Buntownik. Opowiadanie.

Był mężczyzną w dojrzałym wieku, jednym z wielu na świecie. Jak rozum i praktyka nakazują, jeszcze w starym roku postanowił, że w nowym roku będzie lepszy, mądrzejszy i sprawniejszy. Powiedział to na głos, aby być pewnym, że w pełni świadomości podjął tę decyzję. Odpowiedziało mu echo.

– Ano dobrze. Zobaczymy, ile warte jest twoje postanowienie.

Kiedy to usłyszał, zaciął się i dodał:

– I będę dotrzymywać postanowień.

Tym razem echo nic nie odpowiedziało. Wziął to za dobry znak. Pomyślał nawet, że to nomen-omen. Dla żartu postanowił zmienić imię i nazwisko. Nazwał się Bezimienny. Jednowyrazowo.

Był to trzeci dzień Nowego Roku, niedziela. W drodze samochodem do lasu słuchał radia. Wiedział coraz więcej. Czuł, że łagodnieje, bo były to dobre wiadomości. Świat zmierzał ku lepszemu. Słysząc komunikaty o koronawirusie ani razu nie przeklął rządu, zwłaszcza premiera. Garbatego też nie nazwał garbatym. To były kolejne dobre znaki.

W starym roku Bezimienny chodził regularnie po lesie dla utrzymania kondycji. Starał się, aby trwało to co najmniej godzinę. Chodząc nabijał baterie organizmu, który mu się starzał, zupełnie bez potrzeby, jakby nawet na złość. Nikt go w sprawie starzenia nie pytał o opinię, z konieczności godził się więc na starzenie, ale nie do tego stopnia, aby dać się obezwładnić fizycznie lub umysłowo. Dlatego chodził po lesie. Czasem także rozmawiał z przyjaciółmi, aby wzmocnić się informacyjnie, uczuciowo i intelektualnie. Postanowił to kontynuować.

Wszedłszy między zanurzone w ciszy i zmarznięte drzewa i krzewy, nabrał w płuca świeżego powietrza.

– Umysł mam jak brzytwa – pomyślał i od razu się pocieszył. – Nieostrzona, ale jednak brzytwa.

Kierując się w głąb starego lasu rejestrował zmiany w otoczeniu. Krótko, hasłowo. Tak trzeba było, bo wyścig szczurów trwał nadal. – Nikt nas z niego nie zwolnił. A szkoda! – pomyślał, marząc przez chwilę, aby i ludzie się nie ścigali tylko patrzyli na siebie i kochali się nawzajem. Porzucił tę myśl, bo wiedział, że to mrzonka. Przynajmniej częściowo – pocieszył się, i natychmiast się zradykalizował. – Zamiast nadstawiać policzek, najpierw jeden a potem drugi, trzeba oddać, jak mówi Pismo Święte. Nie był pewien, czy dobrze je cytuje. 

Wrócił do rzeczywistości leśnej i notował. – Idę. Na razie pod górkę. Trwa cisza. Epidemia również, ale chyba już niedługo, bo szczepionki są już w drodze. Widzę siwy szron na krzewach i drzewach. Niesamowita sceneria. Mija mnie mężczyzna z szeroko otwartymi oczami. Pędzi jak automat, chrapiąc głośno, znaczy się, jest we śnie. Trudno się mówi. Lunatycy są na świecie. Takich mamy obywateli, jakie młodzieży chowanie. Idę z kijkami. To bardzo dobrze. Nie potknę się. A gdybym się potknął, to przecież mam kijki. Uważaj – ostrzegł się – schodzisz na boczną ścieżkę prowadzącą w głąb młodego lasu i powinieneś się wyciszyć.

Po przejściu kilkuset metrów, kiedy był już niebywale wyciszony, usłyszał głuchy szurgot za plecami. Ni z tego ni z owego, nie wiadomo skąd i kiedy, zaczął go wyprzedzać niewysoki osobnik z głową owiniętą szalikiem zasłaniającym oczy. Mózg Bezimiennego natychmiast to zarejestrował i telegraficznie rozesłał po całym organizmie sygnały ostrzegawcze. Pracował z regularnością zegarka szwajcarskiego. Wiedział jak to jest, bo kiedyś Bezimienny miał taki zegarek, cienki jak blaszka, rewelacyjny, ale go schował tak skutecznie, że już go nie odnalazł. Mimo to nie tracił nadziei, licząc na cud, ale nie na kościół, choć tam się też dzieją cuda. Kiedy mózg pomyślał o tym, całe ciało ucieszyło się, że nie jest już małym chłopcem, szczególnie w dolnych partiach.

Porzuciwszy myśl o pacholęctwie Bezimienny skoncentrował się ponownie na rejestracji zdarzeń.

– Ten szalik to chyba zasłania mu oczy. To osiłek. Biegnie ciężko, oddycha tak głośno, że aż rzęzi. Nie zważa na mnie. Prawie na mnie wpadł. Pies go drapał!

Bezimienny szybko odszedł na bok, aby nie dać się zarazić, bo osobnik na pewno intensywnie wydychał wirusy. Miał paralitycznie chude nogi i dobrze rozwiniętą klatkę piersiową. Na pewno przygotowuje się – myślał Bezimienny – do maratonu światowego, który trwa tak długo, dopóki nie padnie trzech zawodników. Wtedy wszyscy kończą bieg. Ten zawodnik, który pokonał największy dystans zostaje ogłoszony zwyciężą. Reszta się cieszy, że przeżyła, z wyjątkiem tych, którzy się przeinwestowali energetycznie. Trudno się cieszyć, kiedy się nie istnieje.

Po powrocie do starej części lasu Bezimienny kontynuował obserwacje, rozglądając się uważnie na boki.

– Gdzieś tu stuka dzięcioł. Słyszę to wyraźnie. Robił to także w ostatnią i w poprzednią niedzielę, i w poprzednią poprzedniej. A niedziela to przecież dzień święty.

Bezimienny zatrzymał się, zadarł głowę do góry i przeszukał wzrokiem konary i gałęzie. W końcu zobaczył sprawcę hałasu – mały, szary kształt z czerwonawym łebkiem. Głowa odskakiwała mu od pnia, kiedy walił w niego dziobem jak młotem.

– Na pewno wkrótce przyjdzie po niego dwóch ludzi w płaszczach, z sutannami pod spodem i strzelbą ukrytą w futerale od skrzypiec. Będą pozorować, że niby to idą grać koncert w lesie. Jak nic wycelują w dzięcioła i zabiją. Popełnił ciężki grzech – powiedzą – i to wiele razy mimo naszych upomnień. Taki to niby spokojny, ładnie upierzony ptaszek, a grzesznik. Pracuje regularnie w niedzielę, kiedy nie wolno. Jest przecież święto, siódmy dzień tygodnia, kiedy Bóg po stworzeniu świata wypoczywał, a on to ignoruje jakby nie żył wśród istot bogobojnych. Taki osiołek na przykład, jaki on jest religijny. Można go spotkać na każdym obrazku świętym. Nigdy nie hałasuje w niedzielę. Najwyżej przez nieuwagę stuknie kopytkiem o podłoże. Ale to zupełnie co innego.

Potem ci ludzie usiądą – spekulował Bezimienny- w wielkiej sali i będą rozpatrywać, co to jest grzech. Otoczeni encyklopediami i bullami pisanymi ozdobną łaciną na grubym pergaminie, na ścianach tablice pomiarowe, na stołach liniały, szkła powiększające i mikroskopy, będą rozkładali grzech na czynniki pierwsze. Stworzą świeżą, noworoczną definicję grzechu. Nowe czasy wymagają nowych definicji i redukcji liczby grzeszników niedzielnych – stwierdził Bezimienny i ruszył dalej, nie spuszczając z oka otaczającej go rzeczywistości.

Po lesie przemieszczali się ludzie mniejszymi lub większymi grupkami, rzadko samotnie. Szli w różnych kierunkach, przecinając sobie ścieżki nawzajem. Kiedy się mijali, nie zakładali maseczek, tylko odwracali głowy.

– Mam nadzieję, że nie oddychają wtedy– pomyślał Bezimienny. Dokładnie w tym momencie jakaś kobieta upadła na ziemię. Była młoda, w obcisłej kurtce i czarnych getrach. Zastanowił się, czy może istnieć związek przyczynowo-skutkowy między jego myśleniem a upadłą kobietą. Ludzie przechodzili obok niej obojętnie.

– To okrutne – powiedział sobie.

Nic się jednak nie stało, bo postać podniosła się żwawo, a spod niej wyskoczył spory pies. Był czarnobiały, uroczo łaciaty, z białym pyszczkiem.

– Do diabła! Czy musisz mi wpadać pod nogi, Reksiu? – zapytała kobieta. Reksio coś odszczeknął, czego Bezimienny nie zrozumiał.

– Dobrze byłoby rozumieć mowę psów – Pomyślał. – Ile forsy można by na tym zarobić jako tłumacz, ile ciekawych rzeczy można by się dowiedzieć i nauczyć. Pomyślał nawet, że przez pewien czas mógłby być psem, ale mu to przeszło.

– Człowiek to człowiek, chociaż też zwierzę, w dodatku mało rozumne. Na przykład te śmieci porozrzucane po lesie. To głupie i podłe. Ludzie postępują gorzej niż zwierzęta – pomyślał, zatrzymując się, aby się wysikać. – Jesteśmy tacy sami jak zwierzęta. One też sikają. Ptaki już nie, bo mają inaczej skonstruowany system wydalania. Ptaki są inne, uproszczone – mruknął z niechęcią. Przypomniał sobie koguta, który go dziobnął w palec, kiedy był dzieckiem. Jego niechęć do ptactwa domowego pogłębiła się.

Rzucił okiem na zegarek. Minęło dopiero trzydzieści minut. Pomyślał, że nie musi patrzeć ile czasu upłynęło, jakby chciał wiedzieć, ile mu jeszcze zostało do życia.

– W nocy, kiedy się budzisz i nie możesz zasnąć, nie patrz na zegarek, bo to cię dodatkowo rozstroi – przypomniał sobie zalecenia specjalisty od spania i mierzenia czasu. – Sen to sen, a zegarek to zegarek. Nie idą razem w parze. No i ponadto szczęśliwi czasu nie liczą.

Przed nim, nieco z prawej strony, pojawiły się trzy osoby, dwóch młodych mężczyzn i kobieta w nieokreślonym wieku. Głowy mieli zakryte kapturami. Maszerowali energicznie w kierunku skoczni rowerowej. Zatrzymali się tam, coś oceniali, potem ruszyli do najbardziej dzikiego obszaru lasu, gdzie wąwozy i wądoły są tak głębokie, że mogą z łatwością pomieścić dziesięciopiętrowy budynek.

– Tu kompletnie brak zwierząt – zauważył Bezimienny i jakby na wezwanie pojawiły się na bocznej ścieżce grupka ludzi nieokreślonej płci i tożsamości, niosących sarnę związaną linkami i zakneblowaną, aby nie wydawała z siebie głosu.

– O co tu chodzi? – zapytał zszokowany Bezimienny, kiedy nieco się zbliżyli. Odpowiedzieli mu.

– Musimy zaludnić las zwierzętami, bo tutaj nie ma nawet myszy leśnej, dzika, lisa, niczego.

– A te ślady zrytej ziemi w dziesiątkach miejsc?

– To my je zrobiliśmy, aby upozorować, że tu żyją dziki.

– Po co wam to?

– Po to, aby stworzyć wrażenie, że tu naprawdę żyją dziki i inne zwierzęta, bo to choć trochę chroni las przed tymi, co chcą go wyciąć.

 – Dlaczego mieliby go wycinać? Las jest piękny.

– Aby budować wieżowce, bo ludzie chcą zapanować nad przyrodą, patrzeć na nią z góry, trzymać ją za mordę, podporządkować ją sobie. Tak, jak interpretują pismo święte.

Bezimienny z niechęcią przyjął to do wiadomości. Wychodząc z lasu zauważył:

– Kiedy przyjechałem, stał tu tylko jeden samochód, teraz kiedy mam odjechać, jest ich wielokrotnie więcej. Taki jest ten świat, w ciągłym ruchu. Raz jeden pojazd, raz wiele. Kiedy wreszcie ludzie nauczą się porządku i przestaną jeździć w tę i we w tę, bo będą chodzić lub mieć las pod nosem, zamiast parkingów, lotnisk, ośrodków handlowych? Kiedy wreszcie będzie ich mniej i będą mniej konsumować, bo na tym rzecz się zasadza? – Zadał sobie serię pytań, aby się ożywić. – Ja czułbym się szczęśliwy, gdyby na ziemi było o połowę mniej ludzi albo jeszcze mniej.

Wtedy przypomniał sobie jak się nazywa i kim jest: Jan Kowalski,  buntownik cywilizacji.

Michael Tequila
Gdańsk, 3 grudnia 2021

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 13: Kariera zawodowa Sefardiego

Po założeniu rodziny Sefardi utrzymywał się z napraw zegarków i zegarów, ich czyszczenia i regulacji, wymiany szkiełek i baterii. Robił to z konieczności, bo nie szło mu za dobrze. Po kilku latach postanowił zrezygnować z napraw, aby rzucić się w wir pracy badawczo-wynalazczej. W podjęciu decyzji pomogły mu wakacje na Sardynii. Wrócił opalony, wypoczęty i zrelaksowany wyjątkowo przyjemną podróżą.

– Jestem zbyt powolny i zapominalski, musiałem coś z tym zrobić – tłumaczył przyjaciołom po powrocie do domu. Uśmiechał się przy tym szeroko. Rzadko kiedy tryskał takim optymizmem.

Pełnię sławy zyskał dopiero wtedy, kiedy jego zegarek dwa razy z rzędu zdobył tytuł championa na Mistrzostwach Świata w Zegarmistrzostwie Ręcznym. Co cztery lata jego wynalazki pokazywano na Światowej Wystawie Zegarków w pozłacanej gablocie, strzeżonej przez grupę komandosów. Na wystawie był jego chronometr wskazujący czas logiczny. Wymagało to skomplikowanych przeliczeń i było możliwe dzięki układowi mikroprocesorów wymyślonemu przez Mistrza.

Czasomierze Sefardiego mierzyły i pokazywały wszystkie wymiary czasu, niektóre odkryte dopiero przez niego: czas biologiczny, czas astronomiczny i czas uniwersalny, powszechnie znany ludziom. Wynalazca przeczuwał, że istnieje jeszcze kompozyt czasu, coś w rodzaju czasu pośredniego, integrującego w sobie trzy podstawowe rodzaje. Było to tak skomplikowane zagadnienie, że Sefardi musiał opóźniać pracę, czekając na nowe odkrycia w różnych dziedzinach nauki.

Dużo czasu zajęło Mistrzowi opracowanie zegara mierzącego czas biologiczny, w szczególności czas zwierząt ewolucyjnie stojących najbliżej człowieka. Fakt, że goryl genetycznie jest podobny do człowieka w dziewięćdziesięciu siedmiu procentach, zachęciło Sefardiego do badań nad czasem małp człekokształtnych. Okazał się on podobny do czasu człowieka. Inne zwierzęta miały odmienne wskaźniki przebiegu czasu. Teoria gatunkowego zróżnicowania czasu była tak zawiła, że wymagała pracy naukowców z różnych dziedzin.

Po zapoznaniu się z klasyfikacją zwierząt Linneusza, Sefardi doszedł do wniosku, że każda kategoria istot żywych, włącznie z roślinami, ma swój własny czas, płynący z inną prędkością. Aby wyjaśnić swoją teorię Mistrz posługiwał się przykładem długowiecznego żółwia i człowieka.

– Wedle czasu kalendarzowego żółwie na wolności żyją nawet dwieście lat. Obiektywnie rzecz biorąc, nie żyją one dłużej niż człowiek, którego przeciętny czas życia wynosi siedemdziesiąt osiem lat. Czas żółwia płynie po prostu z inną prędkością, jest wolniejszy.

Słuchając teorii i wyjaśnień Sefardiego ludzie z łatwością dostrzegali jego genialność, byli jednak i tacy, którzy uważali go za zwykłego pomyleńca. Nie przeszkadzało mu to, ponieważ miał filozoficzne usposobienie. Uważał mianowicie, że geniusz i idiota znajdują się na tej samej skali rozumu, tylko na jej przeciwległych krańcach, czego wiele osób nie było w stanie zrozumieć.

Prowadząc zapisy ważniejszych wydarzeń własnego życia, rodzaj osobistego pamiętnika, Sefardi ustalił, że w miarę starzenia się czas człowieka przyśpiesza. Inaczej mówiąc, płynie on z różną prędkością w zależności od wieku. Mistrz starał się to zmierzyć konstruując specjalny rodzaj czasomierza. Pracę nad nim przerwał z przyczyn niejasnych dla rodziny i przyjaciół. Był to okres zwiększonych obowiązków, kiedy Sefardi angażował się coraz poważniej w działalność społeczną.

Przywódca Kościoła Hierarchicznego, Czarna Eminencja, uznał Sefardiego za cudotwórcę, obdarzonego przez Boga zdolnościami przerastającymi ludzkie możliwości, a z pewnością ludzką wyobraźnię. Eminencja nie obnosił się jednak publicznie ze swoją sympatią do wynalazcy z obawy, że zostanie opatrznie zrozumiany i oskarżony o bałwochwalstwo.

Penelopa, żona Sefardiego, nie była tak entuzjastyczna jak otoczenie i niekiedy wyrażała się o mężu dwuznacznie twierdząc, że jest stworzony do rzeczy wielkich, a nie do zwykłego życia. Niektórzy brali jej słowa za prawdę; znający ją lepiej przyjaciele domu przyjmowali je bardziej jako ironię, widząc jej zmrużone oczy, lekko zmarszczony nos i obniżone kąciki ust. Opinię Penelopy podzielała w pełni tylko jej pomocnica domowa, Sotera, która przynosiła Sefardiemu kawę lub herbatę i często z nim konwersowała.

W życiu prywatnym Sefardi był takim samym człowiekiem jak inni, mającym zainteresowania, hobby, rodzinę, radości i zmartwienia. Miał tylko trzy poważne problemy, które nazywał wyzwaniami, z którymi borykał się praktycznie nieprzerwanie. Były to bóle kręgosłupa, starzenie się i nienajlepsze wspomnienia z przeszłości. Dwa pierwsze były ze sobą powiązane.

Żaden z tych problemów nie stanął mu na drodze do osiągnięcia sukcesu finansowego. Wzbogacając kilka wielkich firm, nabywców patentów na jego wynalazki, zgromadził poważny majątek. Przyczyniło mu to więcej wrogów niż przyjaciół.

 

7Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 12: Wynalazca Sefardi Baroka

Życie Rosatona nie zmieniło się znacząco dlatego, że przeniósł się do Afary, stolicy kraju, ale dlatego, że poznał tam Sefardiego. Na świecie nie było wynalazcy równie genialnego jak Sefardi Baroka. Byli o tym przekonani wszyscy obywatele Nomadii z wyjątkiem jego najbliższej rodziny, która miała wątpliwości, może dlatego, że w kraju znane były tylko nieliczne jego dzieła, a oni mało podróżowali po świecie.

Z zawodu i z powołania Sefardi był zegarmistrzem. Wynalazł sześć fantastycznych zegarków, za które otrzymał najwyższe tytuły i medale, w tym Złoty Order Zasługi Republiki Nomadii wręczony przez samego prezydenta. W obfitym strumieniu błogosławieństw losu wyróżnień było trzy razy więcej niż samych wynalazków. I jedne, i drugie stanowiły powód właściciela do dumy. Sytuacja ta budziła niechęć a nawet zawiść niejednego kolegi po fachu. Nie bolało ich to, że Sefardiego otaczała sława artysty sztuki zegarmistrzowskiej, tylko stosunek liczby osiągnięć do rozmiarów tej sławy.

– Jeśli w ostatnim dziesięcioleciu powstało w naszej branży trzysta niezwykłych wynalazków, z których tylko sześć było autorstwa Sefardiego, to chwała jaka mu przypadła w udziale jest niezasłużenie wielka – stwierdzenie to padło w restauracji „Pod krzywym zegarem” w trakcie przyjęcia z okazji międzynarodowego konkursu sztuki zegarmistrzowskiej.

Sefardi milcząco przyznawał rację kolegom. Był w dobrym nastroju, nie chciał się kłócić. Siedział w głębokim fotelu z bordowej skóry z dużym złotym medalem zawieszonym na szyi, dumnie odbijającym się w wiszącym naprzeciwko lustrze. Patrzenie na medal sprawiało mu radość: szlachetny kolor kruszcu, w środku stylizowana głowa starożytnego mędrcy, napis „Eureka” otoczony wieńcem laurowym z lewej i z prawej strony, u dołu napis „Geniusz Wynalazczości” oraz rok przyznania tytułu.

Najbardziej oryginalnym wynalazkiem Sefardiego był zegarek z wodotryskiem. Zanim powstał, nikomu nawet nie przyszło do głowy, że jest to możliwe. Idea była tak szalona i bezsensowna, że posługiwano się nią dla określenia czystej fanaberii. Było to wyzwanie, jakiemu nie sposób było sprostać, gdyż burzyło zasady logiki; było równie beznadziejne jak ciężka choroba lub walka z wiatrakami. W życiu Sefardiego pomysł zegarka z wodotryskiem też przeszedłby bez echa, gdyby nie przyjmował on szalonych pomysłów jako wyzwań, jakim musi stawić czoła. Tam, gdzie chodziło o wyobraźnię i sprawdzanie się, Sefardi pozostał dzieckiem; nie widział żadnych ograniczeń. Ta niezrozumiała słabość intelektualna okazała się błogosławieństwem dla ludzkości.

Myśl o mikroskopijnej fontannie w zegarku dojrzewała w nim od dawna, gdzieś z tyłu głowy, nie wywołując niepokoju, tylko poczucie niezaspokojenia. Jego umysł nie tolerował próżni.

Ilość płynu w wodotrysku musiała być mikroskopijnie mała i niezwykle precyzyjnie sterowana. To było największe wyzwanie. W sukurs wynalazcy przyszła nanotechnologia, pozwalająca dzielić krople wody na cząsteczki, a te na atomy. Kiedy ten strzępek wiedzy niedostępnej dla zwykłego śmiertelnika dotarł do Sefardiego, podjął niezłomne postanowienie realizacji projektu. Aby utrzymać wodę w ściśle określonej przestrzeni i nie pozwolić jej wyparować, Sefardi nasączył ją mikrocząsteczkami metalu, wcześniej zamieniając cyferblat w magnes emitujący pole magnetyczne, aby zamknąć drogę ucieczki metalizowanej wodzie.

Zegarek był nie tylko skomplikowany, ale i luksusowy. Dzieło sfinansował ekscentryk, człowiek bajecznie bogaty, martwiący się nieprzerwanie, że nie ma na świecie rzeczy dostatecznie pięknych i kosztownych, aby wydał na nie choćby połowę swego niezmierzonego majątku. W grę wchodziły oczywiście tylko przedmioty spełniające kryteria najwyższej wartości artystycznej.

Zegarek sprawiał właścicielowi niekończącą się radość. W towarzystwie podobnych sobie entuzjastów piękna i wartości, stawiał go na płaskiej powierzchni, otwierał kopertę i naciskał ukrytą z boku mikroskopijną dźwigienkę, przyglądając się, jak ze środka mechanizmu, wprost z centralnej osi, wytryska strumyczek wody igrającej kolorami tęczy. Woda spływała między wskazówkami i ozdobnymi oznaczeniami godzin do wnętrza zegarka, skąd do ponownego obiegu tłoczyła ją mikroskopijna nanopompa. Zegarek okrzyknięto cudem; to właśnie wtedy przyznano Sefardiemu tytuł mistrza świata w zegarmistrzostwie ręcznym.

Genialny twórca nie miał zbyt wiele czasu myśleć o osiągnięciach. Poważniejsze sprawy zaprzątały mu głowę. Dręczyła go świadomość, że ogromna barykada coraz bardziej dzieli społeczeństwo Nomadii. Nie zjawiła się ona w jednej chwili, konflikt narastał przez lata. Sefardi boleśnie przeżywał pogarszające się stosunki między obywatelami kraju, który był jego ojczyzną.

Entuzjaści Sefardiego nazywali go Mistrzem. Nie miał nic przeciwko temu, aby tak go określano i tak się do niego zwracano. Niektórzy czynili to szczerze, w uznaniu jego talentu, inni, aby zrobić mu przyjemność, przypodobać się, może nawet schlebić jego próżności. Domyślał się tego, nie przeszkadzało mu to jednak. Uważał, że każdy człowiek jest trochę próżny, a on przynajmniej miał osiągnięcia, aby aspirować do miana Mistrza. Myśli prowadziły go wciąż do tego samego punktu, że zanim jednostka osiągnie wielkość, musi mieć w sobie jej zalążki, kultywować je i wierzyć, że wytrwałą pracą – osadzoną na solidnym gruncie, jeśli nie genialności to przynajmniej talentu – osiągnie wyżyny, na których społeczeństwo będzie stawiać jej pomniki.

Gwoli prawdy, stanowiącej element wszelkiej równowagi duchowej, Sefardi miał za sobą nie tylko osiągnięcia, ale i porażki życiowe, o których starał się nie pamiętać. Nie były to udane wysiłki, gdyż wszystkie jego klęski miały niemiłą, wręcz drażniącą właściwość przypominania mu się w najmniej oczekiwanych momentach.

Moje książki:  https://tinyurl.com/y895884p

0Shares

Kawa i alkohol. Część pierwsza.

Znam pewnego faceta, który wciąż uczy się, jak żyć. To jest sztuka, jeśli chce się żyć mądrze i szczęśliwie. Aborygeni australijscy od ponad 200 lat szukają formuły swego miejsca w świecie. Szukają i jak dotychczas nie znaleźli nic stosownego.

Wracam do faceta. Widzę go nader często, ponieważ mieszkamy blisko siebie. W miarę jak go poznaję, coraz bardziej mnie zaskakuje. Ma kilka wad; ilość zalet jest nieokreślona. Czyż nie jest prawdą, że łatwiej jest określić, jakie kto ma wady, niż stwierdzić, jakie ma zalety? Zastanów się nad sobą, swoją żoną, partnerką lub narzeczoną, a zobaczysz, że mam rację. Jeśli jesteś kobietą, zastanów się nad bliskim ci mężczyzną lub mężczyznami. Albo nad kobietą, jeśli twój wybór jest inny niż męski. Po napisaniu kilku zdań zmieniłem własne zdanie: nie zastanawiaj się nad sobą. Ludzie typowo widzą siebie w lepszym świetle niż innych. I tak nie poznasz siebie do końca. A jak poznasz, to możesz tego pożałować. Może lepiej żyć w stanie ignorancji o sobie?

Wracam po raz drugi do faceta, którego znam. Dla dobra identyfikacji ochrzczę go Wiktor. Imię stosunkowo krótkie i łatwe do zapamiętania. Tu dygresja. Współczesność rozpaczliwie stara się być łatwa i tania. Czy będzie też krótka, tego jeszcze nie wiem. Zapewne tak, ponieważ ludzie wysilają się bez przerwy, aby wprowadzać wciąż zmiany. Kupujesz skarpetki, które wyjątkowo odpowiadają ci kolorem, wzorem i materiałem. Następnego dnia idziesz do sklepu i już ich nie ma. Producent doszedł do wniosku, że innowacja dobrze ci zrobi i nowe skarpetki powinny być krótsze oraz wykonane z innego materiału. Tańszego oczywiście. Coraz tańsze są też dobre zegarki. Szwajcarskie na przykład. Kilkadziesiąt lat temu marka Longines (najstarsza na świecie opatentowana marka zegarków), Tissot czy Delbana były w cenie. Zegarek kosztował majątek. Dzisiaj zegarek takiej marki można kupić za niewiele ponad 100 dolarów. A może nawet i taniej. I to nie podróbkę. Tańsze zegarki szwajcarskie mają części produkowane w różnych krajach, te droższe wyłącznie w Szwajcarii. Tu kryje się różnica jakości i różnica ceny. Wczoraj widziałem zegarek z ciekawym ogłoszeniem: „Kup jeden, drugi dostaniesz za darmo”. Może i warto mieć dwa zegarki? Jeden na lewą rękę, drugi na prawą. Nikt nie pozna, czy jesteś mańkutem, praworęczny czy leworęczny, czy też masz dwie lewe ręce. Tajemniczość jest w cenie.

C.d. n.

0Shares