Niedziela z Alberto. Opowiadanie erotyczno-kryminalne. Wszystkie odcinki (1- 4)

Odc. 1

O godzinie szóstej rano dzień zapowiadał się zwyczajnie jak sałatka z dojrzałych pomidorów malinowych, którą jem co najmniej pięć razy w tygodniu. Była to niedziela, dziwnym trafem bez dzwonów, zaczynających dudnić już o godzinie piątej czterdzieści pięć. Nie wiem dlaczego uznałem to za coś niezwykłego, bo cisza nie jest czymś, co człowieka powinno szokować. Naszło mnie pragnienie, aby był to szczególny dzień, lepszy niż inne. Zdecydowałem się przeżyć go inaczej, szlachetniej. Na początek zafundowałem sobie kawę z goździkami i imbirem, celebrując proces jej przygotowania.

Jestem technikiem dentystycznym, mężczyzną żonatym i dzieciatym. Bez chęci przechwalania się dodam, że jestem namiętny, przede wszystkim uczuciowo i mam za sobą niemałe doświadczenia miłosne. W życiu, które uznaję za sztukę, mimo że przypomina mi czasami złamaną protezę dentystyczną, wyrobiłem sobie dobre nawyki służące zwalczaniu złych przyzwyczajeń. Uważam to za ważny dorobek i chętnie się nim dzielę.

Mam na to przykłady. W nocy długo siedzę przed ekranem komputera, źle potem śpię, więc rano piję morze kawy, aby się obudzić. Albo, późnym wieczorem najadam się chleba z szynką lub owoców, przepadam za jednym i drugim. Przejedzenie się męczy mnie potem przez całą noc; jestem niewyspany, więc rano parzę sobie zioła na uśmierzenie niepokoju. Oba środki, kawę i zioła, stosuję kiedy tylko mogę. Staram się być w tym konsekwentny, ponieważ poprawiają one jakość mojego życia.

O godzinie szóstej piętnaście z kubkiem kawy w ręce wyszedłem na balkon. Dom u dołu otoczony był zielenią, u góry ciszą, z rzadka przerywaną odległym warkotem samochodu lub niedalekim skrzeczeniem niespokojnej sójki. Byłem sam, a właściwie to z książką, cudownym zbiorem opowiadań Alberto M, w którym zakochałem się począwszy od piątej strony, kiedy ostatecznie pokonały mnie jego bujna wyobraźnia oraz niespotykany talent opowiadania o życiu.

Alberto poznałem kilka lat wcześniej na wakacjach w Rimini. Zadecydował o tym czysty przypadek, który ponuracy nazywają losem lub opatrznością, w zależności od charakteru wydarzenia. Lato było wtedy wyjątkowo chłodne. Stałem niezdecydowany nad wodą, wchodzić czy nie wchodzić, bo była dość zimna, a ja nie lubię chłodnych kąpieli. W rozwiązaniu problemu pomógł mi mężczyzna. Był opalony i przystojny. Wziął mnie za rękę, powiedział, abym się nie bał i weszliśmy razem do wody. Był to właśnie Alberto. Spędziłem z nim godzinę na rozmowie, podczas której patrzył mi w oczy. Nie było to niemiłe. Potem nasze drogi rozeszły się. Nawet nie wiedziałem, że jest pisarzem. Dowiedziałem się tego później, kiedy przypadkowo w księgarni zobaczyłem zbiór opowiadań z jego zdjęciem na okładce. 

Teraz to wszystko stanęło mi przed oczami. Lazurowy Adriatyk, piasek, leżaki, drobniutkie i ostre fragmenty muszelek na plaży. Zapamiętałem miejsce, gdzie się kąpaliśmy: kolorowe parasole, leżanki, piękna szeroka plaża ciągnąca się aż po horyzont. Za plecami mieliśmy budynki zaplecza, lekkie białe konstrukcje, schludne i czyste przebieralnie, kioski z napojami, restauracje, bary i kafejki, poprzedzielane zielonymi palmami. To wszystko widziałem w mej pamięci równie wyraźnie jak na zdjęciu.

Siedziałem na balkonie apartamentu i zastanawiałem się, skąd wzięło się u mnie upodobanie do wytworów wybujałej, niezwykle słodkiej i dusznej twórczości Alberto. Zauroczony jego opowiadaniami, popijałem kawę i wdychałem rześkie powietrze czekając na promienie słońca, mające pojawić się lada moment zza drzew.

To, że zakochałem się na zabój w Alberto, nie ulegało wątpliwości. Kiedy wstałem i oparłem się o balustradę balkonu, poczułem to w postaci ciepła narastającego w okolicy serca i sztywności ogarniającej moje ciało, szczególnie poniżej pasa. Pomyślałem, że szczęśliwy człowiek mógłby skoczyć w dół z balkonu piątego piętra, aby zachować na zawsze niepowtarzalność wielkiej miłości. Oczywiście tego nie zrobiłem. Nie zadawałem sobie trudu, aby to zrozumieć, ponieważ otaczająca mnie rzeczywistość nagle zgęstniała. Tak to odczułem.

Sytuacja miała swoje uwarunkowania. Chodziło o to, że były jeszcze dwie inne istoty, które darzyłem miłością pełną czułości i pożądania. Była to moja żona, śpiąca w największej sypialni, oraz jej przyjaciółka, Valeria, która przyjechała do niej w odwiedziny na kilka dni, a zatrzymała się na dłużej. Powód pozostania wyznała mi poprzedniego dnia na balkonie wypełnionym odurzającym zapachem maciejki płynącym z dwóch podłużnych donic.

– Jesteś najwspanialszym mężczyzną, Aldo. Pragnę ciebie. Nie gniewaj się, że to czynię, mimo, że przyjaźnię się od lat z Patrycją, która też cię kocha. To jest ode mnie silniejsze – wyszeptała, patrząc mi w oczy i dotykając mej dłoni.

Jej oświadczenie przyjąłem z wdzięcznością. Schlebiało mojej męskiej naturze. Zostałem doceniony. Jak się okazało, Valeria nie zaznała w życiu zbyt wiele miłości mimo wcześniejszych intymnych znajomości z trzema mężczyznami oraz jednego, bardzo intensywnego choć przelotnego romansu z kobietą.

– To nie to samo, co teraz, kiedy wdycham aksamitny zapach kwiatów maciejki razem z zapachem twojego ciała, nieskażonego tą dziwną wodą kolońską, jakiej używasz. Nie pasuje ona do żadnego aspektu twojej osobowości, ani karnacji, ani postawy, ani twego intelektu, który mnie podnieca jak żaden inny. Może z wyjątkiem Jean-Paul Sartre’a, którego uważam za niezwykłego pisarza. Zresztą, to nie ma akurat znaczenia, skoro już dawno odszedł z tego świata.

Jej przydługie i nieco egzaltowane wyjaśnienie sprawiło mi przyjemność. Przyjąłem je z wdzięcznością, dając się uwieść nastrojowi chwili, pustce otaczającej balkon oraz pragnieniu życia pełnego znaczenia, co mogło oznaczać tylko jedno: namiętną miłość.

Odc. 2

Wracając wieczorem wspomnieniami do balkonu, tego z poranną niedzielną kawą i książką pełną niezwykłych opowiadań autora, w którym się zakochałem, oraz do wyznania Valerii, zdałem sobie sprawę, że w moim życiu jest za dużo uczuć.

– Nie podołam trzem miłościom naraz. To po prostu za dużo. Nie jestem Herkulesem erotyki – tłumaczyłem sobie. Stopniowo nabierałem coraz większego przekonania, że moje zachowanie jest nie tylko przesadne ale i nieuczciwe. .

Ta myśl zaczęła mnie męczyć, wręcz mnie prześladowała, mimo że usilnie starałem się wyrugować ją z pamięci sięgającej minionych wspomnień, które mają to do siebie, że wracają do źródła jak węgorz do strumienia, gdzie się urodził. Przez chwilę moja uwaga skoncentrowała się nieoczekiwanie na rybie. Widziałem jej podłużny, opływowy i śliski kształt; fascynował mnie, czułem go w sobie w formie lubieżności właściwej chyba wszystkim namiętnym istotom.

Bezwstydna myśl zakończyła się osobliwą refleksją, czy ryby nie odczuwają pożądania równie intensywnie jak człowiek, tylko w inny, zwierzęcy, a dokładniej rzecz biorąc ichtiologiczny sposób. Roztrząsanie tego zajęło mi chwilę. Było to zrozumiałe, ponieważ jestem intelektualno-emocjonalnym typem człowieka, z natury skłonnym do zadumy i rozmyślań.

W wieku dziecięcym moje pożądanie seksualne, które stopniowo rozwinęło się w prawdziwą żądzę – później lubiłem ją nazywać chucią – pozostawało utajone. Pojawiło się i rozkwitło dopiero wtedy, kiedy zacząłem biegać za piłką. Całymi dniami graliśmy wtedy w piłkę nożną, co wzmacniało mnie fizycznie i rozwinęło kondycję. Gdy podrosłem, moja pożądliwość uległa pogłębieniu i nabrała cech jurności; zacząłem uganiać się za dziewczętami. Najpierw miało to miejsce w marzeniach, potem przyszło podglądanie, dotykanie i przytulanie się, w końcu prawdziwie szalone pożądanie, owa niepowstrzymana chuć.

Głównym celem mej miłości był teraz Alberto. Postanowiłem nie ujawniać jego nazwiska, aby nie narażać go na niepotrzebną przykrość oskarżeń, że jest obiektem miłości ze strony mężczyzny, który kocha dwie kobiety, a wcześniej kochał inne, nie mówiąc a dzieciach, jakie spłodził i wychowywał, które też miały poczesne miejsce w jego sercu. Myśl o dzieciach przywróciła mnie do pełnej przytomności. Pomyślałem, że sprowadziłbym na nie cierpienie, okrywając hańbą, gdyby wyszła na jaw moja miłość do dwóch odmiennych płci.

Ostatnia miłość była najświeższa i jeszcze nieskonsumowana, co mnie dodatkowo podniecało. Stanąłem wobec dylematu, jak poradzić sobie z trzema namiętnościami na raz. Z jednej strony czułem presję pożądania miłosnego wrodzonego każdej osobie, z drugiej krępowały mnie konwenanse społeczne kategorycznie odrzucające miłość z trzema osobami, a nawet marzenia o czymś takim. Zadałem sobie pytanie, jak zostałoby to przyjęte przez osoby zainteresowane, czy któraś z nich zrozumiałaby i zaakceptowała to, co myślę i czuję.

Osób, których mogło dotknąć moje postępowanie, było w rzeczywistości więcej. Oprócz żony, jej przyjaciółki, moich dzieci oraz Alberto, była też moja szefowa w pracy zbyt zainteresowana wynikami mojej pracy, aby było to czystym zainteresowaniem zawodowym. Ponadto było jeszcze moje rodzeństwo, rodzice oraz liczni krewni i kuzyni, z wujkami, ciotkami i ich dziećmi na czele, w końcu moi przyjaciele i znajomi.

Poza nimi wszystkimi był jeszcze biskup Montano, osoba wpływowa, dobrze znająca moją rodzinę, o niezwykle surowych poglądach na męsko-męskie relacje seksualne. Dwa dni wcześniej biskup wypowiedział się niezwykle ostro o osobach odmiennej orientacji, uczestniczących w paradzie równości. Porównał je do wynaturzonej czarnej róży o trujących kolcach. W przemówieniu kapłana znalazły się słowa budzące grozę, wszystko, co kojarzyło się z piekłem: czerń, czeluść, ogień piekielny, potępienie, grzech, perwersja, Sodoma i Gomora, i inne zboczenia, w końcu wołanie o pomstę do nieba.

Biskupowi współczułem serdecznie z powodu jego surowych napomnień przechodzących w bluźnierstwa. Uważałem, że pomylił on odmienną miłość do drugiej osoby z nienawiścią do wszelkiej odmienności, wrodzoną skłonność niektórych ludzi do osób tej samej płci – z przywoływaniem Boga, który sam przecież stworzył to bogactwo postaw i zachowań. Potępiające przesłanie biskupa było zupełnie niepotrzebne i zapewne niemiłe Najwyższemu, ponieważ wieczorem w podest stojący na zewnątrz katedry, z którego biskup publicznie wygłaszał swoją tyradę, uderzył piorun i wypalił znak szatana. Tak pisała prasa, a ja nie miałem podstawy, aby nie wierzyć, bo na zdjęciu pokazano wizerunek rzeczywiście przypominający czarne rogi i gniewne ślepia.

Miałem biskupowi za złe, że zapomniał, że to sam Najwyższy stworzył ludzką różnorodność, mężczyzn ze skłonnościami do mężczyzn i kobiet ze skłonnościami do kobiet. Hierarcha napominał i ganił społeczność LGBT tak, jakby człowieka urodzonego z krótszą nogą można było przekonać, że powinien mieć dłuższą, naturalnego rozmiaru. Zapominał on, że homoseksualizm istniał zawsze, od początku istnienia człowieka, także w społecznościach zwierzęcych, osobliwie wśród małp, tygrysów i kilku innych gatunków. Dyskutowałem to z moją żoną i Viktorią i obydwie zgadzały się ze mną co do tego, że biskup błądzi, a z całą pewnością przesadza w tych sprawach.

Pewnym argumentem w ich myśleniu był fakt, że uważały go za osobę mało użyteczną dla kobiet, choć niezwykle użyteczną społecznie. Dla nich nie był mężczyzną ale osobą duchowną o nieokreślonej tożsamości seksualnej.

Nie wchodziłem z nimi w dyskusję na ten temat, ponieważ miałem wrażenie, że arcybiskup mimo swej zaciętości jest w połowie po mojej stronie. Czułem to. W jego najbliższym otoczeniu widziałem głównie mężczyzn, przeważnie dobrze zbudowanych kleryków, przystojnych, niektórzy o twarzach wdzięcznych efebów. Biskup miał niewątpliwe poczucie piękna ludzkiego ciała, tego nie można było mu odmówić. Drażniła mnie tylko, a jeszcze bardziej martwiła, jego publiczna zawziętość wobec społeczności LGBT, szczególnie ludzi o biseksualnych zainteresowaniach.

Odc. 3

Sytuacja wymagała reakcji z mojej strony. Napisałem do Alberto list przypominając mu nasze pierwsze spotkanie, kiedy trzymał mnie za rękę i patrzył mi w oczy, oraz relacjonując moje odczucia w trakcie czytania jego boskich opowiadań. W końcu wyznałem mu miłość, błagając, aby zachował dyskrecję.

Czekałem na jego reakcję, choćby na potwierdzenie odbioru listu, ale nic takiego nie nastąpiło. Na pewien czas zapomniałem o wszystkim, ponieważ wybuchła bomba. Biskup Montano publicznie potępił Alberto za „wyuzdaną miłość wobec członka naszej lokalnej społeczności”, tak ostro i bezwzględnie, jakby nałożył na niego klątwę. W jaki sposób dowiedział się o nas i dlaczego mnie nie wymienił z nazwiska, nie miałem najmniejszego pojęcia. Wyszło to na jaw później. Jak się okazało, Alberto odpisał mi lecz jego list przejęła moja żona i poszła z nim prosto do biskupa, aby wyżalić się i prosić o radę. Dowiedziałem się tego od przyjaciółki mojej żony, Valerii, która na zakończenie oświadczyła:

– Jesteś zwyczajnym zboczeńcem, a w dodatku świnią. Mogę rywalizować o mężczyznę z inną kobietą, ale nie z mężczyzną.

Żona i biskup chyba wtedy uzgodnili, że potępi on Alberto zachowując dyskrecję, kim jest ów „członek naszej lokalnej społeczności”.

Kiedy Montano nakładał klątwę na Alberto z wysokości złotej ambony w katedrze, miał na sobie niezwykle piękną szatę liturgiczną, którą podobno sam projektował. Była ona niezwykle zdobna i dystyngowanie kolorowa, prawdziwe dzieło sztuki. Wyszyto na niej postacie biblijne, Adama i Ewę, jabłko, węża oraz symbol grzechu w postaci rozdwojonego języka. Kiedy biskup podchodził do ambony swoim dostojnym monarszym krokiem, postacie na szacie poruszały się jak żywe.

Wspomnienie o biskupie sprowadziło mnie ostatecznie na tory trzeźwości i gorącego pragnienia rozwiązania problemu.

– Nie możesz, zboczeńcu – napomniałem siebie z surową brutalnością – uczestniczyć w konstrukcji miłosnej tak skomplikowanej jak czworokąt miłosny. To ty ponosisz odpowiedzialność za jego istnienie i konsekwencje; jesteś jego motorem, fundamentem i Bóg wie jeszcze czym kojarzącym się z Sodomą i Gomorą! Ludzie to bardzo źle odbierają.

Ciężko mi się zrobiło na duchu. Wiedziałem, że muszę rozwiązać bolesny dylemat składając jakąś znaczącą ofiarę na ołtarzu poświęcenia. Żal mi było każdej z osób pokrzywdzonych moją zachłannością erotyczną. Kogoś musiałem wyeliminować, nie wiedziałem tylko kogo. W chwili rozpaczy pomyślałem o sobie, sprawcy zamieszania. Przyszło mi do głowy, że powinienem przestać zastanawiać się, tylko wyjść na balkon, przysunąć krzesło do barierki, wejść na nie, przełożyć nogę za metalową ramę, przechylić się i pozwolić bezwładnemu ciału sfinalizować dramatyczną decyzję. Było w tym coś teatralnego, ja czułem jednak tylko niemoc i rozpacz. Spojrzałem w dół w przepaść pięciu pięter wysłaną zieloną murawą i zdałem sobie sprawę, że byłby to haniebny czyn skutkujący krwawą plamą drgających szczątków, widok w najwyższym stopniu odrażający. Poczucie estetyki zawróciło mnie z egoistycznej drogi myślenia o sobie. Czas pilił. Myślałem intensywnie, poganiałem siebie.

– Raczej prędzej niż później wszyscy się dowiedzą, przede wszystkim  dzieci, dalsza rodzina i przyjaciele. Nie masz czasu. Musisz szybko podjąć jakąś decyzję. Nie możesz pozwolić sobie na odwlekanie decyzji.

Zrozumiałem, że muszę spotkać się i porozmawiać z Alberto, aby doprowadzi sprawy do ładu. Następnego dnia, aby nie czytać  opowiadań i nie rozdrapywać palących ran, oddałem książkę jako dar do biblioteki. Dwa dni później byłem już na lotniku w Rzymie i kilka godzin później w Rimini.

Poszedłem nas plażę. Tym razem było cieplej. Rozejrzałem się wokół, sporo się zmieniło, tylko piasek, plaża i fale były te same, podobnie jak niebo. Och! Jak ja kochałem to morze i to niebo! Patrzyłem na nie leżąc na piasku. Czekałem na Alberto. Wyraził chęć spotkania, jak tylko przypomniałem mu ciepły uścisk ręki, to, jak patrzył mi oczy i czego dowiedział się z mego ostatniego listu i z jego opowiadań. O klątwie nałożonej przez biskupa wiedział wszystko.

Rozpoznałem go z łatwością z oddali. Ta sama szlachetna sylwetka; nieco starszy niż ostatnim razem nic nie stracił z kształtu ciała i niewiele z urody. Był po prostu dojrzalszy i bardziej stateczny, podobnie jak ja. Kiedy spotkaliśmy się pierwszy raz, byliśmy trzydziestolatkami.

Alberto był już przebrany. Miał na sobie strój kąpielowy, modne, średniej długości granatowe spodenki w kolorze nieba w delikatnym ciemniejszym pasem na prawym udzie. Przywitaliśmy się podaniem sobie rąk, skinieniem głowy i ciepłym „buongiorno”. Tym razem to ja wziąłem go za rękę i poprowadziłem w kierunku morza. Cały czas rozmawialiśmy patrząc na siebie. Opowiedziałem mu o moich myślach i odczuciach przeżywanych w trakcie czytania książki, przypomniałem w szczegółach dwa doskonale zapamiętane fragmenty jego wspaniałych opowiadań. Niektóre zdania cytowałam z pamięci. Słuchał spokojnie, cieszył się. Potem weszliśmy do ciepłej wody, aby razem popływać.

Była spora, chyba rosnąca fala. Takie miałem wrażenie. Alberto nie pływał nadzwyczajnie, bał się wypłynąć na głębszą wodę. Byliśmy w miejscu, gdzie płaskie dno łagodnie i powoli schodziło w morze. Uspokoiłem go, zapewniając, że jestem dobrym pływakiem, kiedyś nawet pracowałem jako ratownik. Nie było to prawdą, ale zrobiłbym wszystko, aby czuł się dobrze. Kiedy znaleźliśmy się w wodzie sięgającej nam do szyi, płynęliśmy wzdłuż brzegu z dala od innych kąpiących się plażowiczów. Nie wiadomo kiedy niebo ściemniało i zrobiło się chmurno. Wyglądało na to, że zaraz spadnie deszcz. Z daleka widziałem ludzi schodzących w pośpiechu z plaży. Oni sami nie mogli nas widzieć z powodu znacznej odległości oraz coraz większych, choć wciąż bezpiecznych fal.

Odc. 4

W pewnym momencie Alberto wychylił głowę z wody, aby nabrać powietrza. Nieoczekiwana fala uderzyła go w prosto w twarz, Alberto zakrztusił się i zaczął tonąć. Płynąłem natychmiast do niego, aby mu pomóc. Kiedy zbliżyłem się, jego twarz obróciła się w moim kierunku. Trwało to tylko sekundę; wydała mi się jakaś inna, dziwna jak maska japońskiego teatru Kabuki, wyrażająca jednocześnie uczucia zdziwienia, gniewu i ironii. Wyciągnąłem prawą rękę w jego kierunku i nie wiem, co się stało. Czy fala uniosła go w górę, czy też rzuciła mną w taki sposób, że zamiast podtrzymać jego głowę od dołu pchnąłem ją w dół. Niemal natychmiast rozdzieliła nas nowa fala i straciłem orientację. Coś zapadło się we mnie, przestraszyłem się. Pomyślałem, że właśnie teraz los decyduje o jego i moim życiu, że muszę oddalić się, o ile nie chcę zginąć razem z Alberto. Zacząłem nerwowo płynąć wzdłuż plaży bez pełnej świadomości, co się ze mną dzieje.

Potem, kiedy o tym myślałem, przyszło mi do głowy, że uciekałem, pragnąc, aby nikt nie zauważył, że byłem obecny blisko tonącego. Chyba wtedy uznałem, że nie mogę dalej ryzykować i najlepiej zrobię zostawiając Alberto swojemu losowi. Rozpaczliwie szukałem usprawiedliwienia mojego postępowania. Bałem się, że ktoś zechce mnie zapytać o to, co się stało. Tłumaczyłem sobie, co wtedy powinienem powiedzieć, aby ratować się przed niesławą i osobistą klęską: że kiedy wypływaliśmy na głębszą wodę, Alberto skarżył się, że nie czuje się najlepiej, a ja radziłem mu nawet, aby nie wypływał ze mną, jednakże on uparł się, aby to uczynić. Popłynąłem naprzód i kiedy się zatrzymałem, już go nie widziałem. Pocieszyłem się myślą, że poradził sobie i popłynął w kierunku plaży. Sam to zrobiłem natychmiast, jak tylko zauważyłem, że ratownik na plaży wywiesza czarną flagę zakazującą kąpieli.

Przyszło mi też do głowy inne usprawiedliwienie: że Alberto pozostał na morzu, życząc sobie popływać kilka minut dłużej, a ja popłynąłem sam w kierunku plaży. Po wyjściu z wody siedziałem jeszcze trochę na mokrym piasku, zastanawiając się, dokąd udał się Alberto, i czy zechce jeszcze do mnie wrócić. 

Zanim rozwinął się tragiczny scenariusz wydarzeń, jeszcze przed wejściem do morza, poszliśmy we dwóch do kafejki przy plaży i długo rozmawialiśmy. On miał przyjaciela, ja byłem żonaty. Wyznaliśmy to sobie, ale to nic nie zmieniło. Obydwaj czuliśmy, że żaden z nas nie zrezygnuje z wielkiego i nieoczekiwanego uczucia, jakie pojawiło się między nami. Szukalibyśmy się nawzajem aż do upadłego. Zdałem sobie wtedy sprawę, że nasz związek zakończyć się może tylko kompromitacją i tragedią, z całą pewnością dla mnie i dla mojej rodziny. Nie tłumaczyłem tego Alberto; wiedziałem, że tego nie zaakceptuje, nawet nie będzie starać się zrozumieć.

Odlatując z lotniska w Rzymie do kraju, rozmyślałem nad okrucieństwem losu, który nie pozwolił mi przeżyć wielkiej miłości, doznać uczucia odmienności, bycia bogatszym w cudowne, być może najlepsze w całym moim życiu, przeżycia i wspomnienia. Pocieszałem się tym, że skoro jedna czwarta mężczyzn to biseksualiści, żyjący zarówno z kobietą jak i z mężczyzną, to nie powinienem obwiniać się za to ani żałować, że nagle odczułem miłość do mężczyzny.

Co pisała prasa i podawały media włoskie i krajowe, nie wiem, ponieważ przez kilka następnych dni nic nie oglądałem ani nie czytałem. Nie miałem na to najmniejszej chęci. Faktem było, że nagła i dziwna śmierć Alberto Mora, jego nazwisko pojawiało się już wszędzie, była powszechnie komentowana. Był znanym pisarzem, bardziej niż sądziłem. A może po prostu jego nagłe i tragiczne odejście zrobiło mu dodatkową reklamę? 

Przyczyny zgonu pisarza nie były jasne. Ciało znaleziono w morzu, niezbyt daleko od brzegu, dopiero po dwóch dniach. Opinie były różne: że nieszczęśliwie utonął, że popełnił samobójstwo; spekulowano nawet, że został zamordowany. W prasie brukowej pojawiły się zdjęcia pokazujące jakieś ślady na jego szyi; autor artykułu sugerował, jakoby go duszono. Była to oczywiście kompletna bzdura. Tym niemniej lekarze medycyny sądowej nie byli zgodni w ocenie przyczyn zejścia Alberto z tego świata. Zwykli ludzie bardzo się interesowali tym zdarzeniem. Miałem wrażenie, jakby wszyscy go znali, podobne jak jego twórczość.

Czułem się teraz bardzo samotnie. Viktoria usnęła się całkowicie z naszego życia i wyjechała do swojej matki, żona wprawdzie pozostała w domu, lecz oddaliła się ode mnie i przeważnie milczała. Liczyłem na to, że w końcu życie nam się jakoś ułoży. Ostatecznie między mną a Alberto do niczego fizycznego nie doszło.

– Mówienie o miłości między mężczyznami, to nie znaczy to samo, co życie ze sobą – tłumaczyłem Patrycji, lecz nie wykazywała tym żadnego zainteresowania. Byłem przekonany, że moją miłość do Alberto uznała za rzecz spełnioną, nieszczęście, jakie niezasłużenie ją spotkało z mojej winy.

Któregoś dnia pomyślałem o biskupie Montano. Wkrótce po śmierci Alberto całkowicie zniknął z życia publicznego. Sam tego nie zauważyłem, ktoś mi o tym powiedział. Zacząłem rozpytywać, co się nim stało, nic się jednak nie dowiedziałem. Przedstawiciel kurii niechętnie to komentował, jakby za sprawą wyjazdu biskupa kryła się jakaś tajemnica, coś wstydliwego lub niemiłego. W końcu dotarłem do jego sekretarza osobistego. Opowiedział mi, że śmierć Alberto Mora ogromnie wstrząsnęła biskupem. Stało się to, kiedy zobaczył jego zdjęcie i dowiedział się, że pisarz popełnił samobójstwo pozostając samotnie w morzu, kiedy ze wszystkich stron widoczna była już czarna flaga ostrzegającą przed nadchodzącym sztormem. Sekretarz podejrzewał, że to spowodowało nagły wyjazd biskupa.

– Przygotowywał się do wyjazdu, jakby udawał się na koniec świata. Nie mam na myśli tego, jaki bagaż zabrał ze sobą. Po prostu w jego przygotowaniach widziałem wielki smutek i jakąś niezwykłą determinację.

Tajemnicę biskupa rozwiązał zwykły przypadek. Sam się wtedy dziwiłem, jak bardzo o niektórych sprawach decyduje proste zrządzenie losu. Byłem na wycieczce w Hiszpanii w okresie Świąt Wielkanocnych. Pojechaliśmy całą grupą z naszym przewodnikiem-opiekunem do San Vicente, gdzie od kilkuset lat odbywa się co roku procesja pokutników. Razem z innymi turystami stałem przy krawężniku. Przed nami przesuwała się procesja pokutnego Bractwa Najświętszego Krzyża, istniejącego od XV wieku. Byli to sami mężczyźni, wszyscy ubrani w białe tuniki. Ich głowy i twarze były osłonięte szpiczastymi kapturami, również białego koloru. Szli boso ubrani we włosienice, uderzając się po plecach biczami z powrozów, raz z lewej, raz z prawej strony. Zawiał wiatr i odsłonił twarz przechodzącego przede mną człowieka. Był to biskup Montano. Poznałem go prawie natychmiast, mimo że zapuścił brodę. Rzuciły mi się w oczy trzy szczegóły: niezwykła szczupłość twarzy i ascetyczność sylwetki, masywny nos, który był zawsze jego cechą charakterystyczną, oraz szeroki pas wykonany z tego samego materiału, co ornat, który hierarcha miał na sobie w dniu, kiedy rzucił klątwę na Alberto. Kolor i wzory materiału były tak znamienne, że rozpoznałbym je w każdych warunkach.

Ruszyłem pośpiesznie wzdłuż krawędzi ulicy usiłując zbliżyć się biskupa, aby go pozdrowić choćby tylko od mojej żony i zamienić kilka słów. Chyba mnie nie poznał, a jeśli poznał, to nie chciał ze mną rozmawiać. Popatrzył tylko na mnie takim wzrokiem, jakby chciał zapamiętać moją twarz, po czym odwrócił głowę i jeszcze bardziej pochylił się do przodu, wznawiając przygnębiający rytuał chłostania się biczem po plecach. Zrobiło mi się naprawdę smutno. Domyśliłem się, dlaczego nie chciał ze mną rozmawiać; ostatecznie to ja swoim postępowaniem przyczyniłem się do jego decyzji.

Doszedłem wtedy do wniosku, że życiem naprawdę rządzi przypadek i zawsze jest ono takie, jak je przeżywamy, a nie takie, jak marzylibyśmy sobie je przeżyć.

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, 5.02.2020

 

0Shares

Ptachu nocą spotyka się Rudym. Powieść psychodeliczna. Odc. 22.

Trudna noc, a następnie pracowity dzień, nie zmieniły wiele. Namiestnik wrócił do domu zmęczony, rozebrał się, umył ręce i w samotności zjadł kolację. Usiłował zająć się czymś. Nie miał chęci oglądać telewizji. Wiedział, o czym będą mówić. On i jego rząd byli w centrum zainteresowania, a informacje o wypadkach drogowych, pożarach i ludzkim kalectwie go nie interesowały. Siedząc w wygodnym fotelu przysnął.

Nie był to udany wypoczynek. Budził się i znowu przysypiał. Właściwie to drzemał, kiedy zobaczył przed sobą Rudego. Nawet nie odczuł do niego niechęci. Mężczyzna siedział naprzeciwko i przyglądał mu się przyjaźnie, przynajmniej obojętnie. Takie Ptachu miał wrażenie. To go uspokoiło. Czekał, co ma mu do przekazania. Rudy po chwili otworzył usta, zawahał się, po czym przemówił. Opowiedział Ptachowi fragmenty swojego życia, jakby pragnął wyjaśnić, że nie jest takim potworem, za jakiego ma go gospodarz. Była to opowieść co najmniej dziwna, przypominająca wyznanie.

– Nie przejadałem państwowych pieniędzy, jak to głosisz. Faktem jest jednak, że spędziłem sporo godzin w restauracjach. Taki prowadziłem tryb życia. Dnia nie starczało na załatwienie wszystkich spraw rządowych. Dlatego spotykaliśmy się przy obiedzie i kolacji i kontynuowaliśmy dyskusje na najważniejsze tematy. Kazałeś to nagrywać. Teraz wiem, że było to rozsądne. Zalecam ci, abyś nagrywał także siebie i swoich ludzi. Przekonasz się, że kiedyś ci się to przyda. Ktoś napisał, że na podstawie tych nagrań opracowano scenariusz do znanego filmu „Wielkie żarcie”. To bzdura. Ten film powstał wiele lat wcześniej, w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym trzecim roku. Pomysł był rzeczywiście ciekawy: kilku mężczyzn organizuje ucztę w podmiejskiej willi, aby popełnić samobójstwo z przejedzenia. To ciekawe, ale to nie ja. To do mnie w ogóle nie pasuje. Dlatego niesłusznie mnie traktujesz, pokazując mnie i moich współpracowników jako obżartuchów. A do tego jeszcze wprowadziłeś tę historyjkę do podręczników szkolnych, jako metodę zniechęcania dzieci do objadania się. Może zamiar miałeś pozytywny, bo o szlachetność cię nie podejrzewam, ale było to nieuczciwe.

Ptachu wpatrywał się w człowieka i nie poznał go. Pomyślał o nim życzliwie, jak bardzo się zmienił. Za chwilę jednak otrząsnął się z wrażenia. Zdał sobie sprawę, że gdyby przestał myśleć o nim negatywnie, zniknąłby temat jednoczący ludzi w poparciu dla Partii Powszechnego Dobrobytu.  

– Słyszę, co mówisz, ale nie mogę niczego już zmienić. Jesteś politykiem, więc mnie zrozumiesz. Doszedłem do władzy po długich latach oczekiwań i teraz jesteś, ty i twój rząd, spoiwem mojej polityki. Mówienie i myślenie o tobie jednoczy ludzi mnie popierających, nawet jest to niesprawiedliwe, nie całkiem prawdziwe.

– To mogę zrozumieć – odpowiedział Nepomucen – ale przynajmniej nie przesadzaj, nie opowiadaj głodnych kawałów o tym, jak to nurzaliśmy się w rozpuście, nie pokazuj scen z miejsc, gdzie rzekomo pojawialiśmy się, domów schadzek, pensjonatów ukrytych w górach, nieistniejących restauracji, nawet starych sztolni górniczych. Ty, twój złotousty Zarządca i ten rozmamłany duchowo Plenipotent na spotkaniach z ludźmi opowiadają, ile to zła wyrządziłem narodowi, jaki byłem nieodpowiedzialny, rozrzutny i zdemoralizowany. Twoi ludzie rozpracowali szczegółowo moje życie. Nie będę się upierać, że to wszystko jest nieprawdą, ale zdecydowana większość zdecydowanie tak.

Głos Nepomucena stał się bardziej wyrazisty. Ptachu nie odzywał się, czekając co jeszcze ma do powiedzenia.

– Oglądaj sobie i pokazuj ludziom słupki swojego poparcia, i rób porównania z tym, jak to było za moich czasów, ale nie przejaskrawiaj, bo to zwykła polityczna blaga, oszustwo, rozbój w biały dzień. To wróci do ciebie jak bumerang i bardzo cię zrani. Kiedyś nawet naiwni przejrzą na oczy i wtedy cię rozliczą. W bardzo prosty sposób; po prostu przestaną ci wierzyć. Możesz mnie nazywać wrogiem publicznym numer jeden, ale nie oszukuj, bo na tym przegrasz. Pamiętaj, że cię ostrzegałem.

Mężczyźni patrzyli na siebie w milczeniu. Ptachu zastanawiał się nad tym, co usłyszał. Na chwilę zamknął oczy. Kiedy je otworzył, Nepomucena już nie było. Odetchnął z ulgą. Po namyśle postanowił zmienić nieco swoje postępowanie, złagodzić swoje wypowiedzi, bardziej je polerować. Miało to sens, ponieważ zbliżały się wybory. 

Książki Michaela Tequili w księgarniach – najlepsze ceny https://tinyurl.com/y2r45ew5

Recenzje powieści Michael Tequila: „ Sędzia od Świętego Jerzego”: http://michaeltequila.com/?page_id=39

Recenzje opowiadań Michaela Tequila: „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco”: http://michaeltequila.com/?page_id=1265 

Opinie czytelników o zbiorze poezji Michael Tequila: „Klęczy cisza niezmącona” http://michaeltequila.com/?page_id=47

 

0Shares

Ptachu i Rudy. Rywalizacja i nienawiść. Początki. Powieść rosnąco psychodeliczna. Odc. 21.

Historia nienawiści Namiestnika Leona Krzepkiego-Kukuły do Ottara Nepomucena, byłego przywódcy Partii Liberalnej, była powszechnie znana. Wspomnienia dotyczące największego wroga snuły się po głowie Namiestnika niby duszący dym nad jesiennym rżyskiem. Były zdumiewająco świeże i intensywne wobec zdarzeń z odległej przecież przeszłości. Bolało go, że sprawca jego niepowodzeń i upokorzeń wciąż chodzi po ziemi. Uczucie wrogości tak bardzo męczyło Namiestnika, że poprosił swego spowiednika o wysłuchanie i zadanie pokuty. Efekt był nieoczekiwany.

– Synu, takiego typa możesz szczerze nienawidzić! Po tym, co od ciebie usłyszałem, sam go nienawidzę, choć jest to straszne. Nie myśl sobie, że my, duchowni, nie mamy serca w piersi czy uczuć! Ze złem trzeba walczyć! Dlatego cię rozgrzeszam. Nie proponuję ci żadnego pax vobiscum, ale życzę, aby wojna między wami zakończyła się twoją wygraną. 

Namiestnik pamiętał w szczegółach wszystkie zdarzenia związane z Nepomucenem. Śnił mu się często, nękając go swoją obecnością. Czasem wydawało mu się, że pragnienie zemsty pojawiło się już w dniu pierwszego spotkania z Ottarem na podwórku, gdzie chłopcy grywali w kiczki. Byli sąsiadami. Leon był przekonany, że dobrze opanował sztukę tej gry, rówieśnicy go cenili, tymczasem przegrał i to dwa razy z rzędu z Rudym.

Od dnia objęcia władzy, Namiestnik nie szczędził czasu ani wysiłku na rejestrację, dokumentowanie, opisywanie i wycenę szkód wyrządzonych obywatelom Amnezji przez Rudego. Zatrudnił księgowego. Ważna była dokładność, dokumentacja i wyliczenie szkód, jakie spowodował Rudy budując bez opamiętania autostrady i koleje, naprawiając drogi polne, wznosząc wiadukty, budując wielkie lotniska, jakby miały lądować tam promy kosmiczne, i organizując boiska nadające się bardziej do handlu warzywami niż do uprawiania sportu. W końcu stworzył nawet ścieżki zdrowia przez bagna, gdzie oprócz pijanego diabła i nocnych oparów nie było niczego. Budował także tanie oczyszczalnie ścieków. Na to wspomnienie Ptachu odwrócił głowę i zacisnął palcami nozdrza. Dusiło go.

– Tfu! Co to był za smród! Co za pomysł, żeby coś takiego robić!

Na spotkaniach publicznych ludzie pytali Namiestnika:

– Po co on to wszystko robił? Po co komu ścieżki zdrowia przez bagna? Przecież to kosztowało majątek. Kto to wszystko będzie sprzątać i remontować?

Wszystko, co stworzył Rudy, w ocenie Namiestnika było anormalne. Cieszył się, że jego pogląd podzielają miliony obywateli, choć czasem jego oskarżenia brzmiały absurdalnie. To go umacniało, że jest na słusznej drodze. Przygotowywał się do walki. Sprawa musiała trafić do sądu. Należało liczyć się z możliwością długiego procesu. Ptachu wolałby wymierzyć sprawiedliwość Rudemu szybciej i po cichu, jeśli byłoby to możliwe, ale było to obciążone ryzykiem. Konsekwencje niepowodzenia mogły być poważne. Takie były realia. Wróg narodu nie był w ciemię bity. Wręcz przeciwnie, był kutym na cztery nogi specjalistą od malwersacji i manipulacji. Tak myślał o nim Ptachu. Również coraz więcej obywateli. Była to wojna, a nie bitwa. Potrzebna była strategia, sąd i wyrok.

– Ten rudy diabeł musi ponieść zasłużoną karę! – Powtarzał to sobie, aby nie osłabło w nim pragnienie doprowadzenia do osądzenia i ukarania złoczyńcy. We śnie widział Rudego w celi więziennej. Raz nawet, był to makabryczny sen, w celi tortur, jak darł z niego pasy i posypywał rany solą. To było tak straszne, że rano zwymiotował na samo wspomnienie.

Książki Michaela Tequili w księgarniach – najlepsze ceny https://tinyurl.com/y2r45ew5

Recenzje powieści Michael Tequila: „ Sędzia od Świętego Jerzego”: http://michaeltequila.com/?page_id=39

Recenzje opowiadań Michaela Tequila: „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco”: http://michaeltequila.com/?page_id=1265 

Opinie czytelników o zbiorze poezji Michael Tequila: „Klęczy cisza niezmącona” http://michaeltequila.com/?page_id=47

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 205: Ruch celebrycki, indywidualizm i Internet

Babochłop, mający za sobą długi epizod kobiecości, szybko wyczuł pismo nosem. Natychmiast po ukonstytuowaniu się pierwszego Klubu Celebrytek wysłał swoją najzdolniejszą agentkę-dziennikarkę do rozeznania sytuacji. Udało jej się umówić z Marią, szefową Ruchu Celebrytek, dzięki wtyczkom, jakie tajna policja miała już niemal wszędzie.

– Jaki jest stosunek Ruchu Celebrytek do prokreacji? – Było to podstawowe pytanie, jakie miała zadać dziennikarka.

– Nie mamy czasu na życie osobiste. Jest to zjawisko nam obce. Prokreacja to tylko popęd krępujący życie każdej niezależnej kobiety. My musimy być wolne, aby rozwinąć skrzydła. Na dowód swoich słów Maria podniosła do góry ramiona, z których wysunęły się niezwykłe skrzydła otoczone falującym muślinem, nadającym oczom i twarzy nadzwyczajny blask.

Nie wszystkie celebrytki potrafiły wyeliminować cielesne pożądanie, przestać myśleć o seksie. Wszystkie starały się stworzyć w sobie odruchy i mechanizmy zastępujące mężczyzn i w sposób naturalny eliminujące macierzyństwo. Wśród młodych członkiń Ruchu Celebrytek wkrótce dała znać o sobie lubieżność. Nie była to forma rozpasania, lecz szczerego okazywania sobie uczuć, od których nie jest w stanie uciec gorące młode ciało. Siostrzana miłość szybko rozwinęła własną symbolikę, język i rytuały. Latem były to ciche spotkania przy świetle lamp imitujących zmienne fazy księżyca, symbolu kobiecości. Kontakty między celebrytkami były spontaniczne, ceniono prostotę, bezpośredniość i jednoznaczność.

– Gdzie i kiedy się spotkamy, kochanie? – Była to typowa zachęta do bliższego poznania się, powiedzenia czegoś o sobie, wymiany uczuć i wspólnego doświadczenia radości.

– Na Alei Indywidualistek, lampa trzeciej fazy księżyca. Klub ma tam piękny domek otoczony akacjami. Cudownie pachną o tej porze roku.

– Co powinnam zabrać ze sobą?

– Nic. Kompletnie nic. Klub o wszystkim pomyślał. Domki są doskonale wyposażone. Możesz nawet przyjść naga, noce są teraz takie ciepłe. Nie musimy martwić się o szampana czy jedzenie. Kocham to miejsce. Mają tam aksamitną pościel w kolorze łagodnego lazuru, który uwielbiam.

*****

Kiedy Babochłop poznał zasady i zwyczaje Ruchu Celebrytek, uznał, że nie ma sensu, aby starać się je zmienić. Przedstawił to jak zwykle w bezpośredni i szczery sposób.

– Tego poziomu zboczenia nie da się pokonać. Te baby są okopane w fortecach swojej wściekłej wiary i nawyków. Nic ich nie zmieni. Zresztą nie ma ich tak dużo, aby martwić się nimi. To elitarny ruch. Lepiej skoncentrujmy się na pozostałych kobietach. 

Gubernator i Czarna Eminencja po zadaniu kilku pytań byli pewni, że jak zwykle ma rację. Jego argumenty wyrastające z korzeni minionej kobiecości i aktualnej męskości były nie do zbicia. Sami nie mieli doświadczeń z kobietami, były dla nich zagadką, tajemnicą, czasem nawet czarną magią. Mieli przekonanie do Babochłopa.

Indywidualizm nie pojawił się nagle. Poprzedziły go symboliczne jaskółki. Na Plaza Central Afary, uważanym przez obywateli kraju za pępek świata, wyrosła w nocy kilkumetrowej wielkości tablica z hasłem „Jednostka naszym najwyższym dobrem”. Powyżej umieszczono symbole drogi do indywidualizmu: złotą koronę, pięć rumaków w zaprzęgu z rydwanem oraz wysoką drabinę.

Była ona tak solidna, że ludzie z doświadczeniem wojskowym twierdzili, że jest tak mocna jakby była pancerna. Mieszkańcy i goście Afary zatrzymywali się tłumnie przed tablicą, czytali i dyskutowali. Hasło i symbole rozpalały ich wyobraźnię, dyskusje rozbudzały aspiracje. Społeczeństwo zmieniało się. Obywatele pragnęli piąć się po drabinie społecznej w górę. Każdy chciał wyróżnić się. W dobrym stylu było szczycić się tym, co w danej jednostce było najsilniejsze. Niektórzy szczycili się nawet swoją niewiedzą, dzięki czemu stawali się bardziej wyraziści, wyróżniali się w szarym tłumie. Indywidualizm wszystkim dawał szansę wybicia się ponad przeciętność.

Ludzie młodsi i słabiej rozwinięci fizycznie, chętnie szczycili się znajomością nowoczesnych technologii, czy było to auto bez kierownicy i kierowcy, smartfon mówiący trzema językami obcymi, czy sztuczna inteligencja służąca błyskawicznej wymianie kół w samochodzie osobowym. Ta ostatnia zyskała niezwykłą popularność. Wielka ilość samochodów w kombinacji z czterema sezonowymi zmianami kół w porze zimnej, gorącej, deszczowej i suchej, wysoko podniosła rangę technologii zwanej skrótowo IWK, czyli Inteligentna Wymiana Kół. Jej znajomość była w cenie.

Rząd podjął energiczną walkę z indywidualizacją przede wszystkim dlatego, że aktywnie uczestniczyły w niej wyzwolone kobiety, stając się jej forpocztą, bazą i motorem dalszego rozwoju. Środowiskiem, sprzyjającym indywidualizmowi, można by powiedzieć jego wylęgarnią, stał się Internet. Ludzie wyróżniali się już poprzez samą aktywność w Internecie.

– Internet otworzył nam bramy do raju – głosili miłośnicy gier komputerowych i uczestnicy forów dyskusyjnych. – Raj polega na tym, że pozostajemy anonimowi, bez względu na gry, w jakie się angażujemy, oraz poglądy, jakie głosimy. Internet to esencja wolności. Możemy wreszcie przeklinać, kłamać do woli, szkalować i wyzywać innych, ile wlezie. W domu, w szkole ani w pracy tego nie da się tego zrobić – entuzjazmowali się aktywiści internetowi, miłośnicy portali i serwisów internetowych. Na Facebooku, Instagramie i Twitterze ich opinie pojawiały się obok wypowiedzi prezydentów, premierów, prezesów firm-gigantów oraz celebrytów. To ich raiło, wprowadzało na najwyższe obroty.

0Shares

Ciało w odbiciu lustrzanym. Część 1.

Wiktor przebudził się ze snu i poszedł do łazienki. Coś go tknęło, tak delikatnie, że pomyślał o pajęczynie. Ale skąd w łazience pajęczyna? Okazało się, że nie było to dzieło pająka, tylko złe przeczucie. Kazało mu spojrzeć w lustro. Zrobił to i pożałował. Był nagi. Nie to jednak wyprowadziło go z równowagi. Problem tkwił w tym, jak był nagi.

Nagość jest tania. Nie sztuka być nagim. Sztuką jest być nagim i pięknym, a to, co ja zauważyłem obraziło moje wyobrażenie piękna – relacjonował mi Wiktor kilka godzin później w trakcie przypadkowej dobrosąsiedzkiej rozmowy.

Widok w lustrze tak mnie przeraził, że chciałem zwymiotować. I zrobiłbym to, gdybym nie zdał sobie sprawy, że to mi nie pomoże, ponieważ nic to nie zmieni. Świadomość ubóstwa mego ciała sięgnęła dna. Dokładniej, rynsztoku rozpaczy i poniżenia. Spływała nim duma i męski szacunek dla siebie. Uświadomiłem sobie, jak nisko upadłem – kontynuował Wiktor z opuszczoną głową. Głos mu drżał, mówił nieco chaotycznie. Wyraźnie był był po wrażeniem nikczemności, jaka emanowała z lustrzanego obrazu. Lustro nie zamierzało pozostać właścicielem wrażego obrazu i odbijało go w kierunku właściciela. Jak na ironię bezpłatnie dodawało do niego niemy sygnał: Zapomnij o sylwetce!

Dużo mówisz, ale jeszcze nic ważnego nie powiedziałeś. Cóż cię tak poruszyło? Nie widziałeś własnych chudych nóg? – zareagowałem ponaglająco, lecz życzliwie z drobniutką szczyptą dowcipu.

Pieprzysz głupoty – twarz mego rozmówcy skrzywiła się i ujawniła gniewne usta. Wiktor konwulsyjnie zaciskał ręce. Zrozumiałem, że sprawa jest poważna. Nigdy nie odzywał się tak do mnie.

Tu nie chodzi o chude nogi, tylko o przedwczesne zwłoki mężczyzny w prosektorium. Wydatny brzuch, zgarbiona sylwetka, łysiejąca głowa, otłuszczenie ciała wokół pasa. Zawsze miałem wrażenie, że jestem szczupły, a tu widzę deformanta. Nigdy nie myślałem, że jestem jedną z tych łajz chodzących po ziemi, które nie kopią piłki, nie uprawiają joggingu ani nie jeżdżą na rowerze.

Coś mu się nagle przypomniało. Popatrzył na mnie niewodzącym wzrokiem. Nienawidzę luster! – wydał tak donośny okrzyk nienawiści i rozpaczy, że aż wystraszył ptaki żerujące na kwitnącym krzewie.

0Shares

Jak pisać? Mieć coś ważnego do powiedzenia

Od kilku tygodni czytam z uwagą i autentycznym zainteresowaniem książkę autorstwa Giulii Giuffre, dziennikarki, zatytułowaną „A Writing Life”, który to tytuł (znając treść książki) przetłumaczyłbym na polski język jako „Życie pisarki”. Jest to zbiór wywiadów z 16 pisarkami australijskimi starszego pokolenia (książka została wydana w 1990 roku). Jedna z pisarek, Helen Heney, co jest nader ciekawe, spędziła w Polsce pięć lat i to w latach 1950-ych, co mnie jeszcze bardziej zaintrygowało. Helen Heney mówi o osobie: Po prostu zakochałam się w tym kraju (I simply lost my heart to the place). Moja pierwsza powieść jest osadzona w Polsce (The Proud Lady, 1951).

Wydaje się, że w wywiadach przewijają się wszystkie tematy, jakie mogą interesować pisarza (Posługuję się rodzajem męskim opisu zawodu, aczkolwiek mam na myśli jak najbardziej także kobiety-pisarki. Każdy język ma swoje słabości i niedostatki. W języku polskim brak jest terminu, który obejmowałby zarówno mężczyzn jak i kobiety uprawiające zawód pisarski).

Wywiady dostarczają niezwykłej, „z pierwszej ręki” wiedzy zawierającej zalecenia jak pisać. Z własnego doświadczenia wiem, jak znaczące mogą to być zalecenia.

„Miej coś ważnego do powiedzenia”. Szczerze podzielam tę opinię-imperatyw. Nie sposób jest napisać dobrą powieść, jeśli nie mam czegoś ważnego do przedstawienia. W powieści chcę coś zakomunikować, wyrazić coś, co ma szczególne znaczenie: przeżycie, ostrzeżenie, opinię o czymś lub o kimś ważnym. Może to być konflikt, walka, miłość lub niezdolność do kochania, okropna porażka lub wielkie zwycięstwo, odkrycie, cierpienie lub szczególne przeżycie, tęsknota, cokolwiek, co czytelnik zrozumie i doceni.

„Ważność” tego, co chcemy wyrazić, inspiruje wyobraźnię i wyzwala myśli i sformułowania, których inaczej nie sposób wydobyć. Tak widzę w szczególności twórczość poetycką i towarzyszące jej dwa krańcowe nastroje: wzniosłości, uniesienia, ogromnej radości oraz przygnębienia, smutku i rozpaczy. Poruszanie się między dwoma ekstremami uczuć pozwala dogłębniej widzieć dwie strony rzeczywistości, wzbogaca i stymuluje zdolność pisania.

Aby dobrze pisać, musisz naprawdę pragnąć wyrazić coś doniosłego, niebanalnego.

0Shares

Czy miłość może być nieetyczna?

Myślę o miłości matki do dziecka i jej skutkach dla obojga. Przypadek, który rozpatruję, nie jest zapewne zbyt częsty, ale zasługujący na refleksję. Niektóre matki kochają swe dzieci bezgranicznie. Matka, która poświęca się dziecku bez granic, zajmuje się nim na codzień, pielęgnuje, chroni, zaspokaja wszystkie jego potrzeby, a także wybacza i pobłaża jego słabościom, nie jest ewenementem ani wybrykiem natury.

Są to na ogół sytuacje, kiedy matka daje wszystko z siebie, nic w zamian nie oczekując. Może dokładniej, podświadomie oczekuje zapewne wzajemnej miłości, lecz nie precyzuje, co to ma oznaczać. Oczekuje przede wszystkim, że jej dziecko będzie zdrowym i „dobrym” dzieckiem: dobrze się uczącym, posłusznym, dobrze się zachowującym, pomocnym.

Kiedy te warunki są spełnione, sytuacja wydaje się być wymarzona. Matka nie wymaga niczego specjalnego, ponieważ dziecko już spełnia jej oczekiwania. Nie musi go ganić ani krytykować, bo nie ma za co. Dziecko robi wszystko, o co matka go prosi. Zachowuje się poprawnie w domu i w szkole. Może mieś jakieś pomniejsze słabości lub wady, lecz matka chętnie mu je wybacza.

Idealna sytuacja kochającej matki oraz posłusznego, dobrego dziecka, niekoniecznie prowadzi do szczęścia w dłuższym okresie czasu. Ma to miejsce wtedy, kiedy matka poświęca się dziecku tak bardzo, że zapomina o sobie. Jej miłość przybiera formę „zaślepienia”. Wyzbywa się ona wszystkiego lub prawie wszystkiego, co mogłoby być źródłem radości lub przyjemności dla niej samej. Oddaje to dziecku. Może to być czas, pieniądze, rozrywka, ubiory, spotkania towarzyskie, czytanie książek, sport. Jest to sytuacja krańcowa: matka kocha dziecko, lecz nie znajduje w sobie miłości do siebie samej. Może za tym stać poczucie winy, nieudane własne dzieciństwo, niespełniona miłość (np. do ojca dziecka), problemy zdrowotne dziecka. Matka zachowuje się nieetycznie wobec siebie samej: traktuje dziecko tak, jakby jemu należało się wszystko, a jej nic, jakby ono powinno być kochane a ona nie.

Przejdę do podsumowania. W pierwszych latach radość jest obopólna: matka daje wszystko z radością, dziecko przyjmuje to bez zastrzeżeń. Przed wszystkim akceptację, nie tylko dla niego samego, co jest zrozumiałe, ale także jego zachowań. W tym takich, których prawdopodobnie nie zaakceptowałaby u innych dzieci, na przykład stale rosnących wymagań a nawet pewnej  apodyktyczności dziecka. Może to być normalne, jeśli nie trwa zbyt długo, jeśli dziecko z tego wyrasta. Poświęcenie ma swoje granice, a jeśli matka nie zna tych granic, to poniesie negatywne skutki. Będą one dotyczyć zarówno jej jak i dziecka.

Pierwszy scenariusz odnosi się do matki. Kiedy dziecko dojrzeje, wydorośleje i pójdzie własną drogą, najczęściej odchodzi z domu. Kobieta może wyjść za mąż, mężczyzna ożenić się. W dzisiejszych czasach nie musi to być małżeństwo, wystarczy partnerstwo, kiedy dwoje ludzi prowadzą życie jakby byli małżonkami. To nie ma znaczenia. Znaczenie ma narastająca samotność matki. Jej oddanie dla dziecka przez lata oduczyły ją czytania książek, oglądania filmów, utrzymywania przyjaźni, rozwijania własnych zainteresowań i hobby. Prawdopodobnie nie ma już przyjaciół, ponieważ przyjaźń wymaga podtrzymywania, aby trwać i rozwijać się. Im człowiek jest starszy, tym też jest trudniej o „nową” przyjaźń, ponieważ jest mniej skłonny do spontaniczności, radości i tolerancji wobec słabości innych osób. Matka czuje się coraz bardziej osamotniona i rozgoryczona. Ukochane dziecko ją opuściło i choćby często ją odwiedzało, jej ciągle brakuje jego obecności. Nic nie jest w stanie wypełnić luki. Matka jest nieszczęśliwa.

Popatrzmy na scenariusz dziecka. Łagodne, wybaczające, akceptujące zachowanie matki prowadzi do powstania u dziecka charakteru, który pod pozorem łagodności i spokoju ukrywa jego słabości: nieumiejętność akceptacji krytyki, oczekiwania „bycia obsługiwanym” raczej niż pomocnym i samodzielnym, oczekiwanie pełnej akceptacji, nieumiejętność komunikacji z innymi osobami, niesamodzielność, być może także egotyzm i egoizm. To wszystko może niezmiernie skomplikować życie dziecka, teraz juz dorastającej albo nawet dorosłej osoby.

Formę dzielenia najlepszych uczuć: wszystko dla dziecka, nic lub bardzo niewiele dla siebie, uważam za nieetyczną i zgubną w sensie długofalowych konsekwencji. Nie można kochać innej osoby, nie mając dla siebie szacunku i miłości. Miłość powinna być radością i wartością dla tego, kto ją otrzymuje i dla tego, kto ją daje. Jej długofalowe skutki stają się wtedy błogosławieństwem a nie źródłem smutku i samotności.

0Shares