Głowy w autobusie do Jaipuru. Opowiadanie. Odc. 15: Katmandu. Abstrakcja i historia.

Następnego dnia temperatura i ciśnienie zmieniły się, niebo rozjaśniło swój błękit, inaczej pachniało powietrze, wydawało się, że czas uległ przyśpieszeniu i sprawy toczą się szybciej. Uświadomił im to Młody, kiedy zapytał:

– Czy nie sądzicie, że dzisiaj nawet Kantyna jest bardziej przytomny i porusza się szybciej?

Wszystkim udzieliła się atmosfera przyśpieszenia. Rozmowy stały się luźniejsze i jakby ekstrawaganckie. Nagle wzięli sobie do serca lokalną rzeczywistość. Była drastycznie inna niż w Nomadii. Wiedzieli to już wcześniej ale dopiero teraz ją odczuli, jakby tu żyli od lat i doświadczali jej w każdym momencie. To był zupełnie inny świat. Wyłaniał się z chaosu i nie mógł sobie z tym poradzić. Było coś, co pędziło go naprzód, coś, co go cofało do przeszłości, i coś, co trzymało go w miejscu. Nic nie podlegało porządkowi. Chodniki na ulicach stawały dęba, śmieci nie chciały się sprzątać, autobusy nie przyjeżdżały po dzieci, aby zabrać je do szkoły.

Kwitła bieda, ale jej kwiaty nie wydawały słodkich zapachów, tylko stęchły zaduch. Ludzie dniem i nocą koczowali na otwartym powietrzu. Na ulicach sprzedawano, gotowano, rozmawiano, wykonywano prace użytkowe, załatwiano sprawy. Urzędy działały opieszale i byle jak. Mieszkańcy przemieszczali się nieprzerwanie, setkami i tysiącami z miejsca na miejsce niby uparte mrówki. Miasto stanowiło jedno wielkie pole bitwy, gdzie ludzie toczyli bezwzględną walkę z losem o przeżycie do następnego dnia.

Podsumował to Dobroczyńca. Nikogo to nie zdziwiło, ponieważ zawsze był rzecznikiem lokalnych społeczności, zwłaszcza dzieci. W czasie przerwy w zwiedzaniu miasta zebrało mu się na przemówienie.

– W Indiach i w Nepalu wszystko jest święte. Krowy, małpy, szczury, Ganges, bogowie i boginie, ich wcielenia, świątynie. Najbiedniejsi to też święte krowy. Nikt ich nie atakuje, ale też nikt im nie pomaga. Nie sprzedałeś kilku naszyjników, nie użebrałeś, nie przewiozłeś pasażera rykszą, to nie masz co włożyć do ust. To jest ich prawda.

To samo jest z edukacją, opieką lekarską, mieszkaniem i transportem. Nikt się nie przejmuje, że ktoś zachorował i umiera, z wyjątkiem osób najbliższych. A i to nie jest pewne. To okropne!

Po przerwie na odpoczynek i posiłek znowu przyśpieszyli. Przewo mówił krótszymi zdaniami. Ciął je na kawałki, częściej używał równoważników zdań.

– To bardzo stare miasto. Zostało założone w siedemset dwudziestym trzecim roku przez króla Gunakamadevę. O tym królu powiem później, jeśli zostanie mi trochę czasu. Stare miasto jest znane ze świątyń, Obok siebie koegzystują świątynie hinduistyczne, buddyjskie i chrześcijańskie, chociaż chrześcijan jest tu jak na lekarstwo. To tylko kilka kościołów protestanckich i sal Królestwa Świadków Jehowy.

– To my jesteśmy w Katmandu większą grupą chrześcijan? – Inżynier uniwersalny usiłował wtrącić swoje dwa grosze. – Ale co to za chrześcijanie! – popatrzył wymownie na Kantynę usiłującego na uboczu dolać sobie kawy z termosu, o którym wszyscy wiedzieli, że mieści tylko alkohol.

Adresat inżynierskich uwag nie tylko nie poczuł się urażony, ale wyprostował się jakby przywrócono mu godność. W swojej pomrocznej rzeczywistości or również uczestniczył w grze wymiany myśli i opisów lokalnej rzeczywistości. Rozmawiali na luzie, tak jakby sprawy życia i śmierci, losu jednostki, boskich wyroków, brudu i czystości, choroby i zdrowia były równie ważne jak ołówek, stara kanapka z szynką, gumka do majtek czy ulotne spojrzenie przechodnia na ulicznego sprzedawcę.

Powaga wróciła do nich, kiedy zwiedzali niezwykłe zabytki starej części Katmandu: Durbar Square z pałacem królewskim Hanuman Doka,

Patarn Durbar Square (zdj), Bhaktapur oraz stupę Swayambhunath.

Stupa znana była także jako Świątynia Małp, których wiele żyło w jej północno-zachodniej. Przewo wyjaśnił, jest stupa to budowla sakralna symbolizująca oświecony stan Buddy.

– Na terenie Sri Lanki stupy buddyjskie noszą nazwę dagoby, w Tajlandii – czedi, w Indonezji – candi, w Bhutanie, Nepalu i Tybecie – czortenu, w Mongolii – suburganu. Czy nie jest to ciekawe? – zapytał oczekując z nadzieją, że ktoś zechce się z nim zgodzić.

0Shares

Głowy w autobusie do Jaipuru. Opowiadanie. Odc. 13: Problem Kantyny

Wysoki, dobrze ubrany chudzielec o wiecznie zamglonych oczach, od początku wycieczki miał sławę moczymordy, która prawie natychmiast przysporzyła mu ksywę Alkoholik. Zastąpiła ona dziwne imię Baraku, jakie sam zainteresowany podał Przewo – w rzadkiej chwili półprzytomności – w obecności kilku członków grupy. Nikt mu jednak nie uwierzył, ponieważ oczy miał zeszklone niby maślaki wyjęte z octu.

Pierwszy wypowiedział się Fotograf.

– To nie jest dobry pseudonim. Wprawdzie dokładnie określa samego zainteresowanego, ale rzuca negatywne światło na nas wszystkich, ponieważ jest jednym z nas, obywatelem tego samego kraju. Mnie to krępuje. 

Kilka osób poparło Fotografa również uznając ksywę za niezręczną. Zaproponowali w zamian Alko, argumentując, że jest to określenie prostsze, doskonale zrozumiale dla grupy, niezrozumiałe natomiast dla ludzi z zewnątrz, przede wszystkim recepcjonistów, kelnerów i barmanów oraz innych pracowników obsługi w hotelach, gdzie się zatrzymywali, kimkolwiek by oni nie byli.

Nowa ksywa też napotkała opór. Kilka osób uznało, głównie kobiety, że Alko brzmi zbyt łagodnie.

– Ten pijus nie przysparza nam sławy i nie musimy go oszczędzać.

Ktoś natychmiast zaproponował Szynkwas, uzasadniając, że jest to określenie wyraziste, historyczne i niezrozumiałe dla tubylców. Odbyła się dyskusja, zanim wszyscy zgodzili się, że wprawdzie jest to nazwa historyczna, to jednak bardzo już zdezaktualizowana i zaprzeczająca godności człowieka, choćby nawet podłego gatunku.

– Psa tak można nazwać. Nie pasuje to jednak do człowieka. W ogóle mi ona nie leży – był to głos Ateisty, inżyniera z górnej półki, o tyle nietypowy, że on sam otwarcie deklarował się jako nieprzejednany wróg alkoholu i pijaków.

Nie był to koniec ewolucji pseudonimu. Dyskusja trwała jeszcze przy kolacji. Ostatecznie przyjęła się ksywa Kantyna; uznano ją za najbardziej wyważoną.

*****

Wymyślenie ksywy niczego nie rozwiązywało oprócz problemu komunikacji między członkami grupy. Już z samego rana następnego dnia Kantyna pojawił się na śniadaniu z twarzą zaciemnioną pustką alkoholowego wyczerpania. Chodził między stolikami zwracając na siebie uwagę innych gości hotelowych i obsługi. Po zakończeniu posiłku, kiedy szli do autobusu, wlókł się milcząco za grupą na gumowych nogach, zupełnie jak robot, tylko bardziej miękko, mniej mechanicznie. Wszyscy już wiedzieli, że potrafi trwać w stanie nieustannego upojenia, dwadzieścia cztery godziny na dobę.

– A nawet dłużej. On jest po prostu niezniszczalny – dodawali kiwając z niechęcą głowami ci, którzy mieszkając w sąsiednich pokojach w hotelu widywali go najczęściej.

*****

Sytuacja okazała się podlejsza niż można było przewidywać. Rozmawiali o tym z Przewo, odpowiadającym za grupę z ramienia firmy turystycznej, organizatora wyjazdu, oraz między sobą; nikt jednak nie widział rozwiązania.

Kantyna okazał się przekleństwem grupy wycieczkowej. Trzeba było nieprzerwanie go pilnować, ponieważ zgodnie z regulaminem wycieczki grupa miała podróżować razem. Istniał ponadto dobry zwyczaj i praktyka, że członkowie grupy pomagali sobie i wzajemnie się pilnowali, na ile tylko było to praktyczne.

Z Kantyną było inaczej. Nikt nigdy nie wiedział, gdzie jest i co robi. Starał trzymać się grupy, najczęściej jednak to mu się nie udawało. Dobroczyńca, sam nie wylewający za kołnierz, przypisywał mu demoniczne możliwości. Twierdził, że opiera je na obserwacjach.

– Kantyna to prawdziwy prestidigitator; on potrafi wydobyć alkohol nawet z podłogi. Sam wczoraj widziałem, miał akurat uchylone drzwi do pokoju, jak przykucnął przy fotelu, włożył do ust rurkę wyjętą chyba ze szpary w podłodze, i pił. Nie mam pojęcia, jak on to robi.

Zła sława Kantyny rosła z dnia na dzień. Jedynym i niezaprzeczalnym plusem było to, że był on niezwykle spokojny, a nawet uczynny, nie podnosił głosu, nie awanturował się.

– On jest jak z waty, miękki i wyciszony. Dotkniesz go i nic nie czujesz. – Darczyńca miał o Kantynie więcej wiedzy niż inni. Przyciśnięty wyjawił, że usiłował zbliżyć się do niego, zaprzyjaźnić i zrozumieć, aby móc na niego wpływać.

– Mam wrażenie, że on uważa siebie za kogoś duchowo zbliżonego do sadhu, ascety i cierpiętnika. Błądzi we mgle zadumy duchowej, jaką w Indiach nazywają stanem błogosławionego zamyślenia. Powiedział mi to kiedyś, kiedy wydawało mi się, że uda mi się zaprzyjaźnić się z nim.

Na prośbę grupy Darczyńca zobowiązał się zebrać więcej informacji o Kantynie. Dostarczył mu ich telefonicznie brat jego serdecznego przyjaciela ze studiów. Jak się okazało, to żona Kantyny wysłała go na wycieczkę.

– Już nie daję sobie rady. Wreszcie będę mieć trochę wolnego czasu dla siebie. Nie będę musiała pilnować go, aby nie wpadł pod samochód, autobus lub tramwaj. To alkoholik, który nie chce się leczyć, uważając, że nic mu nie jest. Wielka szkoda, że u nas nie ma więzienia za alkoholizm i przymusowego leczenia! Kiedy Baraku jest sam, pije mniej, twierdząc, że nie podoba mu się samotny obraz w lustrze; woli patrzeć ma inne twarze. Ma przebłyski świadomości, zrobi nawet zakupy, ale nie mogę go nigdzie wysłać, bo mając pieniądze kupuje alkohol w dużych ilościach. O godzinie czwartej mój rabbi krząta się po kuchni, niespokojna dusza, sprząta, słyszę szuranie, przestawia butelki. Bardzo to lubi. On potrafi wszystko, nawet przeżyć delirium trzy razy dziennie, kiedy idzie w tan z kolegami.

W czasie spotkania grupy po kolacji, ktoś nazwał Kantynę makabrą i upiorem. Kindżał, sam oryginał nieokiełznany w poglądach, zaprotestował.

– Takie słowa gwałcą logikę horroru i strachu, która intensywne opisy rezerwuje dla zdarzeń gwałtowniejszych niż włóczenie się gdzieś po pijanemu, mianowicie do scen ociekających posoką i krwią przegryzionego gardła. Tak nie powinniśmy mówić.

0Shares

Głowy w autobusie do Jaipuru. Opowiadanie. Odc. 9: Mnemotechnika imion, ksyw i postaci.

Imiona i nazwiska uczestników wycieczki stanowiły dla Iwana Iwanowicza ogromne wyzwanie od początku wyprawy do Indii. Nigdy nie miał pamięci do twarzy ani imion. Jeśli pamiętał twarz, to imię uciekało jego pamięci, lub na odwrót, mimo że miał wrodzone pewne zdolności typowe dla fizjonomisty, człowieka umiejącego rozpoznawać cechy umysłu i emocje innej osoby z wyglądu jej twarzy i postaci.

Przy pierwszym spotkaniu Iwan Iwanowicz łatwo zapamiętał imiona tylko trzech uczestników, pozostałe zapomniał już po pięciu minutach, niektóre z nich ponadto mu się myliły.

– Moja pamięć psu na budę się zdała – zżymał się.

Aby nie pogubić się całkowicie, oznaczył wszystkie osoby pseudonimami nawiązującymi do ich cech zewnętrznych, wyglądu lub zachowań, których nie sposób było pomylić. Ksywy nie przypominały imion, posługiwanie się nimi zależało od ich akceptacji przez innych uczestników wycieczki, bez tego używanie ich mogło być niezręczne. Okazało się, że przyjęły się one wyjątkowo łatwo i szybko; może nie od razu, ale już po kilku dniach powszechnie je używano. Pomysł był skuteczny i to było najważniejsze.

Tak więc Iwan Iwanowicz przywoływał w pamięci towarzyszy podróży skojarzeniami, używając ich w rozmowach: Uśmiechnięta, Porywczy, Alko, Miłośnik Zdjęć, Młody, Przymglone Oko, Fotograf, Dobroczyńca, Kindżał, Wysoka z Kokiem, Rasputin, Półgębek. Siebie oznaczył kryptonimem Śnięty, nie ujawniając tego nikomu. Na szczęście nie było takiej potrzeby, gdyż wszyscy łatwo zapamiętali jego imię i tak się do niego zwracali. Kiedy ujawnił, że niegdyś zawodowo zajmował się zegarkami, nazywali go też Zegarmistrzem. Widzieli jego słabość do przysypiania po bezsennej nocy, lecz nikt mu tego nie wypominał, tym bardziej, że sami też jej ulegali, najchętniej w czasie jazdy autobusem. Pogodzili się, że Iwan ksywa Zegarmistrz jest zawsze śpiący jak suseł w Boże Narodzenie, kiedy na ziemi szaleje zima, a on leży zagrzebany w grubej pierzynie liści zgromadzonych przez wiatr w górskiej jaskini.

– Każdy ma prawo być oryginałem – usprawiedliwiał siebie Iwan Iwanowicz. Temat bycia ekscentrykiem był tak intrygujący, że postanowił poświęcić mu w przyszłości więcej uwagi, może nawet ująć go w pamiętniku.

Razem z grupą Iwan Iwanowicz poznał też przewodnika wycieczki. Podał on wszystkim swoje imię i nazwisko, nikt jednak nie starał się nawet ich zapamiętać. Pozostał Przewodnikiem, w skrócie Przewo. Nie zwracano się do niego inaczej. Czasem tylko mówiono Przewo 13. Był to numer grupy, do której należeli.

Dla Iwana Iwanowicza trzynastka była szczęśliwa. Pod tym numerem wygrał kiedyś na wielkiej loterii fantowej pierwszą nagrodę. Nie chciał jednak ujawnić, co to było, więc nie za bardzo wierzono w jego wygraną. Z samą trzynastką było inaczej. Tak bardzo w nią wierzył, że wkrótce większość uczestników była przekonana, że grupa nie mogła mieć szczęśliwszego numeru.

Przewodnik grupy nie mógł być lepszy. Był doskonale zorganizowany, pomocny, przewidujący najbardziej dziwaczne oczekiwania i sytuacje uczestników wycieczki, wiedział o Indiach i Nepalu prawie wszystko, był biegły w historii i zwyczajach zwłaszcza Indii.

– Więcej wiedzy o kraju, jego historii i tradycjach zawierają chyba tylko Wedy, święte księgi hinduizmu – już po kilku dniach pół żartem, pół serio mówili między sobą uczestnicy Trzynastki.

Od kilkunastu lat Przewo mieszkał w Indiach. Jego żoną była dawna mieszkanka Butanu, której przodkowie przenieśli się do Indii i przeszli na hinduizm.

Ślub hinduistyczny.

Była osobą majętną, z wyższym wykształceniem; nie była jednak zbyt urodziwa. Przewo pokazywał jej zdjęcie.

– Jest osobą niezwykle sympatyczną, nie mogłem znaleźć lepszej żony. Niektóre żony tutaj traktują mężów jak istoty wyższe. Walczyłem z tym bałwochwalstwem, lecz przestałem, kiedy teściowa powiedziała mi, abym poważnie zastanowił się nad tym, co robię.

– Nie musisz płynąć pod prąd naszych przekonań, że mężczyzna to istota bliższa ideału niż kobieta.

Korzystając z wysokiej pozycji społecznej żony i jej kontaktów Przewo zbudował solidną wiedzę o Indiach, stając się idealnym łącznikiem między skromną duchowością nomadyjską a nieokiełznaną religijnością hinduską. Dzięki jego wiedzy oraz bogatym doświadczeniom osobistym, uczestnikom wycieczki łatwiej było poznawać i rozumieć Indie. Nikomu to się zresztą nie udało; wszyscy wracali przekonani, że Indie są nie do zgłębienia.

W wolnych chwilach Przewo chętnie odpowiadał na pytania. Często widziano go razem ze Śmiejącym się Półgębkiem, jak siedzą w cieniu na ławce w porze odpoczynku i konwersują ze sobą, podobni do braci syjamskich, zanurzeni w poważną wymianę słów, gestów i znaczeń.

De lachende man, Rembrandt van Rijn, 1629-1630, Mauritshuis, The Hague

0Shares

Głowy w autobusie do Jaipuru. Opowiadanie. Odc. 8: Iwan Iwanowicz snuje wspomnienia.

Alkohol na czwartym piętrze hotelu wzbudził w Iwanie Iwanowiczu wspomnienia. Przypomniał sobie pierwsze spotkanie z uczestnikami wycieczki na stołecznym lotnisku przed odlotem do Indii. Grupa liczyła trzydzieści osób, jak nożem ciął. Iwan Iwanowicz zastanawiał się, czy ten fakt ma jakieś szczególne znaczenie, ale zarzucił rozmyślania wobec bogactwa innych bodźców. Grupę podzielił na kategorie. To był nawyk, z którym bezskutecznie walczył, coś liczyć, dzielić, komponować lub dekomponować. Był mocny w statystyce, lubił liczby. Uważał, że kwantyfikują one rozumienie świata, zapewniają jego dokładniejsze poznanie. Pytany, dlaczego to robi, przedstawiał dowody.

– Mówimy na przykład, że większość Nomadyjczyków to ludzie wierzący. Co to znaczy większość? Równie dobrze może to być pięćdziesiąt jeden jak i dziewięćdziesiąt dziewięć procent. Dopiero jak ustalisz, że wierzący stanowią osiemdziesiąt trzy procent społeczeństwa, to wiesz na czym stoisz. Statystyka to liczby, fundament rozumienia świata.

Kiedy to mówił, niektórzy wycieczkowicze widzieli kolorowe pawie pióra wyrastające mu z pleców. Dwóch mężczyzn z grupy gotowych było nawet przysiąc, że to prawda. Gdyby tak się stało, reputacja Iwana Iwanowicza uległaby co najmniej zachwianiu. Miał szczęście; w jego obronie nieoczekiwanie wystąpiła Wysoka z Kokiem.

– Jeśli mężczyzna ma czymś się chwalić, nie można mieć mu za złe, że sygnalizuje to kolorowym upierzeniem. Wolę opierzonego dziwaka, jak go nazywacie, z pawimi piórami, niż intelektualnego gołodupca bez pawich piór. Spojrzała przy tym na krytyków Zegarmistrza w taki sposób, że zrezygnowali z dalszego podawania w wątpliwość jego nawyków i manier.

O Wysokiej z Kokiem mówiono, że zagłodziła na śmierć swego męża, kiedy dowiedziała się, że przegrał w karty większą część majątku, jaki w posagu wniosła do małżeństwa. Mówili to ci dwaj, którzy pawimi piórami usiłowali podać w wątpliwość statystyczne nawyki Iwana Iwanowicza. Tak czy inaczej, mąż Wysokiej z Kokiem już nie żył, nie było więc możliwości zweryfikowania, co jest, a co nie jest prawdą.

Od czasu obrony swojej reputacji przez Wysoką z Kokiem, Iwan Iwanowicz pamiętał już jej imię: Anita. Był jej to winien.

– Moja pamięć otrzymała stymulującego kopa. To jeszcze jedna lekcja, jak skojarzyć sobie imię z osobą. Nie tylko wygląd i twarz człowieka, ale i czyn, tworzą mocne połączenia neuronowe w mózgu. – Iwan Iwanowicz niby to żartobliwie wywnętrzał się wieczorem w pokoju licząc na Kindżała, że podejmie rozmowę. Nie miał szczęścia, zbieracz zdobnych sztyletów pochłonięty był oglądaniem pod lupą finezyjnego wykończenia kolejnego nabytku. Nieco zdegustowany brakiem zainteresowania przyjaciela, Iwan Iwanowicz zauważył, tym razem tylko na własną potrzebę, że nigdy nie jest wiadome, co jest fikcją a co rzeczywistością w głowach ludzi, których los połączył wspólną podróżą do Indii.

– Ludzie to bajarze i zmyślacze – zasugerował Kindżałowi i ten się zgodził.

*****

Pierwsza kategoria uczestników grupy trzynastej obejmowała osoby powyżej lat sześćdziesięciu i zawierała się w liczbie dwudziestu pięciu. Była to grupa dominująca. Iwan Iwanowicz zastanawiał się, jak to było możliwe. Czyżby tylko ludzie starsi byli ciekawi świata? W kategorii do lat sześćdziesięciu było tylko pięć osób, w tym trzy nieprzyzwoicie młode, w wieku około trzydziestki. Miał wrażenie, że społeczeństwo potraktowało je jak wyrzutków.

– Zamiast docenić i zatrudnić w gorącej końcówce roku ten rezerwuar młodości, wysyłają go w delegację na odległy kontynent, gdzie ludzie umierają młodo. Tak jakby chciano ich nastraszyć, aby szybciej wpłacali składki emerytalne, ponieważ nie zostało im wiele do przeżycia – tłumaczył Kindżałowi.

Uczestnicy wycieczki stopniowo dopasowali się nawzajem do siebie. Polubili się nawzajem, może dlatego, że nie musieli spędzać ze sobą pozostałej części życia, tylko kilkanaście dni. Atmosfera była pozytywna, oparta na wzajemnym szacunku. Jak się potem okazało, jego fundamentem była wspólna pasja zwiedzania zabytków i dokumentowania tego maksymalną ilością zdjęć. Krytykując innych, Iwan Iwanowicz nie dostrzegał belki we własnym oku.

– Mam wrażenie, że dla naszego towarzysza podróży, Rasputina, ważniejsze jest uwiecznianie się na zdjęciach na tle świątyń, świętych krów, świętej rzeki Ganges, tubylców, czy nawet ciekawszego słupa ogłoszeniowego, niż zwiedzanie zabytków i słuchanie ciekawych historii opowiadanych przez Przewo – oświadczył Kindżałowi, z którym los każdego wieczoru łączył go wspólnotą pobytu w jednym pokoju hotelowym. Tolerancja wzajemnych odrębności pozwoliła obydwu zachować spokój ducha.

*****

Zapamiętanie imion i nazwisk kilkudziesięciu uczestników było niemożliwe, choć Przewo odczytywał je każdego dnia dla sprawdzenia, czy wszyscy są obecni. Osoba, której nazwisko wyczytano, odpowiadała lakonicznym „Jestem”, ewentualnie „Obecny”, rzadziej „Przewo, dlaczego stale pytasz mnie o to samo? Przecież widzisz, że jestem!”. Iwanowi Iwanowiczowi przyszło na myśl, że w Indiach to zgodne potakiwanie „ Jestem”, „Obecny” czy rzadziej słyszane „Do usług” lub „Całuję nóżki waćpana”, stanowi formę spadku po imperialistach brytyjskich, usiłujących zrobić z podbitego narodu potakiwaczy i służalców. Myśl wydała mu się przesadna i niestosowna; porzucił ją z obawy, że skazi jego umysł jakąś nieznaną psychiczną toksyną.

Przewo z uwagą i powagą każdorazowo sprawdzał obecność, czyniąc to może z nawyku, a może z potrzeby serca. W rzeczywistości robił to z ostrożności.

– Woli dmuchać na zimne – zaopiniował ktoś zza pleców innych osób. Jak się okazało, kiedyś jeden z uczestników jego grupy zgubił mu się i odnalazł dopiero po latach, tak bardzo odmieniony, że ani rodzina ani krajanie go nie poznali. Wedle jego wyjaśnień, lata nieobecności spędził na ulicach i w aśramie, dzięki czemu z gwałtownika i pijaka stał się uduchowionym ascetą. Po krótkim pobycie w kraju ojczystym wrócił do Indii, legitymując to ciekawym wyjaśnieniem:

– Nie pasuję już do naszego społeczeństwa, rozbudzonego i pozytywnego w ogólności, lecz zatrutego pesymizmem i narzekaniem, w dodatku łatwego do kupienia tanimi obietnicami.

0Shares

Głowy w autobusie do Jaipuru. Opowiadanie. Odc. 5: Nad rzeką Bagmati.

Grupa wycieczkowa znalazła się w mieście Patan na rzeką Bagmati. Patan to nepalski odpowiednik hinduskiego Varanasi położonego nad Gangesem, uznawanego za święte miasto, dla wyznawców hinduizmu najodpowiedniejsze miejsce żegnania zmarłych przez spalenie na stosie.

Patan, niegdyś zwany Lalitpur, czyli „Miasto Piękna”, to jedna z dawnych stolic doliny. Leży na południe od Katmandu, po drugiej stronie rzeki Bagmati. Z dwustu trzydziestoma tysiącami mieszkańców jest trzecim, największym miastem Nepalu. Turyści odwiedzają je głównie w celu zwiedzenia wspaniałego Pałacu Królewskiego i Durbar Square. Z uwagi na wyjątkową wartość zabytków historycznych Patan znalazł się wraz z sześcioma innymi podobnymi miejscami Doliny Katmandu na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Siódmego grudnia wycieczkowicze udali się pieszo nad rzekę Bagmati, aby obejrzeć ghaty, kamienne stopnie schodzące ku rzece, na których na stosie drewna pali się ciała zmarłych. Szli wzdłuż rzeki wąską uliczką obrzeżoną kolorowymi sklepikami, promieniującymi średniowieczną atmosferą. Jej staromodny charakter naruszały produkty importowane z Chin, eksponowane na wystawach, w kolorowych, nowoczesnych opakowaniach, oraz ludzie trzymający w rękach smartfony, słuchający, mówiący lub klikający w klawiaturę. Dalej, tuż nad samym brzegiem rzeki, zobaczyli przytulone do skały trzy malutkie domki, prowizoryczne konstrukcje, obwieszone starymi workami dla ochrony przed deszczem i zimnem. Antyczność miejsc i zabudowań mieszała się z teraźniejszością ubiorów, towarów na sklepowych wystawach i smartfonów, naruszając estetyczne odczucia nieprzyzwyczajonych do takich kontrastów turystów z Nomadii. Idąc, rozmawiali o zwierzętach, jakich spodziewali się w czasie spaceru przy drodze, małpach, psach i jaszczurkach.

Iwan Iwanowicz zdenerwował się z nieokreślonego powodu.

– Ja to chromolę – zwrócił się do osób idących obok niego. – Pies, małpa, jaszczurka! – Jakie to ma znaczenie! Tu trzeba myśleć o zmianie pojęcia czasu, na takie, w którym mieściłoby się zarówno średniowiecze jak i współczesność, starocie jak i telefon komórkowy najnowszej generacji.

W szerszym miejscu drogi zatrzymali się i przysiedli na ławkach, aby wysłuchać wyjaśnień przewodniczki. Słońce świeciło prosto w oczy Iwana Iwanowicza, więc je przymknął. Słowa mówiącej kobiety brzmiały to silniej, to słabiej w jego uszach. Przez półprzymknięte powieki ujrzał scenę zaprzeczającą jego wiedzy o rzece Bagmati. Przypominało to odsłonięcie kurtyny w teatrze zbrodni, gdzie zamiast sceny morderstwa ukazuje się sielski widok dzieci swawolących na wolnym powietrzu. Iwan Iwanowicz skoncentrował się. Słuchał młodego, poważnego mężczyznę w okularach, z czarną brodą, i zasobnych biodrach dojrzałej matrony nepalskiej.

– Nasza rzeka Bagmati, płynąca z wysokich gór, to proszę państwa, jedno z najczystszych miejsc w Nepalu, o poziomie higieny, o jakim w Europie nikt nie ma nawet prawa marzyć. Nastąpiło to dzięki zmianom jakie wprowadziliśmy w ochronie środowiska naturalnego. Zachowaniu tej czystości nie przeszkadza nawet to, że palimy tutaj, na ghatach Bagmati, naszych ukochanych zmarłych.

Iwan Iwanowicz zauważył, że przewodniczka przyciszyła głos, aby nie płoszyć nastroju przemówienia o świętości kremacji. Po zakończeniu wyjaśnień przewodnik skinął ręką, pojawili się ludzie z tablicami reklamowymi, zachęcając mieszkańców i turystów do rezerwacji czasu i miejsca kremacji dla rodziny i dla siebie. Kiedy ludzie zastanawiali się, jak na życzenie zjawił się przedstawiciel miejskiego przedsiębiorstwa Zakład Kremacji Śniegi Himalajów, młody Hindus w stroju Boga Małp Hanumana, z bloczkiem formularzy rezerwacyjnych, pieczątką i dowodami wpłaty za kremację. Z torby przewieszonej przez ramię wyjął elektroniczny kalendarz pokazujący daty roku bieżącego i przyszłego.

Wezwanie przyciągnęło kilku chętnych klientów, w tym małżeństwo z wycieczki Iwana Iwanowicza. Po krótkich negocjacjach mężczyzna uzgodnił datę i koszt spalenia swego ciała na ghacie. Oboje przeliczyli to na walutę własną. Wydali pomruk zadowolenia, że cena usługi była nie wyższa ni koszt śniadania w restauracji hotelu „Świat Marzeń” w centrum stolicy Nomadii. Kiedy zdali sobie z tego sprawę, mężczyzna dopędził oddalającego się pracownika Zakładu Kremacji Śniegi Himalajów i poprosił o podwójną usługę spalenia na stosie. Na pracowniku sprawiło to widocznie bardzo pozytywne wrażenie, ponieważ dodatkowo zaoferował bezpłatne zaproszenie dla dwóch uczestników stypy pogrzebowej przeznaczonej dla krewnych i przyjaciół zmarłego. Chwilę dyskutowali o menu, małżeństwo pytało jeszcze o listę alkoholi, jakie będą serwowane na stypie rodzinno-przyjacielsko-towarzyskiej, jak ją określał przedstawiciel Zakładu Kremacji Śniegi Himalajów.

Z ławki, na której siedział, Iwan Iwanowicz widział wyraźnie rzekę płynącą czystym i rześkim nurtem. Stosy pogrzebowe płonęły tylko na dwóch ghatach obsługiwanych przez pracowników Zakładu Kremacji Śniegi Himalajów. Mówiły to duże przywieszki imienne z nazwą i logo firmy przyczepione srebrnymi agrafkami do białych fartuchów. Jeden z pracowników, z oryginalnym zakończeniem plecionego warkoczem na czubku głowy, pozłacanymi grabkami spychał ze stosu popiół do rzeki. Tak się wydawało Iwanowi Iwanowiczowi, dopóki nie wstał i nie podszedł bliżej miejsca kremacji. Wtedy zauważył, że pod ghatą przyczepiona była na trzech żółtych skórzanych paseczkach czerwonoszara urna.

– Widać, że Śniegi Himalajów dbają o to, aby do rzeki nie wpadły nawet drobiny popiołu z płonącego stosu – powiedział głośno obracając się do tyłu, w przekonaniu, że razem z nim podeszli także inni uczestnicy grupy. Nikogo jednak nie zauważył.

Iwan Iwanowicz stał przy ghatach i patrzył na rzekę. Woda w niej była tak czysta, ze pracownicy firmy czerpali ją dłońmi i metalowymi kubkami i przykładali do ust, aby ugasić pragnienie.

Iwan Iwanowicz szedł w dół po schodkach bocznych ghaty zaczerpnął wody do termosu wyjętego z plecaka. Spróbował i uznał, że jest czysta i ożywcza w smaku.

– Jakiż ja byłem naiwny – pomyślał. – Uwierzyłem zdjęciom i opisom w Internecie, które pokazywały kawały niespalonego drewna w wodzie przypominającej brunatnoszary ściek.

Zdał sobie sprawę z siły złudzeń tworzonych przez sprytnie skonstruowane przekazy internetowe. Wyciągnął z plecaka zeszyt i długopis, i zaczął notować.

– Woda w Bagmati tuż przy ghatach jest doskonałej jakości. Wodę tę butelkuje się i rozsyła po całym świecie, ponieważ jest zaspokaja pragnienie lepiej niż słynna Coca-Cola. Kiedy to zanotował, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki ukazał się przed nim napis: „Coca-Cola to przeżytek. Pij Bagmati Water, najzdrowszą wodę na świecie”.

Wkrótce do Iwana Iwanowicza dołączyła reszta wycieczki. Stanęli naprzeciwko drugiej ghaty, z właśnie podpalonym stosem drewna. W ciągu minuty płomień rozhulał się jak wielki pożar. Obok pracowników Zakładu Kremacji Śniegi Himalajów stali członkowie rodziny, przyjaciele i znajomi zmarłego, czekali cierpliwie zbici w kupki i milczący. Ból i cierpienie malowały się na ich twarzach. Zwracali się do siebie z pocieszeniem składając razem dłonie i pochylając lekko głowę w rytualnym pozdrowieniu „namaste”.

– A ja czytałem, że oni stoją jak na przystanku autobusowym, rozprawiają o polityce, opowiadają sobie kawały i czekają na stypę pogrzebową – Iwan Iwanowicz zwrócił się do towarzyszącego mu wysokiego członka wycieczki ubranego w kraciastą koszulę hawajską, jasne długie spodnie, trzymającego w ręku kosztowną kamerę fotograficzną.

Po kilku minutach przewodniczka dała znak chorągiewką i ruszyli w dalszą drogę. Posuwali się wzdłuż lewego brzegu rzeki wypatrując zabiedzonego psa i wychudłą rudą małpę, które tu rzekomo zamieszkiwały. Zobaczyli zwierzęta minutę później, dobrze odkarmione, spoczywające nie na stosie brudnych liści czy szmat, ale na porządnych słomiankach, zadowolone ze swego losu. Jeden z psów, starannie przystrzyżony biały pudelek, miał na szyi obrożę wysadzaną półszlachetnymi kamieniami. Obok stała miseczka ze świeżą kością i druga z czystą wodą.

– Mieszkańcy miasteczka wyraźnie dbają i kochają zwierzęta – Iwan Iwanowicz nie miał co do tego wątpliwości. Nie wyraził tego głośno, ponieważ był przekonany, że wiedzieli o tym także pozostali członkowie wycieczki idący tuż za nim.

0Shares

Głowy w autobusie do Jaipuru. Opowiadanie. Odc. 4: Nepal.

Po obudzeniu się rano Iwan Iwanowicz wykąpał się i umył zęby, po czym popukał je wodą z kranu. Żachnął się, kiedy przypomniał sobie, aby nie brać wody z kranu do ust, nawet po przegotowaniu. Chciał jak najszybciej zdezynfekować się alkoholem. Zapomniał, że w piersiówce ma spirytus zmieszany z wódką żołądkową gorzką, tą w najlepszym gatunku. Dusił się potem dłuższą chwilę nie mogąc złapać oddechu.

New Delhi to konfrontacja misternego piękna z niewymowną brzydotą. – zapisał w notatniku. To zaprzeczenie samo w sobie, wyraz filozofii kontrastu i w pewnym sensie beznadziei. Ostatnie skojarzenie odnosił do losu ludzi najuboższych, bezdomnych, śpiących na chodnikach, często analfabetów, zagubionych, zdegradowanych do zera przez sam fakt urodzenia się w piwnicy hierarchii społecznej, zaniedbanych, walczących o przeżycie każdego dnia. Należeli oni do znakomitej większości ludzi na planecie, rzeszy osób nie mających własnego kąta zamieszkania i nie wiedzących, co będą jeść na obiad następnego dnia a nawet, czy w ogóle będą jeść jakiś posiłek.

*****

W trakcie lotu z Delhi do Katmandu jak zwykle drętwiały mu stopy. To było nie do zniesienia. Wstał i chodził przejściem między jedną a drugą toaletą w samolocie, tą na przodzie i tą z tyłu samolotu. Po wylądowaniu na międzynarodowym lotnisku w Katmandu, stolicy Nepalu i zakończeniu formalności paszportowo-wizowych udali się wynajętym autobusem do hotelu. W opisie wycieczki nazywano to transferem. Po zameldowaniu się w recepcji i przydziale pokoi mieli czas wolny na odpoczynek po podróży.

 

W notatkach Iwana Iwanowicza ten dzień w dziwny sposób się zagubił. Znalazł tylko uwagę, że na kolację i na nocleg pojechali autobusem, pokonując trasę trzydziestu kilometrów. Było to niejasne.

*****

Był piąty dzień grudnia, najlepszej pory roku na zwiedzanie północnych Indii i Nepalu. W dzień było ciepło, często słonecznie. Najważniejsze, że był to okres minimalnych opadów. Ten najgorszy przypadał na deszcze monsunowe, podróż wtedy mogła być przekleństwem. Tylko noce były chłodne, w górzystych okolicach Nepalu wręcz zimne. Iwan Iwanowicz był na to przygotowany. Wszyscy byli na to przygotowani.

Wbrew przedwycieczkowym oczekiwaniom, miał do czynienia z wytrawnymi podróżnikami. Kiedy po raz pierwszy spotkał się ze swoją grupą na stołecznym lotnisku w Nomadii, nie było czasu ani sposobności poznać się bliżej i wymienić informacjami. Byli obcymi sobie ludźmi z nielicznymi wyjątkami, kilku par przeważnie małżeńskich, oraz kilku singli, znających się wcześniej. Iwan Iwanowicz miał o sobie wyobrażenie, że dużo w życiu podróżował i ma za sobą więcej doświadczenia niż inni. Była to prawda tylko w stosunku do niewielkiej grupy towarzyszy podróży, pozostali mieli o niebo więcej doświadczenia.

Zanim się spotkali był też przekonany, że zobaczy ludzi w różnym wieku, spośród których będzie jedną z najstarszych osób.

– Nie daj, Boże, abym miał określać siebie mianem Matuzalema – spekulował, ciągnąc okrągły marynarski worek podróżny.

Ku swemu zaskoczeniu, prawie wszyscy byli w wieku emerytalnym. Tylko jedno małżeństwo wyglądało na czterdzieści lat, ponadto był tylko jeszcze jeden młody mężczyzna. Przyczyna była prosta, ale on się jej nie domyślił. Grudzień nie był okresem wakacji, kiedy masowo podróżują do Indii rodzice z dziećmi. Właściwie to Iwan Iwanowicz wiedział to wszystko, tylko umknęło to jego uwadze. Kiedy o tym myślał, tym pytaniu i dowiadywaniu się, pamiętaniu i zapominaniu, zdał sobie sprawę, że w Indiach uczy się także samego siebie.

*****

Głównym celem podróży, tym co go naprawdę skłoniło, aby zwiedzić Indie, był Budda.

Iwanowi Iwanowiczowi wychowanemu w tradycjach chrześcijaństwa, życie Buddy,  jego mądrość i jego nauki, niezwykle imponowały. Nie wzięło się to z niczego. W pewnym okresie swego życia, przeżywał głęboki kryzys; myślał wtedy nawet o samobójstwie. Z pomocą przyszedł mu wówczas Budda, objawiając się w formie książki „Prawdziwe nauczanie Buddy”, zaczynające się od wyznania, że życie jest cierpieniem. To był początek i esencja także prawdy Iwana Iwanowicza o życiu. Nie znaczy to, że Budda był cierpiętnikiem.

– O, nie! – Iwan Iwanowicz przypomniał sobie okrzyk, jaki wydawał, kiedy dzielił się swoją wiedzą z innymi o Buddzie i jego nauczaniu, oraz przekonaniem o jego mądrości. Iwan Iwanowicz chętnie o tym rozmawiał z innymi, jeśli tylko wykazali chęć otwarcia się na ten temat. Nie za często się to zdarzało, ponieważ ludzie reprezentują różne stopnie otwarcia na życie i religię, na inne poglądy i wykazują różną ciekawość świata, która okresami trawiła go jak gorączka. W ocenie Buddy cierpienie było wszechobecne wyrażając się w zdarzeniach takich jak narodziny, które niosą ze sobą ból matki i dziecka, wchodzącego w nieznany świat, choroba, starzenie się i umieranie. Także oddaleniem od tego, co kochamy i bliskością tego, czego nie znosimy, co nas męczy, jest niemiłe lub wrogie. Był to zbyt obszerny temat, aby można było go ująć w kilku prostych słowach, dlatego Iwan Iwanowicz unikał przypadkowych i zdawkowych dyskusji.

Północne Indie, leżące u podnóży Himalajów, to był kraj Buddy; tutaj urodził się, medytował, także poszcząc tak intensywnie, że żebra było widać jak na dłoni, aby zgłębić naturę życia. Zmarł w wieku ponad osiemdziesięciu lat, jak głosi przekaz ustny. Było to niezwykłe, ponieważ w tamtych odległych czasach ludzie nie dożywali nawet pięćdziesięciu lat. Iwan Iwanowicz miał do czynienia z Buddą wielokrotnie, stał się jego uczniem, oczywiście zaocznie. Było to przeżywanie intensywne i dostatecznie długie, aby w końcu uznał buddyzm za filozofię także swojego życia, wiarę najwyższej klasy. Dopiero po wgłębieniu się w nią zrozumiał, że każdy może być buddą. Sam wyraz, pisany z małej litery, ma ogólne znaczenie, oznacza kogoś, kto doznał olśnienia, jest oświecony, zna tajemnicę, której inni nie znają. Rzeczywisty, historyczny Budda nazywał się Budda Gautama i pochodził z książęcego rodu. Nigdy nie uważał się za boga ani żadną wyższą istotę, tylko za przewodnika i nauczyciela, przez swoich uczniów także za mędrca. Dopiero kilka wieków później cesarz jednego z księstw w północnych Indiach wyniósł go do rangi Boga, upowszechniając jego nauki jako oficjalną religię.

*****

Pochłonięty przestrzeganiem ustalonych norm czasu, pakowania się, rozpakowywania, transferów do i z hoteli, zbiórek przed zwiedzaniem ważnych zabytków, samym zwiedzaniem, kiedy trzeba było pilnować się, aby nie odłączyć się od grupy, słuchaniem przewodnika, oglądaniem ciekawostek i robieniem zdjęć, Iwan Iwanowicz myślał o tym rzadko. Uruchamiał się dopiero wtedy, kiedy przewodniczka wspomniała jakieś miejsce lub pamiątkę związaną z Buddą, jego wyznawcami lub jego nauczaniem. Było tego niemało, nie więcej jednak niż wiadro wody w stawie w porównaniu z hinduizmem, dominującą religią Indii.

0Shares

Głowy w autobusie do Jaipuru. Opowiadanie. Odc. 1: Podróż do Indii.

Podróż do Indii zawsze była dla Iwana Iwanowicza potrzebą ducha, marzeniem marzeń. Kraj wielkości kontynentu stanowił dlań ogromną, bogatą i kolorową, świątynię historycznej, społecznej i duchowej niezwykłości, łączącej różne religie, tradycje i zwyczaje. Sama mieszanka religijna mogła zamieszać w głowie; począwszy od hinduizmu, najstarszej i najbardziej powszechnej religii, przez buddyzm, sikhizm i dżinizm, po chrześcijaństwo. Był to kraj, gdzie od wieków miały miejsce zdarzenia przerastające ludzką wyobraźnię.

Iwan Iwanowicz śnił o tym i marzył. Indie układały mu się w korowód osobliwości: guru, fakirzy, grzechotniki tańczące na dźwięk fletu, święte krowy, panteon bóstw, bogiń i ich wcieleń, monstrualne bogactwo i niewiarygodna nędza. W jego pamięci wyróżniał się bóg Ganeśa, przypominający czteroręcznego mężczyznę o głowie słonia z jednym kłem, złośliwego, ale kiedy się go udobruchało, bardzo pomocnego.

Ganeśa posiadał cechy słonia, jego mądrość i siłę, a jego skóra była złota, czerwona lub niebieska. Iwan Iwanowicz pamiętał niektóre atrybuty jego boskości: księgę, kieł, topór i wielki brzuch jako znak dobrobytu.

Było tego znacznie więcej. Mangusta, zwierzątko, którego opis walki z grzechotnikiem, Iwan Iwanowicz znalazł w książce Norberta Wienera, ojca cybernetyki, jako ilustrację sprzężenia zwrotnego, reinkarnacja, kamienie szlachetne wielkości męskiej pięści, pracowite i spokojne słonie, które raził czasem atak szaleństwa. Był także mędrzec Sathya Sai Baba, głoszący jedność wszystkich religii, pogodzenie się z samym sobą, pomoc innym. Sathyę Sai Babę Iwan Iwanowicz pamiętał z jego zdolności materializowania z niczego, w pustej dłoni, jasnego świętego popiołu, którym posypywał głowy wiernych, poza tym joga i inne praktyki duchowo-fizyczne. Był jeszcze zwyczaj uroczystego palenia zmarłych na stosie suchego drewna i zrzucanie ich prochów do świętej rzeki Ganges, w której dla zdrowia regularnie zanurzały się rzesze wiernych. Także Mahatma Gandhi, który milczącym biernym oporem pokonał potężne imperium brytyjskie niosąc wyzwolenie swojemu narodowi.

Najbardziej jednak wyobraźnię Iwana Iwanowicza rozpalił Lotan Baba, w języku angielskim zwany Rolling Saint, człowiek o niespotykanej wprost wierze i wytrwałości. Iwan Iwanowicz oglądał film o nim kilkakrotnie z trudem wierząc, że jest to możliwe. Tocząc się po ziemi drogami polnymi i po asfalcie, w słońcu, deszczu i kurzu, Lotan Baba odbył podróż czterech tysięcy kilometrów z Ratlam do świątyni Bogini Vaishno Devi w Jammu. Towarzyszyła mu grupka jego wyznawców przygrywając dźwięcznie na bębenku i innych instrumentach. Jego nieludzka wytrwałość i odporność imponowały Iwanowi Iwanowiczowi tym bardziej, że sam podejmował niejedno „święte” przyrzeczenie, którego nie dotrzymał.

Wyjazd do Indii stał się życiową koniecznością, którą Iwan Iwanowicz musiał w końcu zrealizować. W biurze podróży wykupił wycieczkę, w której programie były dwa kraje: Indie i Nepal. Przygotowując się do wyjazdu, odczuwał dreszcz podniecenia. Starał się zapamiętać jak najwięcej faktów, zdarzeń i miejsc, ale niewiele mu to dało. Doszedł do wniosku, że aby coś zapamiętać, trzeba wszystko zobaczyć na własne oczy, doznać i przeżyć. Zanotował sobie tylko najciekawsze miejsca i zabytki wymienione w programie wycieczki, aby nic nie stracić.

Podróż rozpoczynała się w stolicy na lotnisku międzynarodowym. Tam miał się spotkać z pozostałymi uczestnikami wycieczki. Ich również był ciekaw. Był samotnikiem z natury, dawno już nie podróżował w większym towarzystwie.

*****

Na dworzec kolejowy, skąd pociąg ekspres miał do zabrać do stolica, trafił przed godziną piątą rano, pół godziny wcześniej niż trzeba. Było wyjątkowo dużo ludzi. Miał czas, więc ich policzył; razem z nim było czterdzieści osiem osób. Sam się zdziwił, czemu to uczynił, po co było mu to potrzebne. Od tego momentu nie mógł oderwać się od liczenia. W gorączce podróżnej odczuwał chyba potrzebę porządkowania rzeczywistości albo robił to bezwiednie, dla uspokojenia.

****

Przed wyjściem na peron sprawdził bilet. Miał miejscówkę w wagonie numer dwa. Zapamiętał numer wagonu i miejsca. Będąc już na peronie, nie słuchał zapowiedzi, gdzie znajdują się poszczególne wagony. Wydało mu się logiczne, że wagon numer dwa będzie blisko początku pociągu. Okazało się, że wagon numer sześć, siedem i osiem były na początku pociągu, a wagon jeden, dwa i trzy na końcu. Wagonów numer cztery i pięć nie było w ogóle. Kolej odwróciła porządek. Przeklinając, Iwan Iwanowicz pokonał dystans prawie biegiem w zdenerwowaniu i zażenowaniu, że nie słuchał zapowiedzi. W wagonie było ogółem czterdzieści pięć miejsc; większość była pusta, zajęte było łącznie z nim dziewięć miejsc. Szybko obliczył, że to tylko dwadzieścia procent. To było proste.

Z dworca głównego w stolicy miał pociąg na lotnisko, ale kasa biletowa nie wiadomo dlaczego była zamknięta. Czas naglił. Iwan Iwanowicz dowiedział się, że w kolejce dojazdowej nie można kupić biletu. W pośpiechu odszukał automat biletowy. Kupił także bilet nieznajomemu mężczyźnie, który prosił go o pomoc. Był zmęczony, nieogolony, mówił z nieznacznym obcym akcentem.

– Nie mam pieniędzy, nie wiem co zrobić. Muszę być na lotnisku. Mam się tam spotkać z przyjacielem. Przyjechałem tutaj do pracy, ale właśnie ją straciłem

Iwan Iwanowicz kupił mu bilet kierując się współczuciem. Nie wahał się, choć nie miał pewności, czy mówi on prawdę. Wydatek uznał za dobry uczynek. Chwilę potem, kiedy pomyślał o Indiach, za jałmużnę. Razem wsiedli do kolejki. W wagonie bez zastanowienia policzył pasażerów. Było czternaście osób razem z nimi dwoma. Postanowił więcej nie liczyć. Skoncentrował się w myślach na celu wycieczki. Przed oczami stanął mu toczący się święty, prosty, brodaty, skąpo ubrany mężczyzna o niezwykłej sile ducha. To mobilizowało podróżnika do wytrwałości, nie tylko w drodze do Indii.

Lotan Baba, the Rolling Saint, video 9 minut https://www.youtube.com/watch?v=QaCItcf2iSA

0Shares

Pozostałe zdjęcia i wspomnienia z Tajlandii

Piszę spóźniony blog. Postanowiłem umieścić w nim zdjęcia, które mi pozostały. Tajlandia to prawdziwa egzotyka zwłaszcza jeśli zagłębimy się w dominującą religię tego kraju, buddyzm. W hotelu Asia Pattaya znalazłem na stoliku nocnym dwie książki jak już wspomniałem. Jedną z nich pobrałem na komputer; jest ona dostępna bezpłatnie w języku angielskim. Jest to ciekawa pozycja; nie traktuje bezpośrednio o buddyzmie, ale wyjaśnia jego historię, znaczenie, rolę, praktykę.

Teraz zdjęcia. Sporo tego.

 Jeden z wielu klubów Go-Go w Pattaya Transseksualiści z Alcazar w Pattaya

Motyw ze świątyni w Parku Centralnym w Pattaya.

Rodzice nie tracący pociechy z widoku nawet w trakcie posiłku w restauracji. 

Zejście na plażę w hotelu Asia Pattaya

Figurka na balustradzie zejścia.

 

Biała Świątynia, własność prywatna artysty..

1Shares

Dawne stolice Tajlandii: Sukothai (1238-143) i Ayutthai (1350-1767). Kobieca postać Buddy.

Pozostałości świątyń pierwszej historycznej stolicy Tajlandii Sukothai (lata 1238 – 1436) mieszczą się w parku historycznym. Zwiedzamy je na rowerach. Sama przejażdżka po rozległym terenie parku jest frajdą. Idealny dzień, idealna temperatura. Zdjęcia zamieszczam bez większych komentarzy.

Moją uwagę zwraca materiał, z jakiego wykonano wszystkie obiekty: wypalana cegła. Zastanawiam się, czy twórcy tej świątynie nie mieli wyobraźni, aby przewidzieć skutki nietrwałości tego materiału. Teren leży blisko rzeki, w okresie deszczów jest podmokły, mury świątyń są nierówne, często zwichrowane. Doskonałość Buddy dziwnie łączy się z niedoskonałością władców i wykonawców, którzy wierzyli w jego boską doskonałość i pragnęli ją uwiecznić.

To jedyny Budda o wyraźnie kobiecych kształtach, jakiego widziałem w Tajlandii. Jest to metalowy odlew. Musiał go wykonać artysta o miękkich rękach i płynnych ruchach.

  King_Ramkhamhaeng Monument

Why travel to Sukothai? Zainteresowanych przeczytaniem tekstu w języku angielskim kieruję pod link: https://traveloutlandish.com/blog/sukhothai-vs-ayutthaya-ancient-cities-thailand/

Po śniadaniu wyjeżdżamy z Kanchanaburi do Ayutthai, drugiej historycznej stolicy Tajlandii (lata 1350-1767).

Stupy buddyjskie zwane są w Tajlandii chedi. Dla buddystów stupa jest materialną reprezentacją doskonałego oświecenia. Obrazuje przekształcenie wszystkich emocji i żywiołów w oświeconą mądrość i pięć rodzin buddów. Pierwszym etapem budowy stupy jest złożenie pod fundamentem skarbów i przedmiotów odpowiadających jej funkcji. Jeśli stupa ma pełnić np. rolę „strażnika przed złymi siłami” składa się tam oprócz złota czy srebra także białą broń. We wnętrzu stupy umieszcza się relikwie Buddy lub sutry. Buddyści odwiedzają stupy jako symbole obecności samego Buddy, trzykrotne je okrążając zgodnie z kierunkiem wskazówek zegara, aby gromadzić dobroczynne przyczyny karmiczne. (Wikipedia)

 Wiele posągów Buddy zostało pozbawionych głów przez najeźdźców z Birmy poszukujących złota w nich ukrytego.   Wizerunek głowy Buddy wyrzeźbionej w korzeniach drzewa.

.Miniaturowa rekonstrukcja świątyni w Ayuttayi.

3Shares

Dzisiaj jestem pesymistą. Hurtem o Tajlandii.

Po wypiciu trzech mocnych kaw, intensywnym spacerze, obejrzeniu filmu o uzależnieniu od smartfonu i dostrzeżeniu trzech lajków na moim wczorajszym blogu na temat Tajlandii postanowiłem zaprotestować. Powodem jest uzależnienie. W Tajlandii, w samolocie, w hotelu i na ulicy widać tysiące osób uzależnionych od smartfonu. Wiele osób trzyma w ręku to urządzenie i klika, podobnie jak u nas. Takie społeczeństwo łatwo znajdzie sobie drogę do informacji w Internecie przedstawiających inny kraj. Dziś nie powinno się pisać blogów z wycieczki, tylko rzucić hasła i każdy sam znajdzie sobie odpowiednie teksty i zdjęcia do obejrzenia.

Tajlandia jest niezwykła, podobnie jak Indie i inne kraje Azji, ale bardzo zaśmiecona. Ilość śmieci i zaniedbania przerasta moje mieszczańskie polskie i australijskie wyobrażenia. Śmieci raziły mnie w Tajlandii. Przy kanałach prowadzących na targ wodny drzewa i krzewy bujnie rosną i kwitną na naturalnie nawadnianej, żyznej ziemi. W ich otoczeniu stoją domy. Widokowo byłby to raj na ziemi, gdyby nie brud. W miastach setki kabli kłębi się i zwisa żałośnie ze słupów i ścian; chodniki dla pieszych wykonane są jak pułapki, miejskie strumienie i niektóre kanały są mocno zanieczyszczone.

Apel do osób myślących o wycieczce do Tajlandii: Strzeżcie się! Napływa tam coraz więcej turystów z potężniejących gospodarczo Chin, chyba niewiele mniej z Indii. Za kilka lat Tajlandia, tańsza dzisiaj niż Polska, będzie dużo droższa, jeszcze bardziej zanieczyszczona i jeszcze bardziej zapchana ludźmi. Nie jestem dobrej myśli. Tym, czym dzisiaj cieszą się turyści, przyroda, naturalne widoki i pejzaże, będzie ulegać dalszej degradacji. Przewodnik wycieczki wspominał, jeśli go dobrze zrozumiałem, że w minionych stu dwudziestu latach wycięto w Tajlandii osiemdziesiąt procent dziewiczych lasów.

Rzeczywiście, jadąc wiele godzin autobusem na północ od Bangkoku, a potem kilkadziesiąt minut pociągiem wzdłuż rzeki Kwai nie przypominam sobie, abym widział zwartą ścianę lasu, ścianę zieleni, jedynie połcie poszatkowanej przez człowieka ziemi, działki monokultury, jakieś zabudowania. Obawiam się, że piękna już tam nie przybędzie, przybędzie natomiast turystów, wyższych cen, punktów sprzedaży tandety, garkuchni ulicznych, autobusów, śmieci oraz zatrutego powietrza w dużych miastach.

Zmęczyła mnie ta prognoza. Dla odmiany załączam nowe zdjęcia na różne tematy.

Fragment zdobień ściany świątyni buddyjskiej.

.Na targu. Pracownicy przygotowujący kwiaty do sprzedaży.

. Produkty tragowe.

 Też widoczek z tego samego targu.Podobnie jak kot. Ten lepiej się wyeksponował..

 Bogato zaopatrzone stoisko targowe.  Inne stoisko.    Widok z okna pociągu na rzekę Kwai.Most na rzece Kwai.

Na blasze u dołu uliczny sprzedawca oferuje pieczone polne szczury.

Widok z okna pociągu na trasie wzdłuż  rzeki Kwai.

Vicky. Nasza tajska przewodniczka, niepodobna do Tajki.

Ludzie różnie się fotografują ze strażnikiem Wielkiego Pałacu Królewskiego w Bangkoku.

W drodze do Wielkiego Pałacu Królewskiego. Para idąca przede mną była tak nietypowa, że postanowiłem zrobić im zdjęcie. Kobieta w rzeczywistości była jeszcze większa niż widać to na zdjęciu.

Tego rodzaju maszkary zdobią wiele świątyń buddyjskich. Baśń łączy się tam nader łatwo z religią.

6Shares

Wielki Pałac Królewski w Bangkoku – część druga i ostatnia

Czas na zakończenie prezentacji pałacu królewskiego. To ogromny kompleks. Zwiedzaliśmy go w upalny i wilgotny dzień w niekończących się tłumach ludzi. U wyjścia z kompleksu pałacowego niektórzy turyści decydowali się robić sobie zdjęcie ze strażnikiem. Przedstawiam kolejne zdjęcia.

Świątynia Wat_Phra_Kaew. Widok zewnętrzny.

Phra Mondop. Jest to budynek mieszczący bibliotekę, w której przechowywane są święte pisma buddyjskie, zbudowany za czasów króla Ramy I. Drzwi wejściowe pokryte są masą perłową. Czterech wejść do budynku strzegą posągi demonów i mitycznych węży Naga o ludzkich twarzach podarowane królowi Ramie V przez władcę Jawy. Na rogach budynku Phra Mondop znajdują się cztery kolumny przedstawiające insygnia panującej dynastii Chakri. Każda z kolumn otoczona jest figurami białych słoni należących do poszczególnych władców.

  Świątynia Wat Phra Kaew, Garuda kariatydy. Kariatydy Garuda uosabiające postacie ludzi-orłów. Jest ich 112. Otaczają one Świątynię Szmaragdowego Buddy, do którego wolno zbliżyć się tylko królowi.

Prangi Świątyni Wat Phra Kaew. Na wschód od Panteonu Królewskiego znajduje się osiem prangów ustawionych w równych odstępach. Są one pokryte porcelanową mozaiką. Każdy z nich symbolizuje jakiś aspekt buddyzmu: biały symbolizuje Buddę, niebieski Dharma (prawo), różowy Sangha (mnichów buddyjskich) itd.

4Shares

Tajlandia, Bangkok, Wielki Pałac Królewski, Świątynia Wat Phra Kaew, Szmaragdowy Budda i inne cudowności

PS. Będę jeszcze uzupełniać obrazy do tego wpisu.

 Plan kompleksu pałacowego

Wielki Pałac Królewski (pomnik narodowy) w Bangkoku to wielki kompleks budynków. Służył jako oficjalna rezydencja króla Tajlandii od XVIII wieku do połowy XX wieku. Po śmierci króla Anandy Mahidola w Wielkim Pałacu w 1946, król Bhumibol Adulyadej przeniósł królewską siedzibę w inne miejsce.

Kompleks pałacowy znajduje się na wschodnim brzegu rzeki Menam; otoczony jest murem obronnym o łącznej długości 1900 metrów. Teren kompleksu zajmuje powierzchnię 218 400 m². Budowa Wielkiego Pałacu rozpoczęła się w roku 1782, gdy u władzy był król Rama I.

Ważnymi częściami pałacu są: Wat Phra Kaew czyli Świątynia Szmaragdowego Buddy oraz Chakri Mahaprasad Hall, budowla w stylu włoskiego odrodzenia.

Turyści mogą zwiedzać teren kompleksu pałacowego i wybrane budowle. Wstęp na teren kompleksu jest płatny i możliwy tylko w wyznaczonych godzinach i w określonym stroju: w świątyniach tylko bez obuwia, długie spódnice i spodnie, zakryte ramiona).

 Golden Chedi czyli Złota Stupa

Budynki na górnym tarasie pałacu

Golden Kinon Świątyni Wat Phra Kaew

Nok Tantima strzegący Viharn Yod Światyni Wat Phra Kaew.

Wielki strażnik Thotsakan

 Szmaragdowy Budda to mała rzeźba z jaspisu umieszczona w świątyni na dużej wysokości.  Tajowie wierzą, że tak długo jak jest ona w kraju, kraj jest bezpieczny. Jest to skarb narodowy.

 Mural na terenie świątyni. Wyznawcy buddyzmu składający ofiarę  i modlący cię.

5Shares

Tajlandia, Bangkok, Palace hotel, Świątynia Złotego Buddy. Odc 3.

Trzeci dzień podróży, konkretnie 21 stycznia 2019. Jesteśmy zakwaterowani w Palace Hotel w Bangkoku.

Figurka wewnątrz hotelu.

Bangkok to trzecie miasto na świecie o najbardziej zanieczyszczonej atmosferze. Kilka dni później premier w randze generała (rządzi junta woskowa) informował o działaniach rządu mających na celu zmniejszenie zanieczyszczeń powietrza i jego skutków, między innymi o ograniczeniu ruchu po mieście samochodów z silnikami diesla. Także o polewaniu jednej z głównych ulic miasta strumieniem wody z wysokości trzydziestego szóstego piętra. Można i tak walczyć z zanieczyszczeniem powietrza.  

Po śniadaniu w Palace Hotel w Bangkoku zwiedzamy Świątynię Złotego Buddy (Wat Pho zwana też Wat Prachetupon). Odpoczywający złoty Budda ma 46 m długości i 15 m wysokości. Ciekawe są zdobienia jego stóp. Poniższe zdjęcia wykonane zostały w świątyni.

Detal świątynnego dachu.

Postać powyżej to Farang. Tak Tajowie nazywają obcokrajowców.

 Portrety królów Tajlandii można zobaczyć w świątyniach i miejscach publicznych bardzo często.

6Shares

Tajlandia, Kanchanaburi, rzeka Kwai, cmentarz, rynek pływający. Odc. 2.

Dziś mało piszę, więcej ilustruję.

Zwiedzamy Kanchanaburi (w języku tajskim pisze się to กาญจนบุรี), miasto 66 tysięcy mieszkańców położone na Nizinie Menamu, ośrodek administracyjny prowincji Kanchanaburi.

W mieście znajduje się Muzeum Kolei Tajsko-Birmańskiej oraz duży cmentarz zmarłych i zamordowanych jeńców wojennych,

a także słynny most na rzece Kwai,

przez którą przebiega linia kolejowa z Bangkoku do Nam Tok (historyczna kolej tajsko-birmańska o tragicznej historii), fragment dawnej Kolei Śmierci. Idę do końca mostem, i proszę spotkanego tam turystę, jak się okazuje kanadyjskiego żołnierza, o zrobienie mi zdjęcia. Wyglądam na nim jak aptekarz w szelkach sprzedający tanie środki na muchy. Nie wiem dlaczego Bóg mnie pokarał taką niwelowaną facjatą. 

W odległości ponad 20 km od Kanchanaburi znajduje się pływający rynek (floating market), na który zabiera nas szybka łódź motorowa. Sprzedawcy siedząc na łodziach sprzedają swoje towary. Część sklepów jest na stałym lądzie.

 Tędy płyniemy na rynek.

W drodze na rynek ogarnia mnie rozpacz. Nad kanałami stoją domy, przy każdym z nich widać kolorowo kwitnące rośliny. Gdyby tylko trochę odświeżyć te domy, niektóre być może fragmentami odmalować, brzegi kanałów wyglądałoby jak raj na ziemi. Problemem jest potworne śmietnisko: wielkie brudne szmaty zwisające z ogrodzeń, puszki, butelki, opakowania i wszelkiego rodzaju barachło rozrzucone na każdej posesji. To jakieś szyderstwo losu: piękno bogatej przyrody i konstrukcji zniweczone bezmyślnością i lenistwem człowieka.

 

0Shares

Wycieczka, Tajlandia, Budda i Buddyzm, Pattaya. Odc. 1.

Rano obudziłem się już w Polsce ale z głową jeszcze w Tajlandii. Kiedy stało się to, co się stało, mam na myśli ową połowiczność przebudzenia, zrobiłem sobie mocnej kawy i zacząłem snuć wspomnienia. Wspominam bardzo dobrze dwutygodniową wycieczkę do Tajlandii,

 Godło Tajlandii.

przede wszystkim zaś uczestników wycieczki, potrawy bardziej chyba azjatyckie niż tajskie, świątynie Buddy, wspaniale owoce, szczególnie papaję, mango i ananasa, ostatni hotel Asia Pattaya w miejscowości Pattaya, a także dwie książki, jakie znalazłem na stoliku w moim pokoju hotelowym, dzięki którym mogłem zanurzyć się głębiej w buddyzm. To mnie zmieniło tak bardzo, że musiałem uszczypnąć się dwa razy, aby upewnić się, że to ja, kiedy po powrocie do domu zobaczyłem się w lustrze. Tajlandię (i program Bajeczna Tajlandia) wybrałem głównie z powodu zainteresowań buddyzmem, bo to najbardziej buddyjski kraj na świecie.

 Mnisi buddyjscy

Na zdjęciach zamieszczanych na tej stronie zobaczycie mnie w nowym, bogatszym kształcie katolika z rozbudzonymi ambicjami buddysty. Ten pierwszy to osoba głęboko wierząca w Pana Boga oraz rząd, jaki był łaskaw nam zafundować w ostatnich latach, ten drugi, to osoba bardziej zrównoważona, uważniej patrząca na świat bez owych woalek i zasłon, jakie nie-buddystom zaciemniają widzenie siebie i rzeczywistości.

Buddyzm nie jest religią w takim sensie jak katolicyzm, protestantyzm czy islam, z wyraźnie określonym Bogiem i doktrynami wiary. Jako religia buzyzm pojawił się dopiero w kilka wieków po śmierci Buddy. Buddyzm jest bardziej filozofią życia, edukacją na temat, jak żyć. Centralną postacią tej filozofii i wiary jest historyczny Budda Siakjamuni (ok. 563-483 p.n.e., właściwie. Siddhartha Gautama, który doznając oświecenia, stał się Buddą, od którego obecni aspiranci do szczęśliwego życia i przebudzenia oczekują wsparcia. Siddhartha to imię podchodzące od rodziców, Gautama to nazwa rodu (klanu).

Fragment muralu świątyni w Parku Centralnym w miejscowości Pattaya.

Zaskoczeniem było dla mnie forma prezentacji i wyobrażeń religijnych w Tajlandii i w Polsce. Tak jak my, Polacy, a także Europejczycy jesteśmy, oszczędni w prezentacji Boga i Jezusa w naszych świątyniach, gdzie jest niewiele ich obrazów i rzeźb, tak buddyzm jest pod tym względem niezwykle rozrzutny. W każdej świątyni można zobaczyć dziesiątki, jeśli nie więcej, rzeźb, odlewów, obrazów i wyobrażeń Buddy. 

Świątynia w Bangkoku

Dla ilustracji przedstawiam kilka zdjęć ze świątyni w Parku Centralnym w mieście Pattaya, gdzie zostaliśmy zakwaterowani na sześć dni (część pobytowa wycieczki). 

Pozdrawiam serdecznie wszystkie osoby, z jakimi brałem udział w rozmowach, spotkaniach i wędrówkach w czasie wycieczki, także w podróży pociągiem do i z Warszawy. Pozdrawiam także Iwana Iwanowicza, przyjaciela z osiedla, który przypadkiem znalazł się na Tajlandii w tym samym czasie co ja. Iwana Iwanowicza podejrzewam niekiedy, że jest moim sobowtórem, włóczącym się za mną jak cień. Plusem takich sytuacji jest możliwość otworzenia do kogoś gęby, a może nawet i duszy, kiedy czuję się samotny.

Wkrótce dalsze odcinki relacji z Tajlandii.

0Shares

Wycieczka do Egiptu Cz. 6 Przeprawa przez śluzę na Nilu

Statek nazywał się „A. Sara”.

 Statek pasażerski A Sara

W niiedzielę 25 marca późno w nocy przepływamy przez śluzę na Nilu z drodze z Luksoru (starożytne Teby) do Edfu (Idfu).

 Kolosy Memnona

Operacja trwa kilka godzin. Śluza jest tak wąska, że po obu burtach statku widocznego przed nami pozostaje nie więcej niż pół metra przestrzeni. Stoimy, kilku pasażerów, na górnym pokładzie na dziobie i czekamy na wejście do śluzy. Śluza mieści jednorazowo dwa statki. Różnica poziomu wody wynosi siedem metrów. Wieje chłodna bryza.

Pierwsze urozmaicenie: z pachołka na nabrzeżu spada gruba lina cumownicza, marynarze spieszą się, aby jak najszybciej ją zamocować. Nie trwa to długo. Wkrótce od strony lewej burty z dołu, z poziomu rzeki, słyszymy krzyki. W ciemnościach na wodzie ledwie widoczna jest mała łódka z dwiema osobami. Jeden mężczyzna nieprzerwanie wiosłuje, ponieważ rzeka spycha go w tył dosyć intensywnie, drugi wrzeszczy do osób stojących na pokładzie. To sprzedawca, Egipcjanin, zachęcający pasażerów na pokładzie do kupienia strojów egipskich: sukienek, galabiji, koszul wyglądających na nocne i podobne rzeczy. Mówi chyba wszystkimi językami, bo odpowiada na każde zawołanie w dowolnym języku.

Zainteresowanie wykazuje grupka Hiszpanów. Śledzę przebieg ich rozmów, znam hiszpański. Egipcjanin identyfikuje Carlosa, nazywa go Carlo. Rozmawiają krzycząc do siebie. Wkrótce sprzedawca nieproszony rzuca na pokład zawiniątko w plastiku. Trafia bez pudła, choć pokład jest na wysokości kilkunastu metrów nad wodą i jest bardzo ciemno. Potem rzuca po dalsze rzeczy, trafia bez problemów, do obejrzenia i przymierzenia. Rzuca i rzuca, łącznie osiem sztuk. Grupa Hiszpanów liczy chyba też osiem osób. Oglądają, przymierzają i konwersują. Nieprzerwanie trwają negocjacje. Widzę i słyszę to wszystko, jestem tuż obok w odległości kilku metrów. Szlafrok kosztuje 40 Euro, po dłuższych negocjacjach cena schodzi do 5 Euro. Egipcjanin spręża się, negocjuje tanio sprzedaż kilku sztuk pod razu. Carlos przekazuje decyzję zakupu w ręce żony, Marty.

– To ja decyduję o pieniądzach – krzyczy w dół Marta.

Sprzedawca coś jej odkrzykuje, nazywa ją Mardą. Kupuje nie tylko ona, ale i inni Hiszpanie. Wszyscy młodzi i szpuli, jakby niedożywieni, dziewczyny drobne. Ściągają bluzeczki i przymierzają. Potem widziałem, jak paradowali po korytarzu ubrani w długie białe stroje. Taki męski strój jest tradycyjny, sam myślałem, aby go sobie kupić, nazywa się galabija. Ma też inne podobne nazwy.

 Galabija

Do śluzy wpływamy nocą po zejściu z pokładu do kabin pasażerskich.

Michael Tequila, powieść, poezje, opowiadania: https://tinyurl.com/y7cza5nc 

8Shares

Wycieczka do Egiptu. Cz 3: Starożytny Egipt, okresy historyczne i zdjęcia

Właściwa wycieczka zaczęła się w Luksorze, gdzie zamustrowaliśmy się  na statku, aby przez cztery noce i pięć dni podróżować Nilem w górę rzeki w kierunku Asuanu.

Nasi przewodnicy mówiący po polsku: Nagi (po lewej), wyznania koptyjskiego,  i Zienadine (po prawej), wyznania muzułmańskiego. Około 80 % Egipcjan to muzułmanie.

 Sklep tekstylny w Hurghada. Własność pana Gomaa. Kupowałem u niego szale z pashminy na upominki. Właściciel mieszka w Kairze, biznes prowadzi w Hurghadzie. Ma swoją stronę na Facebooku..

Grupa wycieczkowa, głównie Polacy, ale także jedna para z Litwy i jedna z Czechosłowacji.

Zadałem sobie niezbyt udany trud uporządkowania zdjęć świątyń i zabytków egipskich wedle okresów historycznych, w jakich powstały. Różne źródła nawet na samej Wikipedii podają niezbyt zgodne ze sobą dane. Wybrałem jedno z nich, wydawało mi się najbardziej uporządkowane i konsekwentne w prezentacji.

5500 – 3350 p.n.e. Okres predynastyczny

3350 – 3150 p.n.e. Okres protodynastyczny

3150 – 2886 p.n.e. Okres wczesnodynastyczny

2686 -2181 p.n.e. Stare Państwo

2181 – 2133 p.n.e. Pierwszy Okres Przejściowy

2133 – 1786 p.n.e. Średnie Państwo

1786 – 1567 p.n.e. Drugi Okres Przejściowy

1550 – 1085 p.n.e. Nowe Państwo

1085 – 664 p.n.e. Trzeci okres przejściowy

664 – 332 p.n.e. Okres późny

332 – 30 p.n.e. Epoka grecka – dynastia Lagidów

30 p.n.e.–395 n.e. Okres rzymski

Na górnym pokładzie zwanym słonecznym.

Na niektóre „pomniejsze” wycieczki, jak na przykład do wioski nubijskiej, wieziono nas łodzią motorową mieszczącą kilkanaście osób. .

Hotel Royal Star w Hurghadzie, w którym mieszkałem ostatnie cztery dni. Podobał mi się.

 

Zespół świątynny Abu Simbel. Pojechaliśmy tam autobusem, trzy godziny jazdy, wyruszając w drogę z Asuanu o godzinie czwartej rano.

Mniejsza świątynia Abu Simbel poświęcona bogini Hathor.

Główna część świątyni Abu Simbel poświęcona faraonowi Ramzesowi II oraz bogom Ra, Ptah i Amun.

Bugenwilla rosnąca przy drodze prowadzącej bezpośrednio do Świątyni Abu Simbel. To niezwykle piękny i popularny krzew w ciepłym klimacie. W moim ogrodzie w Australii rosła czerwona bugenwilla. To, co widać na krzewie, to nie kwiaty, ale liście które nabierają barwy i wyglądają jak kwiaty. Bugenwilla czyli kącicierń to roślina pnąca z rodziny nocnicowatych, gatunków roślin pnących i płożących wywodzących się z Ameryki Południowej.

Dodatkowym problemem były zdjęcia. Pomysł robienia zdjęć w Egipcie aparatem komórkowym nie był dobry, mimo że mam jeden z nowszych smartfonów (Lenovo K5) i wydawało mi się, że powinien robić w miarę dobre zdjęcia. Wyszła jedna wieka lipa. Dokonałem rzezi, dziesiątkując je. Byłem w tym nieporównywalnie mniej okrutny niż Egipcjanie, którzy wystrzelali kilkadziesiąt tysięcy krokodyli po zbudowaniu Wielkiej Tamy Asuańskiej! Moje zdjęcia zastąpiłem w większości bezpłatnymi zdjęciami wyszukanymi na Wikimedia Commons. Okazałem się być nie tylko zabójczym, ale i pracowitym facetem. Dałem sobie w duchu jednego lajka za ten heroicznie użyteczny czyn. Oto pierwsza seria 10 zdjęć.

3Shares

Podróż do Egiptu Cz 2: Egipska historia RWPG

W trakcie wycieczki mieliśmy niezwykłe szczęście zwiedzić piramidę, nieoznaczoną na żadnej mapie i poznać tajemnicę, o której słyszałem już wcześniej z zaufanych ust. Niestety szczegółów nie mogę ujawnić, gdyż złożyliśmy uroczystą przysięgę milczenia. Jest to tak wielka tajemnica, że nie powierzyłem jej nawet sobie samemu. Powiem tylko, że wydarzenie miało miejsce w pobliżu wioski nubijskiej blisko Asuanu.

Przybyliśmy tam nocą w kompletnych ciemnościach (zwanych egipskimi) na wielbłądach z zawiązanymi oczami. W takiej sytuacji nie można ufać wielbłądom tym bardziej, że podejrzewaliśmy, że są pijane albo na narkotykach, bo miały nierówny chód.

Zwiedziliśmy piramidę sprzed czterech tysięcy lat o kształcie rogatego zwierzęcia, w której uczeni z krajów demokracji ludowej odkryli po II Wojnie Światowej niezwykłą izbę z dostępem świeżego powietrza. Przebywały w niej żywe zwierzęta. Był to wielki byk oraz pięć małych ptaszków. Pytaniem było, jak udało im się przeżyć w dobrym zdrowiu kilka tysięcy lat. Okazało się, że korzystały one z wilgoci skraplającej się na ścianach pomieszczenia, a jeśli chodzi o jedzenie, to ptaszki żywiły się tym, co pozostawił po sobie byk, a byk tym, co pozostawiały po sobie ptaszki. Dało to pomysł założenia RWPG, organizacji mającej na celu przyśpieszenie postępu technicznego, wzrost wydajności pracy i zwiększenie dobrobytu państw członkowskich. Ponieważ korzystałem z tego dobrobytu, piszę o tym wszystkim z wielkim wzruszeniem. Domyślam się, że ptaki odkryte w piramidzie były ibisami.

Dlatego na pamiątkę kupiłem sobie ibisa z onyksu. Zaoferował mi go z zaskoczenia za jednego dolara pewien Egipcjanin, po czym przekonał mnie, że rzeźba wart jest trzydzieści dolarów, co w końcu drogą wzajemnej łagodnej perswazji (niezwykle cywilizowanej, bo bez przekleństw), sprowadziliśmy do dziesięciu dolarów, czym uszczęśliwiliśmy siebie nawzajem. Korespondujemy teraz ze sobą, planując założyć Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Egipskiej im. Ptaka Ibisa.

Michael Tequila, powieść, poezje, opowiadania: https://tinyurl.com/y7cza5nc 

10Shares

Wycieczka do Egiptu. Cz 1: Wioska nubijska, wielbłąd i hodowla krokodyli.

Już w pociągu z Warszawy do Gdańska przystąpiłem do przygotowania opisu pierwszego fragmentu mojej dwutygodniowej wycieczki do Egiptu. Podjąłem to z energią wielbłąda, który usiłował zrzucić mnie na ziemię w wiosce nubijskiej, jaką zwiedzaliśmy w czasie podróży statkiem po Nilu. Mimo, że na imię miał Rambo, był dziewczyną, ciemniejszą niż inne wielbłądy i bardziej włochatą. Rambo miała rozmiar kopyta 66 i rzęsy dłuższe i bardziej zalotne niż najpiękniejsze kobiety, jakie śnią się mężczyznom w Egipcie po nocach. Była pieszczochą; zamiast patrzeć pod nogi, aby dowieźć mnie bezpiecznie do celu, kładła kudłaty łeb na kolana jadącej przede mną pani.

Siodło na wielbłądzicy było tak umieszczone, że przechylałem się nadmiernie do przodu, w związku z czym dla utrzymania równowagi wychylałem się do tyłu. Poganiacz wielbłądów zauważył widocznie moje cierpienie, gdyż podszedł i życzliwie sugerował mi przesunięcie się jeszcze bardziej do przodu. Ani z nim ani z wielbłądem nie doszedłem jednak do porozumienia. Na szczęście podróż karawany wkrótce skończyła się, gdyż przybyliśmy do wioski.

Szkoły figurującej w programie zwiedzania nie udało nam się obejrzeć; była zamknięta z powodu wyborów prezydenckich. Przez metalowy fragment bramy obejrzałem tylko duże zdjęcie obecnego prezydenta Egiptu w charakterze kandydata na nowego prezydenta. Podobał mi się, też głosowałbym na niego, zwłaszcza jak pomyślę o innym, lepiej mi znanym prezydencie, który nie wygląda tak poważnie jak ten egipski.

W wiosce zwiedziliśmy typowy dom nubijski, powierzchnia na oko 300 m kwadratowych, pokoje elegancko wysypane drobnym żółtym piaskiem, ciepłe. Dach był z liści palmowych, pod nim obracał się wentylator. Na ścianie namalowany był wielki słoneczny obraz z wodą i drzewami. Na stole pojawiła się przekąska, był to chleb domowego wypieku, obok stały miseczki z miodem.

W programie wycieczki była też hodowla krokodyli. Miała ona postać jednego krokodyla, długości około 90 cm, umieszczonego wewnątrz domu w dużym zlewie. Krokodyl miał podwinięty ogon i wazową łyżkę wody przed pyskiem. Zwierzak nie ruszał się, ale żył. Poznałem to po tym, jak łypnął na mnie okiem; wydawało mi się, że porozumiewawczo. Nie wiem, czy go dobrze zrozumiałem. On milczał, to i ja milczałem. Na wszelki wypadek nie podałem mu ręki na powitanie, niepewny, czy właściwie zrozumiałby gest przyjaźni polsko-egipskiej.

Potem gospodyni wniosła drugiego krokodyla, właściwie krokodylka, miniaturkę długości 30 cm. Uczestnicy wycieczki podchodzili i brali go na ręce, zwłaszcza panie, które mają w dłoniach więcej pieszczot. Nawet córeczka gospodyni wzięła krokodylka na ręce. Dzieci mają w sobie tyle miłości.

Było gorąco, piaszczyście, w sumie bardzo fajnie. Wioska nubijska podobała mi się. Po raz pierwszy zapragnąłem być Egipcjaninem.

Pozdrawiam serdecznie uczestników wycieczki oraz osoby zainteresowane podróżą do Egiptu.

0Shares