Powieść „Cezarea”. Odc. 11: Premier tłumaczy w TV brak pieniędzy

Wieczorem Premier wyjaśniał w telewizji sytuację finansową państwa.

– Wszyscy boleśnie odczuwamy niedobór pieniędzy w kasie państwowej. To nie są pieniądze rządu, to są nasze wspólne pieniądze. Moje, pana Namiestnika, państwa. I to w takiej niekorzystnej dla nas wszystkich sytuacji grupa zdeprawowanych ludzi rozpoczyna strajk stawiając żądania niemożliwe do spełnienia. To desperaci, ludzie zmanipulowani i nieszczęśliwi. Czego chcą, zapytacie. – Powiedział Premier i rozejrzał się dookoła.

Było to pytanie retoryczne, ponieważ nikt nie zamierzał o nic pytać. Premier wykorzystał czas, aby wytrzeć twarz chusteczką w ciemne grochy i przygotować wyjaśnienie.

– Drodzy rodacy! Nie robimy nic na chybcika. Potrzebujemy czasu i rozwagi. Wkrótce mamy obchody wielkiego święta państwowego, Dnia Odrodzenia Nadziei na Radosną Przyszłość. Przygotowujemy się do niego. Będzie wielka parada, grill i kiełbaski na gorąco. Pan Namiestnik będzie przemawiać z wysokiej trybuny, ja będę jechać wozem pancernym, a pan Plenipotent ukaże się na białym koniu. I to w takiej sytuacji ci ludzie ogłaszają strajk. To czysta podłość! – Zdenerwował się Premier. – Oni chcą zniszczyć naszą ojczyznę, podważyć dobrobyt, jaki stworzyła nasza partia, nie bez powodu zwana Partią Powszechnego Dobrobytu.  

Przed telewizorami wybuchły oklaski obywateli popierających rząd. Premier słyszał je przez mikroskopijny aparat ukryty w lewym uchu. Czekał, aż ustaną, po czym zaczął rozpływać się w opisach niezwykłego szczęścia, jakie stworzył jego rząd za sprawą i zachętą Leona Krzepkiego-Kukuły.

– Jesteśmy krajem małym ale jędrnym, mlekiem i miodem płynącym. -Powiedział Premier i uśmiechnął się skrycie, ale i tak wszyscy to zauważyli. Dwaj komentatorzy opozycji śledzący wyznania Premiera uważali, że to nie kraj, tylko paranoja.

Na szczęście nikt ich nie słuchał, gdyż większość obywateli myślała o jedzeniu, piciu i pieniądzach. Niektórym z tego powodu nie chciało się nawet myśleć.

Kobieta przekładająca przemówienie Premiera na język migowy zawahała się przy słowie „jędrny” po czym pokazała pięść. Następnie pokazała bańkę na mleko i ul z brzęczącymi pszczołami. Wyglądało to bardzo pięknie i podobało się ludziom.

Premier zakończył słowami pojednania.

– Strajkujący! Nie możemy dać wam teraz pieniędzy, na jakie zasługujecie od lat, ale chcemy uzgodnić z wami warunki dalszej współpracy dla dobra ojczyzny. Bądźmy dobrej myśli! Idźmy razem! I to równym krokiem, jak trzeba!

Zwolennicy Kukuły i Chudego przyjęli propozycję okrzykami radości.

Strajkujący mieli inne zdanie. – Chudy i Kukuła chcą nas wykołować, może nawet wycyckać. Nie pozwolimy na to. Będziemy kontynuować strajk, aby w końcu zaczęli z nami rozmawiać. Teraz tylko przemawiają z balkonu i w telewizji, obiecują święto, paradę, białego konia, czołg i kiełbaski na gorąco. Nam to nie wystarczy.

0Shares

Ślepy koń, który handlował ludźmi na ulicach Ułan Kator / fragmenty

Stolica Kongolii, Ułan Kator, w tłumaczeniu znaczy „Czerwony Bohater”. Miasto zagubiło się na krawędziach świata, przez co było mało znane. Rozsławił je dopiero Koń, zwany Ślepym, który handlował ludźmi. Tak po prostu, na ulicach, jak zwykły straganiarz. Kiedy dał się zatrzymać, a było to wydarzenie międzynarodowej wagi, nazwę Ułan Kator zmieniono na „Stolica Koni”. Szczęśliwcom los nie odmawia przysług. Zanim Ślepego ujęto, a stało się to w roku dwutysięcznym, spowodował on wiele zła. Był genialny, przewrotny i zepsuty aż do szpiku kości. Tak o nim pisano. Dla jednych był uosobieniem nikczemności, dla drugich, a było ich dużo więcej, okazał się bohaterem narodowym. Każde społeczeństwo potrzebuje bohatera jak przysłowiowa ryba wody. Jeśli go nie ma, to go sobie wymyśli lub wynajdzie. Tak też się stało w przypadku Kongolii i Ślepego Konia.
W roli bohatera Ślepy objawił się sam, przewrotnie doprowadzając do pościgu i swego aresztowania, a następnie aktywnie uczestnicząc w dochodzeniu prokuratorskim. Tkwiła w tym bolesna sprzeczność logiczna: policja ścigała jak przestępcę ideał, który powinien być obnoszony paradnie w lektyce przez wiwatujący tłum, wśród orgii kwiatów i szalejących fanfar. Ujęcie Konia nie odbyło się bez pościgu i strzelaniny. Było to czyste szaleństwo. Heroiczne zwierzę, jak nazwał Ślepego dziennikarz magazynu „Świat przyrody kongolskiej”, pokazało klasę, zaskakując prześladowców niepospolitą inteligencją, elegancją zachowania, w końcu encyklopedyczną wiedzą o handlu żywym towarem. Ślepy wiedział o nim wszystko.
– Nigdy wcześniej nie ujęliśmy tak niesamowitego przestępcy – z dumą oświadczył Udo Udonsky, naczelnik Więzienia dla Wybitnych Przestępców. Fakt aresztowania Ślepego był dla niego ważniejszy niż narodziny dwojaczków u starszej córki Bolormaa, której imię
w języku kongolskim znaczy „Kryształowa Matka”. O policyjnym osiągnięciu naczelnik wypowiedział się następująco:
– Schwytać Ślepego Konia to tak, jakby nabyć dziesięciotomową encyklopedię przestępczości zorganizowanej. On posiadł całą tę wiedzę i szczerze dzieli się nią z nami. Jego aresztowanie
oznacza wielki sukces dla naszego kraju. […]

[…] Przyszedł czas, kiedy śledztwo utknęło w martwym punkcie. Z litości dla naczelnika i jego nieudolnego podejścia do przesłuchania wybitnego przestępcy, za którego został uznany, Ślepy zdecydował się wyłożyć całą prawdę bez ogródek. Przedstawił ją w formie teorii.
Prezentację ożywiał krótkimi i długimi zdaniami.
– Sprawa wygląda następująco. Seks jest piękny, ale tylko wtedy, kiedy masz władzę i pieniądze. Wtedy samice lgną do ciebie jak muchy do lepu. Każda istota żeńska lubi bogactwo i władzę. Kupuje sobie wtedy do woli podków w różnych kolorach, na wysokim lub niskim podbiciu, z długimi lub krótkimi hufnalami, także grzebienie do zaczesywania
grzywy i pachnące szampony do mycia.
– Może nawet zrobić sobie lifting – podrzucił śledczy niby dla żartu, gdyż nie spodziewał się życzliwej reakcji.
– Absolutnie – uznał z podziwem przesłuchiwany. Śledczy w jednej chwili zyskał jego uznanie, jako człowiek inteligentny i światowy. – Sądziłem, że to burek, który męczy konie głupimi pytaniami o karierę zawodową, pracę i przyjaciół. A tu niespodzianka! – Ślepemu
zrobiło się przykro, że go tak niesprawiedliwie potraktował.
– Proszę, aby podejrzany opowiedział jeszcze … – W tym momencie towarzyszący naczelnikowi oficer zawahał się – …O osobach, err … osobnikach dokooptowanych do oddziału mafii prowadzącego dystrybucję osób porwanych.  […]

Powyższe fragmenty pochodzą z tomu opowiadań  Michael Tequila: „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco” 

0Shares

Konio / opowiadanie-fragmenty

„…  Tak było przynajmniej na początku, gdy zaczęliśmy od pytań o zawód, hobby i przyjaciół. Skończyliśmy, niestety, na wymianie ciosów, ale to nastąpiło później. Nie używaliśmy wulgarnych wyrazów takich jak „hucpa”, „happening” ani innych zaczynających się na „h”,choć niektórzy ludzie zaczynają je na „ch”. Domyślny wyraz jest zbyt osobisty i ktoś mógłby się obrazić. Poza tym w pełnej, bezimiennej postaci nie musi on wywoływać niemiłych skojarzeń zwłaszcza u kobiet oraz tych mężczyzn, którym myli się płeć i strony ciała. Bóg tak nas stworzył i z pewnością miał w tym swój cel. Dawno już postanowiłem, że nie będę wchodzić z nim na drogę dyskusji, gdyż za mało się znamy. Wiem tylko, że jest ostatecznym autorytetem i to mi wystarcza.
– W czym robisz, Konio? – Przejąłem inicjatywę, zadając pytanie, które pozwoliłoby mi zdefiniować profil osobniczy gościa. Profil fizyczny widziałem jak na dłoni. Był imponujący.
– Wyścigi konne? Dorożkarstwo? Przenoszenie ciężarów na odległość metodą mistrza Dzianowskiego? Biegi kłusaków? Gra w polo? Szwoleżerka, nie daj Boże? Bo chyba nie praca w polu? – Jak kierownik niegdysiejszego działu kadr dużej firmy hodowlanej
wykazałem się znajomością zawodów pracowników czworonożnych.
– Próbowałem wszystkiego po trochu. Imałem się różnych zajęć. Raz nawet na preriach amerykańskich przyłączyłem się do dzikiego stada mustangów. Ogólnie rzecz biorąc, byłem raczej niezdecydowany. Już taki jestem od maleńkości. – Konio wyjaśnił z pewnym
zażenowaniem, co objawiło się markotnym wydłużeniem pyska.
– Czyli od źrebaka.
– Dokładnie. Czy ty, Michu, nie jesteś przypadkiem weterynarzem? – Pytanie padło zupełnie  nieoczekiwanie.
– Dlaczego pytasz? Coś ci dolega?
– Nie. Pomyślałem tylko, że jeśli nie jesteś weterynarzem, to mógłbyś być koniem. Znasz terminologię fachową jak mało kto.
– Też jestem koniem. Może nie dosłownie, ale jestem.
– Co ty bredzisz!? Z taką klatką piersiową i z takim grzbietem? A twój łeb?! Gdzie grzywa? Przecież to byłby wstyd dla konia. Pęciny to masz może sensowne, ale gdzie kopyta?
– Mam nogi w butach, to nie mogę mieć kopyt.
– To jak mogą cię podkuć? Słyszałeś kiedyś o koniu bez podków? Podkowa jest potrzebna nawet na szczęście. A co z bieganiem?
Nie zaskoczyłem, o co mu chodzi. Widocznie głupio to wypadło, gdyż gość zaczął mnie pouczać. Widać było, że odczuwa wielkie zadowolenie. Oczy mu zabłysły i głos się zmienił.
– Nie kojarzysz, co?! Pytam o to, jak mógłbyś ruszyć z kopyta, nie mając takowego. Nie będę cię niszczyć pytaniami. Lepiej wytłumacz, dlaczego uważasz się za konia. – Mój rozmówca zarżał z cichej satysfakcji, czując przewagę nade mną.
– Rzecz w tym, że Dzień Mężczyzny i Dzień Konia są w tej samej dacie! Reszta to czysta dedukcja. „

„ …Była to dobra okazja, aby zaproponować coś do wypicia dla poprawy nastroju. Konio odmówił alkoholu, więc zaproponowałem mu szklankę wody. Źródlanej, niefiltrowanej – zaznaczyłem w nadziei, że doceni postawę proekologiczną.
– Koń by się uśmiał! – Jego rżenie przybrało formę drwiny. – Czyś ty oszalał? Chcesz, abym umarł ze śmiechu. Szklanka wody! To dla królika czy dla kota? Ja piję z wiadra! Słyszysz? A bucket of water, please. – Przeszedł na angielski równie łatwo jak z trawy na koniczynę.
– Nie przesadzaj, Konio. – Udzieliłem mu życzliwej rady. – Lekarze i weterynarze zalecają picie dużej ilości wody, ale nie dziesięć litrów za jednym zamachem! Od tego żaby mogą ci się zalęgnąć w brzuchu. – Stwierdziłem w nadziei, że perspektywa śliskiego płaza w żołądku powstrzyma Koniego przed spożyciem nadmiernej ilości płynu. – Zupełnie jak człowiek. Pije na umór. – Po raz nie wiadomo który zdałem sobie sprawę z fatalnego nawyku nadużywania płynów. – On postępuje podobnie jak alkoholik, który nie zna umiaru i pije na umór, a potem siada za kierownicą. Moja wyobraźnia produkowana koszmarne epizody pasujące tylko do filmów z horrorem.
Efekt wchłonięcia wiadra wody przegryzionej bochenkiem suchego chleba, gdyż tylko taki miałem w domu, nie dał na siebie długo czekać. Konio rozejrzał się najpierw na boki, jakby strach go ogarnął, a następnie zapytał szeptem, czy mógłby pójść do łazienki.
– Odczuwam pilną potrzebę przejrzenia się w lustrze! – dodał usprawiedliwiająco.”

Powyższe fragmenty pochodzą ze zbioru opowiadań  Michael Tequila: „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco”

1Shares

Prywatna kronika Iwana Iwanowicza. Wyścig do Wielkiej Europy.

Drodzy Czytelnicy,

Przedstawiam próbkę tekstu powieści, której format, fabułę, styl, od kilku lat bezskutecznie staram się wypracować, aby była to dobra, interesująca i pouczająca lektura. Powieść ma formę kroniki opisującej w literacki, swobodny i nieco fantazyjny sposób to, co dzieje się wokół nas od roku 2015.

Będę wdzięczny za uwagi, komentarze, sugestie. Jeśli jest to coś zjadliwego (w pozytywnym tego słowa znaczeniu), przekażcie link do tej strony swoim przyjaciołom i znajomym. Liczba wejść na stronę będzie najlepszym wskazaniem, czy moje wysiłki zasługują na kontynuację, czy też nie. Jest to ważne, ponieważ mogę poświęcić czas czemuś innemu. Mam co pisać, gdyż równolegle pracuję nad zbiorem opowiadań kryminalnych, który mógłbym opublikować jeszcze w tym roku.

Pozdrawiam serdecznie,

Michael Tequila

Iwan Iwanowicz sprężył się. Myślał. Od dawna nic nie zapisywał w swojej prywatnej kronice, a przecież działy się w kraju ważne rzeczy. Zbliżały się wybory do parlamentu Wielkiej Europy. PPD, Partia Powszechnego Dobrobytu, wystawiła mocnych kandydatów. Iwan Iwanowicz uznał to za niezwykle ważne wydarzenie, ponieważ Wielka Europa, WE, od dłuższego czasu błądziła, tkwiąc w starym sposobie myślenia, zagubiona w świecie wielkiej polityki, wielkich mocarstw i nowoczesnych technologii. Trzeba było sprowadzić ją na właściwe tory i nikt nie nadawał się do tego lepiej niż PPD.

– Tyle trzeba jeszcze zmienić na naszym kontynencie. – Iwan Iwanowicz westchnął i przyciągnął do siebie klawiaturę, aby wreszcie zacząć pisać.

Nie wiedział jak zacząć. Chciał, aby pamiętnik był nie tylko wyczerpującym rejestrem ważnych wydarzeń krajowych i zagranicznych, ale także, aby zapisy były wykonane interesującym, rzeczowym i pięknym językiem.

Udział kraju w wyborach do parlamentu Wielkiej Europy postanowił przedstawić w formie opisu wyścigu koni. Lubił konie. Sam kiedyś myślał o kupieniu sobie wierzchowca do jazdy konnej. Jeździł konno od czasu do czasu, bardzo mile wspominał te chwile. Pierwszy raz jechał z duszą na ramieniu. Było to w Alberti, w Ameryce Południowej, gdzie był na dłuższej wycieczce, kiedy posadzono go na czarnego jak diabeł młodego, pełnego energii wałacha. – Iwan Iwanowicz rozmarzył się. Popatrzył w okno, aby oderwać się od ubocznych myśli. Starał się zdyscyplinować swój umysł. Wrócił do pisania.

PPD wystawiła mocną drużynę. Obserwował ostatnią fazę nominacji kandydatów na kongresie tej partii. Podobało mu się. Najbardziej poruszyła go pieśń „My ze spalonych miast, my z głodujących wsi” zakończona słowami, „Dziś niczym, jutro wszystkim my”. Słowa „Dziś niczym, jutro wszystkim my” stały się hasłem kampanii wyborczej PPD do parlamentu wielkoeuropejskiego. Iwanowi Iwanowiczowi nie podobało się, że opozycja wyśmiewała to hasło przeinaczając je na „Dziś niczym, jutro jeszcze bardziej niczym my”.

Iwan Iwanowicz był demokratą, nie miał nic przeciwko opozycji, ale to akurat nie podobało mu się. Nie było w jego stylu. Starał się być obiektywny, choć czasem było to trudne. Był tego świadomy. Po cichu najczęściej sprzyjał PPD. Nie można powiedzieć, że lubił Naczelnika Kukułę, szefa partii, ale z pewnością cenił jego charakter i cechy przywódcze. Słabość Iwana Iwanowicza do PPD stała nieco w sprzeczności z jego deklarowaną obiektywnością. Nic na to nie mógł poradzić.

– Nie ma sensu wyzbywać się pozytywnych uczuć, muszę tylko pilnować się, aby nie wpływały one na obiektywność moich zapisów kronikalnych. – Tłumaczył sobie.

Jeszcze raz popatrzył w okno, jakby stamtąd miała nadejść wena i koncentracja. I rzeczywiście, myśli zaczęły mu się układać w logiczny ciąg słów i wyrażeń.

W bieżącym zapisie postanowił przedstawić listę kandydatów PPD do parlamentu wielkoeuropejskiego. To oni mieli zmienić Wielką Europę, wykuć jej nową jakość, dać jej przykład, jak się organizować, jakimi wartościami się kierować, jak rządzić. Zaczął od najważniejszej kandydatki, byłej premier. Notował.

Zaza Urala. Twarda sztuka, choć z wyglądu przypomina pulchną właścicielkę gospodarstwa rolnego sprzedającą na rynku rąbankę.

Tak o niej pisali złośliwi internauci. On nie podzielał tej opinii, bo była premier cieszyła się wielkim poparciem społecznym. Ludzie utożsamiali się z nią. Była taka sama jak oni. Rumiana na twarzy, prosta, bezpośrednia, niezwykle uczciwa, chętnie dzieląca się z innymi. Co więcej, znała doskonale język angielski i niemiecki. Obydwu języków uczyła się sama nocami. Iwan Iwanowicz widział i słyszał wielokrotnie w telewizji, jak sprawnie i z jaką swadą rozmawia z dziennikarzami zagranicznymi. Spotykała się także z prezydentami, monarchami i innymi znanymi ludźmi. Było pewne, że umie poruszać się po salonach wielkiej polityki. Było to ważne dla kraju.

Iwan Iwanowicz przerwał stukanie w klawiaturę, pomyślał chwilę i pisał dalej.

To ona pierwsza wyprowadziła sztandar Wielkiej Europy ze swego gabinetu, aby uświadomić obywatelom, że każdy kraj ma prawo do protestu. Jej odważny gest został bardzo dobrze przyjęty przez inne kraje członkowskie. Zyskaliśmy wielkie uznanie. Inni premierzy też zaczęli wynosić ze swoich gabinetów sztandar WE, co wstrząsnęło tą organizacją od podstaw. Po raz pierwszy władze Wielkiej Europy przyznały, że wymaga ona zmian. Urala przedstawiła stosowne propozycje. Rozpatrzono je na posiedzeniu parlamentu WE; w głosowaniu przeszły prawie bez zmian. To był wielki sukces.

– Tak. Zaza Urala to nasza wielka nadzieja. – Pomyślał Iwan Iwanowicz, ale nie zapisał tego. Uznał, że byłoby to wyrazem jego osobistych odczuć, a chciał pozostać obiektywny.

Na dobro Urali zapisał też jej zwycięstwo w wyborach przewodniczącego Wielkiej Europy. Dzielna kobieta sprzeciwiła się premierom dwudziestu siedmiu krajów i tak długo ich przekonywała, aż zdobyła poparcie większości. Wystawiono nowych kandydatów. Zajęło to dodatkowy miesiąc, ale udało się. Przeszedł kandydat wytypowany przez jej rząd i zatwierdzony przez Naczelnika Kukułę. Później jednak, z niezrozumiałych względów, zorganizowano drugie głosowanie i na przewodniczącego wybrano Dona Rudobrodego, co do którego Naczelnik Kukuła miał poważne zastrzeżenia.

Naczelnik był w kraju i w PPD postacią pierwszoplanową. Mąż stanu, patriota do szpiku kości, grał pierwsze skrzypce w życiu publicznym. Opanowany do granic przyzwoitości, wyważony, szanujący opozycję, zatwierdzał wszystkie ważne decyzje partii. Nie to, że musiał, czy też oczekiwano tego od niego. Po prostu członkowie PPD mu wierzyli, jego intuicji i doświadczeniu. Był dla nich ojcem. Ubóstwiali go. Siwy jak gołąb, lecz wciąż silny jak tur, przypominał słynnego Che Levarę, rewolucjonistę, ideologa i pisarza, który stworzył własną oryginalną formę wojny partyzanckiej (foco guerrillero) prowadzonej przez chłopów. Naczelnik Kukuła też stworzył coś podobnego, z tym, że jego preferowaną formą walki była wojna domowa prowadzona przez masy ludowe wsi i małych miasteczek oraz wielkomiejski proletariat. Niektóre z przydomków, jakimi obdarzono Che Levarę, jak Żagiew Sprawiedliwości, Gwiazda Zaranna Uciśnionych, Ostrze Rewolucji czy Pomnik Nieustraszony, używano teraz w stosunku do Naczelnika Kukuły. Podobnie jak w przypadku Levary pisano też o nim wiersze. Ministerstwo edukacji organizowało w tym celu konkursy w szkołach. Rodzice powszechnie domagali się tego.

Dla uczczenia zasług Naczelnika Kukuły społeczeństwo kraju złożyło się na budowę dwóch wielkich wież w stolicy. Były to wspaniałe konstrukcje: kilkaset metrów wysokości, okrągłe, jasnoniebieskie kolory szkła i stali. Na szczycie wież miał być umieszczony jego podwójny wizerunek. Jeden to on sam, en face, drugi to jego słynny sobowtór, z profilu. Przejściowo budowę wstrzymano, ponieważ wybuchł spór prawny o niezapłacone faktury. Pisano też, że naczelnik Kukuła był osobiście zamieszany w budowę wież, wydając polecenia architektowi, kierownikowi budowy oraz inwestorowi głównemu. PPD twierdziło, że to oczywista bzdura, opozycja, że prawda.

Iwan Iwanowicz przeczytał uważnie cały tekst, poprawił co nieco. Zapis wydał mu się sensowny. Postanowił skończyć wieczorem. Musiał jeszcze wyjść na spacer. Robił to codziennie, aby utrzymać się w formie.

– Mens sana in corpore sano. – Westchnął, ciesząc się, że pozostała mu jeszcze dobra pamięć. Przypomniał sobie, co zdarzyło mu się w środku nocy i zadrżał. Nie mógł odtworzyć w pamięci nazwiska autora książki „Przygoda z owcą”. Wstał z łóżka i sprawdził hasło „Alzheimer”. Czytał z pół godziny, tak go to wciągnęło; w końcu uspokoił się. Dopiero wtedy przypomniał sobie autora: Haruki Murakami.

Wyjątkowo korzystne ceny książek w księgarni Taniaksiazka.pl . Michael Tequila – książki https://tinyurl.com/y895884p

2Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 165: Fantazje erotyczne Josefa. Apokalipsa.

Opowieść Josefa była tak bogata, że w końcu Zenon doszedł do wniosku, że Josef snuje fantazje erotyczne.

Nie było to do końca zrozumiałe. Chcąc dopomóc swemu pacjentowi, Zenon zasugerował mu w najbardziej oględny sposób, starannie dobierając słowa, że być może warto byłoby, aby przedstawił swój problem chirurgowi lub seksuologowi, osobom najbardziej kompetentnym i pomocnym.

Josef zmieszał się. Na początku udawał, że nie rozumie słów psychoterapeuty, po czym – nie udzielając odpowiedzi – przyśpieszył swoje opowiadanie. Mimo delikatnych zachęt do kontaktu z chirurgiem, Josef w żadnym momencie nie wykazał zainteresowania tematem, tłumacząc się, że nie jest w najlepszym nastroju, że to go bardzo krępuje i że chętnie uczyni to w przyszłości.

Ostatecznie Zenon wyzbył się wątpliwości, kiedy Josef mówiąc o penisie zaczął używać określenia fiut, a nawet fiutek. Stało się jasne, że prawdziwy problem Josefa to w istocie niedorozwój jego organu, i że jego opowiadania są czystą fantazją tworzoną podświadomie dla uzyskania rekompensaty psychicznej. Sprawę ostatecznie przesądził sam Josef wspominając, że kilka razy zaglądał na strony firm oferujących usługi chirurgicznego przedłużania członków męskich, twierdząc, że robił to z czystej ciekawości.

– Wchodziłem na ich strony, aby zrozumieć, jak czują się ludzie po drugiej stronie barykady, którzy mają małe członki. Przyniosło mi to ulgę, że nie jestem osamotniony w świecie członków nietypowych, nadmiarowych i niedorozwiniętych.

Od chwili tej deklaracji, rozmowa przestała się kleić. Rozmówcy stracili do siebie zaufanie. Zenon przestał wierzyć w szczerość Josefa. Josef z kolei chyba wyczuł, że Zenon odkrył jego tajemnicę i przejrzał go do końca. Po chwili milczenia, rozmowa zeszła na neutralny temat planów Josefa na przyszłość.

– Nie snuję żadnych planów. Żyję dniem dzisiejszym. Nic innego mnie nie interesuje.

Kategoryczny charakter wypowiedzi Josefa psychoterapeuta przyjął jako zakończenie rozmowy. Obydwaj w tym samym momencie spojrzeli na zegarki. Było to ostateczne poświadczenie, że spotkanie dobiegło końca. Obywaj uśmiechnęli się na znak przyjaznego rozstania się.

*****

Wiadomość o bezpłodności Josefa wywołała rozprzężenie wśród kadry kierowniczej i szeregowych pracowników Laboratorium. Ludzie zaczęli sarkać, stracili perspektywę i kierunek, niektórzy załamali się. Był to dla nich koniec świata, niepowodzenie w skali kataklizmu. Żądano zmian, przywilejów, wolności. Nina Aleman w końcu ustąpiła wobec buntujących się, było ich zbyt wielu, bała się ogólnego buntu. Ludzie żądali widzenia się z rodzinami, zmiany przepisów wewnętrznych, więcej dni świątecznych. Zarząd zaczął wydawać przepustki, starając się kontrolować i śledzić zachowanie pracowników na zewnątrz. Ostrzegano ich przed konsekwencjami.

Laboranci wracający z przepustek przynosili dziwne wiadomości. Nikt nie miał pojęcia, jak bardzo kraj został zdewastowany przez Apokalipsę, tydzień kataklizmów pogodowych, wyrządzając Laboratorium znikome szkody, zerwany dach i zapchane rury ściekowe oraz powodując przejściową przerwę w dostawie prądu, ponieważ firma miała własne zasilanie awaryjne. Ani grad, ani ulewne deszcze nie wyrządziły szkód, gdyż teren Laboratorium leżał na wzgórzach. Podobnie było z pożarami i tsunami, o których pracownicy Laboratorium nie mieli nawet pojęcia.

Najciekawsze wiadomości dotyczyły skutków Apokalipsy, zmian zachodzących w kraju, bliżej nieokreślonych fenomenów, chamienia społeczeństwa, indywidualizmu oraz buntu kobiet przeciw prokreacji. Były to wieści tak fragmentaryczne i niejasne, że wracający z przepustek używali często określeń podobno, prawdopodobnie, wydaje się, dla podkreślenia, że jest to prawda, ale może niecałkowita.

Wkrótce powróciły do Laboratorium dyscyplina i porządek. Laboranci skoncentrowali się na pracy, intensyfikując wysiłki wyprodukowania kolejnych, udoskonalonych okazów człowiekonia, już bez wadliwych genitaliów. Myślano też o stworzeniu pary człowiekoni, samca i samicy, podobnie jak Bóg stworzył Adama i Ewę. Był to pomysł Klechy, który jakby nawrócił się na wiarę w Boga, przeżywając okresy pogłębionej religijności, widzeń i wglądu w tajemnice życia, podobno także pośmiertnego. 

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 164: Psychoterapeutyczne wyznania Josefa

Aby zrozumieć swoje problemy Josef podejmował różne starania. Najpierw podglądał nagich mężczyzn w łaźni i słuchał co opowiadali przy alkoholu o swoich przygodach seksualnych. Potem zapoznał się z opiniami fachowców na temat seksualnych problemów mężczyzn. Oglądał też pornografię, przeczytał kilka artykułów i obejrzał dokumentalny film o mieszkańcach Afryki, znanych z dużych rozmiarów penisa. Okazało się, że ich także przerósł, był od nich lepszy. Był po prostu nadmiarowy. Musiał to wyraźnie przyznać wobec siebie samego. To go zniszczyło.

– Taki to mój parszywy los: efekt nieudanej integracji organów seksualnych człowieka i konia. – Powtarzał sobie do znudzenia. Był to jedyny defekt, jaki w sobie odkrył.

Problem wielkości przyrodzenia nie pojawił się w jednej chwili, od razu. Jego członek powiększał się stopniowo, w miarę jak Josef koniał. Ciesząc się, że konieje, nie podejrzewał, jaką cenę przyjdzie mu za to zapłacić. Sytuacja go przerosła. Myślał nawet o samobójstwie.

– Dlaczego nam tego nie ujawniłeś? Może moglibyśmy ci pomóc? – Zapytał go psychoterapeuta.

– Sam nie wiem. Czułem niesamowity strach, przerażenie, bałem się okaleczenia. Myślałem, że zechcecie mnie wykastrować. Ostatecznie powstałem w Laboratorium, macie do mnie jakieś prawa.

Zenon postanowił nie negować absurdalności podejrzeń Josefa. Nie miało to sensu. Poprosił go natomiast o informacje, jak ludzie zachowywali się wobec niego w tym trudnym czasie. Chciał zrozumieć jego przeżycia.

Zapytany uczynił to chętnie, wszystko pamiętał bardzo dobrze. Najpierw pojawiły się złośliwe anonimy na temat rozmiarów jego przyrodzenia, niektóre ilustrowane prymitywnymi, inne prawie artystycznymi rysunkami, potem wielkie niezdarne rysunki członka na drzwiach wejściowych do jego mieszkania. Wyglądały, jakby rysował je wyrostek, co niedawno zauważył, że siusiak służy nie tylko do oddawania moczu. Rysunki na drzwiach szczególnie wyprowadzały Josefa z równowagi, ponieważ mogli je zobaczyć wszyscy przechodzący obok jego mieszkania. Pojawiały się one na szczęście nad samym ranem; wstając wcześnie Josef zawsze zdążył je zetrzeć lub zamalować, zanim ktokolwiek mógł je zauważyć.

– Dzieci też zaczepiały mnie na ulicy, krzycząc za mną różne bezwstydne słowa, których prawdopodobnie same nie rozumiały. – Opowiadając to Josef starał się wyraźnie pomniejszyć znaczenie zachowań dzieci, choć były one niewybredne, a nawet złośliwe. Zenon zastanawiał się, dlaczego Josef tak łagodnie traktował swoich małych bądź co bądź prześladowców.

– Nawet koledzy zaczęli mi dokuczać. – Kontynuował Josef. – Uważali to za żarty, chyba nie zdając sobie sprawy, że nie ma nic przyjemnego być przedmiotem takich dowcipów. Mój bliski przyjaciel powiedział mi, śmiejąc się serdecznie:

– Josefie, ty to masz szczęście w swoim nieszczęściu! Kiedy zaproszą cię na bal maskowy, nie musisz w ogóle się przebierać. Po prostu weźmiesz tę rurę na plecy i będziesz grać hydraulika.

Na początku Josef otrzymywał dużo telefonów, większość anonimowych, wkrótce potem zaczęły przychodzić emaile, w końcu zaczął otrzymywać listy. Jeden z nich pamiętał bardzo dobrze, bo był zupełnie szalony. Josef ożywił się podejmując ten wątek.

– Napisało do mnie Towarzystwo Popędliwych Kobiet. I to skąd? Z południa Nomadii. List, koperta i znaczek były jak najbardziej autentyczne. Sprawdziłem nawet, że istnieje urząd pocztowy uwidoczniony na pieczęci. Oczywiście domyśliłem się od razu, że to jakaś fikcja, że ktoś to robi dla kawału. W liście poinformowano mnie, że jedna z członkiń klubu jest zainteresowana przystąpieniem do mojej organizacji i proszono o przysłanie wniosku o członkostwo.

Josef określił otrzymaną korespondencję jako wulgarną i głupią. Mówiąc to, nie wyglądał jednak na zmartwionego. Zenonowi wydało się nawet, że ukrywa rozbawienie.

Potem nadszedł list lotniczy z Japonii z propozycją, aby objął patronat nad corocznymi obchodami Festiwalu Stalowego Fallusa. Josef pamiętał doskonale tę propozycję; była napisana na białoróżowym, czerpanym papierze, od stuleci produkowanym w Japonii tradycyjnymi metodami.

– Na początku nie wiedziałem, jak reagować na zaczepki, bo oprócz złośliwości często wyrażały podziw a nawet zazdrość z powodu mego bogatego przyrodzenia.

Na pytanie Zenona, czy może notować opisywane zdarzenia dla celów dokumentacji, Josef bez zastanowienia wyraził zgodę, jakby była to prośba o podanie adresu cukierni, gdzie sprzedają najlepsze pączki serowe i naturalnie lukrowane wegańskie czekoladki.

W trakcie opisu bolesnych przeżyć twarz Josefa pozostawała napięta i smutna, tylko raz czy dwa razy uśmiechnął się jakby boleśnie. Kiedy mówił o dużym członku – do tego tematu wracał chętnie i to kilkakrotnie – Zenon zaczął nabierać przekonania, że mówienie o nim sprawiało Josefowi przyjemność. Jego twarz rozjaśniała się w takich momentach, a on sam się ożywiał. Stopniowo w psychoterapeucie zaczęły krystalizować się podejrzenia, że coś się nie zgadza w relacjach Josefa. Zaczęły mu się nasuwać wątpliwości czy Josef mówi prawdę, czy jest we wszystkim szczery, czy przypadkiem nie wyraża czasem czegoś innego niż to co mówi. Miał wrażenie, że w historii przeżyć Josefa jest coś, co go męczy.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 162: Intymne wyzwania Josefa

Na zawody hippiczne Josef wybrał się z ciekawości. Intrygowała go bliskość fizyczna ludzi i koni, ich sportowa integracja. Zadawał sobie pytanie, czy w czasie morderczego pościgu za czasem jeźdźca i konia łączy coś bliższego. Josef był już wtedy znany jako pierwszy człowiekoń i ludzie oraz konie przyglądali mu się z ciekawością. Jak zwykle zwracał na siebie uwagę, nie przeszkadzało mu to jednak w niczym, był już przyzwyczajony do otwartych i skrytych spojrzeń.

Przechodząc koło stajni, skąd wyprowadzano konie wyścigowe, zauważył śliczną klacz, na której siedział młody mężczyzna. Josef i klacz, miała na imię Flora Sur, wzajemnie zwrócili na siebie uwagę. Było to mimowolne uczucie, bardzo nietypowe, choć znowu nie jakieś wzięte z księżyca. Poczuli do siebie natychmiastową sympatię; było to coś głębszego i niezrozumiałego.

Josef czuł przypływ podniecenia, powiększające się gorąco między udami. Przybrał paradną, wyniosłą pozycję. Jego głowa uniosła się do góry, słuch się wyostrzył, podobnie jak wzrok i węch, oczy nabrały blasku. Zachowywał się tak, jakby chciał się popisać przed rywalem lub przypodobać klaczy. Był gotów ruszyć do akcji. Na szczęście niczego nie można było po nim poznać, co mogłoby go narazić na śmieszność, miał bowiem na biodrach obszerne spodenki z grubego płótna. Stali obok siebie, on i Flora Sur, przez kilka minut, kiedy jeździec siedzący na niej z zainteresowaniem wypatrywał kogoś w tłumie.

Josef uświadomił sobie, że od początku swojego życia, a już bardzo wyraźnie od czasu, kiedy okrzepł i poczuł się w pełni człowiekoniem, odczuwał głęboką potrzebę intymności. Miał bogate sny, w których przeżywał niezliczone i śmiałe sytuacje intymne, lecz dopiero w chwili poznania Flory Sur zdał sobie w pełni sprawę z więzi erotycznych łączących go z tym gatunkiem. Słyszał o tym, że mężczyźni utrzymywali stosunki z klaczami, ale było to uznawane za zboczenie. Swój przypadek widział inaczej, naturalnie i pozytywnie, choć nie czuł się wolny od poczucia dziwności.

Wkrótce podjechał do nich na wierzchowcu szczupły siwiejący mężczyzna; był to prawdopodobnie mentor lub trener młodego jeźdźca. Przyjrzał się uważnie bez pośpiechu swojemu podopiecznemu i półżartem, półserio, przedstawił mu swoje uwagi.

– Flora Sur nie zrzuciła cię z siodła. To dobrze. Stopy masz nieźle ustawione w strzemionach, przesuń się tylko w siodle do przodu, a łydki cofnij trochę do tyłu. Wyprostuj też kręgosłup, bo wyglądasz jak garbaty dzwonnik z Notre Dame, ramiona i łokcie trzymaj luźniej, bo jesteś spięty jak kot egipski wystraszony przez krokodyla.

Po wymianie kilku uwag, jeźdźcy udali się w nieznanym kierunku. Josef pozostał sam. Zauważył, że ludzie przyglądają mu się uważnie, znacznie intensywniej niż zawsze. Zastanawiał się dlaczego, lecz nic nie przyszło mu do głowy. Odbyło się pięć gonitw, w których Flora Sur nie brała udziału, choć miał nadzieję, że zobaczy ją w pełnym biegu, jak napręża swoje ciało, jak pod jej skórą grają mięśnie a ona cała intensywnie drży z ogromnego wysiłku fizycznego.

*****

Po nawiązaniu szerszych kontaktów w świecie zewnętrznym, Josef odnalazł się bardzo szybko. Był szczęśliwy. Ujmował to prosto:

– Uważam siebie za bardzo udaną wersję człowiekonia, przedstawiciela nowego gatunku mającego uzdrowić stosunki między człowiekiem, koniem a przyrodą. Robię, co mogę, aby przyczynić się do tego zbożnego dzieła. Moje motto to: „Myślę jak człowiek, działam jak koń”. To mnie stabilizuje między dwoma gatunkami.

Josef dojrzewał bardzo szybko fizycznie, psychicznie i intelektualnie. Po kilku miesiącach samodzielnego życia stał się częstym gościem w Laboratorium. Zapraszano go w charakterze honorowego konsultanta na spotkania robocze i dyskusje naukowe. Chętnie odpowiadał na pytania i dzielił się doświadczeniami, przedstawiał też sugestie rozwoju człowiekonia. Słuchano go z wielką uwagą i referencją. Był pierwszą udaną hybrydą człowieka i konia, autorytetem w dziedzinie międzygatunkowości. To on umocnił w laborantach przekonanie, że określenie „hybryda” brzmi bardziej pozytywnie niż sądzili i dobrze się kojarzy. Ludzie chętnie nastawiali ucha, kiedy ktoś szepnął to słowo w pobliżu. W interpretacji Josefa „hybryda” oznaczała uniwersalność, niezawodność i elastyczność.

Laboratorium pracowało już wtedy nad nową, ulepszoną wersją człowiekonia, stąd pomoc Josefa była niezwykle cenna. Dyskutowano z nim każdy szczegół, począwszy od spraw fizjologii przez anatomię do filozofii i psychologii, wnikając szczególnie w kwestię, jak udoskonalić człowiekonia, czy pozostawić go w aktualnej postaci czy uszlachetnić, a jeśli tak, to w jaki sposób. Przeważało drugie stanowisko.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 162: Hipologia

Hipologia stała się autentyczną pasją Josefa. Zapisał sobie i zapamiętał jej fachową definicję „nauka traktująca o koniu, jego budowie, fizjologii, filogenezie, hodowli i chowie”, aby nie stracić z pola widzenia nawet najmniejszej cząstki wiedzy także o sobie samym. Dzięki studiom poznał słynne konie starożytności, Bucefała, Incitatusa, współczesności, czempionkę Pianissimę, umiejącego porozumieć się z ludźmi Mądrego Hansa, długowiecznego Old Billy, w końcu konie przerastające literacką sławą wszelką wyobraźnię: mówiącego Bri, Jolly Jumpera zwanego Wesołkiem, Rosynanta sprawnego w walce z wiatrakami, ośmionogiego Sleipnira oraz szybkiego i mądrego Swadelfari’ego.

Josef sporządził sobie krótką listę zwycięzców najsłynniejszych zawodów rydwanów w starożytności oraz zwycięzców późniejszych zawodów hippicznych, notując, któremu ze słynnych koni postawiono pomniki. Co do Cefali, to sam wymyślił taką nazwę dla konia, którego cesarz Neron uczynił senatorem.

Studiowanie obrazów, opisów, historii i pomników koni pozwoliły Josefowi docenić ten niezwykły gatunek. Poznanie genetyki doprowadziło go z kolei do głębokiego przekonania, że koń i człowiek nie są sobie tak bardzo odlegli, jak myślą ludzie, ponieważ są one związane ze sobą nićmi ewolucji niby dwa pasma włosów w warkoczu. To mu ogromnie odpowiadało, gdyż zrozumiał, że nie powinien doszukiwać się wyższości konia nad człowiekiem lub odwrotnie. Nie potrzebował już tłumaczenia, który gatunek jest lepszy czy gorszy i dlaczego.

Tej nocy śniło mu się królestwo niebieskie, po którym biegali w jednym zaprzęgu człowiek i koń, obydwaj wspaniale umięśnieni. Potem między nimi pojawił się trzeci osobnik, Centaur, i tak już zostało do końca snu. Po przebudzeniu Josef żałował, że snów nie można nagrywać na taśmie filmowej lub zapisywać w jakikolwiek inny sposób.

Zbieranie i opracowywanie przysłów o koniach okazało się nowym, pasjonującym zajęciem, choć wcale nie łatwym. Josef spisał wszystkie przysłowia w jednym miejscu, wykonując iście encyklopedyczną pracę. W odróżnieniu od innych zajęć traktował tę pracę – nie wiadomo dlaczego – z lekkim przymrużeniem oka. Od razu pozwolił sobie na pewną manipulację. Przysłowie „Zrobić kogoś w konia” wykluczył, uznając, że niesłusznie degraduje ono konia do małości ludzkiego myślenia o innych istotach. Podobne zdanie miał o przysłowiu „Ma łeb wielki jak koń”. Łeb zaakceptował, ponieważ był to termin naukowy stosowany w weterynarii, ale samo porównanie uznał za niezgodne z zasadami poprawności politycznej.

Historia konia trojańskiego zaskoczyła Josefa nieporadnością interpretacji. W jego ocenie koń trojański nie był żadnym podstępem, ale pozytywnym aktem wyzwolenia Troi spod jarzma satrapy Priama. Sam koń był istotą wolną, bez krępującej ciało uprzęży, masywnie zbudowaną. W swoim wnętrzu miał dostatecznie dużo miejsca, aby wojownicy mogli czuć się wygodnie i nieskrępowanie, bawić się mieczami, być może nawet cicho grać na organkach taniec z mieczami.

*****

W miarę nabywania wiedzy Josef coraz mocniej odczuwał potrzebę dzielenia się z ludźmi i końmi swoją wiedzą i przemyśleniami. Podświadomie zdawał sobie sprawę, że były też inne przyczyny, mianowicie obecność zgrabnych klaczy, które ludzie nazywali oni kobyłami, co wydało mu się niestosowne. Wyobraził sobie, że jego nazywają wałachem i zimno mu się zrobiło. Wolał widzieć siebie pod postacią wysportowanego ogiera, sprawnego i imponującego samemu sobie, nie mówiąc o klaczach.

Bur Bury i Ifigenia, kiedy usłyszeli o jego przystąpieniu do Klubu Aktywistów Końskich i jego aktywności w Internecie, szczerze mu pogratulowali. W związku z nominacją na członka klubu Josef przeszedł chrzest bojowy; musiał przebiec półmaraton, w trakcie którego jurorzy oceniali jego sprawność, sylwetkę i maniery. Na szczęście nie patrzyli mu zęby, co go ucieszyło, bo nie znosił tego rodzaju inwazji w swoją prywatność. Członkostwo w klubie dało mu uprawnienie umieszczania flagi Republiki Koni na kantarze lub innej część ubioru końskiego. Od tej pory zawsze pamiętał, zwłaszcza w Dzień Ogiera i Wałacha, Dzień Klaczy i Kobyły, Światowy Dzień Konia i podobne święta, o fladze ze złotym wizerunkiem Centaura.

Angażując się społecznie, Josef mimo woli zaniedbał się osobiście; mniej ćwiczył, lecz dobrze się odżywiał, w związku z czym utył. W przeddzień jego urodzin Ifigenia i Bur Bury pamiętali, aby kupić mu w upominku figurę Centaura, porcelanową, z jego pyskiem. Był tym zachwycony, dawno już nie przeżywał takiej ekstazy, tym bardziej, że podejrzewał, że wciąż dawano mu środek uspokajający, co go wyciszało. W dzień urodzin chyba nic mu nie dodano do jedzenia, ponieważ był wesoły jak rozbiegany źrebak.

 

3Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 161: Samodoskonalenie się Josefa

Josef rozgadał się na temat ludzi, zauważając, że jego właścicielom, Ifigenii i Bur Burowi Wałach, opowiadanie o ludziach, jacy są niedoskonali, sprawiało przyjemność. Było w tym trochę zakłamania, przyznawał to w duchu, stojąc zwłaszcza wieczorem nad żłobem, kiedy pod dachem stajni popiskiwały jaskółki karmiące młode lub wydawały głos inne ptaki. Josef z żalem przyznawał, że najmniej je rozumie z całego świata ludzko-zwierzęcego.

Ifigenia odpowiedziała Josefowi, że nie widzi potrzeby kastracji, na co Bur Bury wtrącił „przynajmniej na razie, dopóki nie brykasz”, co Josefowi przypomniało, że dawali mu brom właśnie po to, aby zmniejszyć ryzyko takiej swawoli. Były to sprawy tak mocno się zazębiające, że po pewnym czasie przestał mieć wątpliwości, że tak właśnie było.

Współpracując z swoimi właścicielami Josef naprawiał wszystkie ludzkie niegodziwości, jakie ich spotkały ze strony ludzi i koni oraz wypaczenia w stosunkach między tymi gatunkami. Pewnej niedzieli, trzeba było od czegoś zacząć, wszczął rozmowę z Ifigenią i Bur Burym, coraz bardziej dla niego łaskawymi, w miarę jak koniał. Używał tego wyrazu dla uproszczenia języka, bo nie podobał mu się długachny zwrot „przemiana człowieka w konia”. Rozmawiał z nimi nie za długo, aby ich nie zmęczyć, bo nie byli przyzwyczajeni do myślenia tak bardzo jak on.

Miał kilka pomysłów, które im przedstawił i które im się spodobały i to do tego stopnia, że przyznawali mu od tej pory dodatkowe dawki siana, obroku, jabłek i marchewki, w zależności od tego, co obrodziło danego roku. Była to forma podziękowania jak i zachęty do dalszego samodoskonalenia się. W trakcie rozmowy zaskoczyli go porównaniem, że jest to sytuacja win/win, w której obydwie strony, to znaczy on i oni, wygrywają równocześnie. Obie strony potępiły opcje win/lose, jeden wygrywa, drugi przegrywa, jako typowe dla ludzkiego gatunku, wykorzystującego każdą możliwość do osiągnięcia dominacji nad inną istotą lub nawet całym gatunkiem.

Z warzyw fundowanych mu przez właścicieli Josef najbardziej lubił rzodkiewkę, chrupiącą, jędrną, pokrojoną w plasterki i ułożoną na grubej pajdzie chleba.

Potem trochę mu przeszła chętka na takie jedzenie, bo przypominało mu to ludzki zwyczaj objadania się, ale dobry smak pozostał. Filozofując, doszedł do wniosku, że smak jest wartością uniwersalną i dlatego człowiek i koń mogą go odczuwać równie intensywnie, choć w inny sposób. To łączyło obydwa gatunki i ta świadomość przynosiła mu radość.

*****

Wczesnym latem na Josefa spłynęła fala doskonalenia się. Zdając już sobie w pełni sprawę z podwójnej osobowości, postanowił silniej ją zintegrować. Najłatwiej i najprościej było zacząć od wzmocnienia kondycji, chociażby ćwicząc zwykły chód obydwu gatunków. Obserwował poruszanie się ludzi i koni, w różnych miejscach, na wyścigach konnych, stadionach sportowych, ulicach, pastwiskach, w ujeżdżalniach, na dworcach kolejowych, a nawet w cyrku. Obydwa gatunki miały odrębny styl poruszania się.

Walcząc o umocnienie swej odrębności gatunkowej Josef ćwiczył nowe rodzaje chodu. Myślał o rezygnacji ze spacerów, joggingu i chodu sportowego na korzyść czegoś nowego. W końcu uznał, że dobrze byłoby zachować jogging, ale rozwinąć go w wersji bardziej końskiej, bardziej rytmicznej, wymagającej płynniejszych ruchów i większej szybkości. Nie szło mu to za dobrze, ponieważ w odróżnieniu od konia poruszał się na dwóch nogach. Zastanawiał się, czy w trakcie swojego poprzedniego życia, częściowo końskiego, częściowo ludzkiego, nie rozwinął w sobie – może nawet nieświadomie – cech lub zachowań utrudniających mu bycie człowiekoniem. Znał już cztery rodzaje chodu końskiego, przećwiczył je wszystkie o tyle, o ile było to możliwe dla istoty dwunożnej a nie czteronożnej.

Był to proces powolny i niełatwy. Tak bardzo go to nurtowało, że któregoś dnia potruchtał do biblioteki naukowej, aby przestudiować ewolucję konia i człowieka jako odrębnych gatunków ssaka. Na szczęście sala biblioteczna mieściła się w bardzo starym budynku i była wyjątkowo wysoka, tak że Josef nie bał się zaczepić głową o sufit, a przynajmniej nie mieć uczucia, że sufit wisi mu nad głową.

Źródła o ewolucji, jakie znalazł, poraziły go niekompletnością. W pismach Darwina nie było nic o koniach, jakby w ogóle nie istniały. Pisali za to inni autorzy, silący się na naukowców. Josef doszedł do takiego wniosku, ponieważ pochodzenie koni wywodzili oni od pradawnego, dziwacznego kucyka, który nie wiadomo czy w swoim rozwoju też nie zszedł z drzewa na jakimś etapie ewolucji.

Słabością doskwierającą Josefowi okazała się jego wciąż ograniczona wiedza na temat koni, ich życia i zwyczajów. Im więcej o nich wiedział, tym bardziej było to oczywiste. Postanowił to zmienić, uczyć się i studiować konie, zaczynając od ich maści. W bibliotece publicznej zrobił sobie pełen opis konia, wykorzystując przede wszystkim przymiotniki, po czym zapisał kolory sierści, określając je prawidłowo maścią. Słowo „maść” niedobrze mu się kojarzyło, oznaczając miksturę często o niemiłym zapachu używaną przez ludzi w celach leczniczych.

Koń stał się dla Josefa prawie bożyszczem. Josef zbliżał się do niego coraz bardziej i upodabniał, celowo rozciągając pysk przed lustrem i wydłużając chrapy. W końcu poddał się operacji plastycznej, zrobił sobie większe to i owo, aby móc imponować sobie i otoczeniu. Zmienił się też jego język. Josef nie używał już określenia twarz, ale twarzopysk, a potem konsekwentnie już tylko pysk, tak jak mówi się o koniu.

Wszystkie zachodzące w sobie zmiany Josef oceniał pozytywnie; ograniczał w sobie cechy ludzkie, cywilizacyjne na korzyść cech zwierzęcych, przyrodniczych. Zwiększało to jego poczucie wartości osobistej i gatunkowej

3Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 160: Proces konienia Josefa

Psychoterapeuci Laboratorium szybko zdali sobie sprawę, że Josef konieje. Stworzyli ten termin i używali go dla opisania jego osobowości coraz wyraźniej skłaniającej się kierunku konia i zwierzęcości; człowiek i człowieczeństwo stawały mu się coraz bardziej obce. Josef czynił to na początku mimo woli, podświadomie, potem coraz bardziej świadomie, tak że w końcu pragnął, dążył i uczył się być koniem.

Genetycy zadawali sobie pytanie, czy nie jest to przypadkiem zjawisko„rozchodzenia się” delikatnych powiązań genetycznych łączących „ludzką” i „końską” naturę Josefa, i ich uwstecznianie się w kierunku bardziej prymitywnej natury zwierzęcej.

*****

Efekty konienia zaczęły wkrótce uwidaczniać się zewnętrznie. Josef widział to wyraźnie w lustrze. Wieczorem przyglądał się swojej twarzy, dostrzegając zachodzące przemiany. Twarz się wydłużała.

Obserwował ten proces uważnie, mierzył zmiany i notował. Sprawiało mu to przyjemność. Przygotował sobie linijkę z wcięciem dla łatwiejszego wykonywania pomiarów twarzy. Bezwiednie zaczął nazywać ją twarzopyskiem, czasem nawet pyskiem. Były to zachowania spontaniczne. Wciąż miał jeszcze twarz ludzką, ale już z pierwszymi, nieśmiałymi rysami końskiego pyska. Nos wyraźnie powiększał i jakby jednoczył z ustami, przechodzącymi stopniowo w chrapy końskie, wypełniając wspólnie coraz większą powierzchnię twarzopyska. Josef wyobraził sobie chrapy końskie, rozwinięte, wilgotne i obfite. Myślenie o nich rozklejało go, ponieważ kojarzyły mu się z czułością i delikatnością; pragnął wtedy, aby proces zmian był jak najszybszy.

Zmieniały się także inne elementy jego fizjonomii. Któregoś razu, stojąc przed lustrem zauważył powoli żółknące zęby, powiększające się do końskich rozmiarów, coraz bardziej imponujące. Pomyślał o dojrzałym garniturze zębów, które pozwoliłyby mu chwycić w pysk wiązkę trawy lub siana i żuć ją swobodnie.

Do głowy, o której coraz częściej myślał jako o łbie, przychodziły mu także inne pomysły. W dzieciństwie przyglądał się jak ojciec oprawiał króliki i zdejmował z nich skórę, a potem naciągał ją na drewnianą ramkę, aby ją oczyścić i pozwolić wyschnąć, następnie zakonserwować z przeznaczeniem na futerko.

Proceder „znęcania się” nad martwym zwierzęciem, w dodatku puszystym i miłym w dotyku, był obrzydliwy i wywoływał w Josefie odruch wymiotny.

Pokonywał go w sobie jednak, gdyż zależało mu na wyjaśnieniu, czy nie dałoby się przyczepić końcówek własnych warg na malutkich haczykach do podobnej drewnianej ramki, aby przyśpieszyć ich rozciągnięcie do wielkości normalnych chrapów końskich, jakie widział już u siebie oczami wyobraźni. Przyczepione do żywego ciała haczyki nie były jego pomysłem, tylko filipińskim, związanym z uroczystościami udręczania ciała dla upamiętnienia męki Jezusa. Josef uporczywie wracał wieczorami do tej myśli, przeczuwając, że jest to wyzwanie, z którym będzie musiał się kiedyś poważnie zmierzyć. Miał na myśli duchowość zwierzęcą.

W miarę konienia, Josef z radością a nawet z uniesieniem ćwiczył głośne „ihaha” i podobne formy rżenia, przybliżające go do końskiego gatunku. Nie było to łatwe; odzwyczajać się od ludzkich nawyków, które wydawały mu się coraz bardziej nienaturalne, i nauczyć się bardziej mu odpowiadających końskich.

W zezwierzęceniu Josef dostrzegł nagle tyle zalet, że wprost nie mógł się nadziwić, jak w przeszłości mógł być człowiekiem, wprawdzie też zwierzęciem, ale podlejszego, w jakimś sensie bardziej prostackiego gatunku mimo cywilizacyjnych udoskonaleń. Stawał się buntownikiem, dla którego ludzka cywilizacja okazała się dominująca, bardziej wysublimowana, ale też bardziej wyrachowana i niebezpieczna, bo niszcząca klimat i przyrodę, jedyne źródła i ostoje życia na ziemi. W momentach frustracji Josef nazywał człowieka w sobie bestią, gadziną, co najwyżej ssakiem, bo było to mniej obraźliwe.

*****

Josef martwił się o swoją samczą integralność. W okresie zatrudnienia u Wałacha Bur Burego w charakterze konia pociągowego Josef podejrzewał, że coś mu dorzucają do jedzenia, ponieważ był wyraźnie spokojniejszy, wręcz wyciszony, słabiej reagował na przejeżdżające obok pojazdy mechaniczne, a nawet na okazyjną strzelaninę, nieuniknioną w każdym wielkim mieście.

Wąchał, niuchał, obserwował, w końcu doszedł do wniosku, że Ifigenia i Bur Bury dają mu brom lub inny środek uspokajający, podobnie jak daje się starym ludziom w domach opieki, który wprawdzie utracili już zdolność brykania, ale mogli wpaść na pomysł, aby wyjść poza ogrodzenie i zgubić się nawet w szczerym polu. Myśl z bromem przyszła mu do głowy dopiero wtedy, kiedy przypomniał sobie, że sondował ostrożnie opinie właścicieli, jak to jest z kastracją koni. Niepokój, że sam mógłby być wykastrowany, wracały do niego często, głównie we śnie i w stanach półuśpienia.

Któregoś dnia wdał się z właścicielami w rozmowę wykazując się dobrą orientacją w sprawie eunuchów w starożytnych Chinach, jacy to byli ważni na dworze cesarskim, choć osobiście uważał, że nie jest to dobry pomysł, aby okaleczać kogokolwiek, zwierzę czy człowieka, bo przecież człowiek to też jest zwierzę, tylko pośledniejszego gatunku.

– Niech się nie mądrzy – pomyślał wtedy o nim Bur Bury – bo nie zdaje sobie z tego sprawy tak głęboko jak ja, mając za sobą osobistą, bolesną i przykrą w konsekwencjach rewolucję kulturalną.

2Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 159: Josef na dawnym targu końskim

W snach, które mimo leczenia farmakologicznego i psychoterapii nieprzerwanie go męczyły, Josef czuł się coraz gorzej. O ile w dzień odzyskiwał siły i animusz, to nocą jego świat każdorazowo walił się w gruzy. Również po każdym męczącym dniu miał niedobre skojarzenia; żałował, że nie zapisał się do jakiejś partii politycznej, aby zostać posłem, wejść do parlamentu i uzyskać immunitet. Teraz by mu się naprawdę przydał.

Były to bolesne przeżycia. Josef chciał pomyśleć o czymś pozytywnym, aby oderwać się od przygnębiającej rzeczywistości, ale wędzidło tak bardzo uwierało go w usta, że zapomniał, o co mu chodziło.

Którejś nocy, z soboty na niedzielę, Josef trafił na dawny targ koński, gdzie handlowano zwierzętami, starzyzną, materiałami budowlanymi oraz przysłowiowym mydłem i powidłem. Zaprowadził go tam Wałach, przywiązał do słupka niedaleko bramy wejściowej i przyczepił mu do szyi tabliczkę z ceną i napisem „Sale”. Od samego rana między budkami z tanim piwem, kioskami z prasą brukową i sklepami z uprzężą i podobnymi akcesoriami, spacerowali ludzie poszukujący koni pociągowych i pod wierzch. Do Josefa podchodzili nabywcy, przeważnie mężczyźni, oglądali go starannie, dziwili się jego wyglądowi, sprawdzali stan jego zdrowia, pytali o wiek i podobne sprawy. Najbardziej przeżywał Josef chwile, kiedy potencjalni nabywcy zaglądali mu w zęby odchylając górną i dolną wargę, oglądali pęciny lub rozpinali koszulę, aby sprawdzić szerokość klatki piersiowej. Pytano także, czy nie jest narowisty. Niekiedy klienci spluwali z dezaprobatą, ganiąc Bur Burego i Ifigenię, że wystawili na sprzedaż małowartościowy towar. Wszystko to było dla Josefa niezwykle upokarzające.

W miarę zbliżania się południa, Josef popadał w coraz gorszy nastrój. Mimo dwóch obniżek ceny, nikt nie zainteresował się jego kupnem. Słysząc szepty właścicieli, Josef coraz wyraźniej zdawał sobie sprawę, co może go czekać. Przed oczami stanęła mu rzeźnia przerabiająca takich jak on na konserwy dla psów i kotów.

Wyobraził sobie nędzę końcowego fragmentu swego życia. Był już bliski załamania, kiedy podszedł do niego Wałach ze swoją małżonką Ifigenią. Patrzyli mu długo w oczy. Po wymianie spojrzeń między sobą Ifigenia oświadczyła:

– Nie martw się, Josefie! Nie byłeś najlepszym koniem, ale nie utrudniałeś nam życia. Jesteś zwykłym dwunożnym łajdakiem jak każdy inny podobny typ, jakiego kiedykolwiek poznaliśmy. Dlatego też postanowiliśmy dać ci szansę. Nie oddamy cię na przemiał. Zajmiemy twój dom, a ty zamieszkasz w stajni i będziesz spokojnie żyć na naszym łaskawym chlebie. Jak będziesz się dobrze sprawować, podrzucimy ci świeże obierki, kilka jabłek lub pęk marchewki, może nawet wypuścimy na pastwisko. Będziemy o ciebie dbać; raz na dwa tygodnie zaprowadzimy cię do rzeki albo na miejscu umyjemy wodą ze szlaucha i wyczeszemy zgrzebłem. Za jakiś czas trzeba będzie cię podkuć.

– No i będziemy musieli cię wykastrować, jeśli będziesz brykać za dużo. Pilnuj się więc lepiej, bo może to być niebezpieczne dla ciebie – dodał poważnie Wałach. Od czasu ukończenia zawodowego kurs powożenia przywiązywał szczególną wagę do spraw bezpieczeństwa. Josef nie miał pojęcia, czy Wałach żartuje, czy mówi poważnie.

– Czy to znaczy, że przechodzę na emeryturę? – tym niezbyt dorzecznym pytaniem Josef usiłował odegnać niedobre myśli.

– Niezupełnie. Będziesz wozić nas na targ i na zakupy do supermarketu, także do dentysty i do kina, wszędzie tam, gdzie będziemy potrzebować. Nie będzie ci źle. Musisz się tylko dobrze sprawować, aby udowodnić, że nieudacznik taki jak ty potrafi być porządnym koniem.

*****

Tego dnia Josef obserwował siebie uważnie. Dojrzał w sobie skłonności, o które się wcześniej nie podejrzewał. Lubił ulegać, miał miękki charakter. Nie był to sen czy marzenie, jak wydawało mu się na początku, ale surowa rzeczywistość. Zauważył, że przyzwyczaił się do uderzeń bata zbyt łatwo i szybko, może nawet zaczynał mieć w tym przyjemność. Nie lubił też przewodzić, być samodzielny, wolał, aby nim kierowano. Skłonność do podporządkowania się, ulegania, bycia usłużnym, to były cechy, które stopniowo odkrywał w sobie. W końcu zdał sobie sprawę, że trzask bata nie tylko mu nie przeszkadza, ale wręcz sprawia mu przyjemność. W duchu zaczął nazywać siebie sługusem, fagasem, a nawet przydupasem, co było okropnym określeniem.

Zastanawiał się, co to mogło znaczyć. Przy okazji zapytał o zdanie swojego psychoterapeutę, który zawsze zachęcał go do otwartości. Niezależnie od tego Josef zadawał tak pytania, aby mężczyzna nie domyślił się, o kogo chodzi. Nie udało się to jednak. Terapeuta wyjaśnił mu, że nie musi ukrywać takich cech, ponieważ i tak się uzewnętrznią, wszyscy je zauważą.

Postawę Josefa nazwał masochizmem. W bibliotece Josef poczytał więcej na ten temat. Zgodził się, że odczuwa przyjemność, kiedy się poniża lub jest poniżany.

W miarę upływu czasu Josef coraz bardziej widział siebie w roli konia pociągowego, wyobrażał siebie w takich sytuacjach, marzył o nich. W końcu tak silnie to nim owładnęło, że zaczął opowiadać ludziom, że planuje wyjechać na Daleki Wschód, aby zatrudnić się tam na stałe do ciągnięcia rikszy. Marzenia o niej stały się jego pasją. Josef oglądał filmy o Dalekim Wschodzie, czytał na temat tych pojazdów, analizował historię riksz pieszych i motorowych. W końcu zbudował sobie model rikszy konnej, która miała być przełomem w technologii przewozu ludzi w gęsto zaludnionych i zatrutych spalinami miastach.

4Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 158: Kobiety i sny Josefa.

Josef nie utrzymywał bliższych kontaktów z kobietami, choć miał wśród nich sporo znajomych, z niektórymi – jak sam twierdził – szczerze się przyjaźnił. Szczególnie serdeczne relacje łączyły Josefa tylko z bibliotekarką. Pomagała mu w wyborze literatury i poszukiwaniu interesujących go informacji w Internecie. Lubił z nią konwersować.

– Jest to mężatka z dwojgiem dzieci. Nic ich nie łączy, oprócz wzajemnej życzliwości i rozważnych relacji, które ona określa jako czysto służbowe. – Obserwacja opiekuna dała trochę do myślenia psychoterapeucie, oceniającemu sytuację Josefa w szerszym kontekście. Podejrzewał on możliwość negatywnego wpływu różnych zdarzeń i zjawisk na relacje Josefa z płcią odmienną.

*****

Od pewnego czasu męczyły Josefa stany dwuznacznej świadomości, ni to marzenia senne, ni to przeżycia na jawie. Pojawiały się nieregularnie. Josef nie umiał sobie z nimi poradzić; wracały i ponownie go męczyły. Któregoś dnia zauważył, że chudnie i razem z opiekunem Danielem udał się do psychologa. Ten przeprowadził z nim długi wywiad, wysłuchał dokładnie i poprosił o relacjonowanie mu snów każdego ranka, kiedy Josef jeszcze pamiętał je dobrze.

W pierwszym, szczególnie intensywnym śnie, jaki Josef zapamiętał, Laboratorium sprzedało go prywatnej firmie transportu konnego. Firma bardzo potrzebowała pieniędzy na dalsze badania i eksperymenty i uczyniła to z konieczności. Josef stał się własnością Bur Burego Wałacha, który prowadził biznes transportowy przejęty od furmana, kiedy ten przeszedł na emeryturę.

Wałach, do złudzenia przypominający ciężkiego, prymitywnego perszerona, zaprzągł Josefa do ogumionego wozu, włożył mu chomąto na szyję oraz munsztuk do ust. Chwilę potem chwycił wodze w jedną rękę, wyglądającą jak kopyto, a w drugie siarczysty bat.

– Teraz jesteś koniem pociągowym, Josefie. Zapamiętaj to sobie – Powiedział Wałach. – Ciągnij – ryknął, kiedy już ze swoją partnerką, o trudnym do wymówienia imieniu Ifigenia, podobną do kobyły, wygodnie usadowili się na koźle.

Josef nie od razu zrozumiał polecenie. W Laboratorium nie było koni, które odzywałyby się do niego, nie miał więc możliwości nauczenia się sprawnego rozpoznawania głosów i rozumienia końskiej mowy. Rozumiał tylko fragmenty tego, co mu mówili nowi właściciele, a i to było trudne, bo głos Wałacha brzmiał chrapliwie, wyjątkowo niewyraźnie, zaś w głosie kobyły Ifigenii dominował dyszkant, też nie ułatwiający rozumienia.

– A dołóż temu człapakowi batem! – Wyrzuciła z siebie Ifigenia, tuląc się do Bur Burego, oboje poruszeni poczuciem, że w końcu nadeszła wichura sprawiedliwości dziejowej, która zmieniła pozycję człowieka wobec konia.

Wałach, nie zastanawiając się, ścisnął mocniej bat i przylał zdrowo Josefowi. Poczuwszy piekący ból i rosnącą pręgę na plecach Josef już miał bluznąć „Wy wałachy syberyjskie”, w ostatniej chwili powstrzymał się jednak, kierowany błyskiem intuicji, jaką nabył w momencie uderzenia bata. Naprężył się i pociągnął wóz z całej siły. Był on tak ciężki, że człowiekoń z wielkim trudem ruszył do przodu. Szło mu słabo, pocieszał się jednak, że początki są trudne. Ciągnąc wóz przed siebie, obserwował otoczenie. Musiał polegać na sobie w wyborze kierunku jazdy, ponieważ Wałach nie dał mu żadnych wskazówek, co, kiedy, gdzie i jak wykonywać.

– Świat zmienił się nie do poznania – pomyślał Josef. Przejeżdżając obok jeziorka widział jak kudłaty kundel imieniem Marty rzucił w górę kijek i kazał go raportować niemłodej już kobiecie ubranej w czerwoną bluzkę, obcisłe getry i sportowe obuwie, która bez wahania podskoczyła jak sarna, popędziła za kijkiem i za chwilę przyniosła go w zębach. Szminka trochę jej się rozmazała przy niesieniu kijka; chciała ją poprawić, ale nie zdążyła, bo w drodze był już następny patyk. Chwytając rzucane przedmioty wracała szybko do Marty’ego, aby zasłużyć na ciasteczko, jakim kiedyś sama go karmiła wyrabiając w nim nawyki raportowania.

Nieco dalej, za płotem farmy hodowlanej, Josef zauważył kozła Ozona, jak uderzał rogami mężczyznę celując w jego najbardziej wrażliwe miejsce. Znał Ozona z imienia, ponieważ kiedyś przyniósł mu wiązkę trawy.

– Rusz się gnojku i podaj mi wodę – zabeczał kozioł do właściciela farmy.

Pół godziny później przejeżdżali koło wielkiego namiotu cyrkowego. Josef nigdy wcześniej go nie widział, nie zdziwił się jednak, gdyż zdał sobie sprawę, że patrzy z innej czasowej i geograficznej perspektywy. Przed namiotem niedźwiedź Misza brał się za bary z prezydentem Uti, znanym z umiejętności siłowych i sprawnościowych, o których rozpisywała się prasa. Uti zawsze takie zmagania wygrywał, dzięki czemu utrzymywał się w roli bohatera narodowego imperium, któremu przewodził, szczycąc się, że jest ono mocno osadzone na ziemi dzięki nowoczesnym czołgom i zdalnie sterowanym rakietom typu woda-powietrze. Niedźwiedź przypomniał sobie, jak Uti dwukrotnie upokorzył go powalając na matę w czasie Mistrzostw Świata w Zapasach i mściwie mruknął „Niedoczekanie twoje” i jednym ruchem wielkiej łapy przewrócił go dysząc mu prosto w twarz:

– Widzisz, sobaczy synu, jak to przyjemnie upadać wbrew swojej woli! Nawet narkotyki i odmładzający botoks ci nie pomogły.

Josef przestał obserwować cyrk. Było to dla niego zbyt bolesne. Przypomniał sobie Darwina, któremu pokręciło się, że ludzie są zwierzętami. Josef miał teraz znacznie lepsze rozumienie ewolucji, zjawiska opartego na duecie bata i marchewki. Jadąc dalej nie za bardzo mógł obserwować, co dzieje się wokół, gdyż musiał skupić się na drodze i pośpieszyć, ponieważ co raz to dosięgał go ostry bat i głośny okrzyk:

– Ruszaj się, łajzo, bo jak nie, to oddamy cię na wędliny.

Pod wpływem wspomnienia dymu i wędzarni kojarzącej mu się z obozem pracy przymusowej, Josef poczuł mdłości i nie odzywał się już nawet do siebie. Kiedy po zakończeniu roboty stanął przy pełnym żłobie, nie myślał o nim jako źródle szczęścia, gdyż wewnątrz znalazł żarcie z supermarketu „Tania pasza dla zwierząt” a obok wiaderko zimnej wody.

4Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 157: Problemy zdrowotne Josefa

Zastanawiano się, czy na samopoczucie Josefa nie mogło wpływać połączenie ludzkiej anatomii z końską fizjologią. Szkielet, tkanki, kości i mięśnie oraz mózg Josefa były ludzkiego pochodzenia, natomiast organy wewnętrzne pochodziły od konia. Na pytanie, czy nie występuje tu konflikt, nie sposób było odpowiedzieć. Sam Josef twierdził, że nie odczuwa ani nie widzi w ich funkcjonowaniu niczego dziwnego, tym bardziej podejrzanego.

– W moim organizmie anatomia i fizjologia idą ze sobą ręka w rękę jak para najlepszych kochanków. Nie szukajcie dziury w całym! – Jego twarz i oczy sugerowały, że uważa sprawę za wymyśloną i bez sensu, a rozmowa o niej tylko go denerwuje.

Na pytanie, jak sobie radzi emocjonalnie jako hybryda człowieka i konia, Josef nie umiał jednak odpowiedzieć. Długo się zastanawiał. Po kolejnej rozmowie na ten temat wyszło na jaw, że nie wszystko układa się pozytywnie w jego życiu. Niektóre jego zachowania wskazywały na typowo ludzkie, racjonalne spojrzenie i postępowanie, inne na zwierzęce, bardziej instynktowe odczucia i zachowania. Między nimi pozostawała jednak jakaś równowaga, ale i to się zmieniło.

*****

Mimo niewątpliwej dojrzałości, Josef zachowywał się coraz częściej jak rozbrykany źrebak lub rozpuszczony chłopiec, zniechęcając do siebie otoczenie. W tym wszystkim we znaki dawała się jego końska natura; czasem zachowywał się tak, jakby dziczał i upodabniał się do zwykłego konia. Zarząd Laboratorium był coraz bardziej zdezorientowany, podobnie jak i pracownicy utrzymujący kontakt z Josefem. Jego poprzednik, zmarły tragicznie Josef Półkoń, wydawał im się teraz wręcz ideałem. Spowodowało to, że pierwsze pozytywne wrażenia o Josefie Nowym szybko ulegały erozji.

Firma zaangażowała wszystkie środki i ludzi, aby zaradzić utrapieniom. Im więcej jednak poświęcano uwagi Josefowi, tym bardziej stawał się nieznośny. Nie była to jakaś wrodzona złośliwość, zgodni w tym byli wszyscy specjaliści, zarówno lekarze psychiatrzy, psychologowie jak i weterynarze oraz hodowcy koni, ale niezwykła huśtawka uczuć i zachowań. Josef raz zachowywał się jak dojrzały, ustabilizowany mężczyzna, innym razem jak rozkapryszone dziecko, które nie wie, czego chce, kiedy indziej zaś jak zwykły koń o niezdecydowanym charakterze.

Po dłuższej obserwacji Josefa, podjęto jego leczenie. Próby wykorzystania leków roślinnych a potem farmakologicznych nie przyniosły dobrego rezultatu. Josef wyczuwał nawet najmniejszą ilość obcej substancji w pokarmie; o bezpośrednim przyjmowaniu leku nie było nawet mowy. Było to też niebezpieczne, ponieważ dysponując końskimi trzewiami nie był w stanie wymiotować, co mogło doprowadzić do tragicznych skutków. Próby podawania leku ukrytego w jedzeniu okazały się zbyt ryzykowne; Josef wpadał w szał. Stawał się wtedy niebezpieczny zachowując się jak zwykły bandzior. Był tak silny, że kilku mężczyzn nie było w stanie dać mu rady. Zdecydowano się wówczas na psychoterapię. Było to leczenie powolne i mniej skuteczne, ale przynajmniej dawało się zastosować i stwarzało jakąś szansę powodzenia.

Impas w stanie zdrowia Josefa trwał dłuższy czas. Laboratorium nie podejmowało działań, kiedy wbrew zaleceniom terapeutów Josef stawiał na swoim i znajdował sobie jakieś bezsensowne zajęcie lub udawał się na dłuższą wędrówkę. Lubił długie, samotne wyprawy, czasem zgadzał się nawet, aby ktoś mu towarzyszył. Na początku akceptował towarzystwo także laborantek, bardzo szybko okazało się jednak, że coraz gorzej znosi ich obecność. One same mówiły, że wprawdzie Josef nie okazuje im nadmiernego zainteresowania ani nie zaleca się, coraz częściej miały jednak niejasne poczucie zagrożenia z jego strony. Nie umiały określić na czym ono polega. Dla bezpieczeństwa Nina Aleman po konsultacji z Aaronem zakazała kobietom, aby towarzyszyły Josefowi na spacerze nawet w towarzystwie mężczyzn.

W trakcie kolejnej rozmowy w gabinecie terapeutycznym, Josef wyznał, że chciałby znaleźć sobie regularne zajęcie.

– Potrzebuję zająć się czymś na stałe. Czuję nadmiar energii i chciałbym robić coś użytecznego. Potrzebuję pracy, zaangażowania, wysiłku fizycznego. Sama rozrywka czy prosty wysiłek intelektualny już mnie nie cieszą. Zresztą nigdy mnie nie cieszyły, wydawało mi się tylko, że jest inaczej.

 

3Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 156: Sytuacja Josefa pogarsza się

Wkrótce Josef zaczął skarżyć się na pogarszające się stosunki ze znajomymi a nawet przyjaciółmi. Był to pierwszy objaw, że coś psuje się w jego życiu osobistym. Czuł się coraz gorzej psychicznie. Przypisywał to rosnącej niechęci ludzi do niego. Kilka razy wspomniał o tym na zajęciach psychoterapeutycznych, do których Laboratorium z trudem udało się go przekonać.

Wyznania Josefa co do nieprzyjaznego traktowania przez ludzi w miasteczku skonfrontowano z jego sąsiadami, przyjaciółmi i innymi osobami, z jakimi najczęściej miał do czynienia. Był coraz wyraźniej postrzegany jako dziwak; niektórzy wręcz nazywali go dziwadłem. On sam temu zaprzeczał. Twierdził, że zachowuje się dokładnie tak, jak inni, „normalni” mieszkańcy miasteczka, zwłaszcza mężczyźni w jego wieku i jeśli ktoś tego nie zauważa, to jest w błędzie.

– Nie rozrabiam, nie piję, nie palę, uprawiam sport, spotykam się z przyjaciółmi. rozmawiam z ludźmi i utrzymuję z nimi przyjazne stosunki – Josef z sarkazmem podsumował sytuację.

Okazało się, że zachowania Josefa, naturalne dla niego, były inaczej widziane i oceniane przez mieszkańców miasteczka. O ile pierwsze wrażenia były korzystne, o tyle każdy następny dzień niósł pogorszenie zamiast poprawy. To, co ich zastanawiało, a nawet dziwiło, stworzyło całkiem długą listę. Notatki sporządzone przez psychoterapeutę zawierały cytaty z rozmów: „On nigdy nie siądzie ani nie położy się, tylko stoi”, „chodzi spać zaraz po zachodzie słońca i wstaje równo ze wschodem słońca”, „ to mruk i samotnik, rzadko zdarza mu się rozgadać się i szczerze coś powiedzieć”, „jest skryty jak norka”, „ma dziwne poczucie humoru”, „nie uznaje w ogóle alkoholu, nawet piwa”, „żywi się wyłącznie roślinami i uważa to za normalne; jakiś weganin czy co?”, „ma taką dziwną twarz, zwłaszcza ten jego koński uśmiech”.

Sprawy komplikowały się. Wbrew oczekiwaniom Laboratorium, ludzie traktowali Josefa coraz gorzej. Nie wiadomo, dlaczego nie przynosiły pozytywnych efektów regularne akcje uświadamiające, kim jest i jak zachowuje się człowiekoń Josef. Nawet niektórzy początkowo mu życzliwi laboranci traktowali go jak odmieńca i cudaka. Najbardziej dziwiła ludzi jego bezkompromisowa roślinożerność, temperament i niektóre zachowania. Obywatele Nomadii, na początku tylko nieufni, potem niechętni, w końcu też stawali się wrogami Josefa. Niechęć do niego umacniała cicha propaganda rządu i kościoła, od początku niechętnych mu jako tworowi człowieka, a nie natury. W najlepszym przypadku Josefa traktowano jak dzikusa, którego od zwykłego człowieka dzieli nieokiełznana zwierzęca natura.

Mimo przeciwdziałań Laboratorium sytuacja nie tylko nie ulegała poprawie, ale pogarszała się. Utrzymywała się już tak długo, że Josef uwierzył, że rzeczywiście jest jakimś dziwadłem, istotą człekokształtną, ale cudacznie osobliwą. To go odmieniło. Zaczął ulegać nienaturalnym poglądom i podporządkowywał się woli otoczenia, innych ludzi a nawet koni. Jego stan zdrowia pogarszał się wyraźnie, pojawiły się pierwsze objawy depresji.

Zarząd postanowił dokładniej zbadać wszystkie okoliczności. Na pierwszy ogień poszło odżywianie. Od pewnego czasu Josef skarżył się na bóle żołądka. Najbardziej odczuwał je rano, kiedy myślał o zajęciach i obowiązkach dnia. Czasami były one silniejsze, czasem słabsze, zawsze jednak uciążliwe i męczące. Męczyły go tym bardziej, że nie znał przyczyny; nie objadał się, nie miał niestrawności, niczym się nie zatruł. Był przekonany, że odżywia się bardzo zdrowo i nic takiego nie powinno mieć miejsca. Terapeuci opiekujący się Josefem zaczęli podejrzewać, że ktoś uprawia sabotaż wobec niego. Zastanawiali się nad tym wspólnie z Josefem, lekarzami i Aaronem, lecz nie znaleźli żadnego wyjaśnienia.

Dla pewności – włączając w to także dietetyka i kucharzy – szczegółowo przejrzeli i krytycznie ocenili dietę. Przy okazji wyszło na jaw, że sposób odżywiania się Josefa dziwił innych ludzi, zwłaszcza kiedy korzystał z restauracji, baru lub kawiarni. Wszystkich szokowała ogromna ilość „zwykłej” zieleniny i niewielka ilość warzyw i owoców. Była to typowa dieta weganów z wyjątkiem trawy i jednej czy dwóch pospolitych roślin. Dieta Josefa była jednak jak najbardziej do zaakceptowania zważywszy końską naturę jego systemu wewnętrznego.

*****

Wkrótce u Josefa pojawiły się inne problemy. Były to dziwne skłonności. Niektóre zauważył on sam, inne zaobserwowali przyjaciele i pracownicy Laboratorium. Josef stał się niesłowny i niestabilny. Nie można było na nim polegać.

– To efemeryda. Teraz myśli tak, chwilę później zupełnie inaczej. Zmienia się jak chorągiewka na wietrze. On jest po prostu nieobliczalny. – Tego rodzaju lapidarne obserwacje pojawiały się tak często i urosły do takich rozmiarów, że zaczęto podejrzewać, że jest niespełna rozumu. Wysuwano najbardziej niedorzeczne przypuszczenia, poniekąd zrozumiałe w obliczu troski o niego, nawet takie, że mógł go pokąsać wściekły pies.

4Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 155: Dziwne zachowania Josefa

Josef mówił lekko chrapliwym głosem jakby coś tkwiło mu w gardle. Po kilku wypowiedziach laboranci przestali w ogóle zwracać uwagę na chropawość jego głosu. Poza tym Josef zachowywał się jak każdy z nich, mniej się tylko uśmiechał. Nina wyjaśniła, że jego mimika jest skromniejsza niż ludzka, ponieważ ma mniej mięśni twarzy. Powołanie do życia Josefa wymagało kompromisów między cechami ludzkimi a końskimi.

– Przyzwyczaicie się do tego. – Zapewniła Nina, przerywając prezentację, aby napić się wody.

Od człowieka Josef, nazywano go też Josefem Drugim, różnił się organami wewnętrznymi, układem pokarmowym, płucami, sercem, żołądkiem, wątrobą, jelitem cienkim i grubym, pochodzącymi od konia. Dzięki innej konstrukcji serca i płuc Josefa stać było na bardziej intensywny wysiłek w krótkim okresie czasu. Josef przyjmował jedynie pokarmy roślinne.

– Nie proponujcie mu kiełbasy, wędlin czy w ogóle mięsa. Żadnych też używek czy alkoholu. Josef jest wegetarianinem, a właściwie weganem – stwierdziła Nina uśmiechając się po raz pierwszy od dłuższego czasu.

– Czy w tej sytuacji Josef będzie mógł cieszyć się życiem tak jak my? – zapytał ktoś poważnie, wywołując tylko gromki śmiech.

Na twarzy Josefa ukazał się skąpy, jakby niekompletny uśmiech, do którego laboranci zaczęli się już przyzwyczajać. Wszyscy patrzyli na niego czekając, jak zareaguje na pytanie. Josef zdawał sobie z tego sprawę. Spojrzał najpierw w sufit, jakby szukał tam natchnienia, po czym spokojnie wyjaśnił, że nie ma to dla niego najmniejszego znaczenia, ponieważ nie zna tych smaków, ani nie odczuwa ich potrzeby.

– To tak, jakby chcieć żuć substancję, której nigdy nie miało się w ustach. Dla mnie pokarmy nieroślinne po prostu nie istnieją, nawet w mojej świadomości. Mój organizm ich nie toleruje, wydają mi się wstrętne, a z całą pewnością niesmaczne i obce. Próbowałem niektóre, aby mieć pojęcie, jaki mają smak. Gdybym zjadł mięso lub napił się wódki, rozchorowałbym się. Pocieszę was, że z natury jestem w dobrym nastroju, jestem radosny i optymistyczny, i nie potrzebuję alkoholu, aby poprawić swoje samopoczucie, ani mięsa, aby czuć się bardziej bojowo. Rozmawiałem o tym z Niną i z kucharzami, którzy układają moje menu.

Jak tylko Josef skończył swoją prezentację, otoczyło go grono laborantów. Zaczęli rozmawiać o wysiłku fizycznym i sporcie. Ktoś zaproponował wyjście na zewnątrz, na otwartą przestrzeń albo do sali gimnastycznej. Wszyscy zapalili się do tego pomysłu; mężczyźni, aby wypróbować swoje siły, porównać się z Josefem, kobiety raczej z ciekawości, chęci dokładniejszego przyjrzenia się niezwykłemu gościowi.

Z bliskiej odległości widać było wyraźniej różnice w wyglądzie, kolorze i fakturze skóry, w szczegółach twarzy i mimice.

Będąc taki sam jak pozostałe osoby, Josef był równocześnie inny. Nina patrząc z boku na niego, martwiła się o to.

*****

Po kilku tygodniach Josef zaczął dziwnie się zachowywać. Nie nastąpiło to od razu. Najpierw pojawiły się drobne odstępstwa od normalnych zachowań, jakieś niezrozumiałe dąsy, mniej chętnie kontaktował się z Laboratorium. Skarżył się też na kłopoty z żołądkiem; wynikały one prawdopodobnie z trybu życia, niedojadania lub przejadania się. Sofia, filozofka Laboratorium, wielka zwolenniczka Josefa, zawsze występująca w jego obronie, kiedy go krytykowano, powiedziała któregoś dnia, że go nie rozumie, bo zachowuje się jakby był pępkiem świata. Nikt tematu nie kontynuował, nie dowiedziano się więc, co miała na myśli mówiąc o „pępku świata”. Potem uzupełniła, że zgodnie z teorią analizy transakcyjnej każdy zachowuje się czasem jak rodzic, czasem jak dziecko, a czasem jak osoba dorosła.

– Josef przeżywa jakiś trudny okres w swoim życiu, bo pokazuje w sobie więcej dziecka, niż odpowiedzialnej osoby dorosłej czy doświadczonego rodzica. – Nadal broniła Josefa, była jednak bardziej otwarta na opinie osób mających mniej uznania dla chluby Laboratorium, za jaką uważano człowiekonia.

Profesor Kary, szef najważniejszego zespołu Laboratorium, wspólnie z zarządem zaczęli poważnie zastanawiać się nad źródłami nietypowych zachowań. Podjęto decyzję uważniejszej obserwacji Josefa, choć było to coraz trudniejsze, ponieważ był niezwykle ruchliwy i coraz bardziej niezależny. Nie sposób było go upilnować.

Ważnym wydarzeniem było wynajęcie dla Josefa – na jego żądanie – mieszkania w miasteczku Yoko oraz przyznanie mu stałego zasiłku na utrzymanie do czasu podjęcia przez niego pracy. Uzgodnienia były oparte na niepisanej umowie, że Josef otrzymuje mieszkanie, zasiłek i pełną niezależność w zamian za regularny kontakt i spotkania z zarządem, Zespołem Bezpieczeństwa oraz Zespołem Inż-Gen co najmniej raz w tygodniu. Spotkania miały mieć charakter konsultacji. Laboratorium zadeklarowało się pomagać Josefowi w problemach, jakie mógł napotkać, on z kolei miał pomagać Laboratorium dzieląc się swoimi doświadczeniami i obserwacjami na temat życia człowiekonia, jego otoczenia i środowiska naturalnego.

2Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 154: Nowy sposób myślenia. Człowiekoń Josef.

Celem Laboratorium stało się stworzenie nowej wersji Josefa. Tym razem był nim nie konioczłowiek, ale człowiekoń, istota, w której dominować miały cechy ludzkie. Pod względem anatomii i osobowości miał to być człowiek, osobnik płci męskiej, tylko fizjologicznie odpowiadający koniowi, pozbawiony typowo ludzkich cech i właściwości decydujących o nadmiernej konsumpcji energii, żywności, powietrza, wody i przestrzeni.

– Jego potrzeby będą naturalne, bardziej biologiczne niż cywilizacyjne, ograniczone podobnie jak u koni. – Wyjaśniła Nina.

W miarę opowiadania przewodnicząca ożywiała się coraz bardziej. Wstała, jej oczy błyszczały. W wyobraźni widziała, jaki piękny i postawny będzie człowiekoń, ile zmieni w historii cywilizacji i stosunku ludzi do zwierząt i przyrody. W pewnym momencie zaczęła marzyć na głos mówiąc o różnorodności biologicznej, wielkich stadach koni, zielonych niekończących się preriach.

Pod koniec wystąpienia otrząsnęła się, coś sobie chyba przypomniała, gdyż uspokoiła się, spuściła z tonu, w końcu zmarkotniała.

– Brzmi to wszystko prosto, ale jest bardzo skomplikowane. Musimy jeszcze nad tym wiele popracować. – Jej głos nie brzmiał już tak pewnie.

Kiedy przerwała, sala patrzyła na nią wyczekująco, jakby miała jeszcze coś ukrytego do wyjaśnienia. Nina poczuła się niezręcznie. Przeprosiła, że nie może więcej powiedzieć. Właściwie to prawie nic. Prosiła, aby jej zaufać. O szczegółach projektu pracownicy mieli dowiadywać się stopniowo, zarząd miał przekazywać informacje bezpośrednio kierownikom zespołów, a ci ujawniać swoim podwładnym na miarę potrzeb. Jej milczenie bardziej niż słowa definiowały tajemnicę współpracy z organizacją, o której oprócz nazwy bardzo niewiele wiedzieli.

– Jeśli ktoś ma pytania, proszę kontaktować się ze mną indywidualnie. Nie mam możliwości dyskutowania czegokolwiek w otwartym gronie. – Brzmiało to jak wyrok, od którego nie można uciec. Widać było po niej, że mówi szczerze, nigdy zresztą nie wprowadziła nikogo w błąd, ani nie ukrywała czegokolwiek, do czego pracownicy mieli prawo lub mogli wiedzieć bez uszczerbku dla Laboratorium. Ufali jej.

Firma zawiesiła wszystkie kontakty zewnętrzne, początkowo na pół roku. Tylko Nina i jej zastępca mieli prawo kontaktować się i wyjeżdżać na zewnątrz.

*****

W obliczu nowej sytuacji w Laboratorium zrodził się nowy sposób myślenia. Było to nieuniknione, gdyż poprzedni system okazał się niewydolny, jego pozytywne efekty znikły wraz z Josefem Półkoniem. Od Niny wiedzieli, że zarząd Largo Tech dużo pytał o konioczłowieka, jaki był jego stan zdrowia, jakiej był kondycji i dlaczego tak nagle stracił życie. Interesowało ich wszystko, co go dotyczyło, a najbardziej zdrowie, sprawność i zdolność wykonywania zadań. W negocjacjach używali słów takich jak zagrożenia, powinność, obowiązek, ojczyzna. Brzmiało to bardzo patriotycznie. Zmiana sytuacji zdecydowanie wymagała od Laboratorium bardziej racjonalnego postępowania.

Wraz z nowym myśleniem zarządu pojawiły się słowa-klucze i słowa-wytrychy: motywacja, satysfakcja pracownika, współpraca. Odmieniano je na wszystkie sposoby. Była to odpowiedź na niedoskonałość poprzedniego systemu pracy, w którym doszło do śmierci Josefa, równocześnie widziano w nich panaceum na przyszłość.

Pracownicy nie pozostali w tyle za firmą. W odpowiedzi na poprawę warunków pracy i większą dbałość o motywację, przedstawili własne propozycje. Pojawił się nurt poświęcenia nawiązujący do wartości patriotycznych. Zespoły robocze przeorganizowały się, wprowadzono świadomą dyscyplinę pracy, stworzono hasła przypomnień i motywacji. Najbardziej upowszechniło się hasło „Lepiej, szybciej, inteligentniej”. Pomysłów i wzorów poszukiwano w dyskusjach, literaturze i Internecie.

Kiedy pojawił się przykład kobiety, inżyniera górnictwa, pracującej czterdzieści dwie godziny tygodniowo w kopalni węgla kamiennego i dodatkowo, ile tylko mogła, w czynie społecznym, wyglądało to jak nawrót do komunizmu. Przykład stracił atrakcyjność, jak tylko okazało się, że kobieta zmarła z wyczerpania w wieku czterdziestu pięciu lat.

*****

Człowiekoń Josef nie od razu pojawił się przed załogą Laboratorium. Któregoś dnia na wieczornym zebraniu załogi Nina poinformowała, że prace nad nim zostały już wcześniej zakończone, zarząd jednak nie podał tego faktu do powszechnej wiadomości. O wszystkim wiedział jedynie Zespół Inżynierii Genetycznej, który powołał Josefa do życia i czuwał nad tym, aby jego organizm całkowicie się ustabilizował.

– Woleliśmy dmuchać na zimne, niż sparzyć się jak poprzednio – oświadczyła Nina.

Dyskusja zeszła na temat wyzwań i trudności związanych ze stworzeniem nowego Josefa. Po kilku minutach zadzwonił alarm smartfonu Niny sygnalizując odbiór jakiegoś komunikatu. Po zapoznaniu się z jego treścią Nina nachyliła się do swojego zastępcy i coś szepnęła mu do ucha. Ten wstał, wyszedł do bocznego pomieszczenia i po chwili wprowadził do sali nieznanego mężczyznę.

Z dala nie odróżniał się on od pracowników siedzących na sali. Podobnie jak oni, miał nawet na sobie roboczy uniform Laboratorium. Rysy i różnice uwidoczniły się dopiero z bliższa. Przybysz miał bardziej wydłużoną twarz, nieznacznie łysiejącą czaszkę, szersze nozdrza i usta. Skóra twarzy miała lekko matowy, aksamitny połysk i była nieco ciemniejsza. Wyraźnie zawierała więcej pigmentu, jak skóra osób przebywających dużo na otwartym powietrzu. Była też bardziej sucha, wyglądała, jakby naciągnięto na nią przezroczystą maskę.

Był to nowy Josef, człowiekoń. Prezentował się okazale: wysokiego wzrostu, solidnej, bardziej atletycznej niż masywnej budowy ciała. Przedstawił się podając tylko imię: Josef.

2Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz 151 Wiadomości dobre i tragiczne

Następnego dnia na ulicach miasteczka pojawili się emisariusze Laboratorium głoszący dobrą nowinę o Josefie, nowym gatunku biologicznym, który zbawi człowieka, konie i przyrodę. Wybrano ich spośród najbardziej religijnych pracowników Laboratorium i dokooptowano kilku członków lokalnych stowarzyszeń i bractw religijnych, wierzących w jedność świata ludzi, zwierząt i przyrody, miłość braterską i samarytańską pomoc. Szczególną chęć głoszenia dobrej nowiny wykazali bracia zakonu im. Świętego Megara.

Akcja upowszechniania Josefa Półkonia w duchu pojednania człowieka i zwierzęcia, wspierana drobnymi upominkami i cytatami z Biblii przyniosła efekty przerastające oczekiwania Laboratorium.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Nina Aleman była w siódmym niebie.

Po zakończeniu akcji dziennik miejski Yoko poświęcił specjalne wydanie Josefowi, konioczłowiekowi cyrkowemu, jak go wciąż nazywano, opisując wszystkie szczegóły, cytując opinie mieszkańców miasteczka i okolicznych wsi oraz pokazując zdjęcia. Konioczłowieka traktowano nadal jako przebierańca, człowieka ukrytego w drugim nie zastanawiając się dokładniej, co to za istota. Zarząd Laboratorium podszedł do tych rewelacji z satysfakcją, ale ostrożnie.

Reakcja społeczeństwa wyraźnie pokazywała, że większość osób nie zdawała sobie jeszcze sprawy, że Josef jest mieszańcem, hybrydą człowieka i konia, i jak błogosławione konsekwencje będzie to miało dla przyrody. Josef w świadomości ludzkiej wciąż był oryginałem, ciekawostką, przebierańcem cyrkowym, czymś w rodzaju arlekina czy klauna, choć już nie zwierzęcia w rodzaju żyrafy, słonia lub dwugarbnego wielbłąda występującego w cyrku. W wywiadach z mieszkańcami Yoko zaledwie kilku z nich wyraziło większe zaciekawienie, co to jest za istota. Ludzie podświadomie odrzucali w nim jedność człowieka i zwierzęcia, jako sprzeczną z naturą a nawet ewolucją, która wyraźnie rozdzieliła obydwa gatunki.

*****

Świadomość odrzucenia tej jedności przez ludzi mimo szeroko zakrojonej akcji uświadamiającej przygnębiła zarząd Laboratorium. Tkwiło w nim wielkie zagrożenie dla Josefa. On sam też zaczął zdawać sobie z tego sprawę; bardzo go to zasmuciło. Pojawiła się obawa, że przebudzenie świadomości obywateli Nomadii doprowadzi rząd do podjęcia decyzji o eliminacji Josefa jako istoty nienaturalnej, sprzecznej z boską naturą człowieka, którego powszechnie uważano za czysty twór boży na zasadzie wyłączności. 

Nina Aleman zaczęła intensywnie myśleć o kontakcie z międzynarodowymi organizacjami dobroczynnymi i ekologicznymi w celu uzyskania ich wsparcia dla Josefa i uratowania nadziei, jaką pokładali w nim ekoanarchiści i inni zadeklarowani zwolennicy ochrony przyrody. Zdawała sobie sprawę, że rozmowy będą musiały mieć poufny charakter i ubiec gubernatora i wicegubernatora, którzy nie wahaliby się przeforsować w parlamencie decyzji eliminacji Josefa i skazania Laboratorium na potępienie. Idealnym rozwiązaniem wydało się Ninie zarejestrowanie Josefa w UNICEF-ie jako unikalnego, żywego zabytku natury i cywilizacji.

Wyzwaniem nie do pokonania wydało jej się zdobycie zaufania rządu Nomadii.

Wymagałoby to uświadomienia gubernatorowi Blawatsky’emu oraz wicegubernatorowi Csudo, odpowiedzialnemu bezpośrednio za zasoby naturalne i ochronę przyrody, że Josef jest skarbem narodowym i może stać się największą atrakcją turystyczną przyciągającą do kraju setki tysięcy turystów a wraz z nimi miliardy dolarów dochodu. Jedynie chciwość rządu mogły uratować Josefa i Laboratorium przed zagładą.

*****

Wiadomość o zgonie Josefa Półkonia spadła na wszystkich pracowników Laboratorium jak grom z jasnego nieba. Żadne wydarzenie nie mogło bardziej zaskoczyć i przerazić laborantów. Josef zmarł nagle nocą, nikt nie znał okoliczności ani przyczyn jego zejścia.

– Prędzej spodziewałbym się własnej śmierci – oświadczył Aaron, szef Zespołu Bezpieczeństwa.

Śmierć Josefa Półkonia wywołała wielką konsternację i popłoch. Zarząd nie miał pojęcia, co robić, przede wszystkim czy podać ten fakt od razu do publicznej wiadomości czy też przeczekać jakiś czas. I jedno i drugie mogło mieć negatywne konsekwencje dla firmy.

Aaron, nie czekając na rozwój wydarzeń, natychmiast podjął śledztwo. Wszystkie kroki uzgadniał z Niną Aleman, przewodniczącą zarządu, na bieżąco też informował ją o postępach. Pracownicy zespołu tym serdeczniej przykładali się do śledztwa, że sami pozostawali w kręgu osób podejrzanych o niedopatrzenie obowiązków ochrony Josefa i brak przeciwdziałania grożącym mu niebezpieczeństwom.

4Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 149: Bezpieczeństwo i popularyzacja Josefa

Przez kilka dni z rzędu członkowie zarządu Laboratorium zamykali się w gabinecie przewodniczącej lub w małej salce konferencyjnej i naradzali się. Czasem pojawiał się tam Aaron, szef Zespołu Bezpieczeństwa. Kiedy jeden z laborantów, przekonany, że wewnątrz nie ma nikogo, bez pukania wszedł do sali, aby ją przygotować do dyskusji grupowej, zebrani wyglądali na zaskoczonych i spłoszonych. W ciągu następnego tygodnia Nina Aleman trzykrotnie wyjeżdżała na dłużej poza Laboratorium, zabierając ze sobą tylko Aarona. Po powrocie oboje milczeli. Nikt nie przywiązywał do tego uwagi, ponieważ firma miała duże potrzeby zaopatrzeniowe i różne sprawy organizacyjne, i ktoś musiał je załatwiać. Po jednym z takich eskapad Nina wróciła do Laboratorium małym terenowym łazikiem, jakiego używało wojsko; pojazd zatrzymał się w pewnej odległości od bramy wejściowej.

*****

Potrzeba wyboru skutecznej strategii bezpieczeństwa Josefa doprowadziła Laboratorium prawie do stanu wrzenia. Po dyskusjach i kłótniach podjęto ważną decyzję: Należy przyzwyczaić społeczeństwo do Josefa.

– Bez tego nie jest on w stanie przetrwać. Będzie traktowany jak ktoś całkowicie obcy, prawdziwy odmieniec.

Oswajanie ludzi z Josefem stało się dla Laboratorium zadaniem numer jeden Zarząd uznał, że najlepszą metodą będzie stopniowe upowszechnianie coraz bardziej szczegółowych informacji o Josefie. Rozważano różne formy jego popularyzacji. Trzeba było eksperymentować i szukać pomysłów. W tym celu organizowano spotkania robocze, narady i warsztaty. Na początku nowe idee płynęły jak krew z nosa, aż tu nagle wylała się beczka z pomysłami. Spisywano je po kolei nie notując szczegółów. Nie wiadomo, co było przyczyną tej eksplozji inwencji. Podejrzewano narkotyki. Za przełomową uznano myśl, aby na początku nie pokazywać samego Josefa, ale jego wyobrażenie, wizerunek, jego zdjęcia, a nawet rysunki go przedstawiające. Celem było rozbudzić zainteresowanie, wytworzyć dokładne wyobrażenie konioczłowieka, uruchomić wyobraźnię społeczną i pozytywne myślenie o Josefie.

– To jest prawdziwa propaganda sukcesu. Jak za dawnych czasów! – Wykrzyknął Niedźwiedź. Ideę podchwycono, uznając ją za słuszną. Nina zgodziła się z tą opinią. – Josef nie może wyjść na ulicę, dopóki nie będziemy pewni, że ludzie akceptują jego nietypową sylwetkę, wygląd i sposób poruszania się. Musimy wykonać jeszcze masę roboty!

Wkrótce zarząd ogłosił nową inicjatywę. Zapowiedziała je Nina Aleman.

– Oczekujemy od was, drodzy laboranci, pełnej spontaniczności i kreatywności, jak osiągnąć cel pełnej akceptacji Josefa przez społeczeństwo Nomadii! Zorganizujcie się! Myślcie nad tym! Organizujcie burze mózgów! My ze swej strony dostarczymy środków i narzędzi, materiały, pomieszczenia i instruktorów.

*****

Nastąpił wybuch inwencji artystycznej, załoga eksperymentowała na wszystkie możliwe sposoby. Do dyskusji zaangażowano także Josefa, wręcz molestowano go pytaniami i prośbami o opinie i sugestie. Mimo niezwykle wysokiej inteligencji, pogubił się. Nie wszystko było dla niego jasne. Po raz kolejny na przeszkodzie stanęła jego złożona osobowość.

Pierwsi zauważyli to psychoterapeuci i psycholodzy laboratoryjni; zobowiązali się do nieprzerwanej analizy jego zachowań i pracy razem z nim.

Dalsze działania wymagały jakiegoś uporządkowania, spontanicznie zaczęto organizować się w grupy tematyczne. Najbardziej aktywni okazali się laboranci uzdolnieni artystycznie; to oni mieli najwięcej pomysłów. Dyskusja wyzwoliła prawdziwą gorączkę twórczą. Ludzie pracowali nad wyzwaniem jak nad wielkim przedstawieniem, każdy starał się być pomocny, dołożyć cegiełkę do ogólnego sukcesu. W trakcie dyskusji pojawiło się pytanie, na które nikt nie umiał odpowiedzieć włącznie z psychologami, psychoterapeutami i samym Josefem. Chodziło o to, jak Josef będzie zachowywać się w trudnych i nieprzewidzianych sytuacjach, czy przeważać będzie w nim jego ludzka czy końska natura. Pytano też o osobowość, czy jest ona stabilna i przewidywalna, czy też nie. Były to wielkie niewiadome.

4Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 148: Pierwsza wyprawa Josefa

Poza bramę Laboratorium Josef wyszedł o świcie. Wyprawa okryta była ścisłą tajemnicą. Z wyjątkiem zarządu, Daniela – osobistego opiekuna Josefa, oraz ludzi z Działu Bezpieczeństwa nie wiedział o niej nikt. Teren wybrano bardzo starannie. Była to rzadko uczęszczana droga długości jednego kilometra, ciągnąca się wzdłuż siatki otaczającej posiadłość Laboratorium. Rozjeżdżona na całej długości przez samochody i ciągniki biegła w zagłębieniu terenu. Po jej drugiej stronie rozciągał się las, niezbyt gęsty, porośnięty przeważnie brzozami; czasami pojawiali się tam ludzie wyprowadzający psy na spacer.

Josef poruszał się po drodze w obydwie strony, ćwicząc kolejno step, kłus, galop i cwał, przyśpieszając i zwalniając. Widać było, że sprawiało mu to przyjemność, że bardzo potrzebował ruchu. Cieszyły go także nowe widoki, las i większa przestrzeń niż na terenie Laboratorium. Z psami oswajał się tak długo, aż wytworzył się w nich odruch traktowania Josefa jako członka stada. Instynktownie były gotowe bronić go przed zagrożeniem nawet bez wezwania ze strony Daniela, który był także ich treserem i opiekunem. Cała paczka. Josef, psy i Daniel zachowywali się jak zgrany oddział wojskowy, w którym każdy zna swoją rolę na pamięć i bez wahania podejmuje każde wyzwanie.

Od strony Laboratorium nic Josefowi nie groziło. Prawdziwe zagrożenie stanowił tylko las. Był on ogólnie dostępny. Wiosną, latem i jesienią mógł tam się zjawić każdy, kto miał potrzebę wyjść na spacer z psem lub samotnie. Zespół Bezpieczeństwa umieścił w nim swoich ludzi; zamaskowali się w krzakach lub ukryli na drzewach, stanowiących punkty obserwacyjne. Wszyscy byli uzbrojeni w broń krótką lub pistolety maszynowe, poza tym w paralizatory, krótkofalówki, niektórzy mieli także pałki policyjne. Ubrani byli po cywilnemu podobnie jak ludzie wyprowadzający psy na spacer, zwykli spacerowicze lub przypadkowi turyści.

Na bocznej drodze pojawiły się dwie młode kobiety z wózkami dziecięcymi, osłoniętymi woalką, jakby przed komarami lub nadmiernym słońcem; miały w nich ukrytą broń, podręczne apteczki i wodę. Wózki wyposażono w nagrania głosów gaworzącego jak i płaczącego dziecka, uruchamiane przyciskiem umieszczonym w rączce wózka. Głośny płacz dziecka oznaczał pojawienie się zagrożenia i wezwanie o pomoc.

Na obydwu krańcach drogi rozstawiono jeźdźców na koniach, pozorujących miłośników porannej przejażdżki. Jeden z mężczyzn siedział na klaczy, drugi na wałachu. Mieli oni podwójną rolę do odegrania; zapewnienie Josefowi bezpieczeństwa oraz umożliwienie mu poznania nieznanych koni. Był to ważny eksperyment: stopniowe oswajanie ze sobą Josefa, koni i ludzi.

Wieczorem, już po zakończonej wyprawie, odbyło się spotkanie z udziałem ochroniarzy, Daniela oraz Josefa w celu wymiany doświadczeń. Mogli w niej uczestniczyć także inni pracownicy Laboratorium. Pierwszy dzień wolności Josefa uznano za sukces; nie nastąpiło nic, co zagroziłoby jego bezpieczeństwu, zdrowiu lub dobremu samopoczuciu.

Najwięcej do powiedzenia mieli ochroniarze. W ich imieniu wystąpił szef ochrony.

– Były takie chwile, kiedy baliśmy się, że nie sprostamy roli zapewnienia Josefowi bezpieczeństwa. W pewnym momencie Josef zboczył w las i przyśpieszył. Towarzyszyliśmy mu biegiem, z najwyższym trudem, bo byliśmy uzbrojeni i wyposażeni w sprzęt, który nie tylko ważył, ale utrudniał poruszanie się. Josef przemieszczał się tak szybko, że traciliśmy go z oczu. Wołałem za nim, aby zwolnił, ale nie posłuchał. Nie wiem dlaczego. Może bycie w ruchu, bieg przez las dawały mu tyle przyjemności, oszałamiały go, że zapominał o nas i o swoim bezpieczeństwie. – To była rozpaczliwa sytuacja. W oczach robiło mi się ciemno z wysiłku. Pomyślałem wtedy, że muszę go chronić przed nim samym, bo może narazić siebie na niebezpieczeństwo z niewiedzy, braku doświadczenia lub głupoty. – Z nieuwagi. – Poprawił się ochroniarz.

– Josefie, co ty o tym sądzisz? – Daniel był ciekawy odpowiedzi pupila.

Josef nie skomentował wydarzenia. Wszyscy patrzyli na niego; pozostał zatopiony w myślach lub ich nie rozumiał. Laboranci zaczynali zdawać sobie sprawę ze złożonej osobowości Josefa, jego odmiennej podświadomości i nieokreśloności jego niektórych zachowań. Wniosek nasunął się sam: muszą inaczej się zorganizować. Zamiast nieprzerwanie towarzyszyć Josefowi, powinni przekazywać go sobie nawzajem, sprawnie komunikując się między sobą. Innym rozwiązaniem było wykorzystanie dronów do prowadzenia ciągłej obserwacji. Było oczywiste, że muszą poprawić skuteczność ochrony Josefa.

2Shares

Myśli i powiedzenia ciemniejsze niż grudniowa noc

Jest godzina 4.45 rano. Od czegoś trzeba zacząć ranek.

Był tak silny, że kopał się z koniem, i tak zapalczywy, że gryzł się z wściekłym psem. Kiedy wychodził nocą na ulicę, drżały przed nim demony.

2Shares