Komiks literacki. Marionetka. Odcinek 22.

Na scenie wielkością przypominającą salę balową w baśniowym pałacu, gdzie okna są większe niż ściany, przy małym stoliczku do kawy siedzą dwaj mężczyźni. Rozgrywa się scena teatralna rozmowy tete a tete. To po francusku. W ludzkiej mowie oznacza to rozmowę łeb w łeb. Po ubiorach rozpoznajemy, że ci dwaj to Najwyższy Urzędnik Nijaki i dziennikarz, para teatralna kojarząca się, albo i nie kojarząca się, z tą ze spektaklu „Piękna i bestia”, gdzie piękno miesza się z brzydotą.

– Czy jest pan marionetką? – Pyta dziennikarz.

– Czemu pan pyta? Czy to jest ważne? – Sonduje Wysoki Urzędnik, prawie tak wysoki jak wieża.

– Dziennikarz zaskoczony aż dwoma pytaniami, patrzy na siebie, zdumiony własną odwagą zadania takiego pytania takiej osobie, po czym mówi. – Ale ja w to nie wierzę, sądzę, że to bzdura, nigdy w to nie wierzyłem i nie uwierzę, proszę mi wierzyć. – Zaczyna plątać się w zeznaniach, czerwienieć, dostaje drgawek, jego ciało wypręża się i sztywnieje. Nijaki tego nie widzi, gdyż spogląda w głąb siebie, ocenia starannie każdą część ciała, aby upewnić się, jest czy nie jest marionetką, przypomina sobie fragmenty życia, kiedy występował publicznie, bo przecież marionetka to teatr. Niedawno w nim byłem. – Szepcze do siebie, po czym wylicza: marionetka to kukiełka, lalka, pacynka, natomiast w języku, w przenośni, to figurant, manekin, popychadło, pionek, kukła, narzędzie, pantoflarz.

– Chyba nie. – Odpowiada na pytanie dziennikarza. – Na pewno nie. – Potwierdza. No nie, bo skądże i jak? – Po tym, jak to wypowiada, śmieje się z pytania, coraz mocniej, wychyla z fotela, jego okrągłe policzki się trzęsą, dziennikarz, który ledwo sam się uspokoił, przygląda się uważnie i widzi, że nie jest to śmiech, tylko spazm bólu, wiele spazmów, jeden po drugim. Nie rozumie tego, zadaje sobie pytanie: Czy to boli …

…być albo nie być marionetką? – Uzupełnia mocny głos spod sufitu, po czym na platformę nad sceną wkracza Szekspir, ten ze Stratford-on-Avon, aby nadać w swoim języku powagi historyczno-histerycznej kwestii: To be or not to be a puppet!, po czym wygłasza tę kwestię w pięknym tłumaczeniu na ludzki język: Być albo nie być marionetką!

Na scenę zapada kurtyna milczenia z pytaniem: Jest on czy nie jest marionetką? sformułowanym przez dziennikarza albo przez Szekspira, Bóg to jeden wie, oraz sugestią niezwykle sugestywną: Odpowiedz sobie sam!

Wstrząśnięci dramatyzmem sceny widzowie wychodzą z teatru. Jest zima i na dworze śnieg skrzy się w późnym słońcu. 

Komiks literacki. Nijaki i Recenzent. Odcinek 20.

Zjazd apologetów niewinności odbywał się na sali wielkości boiska piłkarskiego. Kiedy najwyższy urzędnik Nijaki wszedł do wnętrza w otoczeniu świty, pojaśniało. Był to blask majestatu, jaki niósł na ramionach.

Starożytnym zwyczajem mogli być razem wniesieni, on i majestat, w lektyce, ale Nijaki odmówił, gdyż wymagałoby to czasu, a on chciał być jak najśpieszniej z uczestnikami zjazdu. Był z nimi spokrewniony, uczyli się z tego samego podręcznika. Z tytułu wspólnoty edukacji Nijaki czuł się wyższy niż zawsze, może nawet 2,60 m wysokości.

Przemówił przewodniczący zjazdu i powitał Nijakiego oraz jego majestat. Nastąpiły oklaski, krótkie i rzeczowe, jak to u apologetów ceniących sobie czas i pieniądze. Usiedli.

W drugiej lub trzeciej kolejności przewodniczący powitał Głównego Recenzenta z Krzywej Przybudówki. Ten (wysokie chłopisko przypominające niedźwiedzia ze szczeciniastą twarzą) obrócił się w kierunku sali i pozdrowił zebranych. Rzęsiste oklaski zerwały się jak ptaki i poszybowały pod pułap. Wszyscy wstali i bili mu brawo, na dobrą sprawę nie wiadomo dlaczego. Trwało to i trwało. Tylko Nijaki, otulony majestatem, siedział samotny jak palec. Wiadomo dlaczego: było mu ciężko wstać, gdyż ciążyło na nim brzemię. Być może nie zdawał sobie z tego sprawy, bo miał elastyczne sumienie. Wywróżyła mu to pewna wróżka przyjaźniąca się z Komandorem.

Zaraz potem, zaproszony przez przewodniczącego zjazdu do zabrania głosu, Nijaki odłożył na bok majestat i elegancki, smukły i ogolony wyszedł na scenę. Przemawiał z głowy, gdzie miał kartkę z tekstem uzgodnionym z Komandorem, swoim serdecznym doradcą. Może było i na odwrót, że to on był doradcą Komandora. W momencie wystąpienia nie miało to jednak znaczenia, gdyż liczyły się tylko słowa. Mówca obietnic nie składał, bo mało kto wierzył już w tę walutę.

Oczy i usta oratora były skierowane na salę, jego wargi lekko wydęły się, jak to miały we zwyczaju, i zaapelowały do zebranych, aby byli sprawiedliwi i uczciwi w rozpatrywaniu spraw wielkich i małych, niskich i wzniosłych. Zgromadzeni na sali, kwiat apologetów niewinności, wzięli sobie do serca te słowa, gdyż przemawiał do nich ten, kto sam dawał najlepszy przykład, jak postępować. 

Komiks pisarski. Niedobry dzień komandora. Odcinek 18.

To był potrójnie zły dzień dla komandora Jaroszki, dowódcy okrętu „Całą Naprzód”.

Najpierw oskarżono jego I-szego Oficera, Zbrojmistrza Sępa, że tworzy oddziały skautów (w tajnym kodzie zwane Defensa Popular), które w maskach gazowych, w hełmach z czarną lunetką i z nowoczesnymi dwururkami na plecach biegają po lasach i straszą grzybiarzy i spacerowiczów, potem najwyższy urzędnik, niejaki Nijaki, przemawiał na zjeździe apologetów niewinności, gdzie oklaskiwano pod niebo przewodniczącego Krzywej Przybudówki, chłopa wielkiego jak góra i jak zawsze nieogolonego, w końcu Zastępca Komandora ds. Kulturalnych pochylił głowę, coś omyłkowo przeczytał i przeprosił trzy białogłowy.

– Nikt niepotrzebnie nie straszy ludzi po lasach, nie bije braw przewodniczącym krzywych konstrukcji ani nie strzępi języka na przeprosiny. – Skomentował sucho około północy komandor Jaroszka wyrażając z niewyspania domniemanie (była głęboka, czarna noc i na dworze hulał wiatr, co potęgowało grozę sytuacji), że pasażerowie jego okrętu mogą wspomniane trzy potknięcia uznać za słabość osobistą załogi, a pośrednio i jego samego.

– Ależ Panie Komandorze, apologeci niewinności nie są pańskimi ludźmi a najwyższy urzędnik Nijaki nie należy do pańskiej załogi. – Wyjaśnił rzecznik Nijakiego zastrzegając się równocześnie, że jego pryncypał jest wprawdzie najwyższy, ale „oczywiście po Panu, Czcigodny Mistrzu”.

– Nie należy do mojej załogi …. – Powtórzył jak echo Komandor Jaroszka. – Może i nie należy, a może i należy, to zależy, jak się na to patrzy. W każdym bądź razie jestem jego ojcem chrzestnym, a on jest moim chrzestnym synem, a ojciec i syn to jedno, jak mówi Święta Księga. Musicie o tym pamiętać i nie powtarzać głupot.

Był zdenerwowany, bo kilka minut wcześniej śniło mu się, że tonął w bagnie własnych iluzji i urojeń na temat okrętu i pasażerów. Komandor był przesądny jak każdy kompleksowo wierzący człowiek.

Komiks polityczny. Przemówienia jesiennowigilijne. Odcinek 13

Tłok wydarzeń był taki, że można było oszaleć. Wysłuchałem dwóch przemówień konkurujących ze sobą pięknem i treścią.

W wigilię Święta Niepodległego Okrętu na placu pojawił się najpierw pomnik, potem flagi, a zaraz po nich komandor Jaroszka ze świtą. Było zimno. Uczestnicy wiecu ubrani byli na czarno i solidnie wywatowani. Na lewo od komandora ustawiła się Bea, następnie Najwyższy Urzędnik Nijaki, co mogłoby sugerować, że obsunął się w dół na drabinie rangi i powagi, albo że bez przypominania sam pamiętał swoje miejsce w szeregu. Było i jedno i drugie, czyli odświętnie. Manifestacja w przeddzień Święta Niepodległego Okrętu, a nie w samo święto, pokazała szlachetną odmienność komandora i załogi.

Komandor wszedł na trybunę otoczoną flagami i ustawioną w cieniu pomnika bohatera zdobnego sumiastym wąsem i szablą kawaleryjską. Kiedy pomnik popatrzył na niego z uznaniem, komandor rozpoczął przemówienie. Zawarty w nim komunikat dał się streścić.

– Wolność, wolność, wolność! Co znaczy wolność? Znaczy: jesteśmy wolni. Jesteśmy wolni, lecz musimy być jeszcze wolniejsi. Gdzie musimy być wolni? Wszędzie. Tutaj, na statku, na morzu, na oceanie. Jak musimy być wolni? Nieskrępowanie, swobodnie, wewnątrz i zewnątrz. Byliśmy wolni i jesteśmy wolni, ale nie jesteśmy jeszcze całkiem wolni, jesteśmy wolni niecałkowicie. I o tę niewolną jeszcze wolność musimy walczyć!

Wybuchły oklaski, nieoszałamiające, lecz bardzo poważne. Klaskali wzruszeni staruszkowie i staruszki wypełniający plac. – Niech żyje komandor! – Krzyczeli. – Niech żyje wolność!

– Niech żyje liberum veto! – Ktoś krzyknął w tłumie.

– Tak! – Entuzjastycznie podjęli staruszkowie i staruszki. – Niech żyje liberum veto! Niech żyje wolność! Niech żyje! Zrobiło się bardzo nastrojowo.

Potem przemawiał Zbrojmistrz Sęp. Mówił tajemniczo o tym, czego nie było. Nie walił słowami wprost jak z armaty, jak to zwykł czynić, lecz delikatnie stosował niedomówienia, aluzje i półsłówka, pozytywnie oszołamiając słuchaczy. Oto jego słowa.

Nie było ludzi podnoszących rękę, ani pomysłu, jak ją podnieść. Nie było nawet wiadomo, jak ona ma wyglądać. Nie było zapraszania obcych królów, książąt ani możnowładców na statek. Nic w ogóle nie było. Było smutno, pustka od końca do końca. I ja ją wypełniłem moim przemówieniem, Bracia i Siostry, w wierze, w uzbrojeniu, w pospolitym ruszeniu, w czołgach, działach i dronach. – Rześko podsumował Zbrojmistrz, po czym zaciął się. Słyszałem jak łka, albo mi się tak zdawało. Wszystkim się zdawało, że to Zbrojmistrz łka jeszcze, a to echo łkało. 

Komiks polityczny. Nijaki i reforma szkół. Odcinek 4.

Początek jesieni przyniósł stęsknionym dzieciom i ich rodzicom ważną uroczystość – zapowiedź uzdatniania systemu szkół morskich. Reformie nadano nazwę „Płyń po morzach i oceanach”. Na prośbę kapitana Jaroszki wzięła ją w kształtne dłonie Oficer Kulturalno-Oświatowa, kobieta z charakterem i ustami pełnymi reformatorskiej pasji i nadziei.

Dotychczasowy system nie był zły, ale załoga bardzo pragnęła go poprawić, uczynić jeszcze lepszym i piękniejszym, pełnym kwiatów i radosnego gwaru młodzieży aspirującej do mądrości i rozwagi. Ludzie, którzy lubią skróty myślowe mówili, że w sumie chodziło o to, żeby przenieść szkołę z jednej komórki drewnianej do drugiej i przestawić dwa klocki, aby było tak, jak dawniej, czyli lepiej.

Na uroczystości przemówił Nijaki, zwany też Człowiekiem Bez Twarzy, postać niezwykle ważna i tajemnicza. Przybył w towarzystwie żony, niestety niemowy; nawet kiedy ją proszono, aby mówiła, to odmawiała, choć podobno bardzo pięknie śpiewa i to w różnych językach. Nijaki to najwyższy urzędnik administracji morza, może mieć nawet dwa i pół metra, tak jest wysoki. Nazywają go różnie i różnie o nim mówią. Że nie jest tym, kim jest, że się ukrywa przed samym sobą, że popełnił grzech, którego nie może sobie wybaczyć, że jest bardzo nieśmiały. To, co o nim wiadome i pewne, to widoczna część jego organizmu, zakończona okrągłą uśmiechniętą twarzą, która obraca się jak ptak na prawo i na lewo, do góry i w dół, bardzo szybko, aby zobaczyć, kto się do niej uśmiecha, a kto nie.

Kapitan Jaroszka zaprasza go regularnie na wszystkie imprezy, prywatne i państwowe, i często prosi, aby przy okazji coś mu podpisał, na przykład laurkę, kartkę imieninową albo manifest statkowy, bo ma ładny charakter pisma i umie kaligrafować. Nijaki lubi bardzo sporty wodne, dlatego chętnie przyjeżdża na statek, aby sobie popływać po oceanie na hulajnodze wodnej. W tym sporcie, jak sam wyznał, jest najlepszy na świecie i lubi robić sobie zdjęcia w kombinezonie sportowym oraz nowym, czerwonym kasku ochronnym, co powiększa mu głowę i dodaje jej dodatkowego splendoru.

Nijaki bardzo lubi i ceni kapitana Jaroszkę, który jest dla niego dobry jak ojciec, uważa go za prawdziwą legendę, nomen-omen i w ogóle geniusza. Ktoś kiedyś powiedział, że widział, jak kapitan przez omyłkę przydepnął Nijakiemu palce u nóg i to dwa razy, w dodatku boleśnie, ale Nijaki zniósł to bardzo męsko i nawet się uśmiechnął. Incydent okazał się plotką, choć nigdy nie wiadomo, co jest plotką, co kłamstwem, a co prawdą. O Człowieku Bez Twarzy mówiono też, że jest strachliwy od dziecka, i dlatego, w obronie własnej godności, lubi się podporządkować, bo – jak mówi kapitan Jaroszka – na statku „Ordnung muss sein”. Nijaki podziela ten pogląd, w dodatku uważa, że bez porządku to on też żyć nie może i dlatego, oprócz samego Pana Boga, tak bardzo czci i szanuje kapitana Jaroszkę.

– Kocham go jak ojca. – Powtarza sobie po cichu, aby nie zapomnieć powinności synowskich w obliczu nieuzasadnionych żądań, że powinien mieć własne zdanie. Kiedy takie niebezpieczeństwo pojawia się na horyzoncie, Nijaki mówi sobie „Nie ze mną takie sztuczki, Bruner”; jest to stare porzekadło ludowe, które pozwala mu odpędzić złe spojrzenia i niebezpieczne pokusy.