Iwan Iwanowicz i depresja. Część 2, ostatnia.

Kilka dni później, jak na ironię tuż przy budynku, gdzie wyrzuca się śmieci, los znowu mnie zetknął z Iwanem Iwanowiczem, osobnikiem twardym w dyskusji jak skala gibraltarska  hartowana wiatrami rządzącymi cieśniną między morzem a oceanem.

– Jak to jest możliwe? – Pyta pan, Michaelu Tequilowiczu. – Niech pan lepiej zapyta, jak to czynią? Już panu mówię. Tatuś pije, bije dzieci i żonę, krzyczy straszne słowa, przynosi wstyd sąsiadom i zakładowi pracy, nie wspominając ludzkości, zarzyga raz i drugi poczekalnię u lekarza jego samego nazywając konowałem od siedmiu boleści. Tak to się zaczyna. – Iwan Iwanowicz rześko podjął wątek urwany okolicznościami poprzedniego spotkania. – Albo, równe możliwe i tragiczne, mamusia chwali nieprzerwanie dziecko, kiedy wykazuje ono perfekcjonizm na przykład spędzając długie godziny nad kajetami, rysując precyzyjne obrazki, ucząc się, aby być pierwszym w klasie, żeby tylko oni, rodzice, byli szczęśliwi. I są szczęśliwi, że mają przykładne dziecko, które nie zrobi nic złego, nie rozbije nikomu okna, nie przeklnie brzydkim słowem, nie naruszy czyichś dóbr osobistych, nie bije się z rówieśnikami, aby pokazać, że jest samcem. Jest wyłącznie przykładnym uczniem żywiącym się pochwałami i radością rodziców, że jest takich udany.

– Co w tym złego, Iwanie Iwanowiczu? – Zapytałem z czystej ciekawości, ponieważ nie wierzyłem w przesadę spraw oczywistych.

– To, że owo pacholę wchodząc w życie, jest do niego kompletnie nieprzygotowane. Nie wie, co płeć przeciwna ma pod spódniczką, gdyż jest zbyt nieśmiały, aby to sprawdzić z czystej ciekawości lub z pierwszego miłosnego uniesienia, kieruje się oczekiwaniami innych a nie swoimi pragnieniami, przywiązuje chorobliwą wagę do wykonywania wszystkiego w sposób doskonały zamiast odwalać robotę, aby mieć ją z głowy, a nie wykonać w sposób zasługujący na pochwalę Najwyższego. To nie wszystko, drogi Michaelu Tequilowiczu! – Wykrzyknął samozwańczy ekspert medyczny widząc moje usta otwarte do następnego pytania.

– Czasy i ludzie sączą w dziecko filmy o okrucieństwach wojny, ociekających posoką potworach zgniatając w ten sposób jego wyobraźnię jak orzeszek laskowy, zamiast rzucić ją na otwarte przestrzenie piękna i słońca.

Zbliżaliśmy się do końca ulicy. Mój towarzysz zapewnił mnie szybko.

– Zmierzam do zakończenia opowiadania, ponieważ widzę już stragan z warzywami, gdzie muszę kupić sześć marchewek i trzy pietruszki, jeśli są mniejsze, lub dwie pietruszki, jeśli są większe. Takie otrzymałem polecenie. – Otóż taki młody człowiek staje się zaproszeniem in blanco do depresji czyhającej za rogiem z podniesioną pałką, jak policjant w komedii Charlesa Chaplina, aby wystąpić nagle jeden krok do przodu i uderzyć z cała mocą.

– Kończę już, rzekł Iwan Iwanowicz, zatrzymując się na krawędzi ulicy. – Jeśli ma pan dziecko i zauważy pan, że jest ono wyjątkowo spokojne, ulegle, nie ma oczekiwań, jest ideałem, to wiedz pan, że jest ono na najlepszej drodze do depresji. Życie dołoży mu jedno lub dwa cięższe przeżycia i depresja przyjdzie sama, nieproszona. Przeraź się więc pan jak najwcześniej i przeciwdziałaj! Mówi to panu obserwator życia, zdrowia i chorób, naturalnych i nienaturalnych, somatycznych, psychosomatycznych i psychicznych.

– Który wie, co mówi! – Dodałem od siebie, absolutnie szczerze.

Dokładnie tak. – Odparł Iwan Iwanowicz, po czym uścisnęliśmy sobie ręce serdecznie jak zrośnięci ze sobą bracia.

Tego dnia nie kupiłem nic na obiad, aby dokładnie przetrawić i przyswoić sobie wszystko, co powiedział mi Iwan Iwanowicz Iwanczyn.

Człowiek depresjonowany

Dzwonek do drzwi wprowadził mnie w rzeczywistość niedostępną większości ludzi, w krainę pierwszego wtajemniczenia. Na progu stał Wiktor, niby taki sam jak zawsze, a inny. Wyglądał na zmęczonego, był stłumiony i przybity. Grymas na twarzy wskazywał ni to cierpienie, ni to gniew.
Co ci jest, Wiktorze? Jesteś chory czy coś się stało? – właściwie nie musiałem pytać, ponieważ Wiktor prawdopodobnie sam zacząłby mówić o przyczynie nagłej wizyty.
To ta cholerna depresja. Wprowadza mnie w nastrój, którego nawet nie potrafię porządnie określić. Nie jestem w stanie niczego zrobić, ponieważ nie mogę skoncentrować się. Niby nic mi nie jest, a rozerwałbym siebie z wściekłości, bo czuję się jak zbity pies. Wypluty i do niczego.
Nie wiedziałem, ze cierpisz na depresję. Od kiedy? Jak do tego doszło? Chyba nie pojawiła się tak znikąd?– zarzuciłem gościa serią pytań, prawdopodobnie niepotrzebnych. Nigdy nic nie zauważyłem – dodałem na zakończenie. Byłem naprawdę zaskoczony. Znałem Wiktora od lat i nie miałem nawet pojęcia, że ma depresję.
Nigdy nie spotykaliśmy się, kiedy czułem się tak parszywie, jak w tej chwili. Niektórzy wolą przeżywać depresję w samotności, męcząc się ze sobą i nie chcąc męczyć innych. To nie jest powód do dumy. Ja sam nienawidzę siebie serdecznie, kiedy czuję się tak fatalnie jak dzisiaj. Nienawidzę się za to, że nie potrafię wyrwać się ze złego samopoczucia, aby móc robić coś, co daje radość, przyjemność lub przynajmniej poczucie spełnionego obowiązku. Jestem wtedy drażliwy i wybuchowy.
Milczałem domyślając się, że Wiktor sam powie więcej.
Przepraszam cię, że wpadłem do ciebie i męczę cię moją obecnością. Rozpaczliwie potrzebuję ożywić się, pobudzić się kontaktem z drugą osobą, mówieniem, myśleniem. Wziąłem sobie ciebie na cel, bo jesteś najbliżej i lubisz mówić. To dziwne – przyjaciel zamyślił się na chwilę. Wyobraź sobie… Na twarz Wiktora powracało ożywienie. Wyobraź sobie, że depresja to nie jest choroba w sensie takim, że masz ją stale. Ma się dobre i złe dni, dobre i złe godziny, a nawet minuty. Czy uwierzysz, że człowiek z depresją może być bardzo twórczy, a nawet prowadzić życie pełne osiągnięć, sukcesów i uznania? Czy kiedykolwiek pomyślałbyś o tym?
Chyba wyraz niedowierzania na mojej twarzy sprawił, że Wiktor pośpieszył z wyjaśnieniem.
Winston Churchill, powszechnie znany były premier Wielkiej Brytanii, miał depresję. Mówił o niej „black dog” (czarny pies). Kto by pomyślał, że dokucza mu ta choroba? Czasem myślę, że chyba przykład takich ludzi jak on powoduje, że odczuwam do siebie odrazę, że złe samopoczucie zabiera mi część życia, która mogłaby być pozytywna i twórcza. Która powinna być taka!
Nie przesadzasz, Wiktorze, z ta nienawiścią do siebie? Jeśli jesteś chory, to dlaczego miałbyś siebie nienawidzić? – zapytałem nie przeczuwając, do czego może doprowadzić moja ignorancka nieostrożność.
Nie wmawiaj mi, że jestem chory, k…. m..! Nieprzerwanie usiłuję wybić sobie ze łba to przekonanie, aby nie popaść w pesymizm, rozpacz i beznadziejność, a ty mi o tym przypominasz. To, że przeklinam i to strasznie, to tylko beznadziejna próba walki z samym sobą, z dolegliwością. Głupia próba, ale inna nie przychodzi mi do łba. Przepraszam cię – Wiktor zreflektował się na moment. Przekleństwa w mojej sytuacji są wyrazem rozpaczy. Co mam robić, kiedy czuję się koszmarnie, a chciałby czuć się lepiej? Wiem, że to możliwe, a nie wiem, jak to osiągnąć. Nie oczekuję rad w takim wypadku, ani wyrazów współczucia, najwyżej tylko wysłuchania mnie i dania mi szansy powrotu do normalności – Wiktor westchnął głęboko sfrustrowany niemocą, wybuchem gniewu i poczuciem winy.
Co powiesz na propozycję wypicia ze mną mocnej kawy? – nagła twórcza myśl nawiedziła moje szare komórki.
O, to lubię. Cenię twoją życzliwą inteligencję. Kawa pomoże mi bardziej niż słowa pocieszenia i rady – Wiktor nie ukrywał zadowolenia.
Moja propozycja dawała nam obydwu szansę zmiany tematu i pobudzenia.
Od czasu do czasu każdy z nas potrzebuje życzliwego kopniaka w tylną część ciała, Wiktorze.
Przyjaciel zareagował niepewnym uśmiechem na konstruktywne podsumowanie zagadnienia.