Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 124: Kurs kolizyjny

Wicegubernator Csudo niepokoił się. Tajne służby informowały go o radykalizacji społeczeństwa w sprawach ochrony przyrody, zwłaszcza koni. Koń był symbolem Nomadów jako narodu wywodzącego się z ludów koczowniczych żyjących na pograniczu rozpalonej słońcem pustyni, gdzie zgon z braku wody jest równie pospolity jak lis pustynny zdolny odchudzać się w nieskończoność.

Jak się okazało, organizacje prozwierzęce – wicegubernator lubił używać tej nazwy – zwierały szeregi i jednoczyły się. Zaliczano do nich zrzeszenia ekologów, zielonych anarchistów i desperatów nieokreślonej maści gotowych przywiązywać się do drzew, aby dzień i noc manifestować swoje poparcie dla zwierząt nawet tak drobnych jak owady. Sam nie uważał owada, drobnego ptaka czy nawet drzewa za istotę mającą jakiekolwiek znaczenie, o ile nie reprezentowała ona użytku gospodarczego lub społecznego.

– To szaleńcy i dewianci. Widzą tylko katastroficzną przyszłość i mówią tylko o koniu, jakby to był jedyny gatunek zwierząt. Idealizują go twierdząc, że bez niego bylibyśmy dzisiaj niczym, że przez tysiące lat koń wykonywał za nas najcięższą robotę, a teraz – w odróżnieniu od nas – nie niszczy środowiska naturalnego i nie powoduje ocieplenia klimatu. To wariaci z bombą, którą jakiegoś mrocznego dnia niespodziewanie zdetonują. – Powtarzając jego poglądy dodając przy okazji swoje trzy grosze asystentka wicegubernatora bezwiednie umacniała w nim przekonanie, że ma on pełną rację.

Miłośników koni w Nomadii dzieliła od rządu przepaść wartości i przekonań mimo tego, że po jednej i po drugiej stronie znajdowali się ludzie o podobnym wykształceniu i dorobku zawodowym, lekarze, inżynierowie, nauczyciele, hydraulicy, ogrodnicy, a nawet perukarze, wizażyści i sprzątaczki.

– Pasujemy do siebie jak pięść do nosa lub wół do karety – twierdzili ekolodzy, po czym zadawali pytanie pod adresem rządu, jak to jest możliwe, że normalnym ludziom, kiedy dochodzą do władzy i wysokich stanowisk, we łbie się przewraca do tego stopnia, że podejmują decyzje niezgodne z własnym rozumem i sumieniem, aby tylko sprostać oczekiwaniom własnej partii. Był to okres, kiedy w Nomadii obywatele prowadzili intensywne dialogi wewnętrzne i publiczne, bardziej eksponując to, co ich dzieli, niż to, co ich łączy.

Faktem było, że łączyło ich coraz mniej; do tego stopnia, że zaczęli mówić o sobie złośliwie jako dwóch narodach: jednym wywodzącym się od człekokształtnej małpy afrykańskiej, która zeszła z drzewa, drugim wywodzącym się od bliskowschodniego dzikiego Adama, który wyszedł z jaskini. Bardziej rozwinięta wersja ewolucji narodu zawierała więcej jadu ideologicznego i mówiła o tym, że Adam tylko tym różnił się od małpy, że miał jaśniejsze oczy, pierwszy zaczął używać noża, aby mordować bliźnich, i pierwszy zaczął łysieć. Posiadanie tego samego obywatelstwa myliło się mieszkańcom Nomadii z przynależnością do tego samego narodu.

Wicegubernator Csudo nie zawracał sobie głowy teoriami pochodzenia społeczeństwa, gdyż koncentrował się na przyszłości, wierząc w inny, lepszy świat, oparty na nowych technologiach i sztucznej inteligencji. Odrzucał jednak eutanazję i inżynierię genetyczną jako zjawiska niemoralne, przeciwne Bogu, kościołowi i sumieniu.  Wartością dla niego, jego rządu i jego partii był szary obywatel, technologia i technika: nowoczesne lotniska, całkowicie przeszklone budynki, wielkie banki z bankomatami na każdym rogu ulicy, wydajność, postęp oraz eksport. Były to hasła, którymi on i jego partia posługiwali się na co dzień. Jeśli muzyka kojarzyła mu się z naturą, to nie poprzez szum strumienia lub łkanie wiatru w trakcie wykonywania symfonii przez orkiestrę, tylko poprzez struny instrumentów smyczkowych wykonane z baranich jelit. Było to praktyczne podejście, zrozumiałe dla przeciętnego obywatela. Pozostali zastępcy gubernatora Blawatsky’ego i ministrowie podzielali jego poglądy.

– Niedaleko pada jabłko od jabłoni – mówiła opozycja myśląc o członkach gabinetu gubernatora.

Rząd uznawał konie za przeżytek, rodzaj żywych przedmiotów, kosztownych w utrzymaniu, bezmyślnych i czasem narowistych, wymagających nawet więcej uwagi niż małe dzieci. Ekolodzy i anarchiści surowo oceniali za to gubernatora i jego otoczenie, uważając ich za manekiny bez sumienia, skoncentrowane na władzy i zdobywaniu majątków, zaślepione własnymi frazesami. Rząd był im obcy i wrogi; uważali, że niepotrzebnie wdziera się w każdą sferę życia prywatnego i publicznego, stawiając tylko ograniczenia i wymogi.

Wicegubernator Csudo odpowiedzialny za ochronę przyrody i bogactwa naturalne nawet nie starał się wyobrazić sobie, ku czemu to wszystko zmierza. Wiedział, że rząd i obrońcy koni muszą się kiedyś spotkać na kursie kolizyjnym w ciemnym tunelu.

Nie było to rozumowanie na wyrost, gdyż wkrótce anarchiści porozumieli się z ekologami zwanymi „końskimi” i stworzyli jedną organizację o nazwie Ekoanarchia. Nastąpiła wielka fuzja, „une grande fusion”, jak pisała prasa francuska. Zjednoczenie anarchistów i ekologów nastąpiło pod hasłem: „Mniej ludzi – więcej koni!”. Nowa organizacja nie kryła się ze swoją niechęcią czy wręcz wrogością wobec władzy, winiąc ją w pełni za coraz podlejszy los koni i degradację środowiska naturalnego.

Partia Konserwatywna natychmiast uznała ich za demonów, wrogów postępu i państwa, i wypowiedziała im wojnę. Jej komórka propagandowa, w partyjnej gwarze zwana Antidotum, zaczęła przedstawiać w czarnych barwach ruch ekoanarchistyczny. Jego cele określano jako aspołeczne i przewrotne, na plakatach pojawiły się wizerunki przywódców, ludzi o zaciśniętych ustach, okrutnych oczach i twarzach zniekształconych sardonicznym uśmiechem. Nazywano ich braćmi i siostrami szatana. Mimo prymitywnej propagandy rządowej, część społeczeństwa dała się jej uwieść. Postępowanie rządu zmyliło wielu obywateli, ponieważ skutecznie pozorował on życzliwą postawę wobec koni, zachęcając do zakładania rezerwatów, sanktuariów, punktów opieki na zwierzętami, parków i ogrodów zoologicznych.

– To są miejsca, w których zwierzęta przebywają w okratowanych klatkach lub na wybiegach niewiele większych niż klatka schodowa w budynku mieszkalnym – ostrzegali ekoanarchiści.

Michael Tequila – książki:
https://tinyurl.com/y895884p oraz https://tinyurl.com/y7cza5nc

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 118: Burzliwa dyskusja o ochronie przyrody.

Niezwykły napad na parlament sprowokował dyskusję między Sefardim a Isabelą na temat przyrody. Isabela miała wyrobiony pogląd na wydarzenia. W swojej falbaniastej, kloszowej sukni w zielono-niebieskie kółka żywo imitujące ptasie oczy Isabela przypominała wielkiego pawia. Na głowie miała toczek w jeszcze ostrzejsze wzory; jej strój drażnił Sefardiego.

– Jestem mieszkanką Afary, wielkiego miasta, i kocham przyrodę. Myślę o niej nieprzerwanie i dbam o nią razem z innymi mieszkańcami. Konie nie są dla nas takie ważne. Sadzimy drzewa, krzewy, zakładamy klomby i systemy podlewania, segregujemy śmieci, porządkujemy parki miejskie, robimy wszystko, aby przyroda miała jak najlepsze warunki rozwoju.

Jej słowa stały się iskrą inicjującą pożar. Twarz Sefardiego poczerwieniała, oczy zabłysły irracjonalnym gniewem.

– Miejska ochrona przyrody! Pusty śmiech mnie bierze. Co mieszkańcy wielkiego miasta Afara wiedzą o przyrodzie? Oni nawet nie mają pojęcia o tym, jak wygląda krowa! Przyroda to dla nich doniczka z kwiatkiem, obrazek na ekranie telewizora, martwa natura z bażantem starego mistrza flamandzkiego w muzeum sztuki zapomnianej oraz wypchany eksponat kozy na wystawie rolniczej na placu targowym, gdzie za czasów Inkwizycji palono czarownice na stosie! Gdyby ludziom poobcinać palce u nóg i u rąk, a potem stopy i ręce, to może wtedy zaczęliby rozumieć przyrodę i żyć zgodnie z jej rytmem, bo nie mogliby używać telefonów komórkowych, wypełniać szaf ubraniami wyrzucanymi po roku na śmietnik, chodzić do kina, gdzie kubeł z prażoną kukurydzą jest ważniejszy niż film, obżerać się nieprzytomnie, jeździć samochodem zatruwającym powietrze i zaśmiecać ulic do obrzydliwości – Sefardi wypowiedział to jednym tchem, prowokując falę nienawiści.

Isabela niby znarowiony koń rzuciła głową na znak niezgody.

– To podłe, co pan mówi, don Sefardi! Pan, niby taki kulturalny i sympatyczny człowiek, wielki celebryta, okazuje się być nie tylko szowinistą, przeciwnym poglądom skromnej, pracującej kobiety, ale i wrogiem wszystkich mieszkańców miasta szczerze dbającym o przyrodę – Isabelę uniosła fala oburzenia wywołanego szokującym potępieniem ze strony Sefardiego. – O szowinizm podejrzewałam pana od dawna i to jak najbardziej słusznie, bo koleżanki także o tym mi mówiły, ale ja w to nie wierzyłam i broniłam pana, a tu okazuje się, że jest pan także negatywistą, odmawiającym prawa do przyzwoitości kobietom i innym mieszkańcom miasta, w którym pan też mieszka.

Adresat tych słów chyba nie usłyszał krytyki, gdyż zagłębił się ponownie w nurt ciężkiej dezaprobaty.

– O czy my mówimy? Co mieszkańcy dużego miasta wiedzą o przyrodzie? Nic. Oni tylko umieją segregować śmieci i to najczęściej byle jak, i to jest wszystko, co robią dla przyrody. Od czasu do czasu posadzą też jakiś krzaczek, niedowarzone drzewko lub rachityczny lasek nazywając go Parkiem Centralnym Obrońców Przyrody i trąbią o tym od rana do wieczora. To są puste działania, bez znaczenia. Prawdziwa a nie udawana ochrona przyrody, droga Isabelo, nastąpi wtedy … – Mistrza ogarnęła pasja wyjaśniania – … kiedy wszystko, co wytwarza nasza cywilizacja, ludzie i przedsiębiorstwa, podlegać będzie recyklingowi bez żadnych pozostałości, tak jak to się dzieje w lesie, najpełniejszym uosobieniu przyrody. Cokolwiek tam powstaje, ulega rozkładowi i stanowi pożywkę dla przyszłych pokoleń roślin i zwierząt. To jest przyroda i mechanizmy jej ochrony!

Słowa Sefardiego, którego Izabela uważała dotychczas za człowieka w miarę rozsądnego, wywołały w niej poczucie rażącej niesprawiedliwości. Kobieta zamilkła chyba po raz pierwszy w życiu ułatwiając przeciwnikowi kontynuację oskarżeń.

– Człowiek to zabójca przyrody, Isabelo. Jej zaprzeczenie. Nie widzę w gatunku ludzkim nic pięknego! – wykrzyknął poruszony Sefardi.

Isabela odpowiedziała pięknym za nadobne. – Wbija pan nóż w piersi nie tylko mnie, ale i przyrodzie, o czym pan zapewne nie wie będąc typowym męskim szowinistą.

Mistrz przyzwyczaił się już na tyle do jej wrażliwości na punkcie męskiego szowinizmu, że nie zareagował. Spokojnie poczekał, aż dokończyła obronę przyrody i oskarżenia męskiego gatunku.

– A jak pani postępuje w swoim codziennym życiu? Czy żyje pani rytmem przyrody?

To rzeczowe pytanie zmieszało Isabelę tylko na moment. Szykowała się do udzielenia mu riposty, ale ją ubiegł. Nie pozwolił odebrać sobie inicjatywy.

– Jeśli chodzi o moje postępowanie, jak żyję, jak się odżywiam, jak postępuję, to od dawna wzorem dla mnie nie jest człowiek, tylko żyjące na wolności dzikie zwierzęta, ich styl życia i nawyki żywieniowe. Oby tylko można było stworzyć istotę łączącą ludzkie cechy z cechami zwierząt na wolności. Myślę o połączeniu rozumu i instynktu, cywilizacji i natury.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 17: Ekoanarchiści oskarżają premiera

Ukrywana wrogość rządu wobec koni nie zmieniła znacząco postaw obywateli. Niektóre doniesienia o szkodliwych działaniach władz uznano za wątpliwe i budzące zastrzeżenia. Tylko nieliczne przyjęto od razu jako oczywiste i prawdziwe. Frontowi nie pozostawało nic innego jak kontynuować informowanie społeczeństwa o tym, co naprawdę dzieje się w kraju.

Wczesną wiosną rząd wydał trzysta zezwoleń na wypalanie traw, co doprowadziło do kilkuset niekontrolowanych pożarów łąk i pastwisk. Na odstrzał dziko żyjących koni koła myśliwych otrzymały zezwolenia w takiej ilości, że niektóre stada zostały zdziesiątkowane, ponieważ nie było obowiązku wykazania, że zabity osobnik chorował i na co. Rzeźników, którzy ubiegali się o licencję na otwarcie biznesu, administracja przekonywała do intensywnego reklamowania koniny, podkreślając, że jest to mięso niezwykle zdrowe. Firmy fumigacyjne zachęcano do spryskiwania pastwisk i łąk środkami chemicznymi przeciwko ślimakom, o których inwazji pisała prasa prorządowa w czasie, kiedy ich eksporterzy ograniczali swoją działalność z braku surowca do przerobu.

Wiosną na terenach rezerwatów koni pojawiły się tabuny królików, a wraz z nimi tysiące dziur, jam i nor, na których zwierzęta łamały nogi, dogorywając potem w cierpieniu. Policja i prokuratura okazały się bezsilne, sprawców wypuszczania na wolność agresywnych gryzoni nigdy nie wykryto.

Front uważnie analizował wszystkie takie zdarzenia. Słusznie, czy niesłusznie, ekoanarchiści odpowiedzialnością za nie obarczali rząd i premiera.

– To, co oni robią, to Armagedon, piekło, rzeź niewinnych zwierząt. Wszystkiemu winien jest ten zakichany premier Matteo Csudo, nieudacznik i szkodnik. Ten pozorant nigdy nie powinien być premierem – ekoanarchiści nie kryli oburzenia i nie szczędzili krytyki władzy.

Aby lepiej zrozumieć postępowanie Matteo Csudo, ekoanarchiści zgłębili jego życiorys i sprawdzili fakty. Wyniki podano do publicznej wiadomości. Premier miał wyższe wykształcenie inżynierskie i muzyczne, grał na kilku instrumentach i śpiewał, miał delikatne dłonie i długie palce wirtuoza. Patrzył na świat innymi oczami niż ekoanarchiści, oczami wykształconego lalusia-intelektualisty, jak to określali.

W całym swoim życiu premier był w lesie tylko trzy razy, pierwszy raz z wycieczką w okresie szkoły średniej. Urodzony i wychowany w mieście nie znał przyrody ani zwierząt żyjących na wolności. Kiedy znalazł się pierwszy raz na wsi, miał już wtedy prawie dwadzieścia lat, pokazano mu oborę oraz wyjaśniono i zademonstrowano, jak doi się krowę. Podobało mu się to tak bardzo, że sam spróbował ją doić, co go wręcz zachwyciło. Szybko mu to przeszło, ponieważ obora śmierdziała gnojem, a po krowie chodziły muchy. Ostatecznie Matteo całkiem stracił humor, kiedy zwierzę machnęło ogonem i uderzyło go w twarz. Wcześniej ubrudził sobie ręce głaszcząc krowę, aby sprawdzić, czy jej skóra jest tak aksamitna, na jaką wyglądała.

– Wieś nie jest w moim stylu. Czuję się w niej obco – powiedział wówczas i więcej do tematu nie wracał.

Obrońcy premiera mieli o nim zupełnie odmienną opinię niż Front Wyzwolenia Koni i organizacje z nim współpracujące. Był to fenomen, specyfika Nomadii: obywatele byli podzieleni w każdej sprawie dotyczącej rządu i partii. Krańcowo odmienne opinie stały się normalnością. Zwolennicy i przeciwnicy rządu żyli ze sobą jak pies z kotem, gotowi rzucić sobie do gardła.

*****

Mimo poważnych zastrzeżeń wobec rządu, Niotse zdecydowała się podjąć próbę przekonania premiera do koni i ochrony ich środowiska. Poznała go osobiście, kiedy jeszcze jej rodzice obracali się w towarzystwie bliskim elitom władzy. To jej ułatwiło kontakt. Ze spotkania wróciła rozczarowana, nie szczędząc gorzkich słów rozmówcy. Zdenerwowała się, opowiadając o swoim spotkaniu.

– Nigdy więcej nie będziemy go o nic prosić. Ani ja, ani wy. Z nim się nie da rozmawiać. To goguś w białych rękawiczkach wychowany w salonie, paniczyk. Jego świat to technika i ideologia, nasz to natura i żywe zwierzęta. On nie ma pojęcia o przyrodzie, wolności i zwierzętach. Nie mówiąc o gnoju, równie naturalnym jak rośliny, którym służy za pokarm i podstawę zrównoważonego rozwoju. Jego rząd przypomina mi obraz martwej natury ze śniętą rybą w środku, jaki widziałam w muzeum sztuki średniowiecznej. Csudo otacza się tylko tym, co nowe i martwe, obrazami w złoconych ramach, samochodami o szklanej karoserii, garnkami kuchennymi wygrywającymi utwory muzyczne, sztucznymi kwiatami, bo nie wymagają podlewania i nosi tylko sztuczne garnitury, bo lżejsze i niemnące się.

Nie wszystko co mówiła, było prawdą, gdyż na obronę Csudo można było powiedzieć, że jego rodzice mieli kiedyś psa, który wprawdzie zdechł z przejedzenia, ale pozostawił premierowi ciepłe wspomnienia.

Po nieudanych negocjacjach z premierem, Front przygotował akt oskarżenia przeciw rządowi. Wprawdzie był to dokument wstępny i nieoficjalny, ale niezwykle głęboki i ostry w ocenach. Opracowano go z udziałem prawników, prokuratora oraz sędziego, członków Frontu. Obydwaj byli już na emeryturze. To uspokajało środowisko ekoanarchistów; prawnicy byli bezstronni, ponieważ nie ciążyła na nich przynależność do jakiegokolwiek zrzeszenia prawniczego, które mogłoby mieć wobec nich statutowe lub inne oczekiwania.

Akt oskarżenia przedstawiał w skrócie to, co w sprawie koni i przyrody rząd Matteo Csudo zrobił, czego nie zrobił i nie robi, co pozoruje, oraz w czym wyraźnie szkodzi. W działalności rządu było tyle negatywów, że ekoanarchiści zaczęli podejrzewać ukrytą partyjną i rządową dywersję wymierzoną w konie oraz rzeczników ich interesów.

– Rząd nie jest w stanie zagwarantować koniom nawet przeżycia. To tragedia wołająca o pomstę do nieba – Niotse podsumowała akt oskarżenia. 

Pod wpływem Frontu Wyzwolenia w społeczeństwie powoli rodził się opór przeciwko pozostawieniu koni ich tragicznemu losowi. Obywatele coraz bardziej zdecydowanie wypowiadali się na temat ich ochrony, sprzeciwiali się polowaniom, nakręcali filmy o koniach, uczęszczali na szkolenia ochrony przyrody. Nie zmieniało to jednak tragicznej sytuacji: kiedy ludzie mnożyli się jak króliki, konie wymierały w przyśpieszonym tempie. Cywilizacja i przyroda były wyraźnie na kursie kolizyjnym. Potrzebne było jakieś radykalne rozwiązanie, coś przełomowego. Ekoanarchia dojrzewała do podjęcia takiej decyzji.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 9: Anarcho ujrzał cień padającego drzewa.

Wystąpienie Anarcho wywołało zainteresowanie nim samym, koleżeństwo czuło, jakby go w ogóle nie znało wcześniej, otaczano go, zadawano pytania i słuchano niby wyroczni orzekającej w sprawach ostatecznych. Czuł wtedy w sobie drobinę charyzmy, którą od lat przeczuwał, wspomagany przekonaniem matki, że jest wyjątkowym dzieckiem. Wyjaśniał wszystko od początku, skąd wziął się w nim tak radykalny i śmiały pogląd, co zrobić w sprawie koni, jak do niego doszedł, bo przecież nie wszystko zdarza się za jednym pstryknięciem palców.

Nagły zwrot nastąpił w nim, kiedy którejś nocy przed pójściem spać, ujrzał – jeszcze przy zapalonym świetle – cień padającego drzewa i wszystko stanęło mu przed oczami. Opowiedział tę historię kolegom i koleżankom z Towarzystwa Wzajemnej Adoracji, TWA, jak czasami nazywali klub Anarchia dla ukrycia faktu jego istnienia. Słuchacze wierzyli mu, ale też szeptali między sobą, że cień mógł paść mu także na rozum, ponieważ stał się jego obsesją, gdyż o niczym innym nie myślał ani nie mówił.

Był dla nich podporą, filarem, bijąc wszystkich na głowę swoją bezkompromisowością i wolą zwycięstwa. Koń był dla niego wszystkim; uratował mu życie co najmniej dwukrotnie. Pierwszy raz, kiedy rzucił się na niego, a on pomyślał, że zwierzę po prostu oszalało, a ono zepchnęło go na bok chroniąc przed upadającym drzewem.

Anarcho był drwalem dopóki nie zrozumiał, że zabija żywe organizmy. Przedtem nie zastanawiał się nad tym, słuchał ślepo poleceń przełożonego, brygadzisty drużyny drwali. Od czasu, kiedy przejrzał na oczy, wierzył nadal w Boga, ale w inny sposób, jakoś głębiej i szerzej.

Był teraz okiem i uchem całej grupy klubowej. Obserwował drwali, wiedział o nich wszystko, o nich samych i metodach ich pracy. Kiedy wkraczał do akcji, kończył się wyrąb, przerywano wszystko, drwale uciekali. Był wyrachowany i miał swoje sztuczki. Wbijał cieniutkie stalowe kliny wzdłuż pnia drzewa z tak doskonałą precyzją, że gdziekolwiek drwal przyłożył piłę, natrafiał na stal, rozlegał się zgrzyt zdolny powalić całkowicie głuchego człowieka, łańcuch rwał się na kawałki i rozwalał ręce pracującego. W czasie posiłków lub wypoczynku drwali, kiedy w lesie było cicho jak makiem siał, podkradał się i demolował piły spalinowe, piły łańcuchowe, piły tarczowe, cokolwiek by nie przynieśli. Piła zawarczała, dusząc się kłębem dymu, i zdychała w bólu jak zwierzę śmiertelnie ranione przez myśliwego. Potrafił też tak osłabić drzewo, że po ścięciu padało w kierunku odwrotnym do oczekiwanego, przygniatając lub tylko do głębi szokując drwala, zabójcę puszczy. Przeciwnikom przyrody potrafił też zatruć jedzenie, ale nie w takim stopniu, aby skończyli życia, ale przeklinając swój los, upodleni i ośmieszeni, biegali po lesie śmierdzący na całym ciele wskutek zabójczego rozwolnienia. Nazywali go szaleńcem bożym, może dlatego, że używał dziwnych haseł w rodzaju „Człowiek – wróg, przyroda – Bóg”.

Jemu samemu nic to nie pomogło, coraz bardziej przeżywał frustrację, szukał więc nowego radykalnego rozwiązania. Uczył się nieprzerwanie, dużo czytał, sprawdzał, coraz więcej rozumiał, ale nic użytecznego nie przychodziło mu do głowy, aż do dnia właśnie, kiedy padł mu na umysł cień padającego drzewa.

To wtedy przyszedł mu do głowy koń trojański z płonącą grzywą. Podstęp, pułapka, tylko tym zwalczymy społeczeństwo niszczące konia i przyrodę, i podcinające gałąź na jakiej samo siedzi, tak sobie pomyślał. Cokolwiek nie przychodziło mu do głowy, była to zawsze ta sama święta trójca, przyroda, koń, człowiek, a dokładniej to koń, przyroda, człowiek. Zbudził się wtedy spocony, drżał cały, ale miał jasność w głowie: trzeba zbudować konia, który przeżyje wszystkie przeciwności, uratuje gatunek i przyrodę jak i samego człowieka.

To był ten pomysł: stworzyć gatunek łączony, konioczłowieka, którego ludzie nie ruszą, ponieważ połowicznie należy do nich, bo jest w nim człowieczeństwo.

– Samego konia by zabili – mówił z przekonaniem przy ognisku, gdzie najchętniej dzielił się z przyjaciółmi swoimi myślami i ideami. Natura działała wtedy na niego najsilniej.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 5: Szaleństwo śmieci i przełom myślowy

Rosaton nie uległ szaleństwu konsumpcji, ale też nie wzdrygał się przed nią, ale tylko do czasu, kiedy wchodząc do lasu zauważył, że jest on umeblowany. Na polanie i między otaczającymi ją drzewami i krzewami stały fotele, szafy, stołki, małe etażerki i duże regały, stoły i krzesła, wszystko ustawione tak, jakby ktoś miał tam mieszkać. Nie był to normalny widok, dlatego mężczyzna pozostał tam chwilę, aby zrozumieć, co się dzieje. Rozejrzał się także po okolicy. Wszędzie, jak las długi i szeroki, stały na ziemi meble i urządzenia domowe, łóżka, tapczany, w kilku miejscach leżały na ziemi garnki i inne naczynia kuchenne oraz stały oparte o drzewa rowery, hulajnogi i jeden wózek dziecięcy z uszkodzonym kołem. W dalszej partii lasu zaimponował mu widok dobrze utrzymanych samochodów w różnym wieku, o lakierze połyskującym wszystkimi kolorami tęczy.

Jego mnemotechniczny umysł szybko wyciągnął wniosek, jedyny jaki znajdował uzasadnienie, że ludzie masowo wyrzucali całą zawartość swoich mieszkań, garaży i piwnic do lasu tylko dlatego, że brakowało już miejsca na śmietnikach i wysypiskach.

– To bardzo źle rokuje – pomyślał. – To wszystko musi się zawalić. Myśląc o „wszystkim”, nie sprecyzował, co to znaczy.

Pierwsze z serii nieszczęść nadeszło, kiedy wielka chmura deszczowa, przeogromny balon wypełniony wodą, zaczepiła o szczyt skał i rozpruła się wylewając z siebie całą zawartość. Meteorologowie nazwali to później oberwaniem się chmury. Woda zalała wielkie składowisko śmieci usytuowane w kamieniołomie, który kiedyś wydawał się przepastny jak ocean i runęła w dół falą śmierdzącego błota zatapiając doszczętnie wieś, pięćdziesiąt pięć domów i trzydzieści osiem budynków gospodarczych, i powodując śmierć dwustu trzydziestu osób i dziewięćdziesięciu ośmiu zwierząt hodowlanych i domowych. Statystyka była bardzo dokładna, bo w urzędzie powiatowym znaleziono listę wszystkich mieszkańców z imionami, nazwiskami i adresami oraz stanem inwentarza żywego i zwierząt domowych.

Na miejscu osuwiska oprócz ratowników pojawili się fotoreporterzy, telewizja, ciekawscy i ekolodzy. Wszyscy byli w najwyższym stopniu przygnębieni, lecz najbardziej wzburzeni byli ekolodzy. Krzyczeli. Nie wiadomo do kogo, prawdopodobnie do władz wszystkich szczebli, od lokalnego do państwowego. Ktoś z boku stwierdził, że oni krzyczą do ludzkich sumień, które skurczyły się jak porzucony na słońcu mokry worek ze szmatami.

– Ostrzegaliśmy przed tym nieszczęściem. Nie możecie więcej niszczyć środowiska, bo wszyscy zginiemy, nie tylko my ale i zwierzęta, cała ożywiona przyroda, oprócz roślin, które zawsze sobie poradzą, nawet gdybyście rzucili bombę atomową.

Masakra dużej wsi z ludźmi i zwierzętami wstrząsnęła społeczeństwem. Rząd ogłosił żałobę narodową oraz publiczną debatę na temat, co dalej.

Wnioski były jednoznaczne: problemem jest człowiek. Wszyscy nagle zrozumieli, że ludzie stanową śmiertelne zagrożenie nie tylko dla przyrody żywej, ale przede wszystkim dla siebie samych, dla własnego gatunku, że są samobójcami. Był to rodzaj wielkiego rozbłysku świadomości, że dłużej tak żyć się nie da.

To i podobne nieszczęścia, jakie wkrótce nawiedziły kraj, wyzwoliły w społeczeństwie myślenie o przełomie technologicznym zdolnym ocalić kraj a może nawet i ludzkość. Był to rodzaj refleksji filozoficznej na masową skalę, obejmującej całe społeczeństwo, a nie pojedynczego, zakopanego w głębokim fotelu, genialnego naukowca.

Wniosek był jeden: Wymyśleć coś, co raz na zawsze ograniczy przyrost demograficzny, zmniejszy konsumpcję i jej napór na przyrodę.

– Przyroda to inaczej mówiąc środowisko naturalne, niezbędne nam wszystkim do życia – tłumaczyli ekolodzy dzieciom i mniej rozgarniętym osobom dorosłym.

Naukowcy zaczęli mówić otwarcie o konieczności zmiany orientacji z homocentrycznej na przyrodocentryczną. Wkrótce do parlamentu trafił ich wniosek, aby drogą legislacyjną zmienić ilościowe i jakościowe relacje „ludzie-zwierzęta” oraz „cywilizacja-przyroda”, na korzyść zwierząt i przyrody.

– Musimy zwolnić rozwój demograficzny człowieka i przyspieszyć rozwój demograficzny świata zwierzęcego. Zwierzęta nie kupują, nie konsumują i nie tworzą gór śmieci, jedzą tylko tyle, ile trzeba, ani grama więcej, dlatego nie naruszają przyrody. To jest jedyna szansa uratowania nas samych i planety.

Na uzyskanie odpowiedzi na pytanie, jak osiągnąć te zmiany, potrzeba było tylko dwóch dni. Zaskoczyło to obywateli, że tak szybko i łatwo można było dość do rewolucyjnego wniosku. Parlament jak jeden mąż uzgodnił, że jedynym rozwiązaniem jest inżynieria genetyczna. Był to moment, kiedy rządzący i opozycja zbratali się ze sobą podając sobie ręce życzliwie patrząc sobie w oczy.

Rząd pod presją wszystkich stron smaganych tym samym batem nieszczęść i ponurej perspektywy, ustanowił nowe, przełomowe, zasady prawne dotyczące inżynierii genetycznej.

– Krótko mówiąc, dajemy swobodę eksperymentowania nad rozwiązaniami genetycznymi, ale tylko takimi, które ograniczają rozwój człowieka i równocześnie przyspieszają rozwój populacji zwierząt.

W wywiadzie opublikowanym na łamach największego dziennika krajowego „Et cetera” dyrektor Laboratorium Gatunków Świętej Pamięci, którego nazwę zmieniono na Laboratorium Minionych i Przyszłych Generacji wspomniał o projekcie integracji człowieka i konia.

– Z wyglądu będzie to istota prawie dokładnie taka sama, jako to sobie wyobrażali starożytni Grecy tworząc mit o Centaurze.

Wywołało to przerażenie.