Byłem w sanatorium NFZ. Widziałem, przeżyłem, wróciłem.

Dzielę się przeżyciami, póki ciało jeszcze gorące. W sanatorium przeżyłem trzy tygodnie. Zabiegi były w porządku. Borowiny, magnetotron, naświetlania, ćwiczenia rozciągające, kąpiele, co kto sobie życzy. W ciągu 3 tygodni (18 dni zabiegowych), przeszedłem 61 zabiegów.

Panowała dyscyplina. Trzeba było przybyć na czas. Siódma czterdzieści pięć to siódma czterdzieści pięć. Spóźniłeś się, zabieg przepadał. Wszyscy ruszali się jak na mustrze sprężeni niby maszyna do druku inflacyjnych pieniędzy. Każdy pędził, aby zaznać jak najwięcej słodyczy. Jeden kuracjusz mówił, że podobnie było tylko w sanatorium w Egipcie. Pokazywał nawet zdjęcie. Niezbyt wyraźne, bo na papirusie.

Stołówkę też przeżyłem. Przy moim stole zorganizowały się od razu sekcje. Samobójcy (trzy osoby) byli najsympatyczniejsi. Mało jedli, dużo palili. Cienkie papieroski, podobno zdrowszy dym. Przy trzech posiłkach dziennie co najmniej trzy wyjścia na papieroska przed budynek. Był tam napis „Palenie zakazane”. Władzom sanatoryjnym to nie przeszkadzało. Wszyscy byli za.

Jem dużo, bo chcę być jeszcze większy, niż jestem. W stołówce dokarmiało mnie jedno małżeństwo. Jestem im wdzięczny. Bardzo zacni ludzie. Polubiliśmy się nawzajem. Oni palili, więc nie musieli tyle jeść. Odchudzali się zresztą. Mam wrażenie, że całe życie o tym marzyli.

Ja reprezentowałem sekcję sportową. Samotniczo. O godzinie 6.30 rano wychodziłem, aby pobiegać jak Robert Korzeniowski. 40 minut. Uparłem się i liczyłem czas. Dlatego mnie dożywiano. Inaczej bym nie przeżył. Biegając przez ogródki działkowe i po parku planowałem zabójstwo ofiary mojego kolejnego opowiadania. Czytajcie mnie, to dożyjecie momentu, kiedy ten człowiek padnie, zostanie poćwiartowany i zakopany. Nie piszę o szczegółach, ale będą krwawe.

Pozostałe cztery osoby przy stoliku były neutralne w zainteresowaniach. Innych stołów nie oceniałem.

Jedzenie było trafione jak rzadko. Zawsze to samo na śniadanie. Nikt nigdy się nie przejadł. To było cudowne. Chlebek, masełko, jakiś serek i większa ćwiartka pomidora. Zacna osoba żeńska, o której wspomniałem, nazwała go plastikowym. Mnie wydał się on papierowy, ale nie wdawałem się w spory. Poza tym był jeszcze obiad i kolacja. Nie mogę o nich pisać, bo łzy wspomnień cisną mi się do oczu.

Mieszkałem w jedynce. Dwa pokoje podwójne i dwie jedynki obok siebie w tak zwanym studio z jedną łazienką i jedną ubikacją. W ubikacji papier ciemnobrązowy i szorstki, jeszcze z czasów PRL.  

Rozrywek było w bród. Wycieczki, spacery, spotkania towarzyskie, wieczorki taneczne. Jeden pan rozrzedził sobie krew, poszedł na tańce, popił alkoholem, znowu rozrzedził i dostał krwotoku. Zabarwił łazienkę na czerwono. Sprzątaczka była zachwycona.

– Lubię żywe kolory. – Tak twierdziła sprzątając.

Za drugim razem zabrało go pogotowie. Podobało mu się to.

– Cholernie nie lubię chodzić na piechotę do szpitala. Kocham, jak mnie wożą. – Miał powiedzieć. 

Lubiłem go, bo w nocy głośno śpiewał, przeklinał i nie spuszczał wody w sedesie. To ostatnie także w dzień. Raz nawet myślałem przyłączyć się do niego z piosenką „My młodzi, my młodzi, nam wino nie zaszkodzi”, ale była ona zbyt słaba w stosunku do jego ambitnych marynarskich szant w rodzaju „Raz bosman Pipa miał wychodne”. Żwawy  kuracjusz miał 82 lata, ubierał się w garniturek, lakiereczki i chodził regularnie na tańce.

Ciekaw jestem, czy ja też będę mieć taki ładny garnitur w tym wieku. Zawsze marzyłem o bogactwie.

Dam Ci radę. Jedź do sanatorium. Poczujesz się dużo lepiej. Wróci ci młodość i błogostan z nią związany. Obyśmy tylko zdrowi byli.

0Shares