Powieść „Cezarea”. Odc. 10: Rząd rozmawia z demonstrantami

Tego dnia Premier wychodził dwa razy do demonstrantów i przemawiał. Aby go lepiej słyszano przemawiał z balkonu budynku rządowego. Powtórzył kilka razy, że doskonale rozumie strajkujących i przekonywał, że rząd ma wszystko pod kontrolą a sprawy państwa układają się pomyślnie.

– Ale w tym roku wydaliśmy już wszystkie pieniądze i nic już nie mamy. – Na dowód prawdy Premier wywrócił na zewnątrz kieszenie spodni. Były puste.

– Nie te spodnie pan włożył! –  Odezwały się okrzyki. – Niech pan przyjdzie w tych z szyfrowanymi kontami bankowymi i kasą pancerną w tylnej kieszeni!

Premier patrzył zmieszany na tłum. Nie wiedział czy ludzie krzyczą  poważnie czy też dworują sobie z niego. Przyjrzał im się uważnie i zauważył zaciśnięte pięści i usta rzucające przekleństwa. Pomyślał, że powinien zgnieść rebeliantów.

Nad ranem wjechało do miasta dziesięć asenizacyjnych beczkowozów, z których wyciekały nieczystości. Ludzie mieszkający przy ulicy i w sąsiedztwie mdleli w mieszkaniach. Na twarzach i rękach bardziej wrażliwych osób pojawiły się ślady uczulenia. Karetki nie nadążały z przewozem ofiar do szpitali. Wywołało to w mieście wielki gniew.

Na żądanie demonstrantów, aby rozmawiał z nimi Namiestnik, rzeczniczka Partii Powszechnego Dobrobytu ogłosiła przez megafon:

– Pan Namiestnik nie może wyjść. Czuje się niedobrze. W mieście strasznie śmierdzi, a on jest uczulony na odór. Namiestnik nie znosi brzydkich zapachów. Prosił mnie, aby państwa pozdrowić z wielką serdecznością i życzyć pełni zdrowia i powodzenia. Namiestnik przywiązuje wielką wagę do spraw zdrowia i sukcesów obywateli naszego pięknego kraju. Będzie się też za państwa modlić uczestnicząc w mszy w najbliższą niedzielę

Miasto ogarnęło wrzenie.

– Dlaczego on nas ignoruje? – Krzyczano. – Niech wyjdzie wreszcie na zewnątrz i sam poczuje ten smród!
*****
Rankiem następnego dnia do gabinetu Namiestnika Krzepkiego-Kukuły wpadł zdyszany Premier. Nie był podobny do siebie. Okulary zwisały mu na cienkim paseczku w połowie brody, twarz miał czerwoną z wysiłku i niepokoju. Ręce mu się pociły.

– Panie Namiestniku! – Krzyknął, stając na baczność i porządkując ubranie. – Po wczorajszym przejeździe wozów asenizacyjnych mieszkańcy Cezarei dosłownie się wściekli. To jeden wielki bunt. Właściwie to epidemia. Rewolucja. Zaraza. Sam nie wiem, jak to nazwać! Oni teraz stoją pod pańskim oknem i żądają, aby pan wyszedł do nich i przemówił.

Namiestnik Kukuła popatrzył na premiera, jakby widział go po raz pierwszy w życiu. Pozioma zmarszczka przecięła mu czoło, blada zazwyczaj twarz nabrała rumieńców. Wyszedł na balkon razem z Premierem, który trzymał się nieco z boku. Przed nimi falowało morze głów, transparentów i sztandarów. Oprócz osób dorosłych było sporo młodzieży, trochę dzieci z rodzicami, emeryci, kilku duchownych, tramwajarze. Namiestnik poznał ich po uniformach. Obecni byli także pracownicy sądownictwa z symbolami Temidy i inne grupy zawodowe.

Zebrani trzymali nad głowami transparenty: „Tak nie sposób żyć”, Nie chcemy żyć w smrodzie i upodleniu”, „Żądamy pieniędzy i reform”. „Koniec z żebractwem”. „Do duszy z taką władzą”.

– To anarchiści i buntownicy. – Warknął Namiestnik do Premiera, po czym uspokoił się, nie na tyle jednak, aby nie odczuwać niesmaku.

– Co robić wobec takiej skali protestów? – Zapytał bezradnie premier.

– Podejmiemy akcję informacyjną. Wywalimy społeczeństwu całą prawdę o bezzasadnych roszczeniach strajkujących. Niech pan, Premierze, uruchomi Świerszcza w naszej telewizji. Niech nadaje komunikaty o sytuacji. A pan niech tłumaczy społeczeństwu trudną sytuację kraju. Że po prostu nie stać nas na zaspokojenie wyolbrzymionych i nieuzasadnionych roszczeń! Teraz nie możemy nic zrobić, ale rozwiążemy wszystkie problemy w najbliższej przyszłości!

Premier stał nieruchomo z mroczną twarzą. Nie wiadomo, czy słuchał Namiestnika. Po chwili uśmiechnął się niewyraźnie i ręką uczynił niepewny ruch.

– Niechżesz pan wydobędzie z siebie więcej optymizmu. Nich pan składa obietnice, jeśli trzeba. Tylko bez przesady. – Namiestnik przyjął postawę człowieka sukcesu.
*****
Po południu nieznany sprawca narysował na murze parlamentu szubienicę, pod którą Namiestnik Kukuła zakładał sobie sznur na szyję. Policja ujęła i aresztowała autora graffiti. Następnego dnia do prokuratora dotarł poufny list Namiestnika z prośbą o zaniechanie postępowania karnego przeciw winowajcy. Został wypuszczony na wolność. Informacja o interwencji Namiestnika u prokuratora pojawiła się w mediach społecznościowych. Przeprowadzono sondaż popularności polityków. Wzrosło poparcie dla Namiestnika, spadło zaś dla Premiera.

Namiestnik powiedział swojemu sekretarzowi:

– Ten człowiek od graffiti to jakiś pomyleniec. Tylko ktoś nienormalny mógłby uwierzyć, że sam sobie założę pętlę na szyję. Niedoczekanie jego.

0Shares

Powieść „Cezarea”. Odc. 5: Kronikarz Taranta prowadzi publiczne spotkanie.

Drugim punktem debaty publicznej była przyszłość Cezarei. Kraj był  zaniedbany przez kilka generacji złych zarządców. W dobie sztucznej inteligencji, inżynierii genetycznej i lotów kosmicznych konieczna była jego odbudowa i unowocześnienie.

Potrzebę radykalnych zmian Kronikarz uznał za ciężar złożony na jego barki przez Opatrzność.

Zebrał się w sobie i poprosił gości o przedstawianie propozycji.

– Będziemy głosić dobrą nowinę. – Zapewnili zgodnie trzej mężczyźni.

Ich reakcja zaskoczyła Tarantę. Nie zgłosił jednak sprzeciwu. Mruknął tylko do siebie:

– Nie mnie decydować o tym, czego pragną wybrańcy narodu usytuowani na samym szczycie drabiny społecznej. To prawdziwi celebryci, ludzie, którzy wiedzą więcej niż inni i umieją piąć się w górę.

Po chwili wahania zaprosił do panelu dyskusyjnego trzy osoby z tłumu. Byli to ludzie z pierwszego szeregu; dwie kobiety i mężczyzna. Widział wcześniej, jak pozytywnie reagowali na jego słowa. Ich udział zapewniał większą równowagę opinii i wzmacniał jego pozycję.

Nowy panel szybko ustalił, co znaczy dobra nowina. Zdefiniowano ją jako „wiadomość o walorach religijnych, wyrażająca wiarę w Boga i konkretyzująca coś, co jest nowe, interesujące i znaczące dla społeczeństwa”.

Dla wprawy omówiono przykład. Dotyczył on węgla kamiennego. Przedstawił go Plenipotent, najbardziej biegły w materii prawa.

– Ubiera się kosztownie, zna język obcy i bez przerwy szlaja się za granicą. To dlatego nazywają go prezydentem. – Pomyślał z niechęcią Kronikarz. Jeśli komuś czegokolwiek zazdrościł, to właśnie Plenipotentowi.  

– Dobra nowina jest taka, że Cezarea będzie kontynuować masowe wydobycie węgla. – Rozpoczął Plenipotent. – Węgiel to czarne złoto. Bylibyśmy głupi, gdybyśmy nie kopali tak cennego kruszcu. Wspierają nas w tym górnicy. Wszyscy wiemy, że co jest dobre dla górników, jest dobre dla kraju. Górnicy to sól naszej ziemi, a bez soli nic nie ma smaku. Wprawdzie stosowanie węgla do produkcji energii elektrycznej i cieplnej zanieczyszcza powietrze, ale jest to nieuniknione. Powiem więcej, jest to konieczne dla przyśpieszenia decyzji o ochronie środowiska naturalnego. Bez presji na rząd niewiele wskóramy.

Opinię Plenipotenta z miejsca poparł Premier, obiecując, że podejmie temat na najbliższym posiedzeniu rządu.

Kolejna obietnica dotyczyła powszechnego dobrobytu społecznego. Do dyskusji włączył się Namiestnik.

– Po to właśnie założyłem Partię Powszechnego Dobrobytu, do której zapisali się najwspanialsi ludzie Cezarei, aby zapewnić społeczeństwu dobrobyt. Byli już tacy przede mną, co głosili podobne hasła, ale to była utopia. Byli to wykształceni prostacy, ludzie bez charakteru i gustu. Za państwowe pieniądze objadali się do nieprzytomności importowaną kaszanką. Chorowali potem z przejedzenia. Podłe z ich strony było także to, że nie kupowali produktów rodzimych tylko zagraniczne. – Namiestnik wierzył głęboko, że każde nadużycie władzy musi spotkać zasłużona kara.

Wspomnienia poruszyły go do głębi. Był w nich jakiś niejasny, osobisty akcent. Coś się w nim załamało.

– Nie będę mówić, kogo mam na myśli, ale kiedy dorwę tego cieniasa to mu nogi powyrywam z …. – Ostatnie słowo wymówił ciszej zdawszy sobie sprawę, że w tłumie są dzieci i kobiety.

Zapadło grobowe milczenie. Ludzie patrzyli na siebie, zaskoczeni i zażenowani. Ktoś zaklaskał nieśmiało. Po chwili przyłączyli się inni. Wybuch entuzjazm. Nie wszyscy w nim uczestniczyli. Kronikarz widział, co się zdarzyło. Lewa część audytorium reagowała niemrawo, niezdecydowana, jak się zachować. Druga, prawa strona, zamieniła się w żywioł.

– A to drań! – Pomyślał Wirgil. – To wszystko było przemyślane. Zorganizował sobie klakę.

0Shares

Powieść „Cezarea”. Odc. 4: Kronikarz Wirgil organizuje spotkanie wybitnych obywateli

Wirgil Taranta, autor Kroniki Cezarei i Okolic, nie mógł być bardziej zadowolony. Udało mu się zorganizować spotkanie z udziałem najważniejszych osób w państwie. Byli to Namiestnik, Premier i Plenipotent, przebrani poprzedniego dnia za Trzech Królów.

– To ludzie wybitni, znani z telewizji, szczególnie TV-To-My. Muszę wydębić z nich jakieś korzyści dla społeczeństwa. – Postanowił, przypominając sobie liczne, niezaspokojone ludzkie potrzeby.

Trzej mężowie, pamiętając, że przewodniczący dyskusji Taranta pragnie w Kronice Cezarei i Okolic przedstawić najwybitniejszych obywateli, synów tej ziemi, zaczęli prześcigać się w zapewnieniach, że uczynią wszystko, co jest w ich mocy – a jest tego niemało, dodawali – aby sprowadzić bezmiar błogosławieństw i szczęścia na mieszkańców.

– Nasza ojczyzna to cudowna kraina. Ma ona już w sobie zalążki wielkości, tylko trzeba je dopracować. – Podkreślił Namiestnik Krzepki-Kukuła. Jego masywna sylwetka dominowała nad pozostałymi uczestnikami dyskusji i tłumem przysłuchujących się obywateli.

Wirgil miał wrażenie, że premier Chudy przewrócił dwa razy oczami. Nie zdziwiło go to, bo o premierze mówiono różne rzeczy, że ma niezwyciężone w boju przyrodzenie, że jest kobieciarzem i że potrafi w mgnieniu oka modyfikować zdania i przeinaczać treści, aby tylko zdobyć zaufanie wybranki lub wyborców, w zależności od sytuacji.

Kronikarz nie miał czasu zastanawiać się, czy wstępne deklaracje trzech mężów są szczere, czy też mają oni coś do ukrycia. Czuł, że trzeba się śpieszyć, gdyż atmosfera przesączona była konkurencją.

– Wolny rynek, demokracja, wola jednostki. – Myślał Taranta. Był przekonany, że uczestnikom dyskusji te idee też są bliskie. 

Przystąpiono do pierwszego punktu dyskusji publicznej. Kronikarz poprosił, aby Namiestnik, jego Plenipotent Teodor Dua oraz Premier Jeremi Chudy po kolei składali deklaracje, co zamierzają uczynić.

– Chodzi o obietnice, jakie składa każdy rozsądny człowiek pragnący osiągnąć coś godziwego w życiu. – Podsumował, otwierając licytację. Zanim to nastąpiło wysocy funkcjonariusze złożyli przysięgę, że będą mówić prawdę, całą prawdę i tylko prawdę oraz że dotrzymają swoich obietnic. Taranta nie był jednak pewien, czy go dobrze usłyszeli, ponieważ schylili się w tym samym czasie, aby zawiązać sobie sznurówki i poprawić mankiety spodni.

Licytacja zaczęła się od trzystu złotych. Było to minimum odpowiadające wartości dwóch wózków z zakupami w Supermarkecie Duch Cezarei, outlecie ulubionym przez zwykłych obywateli i arystokrację szukającą zrozumienia, jak żyje się w stanie ubóstwa. Wartość stawki można było podnosić jednorazowo o dziesięć złotych. Zanim Kronikarz zorientował się, było już pięćset złotych. Do akcji natychmiast wkroczył Namiestnik. Użył słów ostrych jak bicz z miniaturowymi brzytewkami umocowanymi na pięćdziesięciu rzemykach.

– Stop. To wystarczy. Nie możemy zrujnować budżetu. Musimy być odpowiedzialni fiskalnie. Każdy wie, co to jest fiskus. Zresztą połowę zobowiązań będę wypłacać z prywatnej kiesy, gdyż moja miłość do obywateli nie zna granic. Taki już jestem.

Tłum zaczął wiwatować jak szalony.

Namiestnik pomyślał, że nigdy jeszcze nie widział obywateli tak szczęśliwych. Poczuł ciepło w sercu.

0Shares