Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 192: Rządowy program prokreacji nabiera rozpędu

Organizacje patriotyczne organizowały lotne oddziały vigilanti, patrolujące ulice i place miast i miasteczek.

Tworzyli je obywatele zatroskani o przyszłość kraju, identyfikujący się z rządem gubernatora Blawatsky’ego i jego polityką. Ich cichym zawołaniem stało się „Bić dewianta”. Atakowały one znienacka kluby i zgromadzenia oraz rozpędzały spotkania przeciwników prokreacji.

Patriotycznie nastawieni obywatele byli życzliwie do nich nastawieni. Kiedy przybywała policja, nie było świadków zdarzenia. Ofiary napaści twierdziły, że nie wiedzą, kto ich napadł, ponieważ napastnicy nosili maski na twarzach. Były to zeznania tak nieskładne i wzajemnie ze sobą sprzeczne, że policja podejrzewała ich o prowokację, wzajemne napady na siebie oraz samookaleczenia.

– Mówią tak dziwne rzeczy, że trudno w to uwierzyć. Że też ludziom chce się organizować takie hucpy. Zamiast pójść z dziećmi do kina lub do teatru, spotykają się, aby organizować happeningi udając, że biją. Nie dziw, że któryś z nich upadnie, uderzy się głową o krawężnik, dozna wstrząsu mózgu, a potem nie wie, co mówi. Bardzo im współczuję. – Wyjaśniał dowódca patrolu dziennikarzom przybyłym na miejsce.

Abraham Diepraam: Peasants brawling

Pytany o inne szczegóły zajścia rozwijał wyjaśnienia.

– Rozumiem doskonale taką sytuację, bo sam ćwiczę taekwondo i czasem zdarzy mi się boleśnie upaść na matę. Przyzwyczaiłem się do tego. Raz nawet uderzyłem głową o krzesło, które kolega przysunął do maty, aby lepiej widzieć przebieg ćwiczenia. Uderzyć się o coś ostrego, to żadna historia. Ludzie nieprzerwanie to robią. Czasem nawet myślę, że jest to forma rozrywki.

Media prorządowe nazywały zdarzenia pozorowanego pobicia happeningami i podejrzewały, że uczestniczyli w nich ludzie o niespełnionych ambicjach aktorskich.

Na ekranach kin pojawiły się filmy dokumentalne i fabularne ambitnych reżyserów pokazujące czyny patriotyczne minionych okresów historii, palenia heretyków na stosie, zwalczania fałszywych bohaterów narodowych, budowy pomników większych niż wieżowce oraz nawracania nimfomanów i nimfomanek na drogę umiarkowania i szacunku dla rządu i kościoła, w miejsce ślepego wpatrywania się w siebie jako ósmego cudu świata.

*****

Kilka dni później gubernator uzyskał kolejny dowód wsparcia dla swojej polityki. Na Plaza Central zgromadził się wielki tłum ludzi, przerastający liczebnością wszystkie demonstracje, jakie kiedykolwiek miały tam miejsce od czasów historycznych. Uczestnicy nieśli ogromne transparenty i plakaty oraz wznosili okrzyki „Precz z wrogami prokreacji”. Nikt nie wiedział, kto organizował to masowe wystąpienie. Nie udało się tego ustalić nawet policji.

– Ktoś, kto wpadł na pomysł organizacji tak wielkiej imprezy, wykonał kawał solidnej roboty i z tego tytułu należy mu się wyróżnienie. Wiemy, że uczestnicy otrzymywali informacje i zaproszenia pocztą elektroniczną, poprzez Facebook, portale informacyjne i tematyczne, nie sposób było jednak ustalić, kto był ich autorem lub inicjatorem. To sztuczka Internetu, podstępna anonimowość, której nie znoszę – w rozmowie z ministrem spraw wewnętrznych Babochłop nie krył rozczarowania.

Wkrótce policja zdobyła jednak dokładniejsze informacje. Demonstracja na Plaza Central była wspólną inicjatywą organizacji „Rycerze Przeszłości” oraz zgromadzenia „Pobożnych Matron” reprezentujących środowiska bigotek uczęszczających do kościoła z regularnością zegarka. Ich zlot nagłośniły media i serwisy internetowe, oglądane masowo przez obywateli szczerze wierzących, że umieją odróżnić dobro od zła. Pewną role odegrali także artyści szukający nowych inspiracji.

Były to potężne zastrzyki wsparcia dla rządu. Gubernator wyobraził sobie, jak stojąc na trybunie razem z Czarną Eminencją, ogląda tłum skandujący ich nazwiska i składający im hołd zniżając sztandary i salutując.

*****

Nowy rządowy program edukacji prokreacyjnej był niezwykle ambitny. Jego celem była pełna reedukacja społeczeństwa w sprawach prokreacji, potomstwa i patriotyzmu, determinującego motywację obywateli. Prokreacja znalazła się we wszystkich programach edukacji. Na zajęciach plastycznych uczniowie ćwiczyli wyobraźnię i wrażliwość na bodźce stymulujące ciało, głównie dotykowe. Program nawiązywał do pięciu zmysłów człowieka ze szczególnym uwzględnieniem dotyku, do których dodano także intuicję.

Zanim to nastąpiło, naukowcy zweryfikowali słownictwo i definicje oraz opracowali nowe hasła promocji prokreacji. Pierwsze kroki były proste. Odrzucono termin „członek”, ponieważ kojarzył się z przynależnością do organizacji. Zastąpiły go określenia „penis” i „prącie”, a w edukacji dzieci – siusiak i kuśka. Założenia programu określała ustawa „O edukacji społeczeństwa w duchu wiary i prokreacji”.

W sferze prokreacji interesy rządu i kościoła były zbieżne. Wspólnie ustalono hasła: „Seks dla prokreacji – tak, seks dla przyjemności – nie!” oraz „Obowiązek przed przyjemnością”. Wolny seks został zakazany do czasu, aż rząd opracuje ustawę regulującą tę sferę życia. Walkę z seksem prowadzono pokazując jego zgubne skutki: straszne choroby weneryczne, monstrualne członki męskie porażone elefantiazą, trąd wyniszczający. Spodziewano się wielkiego oporu ze strony wyuzdanej, chciwej bogactwa i zagubionej mentalnie części społeczeństwa, włącznie z opozycją, zawsze torpedującej inicjatywy rządu bez względu na ich cel, charakter i znaczenie.

Opozycja była jak zwykle krytyczna.

– Proponowane środki nic nie dadzą, ponieważ ten beznadziejny rząd angażuje edukatorów niemających własnych doświadczeń i znających się na prokreacji jak Manemunes na gęsich jajach. Stoją oni bliżej dewiantów seksualnych i religijnych niż ludzi rozwiniętych etycznie i estetycznie.

Wszystkim nauczycielom przydzielono odpowiedni fragment nauki o prokreacji. Koordynatorami nauczania byli wychowawcy. W nauczania uczuć i emocji korzystali oni z pomocy psychologów, wrażliwości prokreacyjnej – poetów i pisarzy, języka – nauczycieli literatury, organów i funkcji organizmu – biologów, położników i ginekologów, historii prokreacji – historyków a duchowości – księży, katechetów i biblistów.

Nieoczekiwanym wyzwaniem okazało się słownictwo. Do języka wkradło się mnóstwo wulgaryzmów i uproszczeń, odwracających uwagę od piękna i znaczenia aktu prokreacji. Korektę wypaczeń powierzono nauczycielom, obarczając ich częściowo winą za zaniedbania. Ich nową rolą było upowszechnienie słownictwa stymulującego wyobraźnię w kierunku prokreacji.

W sensie historycznym chodziło o pokazanie jej roli w ewolucji człowieka i rozwoju cywilizacji. Brzmiało to bardzo naukowo i dlatego rząd doszedł do wniosku, że konieczne jest jej powiązanie z patriotyzmem, motywującym ludzi do działania na rzecz społeczeństwa, narodu i kraju. Na początku było niejasne, czy rząd i kościół nie będą dublować wysiłków w promocji prokreacji, ustalono więc, że kościół będzie koncentrować się na sprawach duchowości, rząd natomiast na aspektach cielesnych oraz motywacji. Dla łatwiejszej identyfikacji ustalono, że rząd odpowiada za edukację obywatela od pasa w dół, kościół – od pasa w górę.

Michael Tequila – książki: https://tinyurl.com/y7cza5nc

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 191: Nowe inicjatywy rządu i kościoła.

Nie było pomysłu, którego rząd nie wziąłby pod uwagę, ani kamienia, którego by nie przewrócił, aby zachęcić kobiety i mężczyzn do prokreacji. Obszarem zainteresowania rządu stała się moda, ważna szczególnie dla kobiet. Ku zaskoczeniu gubernatora pierwszy na to wpadł kościół, zachęcając wiernych do zmiany strojów nocnych na koncentrujące się wyłącznie na prokreacji. Zgodnie z informacją Czarnej Eminencji sięgnięto po wzorce średniowieczne, koszule nocne z wycięciami na genitalia.

Chloé, par Jules Joseph Lefebvre

– Nagość to pojęcie trudne do oceny moralnej, drogi Barrasie. Sama w sobie jest przyzwoita, skoro tak zostaliśmy stworzeni przez pana Boga, a równocześnie nieprzyzwoita, skoro publicznie jej nie demonstrujemy. Koszule nocne propagowane przez nas to dawny wzorzec z czasów, kiedy obyczaje i prawo były bardziej skoncentrowane na potrzebach państwa i społeczeństwa niż na zaspokajaniu żądz cielesnych, nie wspominając demona rozbuchanego seksu i wulgarnej chuci. Dzisiaj potrzebujemy zmiany.

*****

Nowe środki podjęte przez rząd nie przyniosły rezultatów. Sytuacja stała się patowa. Żadna ze stron nie była w stanie uzyskać przewagi. Rząd zastanawiał się nad podjęciem drastycznych środków, które doprowadziłyby do przełomu w zachowaniach obywateli.

Babochłop rozmawiał o tym z gubernatorem i Eminencją. Było to tajne spotkanie. Mężczyźni ukryci za kotarami, nie widzieli siebie nawzajem. W razie wpadki mogli z przekonaniem twierdzić, że na oczy się nie widzieli. Był to pomysł Babochłopa. Gubernator zaakceptował go od razu, Eminencja z pewnym wahaniem, gdyż pomysł wydał mu się prześmiewczy w stosunku do konfesjonału, gdzie spowiednik i spowiadający się też pozorują, że się nie widzą.

Był tylko jeden temat rozmowy. Przedstawił go Czarna Eminencja.

– Nasze formy walki z odmieńcami są jałowe. Nic albo bardzo niewiele wskóramy stosując dotychczasowe metody. Palenie na stosie, inkwizycja i podobne brutalne metody – to nie na dzisiejsze czasy. Nie zmienimy ich przekonań w ten sposób. Musimy wynaleźć i spróbować coś innego. Przede wszystkim musimy zdobyć pełniejszą wiedzę o naszych oponentach, o ich sposobie myślenia i naturze, wiedzieć więcej o nich niż oni sami o sobie.

Uzgodniono, że policja podejmie próby przeciwstawienia odmieńcom ich naturalnych wrogów, środowiska antygejowskie, aby zdyskredytować przeciwników prokreacji.

– Ich trzeba nawrócić, bo większość z nich to ludzie zagubieni w swoich przekonaniach i w życiu. – Wygłaszając ten pogląd, Eminencja zaoferował usługi swoich najlepszych kaznodziejów. Przywódcy zdali sobie sprawę, że muszą uzbroić się w cierpliwość, że walka będzie dłuższa i trudniejsza niż przewidywali.

*****

Kościół generalnie niechętny odszczepieńcom na początku w ogóle ich nie krytykował ani nie dyskryminował, wręcz przeciwnie – domagał się dla nich wyrozumiałości i miłości.

– Sama skłonność mężczyzny do mężczyzny to nie grzech. W praktyce rodzi jednak grzeszny czyn, które jest już złem i dlatego wymaga potępienia – wyjaśnił Eminencja przy głośnym poklasku zgromadzonych księży.

Jakiś czas później, Eminencja zmienił stanowisko.

– Demokracja ma skłonność, zupełnie niezrozumiałą, do równania praw dewiantów z prawami uczciwych ludzi. Kościół zawsze potępiał odmienne orientacje seksualne i dlatego my też nie będziemy ich tolerować. Ich styl życia jest całkowicie sprzeczny z naturalnym popędem prokreacji, ich związki nic nie wnoszą, są jałowe. Oni nie tylko nie płodzą potomstwa, ale jeszcze gorszą bogobojnych obywateli.

Stanowisko kościoła poparły patriotyczne organizacje, zrzeszenia matron i dewotek, koła nowoczesnych gospodyń i podobne. Nowy duch ożywił rząd, kościół i postępową część społeczeństwa zatroskaną o przyszłość kraju.

*****

Na prośbę rządu, do walki z przeciwnikami prokreacji władze Afary uruchomiły lustra na Plaza Central. Wieczorami ukazywały się na nich zdeformowane postacie dewiantów, wyzwolonych kobiet oraz miłośników cyberseksu, szermujących hasłami wolności osobistej i sumienia. Występowali oni w różnych rolach: uczestników manifestacji publicznych, mówców na zebraniach lokalnych społeczności, nauczycieli, a nawet członków opozycji przemawiających w parlamencie.

W kościołach, na ulicach i na placach targowych pojawili się kaznodzieje z ognistymi wystąpieniami. Kiedy przemawiali, słuchaczom wydawało się, że ogień prawdy płynie z ich ust i wypala kłamstwa wszystkich zboczeń i zboczeńców. Słuchano ich chętnie, ponieważ mówili szczerze, umieli przekonywać, ceniono ich zapał. Ich energia udzielała się zwłaszcza ludziom wątpiącym i zdezorientowanym poglądami, że wszyscy są sobie równi a tolerancja jest cnotą.

Michael Tequila – książki: https://tinyurl.com/y895884p

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 189: Nowe inicjatywy i formy walki z antyprokreacjonistami

Rząd potrzebował rozpoznać przeciwników prokreacji, zrozumieć ich motywację i siłę. Nalegał na to Babochłop. Mówił jak wojskowy na polu walki, krótko i dosadnie.

– Musimy rozpoznać przeciwnika. To najprostsza taktyka wojskowa. Jeśli tego nie zrobimy, będziemy poruszać się po omacku. Tylko kret nie zgubi się w takiej sytuacji. Policja może to zrobić, ale zajmie to za dużo czasu, którego nie mamy. Rząd i kościół muszą wykonać to zadanie.

Jedynie badania poglądów i postaw antyprokreacjonistów mogły dostarczyć potrzebnej wiedzy. Jako narzędzie wybrano ankietę. Nie była obszerna, lecz dostatecznie wyczerpująca. Rozprowadzały ją państwowe ośrodki opieki zdrowotnej oraz prywatne kliniki i gabinety lekarskie. Wypełniającym ankietę oferowano wynagrodzenie w postaci bezpłatnego pakietu usług medycznych. Ludzie chętni ją wypełniali, tym bardziej, że rozumieli potrzebę pełnej oceny skutków Apokalipsy. Wynikiem ankiety był obraz postaw społecznych, kto i w jakim stopniu jest przeciwnikiem prokreacji.

*****

Rząd i kościół dysponowali w końcu wiedzą o liczebności, wieku, wykształceniu i innych danych obywateli przeciwnych prokreacji. Ankiety potwierdziły istnienie trzech dużych grup. Byli to prawdziwi sprawcy kryzysu, uznano ich za wrogów społeczeństwa.

Dyskusja nad wynikami ankiety wywołała burzę. Gubernator nazwał zwolenniczki dobrowolnej bezdzietności wściekłymi babami. Ministrowie podchwycili to określenie; szybko przyjęło się w urzędniczym żargonie. Było konkretne i dosadne. Doprowadziło jednak do konfrontacji z naukowcami, którzy określenie „wściekłe baby” uznali za nienaukowe, wulgarne, choć nie odmawiali mu pewnej trafności. Podobnie było w zbliżonej sprawie. Ludzi o odmiennej orientacji seksualnej gubernator nazywał dewiantami. Po sprzeciwie naukowców i liberalnych organizacji społecznych zaakceptował nazwę odmieńcy. Uznano, że jest to określenie mniej rażące. W jednym wypadku gubernator nie ustąpił nawet pod naciskiem swojego gabinetu. Chodziło o zwolenników cyberseksu, których uparcie nazywał „cyberseksiarzami”.

– Jednowyrazowe nazwy mają swoje zalety. Nawet jeśli nie są naukowe, łatwiej jest je używać. I tak wszyscy wiemy doskonale, o co chodzi.

Przeciwnicy brutalizacji języka nie mogli odmówić mu racji. Ustalono jednak, że w oficjalnych dokumentach będzie w użyciu określenie „zwolennicy cyberseksu”.

*****

W działaniach naprawczych rząd sięgnął głęboko do religii, historii i tradycji, traktując je jako źródła wiedzy i inspiracji. Można było tam znaleźć wszystko: kroniki sukcesów i klęsk demograficznych, przykłady, rozwiązania i wzory. Do współpracy zaangażowano wybitnych historyków, antropologów i biblistów. Wobec braku współczesnych wzorców, jak rozwiązywać problemy spadku przyrostu demograficznego, nie mogło być inaczej.

Czarna Eminencja, przeniknięty do głębi duchem Biblii, a wkrótce także gubernator, czerpali natchnienie śledząc wielkich bohaterów przeszłości, ich obyczaje, pomysły i symbolikę. Rozumieli, że każda cywilizacja opiera się na wcześniej wypróbowanych wzorach. Najchętniej sięgali do średniowiecza, kiedy ludzie wierzyli w Boga głęboko i autentycznie.

*****

Walka z odmieńcami okazała się dla rządu prawdziwym przekleństwem i mordęgą. Nikt nie miał pomysłu, jak ją skutecznie poprowadzić, co zrobić, aby nawrócić ich na prokreację lub co najmniej zneutralizować ich fatalny wpływ na męską część społeczeństwa. Czarna Eminencja też się nad tym intensywnie zastanawiał, co najmniej dwa razy naradzał się nawet z aktywem kościelnym. Czuł się podobnie jak gubernator. Wkrótce po nocach śnili im się dewianci, degeneraci i psychopaci, nadzy i wyuzdani, patrzyli mu w oczy, potrząsając członkami, a nawet zachęcając go do orgii. Były to okropne przeżycia; nie przyznawali się do nich przed nikim.

*****

Nocą z soboty na niedzielę gubernator przeżył koszmarny sen. Jego samochód zatrzymał się na leśnym parkingu. Gubernator wszedł do lasu, aby oddać mocz. Przeszedł kilkanaście metrów, kiedy otoczyli go nadzy mężczyźni. Było ich co najmniej kilkunastu, większość białej, niektórzy czarnej i jeden żółtej rasy. Byli prawdopodobnie pijani lub pod wpływem narkotyków, bo mieli przekrwione oczy i mówili niewyraźnie, niektórzy bełkotali niezrozumiale. Domyślił się, że to zboczeńcy, odprawiający w głuszy swój sabat. Widział ich nagość, czuł pot ich ciał rozgrzanych od pożądania i gorące oddechy na twarzy. Każdy z nich miał na szyi tabliczkę identyfikacyjną, określającą rodzaj zboczenia w języku nomadyjskim i po łacinie. To najbardziej przeraziło gubernatora; ta niesamowita rozmaitość zboczeń, jedno bardziej przerażające od drugiego. Stali i patrzyli na niego. Kiedy ich członki zaczęły się powiększać, gubernator przeraził się i zwymiotował. To go uratowało. Odstąpili od niego krzycząc, że wrócą, jeśli będzie ich nadal prześladować. Ich herszt, do którego zwracali się Herr Bober, wyrzucił z siebie na odchodnym:

– Następnym razem, jeśli nie dasz nam spokoju, ty alfonsie, urządzimy ci taką rzeź cielesną, że do końca życia będziesz nosić żelazny pas cnoty, do którego klucz sam wyrzucisz do rzeki, aby nie przyszło ci do głowy zdjąć tej ochrony siebie choćby na chwilę.

Od tej pory gubernatora prześladowała myśl, że koszmar się powtórzy. Było to przeżycie tak przerażające, że zdecydował się poprosić Czarną Eminencję o pomoc egzorcysty. Czekał tylko na stosowną okazję, kiedy będą sam na sam.

Po nieprzespanej nocy Gubernator drżał na całym ciele aż do przyjazdu do pracy. Na posiedzeniu rządu podkreślił, że walka z odszczepieńcami to priorytet narodowy. Było w nim tak wielkie napięcie i wzburzenie, że ministrowie zastanawiali się, czy przypadkiem nie ogarnęło go jakieś szaleństwo. On sam nie wiedział, co się z nim dzieje. Zaczął podejrzewać, że w grę wchodzi używane często przez niego słowo „priorytet”, brzmiące obco i twardo jak nazwa nieznanego kwiatu, pięknego, ale trującego i niebezpiecznego. 

*****

Zastój w walce z przeciwnikami nie mógł trwać długo. Trzeba było coś zrobić. Na pierwszy ogień poszli homoseksualiści. Była to najliczniejsza grupa, których przekonania i uczucia były jałowe prokreacyjnie. Blawatsky ich nie znosił i nie wahał się nazywać ich sabotażystami społeczeństwa. Zdecydował się publicznie ich potępić i napiętnować, wywołać pogardę dla ich postępowania i w ten sposób zmusić przynajmniej część z nich do zmiany orientacji. Przygotowując się do wystąpienia zapoznał się z tradycją walki z homoseksualizmem. Na jego polecenie ministrowie i doradcy przestudiowali literaturę fachową i odbyli konsultacje.

Przemówienie gubernatora było płomienne i oskarżycielskie. Mówca starannie dobierał słowa. Chwilami brzmiały one tajemniczo, zawierały aluzje, podteksty i niedopowiedzenia. Były jednak na tyle czytelne, że zebrani na Placu Centralnym mieszkańcy Afary domyślili się, że daje im i policji wolną rękę do stosowania nawet przemocy. Kiedy skończył, mruknął coś pod nosem. Minister spraw wewnętrznych zrozumiał to jako „Możecie ich nawet torturować i zabijać”. Nie zaskoczyło go to w ogóle; od pewnego czasu rosło w nim przekonanie, że w obronie kraju przed zagładą rząd ani patriotyczna część społeczeństwa nie muszą w niczym się ograniczać.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 188: Gubernator określa przeciwników prokreacji

Arcybiskup wezwał swoich podwładnych do podjęcia wszelkich wysiłków, aby nie dopuścić do zagłady Nomadii. Uznał to za podstawę pracy duszpasterskiej. Księżom niewywiązującym się z obowiązków zagroził wszystkimi karami: pokuty, upomnienia, interdyktu, suspensy, ekspiacji a nawet ekskomuniki; miało to postawić tamę zobojętnieniu wobec losów kraju. Zobowiązał ich też do intensywnej pracy nad wiernymi zdolnymi do prokreacji, lecz uchylającymi się od obowiązku, który nazywał świętym, w celu rozbudzenia w nich poczucia tej powinności.

Dla rządu kościół był rywalem w przeszłości. Kiedy podejmowano współpracę to albo z bezwzględnej konieczności, albo w zamian za przywileje lub inne korzyści. Strony reprezentowały wtedy zupełnie inne nastawienie, sam gubernator był zwolennikiem rozdziału państwa i kościoła. Teraz sprawy wyglądały inaczej.

*****

Najgorsze dla gubernatora było to, że mając nowego sojusznika, jego ludzi i środki, nadal nie wiedział, jak podejść do wyzwania, od czego zacząć, kogo przekonywać, a kogo bezpośrednio zwalczać. Dziesiątki pytań krążyło mu po głowie, nic twórczego nie przychodziło mu jednak na myśl z wyjątkiem fragmentarycznych, nieznaczących pomysłów.

Kiedy od niepokoju i napięcia doznał raz silnego zawrotu głowy, wstał od biurka i nerwowo krążył po gabinecie. Przechodząc obok posągu wychudzonej kobiety, symbolu karlejącej demografii, spojrzał jej w twarz i wtedy stało się coś niezwykłego – posąg rzucił się na niego. Gubernator odskoczył do tyłu, prawie upadł na plecy. Po chwili domyślił się, że musiał poruszyć dywan, na którym stał posąg. Przyglądając mu się z uwagą, doznał olśnienia. Pomyślał o kobietach, które nie chcą mieć dzieci. Były to feministki, kobiety wyzwolone, jednostki zarozumiałe i chorobliwie ambitne, samolubnie stawiające karierę zawodową nad macierzyństwo.

Skojarzenie okazało się bardzo użyteczne. Gubernator podszedł do tablicy i napisał: „Kobiety wyzwolone”. Krzyknął na sekretarkę. Zjawiła się prawie natychmiast. Poprosił o kawę z koniakiem, aby rozjaśnić umysł. Czekając na jej powrót chodził po gabinecie zastanawiając się, kto jeszcze wchodzi w grę. Nie zdążył udzielić sobie odpowiedzi, kiedy zadzwonił telefon. Domyślił się, że to sekretarka. Podniósł słuchawkę i nie czekając na reakcję warknął:

– Niech pani nic mi nie mówi ani o nic nie pyta, tylko wreszcie przyniesie mi tę cholerną kawę z koniakiem. I proszę wezwać do mnie seksuologa; nazwisko pani zna. Kobieta usiłowała coś wyjaśnić, gubernator jednak nie zamierzał jej słuchać.

– Proszę wysłać mój samochód i polecić natychmiast przyjechać. To sprawa wagi państwowej, niecierpiąca zwłoki. Musi przyjechać – stwierdził, ucinając konwersację. Sam dziwił się sobie, że zachował się tak obcesowo.

Słowo „seksuolog” wywoływało w gubernatorze skojarzenie ze zboczeńcami. Chwilę zastanawiał się, jak to inaczej sformułować, mruknął „oczywiście”, podszedł do tablicy i pod numerem dwa dopisał „Ludzie o odmiennej orientacji seksualnej”, po czym postawił dwukropek i zaczął dopisywać: geje, lesbijki, transwestyci i podobni. Jeszcze raz popatrzył i dopisał: Dewianci. Zdawał sobie sprawę, że jest to określenie niepoprawne politycznie, ale trafne i dosadne.

Sekretarka wniosła kawę i gubernator oderwał się od tematu. Pił kawę i myślał.

*****

Kiedy zapukano do drzwi, gubernator odczuł ulgę, jakby za chwilę przed jego oczami miał zjawić się cudotwórca lub jasnowidz zdolny rozwiązać wszystkie problemy. W drzwiach stanął seksuolog, z tyłu widoczna była sekretarka.

Gospodarz przeprosił gościa za wyrwanie go z łóżka i nie zwlekając wprowadził w temat, pokazując dwa hasła zapisane na tablicy. Poprosił o sugestie. Niecierpliwił się. Chciał mieć jak najszybciej możliwie pełny obraz. Uważał, że szybkie działanie jest kluczem do zwycięstwa.

Profesor prawie się nie zastanawiał. Dla niego sprawa była oczywista. Ożywił się, to był jego temat. Był szczęśliwy, że może przedstawić swoją wiedzę i to samemu szefowi rządu.

– Cyberseks – odpowiedział bez wahania, po czym uściślił: – Zwolennicy cyberseksu. – To produkt importowany prosto z Japonii – dodał, zaskakując gubernatora, który słyszał o tych ludziach, ale bardzo niewiele.

Gubernator nie wypowiadał się z obawy, że skompromituje się ignorancją. Żył sam i wszyscy wiedzieli lub domyślali się, że kobiety mało go interesowały. Niepokojąca myśl tkwiła nieprzerwanie w jego świadomości: gubernator, szef państwa, przywódca partii rządzącej, bojownik walki o prokreację, sam nie ma nic do zaoferowania społeczeństwu.

Po godzinie gubernator uznał, że czas kończyć spotkanie. Był zadowolony; udało mu się określić trzy grupy przeciwników prokreacji, trzy cele, na których mógł skoncentrować uwagę i energię. Był gotów uścisnąć gościa, pomyślał jednak, że mogło to być przyjęte opacznie. Była już noc i mężczyźni byli sam na sam. Aby wyrazić podziękowanie, poczęstował profesora cygarem. Drobny z pozoru gest został życzliwie przyjęty. Apokalipsa zrobiła swoje; na rynku brakowało prawie wszystkiego.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 184: Statystyka prokreacji, ocena strat, niepokój gubernatora i homilia Czarnej Eminencji

Pod naciskiem gubernatora naukowcy wznowili poszukiwania statystycznych wyjaśnień zaniku prokreacji. Gubernator był przychylny tym wysiłkom w przekonaniu, że nic nie daje głębszego zrozumienia postępowania społeczeństwa niż liczby. Pierwsze odkrycie okazało się żenująco proste: im wyższe ktoś miał wykształcenie, tym łatwiej i chętniej rezygnował z potomstwa. Było to zaskoczeniem, gdyż ujawniło postawy, których nikt się nie spodziewał. Po Apokalipsie ludzie chcieli żyć inaczej, uważając, że życie ich nauczyło, że są dostatecznie już mądrzy, aby nie dać się ogłupiać dzieciom i niezliczonym obowiązkom z nimi związanym. Czasem dodawali – jakby usprawiedliwiając samych siebie – że dzieci można mieć, ale niekoniecznie od razu, tylko później.

– To bardzo racjonalna postawa. Po co nam teraz dzieci, jeśli otacza nas ocean innych możliwości ciekawego i dobrego życia. Odłożyć dzieci w czasie, a może i w ogóle z nich zrezygnować. Dobre stanowisko, duże pieniądze, władza, towarzystwo, podróże są bardziej atrakcyjne i ważniejsze. – takie były postulaty wykształconego społeczeństwa. Podobnie argumentowali ludzie zamożni, ceniący sobie wygodne życie i chętnie oddający się rozrywkom. Dzieci stanowiły dla nich obciążenie, ponieważ uniemożliwiały lub co najmniej utrudniały oddawanie się bibkom, hazardowi, flirtowaniu, grillowaniu i oglądaniu telewizji nie wspominając egzotycznych podróży.

Mniej wykształceni rodzice okazali się statystycznie najlepszymi gwarantami rodzicielstwa. Potwierdzały to liczby: im niższy był poziom wykształcenia, tym więcej ludzie mieli dzieci. Wynikał z tego wniosek, aby przynajmniej czasowo nie zachęcać ludzi do nauki, zwłaszcza na wyższym poziomie, bo to zmanieruje ich odczucia rodzicielskie. Rząd czerpał z tego pewną otuchę; oszczędności w szkolnictwie ułatwiłyby finansowanie programów rozwoju prokreacji.

*****

Z inicjatywy gubernatora opracowano statystykę strat w ludziach i majątku. Najwięcej ludzkich ofiar, ponad czterdzieści procent, pochłonęły powodzie. W drugiej kolejności, było to prawie trzydzieści procent, zabrała susza i związana z nią klęska głodu, kolejne dwadzieścia procent zgonów spowodowały epidemie. Pozostałe dwadzieścia procent miało inne przyczyny: pożary domów i upraw, osunięcia ziemi, także samobójstwa i zabójstwa. Ludzie wpadali w amok i zabijali siebie lub innych. Wiele osób zaginęło; ich liczbę szacowano na dziesiątki tysięcy. Straty materialne szły w miliardy dolarów. Dane były tak przygnębiające, że gubernator, po naradzie ze swoim gabinetem, zdecydował się ich nie ujawniać.

– Nie możemy dobijać społeczeństwa – stwierdził, zdając sobie sprawę, że nie ominie go wściekła krytyka ze wielu stron, posądzenia o ukrywanie prawdy i chęć fałszowania danych.

Po dwóch dniach, po przemyśleniu sprawy, zmienił opinię. Zdecydował się sztucznie powiększyć rozmiary Apokalipsy. Miał w tym interes: wyolbrzymić skalę nieszczęść do tego stopnia, aby całkowicie porazić ludzi i łatwiej zyskać akceptację zastosowania środków nadzwyczajnych. Wyobraził sobie, że kiedy będzie podejmować trudne decyzje, wykazując niezłomność charakteru, zasłuży na powszechne uznanie jako zbawca narodu. Nadludzki wysiłek, jaki podejmował i ogrom wyzwań, doprowadziły go do tego, że coraz częściej na jawie śnił o królestwie. Jego marzenia miały aż nadto uzasadnień w historii, do której sięgał jako źródła wiedzy i doświadczeń. Widział w niej wielkie postacie faraonów, wodzów i kapłanów, którzy zasłużyli sobie na wielkość właśnie w najbardziej niesprzyjających okolicznościach. 

*****

Barras po raz drugi i trzeci wysłuchał arcybiskupiej homilii. Jego pracownicy regularnie nagrywali wypowiedzi Czarnej Eminencji i innych osób o największym autorytecie i wpływach. Ucieszył się, że on i arcybiskup światopoglądowo coraz bardziej zbliżają się do siebie. W homilii głowy kościoła dostrzegł możliwość ściślejszej współpracy.

Akceptując poglądy Czarnej Eminencji, gubernator zachował jednak rezerwę; był powściągliwy i ostrożny. Po cichu zlecił sondaż dla sprawdzenia, jaki jest społeczny odbiór homilii. Zamierzał wykorzystać wystąpienie arcybiskupa, obrócić je na własną korzyść. Dwa dni później wyniki sondażu leżały już na jego biurku. Pokazywały wyraźny wzrost poparcia dla wartości tradycyjnych. Gubernator postanowił spotkać się z arcybiskupem. Miało to być spotkanie nieoficjalne.

*****

Zastanawiając nad wciąż pogarszającą się sytuacją demograficzną, Blawatsky doszedł do wniosku, że sam nie jest bez winy. Najpierw, w czasie tragicznych powodzi, zawiodło państwowe centrum kryzysowe. Tysiące osób potonęło, bo nikt nie ostrzegł mieszkańców miast, miasteczek i wsi przed falą powodziową i to tylko dlatego, że nie chciano wywoływać paniki. Decyzja ta prześladowała go najbardziej, ponieważ to była jego decyzja. Miał szczęście, że nikt nie myślał o oskarżaniu jego ani jego rządu o niedociągnięcia lub zaniedbania. Ludzie byli przekonani, że rząd czynił wszystko, co było w jego mocy.

Druga kwestia miała zupełnie inny charakter. Nurtowała go i niepokoiła tym bardziej, że z pozoru wyglądała absurdalnie. Błędem było pozostawienie prokreacji bez regulacji prawnych. Państwo nie wymagało od obywateli żadnych kwalifikacji, wiedzy czy umiejętności, czy choćby poczucia odpowiedzialności za prokreację. Wymagało to korekty.  W swoim notatniku gubernator zapisał: „Płodzenie potomstwa, które niespodziewanie stało się sprawą państwową i to najwyższej rangi, przypomina prymitywną działalność chałupniczą, którą obywatel może podjąć lub porzucić w dowolnej chwili, jakby to była decyzja oglądania lub nieoglądania spektaklu telewizyjnego”.

Nurtowało go to tak bardzo, że od razu zadzwonił do Eminencji, aby wysondować, co sądzi o odpowiedzialności obywatelskiej za prokreację. Uczynił to jak mógł najdelikatniej, niepewny reakcji duchownego. Eminencja zaskoczył go. Zachował się tak, jakby miał podobne odczucia; o nic nie pytał, niczemu nie zaprzeczał, nie krytykował, tylko słuchał, aby w końcu zgodzić się z rozmówcą.

Wychodząc poza sprawy prokreacji, niezwykle ważne, ale i prozaiczne, rozmawiali także o filozofii, sztuce rządzenia państwem i kościołem, duchowości, a nawet o Bogu, który tak skonstruował mężczyznę i kobietę, aby się spotykali i rozmnażali kierując się wrodzonym popędem. Gubernator i Eminencja byli zgodni, że stwórca obdarzył ludzi poczuciem estetyki i wrażliwości, aby czynili to w sposób przewyższający zachowanie się zwierząt w czasie rui. Obydwaj byli zgodni, że zwierzęca natura człowieka może być przeszkodą jak i pomocą w przywróceniu prokreacji i oni, szef rządu i głowa kościoła, muszą to w pełni zrozumieć, aby móc uratować kraj przed zagładą demograficzną. Atmosfera rozmowy była tak dobra, że mężczyźni doszli do wniosku, że jeśli podejmą współpracę, to będą kierować się zasadą, że kościół nie będzie wkraczać w sferę polityki, a rząd w sferę religii i wiary.

Recenzje powieści Michael Tequila: „ Sędzia od Świętego Jerzego”: http://michaeltequila.com/?page_id=39

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz.180: Gubernator i Kościół wobec prokreacji

Drodzy Czytelnicy! Wznawiam publikację kolejnych odcinków powieści. Ostatni z numerem 179 był opublikowany dnia 18 stycznia 2019.

Gubernator chętnie oprowadzał po gabinecie towarzyszy partyjnych, przyjaciół i gości zagranicznych. Przedstawiając im niezwykły obraz objaśniał i interpretował jego artystyczne i duchowe walory, kolory, skalę i perspektywę. Momentami zapominał o grozie, jaką obraz budził i popadał w zachwyt. Kiedy przyjaciel zwrócił mu na to uwagę, ogarnął go niepokój, poczuł mrowienie pleców i drętwienie nóg. Zdarzyło mu się to tylko raz, tak jakby nabył odporności.

Nawet po upływie czasu obraz zagłady nie wprowadzał gubernatora w przygnębienie, jak się spodziewała jego sekretarka, serdecznie odradzająca mu ten rodzaj dekoracji, ale wręcz poprawiał jego samopoczucie. Pewnego razu, po dłuższym wpatrywaniu się w obraz gubernator popadł nawet w euforię. Pd tej pory wyjaśniał, że obrazy, wykresy i opisy tak bardzo rozjaśniły mu w głowie, że nieporównanie lepiej rozumie rzeczywistość, w związku z czym potrafi skuteczniej przewidywać nieszczęśliwe wybryki natury i im zapobiegać.

Przeżycia pogłębiły wiarę i religijność gubernatora; częściej chodził do kościoła i kładł się krzyżem na zimnej posadzce. Potrafił przetrwać w kompletnym bezruchu nawet godzinę. Kiedy sekretarka, która zastąpiła mu matkę, martwiła się, że doprowadzi się tym bolesnego reumatyzmu, gubernator wstawał rześki z posadzki, twierdząc, że akt wiary go odnawiał. Raz stwierdził nawet, że duch święty natchnął go dobrymi pomysłami.

Religijność gubernatora znalazła uznanie w oczach Czarnej Eminencji, człowieka bogobojnego i zasłużonego nie tylko dla Kościoła Hierarchicznego, ale i dla wszystkich wierzących obywateli. Mówiono o nim, że rozmawia z Bogiem. Nie był to żart, wszyscy traktowali to poważnie, bo byli na to świadkowie.

Barras przedstawiony Czarnej Eminencji jako wschodząca gwiazda wielkiej polityki przypadł mu do gustu. Życzliwość patriarchy stojącego na czele Kościoła Hierarchicznego były gubernatorowi na rękę; wiązał z nią dalekosiężne plany. Gubernator nie był jednak całkowicie szczery wobec Czarnej Eminencji; ostentacyjnie demonstrował więcej wiary niż posiadał. Pocieszał się, że Bóg mu to wybaczy, ponieważ czynił to dla dobra kraju.

*****

Wiadomości dotyczące skali antyprokreacji tak bardzo wzajemnie sobie przeczyły, że nie sposób było w końcu ustalić, co jest prawdą, a co nią nie jest. Opozycja oskarżała rząd o dezinformowanie społeczeństwa w swoim egoistycznym interesie. Ten zaprzeczał, aby jakakolwiek agencja państwowa była zamieszana w dezinformację. Zwyczajni obywatele czuli się skołowani i rezygnowali z oglądania telewizji, czytania prasy a nawet surfowania po Internecie. Granice między prawdą a fałszem zatarły się do tego stopnia, że otwarcie sugerowano, aby nie szukać różnic między nimi, ponieważ istnieje tylko prawdopodobieństwo prawdy i fałszu, a nie sama prawda lub fałsz. Pojawiły się poglądy, że nie ma to już większego znaczenia, gdyż odmieńcy seksualni zostali zmarginalizowani. Zboczeńcy, jak ich niektórzy wciąż nazywali, zeszli do podziemia, ukrywali się, wielu straciło orientację, kim właściwie są. Społeczeństwo więcej wiedziało o hidżrach w Indiach, mashoga w Kenii, muxe w Meksyku niż o członkach organizacji LGBT w Nomadii. Powodowało to stan zamieszania.

*****

Kościół postawił odmienną diagnozę zaniku prokreacji. Jej przyczyną miało być odwrócenie się ludzi od Boga. Wiele osób doznało w czasie Apokalipsy tyle bólu i cierpienia, że straciło wiarę. Jej miejsce zajęły wynaturzenia, które rozrosły się i przybrały głębszy charakter. Objęły one odstępstwa nie tylko seksualne, ale także rodzinne, towarzyskie i społeczne. Kobiety przyjmowały na siebie role męskie, ubierały się jak mężczyźni, konsumpcjonizm zastąpił duchowość, butelka piwa dobrą powieść, upadła tradycyjna obyczajowość, rozpanoszył się egoizm, w odstawkę poszedł patriotyzm.

– Widzimy panoszenie się grzechu i to o najcięższych wymiarach. Ludzie porzucili wiarę. U kobiet wywołało to najpierw niechęć, a potem odrazę do płodzenia potomstwa. Coraz więcej mężczyzn czuje i myśli tak samo. Dawniej tego nie było. – Pomstował Czarna Eminencja, winiąc nie tylko Apokalipsę, ale i demokrację.

Diagnoza kościoła oparta była na analizie tysiąca spowiedzi. Księża prosili wiernych o wywnętrzanie się i szczere wypowiedzi na temat płodzenia potomstwa przypominając wolę bożą wyrażoną w Biblii: „Idźcie i rozmnażajcie się”. W kręgach kościelnych rozgorzała namiętna dyskusja, czy nie złamano świętej tajemnicy spowiedzi. Niektórzy księża posługiwali się pytaniami ankietowymi i dyktafonem do nagrywania odpowiedzi. Uznano ich za nadgorliwców, aczkolwiek głosy były podzielone. Jedni duchowni ich krytykowali, inni chwalili za uczciwość i rzetelność. Sprawę rozstrzygnął Czarna Eminencja:

– Wobec Boga nie ma przesady w dążeniu do prawdy, która ma nas zbawić.

Na spotkanie z gubernatorem Eminencja przyniósł listę przyczyn zaniku prokreacji. Jego sekretarz nazwał ją „Czarną listą nieprawości”. Nazwa była tak trafna, że Arcybiskup jej nie zmienił, mimo że źle się kojarzyła z jego powszechnie używanym tytułem Czarnej Eminencji.

– Nieprzerwanie tłumaczę moim pracownikom i wiernym, że w moim przypadku „czarny” odnosi się do koloru sutanny, a nie do charakteru czy postaci. – Wyjaśnił gubernatorowi.

Lista obejmowała perwersje i zboczenia potocznie określane jako inne orientacje seksualne oraz zjawiska genderyzmu, eutanazji, ateizmu, sybarytyzmu, konsumpcjonizmu i relatywizmu moralnego.