Dzień Wszystkich Świętych. Poezje i obrazy.

Dzień zmarłych

Świetliki nocy przywracają żywym
ojców i matki, dzieci i braci,
w słowach modlitwy i wzruszeniu tkliwym
wracają bliscy, których każdy traci.

Kamień nagrobny zwodzi pozorem
trwałości. Ileż wytrwa kruchy cement,
nim pod upartych dni naporem
w ziemię też zrzuci prochu brzemię?

Tu nie ma życia. Tam jest życie,
gdzie nie ma bólu i żalu rozstań,
w obliczu Boga, na jasności szczycie,
gdzie niepojęta, ostatnia przystań.

Michael Tequila
Gdynia, 1 listopada 2000
(niepublikowane)

Czymżesz ty jesteś

Czymżesz ty jesteś? Jesteś przemijaniem,
beztroską i bólem, braniem i dawaniem,
palącą solą jesteś w oku,
geniuszem błysków w górskim potoku.

Bóg ciebie skazał na istnienie,
miłość polecił oddać w niewolę,
a czasem łamać serca łaknienie
i grać w niepokoju nieznaną rolę.

Czas przyjdzie, zrobisz wielkie pranie,
w szczerej modlitwie oczyścisz siebie,
fałszywych pozorów zrzucisz ubranie,
prawdę zasiejesz w użyźnionej glebie.

Michael Tequila
Gdynia, 16 października 1998
(Z tomiku: Klęczy cisza niezmącona)

Oto stoję na brzegiem

Oto stoję nad brzegiem, u skraju urwiska,
ocean huczy w dole, gejzerami tryska
i myśl upartą kuje; jakiż człek jest mały,
gdy go ocean otoczy i odwieczne skały.

Objął mnie mocarz szumnych fal ramieniem,
cichością się stałem i myśli skupieniem.
Gdy poczucie nicości w sercu już rozpalił,
odszedł milczący w zapomnienie fali.

O, rodzaju ludzki, co żyjesz złudzeniem,
że wieczność obdarzysz dumnych czynów mieniem,
niespokojnych pokoleń przeminą tysiące,
pozostaną tylko ocean i słońce.

Michael Tequila
Morphett Vale, 19 sierpnia 1996
(niepublikowane)

Wesoły cmentarz

Nagrobek przybrany w betonowe szaty,
na nim dłutem wyryto nazwiska,
urodził się… zmarł… ale gdzie daty?
Każda rubryka pusta, szara, czysta.

Niektórzy za życia już po tamtej stronie,
a ja marzenia uparcie wciąż gonię.
Nie dam się zepchnąć pod strojne marmury,
wybieram wolność spopielałej chmury.

Hindus nad Gangesem płomieniem się wzbiję,
lekkością zachwycę i blaskiem opiję,
nie pozwolę się oddać do wiecznej kasacji,
wrócę w łańcuchu reinkarnacji.

Mnie myśl ociężała przy ziemi nie trzyma,
wierzę w mądrość Stwórcy, dobroci olbrzyma,
nie zniżę czoła do cmentarnej jaźni;
ulotnością żyć będę w boskiej wyobraźni.

Michael Tequila
Zwierzyniec, 20 lipca 1997
(niepublikowane)

W kościele żywych

W kościele żywych nie klękam, nie siadam,
bo konfesjonał bólu nie leczy,
czasem głos skryty do mnie zagada;
on jeden istotę zna rzeczy.

W końcu przychodzi anioł zbawienia,
przy ołtarzu klęka i gra na harfie,
aż z serca wypłoszy żale i złudzenia,
gdy strunę smutku ostatnią rozszarpie.

Michael Tequila
Gdynia, 8 marca 2000
(niepublikowane)

Poezje, Michael Tequila „Klęczy cisza niezmącona” http://michaeltequila.com/?page_id=47

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 96: Kolory i zapachy

W powietrzu unosił się zapach kadzideł zmieszany ze słodką wonią perfum „Denni Cleri” rozpylanych przez młodzież z fanklubów Sefardiego Baroki oraz klubów młodych wynalazców. Zmęczona hałasem i nieoczekiwanymi wydarzeniami rodzina zmarłego kroczyła powoli za karawanem szeroką aleją cmentarza. Towarzyszyła im klasyczna muzyka oraz okrzyki radości dochodzące z obu stron. Penelopa czuła się gorzej niż przewidywała, aczkolwiek spodziewała się niespodzianek. Nie potrafiła dostosować się do atmosfery pogrzebu, o którym już mówiono, że wyznaczył trend przyszłości. Za trumną niesiono poduszki z odznaczeniami oraz wielką atrapę książki „Wniebowstąpienie oszusta”, o której nikt jeszcze nie słyszał. Otaczała ją tajemnica.

Uroczystości na cmentarzu odbywały się w porządku określonym testamentem zmarłego. Mówiono, że stanowił on wyraz jego woli jak i dowód jego despotyzmu.

Kondukt zatrzymał się pod szerokim murem z niszami na urny wzorowanym na cmentarzu Piedras de Tunjo w Kolumbii. Grabarze wyjęli urny z samochodu i karawanu konnego, nieogoleni mężczyźni donieśli trumnę. Ewidentny nadmiar dezorientował wszystkich bez wyjątku. Zamęt pogłębił się, kiedy pojawili się grabarze twierdzący, że to oni są uprawnionymi pracownikami cmentarza, twierdząc, że ci, którzy przybyli razem z konduktem pogrzebowym to są ludzie podstawieni. Nie było wiadome, kto zatrudnił jednych i drugich. Penelopa ani nikt z rodziny nie mieli o tym pojęcia, podobnie jak i Anastazja Godano, wykonawczyni testamentu. Nastąpiło zamieszanie, prawdziwy impas bez szansy na rozwiązanie. Każda ze stron upierała się przy swej racji. Nikt nie wiedział, co się stanie. Starsi żałobnicy szeptali o końcu świata.

– A co z trumną!? – Padło zrozumiałe, prawie wyzywające pytanie. Zaczęto się zastanawiać, padały różne domysły i sugestie. Ktoś proponował, aby ją otworzyć i zobaczyć, co jest w środku.

– Skoro są dwie urny z prochami, to może tam nie być prochów nieboszczyka. Wyjaśnienie było tak logiczne, że trumna została błyskawicznie otwarta bez sprzeciwu z którejkolwiek strony. Okazało się, że wewnątrz niej była trzecia urna i nic więcej. Po dłuższych negocjacjach, które zmęczyły jej uczestników, ustalono, że wszystkie urny zostaną złożone w niszy, skoro nie sposób jest ustalić, która z nich jest prawdziwa, a która nie.

Czas pochówku był chyba wymodlony przez Mistrza, ponieważ pogrzebowi nieprzerwanie towarzyszyło słońce. Oświetlało ono drogę wynalazcy i pisarza, pozostawiając ciepłe wspomnienia w pamięci uczestników uroczystości.

Mur z niszami zwrócony był frontem do strony południowej, aby dusze zmarłych mogły cieszyć się promieniami słońca, choć zapewne nie było im to potrzebne. Duch Sefardiego zapytany o to też nie udzieliłby odpowiedzi, o ile nie zdarzyłby się cud. Jego wiara w cuda za życia była bardzo ograniczona.

– Wierzę w ograniczoną ilość cudów, ponieważ jestem przekonany, że cuda zdarzają się niezwykle rzadko. Może sam kiedyś uczynię jakiś cud, aby was zaskoczyć. – Rodzina Mistrza wciąż pamiętała słowa wypowiedziane przez niego na zjeździe rodzinnym. Zwołał je nie wiadomo w jakim celu. Po jego śmierci spekulowano, że chodziło mu o wypicie pożegnalnego szampana.

– Pożegnalnego? Z jakiej okazji? – Kiedy pytanie to padło w czasie zjazdu, Sefardi uśmiechnął się tajemniczo półgębkiem i wyjaśnił: – Kiedyś to ujawnię. Na razie jest to tajemnica.

Nikogo to nie wówczas nie zdziwiło, ponieważ senior rodu zawsze otaczał się mgłą tajemnic.

*****

Sefardi wykupił niszę od rodziny, która znalazła się w potrzebie. Właściciel, pytany o przyczynę sprzedaży, odpowiedział: – Dzisiaj bardziej potrzebuję pieniędzy niż pamięci o zmarłych, zresztą całkiem mi obcych, bo przekazali mi w genach same złe cechy, prawdziwe przekleństwo.

Przed murem znajdowało się niewielkie mauzoleum z zatartymi literami frontonu, należące do jakiegoś starego rodu. Wyglądało jak mała, urocza fortyfikacja. Jego czarne anioły i wieżyczki dominowały nad murem z niszami wypełnionymi pachnącymi kwiatami. Zapachy odgrywały wielką rolę w tej części cmentarza; to najbardziej ujęło Sefardiego. W dniu pogrzebu w niszach były również kwiaty, niektóre świeże jak poranek, inne przywiędłe, jeszcze inne zbyt żywe, aby były naturalne. Daszek z falistej blachy osłaniający mur podtrzymywał cztery rynny o prostokątnym przekroju, architektonicznie nie pasujące do całości.

– Okrągłe rynny wyglądałyby znacznie lepiej, klasycznie. – Pomyślał Iwan Iwanowicz wyznaczony do niesienia urny. Nie uważał tego za wyróżnienie, ale tylko do czasu, kiedy zobaczył siebie na zdjęciu w ilustrowanym tygodniku a później na transmisji telewizyjnej z uroczystości pogrzebowych.

U dołu nisz wystawały z muru kolorowe podstawki na doniczki i wazony z kwiatami, pogrubiając pasmo czerwieni, żółci i zieleni. Niektóre wnęki były zagospodarowane przybraniami kwietnymi i urnami o różnych kształtach, przypominając inscenizację teatralną. Dla przyjaciół zmarłego był to czas na refleksję, że zdobiąc miejsce ostatniego spoczynku człowiek daje nie tylko dowód pamięci o zmarłym, ale i tęsknoty za wiecznym szczęściem. Z bliska wyglądało to jeszcze bardziej imponująco i kolorowo; wokół roznosił się słodkawy zapach ziół i kwiatów rozpuszczony w łagodnym cieple popołudnia.

Po umieszczeniu trzech urn w górnej, centralnie położonej niszy, ludzie modlili się bez pośpiechu, przy okazji wykonując zdjęcia i konwersując bez skrępowania. Nisze były prostokątne; górna krawędź miała kształt łuku, co nadawało im poetyckiego powabu, jeśli tylko wewnątrz znajdowały się w miarę świeże kwiaty.

– Bez żywych roślin ozdobnych i kwiatów cmentarz jest brzydki. – Filozoficznie zauważył Ksiądz Terrano, celebrujący uroczystość. Kiedy patrzył na kolory i pachnący mur oświetlony słońcem, opuszczał go smutek i wracały wspomnienia spotkań z Sefardim. Chyba przypomniało mu się coś poważnego, gdyż w pewnej chwili starł uśmiech z ust prawym rękawem komży. Rozejrzał się niespokojnie wokół sprawdzając, czy przypadkiem ktoś nie zauważył wykorzystywania komży w charakterze chusteczki do nosa.

Kiedy wieczorem ksiądz w towarzystwie biskupa oglądał nakręcony przez organistę film z pogrzebu, ku ich niepomiernemu zdziwieniu na obrazie pojawiła się nagle czarna jałówka, niefrasobliwie podjadająca trawę przy murze, do którego sięgało dzikie pastwisko. Zarząd cmentarza miał w planie jego ogrodzenie w całości metalową siatką, aby pasące się na zewnątrz bydło nie miało dostępu do miejsc wiecznego spoczynku. Amizgao pomyślał, że obecność krowy na cmentarzu to przejaw wolności, wspólnego przywileju ludzi i zwierząt. Kolory kwiecistej czerwieni i żółci ukazały się na filmie z pełną wyrazistością.

– Ten cmentarz pachnie. – Ksiądz podzielił się głośno swoją obserwacją z biskupem, który tylko wzruszył ramionami, ignorując piękno obrazu, trafność obserwacji oraz samego podwładnego. Myślał o zapisie testamentowym zmarłego, spodziewając się choćby umiarkowanej kwoty na potrzeby diecezji.