Człowiek z taczką. Opowiadanie. Odc. 1-3/3

Odc. 1/3 Spotkanie nad jeziorem

Pierwszy raz zobaczyłem go na początku maja, kiedy buki i brzozy pobliskiego lasu pyszniły się już zielonością, jak pchał wyładowaną ziemią taczkę w kierunku jeziora. Był młody, miał na sobie czerwoną koszulę w kraty i podniszczone, jasne, długie spodnie. Towarzyszyły mu dwa figlujące nieprzerwanie psy rasy Jack Russel.

Obserwowałem go kilka minut, nie wychodząc z samochodu. Przyjeżdżałem tu, aby jak zwykle pochodzić po lesie. Od początku epidemii robiłem to regularnie, dwa razy w tygodniu. Stało za tym przekonanie, że wirus może dopaść człowieka wszędzie z wyjątkiem lasu.

Za trzecim razem, kiedy zatrzymałem się na kawałku dzikiej murawy między drogą a siatką ogrodzenia, mężczyzna jak zwykle odbywał swoją wędrówkę z taczką w kierunku jeziora. Nie wszyscy ludzie lubią, aby im przeszkadzać, kiedy pracują, dlatego się wahałem, zanim ośmieliłem się zagadać. Poczekałem, aż znalazł się kilka metrów ode mnie i wysiadłem z samochodu. Nie zdziwiło go, kiedy szedłem prosto w jego kierunku, był już chyba przyzwyczajony do mnie i do samochodu. Zatrzymał się, oparł nóżki taczki o ziemię, otarł pot z czoła i pozdrowił mnie. Odpowiedziałem pozdrowieniem.

Pięknie tu – zacząłem z przekonaniem, bo rzeczywiście była to piękna okolica: po lewej stronie jezioro Onta, po prawej wzgórze, w głębi stary las, miejsce moich spacerów i marszów. – Te widoki. Mieszka pan w cudownym miejscu. Wzgórza, woda, lasy. Nowenna to przyszłościowo najlepsza dzielnica miasta. Widzę, że wywozi pan ziemię. Będzie się pan budować? – Zapytałem, domyślając się, jaka będzie odpowiedź.

Nawiązaliśmy rozmowę. Mówił chętnie. Miał na imię Alfred. Miałem wrażenie, że rozmowa była dla niego pretekstem, aby odpocząć. 

Miał narzeczoną z bogatego domu. Planowali pobrać się. Jej ojciec, znany przemysłowiec, był zdecydowanie przeciwny ich planom. Arnika, jego narzeczona, opowiedziała mu, co ojciec mówił jej o ich związku. Rozmawiała z nim na temat wybranka swojego serca nie jeden ale wiele razy. Ojciec nie owijał spraw w bawełnę.

– To człowiek bez charakteru i przyszłości. Bo co to za zawód – fryzjer?! Stać cię na dużo lepszą partię. Możesz zostać żoną człowieka, który jest dyplomatą, przemysłowcem czy dobrze zapowiadającym się naukowcem. Ten twój fryzjer kiedyś się zagapi i przypali włosy klientce elektryczną lokówką, i wtedy skończy się jego sława artysty fryzjerstwa.

– A co miałby twoim zdaniem zrobić, aby przekonać ciebie, że jest człowiekiem z przyszłością?

– Musiałby udowodnić, że jest coś wart. Zrobić coś imponującego, aby zasłużyć na ciebie.

– Na przykład, co?

– Na przykład zbudować dom. Nie jakiś domek, tylko coś naprawdę pięknego, abyśmy nie musieli się wstydzić przychodząc do ciebie w odwiedziny.

– Na szczęście negatywna opinia ojca nie zraziła Arniki do mnie. Potrafiła bronić swoich racji. Gotowa była czekać na mnie. Powiedziała mi tylko „byle nie za długo”. To było zrozumiałe, zgodziłem się. Ostatecznie sprawa stanęła na domu. Powiedziałem jej, że zbuduję dla niej wspaniały dom. Taki, z którego naprawdę będzie dumna.

Alfred przerwał. Odwrócił głowę w kierunku powiększającej się wyrwy w ziemi i przyglądał się jej przez chwilę. Poszedłem za jego wzrokiem. Było to urocze miejsce. Działki po bokach były niezbudowane. Były to niegdyś  ogrody z krzewami i drzewami owocowymi, różowymi, białymi i czerwonymi o tej porze roku. Dalej, patrząc w kierunku lasu, stał dom  z dużym gankiem i kolumnami. Z daleka było już widać, ze budował go chyba architekt zakochamy w budownictwie śródziemnomorskim.

– Jak pan widzi, przygotuję miejsce pod fundamenty – przerwał moje zamyślenie taczkarz. Zaciąłem się, robię to sam, aby udowodnić sobie i jej ojcu, że dam radę. Chyba bardziej sobie niż jemu. 

Słuchając, przyglądałem się człowiekowi. Było w nim coś niezrozumiałego, zastanawiającego: szorstkość przemieszana z delikatnością, zwierzęcy upór zintegrowany z duszą artysty, jakiś dysonans, rozbieżność. Miał uduchowioną twarz męczennika i dłonie wirtuoza fortepianu. Nie musiałem sobie tego wyobrażać, bo zdjął z jednej ręki roboczą rękawicę, aby dać odpocząć dłoni. Te atrybuty męskiej urody były jakby doczepione do nóg, rąk i korpusu wysportowanego, proporcjonalnie zbudowanego, mężczyzny. Pomyślałem, że Arnika dobrze wybrała.

Odc. 2/3 Samotnik

Wracając do domu zmęczony intensywnym marszem po lesie, nie mogłem przestać myśleć o człowieku z taczką. Tak mi się kojarzył, tak go sobie zapamiętałem. Nie jako Alfreda, ale jako człowieka z taczką. Nigdy nie widziałem go inaczej. Stanowili parę zrośniętych ze sobą istnień, człowieka i przedmiotu. Nie potrafiłem nazywać go taczkarzem, choć byłoby to najwłaściwsze bo to profesjonalny termin.

Ojciec Arniki uważał go za gołodupca. Może nie dosłownie, ale taki to miało sens. Uznałem postępowanie jej ojca za haniebne. Było haniebne, bo ten mężczyzna, choć był tylko fryzjerem, zasługiwał na coś znacznie lepszego. Dla mnie był człowiekiem z charakterem. Miał swoje ideały. Zdecydowanie stałem po jego stronie.

Historia Alfreda poruszyła mnie do głębi. Ilekroć jechałem, aby odbyć kondycyjny antywirusowy marsz po lesie, zadawałem sobie pytania:

Z zawodu jest fryzjerem. Jak doszło do ich pierwszego spotkania a następnie wzajemnej fascynacji sobą? Prawdopodobnie Arnika zjawiła się u niego jako klientka. Ale jak doszło do zaprzyjaźnienia się a następnie zakochania się z wzajemnością? Mężczyźni-fryzjerzy i ich klientki nie zakochują się w sobie; to brzmi prawie jak banał. A jednak!

Wkrótce dowiedziałem się, że nazywa się Alfred Tarota, powszechniej znany jest jednak jako Fredo. Był to jego zawodowy pseudonim. Coś zagrało w mojej pamięci. Córka kiedyś wspomniała mi to imię, była jego klientką. Fredo był artystą sztuki fryzjerskiej, czesały się u niego panie z towarzystwa. Niektóre kobiety uważały go za super stylistę, niezrównanego mistrza fryzjerstwa damskiego.

Kiedy następnym razem zapytałem go, czy to wszystko jest prawdą, potwierdził.

– Fryzjerstwo zawsze było moim ulubionym zawodem. Jestem fryzjerem artystycznym. Teraz niestety mam mniej czasu, aby się tym cieszyć. Dzielę życie między zakład fryzjerski a budowę domu. Z konieczności mniej się udzielam towarzysko. Nie jest to dobre rozwiązanie, ale nic na to nie poradzę. Dzięki mojej pracy poznałem Arnikę i to jest najważniejsze.

Obserwowałem Fredo regularnie przez cały sezon letni i wiosną następnego roku, jak wywozi ziemię na brzeg jeziora. Czytałem także o nim w prasie. Sprawa stała się głośna, bo w grę wchodziła niepowszednia historia miłosna. Wraz z informacjami pojawiły się zdjęcia Fredo z taczką i dwoma nieodłącznymi psami, omawiano nawet postępy prac. Potem sprawa ucichła.

Zapytany przeze mnie, dlaczego nie wynajmie firmy, która szybko przygotowałaby miejsce pod fundamenty korzystając z koparki, fryzjer zaskoczył mnie swoją odpowiedzią:

– Ziemia jest święta. Nie można jej szarpać bezduszną maszyną. Dlatego robię to ręcznie. Mam siłę i cierpliwość. Kiedy postawię już dom będę mieć poczucie dobrze spełnionego obowiązku.

– I wykonania monstrualnej roboty – dodałem. – Zapiszą pana w księdze rekordów Guinnessa.

– Nie zależy mi na tym.

Rozmawiając ze mną, uśmiechał się cały czas. Była w nim dobroduszność, wiara i upór, których nie rozumiałem. Pracował sam, cierpliwie, dzień po dniu po zakończeniu pracy w zakładzie fryzjerskim, czasem nawet w sobotę i niedzielę, aby zbudować najpiękniejszy dom na świecie dla ukochanej kobiety.

– Skąd on ma na to pieniądze? Pracując zarobkowo na pół etatu i drugie pół bez wynagrodzenia przy budowie domu, musi się przecież z czegoś utrzymywać. Dochód z fryzjerstwa nie mógł mu wystarczyć.

Rozmawiałem na ten temat z moją żoną, którą historia miłosna i szaleńcza praca Fredo coraz wyraźniej intrygowały, choć nie tak bardzo jak mnie.

– Uważam go za człowieka pozytywnego, ale zupełnie niepraktycznego, po prostu oryginał i dziwak – Taka była jej opinia. Miała dużo racji. Nie mogłem tego nie przyznać.

Kiedyś żona dała się przekonać, aby pojechać ze mną i go poznać, a przynajmniej go zobaczyć. Rozmawialiśmy z Fredo bardzo krótko, bo zbliżała się burza. Od tego czasu – nie wiem dlaczego – żona straciła zainteresowanie całą tą historią.

Kontynuując wyprawy do lasu rozmawiałem z Fredo głównie po to, aby podtrzymać naszą znajomość, bo w jego życiu praktycznie nic się nie zmieniało. Byłem do niego pozytywnie nastawiony. Sam miałem niełatwe życie i rozumiałem go co najmniej częściowo. Zaprzyjaźniliśmy się, choć byłem znacznie starszy od niego.

Opowiedział mi więcej o sobie. Otrzymał spadek po rodzicach, właśnie to wzgórze oraz teren z jeziorem w Nowennie, stopniowo rozbudowującej się, najdroższej dzielnicy miasta. Zostawili mu także spore oszczędności w postaci funduszu inwestycyjnego, z którego otrzymywał wypłaty każdego miesiąca.

– Jakby domyślili się, że będę bardzo potrzebować tych pieniędzy. Zawsze troszczyli się o mnie, chyba nadmiernie, bo sami żyli dosyć oszczędnie. Nie mogę oczywiście narzekać. – Wyjaśnił, że nie potrzebuje dużo, bo żyje skromnie. – To tylko ja i moje psy. Na nic więcej nie muszę wydawać pieniędzy.

Odc. 3/3 Wymarzony dom

Zapytałem go o Arnikę. Dowiedziałem się tylko tyle, że obiecała mu, że będzie czekać, ale po roku przestała. Nie chciał powiedzieć nic więcej. Doszło do mnie wkrótce, że znalazła sobie kogoś innego. Fredo zachowywał się tak, jakby tego nie wiedział lub nie chciał wiedzieć, lub nie miało to dla niego znaczenia. Przestałem go rozumieć, ale nie straciłem zainteresowania jego życiem. Scenariusz jego postępowania był dla mnie niejasny, mogłem tylko czekać i śledzić rozwój wydarzeń.

Nadal podziwiałem Fredo, jak z wytrwałością graniczącą z uporem maniaka wywozi ziemię taczką. Imponował mi jego niezwykły hart i pokój ducha. Nie było widać po nim zmęczenia. Wydobyty urobek składował na płaskim brzegu jeziora, który stopniowo wydłużał się, zmniejszając powierzchnię wody. Miałem wrażenie, że Fredo tego nie widzi, ponieważ proces kurczenia się jeziora następował stopniowo. Pchając taczkę i opróżniając ją patrzył tylko w ziemię. Być może w ogóle go to nie interesowało.

Przez cały okres obserwacji nic się w nim nie zmieniało: ta sama czerwona koszula, te same długie, jasne spodnie, ta sama taczka. Zmieniała się tylko góra, jezioro i chyba trochę psy. Były mniej rozbiegane, spokojniejsze, wierni towarzysze pracowitej samotności swego pana. Polubiliśmy się wzajemnie; psy łasiły się do mnie, jakbym był członkiem rodziny.

Po półrocznej przerwie – przebywałem wtedy za granicą w niekończącej się podróży służbowej – przyjechałem znowu, aby odbyć tradycyjny już spacer po lesie. Zaskoczył mnie widok miejsca tak dobrze mi znanego. Tam, gdzie ostatnio widziałem prymitywne zarysy fundamentów, stał dom. Ale jaki! Była to rezydencja, coś jak dawny szlachecki dworek, rozległy, imponujący, tonący w kwiatach. Połowa wzgórza na całej szerokości rozległej działki zniknęła, nie pozostało z niego nic oprócz stromych wycięć w stoku po obydwu bokach i ogromnego nawisu ziemi z tyłu.

Przyglądałem się niezwykłej zmianie pejzażu, kiedy z domu wyszedł Fredo. Poznał mnie i z daleka machał już ręką. Zaskoczył mnie swoim zrelaksowanym, odmiennym wyglądem. Miał na sobie elegancką, jasnoniebieską koszulę w paski oraz jasne, nowe spodnie z dobrego materiału, na nogach zaś granatowe zamszowe mokasyny. Z gustownym, nie rzucającym się w oczy złotym łańcuchem na szyi wyglądał jak popularny artysta wychodzący przed dom, aby przywitać gościa przybywającego na urodzinowe przyjęcie lub towarzyski niedzielny grill.

Wyraziłem podziw dla jego osiągnięć i zapytałem czy nawis ziemi z tyłu nie jest niebezpieczny. Uspokoił mnie.

– To bardzo solidna konstrukcja ułożonych pod odpowiednim kątem betonowych kolumn i płyt. Projektował ją znany architekt. Jego żona była moją klientką, zrobiła mi dobrą reklamę dzięki czemu mogłem uzyskać korzystniejszą cenę za usługi firmy jej męża.

Przy kolejnej wizycie zapytałem Fredo ponownie o Arnikę, czy wie, co u niej słychać. Tym razem był trochę bardziej rozmowny. Powiedział, że jest mężatką, ale nie ma dzieci.

– Podobno co roku wyjeżdżają za granicę na wakacje. Czy jest szczęśliwa, tego to nie wiem – dodał odwracając głowę w kierunku psów, które ujadając radośnie wybiegły zza domu aby mnie przywitać.

Wydawało mi się, że pogodził się z losem. Bardzo tylko pragnął, aby zobaczyła dom, który dla niej zbudował. To było jego jedyne marzenie – podzielił się nim ze mną zanim się pożegnaliśmy. Dowiedziałem się od mojej żony, że wierzył, że jak Arnika zobaczy ten wymarzony dom, wtedy wróci do niego.

Wytrwałość Fredo przyniosła wyniki. Udało mu się umówić z Arniką na ósmy dzień sierpnia, że przyjedzie do niego, aby razem obejrzeli dom. Liczył na słoneczny, ciepły dzień.

Fredo przygotowywał się do wizyty jakby zależało od niej jego życie. Posprzątał dom wewnątrz i dookoła, włożył świeże kwiaty do wazonów, gruntownie przewietrzył wszystkie pomieszczenia. Pościerał starannie zakamarki, gdzie mógł zgromadzić się kurz, umył zlewy, wanny i sedesy. Robił wszystko sam. Był skrupulatny w każdym szczególe. Przygotował nawet kawę do naparzenia, aby jej zapach stworzył atmosferę ciepła i radości.

W nocy z siódmego na ósmego sierpnia około godziny dwudziestej drugiej zaczął padać deszcz. Takich opadów nie notowano w historii ani miasta, ani kraju. To była potworna ulewa, pogrom wszystkiego, co stanęło na drodze miliardom litrów wody spadającym z nieba. Potop trwał sześć długich godzin. Potoki wody spływały w kierunku jeziora Onta, podnosząc jego poziom metr po metrze.

Kiedy Arnika przyjechała pod wskazany adres, nie szukała długo. Pamiętała to miejsce. Nie było tam niczego do oglądania. Nie było wzgórza, nie było domu, tylko w miejscu jeziora rozciągało się gigantyczne rozlewisko mętnej wody.

Przyjechałem na miejsce kilka godzin później, jak tylko dowiedziałem się o skutkach oberwania chmury nad Nowenną i sąsiednimi dzielnicami. Stałem w szoku w miejscu, z którego lubiłem podziwiać dom i nie wierzyłem własnym oczom. Dołączył do mnie mężczyzna; nigdy wcześniej go nie widziałem. Lekko przygarbiony, w surducie i sztuczkowych spodniach wyglądał jak zapomniany przez czas kaznodzieja, który wybrał się nad jezioro, aby ułożyć sobie w głowie kazanie na ważne święto kościelne. Jego twarz była jeszcze młoda; postarzały ją posiwiałe przedwcześnie włosy i dwie wyraźne zmarszczki zatroskania. Staliśmy w milczeniu, szukając wzrokiem tego domu. Mężczyzna popatrzył na mnie, następnie spojrzał w niebo, milczał chwilę, po czym przemówił wyraźnym, mocnym głosem:

– Nie znałem osobiście Fredo, właściciela domu, ale znam ich historię. Fredo zbudował go z miłości do kobiety. W najpiękniejszym miejscu, na stoku wzgórza, z widokiem na jezioro. To wyjaśnia i uzasadnia wszystko. Miłość to najświętszy z sakramentów.

Michael Tequila
Gdańsk, 20 03 2021

0Shares

Drzewo kłamstwa. Opowiadanie.

Rok był przestępny. Dwudziestego dziewiątego lutego ogrody nad rzeką Karmą były jeszcze ośnieżone, kiedy zakwitły drzewa kłamstwa. Uznano to za cud przyrody. Kwiaty były dwukolorowe czarno-czerwone i wzbudzały powszechny zachwyt.

– To tak jakby jeden kolor wzywał do piekła, a drugi do szalonej, gorącej miłości – napisał poeta Jeremi Caprio.

Kilka dni potem zakwitły drzewa prawdy. Kwiaty były drobniejsze i miały tylko jeden kolor – śnieżnej bieli z aksamitnym połyskiem błękitu w dniach, kiedy panował mróz. Ponieważ śniegu było nadal dużo, pierwszego dnia nikt nawet nie zauważył białego kwiecia. Nie miały w sobie tyle czaru ile ich poprzedniczki.

Widok kwitnących ogrodów kłamstwa i prawdy był tak niezwykły, że pod ogrody samochodami i środkami komunikacji miejskiej przyjeżdżały tłumy ludzi, aby je podziwiać. Mróz trzymał jeszcze dwa tygodnie powodując, że przy najlżejszym powiewie z drzew sypał się pył śnieżny … „i błyszczał rozzuchwalony osobliwością kwitnienia” – dopisał do swego poematu Jeremi Caprio, urzeczony niezwykłością zjawiska.

Joanna stała na balkonie i podziwiała dwa odosobnione drzewa kłamstwa widoczne w dole, na stoku przy strumieniu. Była zamyślona, kiedy obok niej pojawił się mąż. Przyniósł jej bukiet kłamstwa, najpiękniejszy, jaki mogła sobie wymarzyć. Wręczył go całując ją w szyję i szepcząc do ucha:

– To z okazji trzydziestolecia naszego ślubu. Wyglądasz piękniej niż Wenus z Milo.

Uszczęśliwiona kobieta wzięła bukiet w rękę i trzymała go przed sobą, aby nasycić się widokiem i odurzającym zapachem kwiatów. Wiatr uchylił poły jej szlafroka i odsłonił biel obfitych piersi. Błyszczały zachwycone nagłą jawnością. Nie mogły być piękniejsze, bardziej dorodne ani bardziej ponętne. Przysłonięte bukietem kłamstwa były idealne.

Przez dwa tygodnie słonecznej pogody rozwijała się moda na bukiety kłamstwa. Ludzie obdarzali się nimi nie szczędząc pieniędzy ani zachodu w poszukiwaniu najpiękniejszych kwiatów. Przybrane ciemnoczerwonymi wstążkami z dodatkiem złotego pyłu, cieszyły się szczególnym wzięciem u zakochanych par, młodych panien i narzeczonych, zwłaszcza wtedy, gdy w grę wchodziły wyznania i przysięgi, szepty i oczarowania.

– Będę kochać cię nad życie – wyznał Zdzisław Krystynie stojąc na ślubnym kobiercu w pałacu ślubów Hosanna, wręczając jej symboliczną gałązkę drzewa kłamstwa przybraną jedynie dwiema wstążeczkami. Wiedział, że lubiła proste formy. Tego dnia wprost zgadywał jej życzenia.

– Szacunek, miłość, oddanie – na tle bukietu kłamstwa te słowa nabierały nowego znaczenia. Niektóre kobiety przyjmowały je lekko i z wdziękiem, inne poważnie, jakby były to portfele wypełnione grubymi plikami banknotów, jeszcze inne z uśmiechem, tak jakby kwiaty im się zawsze należały.

Umiejętności doboru, wręczania i otrzymywania bukietów kłamstwa dzieci uczyły się od osób dorosłych w sposób naturalny i niewymuszony. Było w tym coś budującego, jak szybko nabywały tych umiejętności.

– Czy odrobiłaś już lekcje, kochanie? – zapytał ojciec swoją Jolę, uczennicę drugiej klasy.

– Oczywiście, tatusiu. Odrobiłam je wyjątkowo solidnie, choć miałam mało czasu – dziewczynka uśmiechnęła się, wręczając ojcu gałązkę kłamstwa zapakowaną w celofan z kolorowymi wstążeczkami. – Sama je namalowałam – dodała.  

Dzięki bukietom kłamstwa ludziom łatwiej było porozumiewać się bez słów. Czarno-czerwone kwiaty miały w sobie niezwykły urok. Kiedy w domu stał taki bukiet, mniej było kłótni, życie toczyło się pogodniej. Czasem wystarczył nawet jeden mały, ale ładnie ułożony bukiecik, aby rozradować napięcie lub uśmierzyć kłótnię.

Z bukietów kłamstwa chętnie korzystali tłumacze języka migowego. Nadia, zatrudniona w telewizji jako tłumaczka tego języka, była wręcz entuzjastyczna.

– Wreszcie mamy coś, co ułatwia nam, tłumaczom migowym, komunikację. Ileż musiałam namachać się rękami, dłońmi i palcami tłumacząc wystąpienie jakiegoś naukowca lub urzędnika na konferencji prasowej! To niewiarygodne. Teraz posiłkuję się bukietem kłamstwa i wszyscy obserwujący mnie wiedzą, o co chodzi. Ważne jest ułożenie gałązek w odpowiedni sposób. Sygnał staje się wtedy mocniejszy, a przekaz wyraźniejszy.

Wkrótce pojawiły się reklamy zachęcające do kupowania bukietów kłamstwa. Najbardziej popularne było hasło: Człowiek może cię oszukać, kwiat nigdy ci nie skłamie”.

W telewizji odbyło się kilka dyskusji na temat najbardziej popularnych kwiatów sezonu. Udział brali w nich ogrodnicy, przyrodnicy, etycy a nawet historycy. Każdy z nich miał coś ciekawego do powiedzenia. Najwięcej kontrowersji wywołała wypowiedź katechetki, starszej wysuszonej niewiasty w granatowej sukience, zatrudnionej w biurze porad sercowych i matrymonialnych.

– Nie musisz się tłumaczyć, że popełniłeś czy popełniłaś zdradę. Wręczasz bukiet kłamstwa i masz sprawę z głowy. Każda kobieta to zrozumie, każdy mężczyzna wybaczy.

Osoby obecne na widowni argumentowały, że jeden bukiet niekoniecznie wszystko załatwi.

Zapytany o kwiaty kłamstwa rzecznik rządu zdystansował się ostrożnie.

– Jesteśmy nowoczesnym, demokratycznym społeczeństwem. Korzystanie czy nie korzystania z bukietów kłamstwa to wybór indywidualny, jeśli tylko mieści się on w granicach konstytucyjnego prawa wolności słowa i ekspresji.

– Czy ministerstwo szkolnictwa myśli o wprowadzeniu do programu edukacji sztuki układania kwiatów kłamstwa?

Na to pytanie rzecznik odpowiedział wymijająco:

– Nic mi o tym nie wiadomo. Proszę pytać o to ministra szkolnictwa.

Po dwóch latach okazało się, że z ogrodów prawie całkowicie znikły drzewa prawdy wyparte przez drzewa kłamstwa.

– To było nie do uniknięcia. Kwiaty drzewa kłamstwa są oryginalniejsze w kształcie, bogatsze w kolorze i piękniej pachną – wyjaśniali ogrodnicy. – Dlatego ludzie chętniej je kupują i hodują. Każdego roku mamy coraz więcej klientów zgłaszających się po ich sadzonki.

Drzewa kłamstwa okazały się też bardziej odporne na niekorzystne warunki atmosferyczne, mróz, suszę, obfite deszcze, silny wiatr oraz szkodniki.

– Jak na razie nic się ich nie ima. Może z czasem pojawi się jakieś robactwo, bakterie lub grzyby wywołujące choroby, ale miejmy nadzieję, że nie nastąpi to prędko – tłumaczyli ogrodnicy, osoby najlepiej zorientowane w zawiłościach rozwoju drzew kłamstwa.

Obydwie odmiany drzew można było sadzić wiosną, latem i jesienią, pod warunkiem, że przez pierwsze cztery tygodnie sadzonki będą należycie podlewane i osłonięte przed nadmiernym słońcem i zimnym wiatrem. Pół litra wody wystarczało na tydzień dla jednego drzewka.

Późną wiosną odkryto jeszcze jedną użyteczną właściwość kwiatów kłamstwa. Okazało się, że mają one znaczenie lecznicze. Kobieta w białym fartuchu reprezentująca firmę Gemma Flowers tłumaczyła w telewizji, że napar z ich kwiatów działa leczniczo na bóle sumienia.

Po kilku dalszych latach rosnącej popularności drzew kłamstwa pojawiła się ich krzyżówka z drzewem przekleństw. Z wyglądu obydwa gatunki drzew były prawie identyczne, w kwiatach hybrydy było tylko więcej szarości. Najczęściej były one nie do odróżnienia. Uwidoczniło to zupełnie nieoczekiwany problem.

– O ile kwiaty kłamstwa wszystkim odpowiadają zapachem, kolorem i kształtem, o tyle te z domieszką przekleństw wyraźnie śmierdzą prostactwem i chamstwem.

Niechęć społeczeństwa do nowej hybrydy była tak wielka, że ministerstwo rolnictwa wydało zakaz hodowli krzyżówek drzewa kłamstwa i drzewa przekleństwa. Nakazano też zniszczenie istniejących ich egzemplarzy. Ponieważ nie wszyscy obywatele potraktowali nowe prawo z należytym szacunkiem, w domach i ogrodach pojawili się strażnicy miejscy a nawet policjanci. Wręczali oni mandaty oraz niszczyli drzewa podobne do wzorca, jaki mieli w smartfonach i na zdjęciach. Kiedy wszystkie krzyżówki z udziałem drzewa przekleństwa zostały zniszczone, okazało się, że niewiele to dało. Ludzie nadal bluzgali jak rzeźnik tonący w kloace.

– Świat kręci się jak zawsze dookoła własnej osi i wokół słońca, niezależnie od tego czy na ziemi rosną drzewa kłamstwa, prawdy czy też hybrydy. Wszystko zależy od poczucia piękna i estetyki. Jedni lubią kwiaty drobne i białe, inni większe, czarnoczerwone. Czy mają one więcej czy mniej szarości, czy też nie mają jej w ogóle, wielu osobom nie robi jednak różnicy. Mamy coraz bardziej liberalne społeczeństwo. Przekleństwa zadomowiły się w naszym życiu podobnie jak drzewa kłamstwa i prawdy w ogrodach – tłumaczono w programie „Kultura roślin” w telewizji. – I tak już musi być, chyba żebyśmy wystrzelali tych najbardziej przeklinających dla odstraszenia pozostałych. To jest oczywiście niemożliwe, bo kraj by się wyludnił.

Nie były to mądre słowa. Następnego tygodnia zastrzelono znanego polityka oraz ciężko zraniono dwóch innych.

Michael Tequila
Gdańsk, 9 marca 2021

0Shares

Zabójstwo. Opowiadanie surrealistyczne.

– Zabiła go pogoda – orzekł młodszy posterunkowy Zupak, wyjmując ołówek, kalkę i notatnik.

Pogoda nie mogła być nędzniejsza. Od trzech dni tumany chmur wałęsały się przy ziemi, rozkołtunione, wredne, duszące za szyję samym swym widokiem. W końcu dopadła Szaleńca walczącego z wiatrakami uprzedzeń rasowych, seksualnych i medycznych, kiedy szedł do sklepu z psem, schwyciła za gardło i zdusiła ku ziemi. Nawet się nie bronił. Kilka razy poruszył nerwowo nogami jakby chciał podbiec do odjeżdżającego autobusu i to było wszystko.

– Świadkowie twierdzą, że poruszył nogami pięć razy, inni, że trzy – zapisał w notatniku posterunkowy Zupak. – Tak czy inaczej po zakończeniu tego dziwnego spektaklu denat znieruchomiał na dobre. Tak to sobie wydedukowałem.

Wierny pies Szaleńca uciekł, aby zanieść wiadomość rodzinie, że czas już dzielić spadek. Sam miał nadzieję na stosik świeżych kości oraz większą sztukę wołową, jakie właściciel obiecał mu zapisać w swojej ostatniej woli. Domownicy ucieszeni wiadomością się rzucili do szafki, gdzie Szaleniec trzymał dokumenty, była jednak zamknięta na kłódkę i dodatkowo zakratowana.

Upadły leżał przy chodniku w kałuży błota. Obchodzono go z daleka, bo przedstawiał niemiły a może nawet i odrażający widok, zachowując na ustach wyzywający, sardoniczny uśmiech jakby to on uśmiercił pogodę, a nie ona jego.

– Niby to człowiek, ale bardziej przypomina rozmamłany wór starych ubrań dla bezdomnych ofiar wielkiego dobrobytu. – Szeptały między sobą dwie niewiasty. Stały naprzeciwko siebie i konwersowały; jedna młoda ubrana na czarno, w szerokiej spódnicy i druga starsza, w kolorowym stroju dzierlatki i getrach tak obcisłych, że momentami znikał pod nimi kształt jej nóg.

I leżałby tak człowiek szalony, ofiara pogody, do końca świata, gdyby nie słoneczko, które pojawiło się dwie godziny później oraz sześć naparstków whisky, jakie litościwy pijak wlał mu do ust. Ratując człowieka, słowa modlitwy spływały z jego własnych ust wysuszonych wieloletnim obcowaniem z napojami wyskokowymi.

– Życzyłbym sobie, aby i mnie ktoś wyświadczył taką przysługę, kiedy będę na ziemi na klęczkach głodu i pragnienia.

– Masz to jak w banku – odezwał się głos od strony wysokiego budynku, gdzie zakwaterowano wielką gromadę nowoczesnych Samarytan od Świętego Grzechu. Patrzyli w dół z dziesiątego piętra pozdrawiając go rękami pełnymi obietnic.

Ich ciepłe gesty dotarły do Pijaka i Szaleńca przekonując ich ostatecznie, że świat jest piękny mimo nędznej pogody, okrutnego wirusa,  zazdrosnych kochanek, zaplutych polityków i wszystkich innych nieszczęść cywilizacji.

Michael Tequila
Gdańsk, 4 marca 2021

0Shares