sala główna domu kultury wydała się Jalapo większa i bardziej przestrzenna, niż ta, jaką pamiętał. Po obydwu stronach sceny stały kamery telewizyjne, krzątali się przy nich ludzie. Pracownicy telewizji, dziennikarze i reporterzy chodzili po sali przygotowując się do pracy. W pierwszych dwóch rzędach foteli Jalapo zauważył znajome twarze psychologa Chrisa Mosera i trzech lekarzy. Obok nich siedziało kilka nieznanych mu osób. Jalapo domyślał się, że niektórzy z nich to przedstawiciele dyrekcji szpitala w Otelnuku, pozostali to jacyś oficjele. Żona Elisapie i naczelnik Svalbard weszli razem z nim na salę; od razu wskazano im fotele na środku pierwszego rzędu. Kiedy wchodzili, ludzie powstali z miejsc i rozległy się brawa.

Zebraniu przewodniczyła kobieta ubrana w długą czarną suknię z wyszytymi kolorowymi nićmi postaciami autochtonów ubranych w futra i wykonujących tradycyjne czynności. Jej pojawienie się również wywołało oklaski. Kobieta wpatrywała się w audytorium dopóki nie uspokoił się szmer na sali, po czym powitała Jalapo. Jej przemówienie było krótkie. Zakończyła je po dwóch minutach.

– Nie muszę, ani nie powinnam mówić więcej o Jalapo Umocie, najbardziej znanym członku naszej wspólnoty. Dużo lepiej zrobi to za mnie autor jego biografii, pan Saskian Ubita.

Jalapo zdziwiło nieco obco brzmiące nazwisko autora. Nigdy o nim nie słyszał. Poczuł się jeszcze bardziej niepewnie, kiedy pomyślał, że autorzy biografii spędzają mnóstwo czasu z ludźmi, których opisują. Przyjrzał się biografowi, kiedy go zobaczył. Ubita wyglądał na czterdzieści sześć lat, miał krótko ostrzyżone włosy i wysuniętą do przodu głowę z mocno pofałdowanym czołem. Mężczyzna podszedł do mównicy i zaczął porządkować notatki. Czynił to z takim spokojem jakby był sam na sali.

– Autor mojej biografii! Ciekawe, ciekawe! – Mruknął Jalapo, odwracając głowę w kierunku żony.

– Elisapie, czy ty słyszałaś o tym, że ktoś pisze moją biografię?

– Nie miałam o tym pojęcia. Jestem tak samo zaskoczona jak ty. Oboje byli zaintrygowani, ale spokojni.

Światło reflektora ujawniło dalsze szczegóły wyglądu człowieka przy mównicy. Jego włosy zmieniły kolor. Jalapo określił go krótko „ryżawy brunet”. Przyglądał się jego wąsom i ustom wysuniętym do przodu jakby do pocałunku, mięsistym wargom i raczej pełnym policzkom, krótkiemu podbródkowi i solidnemu nosowi. Przerwał dopiero wtedy, kiedy mężczyzna zaczął mówić. Miał przyjemny, niski głos.

– Opowiem państwu moją wersję biografii pana Jalapo Umoty. Jest bardzo krótka, to tylko streszczenie pełnego tekstu biografii. Z uwagi na jego stan zdrowia nie liczyłem na szansę przeprowadzenia z nim bezpośredniego wywiadu. W czasie pobytu w tych okolicach miałem zresztą bardzo mało czasu. Postąpiłem więc jak historyk i reporter, zbierający materiały i budujący opowieść na podstawie dokumentów, wywiadów z ludźmi znającymi bohatera oraz analizą zdarzeń zarejestrowanych i zapamiętanych przez ludzi. Zapoznałem się też z materiałami prasowymi i informacjami zawartymi w mediach internetowych. Bogactwo zdarzeń i upływ czasu spowodowały, że w niektórych fragmentach autobiografii jest więcej niż jedna wersja zdarzeń.

Ubite skoncentrował się i zaczął czytać. Czynił to bez pośpiechu, z przerwami, aby napić się wody ze stojącej obok szklanki. Były to momenty, kiedy Jalapo mógł mu się przyjrzeć dokładniej. Ubite miał na sobie czarną kurtkę i ciemnogranatowe jeansy, na nogach sznurowane buty z wysokimi podeszwami typu traktor. Lekko przygarbiony wyglądał niższy niż był w rzeczywistości. Czytał jakby z namaszczeniem.

– Tragiczny wypadek nastąpił w czasie intensywnej zamieci. Był wtorek. Jalapo Umota śpieszył się do pracy. Nie mieszkał daleko, niecałe dwa kilometry od stacji kolejowej Nutak. Ostatnio miał mało ruchu i zdecydował się pójść do pracy pieszo, choć o tej porze roku zazwyczaj używał motorowych sań. Kiedy wyruszył z domu, sypał lekki śnieżek, lecz w połowie drogi rozpętała się burza śnieżna. Śnieg padał tak gęsto, że nie było nic widać. Jalapo posuwał się wolno dróżką prowadzącą wzdłuż toru kolejowego w kierunku stacji. Mimo że drogę znał doskonale, w śnieżnej nawałnicy stracił orientację. Zmienił wtedy postępowanie. Postanowił iść torem trzymając się blisko prawej szyny. Był to najpewniejszy drogowskaz. Znając tygodniowy rozkład jazdy Jalapo wiedział, że o tej porze przez Nutak nie przejeżdżają żadne pociągi towarowe. Pasażerski pociąg pojawiał się tylko raz z tygodniu, zupełnie innego dnia, w piątek. To był ważny szczegół, ponieważ wędrowiec nie był w stanie niczego słyszeć. Padający gęsty śnieg, szum wiatru niosącego śnieg i gruba skórzana czapa zasłaniająca uszy, skutecznie tłumiły hałasy.

Jalapo znajdował się nie więcej niż sto metrów od stacji Nutak, kiedy z tyłu wyjechał nagle ze gęstej śnieżycy wracający z wypadku kolejowego ambulans reanimacyjny, większy niż zwykła drezyna. Jechał w kierunku szpitala wojskowego w Otelnuku. Jalapo usłyszał nadjeżdżający pojazd w ostatniej chwili i obrócił się, aby zobaczyć, co się dzieje. Natychmiast, automatycznie, podjął decyzję odsunięcia się od toru. W miejscu, gdzie się znajdował, wysypany był gęsto szuter, drobne kamyki służące do umacniania podkładów kolejowych. Kamyki obsunęły mu się spod prawego buta, Jalapo poślizgnął się i zamiast przesunąć się do przodu, przechylił się do tyłu i upadł na tor. Wskutek uderzenia szyją o szynę stracił przytomność.

Ambulans miał automatyczny system hamowania. Kiedy czujniki wykryły przeszkodę na torach, pojazd zaczął natychmiast hamować. To, co statecznie uratowało Jalapo, to gruba warstwa śniegu na torowisku oraz nisko zawieszone bufory ambulansu; pchały go one po śniegu zalegającym tory zanim pojazd zatrzymał się całkowicie. Jalapo miał wielkie szczęście.

Ofiarę zauważył w ostatnim momencie kierowca ambulansu, było już jednak za późno, aby zdążył zareagować. Kiedy pojazd zatrzymał się, zespół ratunkowy ustalił stan ofiary: obrażenia szyi, szybko spadające tętno serca, zanikający oddech. Pełen zakres kontuzji ustalono dopiero w szpitalu. Jalapo doznał ciężkich obrażeń szyi, miał przerwany rdzeń kręgowy i uszkodzoną tchawicę, ponadto ogólne potłuczenia ciała. 

Natychmiast założono prowizoryczny opatrunek na szyję nieprzytomnego mężczyzny i podłączono go do sztucznego płucoserca obniżając temperaturę do 10 stopni Celsjusza w kriokomorze ambulansu.

W szpitalu podłączono Jalapo do systemu sztucznego podtrzymywania życia, cyrkulacji krwi i płynów ustrojowych. Lekarze nie mieli czasu na dłuższe zastanawianie się. Pacjent miał ciężkie obrażenia ciała, był nieprzytomny i sztucznie utrzymywany przy życiu. System zapewniał organizmowi kontynuację pracy serca i innych organów, dostarczał tlenu, wody i pożywienia, utrzymywał odpowiednią temperaturę ciała, ciśnienie krwi, a także usuwał produkty przemiany materii. Zapewniona była także ochrona przed wirusami i bakteriami.

Jalapo mógł umrzeć w każdej chwili. Był to prawdopodobny scenariusz. Monitorując kruchy stan jego zdrowia, szpital przygotowywał się do skomplikowanej operacji ratowania życia. Personel był przygotowany, aby go ratować, jak i wykorzystać – w razie nagłej śmierci – jako dawcę organów do przeszczepu. Prześwietlenia oraz badania laboratoryjne próbek krwi i moczu pobranego bezpośrednio z pęcherza sugerowały, że jego organy wewnętrzne są w dobrym stanie. Była to sytuacja, kiedy śmierć jednego człowieka mogła uratować życie kilku innych osób czekających na serce, wątrobę, nerki czy płuca. To nie była prosta sprawa. Czas był najbardziej krytycznym czynnikiem. Potrzebne było rozeznanie, kto, gdzie i jaki organ potrzebuje do przeszczepu, następnie pobranie tych organów, ocenę ich jakości, w końcu przygotowanie do wysyłki. Zgodnie z prawem wymagana była zgoda rodziny na pobranie organów od dawcy.

Dzięki dokumentom, jakie znaleziono przy Jalapo, ustalono jego tożsamość i jak tylko można było najszybciej skontaktowano się z jego żoną, Elisapie. Przedstawiono jej sytuację.

– Będziemy go operować, aby uratować mu życie. Rokowania nie są jednak najlepsze. Pani mąż doznał bardzo ciężkich obrażeń szyi i jest utrzymywany przy życiu tylko dzięki płucosercom i innym urządzeniom. Musimy liczyć się z tym, że jego stan zdrowia może się pogorszyć i nie będziemy w stanie go uratować. Czy w takiej sytuacji wyraziłaby pani zgodę, jedynie warunkowo i tylko w przypadku, gdyby nie udało się go uratować, na pobranie jego organów wewnętrznych do przeszczepu? Pytamy dlatego, że przy pobieraniu organów czas jest krytyczny, liczy się dosłownie każda minuta od momentu stwierdzenia śmierci klinicznej.

Efekt rozmowy był negatywny. Elisapie była nieustępliwa.

– Nigdy. Musicie go ratować za wszelką cenę. On przeżyje, wiem to dobrze.

Odc. 11 

Po skończonym wystąpieniu Ubite skłonił głowę i podziękował. Rozległy się brawa jakby trochę oszczędne. Wydawało się, że ludzie na sali byli już zmęczeni biografią bohatera i woleliby cieszyć jego obecnością na podium.

Na mównicy pojawił się burmistrz miasteczka, Peter Kusugak. Miał na sobie tradycyjny strój Inuitów wykonany w całości ze skóry karibu, renifera arktycznego. Wyglądał, jakby wybierał się lub wracał z polowania. W oczy rzucał się jego anorak, kurtka obszyta na krawędziach futrem, zdobna na piersiach w kolorowe, poziome pasy. Pozostała część stroju, spodnie, zwisające na plecy nakrycie głowy, rodzaj obszernego kaptura, oraz buty wykonane były również w tradycyjny sposób.

Drogi Jalapo Umota! Dzięki tobie obchodzimy dzisiaj wielką uroczystość co najmniej z trzech okazji: twojego powrotu do zdrowia, udokumentowanego obecnością wśród nas, ukazania się książkowej biografii oraz przyznania ci tytułu honorowego obywatela Nutaka. Jesteś wybitnym członkiem naszej społeczności. Dzięki tobie o Nutaku usłyszał cały świat. To dla nas zaszczyt. Nie mogę dłużej mówić, bo wszyscy z niecierpliwością czekają na ciebie. Ja zabiorę jeszcze głos, ale dopiero wtedy, kiedy ty skończysz swoje przemówienie. Ostatni głos w dyskusji! Takie są przywileje władzy.

Na prostodusznej, okrągłej twarzy burmistrza rozlał się dziecięcy uśmiech obejmujący oczy, usta i policzki. Mężczyzna napił się wody, po czym zszedł z podium, podszedł do Jalapo i wyciągnął do niego rękę, aby pomóc mu wstać i podejść do mównicy.

W wystąpieniu Jalapo nie spodziewano się rewelacji, tylko podziękowań. Bohater dnia przyglądał się dłuższy czas widowni jakby zastanawiając się nad czymś. Mówił wolno, czasem zamyślał się i zawieszał głos.

– Opowiem państwu inną, nieznaną wersję mojej biografii. Ta przedstawiona przez pana Ubite jest prawdziwa, ale niepełna. Ja ją uzupełnię.

Zacznę od dzieciństwa. To konieczne. Byłem dzieckiem dosyć nijakim, niepewnym siebie, powiedziałbym zbyt posłusznym, spełniającym życzenia innych osób, rodziców, rodziny, szkoły, raczej niż swoje własne. Takim, który mając coś do powiedzenia lub pokazania, nie czyni tego bojąc się kompromitacji. Zawsze tak to czułem, tkwiło to w mojej świadomości. Może właśnie dlatego byłem też wielkim marzycielem. Marzyłem o dwóch rzeczach. Pierwsza, zostać sławnym człowiekiem, dzisiaj powiedzielibyśmy celebrytą. Nie miałem oczywiste najmniejszego pojęcia jak to osiągnąć. Chyba podświadomie czułem, że oznaczałoby to być sobą mimo swych niedoskonałości. Moim drugim marzeniem było zostać aktorem. Naoglądałem się filmów i to rozbudziło moje pragnienie bycia kimś takim, jak ich bohaterowie. Uwielbiałem wielu z nich. Dużo też czytałem, różne powieści, legendy, mity, opowiadania, ale nie umiałem o nich porozmawiać. Nie potrafiłem rozmawiać z dziećmi ani z dorosłymi, wstydziłem się. Szczerze i bez wahań rozmawiałem jedynie z moim ukochanym psem Ratakiem.

Będąc już w domu, w okresie rekonwalescencji, czekałem, aż coś się zmieni choć nie wiedziałem co. Myślę, że czekałem na moje przeznaczenie. Pojawiło się ono w dniu, kiedy poczułem się dosyć dobrze fizycznie i całkiem dobrze psychicznie. Nagle zdałem sobie sprawę z niezwykłej szansy spełnienia moich marzeń. Była to spontaniczna decyzja. Postanowiłem grać. Nie miałem gotowego scenariusza, pisało go życie na bieżąco. Postanowiłem grać ofiarę ciężkiego wypadku, który naruszył jej zdrowe zmysły, pacjenta porzucającego rzeczywistość na rzec halucynacji, urojeń i dziwacznych fantazji.

Przypomnę kilka momentów z tego okresu na podstawie notatek, jakie prowadziła Elisapie: halucynacje o krwi skapującej z przeciętej szyi na podłogę, rozmowy z nieobecnymi lub nieistniejącymi osobami, strach przed gangreną i amputacją głowy, rozmowy z samym sobą, utożsamianie się z tułowiem bardziej niż z głową, zachwyt nad bogactwem własnych myśli, zainteresowanie fizjologią organizmu, obsesja cytowania przysłów, podświadome przyswajanie sobie fachowej wiedzy lekarskiej czy też spór doktrynalny z proboszczem Paulem Parsonsem o objawianiu się Boga.

Zachwycało mnie to, że nikt nie zauważył, że te rzekome majaki i halucynacje to czysta gra aktorska. To mnie ekscytowało i wzruszało, to była moja nagroda. Widziano mnie takim, jakim pragnąłem, aby mnie widziano. Bałem się tylko psychologa Chrisa Mosera. On jeden zdawał się mieć wątpliwości co do mojego zachowania. Zaczął mnie podejrzewać. Domyślałem się tego po jego sposobie patrzenia na mnie, pytaniach, jakie mi zadawał, wątpliwościach jakie wyczuwałem w jego głosie. Na szczęście uratowała mnie kultura naszego społeczeństwa. Podejrzewam, że Chris bał się, że ujawniając prawdę o mnie nikt by mu nie uwierzył, że zdyskredytowałby się jako fachowiec widzący coś, czego inni nie widzą. To była uzasadniona obawa z jego strony. Miał rację, sam bym prawdopodobnie tak uczynił. Odpowiadało mi jego postępowanie, bo mnie ratowało.

Kiedy mówca przerwał, na sali zapanowała cisza. Słuchać było tylko, jak za oknem bawią się dzieci.

– Tylko jedna osoba była w to wtajemniczona, moja żona Elisapie. Na początku wzdragała się przed tym, abym „robił z siebie idiotę”, jak to określiła, ale zgodziła się. Musiałem ją wtajemniczyć. Potrzebowałem wsparcia, kogoś kto recenzowałby moje zachowania i relacjonował mi, jak jest ono odbierane przez ludzi, czy nie budzi wątpliwości, czy ktoś mnie nie podejrzewa o grę, o nieuczciwe postępowanie, o robienie z kogoś wariata. Byłem przekonany zresztą, że Elisapie pierwsza by mnie rozgryzła, moje niestandardowe zagrania, bo znała mnie za dobrze.

Elisapie okazała się równie dobrą, jeśli nie lepszą aktorką niż ja. Cudownie zagrała rolę żony zazdrosnej wobec psycholożki Jenny. To było bardzo przekonywające. Podobnie jak później z Chrisem, zaniepokoiłem się, że Jenny zaczyna domyślać się gry z mojej strony, nieszczerości, bo zaczęła mi zadawać pytania, na które trudno mi było odpowiedzieć. Dlatego trzeba było ją wyeliminować. Elisapie zrobiła to szybko i skutecznie, wyznając naczelnikowi Svalbardowi, jak bardzo nienawidzi Jenny

– Elisapie, skarbie! – przerwał Jalapo – dzielę się z tobą moimi osiągnięciami i zaszczytami.

Odtworzyłem państwu moją biografię w wersji uzupełniającej. Nie od momentu wypadku ale od chwili, kiedy poczułem się dobrze psychicznie i naszło mnie natchnienie, aby zacząć grać. Było to niezwykłe urzekające. Chodzi mi o poczucie, że na oczach ludzi gram człowieka, któremu wskutek urazu fizycznego i skomplikowanej operacji rzeczywistość miesza się z fantazją i urojeniami. Inaczej mówiąc, kliniczny przypadek zaburzeń psychicznych i intelektualnych.

Podsumowując, mimo ciężkiego wypadku, nieszczęścia, jakie mnie spotkało, udało mi się osiągnąć to, czego zawsze pragnąłem: sprawdziłem siebie jako aktor i zostałem celebrytą. Zagrałem w sztuce, w której początek scenariusza stworzyło życie, a resztę dopisałem, wyreżyserowałem i zagrałem ja sam. Osiągnąłem bardzo wiele i nauczyłem się bardzo wiele. Mam nadzieję, że nikogo moim postępowaniem nie uraziłem. Dziękuję, że byliście państwo moimi słuchaczami, a niektórzy z was także widzami mojego spektaklu. Proszę teraz pana burmistrza o dokończenie swojego przemówienia. Dzisiaj każdy ma prawo się wygadać.

Peter Kusugak podszedł do mównicy i serdecznie objął Jalapo. Wzruszył się, słowa uwięzły mu w gardle. Odczekał chwilę, aby kontynuować.

Drogi Jalapo! Jesteś Innuitą, jednym z nas, takim samym, ale równocześnie innym. Jesteś nowoczesny. Dlatego nie proponuję, aby świętować twój powrót z krainy duchów do krainy żywych w tradycyjny sposób, tańcem przy akompaniamencie bębna wykonanego z pęcherza wieloryba. Kiedy obydwaj byliśmy bardzo młodzi, bawiliśmy się w ten sposób w wielkim igloo mojego dziadka, śpiewem i tańcem przedstawiając historie naszych przodków i duchów. Tak kultywowaliśmy wówczas wiarę i zwyczaje. Nasi przodkowe praktykowali szamanizm, wierzyli, że zwierzęta, rośliny, rzeki, góry oraz siły natury posiadają duszę. Kiedy któraś z tych istot odeszła z naszego świata, kontynuowała życie w świecie duchów. Ty nam pokazałeś inną stronę naszej duchowości, aktorstwo, udawanie, że jest się innym, coś, co jest w obecnej kulturze powszechnie akceptowaną formą oszustwa. Przeniosłeś nas do współczesności i to w sposób tak przemyślny, że nikt tego nie zauważył. Wydawało nam się, że jesteś pomylony, kiedy ty byłeś nad wyraz przytomny. To my myliliśmy się w ocenie ciebie i twojej sytuacji. Swoją grą zasłużyłeś na powszechny podziw.

Zapraszam teraz wszystkich na lampkę szampana. Prawdziwego, francuskiego, nie oszukiwanego.

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, 01 04 2020

0Shares

Biblioteka opowiadań. Opis zmian. 

Dzisiejszy dzień poświęcam na porządkowanie biblioteki opowiadań na stronie autorskiej oraz komunikacje z Państwem, moimi Czytelnikami. Robię to między innym dlatego, aby móc bardziej skoncentrować się na pisaniu.

Poszczególne opowiadania kolejno scalam w jeden tekst łącząc razem odcinki publikowane pod różnymi datami. W tekście pozostawiam tylko numery odcinków (Odc. 1, Odc. 2 itd.) bez nazw, aby Czytelnik mógł łatwiej zapamiętać, który odcinek ostatnio czytał.

Wyrzucam przerywniki w postaci gwiazdek rozdzielających tematyczne bloki opowiadania.

Z opowiadań usuwam zdjęcia i obrazy. Tekst będzie wyglądać bardziej jak książka.

Do spisu opowiadań (co jakiś czas przesuwanego na dzień bieżący) dodaję ilość wyrazów zawartych w opowiadaniu oraz ilość odcinków. To pokazuje długość tekstu.

Pod opowiadaniem umieszczam imię i nazwisko autora i datę powstania opowiadania. Jeśli kopiujecie Państwo tekst, proszę o pozostawienie tej informacji. To kwestia praw autorskich, także popularyzacji autora i jego twórczości. 

Ponawiam prośbę o stawianie lajków. To ważna wskazówka, które opowiadania przyjąć do zbioru, jaki zamierzam wydać w formie książkowej być może jeszcze w tym roku.

Możecie Państwo kontaktować się ze mną przez formularz kontaktowy (patrz górny pasek menu po prawej stronie) albo dodając komentarz bezpośrednio do blogu.

Będę wdzięczny za komentarze, także krytyczne; zwracają one uwagę na coś, co mogę lub powinienem poprawić, zmienić lub dodać. To kwestia nieprzerwanego doskonalenia się.

Zastanawiam się, czy nie odejść od pseudonimu literackiego Michael Tequila na rzecz Michał Tequila. Jedna i druga forma ma swoją wartość.

Piszcie do mnie.
Pozdrawiam serdecznie,
Michael (Michał) Tequila.

0Shares

Wypożyczalnia psów. Opowiadanie. Wszystkie odcinki (1 – 6).

Odc. 1

Klaudiusz pół siedział, pół leżał na grubym, kolorowym swetrze przy schodach wejściowych do budynku i rozmyślał. Było mu wygodnie. Głowę i barki oparł o ścianę, prawy łokieć ułożył na najniższym stopniu schodów. Stopa prawej nogi była finezyjnie oparta na kolanie lekko zgiętej drugiej nogi. W ręku trzymał butelkę toniku Schweppes ze słomką w środku. Dawno niestrzyżone włosy, lekko rozczochrana broda o nieokreślonym kolorze, koszula w jasnoszare pasy, ciemne spodnie i tenisówki bez sznurowadeł uzupełniały jego wizerunek człowieka wolnego od trosk, mającego prawo ubierać się i zachowywać bez skrępowania. Obuwie nie spadało mu z nóg, był to dodatkowy powód do satysfakcji.

Przyglądał się schronisku dla bezdomnych, gdzie mieszkał. Z drugiej strony ulicy wyglądało całkiem przyzwoicie. Podłużny budynek z różową ścianą parteru i żółtą pierwszego piętra, przed którym rosły drzewa z koronami przyciętymi na wiechy. Klaudiusz zagłębił się leniwie we wnętrze budynku: dwie wieloosobowe sale z piętrowymi pryczami, wspólna duża toaleta, kuchnia oraz pojemna, jasna stołówka z uchylanym do góry okienkiem, przez które kucharki podawały posiłki.

Na początku było mu trudno żyć w odmiennych warunkach, szybko się jednak przyzwyczaił. Pobyt w schronisku nic go nie kosztował; miał jedynie obowiązek, podobnie jak i inni mieszkańcy, udzielania bezpłatnej pomocy w utrzymaniu pomieszczeń i obejścia. Mieszkali tu przeważnie ludzie pogodzeni z życiem, niektórzy wręcz entuzjastyczni, a co najmniej pogodni. Odpowiadał im wypoczynkowy styl egzystencji. Ci, co nie potrafili osiągnąć stanu pogodnej nirwany, opuszczali zamknięte mury, aby zyskać więcej przestrzeni i świeżego powietrza pod mostem lub w niezajętym domku z nieszczelnym oknem na terenie jakiegoś ogródka działkowego.

Niebo rozjaśniło się na tyle, że Klaudiusz mógł dostrzec wyraźnie krawężnik po drugiej stronie ulicy. Rozmyślał o tym, co ostatnio stracił, a co zyskał. Snuł wspomnienia przeszłości, kiedy miał rodzinę oraz psa wabiącego się Ami, którego imię było pamiątką po innym czworonogu. Razem z żoną kochali Amiego jak własne dziecko. Żona w szczególności, dopóki nie urodziła im się córeczka.

*****

Stosunki Klaudiusza z żoną pogarszały się stopniowo, etapami. Nie umiał sobie wytłumaczyć tej cykliczności. Na początku było cudownie, kochali się, ona wierzyła w niego bardziej niż w siebie.

– Jesteś naprawdę dobry we wszystkim – mówiła.

Oboje tak uważali, przy czym ona, jak to niewiasta, myślała bardziej o czułościach i intymności, on zaś o pracy i okazywaniu dobroci rodzinie i zwierzętom, które stawiał na pierwszym miejscu, nawet przed człowiekiem, zgodnie z własną, szczególną teorią ewolucji. Było to o tyle zrozumiałe, że był kynologiem, który stracił wiarę w człowieka. Jego niechęć do własnego gatunku, jednego z wielu żyjących na ziemi, pogłębiła się pod wpływem coraz śmielszych technologii nakładających kaganiec intelektowi i refleksji człowieka oraz grożących zgubą przyrodzie ożywionej. W opinii Klaudiusza postęp technologiczny polegał przede wszystkim na tym, że człowiek mógł w coraz krótszym czasie produkować coraz większe ilości przedmiotów oraz opakowań i odpadów, potrzebujących setek lat, aby ulec rozpadowi.

– Popatrz wokół siebie! Las został już prawie całkowicie zasypany oponami, gruzem, opakowaniami szklanymi i plastykowymi, i innym świństwem! – zrozpaczony Klaudiusz ostrzegał bliźnich, ale mało kto go słuchał, bo ludzie mieli oczy i uszy przyklejone do telefonów komórkowych, tabletów i desek rozdzielczych samochodów. Niektórzy latali samolotami, i to tak wysoko, że nie mogli dostrzec nawet lasu.

*****

Poważne nieporozumienia z żoną zaczęły się od chwili, kiedy nadał córce imię Nuka. Uparł się i tyle.

– Albo akceptujesz to imię, albo rezygnujemy z chrztu. Nie jest najważniejszy – oświadczył stanowczo. Anastazja wiedziała, że mąż nie ustąpi za żadne skarby. Nie mogła się z tym pogodzić: dać dziecku imię psa! Kiedy dziewczynka się urodziła, od razu, już pierwszego dnia zaczął nazywać ją Nuka, po rudej suczce, swojej wielkiej miłości z okresu dzieciństwa.

– Chyba na rozum ci padło! – złorzeczyła żona. Było jej strasznie wstyd, że dziecko będzie już zawsze nosić garb imienia Nuka. Prosiła męża, błagała, on jednak pozostał nieugięty. Co najgorsze, kilka osób go poparło, twierdząc, być może obłudnie, że imię jest zupełnie przyzwoite i pytając, jakie to ma znaczenie, że ktoś tak kiedyś nazywał ulubioną suczkę.

– Ja sama znam pewnego pana, to mój dawny sąsiad, który nazwał swoją krowę Baśka, tak jak ja mam na imię. I co z tego? Pogodziłam się – uwagę tę nieopatrznie wyraziła szwagierka Klaudiusza.

– W twoim przypadku to absolutnie słuszne, że krowę nazwano Baśka, obydwie zasłużyłyście na to – Anastazja musiała wyładować swój gniew na siostrze.

Klaudiusz zachował spokój, nie uważał, że robi coś niewłaściwego. Patrzył na wspaniałe obrazy psów na ścianach swojego pokoju, kiwał głową i myślał: „Człowiek ma takie same wady i zalety jak pies. Pod wieloma względami te dwa gatunki są identyczne. Tak samo się rozmnażają, odżywiają, odczuwają ból i radość. Dlatego podoba mi się imię Nuka. Jak nasza Nuczka dorośnie, też tak powie. Jestem tego pewien”.

Odc. 2

Anastazja pamiętała jeszcze jeden incydent. Stanął jej przed oczami jak żywy. Aż wzdrygnęła się na samo wspomnienie, co się wtedy działo. Był to dzień, kiedy Klaudiusz ogłosił swój pogląd o niedopuszczalności eutanazji zwierząt domowych, w szczególności psów. – Nie ma usypiania psa bez jego zgody. – Pod takim tytułem jego wypowiedź ukazała się w lokalnej gazecie. Za tytułem szły wyjaśnienia i szczegóły.

Celem Klaudiusza było poruszenie ludzi i wywołanie dyskusji w obronie psów, aby w dłuższej perspektywie doprowadzić do zmiany prawa. Z informacji wynikało, że chodziło mu o pewne minimum, mianowicie o to, aby o decyzji uśpienia psa decydowało większe grono osób, a nie tylko sam właściciel. Artykuł wymieniał przypadki, kiedy ludzie uśmiercali zdrowego psa dlatego, że był stary albo uważali, że jego utrzymanie lub leczenie za dużo kosztuje, albo kiedy wyprowadzali się na drugi koniec kraju lub za granicę.

Wobec braku żywszej reakcji Klaudiusz podjął akcję, która zbulwersowała miasteczko i groziła wybuchem niezdrowych sensacji. Przywiązał siebie i trzy psy, jednego własnego i dwa pożyczone od przyjaciół podzielających jego poglądy, do betonowego słupa przed kościołem. Raban zrobił się tym większy, że na parafialnej tablicy ogłoszeń ukazał się równocześnie afisz z podpisami kilkunastu obywateli protestujących przeciw eutanazji psów.

Proboszcz miał problemy z sercem; na wiadomość o niezwykłym wydarzeniu o mało co nie zszedł z tego świata. Jak tylko doszedł do siebie, natychmiast wysłał organistę, jedyną osobę, do której miał zaufanie, aby nie zwracając niczyjej uwagi, zerwał afisz. Nie chciał mieć awantury przed kościołem, bojąc się, że „ten wariat”, jak w duchu nazwał Klaudiusza, ściągnie gniew boży i ludzki na kościół lub na niego samego.

Po usunięciu afisza proboszcz znalazł się zupełnie przypadkiem w pobliżu Klaudiusza przywiązanego łańcuchem do słupa. Zbliżył się i dyskretnie poprosił go o spotkanie. Rozmawiali krótko, ponieważ proboszcz miał pilne obowiązki i bardzo się spieszył.

– Proszę przyjść do spowiedzi, synu. Będę na ciebie czekać – powiedział na zakończenie.

Klaudiusz stawił się w kościele o ustalonej godzinie i podszedł do konfesjonału. Zanim uklęknął, rozejrzał się, ile osób jest wewnątrz świątyni.

– Wolałbym, aby było więcej. To by nadało dodatkowy rozgłos sprawie – mruknął do siebie pod nosem.

Proboszcz od razu przystąpił do rzeczy. Był człowiekiem łagodnym z natury, ale tym razem postanowił być stanowczy. Życzliwy, pozytywny, ale stanowczy.

– Synu! W sercu zgadzam się z tobą, to bardzo ludzka postawa. Wiem, że jesteś kynologiem i sprawa psów leży ci na sercu. Ale robić takie zamieszanie? Ludzi to gorszy. Nie tylko mówić o eutanazji, ale i stawiać psa na równi z człowiekiem!?

– Ależ księże proboszczu, przecież Święty Franciszek… – usiłował protestować Klaudiusz.

– Wiem, wiem! Oczywiście, bracia mniejsi. Modlę się do niego każdego dnia, podobnie jak i ty. Uwierz w moje dobre intencje! Ale tak nie można postępować. Może to pana Boga bezpośrednio nie obraża, choć nie jestem pewien, ale ludzi na pewno. Postępujesz bardzo nierozważnie. To nie służy psiej sprawie. Przepraszam, nie służy sprawie opieki nad zwierzętami – patrzył na spowiadanego z uwagą. Serce zabiło mu żywiej, co go dodatkowo zaniepokoiło.

Z oczu Klaudiusza biła uczciwość i powaga. Proboszcz zmieszał się. Nabrał pewności, że nie ma co rozmawiać, bo mężczyzna mu nie ustąpi. Słyszał o jego trudnym charakterze od jego żony, Anastazji. Pamiętał, że Klaudiusz uparł się i za żadne skarby nie chciał ustąpić, aby nie nadawać córeczce imienia Nuka, przy wymawianiu którego matka dziecka płakała rzewnymi łzami.

Zapytał Klaudiusza, czy chciałby coś jeszcze dodać lub wyznać jakieś grzechy. Słysząc w odpowiedzi milczenie, postanowił zakończyć przykry sakrament spowiedzi. W duchu pomyślał jeszcze: „Błogosławieni ubodzy duchem, albowiem do nich należy królestwo niebieskie” i niepewnie podziękował Bogu. Miał do Niego trochę żalu, że dopuścił do takiej sytuacji. Po chwili refleksji uznał jednak, że byłoby bezsensowne oczekiwać, aby Najwyższy interweniował w tak dziwnej sprawie i to tylko dlatego, że jest ona kłopotliwa dla jakiegoś lokalnego proboszcza. Kiedy patrzył na klęczącego Klaudiusza, przeszła mu przez głowę myśl, że być może Bóg wie lepiej, gdzie rezyduje prawdziwa wiara i dobroć.

Wracając do zakrystii proboszcz zdecydował, że nie będzie już prosić o boskie wstawiennictwo w sprawie kynologa i jego psów niezależnie do tego, jak ona się rozwinie. Serce proboszcza uspokoiło się.

*****

Zdarzenia osiągnęły poziom masy krytycznej, kiedy pies Klaudiusza i Anastazji wystraszył się ciężarówki, uciekł i przepadł bezpowrotnie. Nigdy go nie odnaleźli. Wyglądało to jak klątwa. Od tej pory nieszczęścia spadały na Klaudiusza w sposób lawinowy; sytuację można było porównać do ładunku jądrowego, kiedy jedno rozszczepienie jądra atomowego wywołuje nieprzerwany łańcuch dalszych rozpadów.

Zniknięcie psa przelało kielich goryczy Anastazji. Potrzebowała tylko kilku godzin, aby wylać z siebie wszystkie żale i rozczarowania, zebrać i zapakować niezbędne klamoty, ubrać córeczkę i opuścić dom.

*****

Anastazja była nauczycielką. Klaudiusz uznał to za główną, jeśli nie jedyną przyczynę własnych nieszczęść. Swój żal wylał w knajpie przed mężczyzną, który słuchał go cierpliwie, pijąc fundowane piwo. Rozmówca wyglądałby na włóczęgę lub bezdomnego, gdyby nie nowiutka elegancka muszka zamocowana pod szyją na tle zużytego częstym praniem kołnierzyka.

– Nauczycielka nie jest istotą łatwą w pożyciu – zaczął Klaudiusz. – Kiedy wszystko układa się dobrze, zachowuje się poprawnie. Żeniąc się z Anastazją, nie wiedziałem, co to za zawód, jacy są ci ludzie. Teraz już wiem. Traktowała mnie jak dziecko w klasie, której była wychowawczynią. Była głośna i apodyktyczna, chciała mną sterować, odrzucała moje propozycje i krytykowała moje poglądy, nazywała je „zagraniami” albo „sztuczkami”. Reprezentowała postawę: ja wiem wszystko, ty nie wiesz nic. To było straszne – popatrzył na bezdomnego z kolorową muszką pod spłowiałym kołnierzykiem. Wydawało mu się, że tkanina rusza się razem z szyją. Trochę szumiało mu w głowie, ale był pewien trafności swoich obserwacji.

– Wszyscy nauczyciele mają podobne skrzywienia, ten zawód jest genetycznie obciążony defektami – dodał z przekonaniem. – Oni, kiedy mówią o czymkolwiek, wyliczają. Po pierwsze, po drugie, po trzecie i tak dalej, w nieskończoność. Po prostu nie umieją zachowywać się inaczej. To prawdziwe zboczenie!

Odc. 3

Zawodowe defekty Anastazji uwidoczniły się wyraźnie w trakcie kłótni, kiedy pakowała rzeczy przed opuszczeniem domu razem z Nuką. Swoje małżeństwo nazwała tragicznym pasmem cierpienia. Wyliczyła mężowi wszystko, co go degradowało w jej oczach: jego głupotę, nieodpowiedzialne czyny, szaleństwa. Kiedy zapytał ją o konkrety, wyliczyła:

– Po pierwsze nadanie dziecku imię Nuka, po drugie próbę korekty teorii Darwina, że w łańcuchu ewolucji pies był przed człowiekiem, po trzecie twoja teoria śmierci psa i propozycja jej wprowadzenia do tanatologii zwierząt, po czwarte organizację demonstracji przeciwko usypianiu zwierząt jako formie eutanazji. Nie dość, że wymusiłeś na księdzu nadanie dziecku tego strasznego imienia, to jeszcze głosiłeś publicznie, na konferencjach kynologicznych, w wywiadach radiowych i telewizyjnych, te swoje kretyńskie teorie, przez co ośmieszyłeś mnie, bo noszę to samo nazwisko, co ty. Ty możesz być kretynem, ale ja nie jestem i nie podpisuję się pod twoimi wymysłami. Zostawiłeś fatalne dziedzictwo naszej córce. Nawet nie mogę wymienić jej imienia – Anastazję opanował głęboki szloch. Klaudiusz wystraszył się i chciał natychmiast wzywać pogotowie. To tylko spowodowało, że kobieta ponownie wyzwała go od kretynów i rzuciła w niego pierwszym przedmiotem, jaki miała pod ręką. Na szczęście nie było to nic ciężkiego ani wartościowego.

*****

Wraz z żoną odszedł drugi dochód gospodarstwa domowego. Był to cios powalający na deski. Klaudiusz nie był w stanie kontynuować spłaty kredytu za dom wyłącznie ze swojej pensji. Wkrótce bank go zlicytował. Nieszczęśnik podejrzewał, że mieszała w tym palce serdeczna przyjaciółka żony, pracująca w banku w dziale szkoleń.

Mężczyzna popadł w zniechęcenie, a potem w apatię, z której już się nie wydobył. Zaniedbał się w pracy, zwolniono go z trzymiesięcznym wypowiedzeniem. Dyrektor uznał je za akt łaski. Od tej pory Klaudiusz nie miał nawet środków na czynsz i utrzymanie. Został bezdomnym. Kilka tygodni przemieszkał u najlepszego przyjaciela, dopóki jego żona się nie zbuntowała, potem tułał się po znajomych. W końcu „usamodzielnił się”, zamieszkując w pustym domku na ogródkach działkowych. Kiedy nadeszły jesienne chłody, trafił do schroniska dla bezdomnych

Zimne schody i trotuar otrzeźwiły Klaudiusza. Przerwał rozmyślania o przeszłości i wstał. Zbliżała się pora posiłku, wszedł więc do wnętrza schroniska. Stracił już nadzieję na powrót do normalności. Jedynym pocieszeniem było dla niego to, że nie popadł w alkoholizm.

*****

Kiedy wiosna ugruntowała swój stan posiadania ciepła i zieleni, Klaudiusz podjął regularne spacery do pobliskiego lasu. Chodził wśród drzew i przyglądał się śmieciom, których było więcej niż roślin, rozmawiał z ludźmi wychodzącymi z psami na spacer, jeśli tylko chcieli z nim rozmawiać. Któregoś dnia starszy mężczyzna poskarżył mu się:

– Nie ma mnie kto wyciągnąć z domu na spacer. Nie mam psa. Dzisiaj z trudem zwlokłem się z łóżka. To straszne!

Te proste słowa poruszyły bezdomnego; jemu też brakowało mobilizującego towarzystwa. Przypomniał sobie własnego psa i wtedy przyszedł mu do głowy pomysł. Wydał mu się niezwykle obiecujący. Po chwili Klaudiusza ogarnęły wątpliwości i uznał go za szalony; przesądziły o tym negatywne doświadczenia własnego życia. Nie zrezygnował jednak z niego całkowicie, postanowił tylko nie mówić o nim nikomu. Bał się, że ktoś go ubiegnie, że ukradną mu pomysł, a co najmniej wyśmieją.

W ciągu kilku dni Klaudiusz zmienił się. Myślał inaczej, bardziej optymistycznie. Zaczął też dbać o siebie. Cały czas obmyślał plan działania, intuicyjnie szukając jakiegoś mocnego punktu zaczepienia. Tak go to męczyło, że w końcu zdecydował się porozmawiać ze współmieszkańcem, grubym mężczyzną, o którym wiedział, że kiedyś pracował w urzędzie zatrudnienia. Podjął ryzyko, choć mu nie ufał, bo chodził notorycznie pijany. Mężczyzna wydający się być zdegenerowanym alkoholikiem w stanie trzeźwości okazał się całkiem sympatyczny i życzliwy. Klaudiusz przedstawił mu tylko samą ideę, bez żadnych szczegółów. Był ostrożny, powiedział tylko tyle, ile wymagało zorientowanie się, co powinien zrobić dalej. Były urzędnik zachęcił go do realizacji planu.

– Jesteś z zawodu kynologiem. Znasz się na psach. Pomysł wydaje mi się rozsądny. Jeśli opracujesz biznesplan, możesz ubiegać się o dofinansowanie ze strony państwa. Mogę ci w tym pomóc. Mam jeszcze trochę znajomości.

– Muszę to sobie przemyśleć – skwitował przedsiębiorca. Tak siebie określił w duchu. Bardzo mu to schlebiało.

Wieczorem zaczął zastanawiać się, czy nie warto byłoby mieć wspólnika. Przypomniała mu się Anastazja i od razu mu przeszło. Postanowił kontynuować w pojedynkę. Znowu skontaktował się z byłym urzędnikiem, który, jak się okazało, zajmował się konkretnie doradztwem zawodowym. Po rozmowie Klaudiusz wyszukał podany adres i zgłosił się do firmy, która była inkubatorem przedsiębiorczości. Rozmawiał z nimi kilka razy, w końcu się zarejestrował. Przyjaciel pomógł mu napisać biznesplan. Po dyskusjach wyjaśniających, uzupełnieniu dokumentów i dwumiesięcznym oczekiwaniu Klaudiusz otrzymał pożyczkę na stworzenie biznesu. Warunki były bardzo korzystne.

*****

Wkrótce Klaudiusz założył wypożyczalnię psów wyciągowych. Była to mała psiarnia, w której trzymał zwierzęta dostatecznie silne i łagodne, które można było wypożyczać ludziom bez obawy, że wyrządzą im jakąś krzywdę lub że same zostaną skrzywdzone. Idea była bardzo prosta. Klient wypożyczał psa, aby wyciągał go na spacer i to nie okazyjnie, od czasu do czasu, ale regularnie, trzy razy dziennie, o określonej porze. Było to warunkiem umowy.

– Klient może nie chcieć wyjść na zewnątrz, ale pies musi. Umowa między nami ustala, że pan lub ktoś z rodziny albo przyjaciół wychodzi z psem trzy razy dziennie. Musi pan podpisać takie zobowiązanie – tłumaczył Klaudiusz pierwszemu klientowi. Z okazji inauguracji biznesu udzielił mu wysokiego rabatu, pełne pięćdziesiąt procent.

Niektórzy ludzie nie za bardzo rozumieli sens jego biznesu. Nie przeszkadzało mu to, zdawał sobie sprawę, że będzie musiał pokonać mur ignorancji i niechęci do nowości. Wątpiącym cierpliwie tłumaczył.

– Nie każdy ma własnego psa. Nie każdy może go mieć, bo do tego potrzebne są odpowiednie warunki. Wypożyczenie psa rozwiązuje te problemy. Są ludzie, których okoliczności mogą zmusić, aby tylko przez pewien czas mieszkać z czworonogiem, mieć towarzystwo. Na przykład rekonwalescenci po ciężkiej chorobie, którym lekarz zalecił regularne spacery. W niektórych krajach lekarze zamiast recepty na lekarstwo zalecają pacjentowi psa do towarzystwa. Pies działa jak lekarstwo. Ja sam nie mam co do tego żadnych wątpliwości.

Najwięcej pytań wywoływała kwestia, co zrobić z psem, kiedy jest się dłużej nieobecnym w domu. Klaudiusz, teraz już dyrektor firmy, uspokajał klientów.

– Sytuacje i potrzeby ludzi zmieniają się. To jest zrozumiałe. Na przykład musi pani wyjechać na kilka tygodni do rodziny w innej części kraju albo na wycieczkę dookoła świata, albo, nie daj Boże, znajdzie się w szpitalu lub w sanatorium. Psa można wypożyczyć na określony czas, nawet na jeden dzień, choć to najmniej korzystne rozwiązanie, bo opłata jest wtedy najwyższa. Trzyma pani psa tak długo, jak długo pani go potrzebuje. Kiedy nie jest pani potrzebny, zwraca go pani mnie, firmie „Wypożyczalnia psów wyciągowych”, gdzie jest jego stały dom.

Odc. 4

Po analizie korzyści i ryzyk, możliwości i ograniczeń, Klaudiusz zdecydował się, aby zamiast dzierżawić pomieszczenia na potrzeby firmy, kupić coś odpowiedniego. Miał trochę ukrytych oszczędności, trzymał je na oprocentowanym depozycie na czarną godzinę. To był jego wkład własny. Umożliwił on uzyskanie hipotecznego kredytu bankowego i nabycie opuszczonego budynku gospodarczego na działce przyleśnej w niewielkiej odległości od miasta. Musiało to być miejsce odosobnione z uwagi na hałas wywoływany przez szczekające psy. W jednym skrzydle budynku właściciel urządził sobie skromne mieszkanie, pokój, kuchnię, łazienkę i ubikację. Drugie skrzydło przystosował dla psów.

Na początku firma dysponowała tylko dwoma dogami nabytymi okazyjnie w schronisku dla zwierząt. Klaudiusz odkarmił je i regularnie przebywał z nimi na dworze, układając do świadczenia usług: wyprowadzania człowieka na spacer. Psy wyglądały wspaniale, były miłe i zawsze chętne do wyjścia na zewnątrz. Klaudiusz przyuczył je do wychodzenia o określonych godzinach. Nie było tu dowolności; pies musiał być zdyscyplinowany, aby przypominać klientowi o spacerze. Regularne wychodzenie spowodowało, że dogi nabrały nawyku punktualności: o godzinie siódmej rano, drugiej po południu i dziewiątej wieczorem brały smycz w pysk, podchodziły do opiekuna i prosiły o wyprowadzenie. Nie było możliwości, aby im odmówił; psy były cierpliwe, stały lub siedziały przy drzwiach tak długo, aż człowiek ustąpił. Jeżeli czekanie trwało dłużej niż piętnaście minut, psy szczekały. Na tym polegał urok i siła perswazji „pracowników” Klaudiusza: skutecznie wyciągali człowieka z domu.

Pierwsze ogłoszenie: „Dog silniejszy niż perszeron! Masz pełną gwarancję, że wyprowadzi cię na spacer!” Klaudiusz zamieścił w regionalnym wydaniu gazety ogólnokrajowej. Już następnego dnia dzwonił telefon i to kilka razy. W ciągu jednego tygodnia dwa dogi, a wkrótce także owczarek niemiecki, który trafił do Klaudiusza prosto z domu prywatnego właściciela, z powodzeniem służyły klientom. Była to ich praca.

Biznes prosperował, a jego właściciel był szczęśliwy. Klaudiusz potężnie awansował na drabinie powodzenia. Tak to odczuwał. Regularnie odbywając spacery z psami, utrzymywał się w doskonałej formie. Kiedy wszystkie były wypożyczone, biegał sam po lesie dla utrzymania kondycji. Jego biznes wywołał takie zainteresowanie, że pokazano go w telewizji razem z pupilami w programie edukacyjnym „Człowiek i zwierzę” i drugi raz w programie zdrowotnym „Aktywny wypoczynek”. Obydwa pokazy wywołały wielkie zainteresowanie i dziesiątki zapytań. Wydawało się, że co najmniej połowa ludzi niemających psów chce spróbować chodzenia na spacer z czworonogiem, który pomaga podjąć decyzję wyjścia na zewnątrz, pogoda czy niepogoda.

*****

Dwie potrzeby nowego biznesu stały się wkrótce oczywiste: zdobycie kolejnych psów, nie za wielu, bo trzeba było wszystko mieć pod kontrolą, oraz wynalezienie nowego, chwytliwego hasła reklamowego.

W schroniskach było dużo zwierząt, ale nie takich, które spełniałyby oczekiwania Klaudiusza. Ustalił kryteria. Pies powinien być dostatecznie duży, silny, spokojny, kochający ludzi i spacery. Także łatwy w utrzymaniu. Psy długowłose nie wchodziły w rachubę, ich czesanie i sprzątanie zrzucanej sierści było zbyt kłopotliwe. Ponieważ ludzie mają różne preferencje, potrzebne były psy różnej rasy. Na początek sfora Klaudiusza obejmowała dwa dogi, owczarka niemieckiego, dużego i łagodnego labradora, beagla będącego typem psa gończego oraz teriera Jack Russel, wytrzymałego i uwielbiającego przebywać na zewnątrz. Klaudiusz myślał jeszcze o bokserze; kilku klientów pytało go o psa tej rasy. Nowych „pracowników”, jak ich nazywał, szukał w schroniskach dla zwierząt, w ogłoszeniach o psach do oddania lub sprzedaży. Dał też ogólne ogłoszenie „Poszukuję psa”, licząc na zróżnicowane oferty.

*****

Biegając po lesie, Klaudiusz spotykał różnych ludzi, z psami i bez psów: starsze małżeństwa, dziadków i babcie z małymi dziećmi, samotne matki z niemowlakami, sportowców. Rzadziej spotykał samotnych mężczyzn. Ze wszystkimi chętnie rozmawiał, szukając pomysłów, jak rozreklamować własny biznes. Łatwiej przychodziło mu nawiązywanie rozmowy z kobietami niż z mężczyznami, mimo negatywnych wspomnień związanych z Anastazją. Stosował różne odzywki, aby nawiązać kontakt.

– Panią to ma kto wyciągnąć z domu na spacer – mówił, wskazując psa. – Są ludzie, którzy sami muszą to robić, zwalczając lenistwo. Albo sugerował: – Oprócz urody ma też pani sympatycznego zwierzaka. Można tylko zazdrościć.

Kiedy pierwsze lody były już przełamane, rozmowa toczyła się jak z górki: o psach, zdrowiu, spacerach, potrzebie świeżego powietrza, pracy i wypoczynku. Przy okazji Klaudiusz wspominał o swojej firmie, zapraszał do jej odwiedzenia albo obejrzenia na stronie internetowej. Rozdawał także wizytówki.

Biznes nosił nazwę jasną jak promień słońca: „Wypożyczalnia psów wyciągowych”. Na początku ludzie dziwili się nieco określeniu „pies wyciągowy”, lecz bardzo szybko chwytali jego sens i akceptowali. Idea „bycia wyciąganym” na spacer przez psa okazała się chwytliwa.

Wiadomość o psach do wynajęcia przechodziła szybko z ust do ust metodą poczty pantoflowej. Była to najbardziej skuteczna i najtańsza forma popularyzacji firmy i jej usług. Klaudiusz żartował często na temat ludzi i psów, tworzyło to swobodną, życzliwą atmosferę. Nigdy nie zdarzyło mu się, aby ktoś zareagował negatywnie. Kto mógłby mieć coś przeciwko mężczyźnie w średnim wieku kochającemu psy, adoptującemu bezdomne psy ze schronisk dla zwierząt, oferującemu pomoc ludziom spragnionym spaceru i serdecznego towarzystwa?

Odc. 5

Poszukując nowych psów, Klaudiusz śledził ogłoszenia. Czekał na okazję. Któregoś dnia pojawiło się ogłoszenie, które natychmiast wywołało jego zainteresowanie: „Oddam zdrowego i spokojnego boksera w dobre ręce”. Zadzwonił pod podany numer i zadał kilka pytań.

– Może pan być spokojny. Bokser jest w doskonałej kondycji, towarzyski i ma łagodny charakter. Uwielbia spacery – zapewniał kobiecy głos. Oferentka nie oczekiwała żadnego wynagrodzenia. Była to idealna okazja: pies krótkowłosy, idealnej wielkości, atrakcyjny wizualnie i łatwy w utrzymaniu, który szybko i łatwo wyciągnie klienta z domu. Właścicielka chwaliła swój towar. Rozmowa nie trwała długo.

Na pytanie, czy jest silny, odpowiedziała bez wahania: – Absolutnie tak. Także czysty, zadbany i zdrowy. Dla właściciela biznesu był to niezwykle ważny szczegół.

– Czy był szczepiony? – to było ostatnie pytanie Klaudiusza.

– A na co chciałby pan go szczepić? To dorosły osobnik, zdrowy, na nic nie choruje. Czy pan robił sobie ostatnio jakieś szczepienia? – nie była to miła odpowiedź, ale Klaudiusz mógł zrozumieć taką reakcję. Nie wahał się, śpiesznie udał się pod wskazany adres.

W poczekalni znajdowała się tylko jedna osoba. W rogu, na krześle, siedział masywny mężczyzna o głowie prawie kwadratowej i żuchwie przypominającej przemysłowe nożyce do cięcia blachy. Jego łagodne, nieco ospałe oczy stały w sprzeczności z dłońmi przypominającymi bochny razowego wiejskiego chleba.

– Pan też czeka na wejście do biura? – po chwili milczenia zapytał Klaudiusz.

– Nie – spokojnie odpowiedział mężczyzna. Miał mocny, tubalny glos. – Czekam na właściciela.

– Przepraszam, jakiego właściciela? – Klaudiusz nie zrozumiał.

– Jakiego właściciela? – powtórzył zdziwiony mężczyzna. – Jak to: jakiego? Na mojego właściciela – nieznajomy odpowiadał z takim spokojem, jakby rozmawiali o klockach Lego lub ładnej pogodzie.

– Ktoś jest pańskim właścicielem? – dopytywał się Klaudiusz, niepewny, czy zadaje właściwe pytanie. Spojrzał na nieznajomego z ukosa, niedowierzająco. Dziwna sprawa, pomyślał. Chyba chodzi o klub bokserski albo jakiś związek sportowy?

– Tak, mam nowego właściciela. Dzisiaj ktoś odpowiedział na ogłoszenie o mnie. Zaraz ten gość przyjedzie, to czekam.

– Klaudiusz zmartwiał. Twarz mu zbladła i serce zaczęło bić niespokojnie. Po chwili opamiętał się. Musiał jakoś wybrnąć z niezręcznej sytuacji.

– A gdyby właściciel nie przyjechał? – usiłował ratować się, negocjując.

– Nie szkodzi – ton głosu boksera nie zmienił się ani na jotę. – Wyświetlił się jego numer telefonu. Znajdziemy. Pożałowałby, gdyby nie przyjechał po mnie – żyły mówiącego nabrzmiały sinawo na dłoniach, szyi, twarzy i karku. Napięcie pokazywało wysiłek, jaki zadałby sobie, aby nie dopuścić do zerwania transakcji.

Klaudiusz pomyślał, że to jakiś głupi żart. Nie czekając na nic, zerwał się, krzyknął „przepraszam pana” i wparował do biura. Obok biurka stała kobieta z podciągniętą na prawym udzie spódnicą, poprawiała sobie właśnie podwiązkę pończochy. Przestraszyła się i zdenerwowała.

– Zachowuje się pan jak bezczelny pijak, którego przywieziono do izby wytrzeźwień!

Klaudiusz zignorował jej słowa.

– Przyjechałem po boksera z ogłoszenia, przywiozłem ze sobą klatkę, chyba wystarczy. Mam ją ze sobą.

– Chce pan wozić człowieka w klatce? Pan jest chyba nienormalny! Przecież powiedziałam panu wyraźnie: dużego boksera.

– Poznałem go właśnie, myślałem, że to jakiś kawał. Nie zamierzam go w ogóle zabierać.

– Musi go pan zabrać. Umowa jest umową. Skreśliłam go już z ewidencji naszego klubu. Zresztą on nie zamierza tu zostać. Jest zdecydowany odejść. Chociaż dobrze go karmimy, uważa, że żarcie u nas jest podłe i jest go za mało. Podłe i mało! Wyobraża pan sobie? Powiedział nawet, że wolałby już żarcie dla psa!

– Ma je u mnie jak w banku! – pomyślał mściwie Klaudiusz. Nie oponował już, wiedział, że sprawa jest fatalnie przegrana.

Nowy nabytek okazał się niespodzianką i to najlepszą z najlepszych, jakich właściciel rozwijającej się firmy wynajmu psów mógłby oczekiwać od losu. Bokser, Klaudiusz nie zmieniał mu już imienia, okazał się wspaniałym pomocnikiem. Był pracowity i spokojny, co najważniejsze, kochał psy, a one wprost za nim przepadały. Bawił się z nimi, karmił je, szczotkował, pielęgnował, chodził na długie spacery. Jedyna rzecz, Klaudiusz śmiał się w duchu, to tylko to, że nie jadł razem z nimi, choć, jak mówił, dobre puszkowane żarcie dla psów jest lepsze niż konserwy mięsne dla ludzi. – Oni ładują ludziom dużo więcej chemikaliów do puszek. Rzekomo dla bezpieczeństwa. Ja w to nie wierzę.- Wyjaśnił z przekonaniem.

Zawsze kiedy coś układało się wyjątkowo pomyślnie, w głowie Klaudiusza pojawiał się niepokój, że jest to zbyt dobre, aby trwało wiecznie. Myśl nie męczyła go długo, powracała jednak regularnie w okresach największych sukcesów.

*****

Mając nowego pomocnika, Klaudiusz mógł poświęcić więcej czasu na rozwój biznesu. Obserwując Boksera biegającego z psami, doszedł do wniosku, że powinien założyć coś w rodzaju klubu sportowego, w którym młodzi ludzie mogliby porównywać swoją sprawność ruchową ze zwierzętami.

Najpierw pomyślał o sekcji „Rower i pies”, lecz szybko mu to przeszło z powodu współczucia dla zwierząt. Widząc kiedyś psa biegnącego obok roweru, na którym siedziała tęgawa kobieta w kasku i czerwonej koszulce, Klaudiusz pobiegł za nimi. Był w formie, chciał sprawdzić, co to znaczy biec w tempie wyznaczonym przez rowerzystę. Nie podobało mu się to doświadczenie, uznał, że układ nie jest fair. Po zakończeniu biegu zaproponował kobiecie, aby dała się pociągnąć na smyczy lub na lince, jeśli tak woli, za rowerem, którym on pojedzie. Zaskoczona, a nawet trochę oburzona, odmówiła. Potem jednak, po chwili refleksji, kiedy jej powiedział, że warto spojrzeć na bieganie przy rowerze z punktu widzenia zwierzęcia, zgodziła się. Przebiegła niewiele więcej niż sto metrów. Przyznała, że było to dla niej ważne i bardzo pouczające doświadczenie.

– Więcej nie będę już ciągnąć psa na smyczy za rowerem. To nic fascynującego – deklaracja rowerzystki głęboko usatysfakcjonowała Klaudiusza. Zawsze w takim przypadku wracała mu cząstka wiary w człowieka, zwłaszcza w kobiety. Ciągle jeszcze męczyła go pamięć o żonie, która go opuściła, zabierając ze sobą córeczkę.

W grudniu Klaudiusz otrzymał kartkę bożonarodzeniową z życzeniami. Było to właściwie zdjęcie. Figurowała na nim szczupła, opalona i radośnie uśmiechnięta kobieta w ciepłym zimowym dresie oraz pies. Klaudiusz nie rozpoznał kobiety, pies natomiast przypomniał mu się od razu, jamnik krótkowłosy z czarnymi mądrymi oczami i srebrną obróżką na szyi. Oprócz życzeń świątecznych na kartce był dopisek: Jestem szczęśliwa, że biegam teraz razem z moim Tuptusiem, a nie ciągnę go, jadąc na rowerze. Niech Bóg Pana błogosławi!

Następnym pomysłem Klaudiusza był klub spacerowicza. Idea wzięła szybko w łeb; była to zbyt spokojna forma rozrywki.

Odc. 6

Najbardziej trafiony okazał się pomysł klubu sportowego. Kombinacja człowiek – zwierzę była idealna.

Między uczestnikami, ludźmi i psami, nie pojawia się nawet cień rywalizacji, tylko czysta przyjemność biegania razem i testowania, kto jest szybszy lub bardziej wytrwały. Klub otrzymał nazwę „Razem ze swoim psem”. Wkrótce, zgodnie z powszechną praktyką, do nazwy rodzimej Klaudiusz dodał nazwę w języku angielskim „Together with your dog” oraz hiszpańskim „Junto con su perro”. Zanim się spostrzegł, pojawili się obcokrajowcy chętni zapisać się do klubu i uczestniczyć w zajęciach. Byli to głównie zagraniczni studenci oraz pracownicy ambasad, konsulatów, firm i organizacji zagranicznych. Bliskość stolicy kraju sprzyjała rekrutacji nowych członków.

„Szczęście ma zawsze początek i koniec” – pomyślał Klaudiusz, kiedy otrzymał pismo od byłego właściciela działki i budynku, na której znajdowała się jego firma. Po drugim, dokładnym zapoznaniu się z treścią pisma ogarnęła go smutna refleksja. Po głowie chodziły mu te same nieporadne myśli: takie jest życie, nawet planety i galaktyka mają swoje granice, tylko Bóg jest wieczny, a i to nie wiadomo. Idea wieczności Boga była dla niego pocieszeniem, ale tylko połowiczym, bo filozoficznym. Takie pocieszenia czasem na niego działały, częściej jednak nie, wywołując jedynie ból żołądka, podobnie jak alkohol.

„Jak długo jesteś nim upojony, wszystko jest w porządku. Potem jest już tylko kac i kac” – Klaudiusz miał wiele wspomnień z okresu bezdomności. „Bez domu jest gorzej niż bez alkoholu” – pomyślał i skurczył się, jakby zrobiło mu się zimno.

Działka, którą kupił wraz z budynkiem, była własnością wieczystą. To było mu wiadome. Kiedy ją kupował, do końca dzierżawy wieczystej pozostawało jeszcze siedemdziesiąt pięć lat. Było jednak coś, czego nie był świadomy. W momencie podpisywania umowy zakupu istniały już plany budowy autostrady przecinającej teren działki, choć sprzedający zapewniał go solennie, że nikt na tym terenie nie planuje żadnych inwestycji. Opowieść sprzedającego była kłamstwem, lecz winą kupującego było niesprawdzenie zapewnień. Był to fatalny błąd, ponieważ w przypadku realizacji inwestycji państwo miało prawo pierwokupu. Na swoich warunkach oczywiście. Kilka tygodni później Klaudiuszowi zaoferowano cenę dużo niższą od tej, jaką sam zapłacił.

Formalnie mógł dochodzić w sądzie wyższej ceny. Było to jednak ryzykowne i kosztowne; sądy działały przewlekle, a adwokaci wysoko cenili swoje nawet przeciętne usługi. Jeden z jego klientów, ten, który pożyczał beagla, był adwokatem i Klaudiusz zasięgnął jego opinii. Wydała mu się wyważona i sensowna. Adwokat sugerował poddać się.

– W najlepszym wypadku pańska sprawa będzie w sądzie nie wcześniej niż za pół roku, ze wskazaniem na przegraną, gdyby odwoływał się pan od wyroku. Odwołanie na nic by się zresztą nie zdało, bo z przeciwnikiem raczej pan nie wygra, skoro jest to państwo, nie osoba fizyczna lub przedsiębiorstwo prywatne – adwokat nie używał słowa „na pewno” tylko „raczej”, choć miał na myśli „na pewno”. „Lepiej być ostrożnym i zachować odrobinę niepewności” – tak myślał, lecz nie mówił tego głośno.

Klaudiusz nie miał powodów, aby mu nie wierzyć. Ostatecznie „nieudany inwestor i biznesman”, jak określiła go Anastazja, stracił działkę, budynek i biznes, otrzymując w zamian niepełną rekompensatę. Pomyślał o sobie, że tym razem rzeczywiście miała rację. Zabolało go to podwójnie. Nie była to ocena obiektywna, gdyż w każdym biznesie istnieje ryzyko niedopatrzenia czegoś istotnego mimo wykazania pełnej staranności.

Zabolała go nie tylko strata finansowa, ale i opinia osób bliskich, przede wszystkim zaś Anastazji, z którą łączyła go malutka Nuczka. Anastazja uznała, że była to w stu procentach jego wina. Wobec wspólnego znajomego nazwała go bałwanem i obdarzyła jeszcze kilkoma innymi epitetami. Zachowywała się tak, jakby ją cieszyło, że nie będzie mógł teraz płacić alimentów na córkę.

Była to sprawa, którą sam skierował do sądu. Chciał zawrzeć ugodę z żoną, że będzie nadal płacić alimenty, ale w mniejszej wysokości, ponieważ jego sytuacja materialna znacznie się pogorszyła. Sąd nie uznał jego argumentów, uważając, że może podjąć pracę. Kiedy Klaudiusz zdał sobie sprawę, że wkrótce nie będzie mieć żadnych środków ani dochodów, przestało go to martwić.

– Nic mi nie pozostanie, bo wszystko zabierze bank na spłatę kredytu hipotecznego zaciągniętego przy zakupie działki – podsumował ze smutkiem.

Kiedy dopadło go nieszczęście, wydało mu się, że wszyscy, rodzina, przyjaciele, znajomi, mieli mu za złe jego „psi” biznes. Dołączył do nich niespodziewanie Związek Ochrony Zwierząt Domowych, już wcześniej występując przeciwko Klaudiuszowi do sądu. Odbył z nimi kilka rozmów wyjaśniających.

– Prowadził pan hodowlę psów bez zezwolenia – to był poważny zarzut. Klaudiusz bardzo źle go odebrał, uważał, że postępował uczciwie. Po ostatniej rozprawie w sądzie, która miała być pojednawcza, doszedł do wniosku, że Temida naprawdę jest ślepa, a oskarżający go ludzie są sukinsynami tak samo ślepymi, jak ona na rzeczywistość i głuchymi na rozsądne argumenty.

– Nie prowadzę ani nie prowadziłem hodowli psów, tylko wypożyczalnię psów – tłumaczył cierpliwie.

– A te dwie suki, które się oszczeniły? Sprzedał pan wszystkie szczeniaki. I zapewne nawet nie wykazał pan dochodu do urzędu skarbowego! – tego rodzaju argument Związku Ochrony Zwierząt Domowych był podwójnie przykry. Był kłamliwy, w dodatku groził dochodzeniem ze strony urzędu skarbowego.

Szczeniaki Klaudiusz rozdał bezpłatnie, gdyż nie miał czasu czekać, aż wyrosną z nich psy, które mógłby wypożyczać. Rozdał je z wyjątkiem jednego, za którego klientka uparła się mu zapłacić. Nie zamierzał przyjąć zapłaty, ale ona nalegała.

– Musi pan przyjąć, bo prowadzi pan nabożne dzieło, dba pan o zwierzęta, a mnie nie brakuje pieniędzy – przyjął, kiedy ustalili, że jest to forma podziękowania, którą obdarowana szczeniakiem wyrazi w postaci puszek z żywnością dla psów. Tak się stało. Do głowy mu nie przyszło, że dokonuje transakcji handlowej i powinien ją zgłosić jako darowiznę.

Sprawy w sądzie Klaudiusz przegrywał jedna po drugiej. Miał adwokata z urzędu, bo nie stać go było na własnego. Adwokat, poniekąd przyzwoity człowiek, starał się zrobić dla niego jak najwięcej, ale miał zbyt wiele innych zajęć, aby poświęcić mu tyle czasu, ile wymagało osiągnięcie korzystniejszych wyroków. Z Regionalnym Urzędem Dróg i Mostów przegrał sprawę wyższej ceny za działkę, z żoną sprawę o alimenty, ze Związkiem Ochrony Zwierząt Domowych o hodowlę psów, w końcu także sprawę dochodu rzekomo ukrytego przed urzędem podatkowym. Nie trafiła ona nawet do sądu, gdyż urząd podatkowy wydał mu nakaz natychmiastowej zapłaty zaległego podatku wraz z urzędowymi odsetkami.

Zobowiązania wobec dłużników, opłaty i koszty sądowe oraz różne inne wydatki znacząco przekroczyły wartość majątku Klaudiusza. Goły jak święty turecki dostał w dodatkowym, ostatnim już procesie, wyrok skazujący go na więzienie za niepłacenie długów. Nie walczył już o nic, wszystko wydało mu się zbyt skomplikowane, całkowicie zobojętniał. Zanim fizycznie stał się bezdomnym, był już nim w sercu i w umyśle.

*****

Po wyjściu z więzienia, było to wczesne lato, Klaudiusz udał się prosto pod most na rzece, gdzie niegdyś koczował. Od czasu do czasu zjawiał się w mieście, kiedy potrzebował coś kupić lub choćby przejść się i zobaczyć, jak wygląda bogaty świat. Nikt go nie poznawał, nikt nie pamiętał.

Miał tylko jeden moment prawdziwej satysfakcji. Któregoś dnia nad rzekę trafił przewodniczący Związku Ochrony Zwierząt Domowych, który oskarżał go o nielegalną hodowlę psów. Klaudiusz upewnił się, że przybysz go poznaje, po czym ze sportową energią i rozkoszą sprał go po pysku, a na pożegnanie poczęstował zdrowym kopem w siedzenie. Zdarzenie to zachował w sercu jako pamiątkę dobrych czasów.

*****

Teraz rozmyślał, pół siedząc, pół leżąc na starym grubym swetrze przy drzwiach wejściowych nieznanego domu. Wszystko mu się przypomniało. Naprzeciwko znajdowało się schronisko dla bezdomnych, gdzie mieszkał od tygodnia. Było mu wygodnie. Głowę i barki miał oparte o mur budynku, prawy łokieć spoczywał na najniższym stopniu schodów. Stopa prawej nogi była finezyjnie ułożona na kolanie podgiętej do góry lewej nogi. W ręku nie trzymał jednak plastykowej torebki owiniętej wokół butelki toniku Schweppes, tylko torebkę papierową, z której wyjmował resztki obiadu, aby karmić psa-przybłędę, podobnego wygnańca losu, jak on sam. Mimo że był to kundel, był dla niego źródłem radości motywującej do myślenia o innym, lepszym życiu.

Ktoś podszedł i rzucił dwa piątaki do rozpostartej na ziemi czapki. Głośno zadźwięczały. Chwilę potem podszedł ktoś drugi, a potem podchodzili jeszcze inni ludzie. Byli w różnym wieku, różnie ubrani, nie przyglądał im się. Wszyscy oni przypatrywali się jednak uważnie Klaudiuszowi i wrzucali pieniądze. Nie były to drobniaki. Ostatni darczyńca powiedział głośno:

– Tworzycie wyjątkowo fotogeniczną parę.

Klaudiusza olśniło. Do głowy przyszedł mu fantastyczny pomysł. Poczuł, jak serce żywiej mu bije, a krew szumi w żyłach. Wstał z głębokim postanowieniem, że tym razem nie da się zjeść w kaszy.

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, 2020

0Shares

O abstrakcji literackiej i poezji. Sobotni dodatek rozrywkowy.

Jak Państwo być może zauważyliście, zrezygnowałem z pisania o polityce. Dobrze mi to zrobiło, ponieważ daje mi to więcej czasu i możliwości na twórczość czysto literacką.

Postanowiłem eksperymentować. Piszę drugie opowiadanie, chcę jak najszybciej opublikować je na blogu, poddać pod ocenę Czytelników. Jest odmienne od dotychczasowych; nie umiem określić jego charakteru. Kojarzy mi się z abstrakcją malarską, uruchamiającą wyobraźnię oryginalnością wzorów, układem kolorów, nieregularnością kształtów, czymś nieokreślonym. Bardzo lubię obrazy abstrakcyjne; myślę, że to „lubienie” wyraża się także w mojej twórczości literackiej. Czasem mam wrażenie, że takie opowiadania reprezentują obszar z pogranicza fantastyki-abstrakcji-absurdu-groteski.

Poniżej przedstawiam dwa wiersze z niepublikowanego zbioru „Oniemiałość”, napisanego chyba w całości w Australii. To dodatek do długiego opowiadania science-fiction opublikowanego w dniu wczorajszym.

Busz australijski 

Cichym istotom śpiącego buszu
natura skąpi żywych barw retuszu.
Choć w jej palecie kolorów wiele
tu niepodzielnie rządzą pastele.

Kontynent wyblakł już ze starości,
w słońcu ukochał wygrzewać kości.
Zmęczyły starca żywe kolory,
nęcą przymglonej zieleni wzory.

I tylko ziemia w rudę bogata
czerwień gromadzi wieki i lata,
a gdy barwności ma już do woli
twarz swą rozjaśnia wykwitem soli.

Ileż kontrastów ma buszu uroda,
czarne łabędzie, jezior słona woda,
skóra tubylców osmalona słońcem;
ono tu życia początkiem i końcem.

 

 

 

 

 

 

 

Co mnie przeraża

Niespełniona miłość mnie przeraża
i duch fanatyzmu, deprawator ludzi,
zabójca dziecka, co Boga obraża
i ranek, co radości nie budzi.

Współczesność przeraża, jej ślepa tępota,
co myślącą istotę przemienia w robota,
okrutnik, co ptaka żywego nadziewa,
by wątrobę utuczyć rozpychając trzewia.

Oślepła religia, co nie pomni Boga,
asfalt, gdzie deszcz spijała polna droga,
człowiek, wróg natury dostojnego piękna
i jego kanałów martwota zatęchła.

Michael Tequila: Klęczy cisza niezmącona. Zbiór poezji. Ebook. Empik: https://tinyurl.com/yxv6dj9n

0Shares

Pisarz, wydawca oraz poezja jako wypełniacz na blogu

Drodzy Czytelnicy,

Ostatnie dni były wyczerpujące. Mam wiele obowiązków, oprócz rodzinnych także te związane z dystrybucją, promocją i reklamą  najnowszej powieści „Cztery portrety cudze i jeden własny” i jej udostępnieniu w księgarniach. Poświęciłem się temu. Jestem pod presją czasu, ponieważ efekt nowości nie trwa długo. Dlatego też będę teraz częściej publikować na blogu fragmenty mojej dotychczasowej twórczości, poezji, powieści i opowiadań, raczej niż tworzyć nowe treści.

Myślę o poezji. Wierszy w zbiorze „Klęczy cisza niezmącona” jest w sumie około czterdziestu siedmiu. Wiem, że moje poezje podobają się. Części czytelników czy raczej czytelniczek tak przypadły do gustu (co najmniej dwie panie), że znają niektóre wiersze na pamięć. To mi imponuje, ponieważ sam nie umiałbym wyrecytować nawet jednego.

Jestem zarówno autorem jak i wydawcą. Wydaję we własnym zakresie i na własny rachunek. Wydanie powieści „Cztery portrety cudze i jeden własny” kosztuje mnie, proszę sobie wyobrazić, 4 x mniej niż oficjalne wydanie przez firmę wydawniczą (sic!), ale muszę też podjąć ogrom wysiłków dystrybucji, promocji i reklamy książki. Gdyby nie wydanie własne, nie wydałbym tej książki. 

Przykładowo, niektóre obowiązki wydawcy: uzyskanie numeru ISBN (rejestracja i opis książki w systemie ISBN), wybór drukarni, dostarczenie  tekstu do przygotowania książki, dwie korekty tekstu, edycja i skład tekstu, ustalenie formatu książki, czcionki i wybór papieru, jego rodzaju, koloru i gramatury, zaprojektowanie i  przygotowanie okładki, zlecenie druku, zawarcie umowy dystrybucyjnej, opłacenie okładki, druku, składu i co tam jeszcze jest do opłacenia, załatwianie recenzji (wystąpiłem o nią do ponad dwudziestu recenzentów, dotychczas odpowiedziało tylko siedmiu, wysłanie książek do recenzji, ustalenie spotkań autorskich, przygotowanie spotkań (korzystam z własnego notebooka i rzutnika), publikacje fragmentów książki na blogu, na Facebooku i krótkich komunikatów na Twitterze, prośby kierowane do najbliżej rodziny przyjaciół i dobrych znajomych, aby publikowali na swoich stronach na Facebooku informacji o książce, zachęcali do kupna i sami zechcieli kupić egzemplarz książki. To praktycznie nie kończący się proces. Chcę zorganizować jeszcze konkurs z nagrodami na temat najnowszej powieści.

Kiedyś uważano, że dobry produkt sprzedaje się sam, dziś jest to jawna nieprawda. Czytelnicy mają ogromny wybór, ponadto jako społeczeństwo mało czytamy, rzadko kupujemy książki. W Polsce czyta książki 37 procent osób dorosłych, w Czechach ponad 80 %. Kiedy to piszę, chciałbym być Czechem, zbratałbym się literacko z dzielnym wojakiem Szwejkiem, piłbym piwo pilzneńskie i jadłbym knedle.  

Kupno książki w księgarni. Nie jest to już sytuacja, że pójdziesz do księgarni i znajdziesz każdą książkę na półce. Księgarnia ma u siebie powiedzmy 5.000 egzemplarzy różnych książek, w sumie w sprzedaży może mieć 25.000 tytułów. Dziś większość książek zamawia się w księgarni (na miejscu) lub przez Internet, aby otrzymać je kilka dni później w księgarni lub do domu kurierem, pocztą lub przez paczkomat.

„Klęczy cisza niezmącona” jak i pozostałe moje książki są wciąż w atrakcyjnych promocyjnych cenach. Wkrótce zostaną one podwyższone. Mój nowy dystrybutor uznał, i przychyliłem się do ich sugestii, że ceny moich książek – porównując z innymi książkami – mogą i powinny być wyższe. Zbyt niska cena może sugerować, że produkt jest niskiej wartości. Aż mnie ciarki przeszły po grzbiecie!

Podaję linki do księgarni:

Klęczy cisza, Sędzia i Niezwykła decyzja: https://tinyurl.com/y2r45ew5

Cztery portrety cudze i jeden własny:

Księgarnia Wyczerpane.pl:  https://www.wyczerpane.pl/cztery-portrety-cudze-i-jeden-wlasny.html

Empik: https://www.empik.com/cztery-portrety-cudze-i-jeden-wlasny-tequila-michael,p1233810161,ksiazka-p

 

0Shares

Odezwa do Czytelników 

Droga Czytelniczko!  Drogi Czytelniku! 

Zakrzyknę jak niegdyś Edward Gierek: „Pomożecie?”, a Wy mi odpowiedzcie: „Pomożemy!”, nawet gdybyście mieli skłamać.To mi doda otuchy. Nie będziecie pierwsi, którzy nie mówią prawdy. Kłamstwo jest dzisiaj w cenie, szczególnie w polityce. Widocznie czemuś ono służy, skoro jest w cenie. Na pewno ludziom łatwowiernych i szukającym mądrości w innych, nie w sobie. 

Zmieniłem zamysł. Miałem pisać na mojej stronie autorskiej opowiadanie, piszę powieść w odcinkach. Poniżej trzeci odcinek. Pomysły czerpię z otaczającej nas rzeczywistości, rodzimej i międzynarodowej. Przedstawiam to, co widzę, czytam, słyszę, co mi się śni w nocy, cofam się w tył, wybiegam do przodu, fantazjuję. Staram się, aby była to najlepszej klasy groteska, parodia, także realizm magiczny, który mnie urzeka (uwielbiam Gabriela Garcię Marqueza)

Pisanie kosztuje mnie dużo wysiłku. Jeden wpis na blogu (300 – 600 wyrazów) to 3 do 5 godzin pracy, może nawet dłużej. Sprawdzam treść wielokrotnie, zmieniam, uzupełniam, aby tekst był celny, interesujący, atrakcyjny. Pisząc blog, zaniedbuję inną powieść, nad którą pracuję już od blisko roku. To dodatkowe obciążenie dla mnie.

Dlatego, jeśli moje teksty Ci się podobają, zachęcaj jak najczęściej do wchodzenia na moją stronę przyjaciół, znajomych i rodzinę. Jeśli możesz, umieść link do mojej strony autorskiej na swoim Facebooku lub blogu. Będę wdzięczny. Im więcej osób mnie czyta, tym większa jest moja motywacja do pisania; czynię to w czynie społecznym.

Szczególnie byłym zachwycony, gdyby na mojej stronie pojawił się ktoś z Twoich znajomych, dziennikarz, pisarz, księgarz, recenzent, bibliotekarz, aktor, bloger książkowy, znana osobistość, jednym słowem osoba opiniotwórcza. To dla mnie bardzo ważne, gdyż potrzebuję promocji. Nawet najwybitniejsi pisarze się promowali. W księgarniach są moje trzy książki, mają dobre i bardzo dobre recenzje (patrz górny pasek menu nad blogiem), ale jestem mało znany. Nieliczni mnie kupują, rynek jest szalenie konkurencyjny.

Na zakończenie: uwielbiam uwagi, recenzje, sugestie. Nic mnie tak nie cieszy, jak krytyka; pisząc polubiłem cierpienie. Bądź markizem Donatien-Alphonse-François de Sade, chłostaj mnie krytyką! Pisz komentarze, jeśli życzysz sobie także bezpośrednio do mnie. Podaję adres: michael.tequila@anciano.pl

Pozdrawiam serdecznie,

Michael Tequila

Linki:

0Shares

Mocne przeżycia, Twitter, opowiadania i gwarancja jakości

W aptece za ladą stało i siedziało mnóstwo kobiet, w tej liczbie ani jednego aptekarza. Jedna młodsza i urokliwsza od drugiej. Coś w rodzaju kombinacji Koła Ambitnych Dziewcząt i Kandydatek na Królową Piękności. Kiedyś widziałem taką ilość i różnorodność motyli, ale to było w Meksyku, w dodatku na filmie. Też piękne i kolorowe.

Zapomniałem drugiej recepty i musiałem wrócić do przychodni. Słabą pamięć Bóg zrekompensował mi nadzwyczajną urodą, dojrzałym wiekiem i siwą brodą, której muszę bronić przed krytyczną rodziną.

W drodze z przychodni na parking młoda kobieta chciała mnie przejechać na pasach dla pieszych przy zielonym (dla mnie) świetle. Na szczęście byłem czujny jak chomik pilnujący, aby nie rozkradano cementu z budowy. W odruchu sprzeciwu zapragnąłem rzucić w samochód kamieniem, ale miałem przy sobie tylko zaciśniętą pieść, w dodatku gołą jak święty turecki. Nie zdecydowałem się jej użyć, bo czym mógłbym potem wesprzeć się w dyskusjach politycznych.

Jestem teraz pełną gębą na Twitterze. Idzie mi dobrze. Sprawdź klikając: www.twitter.com/michael_tequila lub wpisując Michael Tequila na pasku wyszukiwarki wewnętrznej Twittera.

Jeśli podoba mi Ci się, to co tutaj piszę, to spodoba Ci się jeszcze bardziej mój zbiór opowiadań; „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco. Humoreski i inne opowiadania”. Jest dostępny  w księgarniach. Daję gwarancje jakości. Ma ona formę przeprosin. Ta nosi numer 1.

Pani krytyka mojej powieści/zbioru opowiadań (niepotrzebne skreślić) jest niezwykle trafna. Zgadzam się z Panią, że fabuła jest nudna, bohaterowie są gorsi od polityków, a zakończenie utworu jest beznadziejne. Zrozumiałem to dopiero wtedy, kiedy sam przeczytałem książkę. Było już jednak za późno, aby cokolwiek zmienić. Szczerze przepraszam za lichą jakość mojej produkcji. Niech Bóg Panią błogosławi w drodze ku lepszej literaturze.

Z poważaniem,

Michael Tequila

3Shares

Przerywnik literacki „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco”. Poprzednie dwa wpisy to podróże hiszpańskie.

Dla rozrywki przedstawiam fragment opowiadania z mojej niedawno wydanej książki „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco i inne opowiadania”. Recenzje tej książki są powyżej na górnym pasku menu pod przyciskiem „Opowiadania – recenzje”.

Tego przedpołudnia, mimo niewątpliwych zachęt do życia ze strony natury i sąsiadów, Abuelo wyraźnie opadł z sił. W głowie mu się kręciło, a ręce i nogi latały mu jak u paralityka. Był to nieudawany objaw syndromu niespokojnych nóg. Nabył go stosunkowo niskim kosztem, włócząc się godzinami po mieszkaniu z powodu bezsenności, a następnie umocnił, chodząc często do lekarza. Po drodze modlił się, aby go nie wyleczono, bo chciał umrzeć. Lekarz spełniał jego milczące życzenia nieudzielania mu pomocy, ponieważ wizyty u niego nie dawały skutku. Abuelo nie musiał go prosić ani przypominać się, co było bardzo miłe. Był zresztą zbyt dumny, aby poniżać się prośbami w tak trywialnej sprawie.

Oprócz niedomagań starości, była również inna ważna przyczyna, przez którą nie widział sensu dalszego życia. Przywódca partii rządzącej przez aklamację, Kacyk, obiecał mu złote góry, a on nie potrzebował złota. Abuelo myślał o biedakach, którym nic nie obiecano, choć bardzo prosili. To go dobijało, bo był człowiekiem współczującym. Co do zakończenia życia, to chciał, aby było ono godne, aby go pamiętano, a pamięć po nim była życzliwa, nie byle jaka, kończąca się z chwilą wyjścia żałobników z cmentarza.

Wobec przeciwności losu Abuelo nie pozostawał bezczynny. Jak tylko poczuł, że go oszukano, podobnie jak jego rodzinę, przyjaciół, znajomych i tysiące innych obywateli, stworzył sobie plan. Chodziło o ratowanie społeczeństwa, całego, z wyjątkiem tych, którzy uczestniczyli w spisku. Wybory i ich rezultat uważał za spisek. Plan traktował poważnie a zarazem radośnie. Żadne tam smutki, rozpacze, niepokoje, co się stanie i jak to będzie. Dla jego pomyślnej realizacji musiał zmienić się trochę, ale nie za dużo. Problemem było to, że miał ciemniejszą cerę, która wyróżniała go w tłumie. Niewiele ciemniejszą, tylko o jeden odcień. Musiał ją rozjaśnić. Znał się na kolorystycznych niuansach, bo lubił obrazy i sam malował w przeszłości. Ciemniejszej karnacji nie uznawał za przeszkodę, tylko za utrudnienie, coś, co daje się wyeliminować.

Zachęcam do zakupu. Książka jest we wszystkich księgarniach.

2Shares

Niezwykła decyzja Abuelo Caduco. Humoreski i inne opowiadania.

Książka ma bardzo dobre recenzje. Można zapoznać sie z nimi na górnym pasku menu. Aby zachęcić Państwa do zakupu, przedstawiam kilka cytatów z różnych opowiadań:  

– W swojej zgryzocie pocieszali się powiedzeniem: "Głodny sytego nie zrozumie" (str. 85).

– Carabinieri i militari rzucali im pod nogi świeże pachnące kwiaty, przede wszystkim róże gorące jak młoda krew, a po powrocie do koszar ciskali broń na ziemię, publicznie demonstrując bezwzględny pacyfizm (str. 88).

– Część z nich przypada konkurencji szalejącej jak białogłowa na wydaniu. Zna pan to przysłowie, monsieur: Kiedy głowa siwieje, to dupa szaleje? – zapytała mnie rozmówczyni, pogłębiając mój szacunek dla jej wyszukanej znajomości kultury, tradycji i języka (str. 91).

– Prezydent od chłopięcości był przystojnym mężczyzną. Oglądały się za nim dojrzałe kobiety i niektóre podlotki, później także mężczyźni marzący o tym, aby być takimi jak on: wysportowany, wysoki, barczysty, gładki na twarzy, bogaty. Mówiono, że kiedy był młody to miał jedwabistą skórę. Było to wtedy, kiedy pozował do zdjęć dla magazynu mody męskiej … (str. 116).

– W takich dniach prezydent męczył się i z rozpaczy pił z malutkiego kieliszeczka z wąskim złotym paseczkiem i trupią główką ze szczerego złota na krawędzi. Pił to, co piją nieszczęśliwi mężczyźni na wysokich stanowiskach … (str. 118).

– „W kobiecie jest tyle piękna” – słowa te pieścił na ustach, delikatnie dotykając językiem warg. Mówienie o kobietach pobudzało jego kubeczki smakowe bardziej niż aromatyczny napój owocowy z dodatkiem alkoholu (str. 123).

– Tkwiła w tym bolesna sprzeczność logiczna: policja ścigała jak przestępcę ideał, który powinien być obnoszony paradnie w lektyce przez wiwatujący tłum, wśród orgii kwiatów i szalejących fanfar (str. 141).

– Ślepy Koń był tak przekonujący, że … ludzie jedli mu z ręki, pardon, z kopyta … Każdy rząd, włącznie z naszym, który jest najlepszym rządem na świecie, z wielkimi osiągnięciami i wrażliwością na ludzkie potrzeby i troski, życzyłby sobie mieć takie podejście do obywatela (str. 146).

– Mówiono, że miał z gruntu życzliwy stosunek do wszystkiego, co się ruszało za dużym eleganckim biurkiem, w luksusowym samochodzie czy w kosztownej restauracji (str. 146).

8Shares