Nowy Hamlet: Opublikować czy zaprzysiąc? Oto jest pytanie.

Teatr L'Assemblèye_eud_Normandie, by Man vyi, public domain Biegam po lesie. Już wiosennym, rozświetlonym, radosnym. Trwa nowy sezon teatralny zwany bolesnym. Mimo słońca, wszędzie gęste opary, po których błądzą Don Kichoty, Hamlety, Sancho Panse, bracia Karamazow i zwykli obywatele.

Lecą sztuki poważne i nowatorskie: „W oparach absurdu”, „Pytania bez odpowiedzi”, „Pan Paranoja” oraz humoreska: „Wielka zabawa w kotka i myszkę”.

Można by powiedzieć, jeden wielki spektakl rozrywkowo-edukacyjny. Na widowni połączonej oryginalnie ze sceną jest tłoczno. Ponure i radosne postacie, mary, duchy i zwidy, widoczni i niewidoczni, głuche głosy i szepty. A pośrodku solidny pomnik, a na nim postać Wielkiego Małego Człowieka wskazującego środkowym palcem w nieznanym kierunku. Wszyscy tam patrzą i nic nie widzą.

Obok mnie przebiega aktor, były faraon, w międzyczasie TW, aktualnie zwolennik postępu poprzez demontaż, nowej formy bytu społecznego. Tacha przed sobą krzywe zwierciadło, patrzy w nie upiornym wzrokiem i krzyczy przerażony: To nie ja! To on!

– Doskonała gra. – Ktoś mówi obok mnie, zachwyca się i klaszcze.

Nieco dalej widać opozycjonistów wobec pomnika, palca, kierunku i zwolenników. Ich sylwetki raz po raz migają na ekranie leśnej TV: przyzwoite, spokojne, lekko sparaliżowane, proponujące w lekkim ukłonie: Opublikujcie! Zaprzysięgnij! Będziemy negocjować.

Z pomnika odpowiada im osobnik z zaciśniętymi zębami. – Nie podpiszemy!

Wtóruje mu rezolutna postać, jak się okazuje, kobieta, z kolczykiem w lewym uchu, zdobnym, regularnie wymiennym: – Drukarnia nam się zepsuła! To nie jest jeszcze wyrok! Nie ma tragedii. Nie podpiszemy!

Nieco dalej przemieszcza się po stoku ostatni fragment trójkąta bermudzkiego, gdzie giną wszystkie samoloty i okręty, płynna postać objaśniająca w przelocie: Nie zaprzysięgnę! Przecież widzicie, że jestem zajęty!

– A co będzie jak pójdziecie pod trybunał? – Pyta tłumek ciekawskich, bez związku, ni przypiął ni przyłatał. – To co wtedy?

Kobieta i ten na stoku rozmyli się. Tylko echo z pomnika mruczy przez zęby: – To posiedzą tam kilka lat. Sami tego chcieli. Wiedziały gały, co brały.

Po lewej stronie, gdzie budują Cyrk Wiecznej Szczęśliwości, kłusuje rześko 6.000 nowych urzędników. To najnowszy wynalazek, patent na pełne zatrudnienie: zwolnić brzydkich i starych, a więc nieudolnych prezesów firm i mianować nowych, piękniejszych, wybranych z listy „Precz z nepotyzmem”.

– Szukam pracy. Jakie zawody są dziś poszukiwane? – Pyta młodzieniec o twarzy zdeformowanej naiwnością.

Odpowiada mu spokojny, pewny siebie, uśmiech: szwaczki, nowej szlachty, fryzjera, manicurzystki, zasłużonego, znajomego oraz trzeciego dziecka pana Królika. Chodzi o ludzi o wyższych kwalifikacjach i wielkim doświadczeniu. Muszą przecież gdzieś pracować. – Wyjaśnia uprzejmie marszałek o pomarszczonej siwiźnie.

Dla mnie, konia biegającego po lesie, rozwiązanie jest proste: – Tu jest ostateczny mur. Podpisać! Zaprzysiąc! Ani kroku ustępstwa! Ale co ja? Zwykły Koń-Marzyciel, zezwierzęcony obywatel od pługa, tęskniący za żłobem i przywilejami, a nie za spokojem i normalnością.

Michael Tequila: „Sędzia od Świętego Jerzego”, powieść psychologiczno-obyczajowo-kryminalna do nabycia w księgarniach Matras, Dom Książki i księgarniach internetowych.

Koń Anonim: Jestem, więc kopię.

New year picture author unknown
Nie wiem, skąd bierze się przeświadczenie przywódców, ich bezwstydna czelność pouczania obywateli, którzy na nich nie głosowali (czy nawet głosowali), co jest słuszne, a co niesłuszne, co mądre, a co głupie i jak powinno się żyć.

Jedynym wyjaśnieniem, jakie przychodzi mi do głowy, jest skrzywienie psychiczne, owa bezgraniczna arogancja lub rodzaj otępienia, który zamyka politykom oczy na różnorodność ludzkich postaw, wartości i wrażliwości.

Obudziłem się, szczęśliwy, że się w ogóle obudziłem, bo przecież mógłbym zrobić coś przeciwnego, obudziłem się – powtarzam – z dziwnym poczuciem, że coś jest nie tak. Dziwność nie zaskoczyła mnie specjalnie, bo w dzisiejszych czasach nic nie jest z góry wiadome ani pewne.

Czułem, że się zmieniłem. Sprawdzam, patrzę, faktycznie jestem inny. Stało się to albo we śnie (mam wrażenie, że wciąż rosnę wraz z dojrzewającą częścią społeczeństwa) albo pod wpływem nauczania Pana Prezesa i Pana Prezydenta. Chyba raczej to drugie. Tak, na pewno to drugie!

Uczestniczyłem ostatnio w regularnych relaksujących rekolekcjach (RRR) prowadzonych przez tych dwóch wybitych mężów stanu na temat prawdy, moralności, patriotyzmu i dumy. Dzięki ich nauczaniu wiele zrozumiałem. To mnie zmieniło.

Nie mogę dłużej ukrywać natury zmiany: stałem się Koniem.

Z koniem, Drodzy Państwo, łączą człowieka serdecznie nie tylko przysłowia i porównania: pracowity jak koń, chudy jak szkapa, rży jak koń (to o pewnej pani z parlamentu), harować jak koń (nie warto tego robić, trzeba pracować mądrze, choćby nawet i w zaprzęgu), baba z wozu, koniom lżej (to chyba niesłuszne), zdrowy jak koń czy też zad jak u kobyły (to bardzo obfite), ale i głębsze więzi, ideologiczno-ekonomiczne.

Wracam do tematu. Nie ma znaczenia, jakim koniem jestem, zwykłym, pociągowym, wyścigowym czy kawaleryjskim; ważne jest jedynie to, że ciągnie mnie do żłobu. Tak mnie zdefiniowali zgodnie rzecznicy Pana Prezesa i Pana Prezydenta na podstawie mojego uczestnictwa w manifestacjach KOD-u. Ich diagnoza, nie tylko, że słuszna, to jeszcze daje mi wyraźne korzyści. Dzięki niej stanąłem mocniej na ziemi, nie na dwóch, ale na czterech kończynach.

Na wszelki wypadek postanowiłem to sprawdzić. Pognałem kłusem na najbliższą manifestację KOD-u. Prezes i Prezydent bezwzględnie mają rację. Byli tam tylko ci, co utracili przywileje i których odsunięto od żłobu. Ani jedni ani drudzy nie mogą się z tym pogodzić. Osobiście, mówię to szczerze, po końsku, brak żłobu odczuwam bardzo boleśnie. Inne konie, uczestnicy spotkań KOD-u czują to samo. Tak mówiły.

Nie jestem pewien, czy powszechna tęsknota za żłobem to dobrze czy źle. Z jednej strony, im więcej chętnych do żłobu, tym trudniej się dopchać. Z drugiej jednak, tworzymy wspólnotę obywatelską, o której tak przekonywująco o mówił Pan Prezydent i której budowę sam mocno wspiera.

Ostatnie dwa nauczania, Prezesa Kaczyńskiego w Łomży i Prezydenta Dudy w Otwocku, ich treść, głębia i prawda, wpłynęły na mnie kojąco. Dwie wspaniałe oracje na każdym musiały zrobić wrażenie: muzyka słów, żywa gestykulacja, subtelna mowa ciała. Pan Andrzej (pozwolę sobie na to serdeczne zbliżenie) uroczo nadymał wagi i toczył wzrokiem w prawo i w lewo wymawiając hasło: „Ojczyznę dojną racz nam zwrócić, Panie!” Powtarzanie tego hasła sprawiało mu prawdziwą radość. Ludzi bili mu brawo.

Pan Jarosław z kolei podniecił się kilka razy przy mównicy tak bardzo, że zacząłem bać się o jego serce. Powinien być ostrożniejszy z podnietą. Jego reakcję uznałem za wyraz głębokich ojcowskich uczuć wobec nas, obywateli, oraz targającej nim pasji naprawy ojczyzny i likwidacji zła.

Obydwaj mężowie stanu poddali analizie zjawiska zachodzące w kraju: głębokiej, odkrywczej, prawdziwie freudowskiej. O ile poprzednio ich tylko szanowałem, to teraz ich po prostu kocham. Mężczyźnie w dojrzałym wieku nie wstyd przyznać się do prawdziwych uczuć. W telewizji wtórowała im Pani Premier i Pan Minister Sprawiedliwości; też mówili doskonale i przekonywująco, ale to jednak nie to samo.

Był to jeden z najpiękniejszych dni w moim życiu. Coś we mnie pękło ze wzruszenia, coś się narodziło. Mam nadzieję, że i inni też tak to przeżyli. Teraz to i Trybunał Konstytucyjny nie jest mi straszny.

Podsumuję: Zmieniłem się. Myślę, więc kopię!

Michael Tequila: „SĘDZIA OD ŚWIĘTEGO JERZEGO”, powieść psychologiczno-obyczajowo-kryminalna do nabycia w księgarniach Matras, Dom Książki i księgarniach internetowych.