Ptachu zamyka się w sobie i śni kolorowo. Odc. 20. Powieść coraz bardziej psychodeliczna.

Namiestnik Kukuła, zwany wśród przyjaciół Ptachu, zamknął się w sobie jak ślimak w skorupie i zamyślił się. Dzień był świąteczny, bardzo pobożny, w dodatku słoneczny, nastrajający do optymizmu i marzeń.

Poruszyło go to do tego stopnia, że zamarzył, aby zażyć kąpieli w gorących źródłach w cieniu dwóch wulkanów. Myśl była tak oryginalna, nieocenzurowana, że przed oczy nasunęła mu się Payachata, łańcuch wulkanów na granicy Boliwii i Chile w Parku Narodowym Sajama, gdzie turyści podziwiali bulgoczące gorące źródła oraz obserwowali dziką zwierzynę, niedźwiedzie, pumy, pancerniki i wiskacze górskie. Kiedy przetarł oczy, zauważył, że był to napis na ekranie laptopa.

Odrzucił niedorzeczne myśli o kąpieli, po czym podsumował sytuację w głowie, mieszczącej nieprzebrane bogactwa pomysłów i rozwiązań, a nawet kar dla ludzi krnąbrnych i nagród dla prawidłowo myślących.

Ocenił najnowsze zdarzenia. Zrobił to prawdopodobnie nie całkiem udanie, ponieważ w nocy wróciły do niego w postaci mary sennej, nieco chaotycznej, ale jakie to miało znaczenie. Ważne było to, że coraz trudniej było mu iść pod prąd, sam widział we śnie, jak kulał, zobaczył siebie nawet w zagubieniu, jak chodzi po polach i lasach szukając zapałek, aby rozpalić ognisko i oświetlić sobie dalszą drogę. Kiedy zdał sobie z tego sprawę, wstał, poszedł do kuchni, nalał szklankę wody i przyjął paranoium, uspokajający lek, dający kolorowe sny i oryginalne wizje. Przyjmował go już od kilku lat i czuł się coraz lepiej.

Pierwszą wizją, jaka go nawiedziła, była integracja. Było to rodzaj kombinacji scalającej w jedno ramiona władzy rządowej, przemyślne instytucje i organizacje państwowe, gdzie klują się decyzje i pomysły polityczne oraz umysł podpowiadający, jak to wszystko wykorzystać dla kontroli społeczeństwa. Wydało mu się, że stoi przed nim mężczyzna średniego wzrostu, w okularach, o mysiej twarzy wykrzywionej bolesnymi wspomnieniami, i coś mu melduje. Nie wierzył w to, dopóki nie usłyszał jego usłużnego głosu.

– Towarzyszu Namiestniku! Nastąpiła integracja władzy zgodnie z instrukcjami. Dwa resorty, siłowo – porządkowy oraz wywiadowczo-konspiracyjny, połączyłem pod swoimi skrzydłami. Wiem teraz o niebo lepiej, co w trawie piszczy, mam ludzi i pieniądze oraz sprzęt, aby na każde skinienie pana Namiestnika rzucić się do gardła przeciwnikom pańskich rewolucyjnych idei,

dowiedzieć się o nich więcej niż wie ich rodzona matka, w końcu usidlić ich w majestacie prawa, ograniczając przenikanie naszych słodkich tajemnic, ich rozlewanie się ich po kraju i zatruwanie świadomości bogobojnych obywateli. To zwiększa nasze możliwości kontynuacji cudów, jak ten z fakturami zawierającymi wyimaginowane żądania zapłaty za nędznej jakości papę i krzywe gwoździe na pierwszy wieżowiec Abu Dhabi, jaki pan Naczelnik sobie zamarzył.

Raport mężczyzny o mysiej twarzy nasunął Namiestnikowi wspomnienie ludzi pokornego serca, podążających za nim, jego myślami i dobrymi czynami, maszerujących w skupieniu i nie zadającymi pytań. Ich liczba wynosiła czterdzieści cztery. Podpowiedział mu to Mistyk, wieszcz, którego ostatnio Namiestnik nie czytał, bo nie miał czasu. Po chwili wieszcz zwany także Poetą pojawił się ponownie.

– Przeliczyłem słupki przydrożne. – Jest ich czterdzieści sześć, a nie czterdzieści cztery, jak sądziłem. – Wyjaśnił przytomnie i zniknął. Jego miejsce zajęli ludzie o twarzach zniwelowanych beztroską, aby dzielić się z Namiestnikiem swoimi przemyśleniami.

– Jest nam tak dobrze, że nie musimy myśleć. Bo i po co, skoro pan Namiestnik za nas myśli? Po co mamy zadawać pytania, skoro i tak pan Namiestnik zna już na nie odpowiedzi, skoro pan Namiestnik jest ze swoimi asystentami przed nami, za nami i po bokach? Na zakończenie, całkiem niespodziewanie, odśpiewali „Alleluja, Alleluja!”

Uświadomiwszy sobie z radością, że istnieją na świecie ludzie bez troski, Namiestnik zapadł w czysty sen. Śniły mu się dwa białe i dwa czarne króliki. Pomyślał, że to omen nomen, i tak już zostało do rana.

0Shares

Namiestnik wygłasza przemówienie o zmianach i wyzwaniach społecznych. Powieść psychodeliczna. Odc. 19.

Namiestnik Kukuła wszedł na trybunę, ustabilizował się w pionie, po czym jednym ruchem głowy odrzucił siwiznę do tyłu, aby łatwiej przyjrzeć się zgromadzonym. Na sali obecni byli jego najwierniejsi wyznawcy, na czele z rządem i kierownictwem Partii Powszechnego Dobrobytu.

Obecność Namiestnika nagrodzono oklaskami. Ich serdeczność i obfitość zaskoczyła go. Podziękował, poprosił o spokój, po czym zabrał głos. Miał do wygłoszenia ważne przemówienie.

– Kochani! Musimy stanąć oko w oko z opozycją głoszącą bezwstydnie, że jako naród coraz bardziej tumaniejemy, a nawet kretyniejemy. Wiem, tu nas opozycja nie zaskoczy, że zaczęło się to kilka lat temu, kiedy doszliśmy do władzy. Wyzwanie, przed jakim teraz stoimy, to nauczyć się mierzyć zmiany społeczne zachodzące pod naszymi rządami. Niestety tumanienia nie da się dokładnie zmierzyć, a szkoda, bo wiedzielibyśmy, na czym stoimy. Nie powiem jednak, że jesteśmy bez osiągnięć, ponieważ dorobiliśmy się już testów ciążowych pozwalających nam zrozumieć, jak zmieniają się perspektywy demograficzne kraju po zastosowaniu bodźców prokreacyjnych. Teraz musimy solidniej popracować nad stworzeniem wiarygodnych testów tumanienia. Uważam, że nie jest najgorzej. Pewna życzliwa dla nas osoba powiedziała mi:

– Dzięki obecnym testom przeciążenia umysłowego wiem, że cofnąłem się o trzydzieści procent, ale to za mało, ponieważ chciałbym cofnąć się jeszcze więcej.

Zjawisko cofania się, jeśli się upowszechni, niestety niesie ze sobą poważne zagrożenia, ponieważ w przyszłości możemy mieć za dużo dzieci a za mało emerytów. Musimy zrobić wszystko, aby do tego nie dopuścić. Wielu z was poświęca się – co należy pochwalić – ratowaniu społeczeństwa przed zgubną przewagą dzieci nad emerytami. Osobiście poznałem kiedyś obywatela o poważnej pozycji społecznej, który woził bezpłatnie samolotem przyjaciół i znajomych, tam i z powrotem, aby tylko odwrócić ich uwagę od seksu. Wspólne latanie sprawiało im dużą przyjemność. Cieszyło ich przebywanie w świetle dostojnika – tak, nie wahajmy się go tak nazwać, bo to człowiek zasługujący na szacunek – tym bardziej, że przy okazji mogli uzyskać jeszcze jego autograf.

Podejmujemy także inne działania mające chronić nasz naród przed nieszczęśliwym upadkiem – że tak powiem – na pysk demograficzny. Przykładowo, pan Plenipotent spotyka się często z ludnością wiejską, aby całować świeże bochny chleba jako formę błogosławieństwa dla plonów. Kiedyś wygłosił płomienne przemówienie w obronie samotnej żarówki. To skutecznie odwróciło uwagę społeczeństwa od szalonej prokreacji. Zbudowało nam też reputację na Zachodzie, szczególnie w Bractwie Kontynentalnym.

Dla poprawy sytuacji społecznej wymieniliśmy też wielu sędziów z nieudolnych na udolnych, kleptomanów kradnących młotki na sędziów uważnych, czytających wytyczne, rozumiejących, gdzie pies leży pogrzebany. Są to ludzie ustabilizowani, nie lubiący jeździć niepotrzebnie w delegacje służbowe z jednego krańca kraju na drugi, ani wydawać kontrowersyjnych wyroków, niezgodnych z naszą oceną, która – jak wiemy – jest jedyna i miarodajna. Wszystko to, o czym mówię, to imprezy mobilizujące wyobraźnię narodu w ramach naszej wspólnej, wielkiej pielgrzymki do Ziemi Obiecanej, którą wam solennie przyrzekłem kilka lat temu.

Po zakończeniu przemówienia Namiestnika zarządzono przerwę, aby mógł on odetchnąć, wydać kilka poleceń i przygotować się do kolejnej debaty na tematy najbardziej znaczące dla społeczeństwa i państwa.

0Shares

Marszałek kończy oświadczenie w sprawie lotów. Powieść psychodeliczna. Odc. 17.

– Dla mnie rodzina jest najważniejsza. Mówię to szczerze. – Kontynuował Marszałek. – Znacie mnie. Jestem prawdomówny i prostolinijny. Jeśli ktoś miałby wątpliwości co do mego charakteru, niech przypomni sobie przemówienie pana Namiestnika Kukuły, kiedy nadawał mi tytuł Marszałka. Jestem mu wdzięczny. Jest dla mnie jak ojciec. Nie boję się odejść ze stanowiska, Mój los jest w rękach Boga.

– Czy wierzy pan w tego samego Boga, co my? – Krzyknął mężczyzna z opozycji. Nikt go nie lubił, bo zabierał głos tak natarczywie, że skracano mu czas wypowiedzi do jednej minuty. Kiedy czas ten przekraczał, a robił to często, płacił dobrowolnie pieniądze na cele charytatywne. Tłumaczył się potem brakiem równowagi, ponieważ jedną nogę miał krótszą.

– Moja wiara jest prosta. Bóg jest tu, z nami, na tej sali. To on decyduje o wszystkim. – Marszałek popatrzył w kierunku Namiestnika. Rozległy się oklaski.

– Co do kosztów przelotu, to zawsze chciałem płacić za loty mojej rodziny, nalegałem na to, nawet groziłem, że jak nie przyjmą zapłaty, to nie polecę. Nic to nie dało, odmawiano mi wydania biletów i przyjęcia należności.

– Zepsuł nam się biletomat pokładowy, nie jesteśmy w stanie go uruchomić. – Takie tłumaczenie wydało mi się niezbyt poważne. Prowadzimy dochodzenie w tej sprawie. Nie wiadomo, kiedy się skończy, bo jest to sprawa skomplikowana. Musimy przesłuchać dziesiątki ludzi. Były też inne poważne względy. Kiedy byłem u spowiedzi, ksiądz powiedział mi:

– Chłopie. Byłeś dobrym ogrodnikiem, a teraz jesteś dobrym marszałkiem i co najważniejsze, dobrym chrześcijaninem. Korzystaj z życia. Carpe diem. Coś w tym stylu. Poczytałem i zrozumiałem, że życie ludzkie jest zbyt krótkie, aby spędzać je w pociągu, autobusie czy nawet w samochodzie osobowym. Wziąłem sobie to do serca, postanowiłem dawać wzór innym ludziom nie umiejącym żyć ani latać. Taki już jestem. – Dodał Marszałek na zakończenie, odrzucając jednym ruchem głowy grzywę włosów do tyłu. – I nie zmienię się za nic. Taki już jestem – powtórzył. – Co ważne, nie latam dla przyjemności. Nie lubię latać. Latanie sprawia mi autentyczną przykrość. W samolocie jest duszno i ciasno. Kiedy w czasie lotu usiłowałem otworzyć drzwi, aby wywietrzyć, napadli na mnie pilot i stewardessa i powalili mnie na podłogę. Co jeszcze mogę powiedzieć? Jedzenie w samolocie też jest podłe. Nic tylko frytki i hamburgery. Fotel z kolei jest tak twardy, że – przepraszam za określenie – dupa drętwieje mi nieprzerwanie.

Po wyjaśnieniach Marszałka poparcie dla niego wzrosło trzykrotnie. Ludzie uwierzyli w prawdę, którą głosił.

– Teraz nikt nie mówi prawdy, tylko on jeden. To nadzwyczajny człowiek. – Mówiono.

Spontanicznie powstawały komitety poparcia dla Marszałka. Hierarchowie kościelni złożyli mu nawet propozycję, aby został kaznodzieją.

– Mówisz cudownie. Z ust płynie ci prawda w ilościach, którymi można wykarmić pół narodu. Jesteś nam potrzebny dla szerzenia wiary w uczciwość, mądrość i sprawiedliwość. Przyłącz się do nas, udostępnimy ci ambonę. Nie jedną, ale wiele. Zorganizujemy ci także wielkie Alleluja z grillem i kiełbaskami. Piwo musisz jednak sam przynieść, bo my nie pijemy tandety za trzy złote z groszami.

0Shares

Narada o stanie państwa i społeczeństwa. Powieść psychodeliczna. Odc. 15.

Na prośbę Namiestnika Krzepkiego Kukuły Partia Powszechnego Dobrobytu zorganizowała naradę poświęconą ocenie stanu państwa i społeczeństwa.

– Zorganizowaliśmy ją – zagaił Namiestnik – z kilku powodów. Pogoda zbiesiła nam się nie do poznania, i wprawdzie doskonale układają nam się stosunki międzynarodowe, ale hydra opozycji podnosi głowę i patrzy w kierunku nieba, kiedy naszym zasłużonym ludziom odmawia się awansowania na stanowiska w Bractwie Kontynentalnym, jakie należą im się od dziecka. W końcu pojawiły się skargi na nieuczciwą konkurencję. W ostatnim przypadku chodzi o tanią linię lotniczą Cheap VIP latającą regularnie na południe, oferującą możliwość odbycia lotu last minute prywatnym odrzutowcem po podaniu hasła „na VIP’a”. Nie dziwię się, że ludzie udają się w okresie chłodnego lata na południe, jest tam cieplej niż u nas, w centrum kraju, gdzie obywateli ogrzewa tylko nasza partia swoją wyobraźnią, pomysłowością i doskonałą księgowością.

Właścicielem taniej linii lotniczej Cheap VIP jest mi dobrze znany, przemiły człowiek, spokojny i uczynny. Nigdy nie odmówił mi koleżeńskiej przysługi. Opozycja nalega na niego, aby przyznał, że to on jest tym dobroczyńcą transportowym, ale to człowiek honoru i nie zamierza poddać się niczyjej presji.

– Nie chcę być bohaterem. To byłoby nieskromne. Powiedział mi to w zaufaniu. – uzupełnił Namiestnik, po czym dodał:

– Opozycja jest po to, abyśmy ją mieli, ale niekonieczne tolerowali.

Na sali wybuchł ogromny entuzjazm, zebrani wstawali z krzeseł, krzyczeli Bis! Bis! Ukochany wodzu! Jedna z delegatek przybyła na spotkanie bezpośrednio z Brexitu krzyknęła nawet: I love you, Mr Namiestnik! I love you so much!

– W podsumowaniu powiem tylko tyle, podjął Namiestnik po przerwie, że sprawę badamy i informację o nowej linii lotniczej Cheap VIP ujawnimy albo i nie, ponieważ jeszcze nie wiemy, czy nie jest to tajemnica państwowa. Ponadto jest jeszcze RODO, którego musimy strzec jak oka w głowie, bo jest dla nas prawem. Opozycja i ci pozostali, nie będę ich wymieniać po imieniu, ponieważ są to ludzie niewierzący w prawo i nadzieję na lepsze jutro bez potrzeby korzystania z sądu. Mogą nam co najwyżej nadmuchać w gwizdek lub zrobić sobie lewatywę, jeśli mają takie życzenie.

Naczelnik przemawiał tak żywiołowo i nietypowo, przytupując lekko nogą, że jedna część jego drużyny pomyślała z troską, że jest chory, inna że to efekt szampana z ostatnich imienin, jeszcze inni, że jest to krecia robota Rudego, jego odwiecznego wroga, który niegdyś pogrążył kraj w niebycie a nawet nagrał taśmy pokazujące, jak przejada państwowe pieniądze we włoskiej restauracji Ciao Ciao Bambini na Lazurowym Wybrzeżu.

0Shares

Namiestnik okazuje nienawiść. Powieść psychodeliczna. Odc. 14.

Kilkakrotne wystąpienia Namiestnika Krzepkiego-Kukuły przed sądami umocniły przekonanie, że jest on wyjątkiem wśród ludzi władzy. Jego szacowny wygląd, prawdomówność, opanowanie, kiedy odpowiadał na podstępne pytania prokuratora, oraz emanująca z niego łagodność przyczyniły się do upowszechnienia opinii, że jest człowiekiem sprawiedliwym i dobrym.

Woźni sądowi poznawali go z daleka, zanim jeszcze wysiadł z samochodu, aby udać się do budynku sądu w otoczeniu ochrony osobistej. Telefonicznie wymieniali się opiniami z kolegami z innych sądów, podkreślając, że jest przemiłym, sympatycznym w obejściu staruszkiem. Czasami dodawali coś w rodzaju:

– Bywa u nas coraz częściej. Ludzie nieprzerwanie ciągają go po sądach. I to kto? Najbliżsi krewni! To niesprawiedliwe.

W istocie rzeczy Namiestnik zjawiał się w sądach nie tylko w związku z niezapłaconymi fakturami. Jak tylko czas mu pozwalał, uczestniczył w rozprawach dotyczących zabójstw. Pytany przez dziennikarzy, skąd takie zainteresowania, odpowiadał, niby to żartem, że lubi oddychać duszną atmosferą tajemnicy, krwi, krzywdy i zemsty.

Ostatnim razem, kiedy był w sądzie, toczyła się rozprawa o morderstwo; głównym motywem postępowania sprawcy była nienawiść. Po powrocie Namiestnik wyznał swojej sekretarce:

– Rozprawa, szczególnie zeznania oskarżonego i świadków, podsunęły mi nowe myśli. Jak pani wie, po głowie chodzi mi nieprzerwanie pewien łajdak, którego należałoby przykładnie ukarać.

– To dlaczego go nie ukarzecie? – zapytała. – Jeśli jest winien takich podłości, jak pan to mówi, to aż się prosi o winę i karę. Czytałam powieść na ten temat, tytułu jednak nie pamiętam. Domyślam się o kogo panu chodzi. Też go nie znoszę. To straszny bufon!

– Trudno jest udowodnić mu winę. Ten człowiek zawsze działał w białych rękawiczkach, nie zostawiał śladów. Zajmował wysokie stanowisko i bez problemów znajdował kogoś, kto wybierał za niego gorące kasztany z ognia, jakiegoś pracownika, mogącego nawet nie zdawać sobie sprawy, jak okrutnie jest wykorzystywany. On popełnił najcięższe przestępstwa przeciwko nam wszystkim, narażając na szwank naszą reputację i uszczuplając nasz wspólny dorobek. Jest jeszcze jedna przeszkoda. Nasz system sprawiedliwości jest niesprawny. Jest w nim zbyt wielu nieuczciwych sędziów, nie mających pojęcia, jak stosować prawo, co gorzej, nie mających w sobie poczucia obywatelskiego honoru.

– No i jak to będzie, panie Namiestniku? Pozwoli pan pozostawać na wolności takiemu przestępcy? Przecież pan może wszystko!

Entuzjazm sekretarki z niewiadomych powodów ostudził nastrój Krzepkiego-Kukuły. Na kolejne pytanie „I co dalej, panie Namiestniku?”, nic nie odpowiedział, jakby się zaciął. Widać było po nim, że coś go zjada, coś głęboko przeżywa; twarz mu się zaczerwieniła, oczy znieruchomiały, pierś podnosiła się i opadała konwulsyjnie. Wyglądał, jakby rozjeżdżał go walec, a on nie miał dokąd uciekać.

Sekretarka przeraziła się. Sięgała po telefon, kiedy doszły ją przekleństwa. To tylko pogłębiło jej przerażenie, ponieważ Namiestnik był religijnym człowiekiem, nosił baldachim nad swoim ulubionym księdzem-spowiednikiem, i zasadniczo nie przeklinał.

Czasem tylko zwymyślał któregoś z podwładnych, nazywając go kretynem lub imbecylem, czynił to jednak bez świadków, aby go nie upokarzać. Nie było w tym kloacznych przekleństw. Tym razem było inaczej. Ciężki oddech Namiestnika mógł oznaczać tylko jedno; ten człowiek dyszał zemstą. Sekretarka przestała mieć jakiekolwiek wątpliwości, kiedy usłyszała:

– Jak złapię tego rudego sukinsyna, to go uduszę własnymi rękami a nogi to mu z … – dalsze słowa utonęły w głośnej pracy ciężarówki wypróżniającej pojemniki ze śmieciami przy sąsiednim budynku.

Kiedy Namiestnik wrócił do siebie, dodał spokojniej.

– Powiem pani tylko jedno. Mam pewien pomysł.   

0Shares

Namiestnik przeżywa objawienie. Powieść psychodeliczna. Odc. 12.

Wieczorem Namiestnika ogarnął dziwny nastrój, rodzaj rozmamłania, sam nie wiedział skąd to przyszło i dlaczego rozpanoszyło się w jego wnętrzu. Siedział w pierwszej ławie przed ołtarzem, w pustym kościele, nie mając pojęcia, jak się tam znalazł. Pamiętał tylko tyle, że miało być nabożeństwo. Pachniało starym kadzidłem, zwiędłymi kwiatami i chłodem.  

– Po co ci to wszystko? Dlaczego wciąż wprowadzasz zmiany? Nieprzerwanie coś udoskonalasz, usprawniasz, polepszasz? – Męski głos zadający te pytania dochodził z prawej strony. Namiestnik obrócił głowę i dostrzegł mężczyznę, podobnie siwego jak on, dobrze zbudowanego, wpatrującego się w niego natarczywie. Wiedział, kto to jest, ale nie zdziwił się, powieka mu nawet nie drgnęła. Przyjął obecność Najwyższego tuż obok siebie tak jakby to była codzienność, powtarzająca się od lat, jakby to był jego kierowca, albo ochroniarz, albo Zarządca Smukły, z którym spotykał się najczęściej. Widząc prawdziwego Boga po raz pierwszy w życiu, pomyślał, że widzi go także po raz ostatni, że skończy się to wraz z jego własnym życiem.

Po chwili zmienił zdanie. Uznał, że jest to przywidzenie, jedno z wielu, jakie ostatnio go nachodziły, prawdopodobnie podyktowane lekturą obszernej ilustrowanej księgi o Indiach, Hindusach i duchowości zdominowanej przez wielu bogów.

Ostatnia myśl wydała mu się tak nieprzyzwoita, że natychmiast ją odrzucił. 

Namiestnik przymknął oczy i przed twarzą zaczęły przelatywać mu własne myśli przybierając postać pytań, każde z nich zakończone znakiem zapytania. Czuł ich lekki powiew, coś jakby skrzydła dużego motyla. Pytań było coraz więcej, ale nie niepokoiły go, tylko uspokajały, bo poznał je wcześniej. Dotyczyły spraw, które wyrwały się z jego wnętrza, usamodzielniły, nabrały własnego życia.

– Po co ci reformy ludzkich sumień, powrót do przeszłości i budowa pomników? Po co dwa szalone wieżowce? Czy chcesz w nich zamknąć przekonanie o wielkości własnej oraz Sobowtóra, który tkwi w tobie tak mocno, jakbyście byli zrośnięci? – Dlaczego prześladujesz ludzi mających odmienne poglądy?

Były to pytania zadawane przez własny, lekko chrypliwy, głos. Kukuła zobaczył go wyraźnie w przestrzeni przed zamkniętymi oczami. Miał kształt języka, wydłużonego i rozdwojonego na końcu. Zastanowił się, co to może znaczyć. Pomyślał, że traktuje oponentów zupełnie odmiennie niż swoich popleczników, choć byli to przecież obywatele tego samego kraju, żyjący obok siebie, często przyjaźniący się lub nawet spokrewnieni, mający takie same marzenia.

Już otwierał usta, aby odpowiedzieć na pytania, kiedy odezwały się organy niwecząc jego myśli. Potężny, huczący dźwięk, wydobywający się z wielu rur i piszczałek wstrząsnął nim. Namiestnik otworzył oczy i zobaczył, że w miejscu gdzie stał Bóg, stoi teraz stara kobieta o czarnej, pomarszczonej twarzy i przekrwionych oczach.

Wpatrywała się w niego z uwagą widoczną w każdym zakątku oblicza barwionego czasem i ciemnością. Z drugiej strony kościelnej ławy, nie dalej niż półtora metra, zauważył ochroniarza, trzymającego prawą rękę w kieszeni, jakby obawiał się, że Namiestnikowi grozi natychmiastowe niebezpiecznego.

– Kto to naprawdę wie? – Kukuła zwątpił w zasadność postępowania pytania.

Oderwał się od wątpliwości, aby jak najszybciej wrócić do świata, którego doświadczał przed wejściem do kościoła. Postanowił bezwzględnie kontynuować nawracanie społeczeństwa na drogę cnoty, ładu, zasług historycznych, wiary i porządkowania prawdy, o której w głębi duszy wiedział, że nie zawsze jest prawdą.

Do pełnej przytomności Namiestnik powrócił dopiero wtedy, kiedy ławki kościelne z boku i poza nim zaczęli zajmować najbliżsi współpracownicy: Bea Tschubaschek – była prawa ręka, Teo Dua – plenipotent, użyteczny lecz nadęty krzykacz, zarządca Jeremi Smukły ze szpiczastym nosem i okularach w cienkich złotych oprawkach, przemycających słodzone na niebiesko spojrzenia właściciela. Zaraz po nich pojawił się pułkownik Staniucha o policzkach różowego prosiaczka, wypełnione powietrzem, egocentryzmem i determinacją. W końcu nadeszła jego własna sekretarka, stara panna, z którą łączył go stan bezżenności i wieloletnie biurowe spoufalenie.

Namiestnik poczuł się znowu sobą, nieustępliwym wodzem, z oczami wpatrzonymi w Ziemię Obiecaną, do której zamierzał doprowadzić swój wybrany naród.

– Zrobię to wbrew kłodom rzucanym mi pod nogi. Ptachu pomyślał o opozycji z dwuzębnym Zajączkiem na czele, Rudym oraz niechętnej mu części  społeczeństwa.  Znowu poczuł twardą zawziętość w piersiach.

– Muszę natychmiast porozmawiać ze Staniuchą w sprawie reform w resorcie dochodzenia prawdy, które zacięły się jak stary nienaoliwiony zamek – zdecydował.

Kilka minut później siedział już w swoim opancerzonym samochodzie.

0Shares

Namiestnik Kukuła otrzymuje wezwanie. Powieść psychodeliczna. Odc. 10.

Z samego rana w piątek sekretarka z płaczem przyniosła Namiestnikowi pismo w kopercie opatrzonej pieczęciami.

– Musiałam je pokwitować. Chciałam odmówić, ale mi nie pozwolono. Listonosz w mundurze powołał się na jakąś Instrukcję Obsługi Państwa i Obywatela, nazywał to IOPO, powiedział, że to najwyższy akt prawa, jakaś alfa i omega, że pójdę do więzienia, jeśli nie przyjmę, że przyjdą po mnie o godzinie szóstej rano, kiedy jest jeszcze bardzo zimno i ciemno, i w ogóle może być strasznie.

– „Czemu płaczesz, nieszczęsna niewiasto?” chciał zapytać Ptachu, ale powstrzymał się kierując się wrodzoną delikatnością. Po chwili, potrzebnej mu dla dokonania błyskawicznej refleksji nad niespodziankami losu, zaśmiał się lekceważąco i zapytał:

– Ale dlaczego nie chciała pani przyjąć zwykłego urzędowego pisma? Otrzymuję takich pism dziesiątki, może nawet setki. To dla mnie mała kawa bez cukru ale z mlekiem – Namiestnik celował w kulinarnych porównaniach, kiedy chodziło o pocieszenie sekretarki, którą bardzo cenił.

– Bo dzisiaj jest piątek trzynastego dnia miesiąca a to oznacza nieszczęście – odparła ścierając łokciem łzy z koperty.

Ptachu domyślał się, w jakiej sprawie mogła go wzywać prokuratura. O takiej możliwości życzliwie wspomniał mu kilka dni wcześniej szef Ministerstwa Zwalczania Bezprawia, pułkownik Staniucha. Pamiętał jego słowa:

– Proszę się niczym nie martwić, Panie Namiestniku. Stoimy za panem murem, a nasze mury są wyjątkowo solidne i wysokie. Sam nadzoruję ich wznoszenie, wiem, o czym mówię.

*****

Sprawa dotyczyła niedokończonych wieżowców typu Abu Dhabi. Pojawiła się w sądzie z powodu nieporozumień rodzinnych. Budowę wstrzymano, kiedy pojawił się spór o niezapłaconą fakturę za papę i gwoździe przeznaczone do wykończenia dachu wieżowca. Zapomniano by o tym wszystkim, gdyby nie plotki, że doradcą przy budowie był Namiestnik Kukuła. Postępowa prasa bagatelizowała to, uważając, że jest to afera w rodzaju płaszcza i szpady, w której występują postacie egzotyczne Kto, Kiedy, Gdzie, Poco i Zaile.

Kiedy dziennikarze zapytali na korytarzu Namiestnika, co wie o sprawie, choć bardzo się śpieszył, zatrzymał się, uśmiechnął się do grupki reporterów. Była tam także ekipa Nasza Tuba TV.

– To sprawa inwestycji, którą realizuje moja dalsza rodzina, cioteczny bratanek i cioteczna siostrzenica. Bardzo mało o niej wiem, praktycznie prawie nic. To błahostka. Zajmowałem się nią można by powiedzieć w przelocie, inaczej mówiąc ubocznie, hobbystycznie. Poproszono mnie o poradę w kwestii estetyki budynku i rozwiązań proekologicznych. Jak państwo wiecie, budownictwo to moje ulubione hobby w cieplejszych miesiącach roku, od późnej wiosny do wczesnej jesieni, jedno z nielicznych w moim pracowitym życiu. Poświęcam mu zazwyczaj kilka minut rano w sobotę lub w niedzielę, czasem także w czasie śniadania z rodziną. Zwłaszcza wtedy, kiedy gosposia podaje racuchy z pełnej mąki, bardzo odżywcze, ale nie takie smaczne jak te z tortowej mąki pszennej. 

– A jak było z tą fakturą, o której pisała prasa?\

– Bratanek wspomniał mi coś o tej fakturze. Wiem, że był taki dokument. Ale nie mam czasu, aby tym się teraz zajmować. Serdecznie za to przepraszam. Wiecie dobrze państwo, jak chętnie udzielam wywiadów, ale muszę jeszcze przygotować się do ważnego posiedzenia rządu, ma zacząć się dzisiejszej nocy o godzinie drugiej zero pięć. Sam nie wiem, dlaczego oni tak się spieszą. Co do samych budynków, tych wieżowców, to są to wspaniałe konstrukcje: kilkaset metrów wysokości, okrągłe, jasnoniebieskie kolory szkła i ciemniejszy kolor stali. Rodzina zaproponowała, żeby na szczycie jednego z nich umieścić mój wizerunek, od strony północnej en face, a od południowej z profilu. Stąd po trosze moje zainteresowanie, bo nie przywiązuję wagi do takich błahostek wizerunkowych, tak jak opozycja, która z małej igły robi zaraz wielkie widły. I to z rogami.

W księgarniach: Michael Tequila: Niezwykła decyzja Abuelo Caduco. Humoreski i opowiadania.  https://tinyurl.com/y2l92q5o

0Shares

Powieść „Cezarea”. Odc. 10: Rząd rozmawia z demonstrantami

Tego dnia Premier wychodził dwa razy do demonstrantów i przemawiał. Aby go lepiej słyszano przemawiał z balkonu budynku rządowego. Powtórzył kilka razy, że doskonale rozumie strajkujących i przekonywał, że rząd ma wszystko pod kontrolą a sprawy państwa układają się pomyślnie.

– Ale w tym roku wydaliśmy już wszystkie pieniądze i nic już nie mamy. – Na dowód prawdy Premier wywrócił na zewnątrz kieszenie spodni. Były puste.

– Nie te spodnie pan włożył! –  Odezwały się okrzyki. – Niech pan przyjdzie w tych z szyfrowanymi kontami bankowymi i kasą pancerną w tylnej kieszeni!

Premier patrzył zmieszany na tłum. Nie wiedział czy ludzie krzyczą  poważnie czy też dworują sobie z niego. Przyjrzał im się uważnie i zauważył zaciśnięte pięści i usta rzucające przekleństwa. Pomyślał, że powinien zgnieść rebeliantów.

Nad ranem wjechało do miasta dziesięć asenizacyjnych beczkowozów, z których wyciekały nieczystości. Ludzie mieszkający przy ulicy i w sąsiedztwie mdleli w mieszkaniach. Na twarzach i rękach bardziej wrażliwych osób pojawiły się ślady uczulenia. Karetki nie nadążały z przewozem ofiar do szpitali. Wywołało to w mieście wielki gniew.

Na żądanie demonstrantów, aby rozmawiał z nimi Namiestnik, rzeczniczka Partii Powszechnego Dobrobytu ogłosiła przez megafon:

– Pan Namiestnik nie może wyjść. Czuje się niedobrze. W mieście strasznie śmierdzi, a on jest uczulony na odór. Namiestnik nie znosi brzydkich zapachów. Prosił mnie, aby państwa pozdrowić z wielką serdecznością i życzyć pełni zdrowia i powodzenia. Namiestnik przywiązuje wielką wagę do spraw zdrowia i sukcesów obywateli naszego pięknego kraju. Będzie się też za państwa modlić uczestnicząc w mszy w najbliższą niedzielę

Miasto ogarnęło wrzenie.

– Dlaczego on nas ignoruje? – Krzyczano. – Niech wyjdzie wreszcie na zewnątrz i sam poczuje ten smród!
*****
Rankiem następnego dnia do gabinetu Namiestnika Krzepkiego-Kukuły wpadł zdyszany Premier. Nie był podobny do siebie. Okulary zwisały mu na cienkim paseczku w połowie brody, twarz miał czerwoną z wysiłku i niepokoju. Ręce mu się pociły.

– Panie Namiestniku! – Krzyknął, stając na baczność i porządkując ubranie. – Po wczorajszym przejeździe wozów asenizacyjnych mieszkańcy Cezarei dosłownie się wściekli. To jeden wielki bunt. Właściwie to epidemia. Rewolucja. Zaraza. Sam nie wiem, jak to nazwać! Oni teraz stoją pod pańskim oknem i żądają, aby pan wyszedł do nich i przemówił.

Namiestnik Kukuła popatrzył na premiera, jakby widział go po raz pierwszy w życiu. Pozioma zmarszczka przecięła mu czoło, blada zazwyczaj twarz nabrała rumieńców. Wyszedł na balkon razem z Premierem, który trzymał się nieco z boku. Przed nimi falowało morze głów, transparentów i sztandarów. Oprócz osób dorosłych było sporo młodzieży, trochę dzieci z rodzicami, emeryci, kilku duchownych, tramwajarze. Namiestnik poznał ich po uniformach. Obecni byli także pracownicy sądownictwa z symbolami Temidy i inne grupy zawodowe.

Zebrani trzymali nad głowami transparenty: „Tak nie sposób żyć”, Nie chcemy żyć w smrodzie i upodleniu”, „Żądamy pieniędzy i reform”. „Koniec z żebractwem”. „Do duszy z taką władzą”.

– To anarchiści i buntownicy. – Warknął Namiestnik do Premiera, po czym uspokoił się, nie na tyle jednak, aby nie odczuwać niesmaku.

– Co robić wobec takiej skali protestów? – Zapytał bezradnie premier.

– Podejmiemy akcję informacyjną. Wywalimy społeczeństwu całą prawdę o bezzasadnych roszczeniach strajkujących. Niech pan, Premierze, uruchomi Świerszcza w naszej telewizji. Niech nadaje komunikaty o sytuacji. A pan niech tłumaczy społeczeństwu trudną sytuację kraju. Że po prostu nie stać nas na zaspokojenie wyolbrzymionych i nieuzasadnionych roszczeń! Teraz nie możemy nic zrobić, ale rozwiążemy wszystkie problemy w najbliższej przyszłości!

Premier stał nieruchomo z mroczną twarzą. Nie wiadomo, czy słuchał Namiestnika. Po chwili uśmiechnął się niewyraźnie i ręką uczynił niepewny ruch.

– Niechżesz pan wydobędzie z siebie więcej optymizmu. Nich pan składa obietnice, jeśli trzeba. Tylko bez przesady. – Namiestnik przyjął postawę człowieka sukcesu.
*****
Po południu nieznany sprawca narysował na murze parlamentu szubienicę, pod którą Namiestnik Kukuła zakładał sobie sznur na szyję. Policja ujęła i aresztowała autora graffiti. Następnego dnia do prokuratora dotarł poufny list Namiestnika z prośbą o zaniechanie postępowania karnego przeciw winowajcy. Został wypuszczony na wolność. Informacja o interwencji Namiestnika u prokuratora pojawiła się w mediach społecznościowych. Przeprowadzono sondaż popularności polityków. Wzrosło poparcie dla Namiestnika, spadło zaś dla Premiera.

Namiestnik powiedział swojemu sekretarzowi:

– Ten człowiek od graffiti to jakiś pomyleniec. Tylko ktoś nienormalny mógłby uwierzyć, że sam sobie założę pętlę na szyję. Niedoczekanie jego.

0Shares

Powieść „Cezarea”. Odc. 5: Kronikarz Taranta prowadzi publiczne spotkanie.

Drugim punktem debaty publicznej była przyszłość Cezarei. Kraj był  zaniedbany przez kilka generacji złych zarządców. W dobie sztucznej inteligencji, inżynierii genetycznej i lotów kosmicznych konieczna była jego odbudowa i unowocześnienie.

Potrzebę radykalnych zmian Kronikarz uznał za ciężar złożony na jego barki przez Opatrzność.

Zebrał się w sobie i poprosił gości o przedstawianie propozycji.

– Będziemy głosić dobrą nowinę. – Zapewnili zgodnie trzej mężczyźni.

Ich reakcja zaskoczyła Tarantę. Nie zgłosił jednak sprzeciwu. Mruknął tylko do siebie:

– Nie mnie decydować o tym, czego pragną wybrańcy narodu usytuowani na samym szczycie drabiny społecznej. To prawdziwi celebryci, ludzie, którzy wiedzą więcej niż inni i umieją piąć się w górę.

Po chwili wahania zaprosił do panelu dyskusyjnego trzy osoby z tłumu. Byli to ludzie z pierwszego szeregu; dwie kobiety i mężczyzna. Widział wcześniej, jak pozytywnie reagowali na jego słowa. Ich udział zapewniał większą równowagę opinii i wzmacniał jego pozycję.

Nowy panel szybko ustalił, co znaczy dobra nowina. Zdefiniowano ją jako „wiadomość o walorach religijnych, wyrażająca wiarę w Boga i konkretyzująca coś, co jest nowe, interesujące i znaczące dla społeczeństwa”.

Dla wprawy omówiono przykład. Dotyczył on węgla kamiennego. Przedstawił go Plenipotent, najbardziej biegły w materii prawa.

– Ubiera się kosztownie, zna język obcy i bez przerwy szlaja się za granicą. To dlatego nazywają go prezydentem. – Pomyślał z niechęcią Kronikarz. Jeśli komuś czegokolwiek zazdrościł, to właśnie Plenipotentowi.  

– Dobra nowina jest taka, że Cezarea będzie kontynuować masowe wydobycie węgla. – Rozpoczął Plenipotent. – Węgiel to czarne złoto. Bylibyśmy głupi, gdybyśmy nie kopali tak cennego kruszcu. Wspierają nas w tym górnicy. Wszyscy wiemy, że co jest dobre dla górników, jest dobre dla kraju. Górnicy to sól naszej ziemi, a bez soli nic nie ma smaku. Wprawdzie stosowanie węgla do produkcji energii elektrycznej i cieplnej zanieczyszcza powietrze, ale jest to nieuniknione. Powiem więcej, jest to konieczne dla przyśpieszenia decyzji o ochronie środowiska naturalnego. Bez presji na rząd niewiele wskóramy.

Opinię Plenipotenta z miejsca poparł Premier, obiecując, że podejmie temat na najbliższym posiedzeniu rządu.

Kolejna obietnica dotyczyła powszechnego dobrobytu społecznego. Do dyskusji włączył się Namiestnik.

– Po to właśnie założyłem Partię Powszechnego Dobrobytu, do której zapisali się najwspanialsi ludzie Cezarei, aby zapewnić społeczeństwu dobrobyt. Byli już tacy przede mną, co głosili podobne hasła, ale to była utopia. Byli to wykształceni prostacy, ludzie bez charakteru i gustu. Za państwowe pieniądze objadali się do nieprzytomności importowaną kaszanką. Chorowali potem z przejedzenia. Podłe z ich strony było także to, że nie kupowali produktów rodzimych tylko zagraniczne. – Namiestnik wierzył głęboko, że każde nadużycie władzy musi spotkać zasłużona kara.

Wspomnienia poruszyły go do głębi. Był w nich jakiś niejasny, osobisty akcent. Coś się w nim załamało.

– Nie będę mówić, kogo mam na myśli, ale kiedy dorwę tego cieniasa to mu nogi powyrywam z …. – Ostatnie słowo wymówił ciszej zdawszy sobie sprawę, że w tłumie są dzieci i kobiety.

Zapadło grobowe milczenie. Ludzie patrzyli na siebie, zaskoczeni i zażenowani. Ktoś zaklaskał nieśmiało. Po chwili przyłączyli się inni. Wybuch entuzjazm. Nie wszyscy w nim uczestniczyli. Kronikarz widział, co się zdarzyło. Lewa część audytorium reagowała niemrawo, niezdecydowana, jak się zachować. Druga, prawa strona, zamieniła się w żywioł.

– A to drań! – Pomyślał Wirgil. – To wszystko było przemyślane. Zorganizował sobie klakę.

0Shares

Powieść „Cezarea”. Odc. 4: Kronikarz Wirgil organizuje spotkanie wybitnych obywateli

Wirgil Taranta, autor Kroniki Cezarei i Okolic, nie mógł być bardziej zadowolony. Udało mu się zorganizować spotkanie z udziałem najważniejszych osób w państwie. Byli to Namiestnik, Premier i Plenipotent, przebrani poprzedniego dnia za Trzech Królów.

– To ludzie wybitni, znani z telewizji, szczególnie TV-To-My. Muszę wydębić z nich jakieś korzyści dla społeczeństwa. – Postanowił, przypominając sobie liczne, niezaspokojone ludzkie potrzeby.

Trzej mężowie, pamiętając, że przewodniczący dyskusji Taranta pragnie w Kronice Cezarei i Okolic przedstawić najwybitniejszych obywateli, synów tej ziemi, zaczęli prześcigać się w zapewnieniach, że uczynią wszystko, co jest w ich mocy – a jest tego niemało, dodawali – aby sprowadzić bezmiar błogosławieństw i szczęścia na mieszkańców.

– Nasza ojczyzna to cudowna kraina. Ma ona już w sobie zalążki wielkości, tylko trzeba je dopracować. – Podkreślił Namiestnik Krzepki-Kukuła. Jego masywna sylwetka dominowała nad pozostałymi uczestnikami dyskusji i tłumem przysłuchujących się obywateli.

Wirgil miał wrażenie, że premier Chudy przewrócił dwa razy oczami. Nie zdziwiło go to, bo o premierze mówiono różne rzeczy, że ma niezwyciężone w boju przyrodzenie, że jest kobieciarzem i że potrafi w mgnieniu oka modyfikować zdania i przeinaczać treści, aby tylko zdobyć zaufanie wybranki lub wyborców, w zależności od sytuacji.

Kronikarz nie miał czasu zastanawiać się, czy wstępne deklaracje trzech mężów są szczere, czy też mają oni coś do ukrycia. Czuł, że trzeba się śpieszyć, gdyż atmosfera przesączona była konkurencją.

– Wolny rynek, demokracja, wola jednostki. – Myślał Taranta. Był przekonany, że uczestnikom dyskusji te idee też są bliskie. 

Przystąpiono do pierwszego punktu dyskusji publicznej. Kronikarz poprosił, aby Namiestnik, jego Plenipotent Teodor Dua oraz Premier Jeremi Chudy po kolei składali deklaracje, co zamierzają uczynić.

– Chodzi o obietnice, jakie składa każdy rozsądny człowiek pragnący osiągnąć coś godziwego w życiu. – Podsumował, otwierając licytację. Zanim to nastąpiło wysocy funkcjonariusze złożyli przysięgę, że będą mówić prawdę, całą prawdę i tylko prawdę oraz że dotrzymają swoich obietnic. Taranta nie był jednak pewien, czy go dobrze usłyszeli, ponieważ schylili się w tym samym czasie, aby zawiązać sobie sznurówki i poprawić mankiety spodni.

Licytacja zaczęła się od trzystu złotych. Było to minimum odpowiadające wartości dwóch wózków z zakupami w Supermarkecie Duch Cezarei, outlecie ulubionym przez zwykłych obywateli i arystokrację szukającą zrozumienia, jak żyje się w stanie ubóstwa. Wartość stawki można było podnosić jednorazowo o dziesięć złotych. Zanim Kronikarz zorientował się, było już pięćset złotych. Do akcji natychmiast wkroczył Namiestnik. Użył słów ostrych jak bicz z miniaturowymi brzytewkami umocowanymi na pięćdziesięciu rzemykach.

– Stop. To wystarczy. Nie możemy zrujnować budżetu. Musimy być odpowiedzialni fiskalnie. Każdy wie, co to jest fiskus. Zresztą połowę zobowiązań będę wypłacać z prywatnej kiesy, gdyż moja miłość do obywateli nie zna granic. Taki już jestem.

Tłum zaczął wiwatować jak szalony.

Namiestnik pomyślał, że nigdy jeszcze nie widział obywateli tak szczęśliwych. Poczuł ciepło w sercu.

0Shares