Nocą odwiedza Ptacha nieznajomy mężczyzna. Opowiadanie psychodeliczne.

W nocy Ptacha znowu odwiedził Siwy. Był to już któryś raz z rzędu. Ptachu nie wiedział, jak intruz się nazywa, więc nazwał go Siwy. Potem ktoś zadzwonił do Siwego i Ptachu posłyszał jak ten ktoś mówi do niego „Zyga, sprawdź go dokładnie. To dziwny  człowiek”. 

Mężczyźni rozmawiali po angielsku, w języku obcym, trudnym do określenia. Ich angielski miał jakiś płaski niemiecki akcent, jakby mówiący pochodzili z nizin, z których wyrosły góry, aby wszystko zmienić. Ich słowa były bardziej dźwięczne niż niemieckie. Ptachowi kojarzyły się z ostrymi dźwiękami fanfar przeplatanymi słodkim drżeniem harfy.

Siwy krępował Ptacha. Przychodził nocą, kiedy Ptachu był sam jak oko w głowie cyklopa Polifema, centralnie położone, ale samotne. Nocą był też nagi jak niemowlę, bo spał bez piżamy, przez co czuł się  bezbronny. Krępował go też zbyt duży brzuch, choć wiedział, że Siwego takie rzeczy nie interesują.

Pasjonowało go co innego. Badał Ptacha, ankietował, sprawdzał, mierzył i oceniał jego wnętrze. Interesowało go wszystko, jakby obiekt jego zainteresowań stanowił muzeum, w którym sztukę starożytną pomieszano z nowoczesną. Ten ostatni wyraz źle się kojarzył Ptachowi, brzmiał modernistycznie i jakoś sztucznie. Wolałby wyraz historyczny, tradycyjny, z przeszłości. Uświadomił mu to Siwy, który traktował Ptacha jak pacjenta.

– Chcę panu pomóc. Ma pan problemy. Z niektórych zdaje pan sobie sprawę, z innych nie. To pana męczy. Tym bardziej, że zajmuje pan niezwykle wysoką pozycję społeczną.

Ptachu nie protestował. Nawet ucieszył się, że Siwy mu to powiedział. To tak, jakby upewnił go w czymś, co było dla niego ważne, ale sam nie był tego zbyt świadomy. 

W ostatecznym rozrachunku, Ptachu nie cierpiał Siwego. Był jedynym człowiekiem, który miał nad nim przewagę i chciał wydrzeć jego tajemnicę, dlaczego jest taki, jaki jest sugerując w dodatku swoimi pytaniami, że Ptachu cierpi na jakąś dolegliwość psychiczną. Coś musiało w tym być, czego nie rozumiał. Nie rozumiał choćby tego, dlaczego w rozmowie z Siwym staje się bezwolny jakby rozmawiał z własnym sumieniem. Kiedy Siwy kazał mu coś robić, robił to, kazał mu opowiadać o sobie, opowiadał. Czuł się wtedy zagubiony i bezsilny. Tak, jakby Siwy był nie tylko jego sumieniem, ale matką i ojcem, którzy zadają mu pytania dla jego dobra, sprawdzając jak czuje się ich pociecha i co jej potrzeba.

*****

Tej nocy Siwy przytachał ze sobą kozetkę. Jak to zrobił, nie wiadomo, bo na siłacza nie wyglądał. Kiedy ustawiał mebel, Ptachu przyjrzał mu się dokładniej. Mężczyzna miał na sobie kaszkiet, marynarkę, białą koszulę z krawatem i bryczesy. Na nogach miał czarne pantofle. Ptachu zwrócił też uwagę na jego okulary z nietypowo okrągłymi szkłami.

Kozetka była wygodna i zielona jak świeża trawa. Ptachowi wydało się, że pachnie późnym latem i sianokosami. Położył się na niej na brzuchu i wtedy Siwy się zaśmiał.

– Nie będę panu robić lewatywy. Czy to przyszło panu na myśl, kiedy kładł się pan na kozetkę? – Zapytał i kazał przewrócić się na plecy.

Zadawał pytania, niektóre były wręcz bezczelne. 

– Dlaczego lubi pan podejmować decyzje, które wielu ludziom sprawiają przykrość? Jak pan ocenia siebie? Jako osobę społeczną, aspołeczną czy typ mieszany? Robił też testy, na których Ptachu oceniał swoje postępowanie w skali od jednego do dziesięciu lub jednego do pięciu. Notował i zapisywał. Zawsze był uprzejmy i usłużny.

– Może podłożyć panu pod głowę poduszeczkę? Może podać szklaneczkę wody?

Mężczyzna miał już swoje lata. Wyglądał jakby wyjęto go z końca dziewiętnastego lub początku dwudziestego wieku, i używał właśnie takich zdrobnień jak poduszeczka, szklaneczka i podobne. To łagodziło jego wizerunek w oczach Ptacha.

Michael Tequila – publikacje własne:  https://tinyurl.com/y895884p

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 174: Interpretacja przyczyn i sprzątanie po Apokalipsie

Koniec Apokalipsy nie przyniósł natychmiastowej ulgi społeczeństwu. Problemy obsiadły kraj jak szarańcza. Obywatele różnili się myśleniem, postawami i aspiracjami. Łączyło ich jedynie – była to trwała więź – uczucie niechęci a nawet nienawiści wobec społeczeństw, grup i jednostek, których nie dotknął kataklizm. Wzburzenie mieszkańców Nomadii osiągnęło taki poziom, że nawet osoby sobie bliskie, członkowie rodzin, przyjaciele i dobrzy sąsiedzi otwarcie wywalali z siebie bolączki i niepokoje, bijąc na odlew słowami i przekleństwami. Wydawało się, że spadkiem po Apokalipsie będą jedynie spory co do jej przyczyn i skutków, tymczasem wszystko uległo pomieszaniu. Jeśli ktoś miał pozytywny pogląd na cokolwiek, natychmiast zjednywał sobie wrogów.

W miejsce tolerancji rozpanoszyła się nietolerancja. Czołowe partie kraju oskarżały się nawzajem o najgorsze zbrodnie. Rocznice państwowe zamiast jednoczyć, jeszcze bardziej antagonizowały naród. Nasycone wrogością dyskusje toczyły się w pubach, mieszkaniach i na ulicy. W Internecie dyskusje ociekały jadem. Nawet umiarkowani zwolennicy obydwu partii nie dostrzegali niczego, w czym mogliby się ze sobą zgodzić. Część obywateli stroniła od dyskusji, nie interesowała się polityką ani państwem, tylko sobą. Nazwano ich trzecią siłą. Twierdzili, że są neutralni, często mówili o osobie „mnie to wisi”.

Nie pozostawiało to nadziei na poprawę sytuacji. Jedyną wspólną cechą odkrytą przez badaczy była skromność: obywatele preferowali mówić o biedzie i ubóstwie niż chwalić się zamożnością i bogactwem, jakie przypadły im w udziale.

Sefardi, wyćwiczony w oglądzie mikroskopijnych detali, dostrzegał niuanse, dziesiątki drobiazgów nierzucających się w oczy: kulejącą uprzejmość, zatrzęsienie nieaktualnych informacji w Internecie, nawet grzeczność okazywaną głosem tak szorstkim, że wydawała się niegrzecznością. Nie były to warunki sprzyjające rządzeniu. Rząd był pod obstrzałem połowy społeczeństwa, druga połowa mu sprzyjała. Oczy wszystkich kierowały się na gubernatora Barrasa, od którego oczekiwano cudu. Stał się on centralnym punktem wydarzeń.

*****

Fatalne w skutkach zaburzenia pogody wyjaśniano bardzo różnie: wybuchami potężnych mas gazu na słońcu, rozmagnesowaniem bieguna północnego przez blisko przelatującą kometę, a nawet pulsowaniem wszechświata. Najstarsi ludzie nie pamiętali pogody tak przewrotnie łączącej okrucieństwo tyrana z łagodnością niemowlęcia. Pisała o tym prasa krajowa i zagraniczna, wyrzucając inne tematy na śmietnik jakby były odpadkami grożącymi epidemią. Ludzkie serca nadal wybuchały niepokojem i spalały właścicieli, jeśli w porę nie schronili się w wierze, spowiedzi lub psychoterapii. Dni spokojnego słońca ludzie traktowali jako zapowiedź zmian na lepsze. Niektórzy czuli się tak doskonale, że potem twierdzili, że lewitowali w powietrzu i było to najlepsze, co zdarzyło im się w życiu.

W sprawie Apokalipsy ważny głos przypadł Kościołowi Hierarchicznemu, do którego należała większość ludzi wierzących. Decydującą rolę odgrywał w nim arcybiskup Czarna Eminencja, przywódca kościoła. W dalszej kolejności liczyły się głosy księży z ambon, listy duszpasterskie oraz gazetki parafialne.

W celu rozwikłania zagadki klęsk żywiołowych kościół wezwał na pomoc biblistów. W pierwszej kolejności zajęli się oni uporządkowaniem terminologii. Pięć dni fatalnej pogody określili mianem Sodomy i Gomory, poszczególnym dniom przypisując nazwy dominujących zdarzeń. Były to: wtorek – Dzień Gradu, Środa – Dzień Powodzi, Czwartek – Dzień Piorunów i Pożarów, Piątek – Dzień Tsunami. W wyniku pracy biblistów oraz debat kościelnych wyłonił się specyficzny pogląd, że źródłem nieszczęść, jakie ugodziły społeczeństwo, był Internet, a bardziej konkretnie, zmiany cywilizacyjne, jakie wywołał. Była to druga fala interpretacji przyczyn Apokalipsy.

– Ludzie, odwracając się od Boga w kierunku Internetu, stali się sprawcami kataklizmu – podsumował ksiądz profesor Obispo, przewodniczący konferencji klimatycznej. Część naukowców, również tych wierzących w Boga, akceptując niektóre argumenty kościoła, uznała wyjaśnienie księdza profesora za zbyt proste.

– Potrzebujemy więcej czasu, aby dokonać pełniejszych analiz. Musimy stworzyć model zmian pogodowych, dopiero wtedy wszystko stanie się jasne – słowa te zawarli w liście skierowanym do Czarnej Eminencji.

2Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 157: Problemy zdrowotne Josefa

Zastanawiano się, czy na samopoczucie Josefa nie mogło wpływać połączenie ludzkiej anatomii z końską fizjologią. Szkielet, tkanki, kości i mięśnie oraz mózg Josefa były ludzkiego pochodzenia, natomiast organy wewnętrzne pochodziły od konia. Na pytanie, czy nie występuje tu konflikt, nie sposób było odpowiedzieć. Sam Josef twierdził, że nie odczuwa ani nie widzi w ich funkcjonowaniu niczego dziwnego, tym bardziej podejrzanego.

– W moim organizmie anatomia i fizjologia idą ze sobą ręka w rękę jak para najlepszych kochanków. Nie szukajcie dziury w całym! – Jego twarz i oczy sugerowały, że uważa sprawę za wymyśloną i bez sensu, a rozmowa o niej tylko go denerwuje.

Na pytanie, jak sobie radzi emocjonalnie jako hybryda człowieka i konia, Josef nie umiał jednak odpowiedzieć. Długo się zastanawiał. Po kolejnej rozmowie na ten temat wyszło na jaw, że nie wszystko układa się pozytywnie w jego życiu. Niektóre jego zachowania wskazywały na typowo ludzkie, racjonalne spojrzenie i postępowanie, inne na zwierzęce, bardziej instynktowe odczucia i zachowania. Między nimi pozostawała jednak jakaś równowaga, ale i to się zmieniło.

*****

Mimo niewątpliwej dojrzałości, Josef zachowywał się coraz częściej jak rozbrykany źrebak lub rozpuszczony chłopiec, zniechęcając do siebie otoczenie. W tym wszystkim we znaki dawała się jego końska natura; czasem zachowywał się tak, jakby dziczał i upodabniał się do zwykłego konia. Zarząd Laboratorium był coraz bardziej zdezorientowany, podobnie jak i pracownicy utrzymujący kontakt z Josefem. Jego poprzednik, zmarły tragicznie Josef Półkoń, wydawał im się teraz wręcz ideałem. Spowodowało to, że pierwsze pozytywne wrażenia o Josefie Nowym szybko ulegały erozji.

Firma zaangażowała wszystkie środki i ludzi, aby zaradzić utrapieniom. Im więcej jednak poświęcano uwagi Josefowi, tym bardziej stawał się nieznośny. Nie była to jakaś wrodzona złośliwość, zgodni w tym byli wszyscy specjaliści, zarówno lekarze psychiatrzy, psychologowie jak i weterynarze oraz hodowcy koni, ale niezwykła huśtawka uczuć i zachowań. Josef raz zachowywał się jak dojrzały, ustabilizowany mężczyzna, innym razem jak rozkapryszone dziecko, które nie wie, czego chce, kiedy indziej zaś jak zwykły koń o niezdecydowanym charakterze.

Po dłuższej obserwacji Josefa, podjęto jego leczenie. Próby wykorzystania leków roślinnych a potem farmakologicznych nie przyniosły dobrego rezultatu. Josef wyczuwał nawet najmniejszą ilość obcej substancji w pokarmie; o bezpośrednim przyjmowaniu leku nie było nawet mowy. Było to też niebezpieczne, ponieważ dysponując końskimi trzewiami nie był w stanie wymiotować, co mogło doprowadzić do tragicznych skutków. Próby podawania leku ukrytego w jedzeniu okazały się zbyt ryzykowne; Josef wpadał w szał. Stawał się wtedy niebezpieczny zachowując się jak zwykły bandzior. Był tak silny, że kilku mężczyzn nie było w stanie dać mu rady. Zdecydowano się wówczas na psychoterapię. Było to leczenie powolne i mniej skuteczne, ale przynajmniej dawało się zastosować i stwarzało jakąś szansę powodzenia.

Impas w stanie zdrowia Josefa trwał dłuższy czas. Laboratorium nie podejmowało działań, kiedy wbrew zaleceniom terapeutów Josef stawiał na swoim i znajdował sobie jakieś bezsensowne zajęcie lub udawał się na dłuższą wędrówkę. Lubił długie, samotne wyprawy, czasem zgadzał się nawet, aby ktoś mu towarzyszył. Na początku akceptował towarzystwo także laborantek, bardzo szybko okazało się jednak, że coraz gorzej znosi ich obecność. One same mówiły, że wprawdzie Josef nie okazuje im nadmiernego zainteresowania ani nie zaleca się, coraz częściej miały jednak niejasne poczucie zagrożenia z jego strony. Nie umiały określić na czym ono polega. Dla bezpieczeństwa Nina Aleman po konsultacji z Aaronem zakazała kobietom, aby towarzyszyły Josefowi na spacerze nawet w towarzystwie mężczyzn.

W trakcie kolejnej rozmowy w gabinecie terapeutycznym, Josef wyznał, że chciałby znaleźć sobie regularne zajęcie.

– Potrzebuję zająć się czymś na stałe. Czuję nadmiar energii i chciałbym robić coś użytecznego. Potrzebuję pracy, zaangażowania, wysiłku fizycznego. Sama rozrywka czy prosty wysiłek intelektualny już mnie nie cieszą. Zresztą nigdy mnie nie cieszyły, wydawało mi się tylko, że jest inaczej.

 

3Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 156: Sytuacja Josefa pogarsza się

Wkrótce Josef zaczął skarżyć się na pogarszające się stosunki ze znajomymi a nawet przyjaciółmi. Był to pierwszy objaw, że coś psuje się w jego życiu osobistym. Czuł się coraz gorzej psychicznie. Przypisywał to rosnącej niechęci ludzi do niego. Kilka razy wspomniał o tym na zajęciach psychoterapeutycznych, do których Laboratorium z trudem udało się go przekonać.

Wyznania Josefa co do nieprzyjaznego traktowania przez ludzi w miasteczku skonfrontowano z jego sąsiadami, przyjaciółmi i innymi osobami, z jakimi najczęściej miał do czynienia. Był coraz wyraźniej postrzegany jako dziwak; niektórzy wręcz nazywali go dziwadłem. On sam temu zaprzeczał. Twierdził, że zachowuje się dokładnie tak, jak inni, „normalni” mieszkańcy miasteczka, zwłaszcza mężczyźni w jego wieku i jeśli ktoś tego nie zauważa, to jest w błędzie.

– Nie rozrabiam, nie piję, nie palę, uprawiam sport, spotykam się z przyjaciółmi. rozmawiam z ludźmi i utrzymuję z nimi przyjazne stosunki – Josef z sarkazmem podsumował sytuację.

Okazało się, że zachowania Josefa, naturalne dla niego, były inaczej widziane i oceniane przez mieszkańców miasteczka. O ile pierwsze wrażenia były korzystne, o tyle każdy następny dzień niósł pogorszenie zamiast poprawy. To, co ich zastanawiało, a nawet dziwiło, stworzyło całkiem długą listę. Notatki sporządzone przez psychoterapeutę zawierały cytaty z rozmów: „On nigdy nie siądzie ani nie położy się, tylko stoi”, „chodzi spać zaraz po zachodzie słońca i wstaje równo ze wschodem słońca”, „ to mruk i samotnik, rzadko zdarza mu się rozgadać się i szczerze coś powiedzieć”, „jest skryty jak norka”, „ma dziwne poczucie humoru”, „nie uznaje w ogóle alkoholu, nawet piwa”, „żywi się wyłącznie roślinami i uważa to za normalne; jakiś weganin czy co?”, „ma taką dziwną twarz, zwłaszcza ten jego koński uśmiech”.

Sprawy komplikowały się. Wbrew oczekiwaniom Laboratorium, ludzie traktowali Josefa coraz gorzej. Nie wiadomo, dlaczego nie przynosiły pozytywnych efektów regularne akcje uświadamiające, kim jest i jak zachowuje się człowiekoń Josef. Nawet niektórzy początkowo mu życzliwi laboranci traktowali go jak odmieńca i cudaka. Najbardziej dziwiła ludzi jego bezkompromisowa roślinożerność, temperament i niektóre zachowania. Obywatele Nomadii, na początku tylko nieufni, potem niechętni, w końcu też stawali się wrogami Josefa. Niechęć do niego umacniała cicha propaganda rządu i kościoła, od początku niechętnych mu jako tworowi człowieka, a nie natury. W najlepszym przypadku Josefa traktowano jak dzikusa, którego od zwykłego człowieka dzieli nieokiełznana zwierzęca natura.

Mimo przeciwdziałań Laboratorium sytuacja nie tylko nie ulegała poprawie, ale pogarszała się. Utrzymywała się już tak długo, że Josef uwierzył, że rzeczywiście jest jakimś dziwadłem, istotą człekokształtną, ale cudacznie osobliwą. To go odmieniło. Zaczął ulegać nienaturalnym poglądom i podporządkowywał się woli otoczenia, innych ludzi a nawet koni. Jego stan zdrowia pogarszał się wyraźnie, pojawiły się pierwsze objawy depresji.

Zarząd postanowił dokładniej zbadać wszystkie okoliczności. Na pierwszy ogień poszło odżywianie. Od pewnego czasu Josef skarżył się na bóle żołądka. Najbardziej odczuwał je rano, kiedy myślał o zajęciach i obowiązkach dnia. Czasami były one silniejsze, czasem słabsze, zawsze jednak uciążliwe i męczące. Męczyły go tym bardziej, że nie znał przyczyny; nie objadał się, nie miał niestrawności, niczym się nie zatruł. Był przekonany, że odżywia się bardzo zdrowo i nic takiego nie powinno mieć miejsca. Terapeuci opiekujący się Josefem zaczęli podejrzewać, że ktoś uprawia sabotaż wobec niego. Zastanawiali się nad tym wspólnie z Josefem, lekarzami i Aaronem, lecz nie znaleźli żadnego wyjaśnienia.

Dla pewności – włączając w to także dietetyka i kucharzy – szczegółowo przejrzeli i krytycznie ocenili dietę. Przy okazji wyszło na jaw, że sposób odżywiania się Josefa dziwił innych ludzi, zwłaszcza kiedy korzystał z restauracji, baru lub kawiarni. Wszystkich szokowała ogromna ilość „zwykłej” zieleniny i niewielka ilość warzyw i owoców. Była to typowa dieta weganów z wyjątkiem trawy i jednej czy dwóch pospolitych roślin. Dieta Josefa była jednak jak najbardziej do zaakceptowania zważywszy końską naturę jego systemu wewnętrznego.

*****

Wkrótce u Josefa pojawiły się inne problemy. Były to dziwne skłonności. Niektóre zauważył on sam, inne zaobserwowali przyjaciele i pracownicy Laboratorium. Josef stał się niesłowny i niestabilny. Nie można było na nim polegać.

– To efemeryda. Teraz myśli tak, chwilę później zupełnie inaczej. Zmienia się jak chorągiewka na wietrze. On jest po prostu nieobliczalny. – Tego rodzaju lapidarne obserwacje pojawiały się tak często i urosły do takich rozmiarów, że zaczęto podejrzewać, że jest niespełna rozumu. Wysuwano najbardziej niedorzeczne przypuszczenia, poniekąd zrozumiałe w obliczu troski o niego, nawet takie, że mógł go pokąsać wściekły pies.

4Shares

Ciało w odbiciu lustrzanym. Część 6. Chyba przedostatnia.

Dawno nie widzieliśmy się. Chyba mnie unikałeś? – Wiktor nie powitał mnie ciepłym spojrzeniem. Nie dziwiłem mu się.

Mam wyrzuty sumienia wobec ciebie. Nie byłem z tobą w kontakcie od bardzo dawna. Byłem przytłoczony obowiązkami – wyjaśniłem z zażenowaniem i poczuciem winy.

To nie jest najlepsze usprawiedliwienie. Każdy tak mówi. Ale muszę przyznać, że liczne obowiązki do poważna kłoda na drodze postępu. Chodzi oczywiście nie tyle o nadmiar obowiązków, ile o nieumiejętność radzenia sobie z nimi. To jest prawdziwa przeszkoda w poprawie kondycji że tak powiem organicznej. Z trudem radzę sobie z tym. Przekląłbym szpetnie, gdyby nie to, że obnażyłbym publicznie jeszcze jedną moją słabość.

Nie możesz przeklinać przy byle okazji, Wiktorze. Przeklinanie musi być uzasadnione sytuacją. Poza tym, nie wiem, czy cieszyć się czy martwić, że obydwaj przeżywamy te same problemy.

No właśnie! – Wiktorowi oczy rozbłysły. Zajęło mi sporo czasu, zanim odkryłem tajemnicę radzenia sobie z trudnymi sytuacjami i wyciągnąłem odpowiednie wnioski. Początek zmian tkwi w osobowości i mózgu. Także w nawykach. To już zrozumiałem. Potrzebny jest przełom w postaci głębokiej reformy własnego systemu wartości. Bez tego nie ma mowy o schudnięciu czy poprawie sylwetki. Mam wrażenie, że dokonałem już takiego przełomu.

Nie, nie! – wykrzyknął Wiktor zaprzeczając sam sobie. Zaczerwienił się na twarzy.

Nie dokonałem jeszcze, ale pracuję nad tym. Walka z sobą jest diabelnie trudna. Jesteś taki, jaki jesteś, wygodny, leniwy, dogadzający sobie, a chcesz być inny, zdyscyplinowany, uporządkowany, sprężysty na ciele i umyśle. Któryś z wielkich starożytnych powiedział: Imperare sibi maximum imperium est. To znaczy: Rządzenie sobą jest najwyższą formą rządzenia. Inaczej mówiąc, wydawanie sobie rozkazów jest najwyższą formą władzy. Władza nad sobą samym!– szepnął Wiktor wznosząc w górę oczy jak aspirant do świętości marzący o życiu wiecznym.

Od czego zacząłeś? – moje łagodne pytanie miało na celu przywrócenie Wiktora do rzeczywistości.

Dobre pytanie. Przede wszystkim zdałem sobie sprawę, że byłem zbyt uległy wobec oczekiwań społeczeństwa, pracodawcy, rodziny, przyjaciół. Jak i siebie samego pozostającego wciąż w wersji tradycyjnej, nieelastycznej – uzupełnił Wiktor. Życie wymaga dyscypliny i mądrości. W pytaniu o to, kim naprawdę jestem zabrakło mi coś w rodzaju „jestem osobą, która dba o siebie i równoważy to wobec innych oczekiwań”.

Mówisz górnolotnie, ale niegłupio. Stwierdzam to w sensie pozytywnym.

W tym momencie zadzwonił telefon komórkowy Wiktora. Wiedziałem, co to oznacza.

To skończymy rozmowę innym razem – zaproponowałem w pośpiechu. Widząc, że mój sąsiad zabiera się do odejścia dodałem: To do zoba, Wiktorze.

No to nara – mruknął słuchając już głosu w telefonie.

 

 

0Shares