Konfrontacja trwa. Cesarz Ka kontra Bractwo.

Cesarz Ka postawił się okoniem.

– Nie dopuszczę, aby Bractwem rządził ten niedołęga Ex-Cesarz Tu! – Krzyknął i kazał podstawiać konia. – Chcecie wojny, to ją będziecie mieli. Zrobię wam taką łaźnię, że was rodzona matka nie pozna!

Prywatnie Cesarz wyjaśnił dworzanom: – Jest to spektakl teatralny, cudowna intryga, którą sam wymyśliłem i przeprowadzę z wielkim rozmachem w bogatej scenerii. Cesarz Neron wprowadził swego wierzchowca do Senatu, a ja wprowadzę mojego kandydata do Bractwa. – Wybuchł głośny aplauz. Dworzanie prześcigali się w pochwałach. Bardzo to ucieszyło Cesarza.

– Kandydat! Na koń! – Ryknął rozentuzjazmowany Cesarz.

Kandydat Cesarza Ka (bo nie Cesarstwa, skoro większość obywateli nie zgadzała się z jego poglądami) pozostawał w ukryciu. Kiedy przybył, wyjaśnił: – Strasznie rozbolał mnie brzuch. Miałem wymioty. Chciano mnie otruć! – Wyglądał blado i nieświeżo, choć był skropiony kosztowną wodą kolońską. Dworzanie szeptali, że to człowiek mądry, ale i kłótliwy, przesadnie ambitny, ale z zasługami, lecz Cesarz nie słuchał plotek.

Nasiliły się działania przytupywaczy, jednostek nieokreślonej maści. Wynosili pod niebiosa Cesarza Ka i jego pomysł i potępiali w czambuł ex-Cesarza Tu oraz Bractwo.

– Dlaczego go popieracie? – Pytali członków Bractwa.

– Popieramy go, ponieważ dobrze pełnił obowiązki i jest sprawnym urzędnikiem działającym w naszym wspólnym interesie.

Przytupywaczy, różnie ich nazywano, drobni krytykanci, potakiwacze, trole, hejterzy, Cesarz Ka nabywał na targu w pęczkach za drobne pieniądze. Często sami zgłaszali się na ochotnika, aby rozpowszechniać informacje, nie tyle pomylone, ile jednostronne i niewyważone.

– Przyspawaliśmy się do przekonania, że cała mądrość i dobroć spoczywa wyłącznie w Cesarzu Ka.

W Cesarstwie nie brakowało ludzi myślących, uczonych, artystów, jednostek wolnych zawodów, skrybów i intelektualistów, urzędników, robotników, a nawet postępowych chłopów, uważających, że nie godzi się przypisywać jednej osobie wyłącznie dobra a drugiej wyłącznie zła, ponieważ zaprzecza to mieszanej naturze człowieka, o której zdecydował sam Pan Bóg.

– Nikt nie jest wyłącznie aniołem, ani wyłącznie demonem. – Podsumował pewien przytomny dziesięciolatek.

Ta oczywista prawda nie mieściła się w głowie przytupywaczy. Za ich sprawą w przestrzeni wirtualnej pojawiły się napisy takie jak „Ex-Cesarz Tu jest wasalem Cesarzowej Ma” czy „Bractwo to Carat narzucający rządcę Cesarstwu Ka”.

Tłumaczono im cierpliwie: – Kandydata Tu popiera nie tylko Cesarzowa Ma, największe mocarstwo, która ma więcej do powiedzenia niż inni, podobnie jak żubr ma więcej mocy niż mysikrólik. Bractwo nie jest też Caratem. Każdy jego uczestnik może wziąć przepustkę „Exit” i opuścić je na zawsze równie swobodnie jak tancerz, który chce opuścić balet, aby założyć własny ensemble i czynić własne piruety.

Pytano też: – Może Cesarz Ka doznał przejściowego pomieszania zmysłów wysuwając kandydata, który jest przegrany od początku do końca i służy tylko do wysadzenia z siodła ex-Cesarza Tu? Czy czyni to w interesie narodu czy też swoim własnym? A może jest to oryginalny sposób wyjścia Cesarstwa z Bractwa Kontynentalnego, albo forma łagodnego harakiri, które fundują swoim obywatelom wielcy władcy dla wyzwolenia siebie od nadmiaru złych uczuć?

– W pale się nie mieści, co można zrobić w imieniu narodu. – Zasugerował pewien żartowniś, który porzucił krotochwile i zajął się poważną polityką cesarską.

Komiks literacki. Czarna Furia opozycji. Odcinek 19.

Rankiem trzynastego dnia ostatniej tercji jesieni, nie przejmując się feralnością daty, komandor wyszedł na pokład, aby ogarnąć gospodarczym wzrokiem swoje włości. Rozejrzał się, wokół zalegała mgła jasnością przypominająca lica niewinnego dziecięcia. Zaklął:

– Gdzie do cholery jest ta opozycja, o której ciągle mi mówicie? Ja jej nie widzę!

Towarzyszący mu, zawsze czujni zastępcy, oficerowie oraz ochroniarze zaczęli rozglądać się po pokładzie zasnutym oparem. Po dłuższym wpatrywaniu się dostrzegli drobne płomyki. Byli to przywódcy opozycji. Oszołomieni ciosami śmiałych posunięć komandora, szukali drogi wyjścia ze świeczkami w rękach.

Jeden z nich, śmielszy, ze skromnym znaczkiem „Moderna” w klapie zbliżył się do komandorskiej świty. Przyniesiono lampę. Ukazała ona mężczyznę w sile wieku, postawnego, z wyrazistą twarzą, czarno uwłosionego, włos cięty pod staromodny szlachecki baniak. Gładkie słowa okraszał chłopięcym uśmiechem. Był to Czarna Furia, przywódca Modernistów.

– Nie boimy się Was, komandorze. Pasażerowie też nas lubią, dobrze wypadamy w sondażach.

– Może dlatego, że macie u siebie kilka ładnych bab. – Przerwał uszczypliwie członek świty komandora. On sam nie odzywał się, byłoby to poniżej jego godności.

– Fakt. Mamy w naszych szeregach dziewczęta mądre i apetyczne, że palce lizać. – Potwierdził Czarna Furia. Są zgrabne i wykształcone, nie dają się zakrzyczeć, wiedzą, o czym mówią i mówią to głośno, choć staracie się nas kneblować nie dopuszczając do głosu. Zwłaszcza ten wyschły staruszek z epoki kamienia łupanego z twarzą poszatkowaną w drobne trójkąciki.

Pasażerowie, których garstka ukazała się na podkładzie, udzielili mu poparcia oklaskami tak skromnymi, jakby nie jedli śniadania.

– A co pan sądzi, Modernisto, o kolegach z opozycji, jeśli taka jest jeszcze przy życiu? – Komandor zdobył się na drwinę. Był wyluzowany.

– Przywódca większej grupy opozycyjnej, lecz o mniejszym znaczeniu niż moja, to niezły chłop, pseudonim Duży Zając. Więcej mówi, mniej robi, chyba dlatego, że ćwiczy utrzymywanie swoich szeregów w szyku bojowym. Nie ma co na nich strzępić języka. Mają swoje za uszami, bo to oni pomogli wam w objęciu dowództwa okrętu, a co to za opozycja, która pomaga dojść konkurentowi do władzy, w dodatku garbatemu?

– Jaki jest ten przywódca? – Zapytał rzecznik komandora zgrabnie pozorując niewiedzę.

– Jaki jest? Czy ja wiem? Trochę nijaki. Średniego wzrostu, w garniturze, kiedy mówi uśmiecha się jak zając chwytający powietrze przednimi zębami. W sumie nie jest najgorszy, nie mogę powiedzieć. Mówił, że teraz w swoim gabinecie tworzy jakies cienie. Mógłby być mądrzejszy i oddać mi palmę władzy, abym wachlując się poprowadził opozycję do zwycięstwa.

– Niedoczekanie wasze. – Warknął komandor. Nie znosił takich żartów. Władzę otrzymaliśmy od ludu, czyli od Boga i utrzymamy ją w nieskończoność.

– Nie bądźcie tacy hardzi! – Replikował Czarna Furia i wyprostował się złowieszczo. Włos zjeżył mu się na głowie. – Każdy może się mądrzyć.

– Nie każdy. – Odpowiedziała Bea – Komandor na przykład może, ale nie musi, bo jest doskonały w swojej mądrości. Dlatego idziemy za nim jak owce za pasterzem. Z chwilą, kiedy to wyrzekła, odezwały się dzwony kościelne i komandor oraz Modernista zaczęli się modlić, każdy o zwycięstwo dla siebie i klęskę dla przeciwnika. Obydwaj czuli, że niejedna konfrontacja wisi jeszcze w powietrzu.