Czas i ludzie. Opowiadanie.

Nikt nie miał czasu. Było to widoczne jak na dłoni, nawet tej porośniętej kaktusem. Zegarki były coraz większe, żeby łatwiej było obserwować godziny i minuty. Biedniejsi musieli oszczędzać czas, aby starczyło go na wszystko. W niezamożnych rodzinach kobiety udzielały mężom prostych zleceń.

– Idź do supermarketu, kup sobie dobre piwo, mnie tusz do rzęs, ten najczarniejszy, marki Sigmund VII, a Zuzi ciasto marcepanowe.

Mąż wracał i mówił:

– Nie wystarczyło mi czasu. Spiesząc się kupiłem sobie pierwsze z brzegu tanie piwo, tobie tusz do rzęs marki Specific, a Zuzi słodką bułeczkę.

Bogaci mieli lepiej, stać ich było, aby nabywać tony czasu. Gromadzili go gdzie się dało, w piwnicach, hangarach i szopach, aby tylko był pod dachem. Wtedy mniej korodował, dłużej można było go użytkować.

Był też czas sztuczny, najmniej wartościowy, ponieważ zaśmiecał pamięć i rozum. Produkowano go z niezliczonych momentów bezmyślności powstałych, kiedy użytkownicy smartfonów czytali dyrdymały lub prowadzili drętwe rozmowy. Niektórzy z nich oglądali w dodatku w telewizji cudne romanse o tym, jak to dojrzałe małżeństwa nagle odkrywają, że mają dzieci, o których nigdy nie słyszały, staruszkowie wskutek upadku odzyskują dawno utraconą pamięć, a pewna matrona odkrywa w lesie książkę z instrukcjami, jak przeprowadzić dietę odchudzającą „Pogrom cellulitu”.

Jedna z teorii mówiła, że najbardziej kradły ludziom czas pustosłowie i przekleństwa. Mało kto w to wierzył. Mało kto wierzył w cokolwiek.

Doba się skurczyła. Nominalnie wciąż miała dwadzieścia cztery godziny, w rzeczywistości zaś … Otóż to. Rzeczywistość też się zmieniła, zindywidualizowała się. Dla jednej osoby doba miała dwadzieścia cztery godziny, dla innej dwadzieścia trzy godziny i trzydzieści minut, jeszcze dla kogoś innego tylko szesnaście godzin. Poniżej szesnastu godzin nikt nie schodził, to było minimum. Związki zawodowe stanęły okoniem i zażądały nie więcej niż osiem godzin na pracę i nie mniej niż osiem godzin na sen. To minimum/maksimum gwarantowała także konstytucja, gwarancja była jednak coraz mniej pewna.

– Dawniej była ona żelazna, potem brązowa, teraz chyba nawet robią ją ze słomy. – Powiedział mi sąsiad w zaufaniu.

– Tej, co im z butów wyszła? Zapytałem, bo nie byłem pewny.

– O to, to. Lecę. Nie mam czasu. Muszę być w domu, zanim zapadnie zmrok. -Wyjaśnił mi kierując się do drzwi.

– Gdzie pan się tak śpieszy? Przecież to w drugiej klatce piersiowej.

Sąsiad popatrzył na mnie dziwnym wzrokiem. Natychmiast zreflektowałem się. Omyliłem się. Miałem na myśli klatkę schodową. Nie miałem już czasu mu wyjaśnić, bo wyszedł.

– Szczęściarz. – Pomyślałem. – Ma tak gęste włosy. Nie miał czasu, aby wyłysieć, bo jest zajęty przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. Jak to jest możliwe, Bóg raczy wiedzieć.

Na śmietnikach pojawiało się coraz więcej odpadów czasu, mimo że ludziom go brakowało. Odpady te włączono do recyklingu poszerzając segregację śmieci: szkło, metal i plastik, odpady zielone do przemiału na nawóz, pozostałe resztki, na końcu czas. Pojemnik na czas zamknięty był na kłódkę, aby ludzie nie kradli zawartości. Niepotrzebny i zużyty czas darto na mniejsze kawałki, maksimum był to kwadrans, i wrzucano przez otwór do pojemnika. Pojemnik na odpady czasu wydzielał niemiły zapach, przypominający tęsknotę za czymś minionym, poprzednim ustrojem, może nawet za aktualną władzą.

Wszyscy za czymś tęsknili, a czas kurczył się lub uciekał. Taka to była ludzka tęsknota i filozofia czasu. Jedno zazębiało się z drugim, tworząc chmury na horyzoncie. Te zmiany nic dobrego nie wróżyły.

– Jestem pesymistą. – Pomyślałem i zamilkłem, bo czas na dzisiaj mi się skończył.

0Shares

Jak wydać książkę? Książka drukowana czy e-book?

Decyzja o sposobie wydania (publikacji) własnej książki nie jest prosta. Za wydaniem książki w formie drukowanej przemawia tradycja wydawnicza i czytelnicza. Rynek książek drukowanych jest wielokrotnie większy niż książek elektronicznych, w Polsce i na świecie. Czytelnicy w zdecydowanej większości preferują czytanie tradycyjnej książki; mają przyjemność trzymać ją w ręku, dotykać, czuć jej zapach, widzieć ją na półce czy na stole. To użyteczny i dobrze kojarzący się przedmiot, do którego jesteśmy wszyscy przyzwyczajeni.

Świat książki drukowanej nie kończy się wprawdzie, ale szybko „kurczy się”. Kurczy się w sensie gwałtownego przyrostu ilości e-książek, e-czytników i innych urządzeń do czytania elektronicznego oraz liczby osób, które umieją i preferują nowy styl kupowania, posiadania i czytania książki.

Nowe technologie czytania rodzą się w Stanach Zjednoczonych. To ten kraj, jego mieszkańcy, wyznaczają trendy form czytelnictwa na świecie, również w Polsce. Ponad 20% Amerykanów posiada e-czytniki, ponad 20% własne tablety (takie jak iPad i Kindle Fire), 66 % Amerykanów w wieku 24 – 35 lat posiada smartfony (smartfon łączy funkcje telefonu komórkowego, przeglądarki internetowej, poczty elektronicznej, GPS, pagera, aparatu cyfrowego, kamery i inne włącznie z e-czytnikiem). Liczba osób posiadających te urządzenia rośnie bardzo szybko. Wprawdzie kraje europejskie pozostają w tyle za USA w korzystaniu z e-booków, ale starają się szybko to nadrobić). Biblioteki uniwersyteckie w Polsce (nie wiem czy wszystkie) wypożyczają książki także w formie ebooków.

Z punktu widzenia techniki/technologii czytania książek wybór metody wydania książki przez pisarza coraz wyraźniej kieruje go w stronę e-booka i elektronicznej platformy wydawniczej.

 

0Shares