Namiestnik okazuje nienawiść. Powieść psychodeliczna. Odc. 14.

Kilkakrotne wystąpienia Namiestnika Krzepkiego-Kukuły przed sądami umocniły przekonanie, że jest on wyjątkiem wśród ludzi władzy. Jego szacowny wygląd, prawdomówność, opanowanie, kiedy odpowiadał na podstępne pytania prokuratora, oraz emanująca z niego łagodność przyczyniły się do upowszechnienia opinii, że jest człowiekiem sprawiedliwym i dobrym.

Woźni sądowi poznawali go z daleka, zanim jeszcze wysiadł z samochodu, aby udać się do budynku sądu w otoczeniu ochrony osobistej. Telefonicznie wymieniali się opiniami z kolegami z innych sądów, podkreślając, że jest przemiłym, sympatycznym w obejściu staruszkiem. Czasami dodawali coś w rodzaju:

– Bywa u nas coraz częściej. Ludzie nieprzerwanie ciągają go po sądach. I to kto? Najbliżsi krewni! To niesprawiedliwe.

W istocie rzeczy Namiestnik zjawiał się w sądach nie tylko w związku z niezapłaconymi fakturami. Jak tylko czas mu pozwalał, uczestniczył w rozprawach dotyczących zabójstw. Pytany przez dziennikarzy, skąd takie zainteresowania, odpowiadał, niby to żartem, że lubi oddychać duszną atmosferą tajemnicy, krwi, krzywdy i zemsty.

Ostatnim razem, kiedy był w sądzie, toczyła się rozprawa o morderstwo; głównym motywem postępowania sprawcy była nienawiść. Po powrocie Namiestnik wyznał swojej sekretarce:

– Rozprawa, szczególnie zeznania oskarżonego i świadków, podsunęły mi nowe myśli. Jak pani wie, po głowie chodzi mi nieprzerwanie pewien łajdak, którego należałoby przykładnie ukarać.

– To dlaczego go nie ukarzecie? – zapytała. – Jeśli jest winien takich podłości, jak pan to mówi, to aż się prosi o winę i karę. Czytałam powieść na ten temat, tytułu jednak nie pamiętam. Domyślam się o kogo panu chodzi. Też go nie znoszę. To straszny bufon!

– Trudno jest udowodnić mu winę. Ten człowiek zawsze działał w białych rękawiczkach, nie zostawiał śladów. Zajmował wysokie stanowisko i bez problemów znajdował kogoś, kto wybierał za niego gorące kasztany z ognia, jakiegoś pracownika, mogącego nawet nie zdawać sobie sprawy, jak okrutnie jest wykorzystywany. On popełnił najcięższe przestępstwa przeciwko nam wszystkim, narażając na szwank naszą reputację i uszczuplając nasz wspólny dorobek. Jest jeszcze jedna przeszkoda. Nasz system sprawiedliwości jest niesprawny. Jest w nim zbyt wielu nieuczciwych sędziów, nie mających pojęcia, jak stosować prawo, co gorzej, nie mających w sobie poczucia obywatelskiego honoru.

– No i jak to będzie, panie Namiestniku? Pozwoli pan pozostawać na wolności takiemu przestępcy? Przecież pan może wszystko!

Entuzjazm sekretarki z niewiadomych powodów ostudził nastrój Krzepkiego-Kukuły. Na kolejne pytanie „I co dalej, panie Namiestniku?”, nic nie odpowiedział, jakby się zaciął. Widać było po nim, że coś go zjada, coś głęboko przeżywa; twarz mu się zaczerwieniła, oczy znieruchomiały, pierś podnosiła się i opadała konwulsyjnie. Wyglądał, jakby rozjeżdżał go walec, a on nie miał dokąd uciekać.

Sekretarka przeraziła się. Sięgała po telefon, kiedy doszły ją przekleństwa. To tylko pogłębiło jej przerażenie, ponieważ Namiestnik był religijnym człowiekiem, nosił baldachim nad swoim ulubionym księdzem-spowiednikiem, i zasadniczo nie przeklinał.

Czasem tylko zwymyślał któregoś z podwładnych, nazywając go kretynem lub imbecylem, czynił to jednak bez świadków, aby go nie upokarzać. Nie było w tym kloacznych przekleństw. Tym razem było inaczej. Ciężki oddech Namiestnika mógł oznaczać tylko jedno; ten człowiek dyszał zemstą. Sekretarka przestała mieć jakiekolwiek wątpliwości, kiedy usłyszała:

– Jak złapię tego rudego sukinsyna, to go uduszę własnymi rękami a nogi to mu z … – dalsze słowa utonęły w głośnej pracy ciężarówki wypróżniającej pojemniki ze śmieciami przy sąsiednim budynku.

Kiedy Namiestnik wrócił do siebie, dodał spokojniej.

– Powiem pani tylko jedno. Mam pewien pomysł.   

0Shares

Komiks polityczny. Komandor i sumienie. Odcinek 11.

Rezygnacja z hołdu składanego Wielkiemu Artyście wywołała w Komandorze wyrzuty sumienia, krótkie jak spięcie elektryczne, lecz mniej bolesne. Mówiąc lapidarnie, nie odczuł ich w ogóle, gdyż duszę miał twardą jak niewyprawiona skóra bawola.

Dusza komandorska miała kształt wańki-wstańki. Wstrząśnięta hołdem, którego na szczęście udało się komandorowi uniknąć, drgnęła kilka razy i powróciła do równowagi, aby podnieść swego pryncypała z kolan, na które nie upadł (choć mógłby, a nawet powinien, w obliczu zasług Wielkiego Artysty), wygładzić zmarszczki jego uniformu (przypominającego sztywny garnitur naciągnięty na deskę) oraz usadzić go wygodnie na tronie nieskrępowanej władzy, jaką cieszył się od roku z woli załogi, może nie całej, ale jednak. Zaraz zgromadzili się wokół niego wasale i lennicy, aby go pocieszać, prawić mu komplementy, szeptać do ucha i słuchać jego mądrych rad. Komandor zagłębił się w zakamarki przeszłości, gdzie zazwyczaj odnajdywał skarby.

Tym razem zanurzenie się w przeszłość nie ukoiło jego duszy, gdyż była ona przepełniona winą, nie winem, za zło, jakie czynił od czasu do czasu popędzany żądzą dominacji, motywującą do działania każdego wielkiego władcę począwszy od Hammurabiego. Przykład Hammurabiego tylko częściowo przypadł Komandorowi do gustu. Był to władca typu fifty/fifty, mroczny a zarazem pozytywny. Z jednej strony był on barbarzyńcą, w dodatku niechrzczonym, co wypadało fatalnie w oczach pobożnego komandora, z drugiej strony Hammi (jak czasami komandor go nazywał) opracował kodeks zwany „rzeźniczym”, wedle którego oko odbierano za oko, a rękę za rękę, stosując surowe kary za przewinienia, co było słuszne w przekonaniu Komandora, zwolennika rzetelnej i bezwzględnej sprawiedliwości. Będąc człowiekiem rozważnie skrytym swoje przekonania karania i nagradzania trzymał blisko ciała i niechętnie dzielił się nimi z otoczeniem.

0Shares

Ptak wygłasza przemówienie „Zbrodnia, wina, kara i przebaczenie”

Bird Rothschild's Bird of Paradise by Ellis Rowan, public domain

Tekst był pisany na luzie, w mroku. Gdybyście zauważyli światełko w tunelu, a może nawet i dwa, dajcie znać zwykłą formą uwielbienia recenzenckiego: „Dno”. „Nędza”. „Niezłe”. „Niegłupie”. „Cudowne”, lub nawet „Rewelacja”, jeśliby komuś odbiło.

Motto: Jedni mnie będą egzorcyzmem chłostać, drudzy uciekną zdziwieni (Adam Mickiewicz: Dziady)

Jest to dwudniowa historia dwóch ptaków drapieżnych, przelotnych, usiłujących zadomowić się. Jednego z nich ornitolodzy nazwali Mocnym, choć Małym, bo żwawiej robi dziobem, drugiego zaś Słabym, choć Dużym, ponieważ w argumentach ustępuje temu pierwszemu. Nazwy ptaków mają charakter roboczy, gdyż systematyka tej kategorii ptactwa jest jeszcze niedokończona. Ornitolog-sprawozdawca, obserwator ptasiej sceny, nadal ptakom cechy ludzkie, czyli je „nahumanizował” ( w odróżnieniu od „odhumanizował”). Był chyba pijany, albo taką miał fantazję, gdyż nauka nie zna takiej sytuacji. 

Ptasie sanktuarium na otwartym powietrzu pełne było ptactwa pragnącego wysłuchać tych, którzy latając najwyżej, wiedzą najlepiej. Gdzie to było dokładnie, nie wiadomo. Ważne, że było.

W odpowiedzi na orędzie Słabego na temat „Wzajemność w przebaczeniu”, Mocny wygłosił przemówienie pod tytułem „Zbrodnia, wina, kara i przebaczenie”, ujawniające inny punkt widzenia.

– Towarzysze Bracia Cyrkowcy, Towarzyszki Siostry Cyrkówki, i Wy, Zwykłe Ptactwo Obywatelskie! – Silny, wyglądający na dyrektora, umiał serdecznie i podniośle zwrócić się do zebranych. – Ptak Słaby, choć Duży, mój syn chrzestny i adorator mojego stylu latania, specjalista od miękkiego lądowania na wodzie, mąż i ojciec nie tylko rodziny, ale i całego ptasiego narodu, przedstawił wam orędzie o przebaczaniu przestępstw dowolnego kalibru oraz wezwał was do wzajemności. Przeanalizowałem jego przemówienie dokładnie, słowo po słowie, aby nasycić się jego mądrością. Było ono wspaniałe, ale …

Kiedy do ptasiego sanktuarium wkroczył na sztywnych nogach Słaby, choć Duży, ptasie zgromadzenie wstało z miejsc z szacunku dla urzędu. Przechodząc obok Silnego, Słaby ukłonił mu się głęboko, lecz ten, zatopiony w nowych, lepszych pomysłach na rządzenie, jakich nie szczędził ptasiej społeczności, dopiero po chwili zauważył, że jakiś inny ptak przechodzi obok. Silny odwrócił się z wyrazem zniecierpliwienia, że ktoś śmie mu przeszkadzać. Kiedy zauważył swoją omyłkę, szeroki pojednawczy uśmiech radości rozjaśnił jego okrągły dziób okolony od góry siwizną. W ciasnym przejściu usiłował zrobić miejsce przechodzącemu Słabemu, lecz niechcący przydepnął mu łapę, za co od razu przeprosił ukośnym uśmiechem numer cztery, najskromniejszym z uśmiechów.

Ptasia opozycja natychmiast rozdmuchała incydent. Gęgano hasła: nie ma dymu bez ognia, rozłam w obozie ptasiej władzy, co to będzie, co to będzie? i podobne dyrdymałki. Krótko mówiąc, opozycja podjęła szalone spekulacje i jak zwykle widziała rzeczywistość zupełnie inaczej, niż widział ją obóz władzy. Jak to widział cywilizowany świat ptasi, nie wiadomo, bo – dałby Bóg, aby było to tylko chwilowe – cywilizowany świat zniknął z pola widzenia za chmurą sypiącego się obficie pierza.

Silny miał minę cierpką jak cytryna, ponieważ na widok Słabego rozbolał go dziób. Poprzedniego dnia nazwał go synem marnotrawnym, roztrwaniającym niepotrzebnie majątek nieustępliwości Ptasiego Cyrku, oferując przebaczenie bez kary za popełnione zbrodnie, dodając nawet nieroztropnie, że jeśli i on je popełnił, to też prosi o przebaczenie.

– To było głupie. Ta prośba o przebaczenie. – Skomentował ptak-wasal z rodziny hołdowników, wierny totumfacki Silnego.

– A jeśli nawet nie było całkiem głupie, to było niekompletne. – Podjął Silny. Bo musisz wiedzieć, drogi wasalu, że nie ma przebaczenia bez kary, tam gdzie jest zbrodnia. Czytałem Dostojewskiego trzy lub cztery razy i przeprowadziłem dokładną analizę tekstu „Zbrodnia i kara”. Podobnie jak Zygmunt Freud, po naszemu Zyga, jestem wielbicielem Dostojewskiego. Założę się, że o tym nie wiedziałeś. W mojej interpretacji …

…jedynej w swoim rodzaju i słusznej …- przerwał mu szczerze oddany ptak-wasal – elementem sine qua non jest kara.

– Właśnie to – podchwycił Silny – warunkiem niezbędnym przebaczenia jest kara. Jest zbrodnia, jest wina, jest kara, jest przebaczenie. Taka jest kolejność i od tego nie odstąpię. – Podsumował Silny i wykonał głęboki ruch skrzydłami dla okazania, jak wielki ciężar spadł mu z piersi.

Sójka, stojąca usłużnie z boku ptasia notariuszka, dokonała dokładnego zapisu słów Silnego, podstemplowała dokument i zwalniając autora z opłaty notarialnej przekazała go ptasim mediom do publikacji i rozpowszechnienia. Ptasia społeczność, dla której większości – jak wynika z obserwacji ornitologów – charakterystyczny jest ptasi móżdżek, przyjęła słowa do wiadomości i stosowania, gdyż pochodziły ze źródła mądrości płynącej z góry, ponieważ na ziemi Ptak Silny, choć Mały, jest pierwszy przed Bogiem. Dlatego też Sanktuarium Ptasie użycza mu wysokich ambon na drzewach dla głoszenia prawd słodkich i gorzkich, rzeczywistych i nierzeczywistych, gdyż nie samym ziarnem i rybą ptak żyje.

Michael Tequila: „Sędzia od Świętego Jerzego”, powieść psychologiczno-obyczajowo-kryminalna do nabycia w księgarniach Matras i księgarniach internetowych.

0Shares