Pensjonat Jutrzenka czyli wariacje na temat mijającego czasu. Nocna trójca.

Siwobrody wzbudzał zaufanie swoim wyglądem i zachowaniem. Ordynator czuł się z nim bezpiecznie. W duchu nazwał go Wizytatorem, ponieważ przychodził niespodziewanie, przeważnie w nocy, badał go i analizował stan jego zdrowia. Ordynator czuł się niezręcznie tylko wtedy, kiedy Siwobrody zadawał mu pytania. Były one dociekliwe, sięgały wnętrza psychiki Ordynatora, jego dzieciństwa i podświadomości. Którejś nocy Ordynator zauważył myckę na głowie Siwobrodego. To już było nie do zniesienia.

– Ja chyba oszaleję. – Oświadczył rano współpracownikom, kiedy przynieśli mu pierwsze wiadomości i dokumenty do przejrzenia.

Był niewyspany i rozdrażniony. Miał trudną noc. Poświęcił ją obmyślaniu projektu konstrukcyjnego i budowy Pomnika Wiernego Sobowtóra. Postać ta pojawiała się regularnie w jego domu, prowadziła z nim rozmowy na temat Pensjonatu, jak nim kierować, co poprawić, co zmienić. Obydwaj knuli także intrygi; była to materia zbyt delikatna, aby Ordynator mógł robić to z kimkolwiek innym. Nie miał z tym problemów, ponieważ uważał intrygę za rzecz najbardziej normalną w świecie, w którym inni spiskowali przeciwko niemu dybiąc na jego stanowisko, a niekiedy i życie.

 – Knując intrygi, ubiegam tylko zmowy prowadzone przeciwko mnie. – Kiedy myślał o tym, przypominali mu się wszyscy nieszczęśnicy, jacy oddali życie nie zachowując ostrożności, zapominając zapobiec tragedii osobistej poprzez uderzenie prewencyjne.

Dla pewności Ordynator otoczył się grubym murem ochroniarzy, każdy z nich chłopisko większe i masywniejsze od następnego. Byli to policjanci i wojskowi o różnych specjalnościach i bogatym doświadczeniu walki na otwartej przestrzeni, w gęstej zabudowie miejskiej, jak i w dżungli usłanej jadowitymi wężami, wygłodniałymi krokodylami oraz pułapkami w ziemi najeżonymi ostrymi palami na dnie. Ochroniarze Ordynatora byli starannie dobrani. Idący na przodzie byli dalekowzroczni, po bokach szli zezowaci, zdolni szybko rzucać czujne spojrzenia w prawo i w lewo, w środku kolumny posuwali się ochroniarze o skórze nie do przebicia nawet ostrym nożem.

Sinobrody, badając Ordynatora, pytał go wielokrotnie, czy nie przesadza z ochroną osobistą, która kosztuje krocie, jest liczebności małej armii i wygląda jak ruchomy czołg na krzywych nogach. Były to pytania tak złośliwe, że Ordynator udawał, że ich nie słyszy. Podobnie postępował z wątpliwościami wyrażanymi przez mieszkańców Pensjonatu Jutrzenka, którzy uparcie powracali do tematu, po co mu tak liczna ochrona i kto za nią płaci. Było to pytanie retoryczne, bo wiadomo było, że to oni płacą ponosząc koszty pobytu w Pensjonacie Jutrzenka.

W momentach szczególnego nasilenia pytań Ordynator zastanawiał się, czy czasem Sinobrody i Opozycja nie współpracują ze sobą uparcie dociekając liczebności i kosztów jego ochrony. Zirytowany odpowiadał im pod nosem „Gówno was to obchodzi!”, ciesząc się, że nic nie mogą mu zrobić.

0Shares

Pensjonat Jutrzenka czyli wariacje na temat mijającego czasu. Sinobrody.

Nocami Ordynatora nachodził obcokrajowiec. Wkraczał bez pytania do jego sypialni i zadawał mu pytania. Był szczupły i niezbyt wysokiego wzrostu, wyróżniała go także zgrabnie przycięta siwa broda, z rodzaju tych nienoszonych obecnie przez mężczyzn. Ordynator nazwał go Siwobrodym. Pomijając konwenanse określające, co wypada a co nie, powiedział mu to otwarcie, na co obcy zgodził się bez wahania. Uśmiechnął się tylko blado.

Sinobrody mówił biegle po niemiecku i po angielsku. To odpowiadało Ordynatorowi, choć wolałby po łacinie. Na studiach lekarskich uczył się łaciny, znał nawet wiele przysłów w rodzaju „Homo homini lupus est” czyli „Człowiek człowiekowi jest wilkiem”. To akurat nie miało znaczenia, ale nabierało pewnej barwy wobec zmian klimatycznych, które nie ominęły także Pensjonatu.

W rozmowach z Siwobrodym Ordynator radził sobie dobrze w obydwu językach. Po pewnym czasie zauważył jednak, że nie za bardzo, bo rozmówca go nie rozumiał. Ordynator uznał, że jest to znak równowagi w komunikacji. Wtedy doszedł też do przekonania, że nie zna żadnego języka obcego. Nie było to nic nadzwyczajnego; większość personelu Pensjonatu Jutrzenka była słabieńka w językach jak inkubatorowy wcześniak, mimo doceniania znaczenia tych organów w konsumpcji i komunikacji. Fakt nieznajomości języków obcych stał się podstawą ich przekonania, że obcokrajowcy są podli. Mieszkańcy Pensjonatu nie znosili ich z zasady.

– Lepiej podciąć sobie żyły, niż zatańczyć z kimś obcym. To ludzie niebezpieczni, mają dziwne zwyczaje, mówią niezrozumiale i zachowują się obco, nie wspominając szamponów i perfum nie z tej ziemi. – Orzeczenie to wydała Zula Tschubaschek, niegdyś prawa ręka Ordynatora. Najlepiej czuła się w towarzystwie jego, kolegów z Pensjonatu, męża i pracowników ogrodnictwa. Doskonale znała się na kwiatach i umiała je podlewać nawet wtedy, kiedy upały dorównywały pożarom. To wszystko, zwłaszcza obycie z wodą i wiadrem, zadecydowało o jej błyskotliwej karierze. W swoim czasie została uznana za jedną z najważniejszych królowych na świecie i przepasana szarfą na podium. Nie zajęła wprawdzie pierwszego miejsca, ani nawet trzeciego, ale nie był to żaden dyshonor.

– Jej nadzwyczajna popularność wynika z samego jej istnienia i obecności medialnej. Kiedy ktoś występuje w roli prawej ręki Ordynatora, nawet gdyby wykonywał tylko lewatywę, będzie powszechnie znany i podziwiany. Takie jest uniwersalne prawo popularności celebryckiej. – Opinię tę lansowali przeciwnicy Ordynatora, ludzie zagubieni w rzeczywistości od czasu jak odsunięto ich od żłobu.

Nie wszyscy oczywiście; niektórzy zachowali bolesną przytomność umysłu i przestali zaglądać do kieliszka upojenia władzą. Byli to ci, którzy pytali:

– Czy ja jestem koniem, abym przywiązywał się do żłobu?

Żłób był ucieleśnieniem najwyższych wartości i stanowił wspólną własność Pensjonatu, z wyłączeniem mieszkańców. Partycypowały w nim tylko władze. Był to efekt prawa sformułowanego przed wiekami przez ojców i doktorów kościoła, że władza pochodzi bezpośrednio od Najwyższego, w związku z czym nie wszyscy się do niej kwalifikują. Tylko ci najpobożniejsi. 

0Shares

Pensjonat Jutrzenka. Odświeżona interpretacja zdarzeń z 13 czerwca.

Przed godziną szóstą rano obudziło mnie klekotanie przypominające stukanie młoteczkiem w zardzewiałą blachę. Siadłem na łóżku. Jak tylko postawiłem nogi na podłodze, pojawiły się wyrzuty sumienia, zupełnie jak głód w wycieńczonym organizmie.

– Zbyt ostro opisałem sytuację w Pensjonacie Jutrzenka. Nie znowu jakieś tam duby smalone, szaleństwa panny Ewy czy szaleństwo Almayera, abym mnie miało rzucać po łóżku, ale też i nie najłagodniejsze, skoro coś mnie zbudziło tak wcześnie i ciągnie na fotel przed komputerem.

– Pisz! – usłyszałem nad głową.

– Co mam pisać? – zawołałem skonfundowany, włączając komputer. – Domyśliłem się, że polecenie wydał mi głos wewnętrzny.

Zapadła cisza. Po chwili świat zewnętrzny otworzył się i ze wszystkich stron zaczęły napływać wiadomości, przenikając przez framugi okienne, szparę pod drzwiami, przesączając się przez ściany na wzór hałasu. Zacząłem pisać..

W Pensjonacie pogłębia się ubóstwo, ludzie przestali interesować się sprawami publicznymi, pojawiły się nieuzasadnione przekonania, że skoro dzisiaj jest w sprzedaży mleko o zawartości 3,25 procent tłuszczu od czarnych krów oraz 2,5-procentowe od chudych i łaciatych, to jutro też będzie. Mieszkańcy zamknęli się sobie, przestali słuchać wiadomości, poczuli się nimi zmęczeni, nie dowierzali im.

– W czym rzecz? – Zadałem sobie pytania. Mój niepokój, że dzieje się coś nienormalnego, pogłębił się: w pokoju nie było żywej duszy, a na zewnątrz wciąż panowała poranna cisza.

Na ekranie komputera pojawiły się rozmazane obrazy ludzi, przedmiotów i zdarzeń. Z gmatwaniny sygnałów zrozumiałem, że Pensjonat opanowała bryndza duchowa, pacjenci tkwią we mgle odurzenia, nie wiedzą, co myśleć, stale potrzebują przewodnika, który im objaśnia, co się wokół dzieje, oraz palucha wskazującego drogę przez Pustynię Niepewności do Ziemi Obiecanej.

Podsumowałem sytuację.

– Nie ulegało wątpliwości, w Pensjonacie zapanował marazm grożący demencją, a może i czymś gorszym.

Ordynator Mirakles miał odmienne zdanie. Nie przemawiał często. Oszczędzał się, twierdził, że trudno jest mu otwierać usta, bo nie jest już taki młody.

– Faktem jest – wyznał to otwarcie – że trudniej jest mi chodzić, zdrowie mniej mi dopisuje, mam cięższy chód i trochę za bardzo przytyłem. – Jego coraz bardziej zmierzwiona, siwa broda, mimo zaniedbania, nadawała mu powagi. Siedząc, był najbardziej aktywny, nieprzerwanie podchodził ktoś do niego na konsultacje.

– Moja diagnoza jest odmienna. – Zaczął powoli, aby od razu nie przegrzać organizmu. – Nie uważam, że rośnie poziom zaburzeń. Oceniam go na nie więcej niż sześć w skali od jednego do dziesięciu. To normalna sytuacja. Ci, którzy to twierdzą, że jest inaczej, to oszuści, którzy zamiast hodować króliki napędzają nienawiść. Mam nadzieję, ze mnie doskonale rozumiecie. Robimy wszystko, aby wyprowadzić Pensjonat  na prostą, lecz wciąż ktoś rzuca nam kłody pod nogi. Nie wiemy dokładnie kto, bo ci ludzi chodzą w kapturach i nieprzezroczystych pelerynach, nawet gdy nie pada deszcz. W ogóle jest bardzo dobrze, bo ludzie chętnie mnie słuchają, a wiem niemało. Dużo jeździłem po świecie, utrzymuję bliskie kontakty z siłą wyższą i mam wgląd w przyszłość.

Zadzwonił telefon i musiałem oderwać się od komputera.

– Marmur! Przepraszam, Zenon! – Zabrzmiał zdecydowany głos przyjaciela. W tle usłyszałem charakterystyczny dźwięk dzwonu kaplicy w Pensjonacie wzywającego na modlitwę poranną.

– Wiem, że nie wierzysz w to, co tutaj się dzieje. – Kontynuował przyjaciel. – Uwierz w to, co mówią i pokazują w telewizji, ale tylko w kanale Tuba. Najgorsze jest to, że ci w kapturach i pelerynach przypisują rosnące otępienie Ordynatorowi i jego drużynie konduktorskiej, chciałem powiedzieć lekarskiej. Mówią o niej, że zamiast zająć się diagnozą i leczeniem mieszkańców pensjonatu, sama wypluwa z gardła zarazki jak niegdyś wieloryb Jonasza. A przecież wszystko jest piękne. Jest lato i kwitną kwiaty. I to jakie! Nie mogę się ich nawąchać do woli.

0Shares

Pensjonat Jutrzenka. Wariacje na temat mijającego czasu. Ordynator przemawia do pacjentów.

W przypadku Ordynatora Miraklesa kształt głowy określał świadomość, nie byt, jak to błędnie twierdził Max Weber, którego lubił cytować Karol Marks, autor niezwykłych pomysłów i eksperymentów społecznych.

Ten wspaniały brodacz, specjalista od fajerwerków o kształcie bolesnych ludzkich zmarszczek, przy których pacjenci Pensjonatu Jutrzenka bawili się w chłonne mózgi pożerające własne myśli albo w psy gryzące dla żartu własny ogon. Rozfiglowanie mieszkańców wymagało niekiedy rodzicielskiej  interwencji Ordynatora.

– Jestem dla was jak ojciec i nie mogę, doprawdy, nie mogę, traktować was jak rebeliantów zakłócających pracę tego wspaniałego szpitala, naszego wspólnego dobra.

Po wygłoszeniu takiego lub podobnego wstępu, Ordynator prosił wszystkich, aby mu się nie sprzeciwiali. Swoje umiłowanie ładu i porządku przedstawiał cierpliwie i łagodnie. Sam się potem dziwił, jak bardzo jego słowa zapadały w ludzkie serca.

– W Pensjonacie Jutrzenka to ja jestem ordynatorem, wy jesteście tylko pacjentami w potrzebie, dlatego tylko ja decyduję, co było, jest i będzie, zupełnie jak Bóg na Niebie, który jest zbyt daleko, abym Wam tłumaczył, co o tym wszystkim myśli.

Pacjenci poruszeni jego niezwykłymi słowami, śpiewali z nim nabożne pieśni, wznosili entuzjastyczne okrzyki, wspominali bohaterską przeszłość, aby nie przykrył jej czarny kir zapomnienia. 

Osoby niechętne jego słowom, czego nie rozumiał, a tym bardziej nie akceptował, określał w sposób zrozumiały nawet dla dziesięciolatka, używając języka medycyny. Przypominał sobie różne interesujące choroby, epidemie i boleści, i tak ich nazywał. A to gorączką nocną, zarazą, cholerą, a to szkorbutem, a nawet łagodną wścieklizną.

Ponieważ niektórzy mieszkańcy Pensjonatu niepotrzebnie przedłużali spotkania, zadając mu pytania lub wypowiadając się niepotrzebnie, Ordynator uchwalił nowy regulamin. Przewidywał on, że w Pensjonacie nikt nie może przemawiać dłużej niż minutę bez  pozwolenia. Trafność decyzji Ordynatora podziwiali w szczególności jego najbliżsi współpracownicy, Administrator oraz Plenipotent.

0Shares

Pensjonat. Dzień przebudzenia. Pierwsze wiadomości. Opowiadanie abstrakcyjne. Tekst zaktualizowany.

Obudziłem się z długiego męczącego snu, czując, że ciało mam obolałe w każdym zakątku. Zniżyłem żaluzje w oknie i gapiłem się chwilę w przestrzeń krecimi oczami, nawykłymi do ciemności. Na dworze było słonecznie. Jasność wlała się do pokoju strumieniem, wypełniając go do najmniejszej szczelinki, milcząco, jakby przyszła z cmentarza. Było to jednak jakieś inne milczenie, odmienne, niemożliwe do określenia.

Przyszło mi do głowy, że świat się zmienił nie do poznania. W ciągu godziny zdałem sobie sprawę, że nie nastąpiły one w nocy, ale rozwijały się od dłuższego czasu, niektóre nawet latami, powoli, systematycznie i tak usypiająco, że je normalnie ignorowałem. Pojawiły się piedestały, a na nich ludzie, zwani ważniakami. Było ich niemało, każdy kraj miał swojego ważniaka, czasami nawet kilku. Wszyscy charakteryzowali się specyficznym kształtem głowy, przeważnie były to głowy kwadratowe i prostokątne, czasem także panoramiczne.

Z myślenia wybił mnie dzwonek telefonu. Dzwonił przyjaciel. Od pewnego czasu przebywał w Pensjonacie Jutrzenka.

– Marmur. – Zwrócił się do mnie.

Od razu wiedziałem, że chce mi powiedzieć coś przykrego. Przerwałem mu. To było w dobrym tonie. Wszyscy to robili. – Daj spokój. Przestań żartować. To, że mam mocne poglądy, nie znaczy, że możesz mnie tak nazywać. Mam na imię Zenon. Zapamiętaj to sobie. – Odpowiedziałem, nie bez niechęci, na jaką zasługuje każdy przejaw bezmyślności. 

– Nie unoś się, bo wzlecisz w powietrze jak balon. – Nie pozostał mi dłużny. – Chcę ci tylko powiedzieć, co zmieniło się w kraju i na świecie. Przeczytałem właśnie najnowsze serwisy. Zrobię tylko podsumowanie. Nastały czasy Abstrakcji. Każdy mieszkaniec globu stał się abstraktem, czymś nieokreślonym, sam najczęściej o tym nie wiedząc. Bezpowrotnie minął okres wielkich odkryć geograficznych. Co innego jest teraz ważne. Ludzie i małe społeczności odkrywają na nowo samych siebie, przestają idealizować hałas i postęp, zaczynają cenić ciszę i spokój, a nawet zastój, wielbić rośliny i naturalność kota i wielbłąda, pustyni i lodowca.

Podjąłem obserwację rzeczywistości. Zacząłem prowadzić notatki, zamierzałem nawet wszczepić sobie chip pamięci do mózgu, aby powiększyć zdolność zapamiętywania. Wszystko zmieniało się tak szybko, że prawie przestałem myśleć i mówić w czasie teraźniejszym, bo zanim nastał, stawał się już czasem przeszłym. Do głowy przychodziły mi odkrycia. Najczęściej pojedynczo, czasami falami, jedna za drugą. Żyłem w okresie Drugiej Deformacji. Sam tak nazwałem ten okres w historii także mojego życia. Deformacja wydała mi się wielka, bo całkowicie ogarnęła mnie swoimi mackami. Stopniowo, niezauważalnie lecz coraz mocniej przypierała mnie do ściany.

Myślenie przerwał mi telefon. Był to znowu przyjaciel, ten sam, co zawsze. Tacy są najlepsi.

– To ja, twój sobowtór, zwany także cieniem.

– Przestań się wygłupiać. – Odpowiedziałem. Mów, co ci leży na wątrobie i nie zakłócaj mi błogosławionego spokoju.

Opowiedział mi historię Miraklesa, Ordynatora Pensjonatu Jutrzenka, instytucji znanej z licznych cudów. Tkwiła w tym jakaś tajemnica. Ordynator miał kwadratową głowę o zmiennej pojemności. Co do tego nie było wątpliwości. Kilkakrotnie ją mierzono, za każdym razem była większa. Zastanawiano się, jak to jest możliwe. Nie wszyscy oczywiście zadawali sobie ten trud. Różnie uzasadniali, dlaczego nie myślą o Ordynatorze i jego nietypowej głowie, pełnej energii i elektryzujących pomysłów, które wykorzystywał dla celów leczniczych.

– A co mi do tego? Czy ja wiem, czy warto o tym myśleć? Niech sobie ten Ordynator ma nawet głowę wielką jak dynia, czymś przecież człowiek musi się wyróżniać. – Była to wypowiedź pewnego wyrobnika aktywnego na portalach internetowych, piszącego graffiti także na murach więziennych.

– Nazywają go Ordynatorem, ale jego prawdziwe nazwisko to Mirakles. Jego pracownicy wprost go uwielbiają, tylko o nim mówią. Pacjenci prawie dla nich nie istnieją. Ordynator to, ordynator tamto. Zawsze umie wynaleźć jakiś sposób kojący nie jeden ból, ale wszystkie bóle, choroby i niedostatki. Leczy tak dobrze, że mieszkańcy Pensjonatu wynieśli go na piedestał. Najpierw na pierwsze piętro, potem drugie. W końcu trzecie. Wyżej nie mogli, bo był już dach. Stoi tam teraz w formie złotego popiersia i patrzy na świat szmaragdowymi oczami. Podobno najbardziej świecą w czarną noc, kiedy wokół rozlegają się trzaski piorunów a powietrze naładowane jest elektrycznością.

Ordynatora pokazano wieczorem w telewizji. Był niezbyt urodziwy, ale niezwykły. Przemówił. Bardzo oszczędnie. Nie wszystko zrozumiałem. Używał określeń w rodzaju: Całą naprzód, Do dzieła, Czołem Bracia Rzymianie. Mówił o ruszeniu bryły świata. Wydało mi się to niemożliwe, ale nic nie powiedziałem. Na jego ustach co raz wykwitały, obok uśmiechu szerokiego jak warzęcha, słowa słodkie jak kwiat gruszy w ogrodzie rodziny miłującej prawdę. To było piękne. Mówił o swoim dorobku, Pensjonacie Jutrzenka i przeszłości. Nie wybiegał do przodu. To mi zaimponowało bo i ja lubię ściągać cugle wyobraźni, sprowadzając je do parteru, najwyżej pierwszego piętra. W domu, gdzie mieszkam, parter jest na wysokości ziemi, dlatego dobrze rozumiem sytuację.

Jak się okazało, słowa Ordynatora były prorocze. Jego zwolennicy, personel i pacjenci szpitala, gdzie wszyscy noszą szyte na miarę białe uniformy z kolorowymi lampasami, uznali je za święte relikwie i wieszali każdej nocy nad swoimi łóżkami, aby przysłaniać ciemne strony życia. Przyjaciel powiedział mi, że niektórzy pacjenci nawet sznurowali sobie usta z szacunku dla Ordynatora, ale nie uwierzyłem w to. Teraz koncentruję się tylko na jednym; wciąż przypominam sobie, że czasy się zmieniły, warto jest żyć, aby zobaczyć co dalej. 

0Shares

Instrukcja rysowania słonia oraz zapowiedź zmian na blogu.

Drodzy Czytelnicy!

Zmuszony jestem zawiesić pisanie powieści „Cezarea”. Mam zbyt wiele obowiązków. Najważniejsze to znalezienie wydawcy dla moich dwóch powieści („Laboratorium szyfrowanych koni” oraz „Cztery portrety cudze i jeden własny”), które ukończyłem już kilka miesięcy temu, i ich przygotowanie do wydania (korekty, edycja, projekt okładki, skład, druk itp.) To mój priorytet. W tej sytuacji będę mógł tylko od czasu do czasu dokonać jakiegoś wpisu na blogu. Tematy mogą być różne. Dzisiaj jest nim „Instrukcja rysowania słonia”.

Pozdrawiam bardzo serdecznie,

Michael Tequila

Instrukcja jest stosowna dla rodziców, których dziecko pragnie narysować słonia. Przedstawia ona uporządkowany sposób tłumaczenia dziecku, jak powinno postępować, aby osiągnąć pożądany efekt. Ważne są też walory wychowawcze. 

  1. Pomyśl, co chcesz zrobić.
  2. Jeżeli wiesz, że chcesz narysować słonia, skoncentruj się, wyjmij ołówek i dużą kartkę papieru lub arkusz brystolu. Połóż je przed sobą.
  3. Zamknij oczy i wyobraź sobie całego słonia. Postaraj się zachować ten obraz w pamięci co najmniej przez kilka minut.
  4. Potem wyobraź sobie słonia w szczegółach. Zastanów się nad każdym szczegółem. Postaraj się jak najwięcej z nich zapamiętać.
  5. Weź ołówek do prawej ręki, jeśli jesteś praworęczny, lub do lewej, jeśli jesteś leworęczny. To już powinieneś wiedzieć. Jeśli jesteś niepewny, zapytaj mnie, to ci podpowiem.
  6. Jeszcze raz się zastanów, czy naprawdę chcesz narysować słonia. Rozważ trzy możliwości: „Tak – chcę”, „Nie – nie chcę”, oraz „Nie wiem”.
  7. Jeśli nie wiesz, to zostaw sobie czas do namysłu. Tylko nie myśl za długo. Jeśli po namyśle nadal nie wiesz, czy chcesz narysować słonia, schowaj papier i ołówek i zajmij się swoim smartfonem. Albo idź na podwórko, aby się pobawić z innymi dziećmi. Tylko pamiętaj, żeby się nie spocić lub pobrudzić.
  8. Jeśli twoja odpowiedź jest „tak – chcę”, zastanów się, czy naprawdę jest ci to potrzebne. W tym celu zadaj sobie pytania: – Po co mi słoń? – Czy ktoś inny rysował przede mną słonia? Jeśli tak, to jakie odniósł z tego korzyści? – Czy narysowanie słonia da mi jakieś korzyści? Konkretnie jakie? Jakie ryzyka wiążą się z narysowaniem słonia? Co będzie, jeśli stanie mi na nogę? Albo wejdzie do składu porcelany i narobi szkód? Kto za nie zapłaci? Zadaj sobie też inne ważne pytania: Jakie koszty wiążą się z utrzymaniem słonia? Co z klatką, wybiegiem, wyżywieniem i higieną? Kto będzie się nim zajmować?
  9. Jeśli twoja decyzja jest nadal na tak, nie przeciągaj sprawy w nieskończoność i narysuj wreszcie tego słonia, bo mnie szlag trafi! Ileż można tłumaczyć, jak narysować słonia!?

0Shares

Powieść „Cezarea”. Odc. 14: Premier Chudy spotyka się z Przyziemiem

Propozycją Przyziemia było spotkanie na neutralnym gruncie w sali konferencyjnej hotelu Ducko, znajdującego się w połowie drogi między Urzędem Premiera a siedzibą zarządu Przyziemia. Doradcy tłumaczyli Premierowi, że nie jest to miejsce dostatecznie reprezentacyjne na tak ważne spotkanie.

– Jest pan osobą na topie w naszym kraju. W rzeczywistości ma pan znacznie większą władzę i prerogatywy niż głowa państwa, która jest niesamowicie ważna, ale nie tak wpływowa jak pan, panie Premierze. Dlatego nie może spotykać się pan w tak skromnym miejscu jak hotel Ducko. Co to za hotel? Co to za nazwa? Brzmi prawie obraźliwie. Jest mało znana, zagraniczna, sam hotel wygląda jak obcięty ogon wyżła. To będzie się społeczeństwu źle kojarzyć.

Padły inne propozycje miejsc spotkania. Ostatecznie wybrano stadion narodowy. Przewodniczący Przyziemia, doświadczony kierowca wozu asenizacyjnego, zaakceptował propozycję.

– To przesada spotykać się na roboczą naradę na stadionie narodowym. Skoro oni jednak tak chcą, to się zgodzimy. Miejsce nie gra roli, ważne jest spotkanie i negocjacje.

Na spotkanie z Przyziemiem Premier przyleciał opancerzonym helikopterem z wizerunkiem wężowatego smoka.

Premier miał na sobie paradny mundur pułkownika lotnictwa, zgrabnie opinający jego smukłą sylwetkę. Na kołnierzu i mankietach munduru widniały wężyki premierowskie. Ich wzór ustalił kilka dni wcześniej sam Premier specjalnym dekretem parafowanym przez Plenipotenta, który nie odmawiał drobnych przysług Namiestnikowi Kukule i ludziom przez niego rekomendowanym.

– Mundurek jest cacy i leży na panu jak na modelce. Co ważne, ukrywa pańskie sterczące łopatki. – Chwalili Premiera doradcy już po pierwszej przymiarce. Byli szczerzy; w sprawach ubioru premier pozwalał im na szczerość, nie znosił tylko zuchwałej poufałości.

Po wylądowaniu helikoptera podbiegł do premiera jego zastępca i małą szczoteczką oczyścił ramiona z drobinek kurzu.

Do sali spotkań zbudowanej w ekspresowym tempie na środku stadionu Premier wchodził w otoczeniu ochroniarzy i najbliższych współpracowników. Towarzyszył mu dyrektor protokołu dyplomatycznego.

Premier posuwał się do przodu bez pośpiechu, ani za szybko, ani za wolno, godnie wyprostowany, uśmiechając się na prawo i lewo i przesyłając życzliwe spojrzenia. Zachowywał się uprzejmie, okazując w ten sposób szacunek przedstawicielom świata pracy.

Przy okrągłym stole podszedł do Premiera jego sekretarz osobisty, pulchny mężczyzna z owalną twarzą i oczkami skradającego się lisa, i wręczył mu teczkę. Premier ostrożnie położył ją na stole, otworzył szyfrowany zamek i wyjął trzy kartki: pierwszą z przemówieniem powitalnym, drugą z propozycjami dla Przyziemia i trzecią z mową pożegnalną i podziękowaniami. Potem sięgnął do bocznej kieszeni teczki, nabrzmiałej jak ślepa kiszka przed pęknięciem, i wyjął z niej pęk długopisów z wytłoczonymi złotymi literami „Od Premiera Jeremiego Chudego na pamiątkę spotkania na Stadionie Narodowym”. Pod napisem nie umieszczono daty, ponieważ w dniu jego tłoczenia nie była jeszcze znana.

Sekretarz szepnął coś do ucha Premiera, ten wstał i obchodząc z uśmiechem okrągły stół wręczał po kolei każdemu delegatowi Przyziemia długopis, ściskał rękę, gratulował, na zakończenie lekko pochylał głowę. Sekretarz towarzyszył premierowi z prawej strony nieco z tyłu, podobnie jak osoba towarzysząca głowie państwa przy składaniu wieńca na grobie zasłużonej osobistości. Z boku przesuwali się jak cienie trzej ochroniarze w okularach doskonale maskujących wzrok wyczulony nawet na silniejszy podmuch wiatru.

Po powrocie na swoje miejsce Premier wygłosił krótką mowę.

– Mam nadzieję, że będzie to spotkanie niezwykle udane i znaczące dla naszego ukochanego kraju, bez którego nie wyobrażam sobie mojego życia, nawet gdyby mi zaoferowano pałac na Wyspach Karaibskich, gdzie dojrzewają banany a owoce mango mają najcudowniejszy smak na świecie, o jakim nieprzerwanie marzyłem w dzieciństwie. Potem, kiedy dojrzałem, nadal marzyłem o takim pałacu, lecz zamieszkałym przez piękne kobiety grające na harfach i śpiewające patriotyczne pieśni i kanzony. – Premier lubić cytować historię, literaturę i opowiadać krotochwile.  

Pierwsi podchwycili żart Premiera jego najbliżsi współpracownicy. Z okrzykami „Przedni żart”, „Coś tak znakomitego dawno nie słyszałem” i podobnymi, wybuchnęli gromkim śmiechem, a zaraz za nimi ochroniarze, następnie służba porządkowa szkolona także w kwestiach savoir vivre i kultury politycznej. W końcu śmieli się prawie wszyscy obecni przy okrągłym stole z wyjątkiem przywódcy Przyziemia i kilku osób z jego otoczenia.

0Shares

Powieść”Cezarea”. Odc. 13: Premie, jego zastępczyni oraz minister Pakuła przemawiają do narodu

Wieczorem Premier obejrzał swoje wystąpienia publiczne z ostatnich dni. Regularnie je nagrywano. Na podstawie tych nagrań Premier oceniał swój wizerunek publiczny, pracę oraz postępy w uszczęśliwianiu narodu. Wyłapywał błędy i niedociągnięcia, doskonalił swoje zachowania. Kiedy pozwalał mu czas, ćwiczył postawę i ruchy przed lustrem. Był perfekcjonistą w najdrobniejszym szczególe. Wszyscy przyznawali, że trzymał się wyjątkowo prosto i elegancko.

Premier przyznał, że nie spotyka się ze zbuntowanymi członkami Przyziemia, choć go wielokrotnie zapraszali, ponieważ ostrzegano go regularnie, że są niebezpieczni.

– Z uwagi na bezpieczeństwo państwa, kontynuował Premier, które opiera się jedną z swoich trzech nóg na mnie jak na filarze, mimo gorącego pragnienia nieprzerwanego obcowania z całym narodem, nie spotykałem się jeszcze z przedstawicielami Przyziemia. Gdybym to uczynił i pogadał z nimi choćby chwilę, okazując im serce, powiedzieliby, że chcę im wręczyć jałmużnę. To ludzie nieodpowiedzialni, swarliwi i roszczeniowi do trzeciej potęgi.

Kiedy Premier skończył, na scenie pojawiła się tęga niewiasta. Przedstawiła się jako prawa ręka Premiera. Patrzyła w kamerę telewizyjną, jakby chciała dokładnie rozpoznać słuchaczy telewizyjnych. Oprócz szamerowanej złotem bluzki, miała na sobie także białą spódnicę oraz brązowe pantofle skrzące się od ozdób. Premier przypominał ją sobie przez mgłę, ponieważ była ciągle w delegacjach służbowych. Ona też nie miała pogodnych wspomnień o nim. Źle jej się kojarzył, bo był podobny do jej męża.

Zastępczyni Premiera nie miała wiele do powiedzenia. Wyjawiła tylko spokojnym głosem, że oczekuje przybycia delegacji Przyziemia i podpisania umowy już podpisanej przez Grupę Przyziemia Solidaryzującą się z Rządem. Zakończyła podsumowaniem.

– Solidarność jest najwyższą formą istnienia państwa, prawa i obywateli, nie wspominając nawet zwierząt domowych, gospodarstw rolnych oraz dzieci w przedszkolach. Osoby pragnące wiedzieć coś więcej na ten temat odsyłam do moich wcześniejszych wypowiedzi, wypowiedzi pana Premiera oraz pana Namiestnika. Niech im Bóg błogosławi.  

*****

Kolejna osoba występująca przed narodem – zgodnie z rejestrem prowadzonym przez Wirgila Tarantę, uważnie obserwującym przebieg zdarzeń – była niejaka Pakuła, Minister Logiki, Rozumu i Rozwagi. Stała na czele nowego ministerstwa mającego wprowadzić społeczeństwo Cezarei w wiek XXII przeskakując wiek XXI.

– Zaoszczędzimy na tym masę pieniędzy. – Argumentowała, co ogromnie podobało się funkcjonariuszom państwowym otrzymującym wysokie pensje za osiągnięcia w zarządzaniu majątkiem państwowym bez posiadania dostatecznych kwalifikacji. Te osoby również pragnęły przeskoczyć od razu do wieku XXII.

– Po jaka cholerę potrzebny jest nam wiek XXI, skoro i tak już nam namotał zwariowanymi cenami ropy naftowej, węglem, zanieczyszczeniami środowiska, dzikami afrykańskimi roznoszącymi zarazę, emerytami, nauczycielami, lekarzami i podobnymi wyzwaniami dla logiki, rozumu i rozwagi.

Ze skromniejszym uśmiechem niż Premier Jeremi Chudy, co było jak najbardziej słuszne zważywszy na hierarchię służbową, Minister Pakuła uspokajała tłumy zebrane na placach i skwerach całego kraju, że wszystko jest w idealnym porządku. Kilkakrotnie wyciągała przed siebie białą jak śnieg rękę powtarzając:

– Wszystko mamy gotowe. Logika, rozum i rozwaga plus nowoczesne technologie uratują nas przed nieszczęściem, gotowym spaść na nas jak amen w pacierzu. Dzięki nim będziemy rozwiązywać wszystkie nasze problemy taniej, szybciej i prościej. Egzaminujemy już, kogo trzeba. W ogóle to jest w dechę.

Ludzie znający Minister Pakułę podejrzewali, że z samego rana trochę za dużo wypiła albo wzięła za dużo prochów. Mówili to dlatego, być może niesłusznie, że na jej służbowym Rolls-Royce’u naklejone były ogłoszenia o taniej marihuanie zwanej leczniczą, zdolnej powstrzymać każdego człowieka od drgawek, szumu w głowie, osłabienia miesiączkowego a nawet jazdy hulajnogą elektryczną po ruchliwych ulicach miasta. Rząd premiera Chudego upowszechniał marihuanę jako skuteczny sposób dochodzenia społeczeństwa do zdrowia po załamaniu się pogody nastrojów społecznych. 

W końcu Minister zaprosiła zbuntowanych nauczycieli Podziemia do współpracy proponując podpisanie umowy już podpisanej z rządem przez Związek Nauczycieli-Patriotów. Minister poinformowała, że przygotowuje się do długiej i wyczerpującej podróży na Zachód, gdzie zamierza poprawić sposób myślenia o Cezarei stosując najnowsze metody logiki, rozwagi i rozumu oraz wiedzę o marihuanie zwanej leczniczą.

– Mam jeszcze kilkanaście waliz do spakowania. To nie jest mój bagaż osobisty, tylko materiał do prezentacji poglądów Namiestnika Krzepkiego Kukuły oraz Premiera Jeremiego Chudego w lobby zachodnim, które zamierzamy przenieść od razu w wiek XXII korzystając z naszych nadzwyczajnych doświadczeń, osiągnięć oraz metod, zwłaszcza rozwagi finansowej. Są to rzeczy bardzo ważne szczególnie w rodzinach degeneratów, alkoholików i komunach wielodzietnych.

– Dobrze je poznałam wędrując po kraju w poszukiwaniu szczęścia. Tak czy inaczej, nie zapomnę o was, kiedy już znajdę się na Zachodzie. Będę was dobrze reprezentować, jak tylko poduczę się języka angielskiego, który już doskonale znam w wersji migowej. Zamierzam otrzaskać się z angielskim lepiej niż ta ich Teresa z Kalkuty, przepraszam, Święta Teresa z Londynu, ich premier.

Ludzie, którzy osobiście znali Minister Pakułę jeszcze mocniej krzyczeli, że jest niewyspana lub przyjęła z herbatą poranną prochy zamiast aspartamu. Na pytanie człowieka z tłumu, jak długo będzie na Zachodzie, Minister Logiki, Rozumu i Rozwagi odpowiedziała, że nie wie, po czym zapewniła: – Na pewno o was nie zapomnę. Niech wam Bóg błogosławi, pociesza kolorowa tęcza oraz wspiera radą i dobrymi uczynkami pan Namiestnik Krzepki-Kukuła oraz pan Premier Chudy.

W tłumie były trzy osoby, które z własnej woli zeznały potem w prokuraturze, że słyszały, jak Minister Pakuła pochyliła się do swojego doradcy i pytała, czy premier jest rzeczywiście chudy czy tylko tak jej się wydaje.

– Skoro mówi, że jest chudy, to jest. – Odpowiedział po namyśle doradca.

Minister Pakuła zdecydowała, że będzie to pierwsza radosna nowina jak będzie rozpowszechniać na Zachodzie w ramach rozwoju stosunków dobrosąsiedzkich z Cezareą.

0Shares