Indie i Nepal, refleksje i podsumowania. Część 1.

Wycieczka do Indii (a przy okazji do Nepalu) była spełnieniem moich marzeń. Buddyzmem interesuję się od ponad trzydziestu lat, fascynuje mnie wielość religii i duchowość tego ogromnego kraju, ilustrujące bogactwo i zawiłości ludzkiej duszy. Dla pisarza to raj.

Indie potwierdziły mój stosunek do tradycji: część tradycji koniecznie i z wytrwałością trzeba kultywować, bo stanowią one jedyny bezpośredni związek z naszą historią, inne części należy odrzucać, wykorzeniać, ponieważ degradują przyrodę i ludzkie życie.

Palenie zwłok w tradycyjny sposób, na przyrzecznych ghatach, to fatalna część tradycji Indii i Nepalu. Żywa, piękna rzeka staje się ściekiem, obrzydliwym i martwym, tak jak to widziałem w całej okazałości w mieście Patan w Nepalu.

Według Wikipedii „Patan, niegdyś zwany Lalitpur, czyli dosłownie ‘Miasto Piękna’, to jedna z trzech dawnych stolic doliny. Leży na południe od Katmandu, po drugiej stronie rzeki Bagmati. Obecnie liczy ponad 200 tysięcy mieszkańców i jest pod tym względem trzecim, największym po stolicy i Pokharze miastem Nepalu. Turyści odwiedzają je przede wszystkim po to, aby zwiedzić piękny Plac Królewski i jego okolice. To z uwagi na wyjątkową wartość znajdujących się właśnie tutaj obiektów Patan znalazł się wraz z sześcioma innymi takimi miejscami Doliny Katmandu na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO”.

Kultywując tradycję ludzie zabijają rzekę, źródło życia. Dziesięć wieków wcześniej, kiedy w Indiach było kilkadziesiąt razy mniej mieszkańców i odpowiednio mniej kremacji, rzeka była w stanie odnowić się, oczyścić się. Dzisiaj jest to niemożliwe. Współczesny człowiek to największy wróg przyrody i własnego gatunku. Jest on symbolem alienacji wyrażającej się w tym, że wytwory jego własnej cywilizacji obracają się przeciwko niemu. To, co ma mu służyć, służy mu, równocześnie go niszczy. Samochód, który ułatwia mu poruszanie się na wielkie odległości, doprowadza go poprzez brak ruchu do zaniedbania własnego ciała. W Adelajdzie, w pięknej i rzekomo usportowionej Australii, przyglądałem się przechodniom w wielkim ośrodku handlowym i doszedłem do wniosku, że nie ma już osób harmonijnie zbudowanych, zachwycających piękną budową ciała. Widziałem osoby nadmiernie otyłe, platfusowate, o niekształtnych brzuchach, nieumięśnione i niezgrabne.

Życzenia Świąteczne i Noworoczne

Dzisiaj jest dzień wigilijny. Robimy sobie wspólne zdjęcie pod wielką choinką na Durbar Square w Gdańsku. Trzymam w ręku transparent: Polscy Hindusi z Indii i Nepalu. Wszyscy uczestnicy wycieczki stoją wypasieni upominkami: kolorowe naszyjniki, bawełniane koszulki ze słonikami, małe rzeźby, duże kolorowe albumy, magnesy na lodówkę, dywany i dywaniki, koszule dzienne i nocne.

Nastrój jest radosny. Przewodniczka wycieczki w pięknym zimowym sari liczy uczestników. Są wszyscy. Siwy, szczupły sadhu pokazuje sąsiadowi kindżały, inny, wysoki opowiada dykteryjkę o babie u lekarza, jeszcze inny rozwija jedwabny dywan, jeszcze inny rozdaje cukierki dzieciom, trzech mężczyzn i dwie kobiety robią sobie wspólne zdjęcie z grupą tubylców.

Wszyscy są szczęśliwi, zarówno ludzie jak i zwierzęta. Obok dwie krowy z chustami przewiązanymi przez szyję obgryzają gałęzie wielkiego świerku z bombkami i światełkami, na pierwszym piętrze budynku za nami biegają krzycząc trzy małpy, pod nogami leżą śpiące psy. Otaczają nas tubylcy w malowanych rykszach, słychać klaksony i dzwonki rowerowe, ciężarówka wiezie górę paczek ułożonych jedna na drugiej, w powietrzu oprócz spalin czuć słodkawy dym z ghat płonących nad Radunią. Od ziemi bije ciepło. To efekt papierów, puszek po piwie, plastykowych opakowań i resztek jedzenia rozrzuconych gęstą warstwą w celu zmniejszenia zużycia energii dla ochrony środowiska naturalnego.

Życzę wszystkim Polskim Hindusom, uczestnikom zimowej wycieczki przybyłym do Polski z Indii i Nepalu, oraz Wszystkim Czytelnikom mojego blogu najbardziej radosnych i szczęśliwych Świąt Bożego Narodzenia oraz pomyślnego Nowego Roku 2015.

Namaste!

Michael Tequila

0491073156

Wspomnienia z Indii i Nepalu

Myślę (co mi się zdarza od czasu do czasu, kiedy organizm jest w dobrym humorze), że skoro to czynię, to jestem, a skoro jestem, to piszę, zwłaszcza wtedy i tym gorliwiej, jeśli ktoś mnie czyta. Ten wpis jest przeznaczony przede wszystkim do współtowarzyszy podróży.

Dochodzę do siebie po długiej, męczącej, lecz owocnej podróży. Przeziębiłem się, podobnie jak i kilka innych osób, co jest zapewne efektem także wchłonięcia większej ilości kurzu i spalin samochodowych w miejscu, gdzie pojazdy zachowują się jak ludzie, ludzie jak zwierzęta i zwierzęta jak pojazdy. Każdy robi, co chce.

Zdjęć jeszcze nie przeładowałem z aparatu fotograficznego, ale zacznę to jeszcze dzisiaj, jak tylko od odbiorę od wnuczki kabelek służący temu celowi. Kiedy już to nastąpi, chętnie podzielę się zdjęciami, gdyż część z nich wykonałem, aby udokumentować nie tylko Hindusów i ich stan fizycznego i duchowego posiadania, ale także nasze, obcokrajowe reakcje, na azjatycką rzeczywistość. Zdjęcia pozowane traktuję raczej jak sztuczną biżuterię i dlatego z przyjemnością rejestrowałem sceny uwidoczniające naturalne i niepozowane zachowania.

Sam wpadłem w nurt chciwości zapisania jak najwięcej na zdjęciach. Żartowałem nawet, że prawdziwego szoku doznam nie tyle w trakcie wycieczki, lecz dopiero wtedy, kiedy zacznę ogladać i analizować zdjęcia w domu. Sprzyja temu pogoda na Wybrzeżu, dzisiaj wyjątkowo hinduska, lekko wilgotna i ciepła: 12 stopni Celsjusza.

Waranasi nad Gangesem zobaczyłem pierwszy raz siedemnaście lat temu odwiedzając cmentarz na Lubelszczyźnie, gdzie leżą pochowani moi rodzice, snując refleksje na temat ostateczności, która łączy wszystkich bez wyjątku: polityków, ludzi grubych i chudych, mądrych i głupich, biednych i bogaczy, a także cesarza Indii z dynastii

Wielkich Mogołów, ,Akbar, Emperor of India, 1542 -1605 Młody Akbar, Emperor of India, 1542 - 1605

Akbara (1542 – 1605), miłośnika literatury, architektury i sztuki, który pozostał analfabetą (prawdopodobnie był dyslektykiem), twórcy królewskiego miasta Fatehpur Sikri,

Fatehput_Sikiri_Buland_Darwaza_gate_2010

wspaniałego zabytku architektonicznego chronionego przez UNESCO. Na zdjęciach Akbar na rycinie i obrazie oraz fragment Fatehpur Sikri.

Oto mój wiersz z 1997 roku.

Wesoły cmentarz

Nagrobek przybrany w betonowe szaty,
na nim dłutem wyryto nazwiska,
urodził się… zmarł… ale gdzie daty?
Każda rubryka pusta, szara, czysta.

Niektórzy za życia już po tamtej stronie,
a ja marzenia uparcie wciąż gonię.
Nie dam się zepchnąć pod strojne marmury,
wybiorę wolność … spopielałej chmury.

Hindus nad Gangesem płomieniem się wzbiję,
lekkością zachwycę i blaskiem opiję,
nie dam się oddać do wiecznej kasacji,
wrócę w łańcuchach reinkarnacji.

Mnie myśl ociężała przy ziemi nie trzyma,
wierzę w mądrość Stwórcy, dobroci olbrzyma,
nie zniżę czoła do cmentarnej jaźni;
ulotnością żyć będę w boskiej wyobraźni.

Zwierzyniec, 20 lipca 1997

Pozdrawiam serdecznie wszystkich czytelników.

India & Nepal Inc. Powrót z wakacji.

Wróciłem z podróży wakacyjnej po Indiach i Nepalu, głęboko odmieniony, fizycznie podobny do pierwowzoru, który wyjechał, lecz duchowo odmienny w każdym calu, a może nawet i głębiej.

Zmiany zauważyłem późno, dopiero na dworcu kolejowym w Gdańsku. Wyszedłem z wagonu pociągu ekspresowego z Warszawy i zasmuciłem się. Było to uczucie zrozumiałe, gdyż wokół panowała cisza, niedostępna za żadną cenę w miastach Indii i Nepalu. W Gdańsku poczułem się samotnie jak palec środkowy wzniesiony do góry, ponieważ nikt do mnie nie podbiegał, aby zaoferować mi choćby skromną torebkę z bawełny, słonika, kolorową książeczkę ze zdjęciami, naszyjnik z kamieni półszlachetnych czy choćby nawet i sztucznych, magnes na lodówkę, figurkę jednego z wielu bogów nie mówiąc o sztylecie, który może służyć nie tylko jako ozdoba ścienna. Niemile zaskoczyła mnie czystość na dworcu i na ulicy, a jeszcze bardziej brak zwierząt swobodnie poruszających się między ludźmi i odważnie śpiących między straganami. Straganów też mi brakowało, podobnie jak i wielkiego gara lub patelni, w którym lub na której coś wrzało, gotowało się lub smażyło.

W Indiach i Nepalu pokochałem zwierzęta, które przez dwa tygodnie cieszyły nie tylko moje oko: krów, kóz, psów, małp i małpek, świń, kur, pawi a nierzadko i wielbłąda. Raz nawet widziałem konia, co mnie ośmieliło do porównania tych krajów z Polską. Słonie na tamtych terenach wiodły bardziej ekskluzywne życie wybierając – jak to słonie – spokój Parku Narodowego Chitwan oraz chłód wielkich zamków i pałaców. W miłości do pałaców, ale tylko w tym, sam jestem podobny do słonia, niezbyt szybkiego, ale solidnego narzędzia zbrodni i transportu. Wspominając zbrodnię mam na myśli rozdeptywanie głów śmiałków, którzy wyrazili życzenie niezgodzenia się z lokalnym cesarzem lub królem mogolskim.

Aby dobić się ostatecznie, dodam jeszcze brak w Gdańsku ryksz rowerowych i motorowych zwanych tuk-tuk, ciężarówek, półciężarówek i autobusów oraz samochodów osobowych, które przejeżdżają z wielką umiejętnością w odległości dziesięciu lub mniej centymetrów od przechodnia, aby sprawić mu przyjemność bliskością metalu i spalin.

W atmosferze nocnego Gdańska pełnej ciemnych uczuć mimo blasku świateł ulicznych, zabrakło mi też towarzyszy wycieczki, osób bez wyjątku przemiłych, podróżujących tak wiele, że wpadałem w zachwyt większy niż dziury w indyjskich jezdniach i chodnikach. Zapytałem jednego z nich, mężczyznę, czy jest jeszcze jakiś kraj, którego nie odwiedził. Mój rozmówca, postawny jak mało który mędrzec sadhu, po głębszym zastanowieniu się wyznał z żalem, że są jeszcze dwa lub trzy takie kraje. Odmówił jednak określenia, jaki noszą one nazwy i uczynił to chyba tylko ze wstydu. Tak jak on wstydził się niebycia w dwóch miejscach na świecie, tak ja wstydziłem się przed sobą samym, że dopiero w fazie opóźnionego dojrzewania odwiedziłem Indie i Nepal, źródło bezpłatnej i jakżeż skutecznej terapii z poczucia niemocy i pesymizmu.

Po wylądowaniu w domu byłem zawiedziony czystością, tym zimnym uczuciem, którym karzą człowieka wrażliwego kraje skandynawskie, północnoeuropejskie, a ostatnio i Polska.

Przyznam się Ci, Czytelniku droższy mi niż pieniądze (które zamierzam zarobić na mojej ostatnio oszalałej twórczości literackiej), i to z bólem w sercu, które wbrew opiniom rodziny posiadam i od czasu do czasu staram się okazać jako uzasadnienie mego istnienia, że myślę wciąż o pobycie w krainie Indie & Nepal Inc., gdzie wiara w bogów i ich wcielenia, pragnienie wielu kąpieli w Gangesie a następnie jednorazowej kremacji w jego bliskości, oraz walka o byt codzienny zajmują ludziom więcej uwagi i czasu niż nam zajmują wszyscy politycy oraz myślenie o seksie, pieniądzach i władzy.

Podróż; północne Indie i Nepal (I)

Od sześciu dni jestem w podroży, w tej chwili siedzę przy komputerze w hotelu w Nagarkot wioski położonej u podnóża Himalajów z widokiem na Mount Everest. Jest bardzo zimno.
mount-everest-df297a421efc05bc68,630,0,0,0-001

W Nepalu wieki średnie mieszają się z teraźniejszością. Magiczna stolica Kathmandu, Patan, zabytki z XV -XVII wieku, pałace władców Nepalu, świątynie poświęcone bogom i boginiom hinduizmu, buddyzmu, sikhizmu ( jednej z najmłodszych, monoteistycznych i uniwersalistycznych religii ) wyglądają jakby wyjęto je nietknięte  prosto z magazynu, są w tak idealnym stanie. Ich piękno jest niebywale, podobnie jak niebywałe jest bogactwo duchowe tutejszych religii w których jest miejsce dla bogów i bogiń oraz ich wcieleń, postaci mitologicznych i rzeczywistych, kobiet, mężczyzn i dzieci, zwierząt, duchów dobrych i demonów.

Obok współczesność, ludzie z komórkami, stragany i sprzedawcy, motocykle i samochody, ruch uliczny bez zasad, bieda i bród.
Mam już za sobą pobyt i zwiedzanie New Delhi, Patanu, Katmandu, Passu Patinat, Bhaktapur – miasta królów pełnego zabytków, Nagarkot i Parku Narodowego Chitwan.

W Patan oglądaliśmy ghaty, miejsca palenia zwłok. Jest to rodzaj platformy nad brzegiem rzeki gdzie na stosie z drewna umieszcza się ciało zmarłego owinięte białym prześcieradłem. Akurat odbywały się dwie takie kremacje. Po prawie zakończonym paleniu mężczyzna zajmujący się kremacją spychał ostrym drągiem kawałek po kawałku pozostałości  stosu do rzeki. W wodzie lądowały nadpalone kawałki drewna jak i niedopalone do końca części zwłok.  Spadając dymiły a w zetknięciu z wodą buchały parą.
Sama rzeka  wygląda jak jeden wielki ściek, jest w niej mało wody i wokół
leża kawały nadpalonego drewna. Po zakończonym paleniu mężczyzna zalewał
rozgrzana gathe woda, wiadro po wiadrze, buchały kłęby dymu, i oczyszczał
miejsce czymś w rodzaju szczotki. Wokół stała rodzina i znajomi
jakby przyglądali się ruchowi ulicznemu. Podszedłem bliżej i zauważyłem, ze w istocie było dwóch mężczyzn obsługujących gathę. Obydwaj byli  z najniższej kasty, dobrze
zbudowani i krępi. Na łysych głowach na samym czubku, środku i z tyłu sterczały im cieniutkie kosmyki włosów, był to ich znak rozpoznawczy.

Kilkanaście minut później nad ghata usłyszałem łomotanie. To małpa tłukła oderwanym kawałkiem blachy na dachu, jakby na alarm. Małpy i psy włóczyły się wzdłuż nabrzeża, cześć lokalnego folkloru pogrzebu w stylu hinduskim.