Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 100: Izabela w gabinecie

Wieczorem w gabinecie Sefardiego rozdzwoniły się zegary, najpierw budziki a zaraz potem zegary ścienne i stojące. Zaczęły punktualnie o godzinie osiemnastej, zsynchronizowane czasowo i skończyły kwadrans później. Ich głos słabł stopniowo, w końcu ustał, jakby zdecydowały się umilknąć na zawsze. Nikt z domowników nie śmiał interweniować, wyciszając je lub wyłączając.

– Nie można sprzeciwiać się woli zmarłego, bo to oznacza nieszczęście – zdecydowała Isabela. Tego dnia uważała się za szczególnie ważną, ponieważ to jej Sefardi wręczył kilka dni wcześniej zapasowy klucz do gabinetu ze słowami „to na wszelki wypadek”.

Następnego dnia rano weszła do pokoju i znieruchomiała. Zegary znikły. Prawie wszystkie. Pozostały nieliczne, głównie zegarki ręczne, które właściciel darzył szczególną miłością. Natychmiast pobiegła do Penelopy, aby zawiadomić ją o niezwykłym wydarzeniu.

– Daj spokój, Isabelo. Jaki tam cud. Mój mąż nie wierzył w cuda, ja również. Ktoś musiał je ukraść. Zegar to nie ciężarówka, choć i te też kradną.

Zawiadomiono policję, aby przeprowadziła śledztwo, znalazła sprawcę i odzyskała rodzinne mienie. Niechętnie obiecali to zrobić, gdyż kradzież wydała im się prawie niemożliwa.

– I tak mamy dosyć pracy w sprawie śmierci tego dziwaka. – Podsumował komendant posterunku wydając polecenia podwładnym na dyżurze.

Po odejściu policjantów zadzwonił do Penelopy dyrektor państwowego Muzeum Zegarów i Zegarków. Był bardzo wylewny. Wielokrotnie dziękował za dar. Penelopa poczuła się upokorzona.

– Nie dość, że oddał za darmo wszystkie zegary, a stanowiły one niezły majątek, to w dodatku nie poinformował mnie o darowiźnie. To on poinstruował dyrektora muzeum, kiedy jego ludzie mają przyjść i zabrać zegary. Mieli klucz, weszli, kiedy byłyśmy nieobecne w domu, znali nawet kod do alarmu. Otrzymali dokładną listę, co mają zabrać i kiedy mogą to zrobić „bez niepokojenia rodziny” – Rozdrażniona Penelopa przedstawiła Isabeli szczegóły uzyskane w rozmowie z dyrektorem.

– To straszne. – Kobiety były zgodne w ocenie.

Porażka wydała się Penelopie znacznie mniej dotkliwa, kiedy następnego dnia w prasie, radio i telewizji powszechnie komentowano fantastyczny dar rodziny Baroka dla muzeum. Minister Kultury wystosował do niej specjalne podziękowanie. Ostatecznie Penelopa pogodziła się ze stratą, kiedy okazało się, że poważna część darowizny może być odliczona od dochodu w deklaracji podatkowej. Otwarcie nowego zbioru muzealnego było bardzo uroczyste. Przybył minister kultury oraz prezydent kraju. – Dlaczego prezydent? Nic go przecież nie łączyło z don Sefardim. Ci wcześniejsi go znali? Ale ten? – Dziwiła się Isabela.

Zaproszenie na uroczystość otwarcia nowego zbioru muzealnego otrzymała także Isabela. Była uszczęśliwiona. Na pamiątkowym zdjęciu stała obok prezydenta, który jak nigdy wcześniej stanął nie w centrum, ale z boku fotografowanej grupy.

– Chyba brzuch go bolał, bo wyglądał nieświeżo. Widziałam go z bliska tak, jak widzę teraz panią. – Isabela wyjaśniła Penelopie szczegóły wyglądu i zachowania prezydenta z powagą i przekonaniem, że coś było z nim nie w porządku.

*****

Dojmująca cisza wypełzała ze wszystkich kątów i obejmowała w posiadanie pokoje, meble, w końcu ciało i duszę Isabeli. Była sama w wielkim domu, ogarnięta smutkiem, wciąż w stroju żałobnym, z czarną opaską na ramieniu. Odruchowo skierowała się do gabinetu Sefardiego, gdzie w ciszy przeprowadziła z nim rozmowę wspominając dawne czasy. Rozejrzała się, wszystko było takie samo jak zawsze, z wyjątkiem miejsc, gdzie do niedawna stały zegary.

– Nigdy go już nie zobaczę – pomyślała i łzy pojawiły się w jej oczach. Usiadła w fotelu pisarza, za jego biurkiem. Płakała głośno, szloch wstrząsał jej ramionami. Przypomniała sobie, że nigdy go specjalnie nie lubiła, był niejednokrotnie arogancki i prześmiewczy. Potrafił też być szalony, przekraczając bariery normalnego zachowania. Sam wymyślony przez niego pogrzeb był czystym szaleństwem. Teraz, kiedy go zabrakło, jego zwariowanych pomysłów, dyskusji, przekomarzania się, zmieniła opinię. Chwilę zastanawiała się nad tym. Poczuła potrzebę wyrwania się z przygnębienia. Wyobraziła sobie, co robiłby w takiej chwili Sefardi. W ciszy dotarła do niej nadzwyczajność jego odejścia; była przekonana, że przez najbliższe dni cały kraj będzie o tym mówić.

Poruszona wspomnieniami Isabela włączyła komputer stojący przed nią na biurku. Była to prosta czynność. Sefardi pokazywał jej kilkakrotnie, jak to zrobić i jak następnie stworzyć nowy plik lub otworzyć plik już istniejący. W końcu nauczył ją też pisać teksty.

 

Wariacje na temat podmienionej rzeczywistości

W krajowym gabinecie figur woskowych dokonano znaczących zmian. Świat wirtualny podmieniono na inny świat wirtualny, inaczej mówiąc – zrobiono go w wersji light, podobnie jak to się robi z jogurtami. Nowa wersja jest znacznie słodsza, w kolorze bardziej różowym, łatwiej przyciągającym zwolenników nektaru. Zmian dokonał ukrywający się pod pseudonimem właściciel gabinetu, mężczyzna średniego wzrostu, z pokaźnym brzuchem, siwiejący. Będąc właścicielem udaje, nie wysilając się zresztą, że jest tylko księgowym. Może i tak jest w istocie, ponieważ nic nie stoi na przeszkodzie, aby księgowy był właścicielem dużej firmy, nawet jeśli jest ona na kółkach i nie wiadomo w jakim jedzie kierunku.

Pierwsze efekty zmian oceniono dobrze. Ponieważ gabinet miał kształt ula, przybywało coraz więcej owadów, między innymi motyle, ociężały trzmiel z nową brodą, podobno zmianami zainteresowała się nawet pewna królowa pszczół.

Jak wyjaśniają entomolodzy o zmianie w ulu zadecydował nektar wartości milionów a może nawet i miliardów w twardej walucie, niezależnie od tego, jaka by to była waluta, włącznie z węgierską, której 100 HUF-ów jest warte mniej niż 1,4 PLN.

W sumie podmiana figur w ulu okazała się niezłą grą, zwłaszcza kiedy jeden gruby owad o głowie bardziej okrągłej niż wypełniony po brzegi księżyc, powiedział coś szpetnego o koleżance z ula, nazywając ją także wredną ścierką. Wywołało to wielki szum i wystąpienie do wyższych władz o usunięcie go z dochodowego stanowiska, na którym  nektar płynie strumieniem. Jest to znany osobnik, paradujący czasem w ciasnym ubranku na rowerze, aby pokazać, że nie tylko umie latać, ale i poruszać się na dwóch kółkach upowszechniając poglądy wypasionej kucharki z folwarku zwierzęcego.

– Sytuacja rozwija się dynamicznie, czekamy na kolejną odsłonę, to niezły teatr – krzyczały i cieszyły się owady.

Twórczość autora blogu w księgarniach: Sędzia od Świętego Jerzego (powieść), Klęczy cisza niezmącona (poezje), Niezwykła decyzja Abuelo Caduco (humoreski i opowiadania). Dzisiaj w www.znak.com.pl z rabatami nawet 41%!

O czym tu pisać jak nie o przysłowiowej babie, rozmowach i polityce?

Przyszedłem do Sowy, tego od ciast, tortów i gorącej czekolady, wszystkiego, co rujnuje ludzie zdrowie, bo takiej koncentracji rafinowanego cukru i przetworzonego tłuszczu nie ma nigdzie indziej, czyli w przyrodzie, która jest długa i szeroka. Zastałem kolejkę, a na jej końcu kobietę, wiek rzędu 35 lat, z dwiema ciężkimi torbami. Kolejka przesuwała się do przodu, chciałem pomóc. Powiedziałem, pomogę pani, i schwyciłem jedną z toreb, aby przesunąć ją do przodu.

Kobieta obruszyła się. Nie podobała jej się chęć pomocy z mojej strony. Rozpocząłem konwersację wyjaśniającą.

– Trzeba najpierw zapytać – taka była jej odpowiedź.

Wyraziłem opinię, że chyba nie podejrzewa mnie o to, że chciałem jej ukraść torbę.

– To nigdy nie wiadomo.

Ciarki przeszły mi po plecach jak batalion uzbrojonych, pijanych mrówek. Usiłowałem wyjaśnić, że zamierzałem tylko wyświadczyć drobną uprzejmość. Nie doszliśmy do porozumienia. Po chwili dotarło do mnie, że mogło to być trudne. Kobieta zapytała ekspedientkę:

– Na ile jest to ciasto?

Ekspedientka też miała pytanie:

– Ma pani na myśli, ile ono waży?

– Nie. Na jaką jest cenę.

Mówiąc tym samym językiem mówiliśmy różnymi językami. Taka sobie współczesna wieża Babel. Zupełnie jak w wielkiej polityce. Wszyscy chcą dobrze, a tu ciągłe kolizje.

W ostatniej sprawie zrobiliśmy modernizację. Rząd się zmodernizował, inaczej mówiąc nowy premier przemeblował sobie gabinet, choć niektórzy twierdzą, że gabinet został mu umeblowany przez czynnik wyższy, czyli dysponenta opinii czterdziestu procent społeczeństwa.

Zobaczymy, jak to wypadnie w Unii Europejskiej. Moim zdaniem dla UE jest to bez znaczenia, jeśli okaże się, że za zmienioną fasadą gabinetu stoją te same poglądy i postawy.

Konwersacja może przebiegać podobnie, mniej więcej, nie tak znowu odmiennie, z grubsza rzecz biorąc, jak u Sowy.

– Na ile jest akceptacja odstępstw od konstytucji, wymiany sędziów złych na jeszcze lepszych, układnego prezydenta, nowiutkiego trybunału konstytucyjnego?

– Ma pan na myśli, czy jesteśmy w stanie zgodzić się z tym, że w organizacji, która liczy 28 członków możecie ustalać sobie własne reguły gry?

– Nie. Moje pytanie jest: Na jaką cenę jest ta akceptacja?

Z 19 na 20 grudnia. Pierwsza noc. Gra o Przyszłość.

Temperatura nocą spada poniżej zera. W południe wymieniono gabinet. Nikt nie mówi czyj, ale wszyscy to wiedzą, jak i to, że stoi za tym przyszły Imperator. Nie widziano go od tygodnia.

W kącie budynku rządowego znaleziono pajęczynę. To zły znak. Ludzie szepczą o zbliżających się prześladowaniach. W powietrzu wisi zapach spalenizny. Nad ranem przychodzi smog i pogłębia swąd.

Na czele Komitetu Wykonawczego nowego rządu staje Perukarz, osobnik rosły i ociężały, z pozoru misiowaty. Mówi tak, że nikt go nie rozumie. Na nogach ma ciężkie buty. Podobno kiedy spotyka się z ludźmi, niby niechcąco nadeptuje na stopę tym, którzy mu się nie podobają, aż wyją z bólu. Ludzi trzymają się od niego z daleka.

Premier oferuje Wielkiemu Bratu Ruro pokój pod warunkiem, że ustąpi w kilku sprawach. Chodzi przede wszystkim o to, aby Wielki Brat Ruro dał spokój ze swoimi niedorzecznymi podejrzeniami. Wielki Brat milczy, potrzebuje czasu na przemyślenie.

Sytuacja jest dwuznaczna. Trwa czas domysłów i zgadywania, co dalej. 

Sen chirurgiczny z radosnym zakończeniem. Groteska czy rzeczywistość?

Miałem sen, jak to ja, osoba śniąca nocą i na jawie. Sen był bardzo realistyczny. Scenerii dostarczył gabinet chirurgiczny, zdobny w kolory ciemniejszej pogodnej zieleni płytek ściennych, jaśniejszej zieleni fartucha przewieszonego przez poręcz krzesła i jeszcze jaśniejszej zieleni szafki. Nastrajało to wiosennie. Największą ozdobą gabinetu była jednakże asystentka chirurga, młoda, szczupła i dziewczęco wyglądająca niewiasta, o łagodnej buzi, miłym głosie i anielskich oczach. Rozmawiała ze mną chwilę. Powiedziała, że lubi swoją prace (co mnie nieco zdziwiło) i ma rodzinę, którą bardzo kocha (z czego szczerze się ucieszyłem).

W pewnym momencie podszedł do mnie mężczyzna słusznego wzrostu, spojrzenie jak dwa skalpele, i oznajmił: – Ma pan podwójny paznokieć na paluchu. Po co komuś pięć palców u nogi i sześć paznokci? Domyśliłem się, o którą nogę mu chodzi.

Skinąłem głową, że się z nim zgadzam. Zanim ja się obejrzałem, on już obejrzał rzeczony paluch, i nagle – bez ostrzeżenia – poczułem ukłucie igły, jedno, drugie, trzecie. Natychmiast popadłem w ekstazę, radośnie bolesną, bo któż we śnie czy w życiu nie cieszy się z nagłego, lecz przemiającego bólu zadawanego przez bliźniego. W minutę lub nawet krócej sprawa była zakończona. Ucieszyłem się, że odebrano mi podwójny paznokieć zachowując paluch. Podziękowałem wylewnie i zapytałem z czystej ciekawości: – Panie doktorze, jak długo odrasta paznokieć?

– To zależy, jak będzie go pan nawozić. Jakim nawozem: azotowym, fosforowym, potasowym, wapniowym czy magnezowym? – Obydwaj wybuchliśmy takim śmiechem z przedniego żartu, że do gabinet wbiegli pacjenci z poczekalni, pragnący uczestniczyć w festiwalu radości, nie tak przecież częstym w służbie zdrowia.

Kiedy obudziłem się ze snu, ujrzałem plamę krwi na białym opatrunku palucha. Poczułem się bardzo patriotycznie. Kolory czerwieni i bieli upewniły mnie, że warto mieć podwójny paznokieć, aby przeżyć niezwykły sen w gabinecie operacyjnym o zielonawym odcieniach ścian, fartucha i szafki rozjaśnionych długimi świetlówkami zawieszonymi u sufitu, z chirurgiem, który równie zręcznie tnie jak żartuje.