Poezja autorska, pierwsza dawka niedzielna, późnolistopadowa

Obiecałem sobie publikować w niedzielę dla przyjemności Czytelników, jak i promocji własnej twórczości, moje wiersze opatrując wpisy krótkimi komentarzami od serca i duszy (która podobno jest nieśmiertelna). Dzisiejszą dawkę poezji nazwijmy śmiało polsko-australijską, depresyjno-przyrodniczą.

Jeśli komuś z Państwa zdarzy się spotkać wiersz o podobnym nastroju jak ten pierwszy, to wiedzcie, że jest wysoce prawdopodobne, że autor pisał go w nastoju depresji. Nie jest to jakiś szczególny przypadek twórczości poetyckiej.

Kiedyś uznałem, że terapia przez sztukę, jeden z rodzajów współczesnej psychoterapii, mogłaby być wykorzystana do diagnozowania tej coraz bardziej upowszechniającej się przypadłości, prawdziwej choroby cywilizacyjnej. Pięć lat temu prognozowano w Australii, że najbliższej przyszłości 25 procent mieszkańców tego kraju doświadczy depresji. Jest to w pewnym sensie choroba zabójcza, potrafi stłamsić (czytaj: zgnoić) człowieka do dna, wydusić z niego energetyczne bebechy i rozpłaszczyć jak walec drogowy szczura-samobójcę na twardej drodze zwierzęcego istnienia.

Wśród ludzi cierpiących na depresję notuje się szlachetne wyjątki. Przykładem jest Winston Churchill. Cierpiał na depresję, nazywał ją black dog. Mimo wielkiej przypadłości prowadził wyjątkowo aktywne życie. Wikipedia pisze o nim: „brytyjski polityk, mąż stanu, mówca, strateg, pisarz i historyk, malarz, dwukrotny premier Zjednoczonego Królestwa, laureat literackiej Nagrody Nobla, honorowy obywatel Stanów Zjednoczonych. W 2002 w plebiscycie organizowanym przez BBC został uznany najwybitniejszym Brytyjczykiem wszechczasów”.

„Balladę o bohaterze” napisałem w Polsce, podobnie jak i sporo innych wierszy. Prawda jest jednak taka, że cała moja poezja bez wyjątku była inspirowana Australią.

 Vincent van Gogh: Stary człowiek w rozpaczy

Ballada o bohaterze

Niby spokojny…on drży cały,
lęk pierś przeszywa i sercem targa,
w otchłań się zwala spopielały,
ciszę rozrywa krzyku skarga.

Myśl rwie na strzępy paroksyzm strachu,
cień się otula czarniejszym cieniem
i w dół go spycha z potwornego dachu,
dręczy złowrogim, kamiennym tchnieniem.

Jakżeż on chciałby być bohaterem,
trzepot przemienić w serce lwa
i stanąć śmiało nad kraterem,
i runąć w przepaść, sięgając dna!

Michael Tequila, Sopot, 24 października 1997
(z tomiku: Klęczy cisza niezmącona – w księgarniach)

Bunyeroo Gorge

Bloki kamienia pną się ostrym skosem,
wulkaniczny powalił je cios;
nie ma ucieczki przez wszechmocnym losem,
co skały łamie jak wiatr zboża kłos.

Drąży materię duch nieokiełznany,
krople skalne rozkruszają ściany,
rzeki korytarz odlewają z głazów,
cierpliwością epok, czasem bez wyrazu.

Eukaliptus, heros wspaniały,
soki życia czerpie z bezlitosnej skały;
natura drzewa martwotę wypiera,
uporem łamie, korzeniem rozdziera.

Nad grań wyniosłą jak dzika kozica
akacja się wspięła; jej liściaste lica
żółtością barwione podmuch wiatru mieni;
kwiat symbolem słońca palących promieni.

Hawker, Australia, 7 października 1996
(z tomiku: Klęczy cisza niezmącona – w księgarniach)

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 120: Propozycja rozwiązania problemu koni

Na kolejnym spotkaniu klubu dyskutowano stosunek rządu do koni i środowiska naturalnego. Brak regulacji prawnych zapewniających koniom ochronę wyczerpał do dna cierpliwość członków klubu; byli zdecydowani podjąć drastyczne kroki. Podsumował to przewodniczący spotkania:

– Nie możemy tego ciągnąć w nieskończoność. Dwa dni temu pochowaliśmy kolegę Eryka Humusa, który popełnił samobójstwo z rozpaczy, że nie uczyniono niczego, aby ratować konie ginące na naszych oczach, najwspanialszy gatunek zwierząt.

Samobójca pozostawił zapis, rodzaj testamentu, świadczący o jego zagubieniu i rozpaczy. Koleżanki i koledzy wiedzieli, że był entuzjastą czworonogów, prawdziwym zapaleńcem, nie mieli jednak pojęcia, że na tym tle wywiązała się u niego głęboka depresja, ostateczna przyczyna tragedii. Był to dziwny człowiek, małomówny, w dodatku jąkał się, co go bardzo deprymowało. Nazywano go Nożownikiem, gdyż zawsze nosił nóż przy sobie. Zapytany kiedyś, jak to się dzieje, że nie może obejść się bez noża, odpowiedział:

– Próbowałem skończyć z sobą. Wisiałem już u sufitu z liną zaciskającą się wokół mojej szyi, kiedy nagle przeszła mi chęć odbierania sobie życia. Było to olśnienie lub coś podobnego. Moja babka mówiła, że to anioł stróż czuwał nade mną. Uratowałem się tylko dlatego, że w ostatniej chwili przypomniałem sobie, że mam nóż w kieszeni. Przeciąłem linę. To on mnie uratował. – Kiedy to mówił, jego twarz pozostawała kamienna. Nikt nie wiedział, czy mówi to poważnie czy żartuje. Stałe noszenie noża przy sobie sugerowało jednak, że to co opowiedział, było prawdą.

Przewodniczący odczytał list pożegnalny samobójcy.

– Nie mogę dłużej żyć w świadomości, że my, nie ja i wy osobiście, ale gatunek ludzki wpędza konie do grobu, zabierając im przestrzeń życiową, degradując je do roli bezrozumnych zwierząt pociągowych, poręcznego i taniego źródła energii, które można bezlitośnie eksploatować za wór owsa, wiązkę siana i wiadro czystej wody. Proszę was o rozwiązanie tego problemu. Przyjrzyjcie się mojej propozycji i podejmijcie decyzję. Wierzę, że im bardziej będzie ona radykalna, tym skuteczniejsza. Takie jest moje zdanie. Ostatecznie to anarchiści i zbuntowani ekolodzy uratują świat, a nie obłąkani politycy czy zagubieni w sobie naukowcy, dyskutujący w wygodnych fotelach sprawy bez znaczenia dla przyszłości kraju i świata.

List przedstawiał dane statystyczne oparte na najnowszych badaniach naukowych; były one bardzo wymowne. Biomasa całej ludności świata, mierzona ekwiwalentem węgla, stanowiącym jej główny składnik, wynosi 0,06 gigatony, inwentarz żywy 0,10 gigatony, podczas gdy wszystkie dzikie zwierzęta, konkretnie ssaki, tylko 0,007 gigatony. To oznaczało przytłaczającą przewagę człowieka nad zwierzętami żyjącymi na wolności. Obliczenia naukowców wskazywały też, że człowiek dosłownie pożera tereny zielone; od początków ludzkiej cywilizacji biomasa wszystkich roślin planety zmniejszyła się o połowę. Końcowy fragment listu brzmiał dramatycznie: „Musicie to zrobić, jeśli nie chcecie dopuścić do unicestwienia przyrody i sami stać się wygasłym gatunkiem”.

Wyliczenia tylko potwierdzały to, co członkowie Anarchii wiedzieli od dawna: człowiek stanowi śmiertelne zagrożenie dla koni i innych zwierząt. Także dla siebie, gdyż rozmnażając się jak szalony podcina gałąź, na której siedzi. Dyskutowali to wielokrotnie, nie było potrzeby nikogo przekonywać. Musieli tylko podjąć decyzję, która ostatecznie rozwiązałaby problem. Okazała się ona szaleńczo trudna.

W trakcie dyskusji największy radykał klubu, wysoki brodacz o posępnej twarzy i pseudonimie Anabaptysta, przedstawił zaskakującą propozycję integracji człowieka i konia. Proponował nazwać tę hybrydę Centaurem. Miało to być idealne zwierzę, łączące w sobie najlepsze cechy obydwu gatunków: myślenie, użyteczność, siłę, pracowitość, nieagresywność. Co najważniejsze, Centaur miał konsumować tylko tyle zasobów, ile potrzeba do godnego życia: utrzymania zdrowia, kondycji fizycznej i dobrego samopoczucia, bezpieczeństwa i zdolności reprodukcji.

– Centaur nie będzie potrzebować dużego mieszkania, deskorolek, samochodu, działki rekreacyjnej, rzęsiście oświetlonych ulic ani lotów na księżyc, alkoholu ani balów noworocznych, wakacji na Hawajach czy nawet kina, a mimo to będzie szczęśliwą istotą. – Podsumował Anabaptysta.

Pomysł wzburzył klubowiczów, mimo że nie brakowało wśród nich twardzieli, oswojonych z najbardziej szokującymi sytuacjami. Niektórzy uznali go za absurdalny, inni tylko za radykalny. Wszyscy byli jednak zgodni, że szedł on pod prąd uczuć społeczeństwa święcie wierzącego w wyższość człowieka nad zwierzętami. Było pewne, że napotka zdecydowany opór ze strony Kościoła Hierarchicznego, regularnie powołującego się na Biblię, źródło mądrości Stwórcy, poddającą zwierzęta panowaniu ludzi.

Zarządzono głosowanie, kto jest za, a kto przeciw. Członkowie klubu patrzyli na siebie niepewnie, ociągając się. Przewodniczący uspokoił ich, że będą głosować nieformalnie, tylko dla wyrażenia opinii, co sądzą o propozycji.

Wynik głosowania okazał się nierozstrzygający: tyle samo osób było za, ile przeciw, pozostali byli niezdecydowani. Żądano więcej czasu, aby wszystko przemyśleć. W końcu padło ważne pytanie:

– A jak ty, Anabaptysto, widzisz w praktyce stworzenie takiego Centaura w sensie produkcyjnym, medycznym czy technologicznym?

Anabaptysta odpowiedział bez wahania, wyraźnie wszystko przemyślał wcześniej.

– To będzie wymagać inżynierii genetycznej i to w skali, którą wielu obywateli Nomadii uzna za manipulację genetyczną. Stworzenie Centaura będzie łączyć się z wieloma ryzykami; nie umiem ich ocenić. Jest to projekt piekielnie skomplikowany i będzie budzić masę wątpliwości.

Szczerość Anabaptysty była przekonywująca. Wyzwań było więcej niż można było sobie wyobrazić. Członkowie Anarchii byli zgodni tylko w jednym: hybryda człowieka i konia była dla ludzkości jedynym rozwiązaniem.

– Nie mamy alternatywy. – Zreasumował Anabaptysta.

Iwan Iwanowicz i depresja. Część 2, ostatnia.

Kilka dni później, jak na ironię tuż przy budynku, gdzie wyrzuca się śmieci, los znowu mnie zetknął z Iwanem Iwanowiczem, osobnikiem twardym w dyskusji jak skala gibraltarska  hartowana wiatrami rządzącymi cieśniną między morzem a oceanem.

– Jak to jest możliwe? – Pyta pan, Michaelu Tequilowiczu. – Niech pan lepiej zapyta, jak to czynią? Już panu mówię. Tatuś pije, bije dzieci i żonę, krzyczy straszne słowa, przynosi wstyd sąsiadom i zakładowi pracy, nie wspominając ludzkości, zarzyga raz i drugi poczekalnię u lekarza jego samego nazywając konowałem od siedmiu boleści. Tak to się zaczyna. – Iwan Iwanowicz rześko podjął wątek urwany okolicznościami poprzedniego spotkania. – Albo, równe możliwe i tragiczne, mamusia chwali nieprzerwanie dziecko, kiedy wykazuje ono perfekcjonizm na przykład spędzając długie godziny nad kajetami, rysując precyzyjne obrazki, ucząc się, aby być pierwszym w klasie, żeby tylko oni, rodzice, byli szczęśliwi. I są szczęśliwi, że mają przykładne dziecko, które nie zrobi nic złego, nie rozbije nikomu okna, nie przeklnie brzydkim słowem, nie naruszy czyichś dóbr osobistych, nie bije się z rówieśnikami, aby pokazać, że jest samcem. Jest wyłącznie przykładnym uczniem żywiącym się pochwałami i radością rodziców, że jest takich udany.

– Co w tym złego, Iwanie Iwanowiczu? – Zapytałem z czystej ciekawości, ponieważ nie wierzyłem w przesadę spraw oczywistych.

– To, że owo pacholę wchodząc w życie, jest do niego kompletnie nieprzygotowane. Nie wie, co płeć przeciwna ma pod spódniczką, gdyż jest zbyt nieśmiały, aby to sprawdzić z czystej ciekawości lub z pierwszego miłosnego uniesienia, kieruje się oczekiwaniami innych a nie swoimi pragnieniami, przywiązuje chorobliwą wagę do wykonywania wszystkiego w sposób doskonały zamiast odwalać robotę, aby mieć ją z głowy, a nie wykonać w sposób zasługujący na pochwalę Najwyższego. To nie wszystko, drogi Michaelu Tequilowiczu! – Wykrzyknął samozwańczy ekspert medyczny widząc moje usta otwarte do następnego pytania.

– Czasy i ludzie sączą w dziecko filmy o okrucieństwach wojny, ociekających posoką potworach zgniatając w ten sposób jego wyobraźnię jak orzeszek laskowy, zamiast rzucić ją na otwarte przestrzenie piękna i słońca.

Zbliżaliśmy się do końca ulicy. Mój towarzysz zapewnił mnie szybko.

– Zmierzam do zakończenia opowiadania, ponieważ widzę już stragan z warzywami, gdzie muszę kupić sześć marchewek i trzy pietruszki, jeśli są mniejsze, lub dwie pietruszki, jeśli są większe. Takie otrzymałem polecenie. – Otóż taki młody człowiek staje się zaproszeniem in blanco do depresji czyhającej za rogiem z podniesioną pałką, jak policjant w komedii Charlesa Chaplina, aby wystąpić nagle jeden krok do przodu i uderzyć z cała mocą.

– Kończę już, rzekł Iwan Iwanowicz, zatrzymując się na krawędzi ulicy. – Jeśli ma pan dziecko i zauważy pan, że jest ono wyjątkowo spokojne, ulegle, nie ma oczekiwań, jest ideałem, to wiedz pan, że jest ono na najlepszej drodze do depresji. Życie dołoży mu jedno lub dwa cięższe przeżycia i depresja przyjdzie sama, nieproszona. Przeraź się więc pan jak najwcześniej i przeciwdziałaj! Mówi to panu obserwator życia, zdrowia i chorób, naturalnych i nienaturalnych, somatycznych, psychosomatycznych i psychicznych.

– Który wie, co mówi! – Dodałem od siebie, absolutnie szczerze.

Dokładnie tak. – Odparł Iwan Iwanowicz, po czym uścisnęliśmy sobie ręce serdecznie jak zrośnięci ze sobą bracia.

Tego dnia nie kupiłem nic na obiad, aby dokładnie przetrawić i przyswoić sobie wszystko, co powiedział mi Iwan Iwanowicz Iwanczyn.

Człowiek depresjonowany

Dzwonek do drzwi wprowadził mnie w rzeczywistość niedostępną większości ludzi, w krainę pierwszego wtajemniczenia. Na progu stał Wiktor, niby taki sam jak zawsze, a inny. Wyglądał na zmęczonego, był stłumiony i przybity. Grymas na twarzy wskazywał ni to cierpienie, ni to gniew.
Co ci jest, Wiktorze? Jesteś chory czy coś się stało? – właściwie nie musiałem pytać, ponieważ Wiktor prawdopodobnie sam zacząłby mówić o przyczynie nagłej wizyty.
To ta cholerna depresja. Wprowadza mnie w nastrój, którego nawet nie potrafię porządnie określić. Nie jestem w stanie niczego zrobić, ponieważ nie mogę skoncentrować się. Niby nic mi nie jest, a rozerwałbym siebie z wściekłości, bo czuję się jak zbity pies. Wypluty i do niczego.
Nie wiedziałem, ze cierpisz na depresję. Od kiedy? Jak do tego doszło? Chyba nie pojawiła się tak znikąd?– zarzuciłem gościa serią pytań, prawdopodobnie niepotrzebnych. Nigdy nic nie zauważyłem – dodałem na zakończenie. Byłem naprawdę zaskoczony. Znałem Wiktora od lat i nie miałem nawet pojęcia, że ma depresję.
Nigdy nie spotykaliśmy się, kiedy czułem się tak parszywie, jak w tej chwili. Niektórzy wolą przeżywać depresję w samotności, męcząc się ze sobą i nie chcąc męczyć innych. To nie jest powód do dumy. Ja sam nienawidzę siebie serdecznie, kiedy czuję się tak fatalnie jak dzisiaj. Nienawidzę się za to, że nie potrafię wyrwać się ze złego samopoczucia, aby móc robić coś, co daje radość, przyjemność lub przynajmniej poczucie spełnionego obowiązku. Jestem wtedy drażliwy i wybuchowy.
Milczałem domyślając się, że Wiktor sam powie więcej.
Przepraszam cię, że wpadłem do ciebie i męczę cię moją obecnością. Rozpaczliwie potrzebuję ożywić się, pobudzić się kontaktem z drugą osobą, mówieniem, myśleniem. Wziąłem sobie ciebie na cel, bo jesteś najbliżej i lubisz mówić. To dziwne – przyjaciel zamyślił się na chwilę. Wyobraź sobie… Na twarz Wiktora powracało ożywienie. Wyobraź sobie, że depresja to nie jest choroba w sensie takim, że masz ją stale. Ma się dobre i złe dni, dobre i złe godziny, a nawet minuty. Czy uwierzysz, że człowiek z depresją może być bardzo twórczy, a nawet prowadzić życie pełne osiągnięć, sukcesów i uznania? Czy kiedykolwiek pomyślałbyś o tym?
Chyba wyraz niedowierzania na mojej twarzy sprawił, że Wiktor pośpieszył z wyjaśnieniem.
Winston Churchill, powszechnie znany były premier Wielkiej Brytanii, miał depresję. Mówił o niej „black dog” (czarny pies). Kto by pomyślał, że dokucza mu ta choroba? Czasem myślę, że chyba przykład takich ludzi jak on powoduje, że odczuwam do siebie odrazę, że złe samopoczucie zabiera mi część życia, która mogłaby być pozytywna i twórcza. Która powinna być taka!
Nie przesadzasz, Wiktorze, z ta nienawiścią do siebie? Jeśli jesteś chory, to dlaczego miałbyś siebie nienawidzić? – zapytałem nie przeczuwając, do czego może doprowadzić moja ignorancka nieostrożność.
Nie wmawiaj mi, że jestem chory, k…. m..! Nieprzerwanie usiłuję wybić sobie ze łba to przekonanie, aby nie popaść w pesymizm, rozpacz i beznadziejność, a ty mi o tym przypominasz. To, że przeklinam i to strasznie, to tylko beznadziejna próba walki z samym sobą, z dolegliwością. Głupia próba, ale inna nie przychodzi mi do łba. Przepraszam cię – Wiktor zreflektował się na moment. Przekleństwa w mojej sytuacji są wyrazem rozpaczy. Co mam robić, kiedy czuję się koszmarnie, a chciałby czuć się lepiej? Wiem, że to możliwe, a nie wiem, jak to osiągnąć. Nie oczekuję rad w takim wypadku, ani wyrazów współczucia, najwyżej tylko wysłuchania mnie i dania mi szansy powrotu do normalności – Wiktor westchnął głęboko sfrustrowany niemocą, wybuchem gniewu i poczuciem winy.
Co powiesz na propozycję wypicia ze mną mocnej kawy? – nagła twórcza myśl nawiedziła moje szare komórki.
O, to lubię. Cenię twoją życzliwą inteligencję. Kawa pomoże mi bardziej niż słowa pocieszenia i rady – Wiktor nie ukrywał zadowolenia.
Moja propozycja dawała nam obydwu szansę zmiany tematu i pobudzenia.
Od czasu do czasu każdy z nas potrzebuje życzliwego kopniaka w tylną część ciała, Wiktorze.
Przyjaciel zareagował niepewnym uśmiechem na konstruktywne podsumowanie zagadnienia.