Kontrrewolucja. Kierunek mądrości narodu: w parę czy w gwizdek?

L0031338 An itinerant doctor, by a subterfuge, cures an undergraduate Credit: Wellcome Library, London. Wellcome Images images@wellcome.ac.uk http://wellcomeimages.org An itinerant doctor, by a subterfuge, cures an undergraduate hoaxer of his supposed maladies of lying and bad memory. Coloured etching by T. Rowlandson, 1807, after G.M. Woodward. Coloured etching 1807 By: George Moutard Woodwardafter: Thomas RowlandsonPublished: July 9 1807 Copyrighted work available under Creative Commons Attribution only licence CC BY 4.0 http://creativecommons.org/licenses/by/4.0/

http://wellcomeimages.org
An itinerant doctor, by a subterfuge, cures an undergraduate hoaxer of his supposed maladies of lying and bad memory. Coloured etching by T. Rowlandson, 1807, after G.M. Woodward.
Coloured etching
1807 By: George Moutard Woodwardafter: Thomas RowlandsonPublished: July 9 1807
Copyrighted work available under Creative Commons Attribution only licence CC BY 4.0 http://creativecommons.org/licenses/by/4.0/

Kraj reformuje się. Dla mnie najciekawsza jest reforma systemu emerytalnego odbywająca się pod hasłem ” Emeryci, łączcie się w postemeryckim dobrobycie!”. Hasło jest zapożyczone z poprzedniego ustroju, który był ustrojem równości społecznej, z tym, że była to równość w ubóstwie. Obecny pomysł reformy emerytalnej jest demokratyczny i zmierza do równości w bogactwie. Jest to pomysł krajowy, nieimportowany; mając wielu geniuszy, nie mamy potrzeby sięgać za granicę.  

Mnie podobają się emerytalni geniusze zagraniczni. Jestem bardziej międzynarodowy. To wada rozwojowa, coś jak skrzywienie kręgosłupa, tylko w odwrotną stronę niż u krajowych reformatorów emerytur. Myślę o Australii, o antypodach, gdzie ludzie chodzą do góry nogami. Śmiesznie to wygląda, kiedy patrzy się z kosmosu; z innej, krótszej perspektywy widać tylko muszelki na plaży Bondi Beach. Plusem kosmicznego położenia Australii jest to, że krew napływa Australijczykom obficiej do głowy. Może dlatego wymyślili sobie inny system emerytalny.

Kiedy przyglądałem się sprawie z bliska, co nie było łatwe z uwagi na upały, w Australii były dwa systemy emerytalne: jeden państwowy o charakterze świadczeń społecznych przyznawanych osobom, które niezależnie od tego, czy pracowały czy nie, nie mają dostatecznych środków do życia i mogą uzyskać emeryturę państwową (zwaną pension). Jej wysokość zależała od wielkości dochodu (np. pomoc od rodziny, odsetki od oszczędności, praca dorywcza itp.) oraz od wartości posiadanych aktywów (oszczędności bankowych, domu, ziemi, papierów wartościowych itp.)

Drugi rodzaj to emerytura (zwana superannuation) gromadzona w czasie lat pracy, kiedy pracownik płaci składki emerytalne. Nie wiem jak jest teraz, ale kilkanaście lat temu były one elastyczne. Istniało jakieś minimum składki miesięcznej, ale – jeśli ktoś życzył sobie mieć wyższą emeryturę – mógł tę składkę zwiększyć. Ustawową zasadą było to, że do składki płaconej przez pracownika pracodawca dopłacał jej równowartość. Jeśli płaciłeś 50 $ składki miesięcznie, to drugie 50 $ dopłacał ci pracodawca. Jeśli decydowałeś się podwyższyć tę składkę do 100 $, to drugie 100 $ miał obowiązek dopłacić ci pracodawca. Głupie może było w Australii jedynie to, że podwyższała ona wiek emerytalny podobnie jak wszystkie inne kraje na świecie, zamiast wziąć dobry przykład z naszego kraju i wiek ten obniżyć.

Tak sobie myślę, nieśmiało, choć szczerze, że przydałby się nam oświecony rządca-jedynowładca, jeśli to już konieczne, choć nie sądzę, który rozwijałby już istniejące systemy: emerytalny, konstytucyjny, nauczania, pomocy rodzinie, podatkowy, ochrony zdrowia, sprawiedliwości, i inne, zamiast z poświęceniem zwalczać wszystkie istniejące już systemy.

Zadaję też sobie pytanie, czy jeśli władzy nie jest potrzebna konstytucja i inne systemy stworzone drogą demokratyczną, to może demokratycznemu społeczeństwu nie jest potrzebna taka władza? Przetrawmy to sobie, Bracia i Siostry, w naszej mądrości zbiorowej, która jest niczym innym jak mądrością rozproszoną, czasem mądrze a czasem głupio, w zależności od głowy, gdzie podobno mieści się rozum. Ostatecznie w narodzie liczy się suma mądrości mądrej i głupiej (modlę się, oby nasza miała znak dodatni) oraz kierunkowy impet tej sumy, inaczej mówiąc, czy idzie ona w parę czy w gwizdek. Po tym jak wysłuchałem dzisiaj Rysia Czarneckiego, którego ubóstwiam, bo rozjaśnia mi wszystko w głowie i to z perspektywy europejskiej, oczekuję, że na wiosnę na wierzbach będzie znacznie więcej gałązek do wyrobu doskonałych gwizdków.

Bardzo mnie to cieszy, ponieważ mamy partię i rząd niezwykle rozważnie podejmujące decyzje, czy energia narodu ma iść w parę czy w gwizdek.

 

Ameryka Łacińska. Intensywny przegląd uczuć Świętego Mikołaja.

democracia
Szukałem natchnienia. Spóźniało się. Dopadło mnie dopiero nad jeziorkiem, wykręciło głowę i język w kierunku Ameryki Łacińskiej, gdzie życie polityczne jest bogatsze i bardziej kolorowe.

A jednocześnie podobne do naszego. Oto coś, co mi się wyobraziło.

Najpierw otuliły mnie pieszczoty mroźnego wiatru latynoamerykańskiego zmieszanego z okrzykami „Democracia!, Democracia!” wznoszonymi na manifestacjach jakiegoś „Comité de la Defensa de Democracia” (tłumacząc na nasze KOD-u), a zaraz potem w jakimś parlamencie, gdzie większość parlamentarna partii „Derecho y Justicia” (dokładnie tłumacząc „Prawo i Sprawiedliwość”) też intonuje głośno „Democracia!”, „Democracia!”.

A propos, „Derecho y Justicia” ma w Googlu 339.000 haseł, co by świadczyło, że idea prawa i sprawiedliwości jest popularna nie tylko u nas. „Defensa de Democracia” ma 305.000 haseł. Też nieźle.

Dla przybliżenia piękna języka i oryginalnej kultury politycznej Ameryki Łacińskiej wyjaśniam, że „derecho” znaczy „prawo”, „partido” znaczy „partia”, „nacion” znaczy „naród”, „defensa” znaczy „obrona”, „justicia” znaczy „sprawiedliwość”, a „democracia” znaczy to, co każdy wie. Innych wyrazów nie tłumaczę.

Do Ameryki Południowej jesteśmy podobni także pod względem urzędu i splendoru. „Presidente” znaczy tam zarówno „prezydent” jak i „prezes”, omen nomen, to samo, co u nas, czyli … Przepraszam, zapomniałem, co chciałem napisać. Może coś szpetnego, skoro uciekło mi to z głowy?

U nas zwolennicy i przeciwnicy demokracji krzyczą równie głośno Demokracja! Demokracja! Jest to oczywiście parodia, polegająca na tym, że białe nazywa się czarne, a czarne nazywa się biale.

Co krzyczy w parlamencie latynoamerykańskim słynny anarchista Kuki16, starszy dzisiaj o rok i dużo bardziej doświadczony politycznie, nie wiem, bo on głównie śpiewa canciones i gra na guitarra, w czym jest dobry; w parlamencie przeważnie wstrzymuje się od głosu. Nie wiem też, czy jemu demokracja jest potrzebna, bo i tak przecież chce wszystko rozmontować. Oby tylko nie chciał rozmontować „Derecho i Justicia”, co mogłoby przyjść mu do głowy, skoro – jak to przepowiadają prorocy, niechciani, samozwańczy, bredzący trzy po trzy, krótko mówiąc oszołomy w rodzaju don Kichota z Manchy i jego giermka Sancho Pansy oraz niżej podpisanego – partia ta sama myśli o demontażu Kuki16 i przeciągnięciu resztek materiału w swoim kierunku. Rozbiórka nowiutkiego skansenu historycznego może i ma sens, jeśli czyni się to dla dobra narodu.

Inkantacje w parlamencie Demokracja! Demokracja! świadczą o tym, że w PiS-ie jest coraz więcej zwolenników tego ustroju. Cieszy mnie to bardzo, bo też jestem za nim. Te same okrzyki po stronie partii rządzącej i opozycji kompletnie mylą jednak połowę społeczeństwa, co jest grane. Ja, choć nie ma słuchu, znam tę melodię na tyle, że się domyślam. Druga połowa narodu również domyśla się. Ktoś powiedział o niej, że jest gorsza. Może to i prawda, skoro myśli i czuje?

Od czasu wyborów parlamentarnych obserwuję w kraju gwałtowny przyrost pozytywnych zboczeńców; coraz więcej obywateli kocha Pana Prezesa oraz Pana Prezydenta, zwyczajnie lub inaczej, co leży w naturze ludzkiej od czasu Darwina, któremu małpa pomyliła się z człowiekiem. Dzisiaj wiemy, że nie była to omyłka.

O miłości i nienawiści społeczeństwa do władzy mówią sondaże opinii publicznej.

– Kto je bierze pod uwagę? – Pytam się. – Chyba tylko nieliczni ignoranci, którzy postudiowali lub poczytali o tym, co to jest statystyka i sondaże, i jak należy je interpretować.

– Bardzo prosto, jeśli sondaż jest dobry dla nas, to jest poprawny i znaczący, jeśli nie, to kto by się takimi głupotami przejmował.

Niespokojny sen Władimira Wielikiego 

W nocy, co trzeba podkreślić, gdyż Władimir Wielikij śnił także w dzień, miał on sen, bardzo niespokojny. Zbudził się spocony. Podeszła niania, była w randze gienierała lejtnanta, aby go utulić.

– Czy już jestem carem, nianiu?

– Nie, jeszcze nie, kochanie. Ale już niedługo. – Uspokoiła go i poprawiła kołdrę.

Rano Władimir Wielikij czuł się również niespokojnie. Chodził po wysokich schodach w górę i w dół, w górę i w dół, aby sprawdzić, czy ogromne odrzwia otwierają się i zamykają równie łatwo i bezszmerowo jak poprzedniego dnia. Martwił się. Miał swoje powody.

Poprzedniego dnia ktoś strzelił głośno za oknem i ktoś się przewrócił. A potem nastąpiło coś, o czym nigdy nie słyszał. Z głębi miasta wyszedł wielki wąż, potwornie długi i rozlał się po ulicach, a potem pełzł i pełzł powoli, niósł transparenty i strasznie milczał. I to milczenie było najstraszniejsze.

Władimir Wielikij wiedział, co zrobić. Polecił wysłać wszędzie kondolencje, szczere, najszczersze, co zrobiono. Wtedy uspokoił się.

W salonie, gdzie miał gabinet, usiłował dosięgnąć wzrokiem korony leżącej na szafie. Było to zbyt daleko, bo był to gabinet salonowy, a może nawet salon gabinetowy, Bóg raczy wiedzieć, jak to nazwać, bo był naprawdę wielki. Władimir Wielikij zadał sobie trud, aby wstać i podejść do korony. Nie musiał tego robić, bo przecież mogliby go zanieść do niej gwardziści.

Przymierzył koronę. Pasowała jak ulał. Położył ją z powrotem na szafie, obrócił się na pięcie dookoła osi, która była prosta jak struna, trzy razy, bo był przesądny. Znowu przymierzył koronę. Nie pasowała!

Sztuczkę z koroną powtórzył kilka razy, osiągając te same wyniki. Raz pasowała, raz nie pasowała. To go rozeźliło. Aby uspokoić się wrócił do biurka, gdzie leżała kulka z napisem „Diemokracja”. Była spora, plamiasta. Lubił bawić się nią w prestidigitatora. Był to jego drugi zawód, o którym nikt nie wiedział. Pierwszy znali wszyscy na świecie. To go trzymało na duchu, który wciąż był czysty i niewinny. Nie tylko on w to wierzył.

Sztuczka, która ćwiczył, polegała na tym, że kiedy otwierał dłoń z kulką, raz pokazywała się ona z napisem „Diemokracja jest!”, a drugi raz z napisem,” Diemokracji niet!”. Lubił to ćwiczyć, bo zmiany napisów go bawiły.

– Kiedyś pokażę ją tym zarozumiałym Amerykanom i Europejczykom, którzy dybią na mój majątek. – Pomyślał i z dumą poklepał się po ramieniu.

– Ech, co to za majątek! Takiego majątku nie ma nikt na świecie!. – Westchnął z radością, która wypełniła go po brzegi jak szampan wypełnia kielich. Władimir Wielikij siadł za biurkiem i zaplanował nowy dzień. Na dworze czekały już niezmierzone rzesze poddanych, którzy go uwielbiali. Nie wszyscy, ale solidne osiemdziesiąt pięć procent. To mu wystarczało. Nie był chciwy. Wszyscy to wiedzieli. A jak nie wiedzieli, to tylko dlatego, że byli głupi.

I byłoby to bardzo piękne, gdyby nie wąż, który powrócił dwa dni później i długo szedł na cmentarz, aby pozostać już tam na stałe i strasznie milczeć. Co gorsze, wąż powiedział mu we śnie: Będę to robić aż do skutku.

Sędzia od Świętego Jerzego  — Michael  Tequila

Serdecznie Państwa zachęcam do zakupu mojej powieści psychologiczno-obyczajowo-kryminalnej „Sędzia od Świętego Jerzego”, która w postaci książkowej (drukowanej) jest od wczoraj w sprzedaży po cenie promocyjnej 19 zł w sklepie internetowym www.zaczytani.pl.

W ciągu jednego-dwóch tygodni powieść będzie dostępna także w innych księgarniach internetowych i tradycyjnych. Będę o tym informować na blogu i na Facebooku podobnie jak i o promocyjnych spotkaniach autorskich na terenie Gdańska.