Wykład profesora Inha. Opowiadanie. 14 odcinków.

Odc. 1 Czas próby

Po miesiącach szalonej ekspansji, pozostawiając po sobie tysiące ofiar, wirus spowolnił swój zabójczy marsz. Zachowywał się jak zwycięska armia wycofująca się na odpoczynek po zakończonym podboju kraju.

Dwa lata od pojawienia się wirusa epidemia wciąż trwała. Rząd utrzymywał w mocy zasady postępowania w miejscach publicznych: noszenie maseczek i rękawiczek ochronnych, bezpieczna odległość, żadnych zgromadzeń, unikanie spotkań nawet w małej grupce, ograniczone przejazdy środkami komunikacji publicznej.

Nie wszyscy obywatele stosowali się do tych zasad. Dla kontroli niesubordynacji wprowadzono dodatkowe środki: godzinę policyjną, patrole dzienne i nocne, obowiązek zgłaszania osób podejrzewanych o to, że są zakażone, obowiązek kwarantanny, odbywanie dłuższych podróży tylko za specjalnym zezwoleniem, w końcu obowiązek szczepienia się. Zaostrzono też kary za nieprzestrzeganie przepisów. Mimo drakońskich środków ilość zakażeń nie spadała, a ilość zgonów nawet wzrosła.

Ludzie najbardziej kompetentni, lekarze i naukowcy, też ulegali tej atmosferze. „Obserwator”, najbardziej popularny dziennik kraju, przeprowadził wywiad z doktorem Emilem Łupko, ordynatorem Szpitala Miejskiego nr 2, który podpalono, kiedy odmówił przyjęcia czekających w karetkach pacjentów.

– Nie mieliśmy już ani jednego wolnego łóżka. Ludzie oszaleli. Podpalać szpital?! Po części im się nie dziwię, bot to nie jest zwykła epidemia, ale prawdziwa zaraza. Kojarzy mi się z dżumą panującą w Cesarstwie Bizantyjskim w latach 541-542. W samym Konstantynopolu umierało wtedy pięć tysięcy osób dziennie; trupy walały się na ulicach, bo nie nadążano z ich usuwaniem. Oczywiście były to inne czasy: poziom higieny był niski, panowała plaga szczurów i pcheł, roznosicieli epidemii, nie było szczepionek. Zmarło wtedy czterdzieści procent mieszkańców Konstantynopola. W sumie na świecie zmarło sto milionów osób. Kiedy o tym myślę, lepiej rozumiem podpalaczy. Oczywiście absolutnie nie akceptuję ich zachowań.

W telewizji przedstawiono teatralną inscenizację wydarzeń w Konstantynopolu. Nie została dobrze przyjęta. Reżyser tłumaczył następnego dnia.

– Był to spektakl o charakterze historyczno-edukacyjnym. Widzowie nie zrozumieli naszych intencji, potraktowali je jako wizję, tego co się zdarzy w kraju. Jesteśmy chorobliwymi pesymistami; spektakl telewizyjny traktujemy jak rzeczywistość! Jako reżysera boli mnie ta nienormalność widzenia świata. Sztuka teatralna to nie zapowiedź przyszłości. 

Roman Desiru, premier rządu, obawiał się tylko jednego: upadku zaufania obywateli do władzy, zaniku wiary, że to co robi rząd, daje efekty. Bunt społeczeństwa groził mu dymisją a nawet sądem, ponieważ oskarżano go o niedopełnienia obowiązków służbowych oraz niewykorzystanie środków, jakie miał w dyspozycji jako szef rządu. To mogło być bardziej niż tragiczne.

Odc. 2 Rozmowa

Sypialnia pogrążała się w mroku wieczoru. Roman Desiru, już w piżamie, siedział w fotelu i przyglądał się światłom za oknem, kiedy do pokoju weszła żona.

– Co u dzieci? Przywitałem się z nimi, ale nie zdążyłem porozmawiać. Nie miałem już siły, taki jestem zmordowany. Nie wiem doprawdy, jak długo jeszcze wytrzymam.

Właściwie to nie powinien pytać, ponieważ znał sytuację. Dzieci miały stałą opiekunkę i radziły sobie dobrze. Od pewnego czasu nie chodziły do szkoły z uwagi na epidemię, uczyły się zdalnie.

Udzieliwszy mężowi wyjaśnień, Anna podeszła do szafy i wyjęła nową koszulę nocną. Od dłuższego czasu nie spała z mężem. Zostawał na noc w pracy albo wracał bardzo późno zbyt zmęczony, aby cokolwiek z siebie wykrzesać. W budynku rządowym obok gabinetu miał łazienkę i małą sypialnię. Nie była tym zachwycona. 

Przez chwilę oboje milczeli. Anna nałożyła koszulę nocną i przeglądała się w lustrze. Miała za grube nogi. Zawsze ją to denerwowało. Nigdy nie pogodziła się ze sobą. Przestała myśleć o tym, kiedy popatrzyła na męża. Zadała sobie pytanie, czy jego częste zostawanie na noc w pracy nie oznacza czegoś innego niż nadmiar obowiązków. W domu był do niczego. Usprawiedliwiała go, ponieważ wszyscy czuli się podle. Epidemia nikogo nie oszczędzała, z wyjątkiem ludzi potrafiących zachowywać się beztrosko nawet na cmentarzu. Była spostrzegawcza; niektórym osobom epidemia w niczym nie przeszkadzała, podczas gdy inni popadali w rozstrój nerwowy.

Premier przerwał milczenie.

– Atmosfera ostatnich tygodni bardzo źle mnie nastraja. Czuję się osaczony. Wszyscy mają do mnie pretensje. Nikt nie czepia się ministra zdrowia, tylko mnie. Otrzymuję anonimowe pogróżki i to tak liczne, że aż trudno uwierzyć. Nazywają mnie Antychrystem, złodziejem i bydlakiem, który nie dba o zwykłego obywatela tylko o siebie i swoich kumpli. Tak to określają: kumpli!  

– Możesz chyba przyznać, że jest w tym trochę prawdy?

– Jakiej prawdy!? Czy ty oszalałaś?

Zrozumiawszy, że użyła niewłaściwych słów, Anna próbowała wytłumaczyć się.

– Nie mam na myśli tego, o co ludzie cię oskarżają, tylko o to, co rząd robi, aby zapewnić bezpieczeństwo tobie, twoim ministrom i tym waszym najwyższym dostojnikom. Nie wiem skąd ludzie o tym wiedzą, ale Zosia …

– Jaka Zosia? Nie znam żadnej Zosi – na twarzy mężczyzny pojawił się wyraz niepokoju.  

– Moja przyjaciółka Zosia – wyjaśniła spokojnie Anna. – Poznałeś ją kiedyś na przyjęciu u nas. Ruda, szczupła, mniej więcej w moim wieku. Otóż Zosia opowiedziała mi wszystko z takimi szczegółami, że przechodzi to ludzkie wyobrażenie. Zarezerwowaliście w tajemnicy cały szpital na terenie garnizonu wojskowego i trzymacie go w gotowości dla potrzeb członków rządu, prezydenta i marszałków parlamentu. Także o tym, jak luksusowo jest urządzony i wyposażony. I to, że za każdym z was jeździ nieprzerwanie karetka pogotowia z lekarzem i ratownikiem, w pełni wyposażona, gdziekolwiek się nie udajecie, nawet dla przyjemności. Bo nie powiesz mi, że tylko harujecie od rana do wieczora!

Premier zamilkł, zastanawiając się, kto mógł ujawnić tajne informacje. Były zastrzeżone tylko dla niewielkiej grupy osób. Oderwał się od tej myśli i narastającego gniewu, że ktoś z jego najbliższego otoczenia coś fatalnie spieprzył. Chciał odwrócić uwagę żony od drażliwego tematu.  

– Mam inne, ważniejsze problemy. Boję się upadku z dużej wysokości. Wszystko mi się źle kojarzy. W dzieciństwie, jak pamiętasz, spadłem z dachu stodoły na wsi, gdzie będąc jeszcze dzieckiem wyjeżdżałem na wakacje, potem miałem ten głupi upadek z konia, w końcu, na szczęście – niezbyt tragiczne – to ześliźnięcie się z mokrej ścieżki skalnej w trakcie wiosennej wyprawy w góry.

Anna pamiętała jego przeżycia; pociągnęły za sobą poważną operację nogi i półroczny pobyt w szpitalu. Przypomniała sobie też zdjęcie konia, którego oddano do rzeźni dlatego, że zrzucił z siebie męża. Było to szalone i niebezpieczne zwierzę. Nie za bardzo w to wierzyła. Skojarzyła je sobie z epidemią, której skutki zależały w dużej mierze od zachowań ludzi.

– Przepraszam cię, na chwilę wyjdę z sypialni. Przypomniałam sobie, że muszę zamówić w Internecie nowe maseczki antywirusowe i jednorazowe rękawiczki dla nas wszystkich. Nie chcę, abyś wszystko przynosił nam z pracy.

Odc. 3 Przesilenie

Po miesiącach wznoszenia się i opadania fali epidemicznej, zakazy i ograniczenia wprowadzone przez władze wyczerpały społeczeństwo. Pojawiło się poczucie nienormalności i pogłębiającego się lęku. Ludzie bali się wszystkiego: ci, którzy utracili pracę, z czego będą żyć, ci którzy ją wciąż mieli, że ją utracą, pracodawcy bali się bankructwa, konsumenci – braku zaopatrzenia w artykuły pierwszej potrzeby. Przerażenie budziła perspektywa wzrostu cen i spekulacji, uciążliwości kwarantanny i problemów ze snem. W końcu nadeszły natrętne myśli i groźby zabójczej depresji, oddzielenia od rodziny i przyjaciół i ostatecznej utraty gruntu pod nogami.

– Ludzie boją się własnego cienia. To najtrudniejszy okres w życiu naszego społeczeństwa na przestrzeni ostatnich stu lat – premier pogrzebowym głosem podsumował posiedzenie rządu.

– To znaczy, że oprócz śledzenia liczby zgonów, zakażeń, szczepień, zajętych łóżek w szpitalach i respiratorów oraz wydatków budżetowych musimy także monitorować nastroje społeczne. Zapędzony w ślepy róg człowiek jest bardziej niebezpieczny niż dzikie zwierzę – minister zdrowia uznał, że powinien podkreślić, jak jego liczne już obowiązki powiększają się dodatkowo.

– Dlaczego bardziej niż zwierzę? – niechętnie zdziwił się szef rządu.

– Bo jest nieobliczalny, przewrotny i pazerny.

Po nijakiej wiośnie, kiedy dyszące z wysiłku słońce słało na ziemię rachityczne promienie, nadeszło długo oczekiwane lato. Na dobre rozpanoszyła się zieleń i ciepłe dni. Społeczeństwo, przede wszystkim młodzi ludzie, zaczęło patrzeć w przyszłość z nadzieją.

– Nadzieja ratuje nas przed depresją i szaleństwem – pocieszali się nawzajem, coraz śmielej zdejmując maseczki, aby odsłonić twarz na słońce.

Wkrótce nastąpiło nieszczęście, którego najbardziej obawiał się premier: społeczeństwo zbuntowało się przeciw ograniczeniom i niepewnej przyszłości. Nastąpiła masowa ucieczka do przodu. Czy była ona racjonalna czy nie, nie miało znaczenia; ludzie poczuli potrzebę oderwania się od ponurej rzeczywistości. Ich nadzieję na lepsze jutro umacniały strzępy informacji: w jakimś szpitalu na drugim końcu świata zastosowano z powodzeniem jakiś lek, naukowcy instytutu badawczego Sigma, o którym nikt nigdy nie słyszał, ogłosili postęp w pracach nad nową, rewelacyjną szczepionką, ozdrowiała zarażona wirusem stuletnia kobieta przywieziona do szpitala w stanie ciężkim.

Roman Desiru przeklinał swój los. Dwa lata wcześniej stanowisko premiera wydało mu się błogosławieństwem. Nie mógł go spotkać większy zaszczyt. Teraz kamieniem młyńskim ciążyła mu odpowiedzialność za społeczeństwo żyjące w pułapce epidemii i przekonane, że to on osobiście odpowiada za jego losy. Niepokój narastał w nim nieprzerwaną falą. Efekty nie kazały na siebie czekać.

– Jesteś impotentem – oświadczyła mu zrozpaczona żona po trzeciej próbie zbliżenia, w której uczyniła wszystko, co mogła. – I już tak chyba zostanie!

Nie mogła być bardziej rozczarowana. Nic nie pomogło. Najbardziej seksowna bielizna, demonstrowanie powabów kobiecości z przodu i z tyłu, namiętne ocieranie się, stymulacja miejsc zmysłowych i pieszczoty, którymi cierpliwie go obdarzała w oczekiwaniu wzajemności.

Premier zdał sobie sprawę, że jego libido spadło poniżej zera. Cyfra ta budziła w nim przerażenie; oznaczała nicość. Był zdruzgotany.

Z uwagi na rosnącą możliwość zakażenia Desiru od tygodnia nie spotykał się bezpośrednio z członkami gabinetu. Dyskusje i wymiany poglądów odbywały się zdalnie przez komunikatory. Po otrzymaniu najnowszego sondażu opinii publicznej o nastrojach społeczeństwa, premier złapał się za głowę. Na ekranie widział trzynaścioro członków swego gabinetu.

– Wiara ludzi w przyszłość przeszła z fazy głębokiego pesymizmu wprost do optymizmu. Czy oni oszaleli? Patrzeć z nadzieją w przyszłość, kiedy wirus nie zmniejsza swego śmiertelnego żniwa? Zróbcie coś do diabła w tej sprawie, bo oszaleję! Jesteście ministrami! To wy dysponujecie ludźmi, technologią, funduszami i innymi środkami!

Ramona Trudo, matka dwóch córek i babka pięciorga wnucząt, z niechęcią obserwowała letni rozkwit nadziei. Była kobietą aktywną, szczyciła się tym. Oglądając telewizję, czytając newsy, rozmawiając przez telefon z rodziną i przyjaciółmi, analizując wypowiedzi fachowców na temat epidemii, uważała entuzjazm za przedwczesny i nieuzasadniony. Jego pojawienie się zbiegło się w czasie ze zmianą pogody: nijaka i mdła, niezbyt ciepła wiosenna pogoda przekształciła się w ciągu dwóch dni w prawdziwe lato, kiedy rozjuszony upał łagodziły jedynie błogosławione skrzydła wiatru od strony koła polarnego oraz noc.

Ramona wyobraziła sobie wykres: oto letnia pogoda i nastrój optymizmu wyprzedzają wirusa pnącego się wężowatymi ruchami mikroskopijnego ciała na wyżyny zarazy.

– Wygląda to tak, jakby diabeł ustawił po obu stronach domu dwie drabiny, aby upowszechniać fałszywy obraz nadziei – Ramona tłumaczyła starszej córce Katerinie, bardziej martwiącej się o związanie końca z końcem niż o zagrożenie wirusem. – Z jednej strony dachu lezie sobie wirus, rozkudłany osobnik w płaszczu uszytym z miliarda lepkich przyssawek, z drugiej wspina się po drabinie dziewczę takie jak ty opromienione słoneczną pogodą z wiankiem pachnących kwiatów na głowie. Przecież to urojenie, ta przedwczesna wiara w lepsze jutro! A ludzie w to wierzą! Co za barany!

Dla rozładowania goryczy na głupotę bliźnich Ramona z całą siłą uderzyła packą w muchy tłoczące się przy odrobinie rozlanej słodkiej kawy na stole, tworząc na obrusie obrzydliwą czerwono-czarną masę.

Odc. 4 Zmiany

Katerina coraz częściej denerwowała się rozmawiając z matką. I tym razem nie uniknęła irytacji. Miała poczucie konfrontacji pokoleń.

– Mamo! Zrozum ich. Ludzie potrzebują nadziei, wiary w przyszłość, nawet jeśli nie jest ona całkiem różowa. Są zmęczeni nieprzerwanym siedzeniem w domu, chodzeniem w maseczkach i rękawiczkach, myciem rąk i dezynfekcją wszystkiego, co ich otacza, osaczeni niepewnością, co jeszcze może się złego wydarzyć.

– Są beznadziejnie naiwni. Wierzą w raj, gdzie kwitną drzewa wydające owoce bez robaków. Człowiek musi być realistą, nie zwariowanym marzycielem. Mimo powolnego odwrotu epidemii, nikt nie może mieć pewności, że wszystko zmieni się na lepsze. Będziemy już stale zagrożeni epidemią. Musimy nauczyć się sztuki akceptacji tego zagrożenia. Niepewność będzie się czaić za każdym rogiem. Ty też musisz to zrozumieć!

Katerinę denerwował dojmujący realizm matki. Nie znosiła jej arogancji wobec inaczej myślących ludzi. Widziała arogancję nawet w jej ubiorze, schludnym, wykonanym z dobrego materiału, zapewniającym wygodę, lecz ukrywającym jej fizyczną atrakcyjność, obniżającym jej kobiecą wartość. Rozmawiała o tym z Albertą, młodszą siostrą.

– Ona postępuje tak, jakby specjalnie chciała ukryć, że jest wciąż kobietą atrakcyjną.

Mimo urodzenia i wychowania dwójki dzieci Trudo zachowała kształtne piersi, powabną twarz i ogólną urodę. W duchu Katerina jej tego zazdrościła. Zżymała się na siebie z tego powodu.

– Zazdrościć własnej matce, że jest atrakcyjna seksualnie? Co za absurd!?

W ostatnich dniach nie czuła się najlepiej. Zwalała to na epidemię, atmosferę niepokoju i napięcia. Traktowała wirusa jak żywą, świadomą i myślącą istotę. Był dla niej potworem, bezwzględnym i wyrachowanym, czającym się za rogiem każdego budynku, aby przerażać ją swoją niewidoczną obecnością.

Czerwcowe słońce rozkręciło mieszkańców miast. W powietrzu wisiała pozytywna nerwowość. Ludzie przestali przestrzegać zasad bezpieczeństwa. Zdejmowali maseczki i rękawiczki, podchodzili blisko do siebie, a nawet się obejmowali na przywitanie i pożegnanie. Kiedy im przypominano zasady bezpieczeństwa, odpowiadali:

– Po co nam to wszystko przy tak pięknej pogodzie. Mamy dosyć noszenia na twarzy kawałka materiału utrudniającego oddychanie.

Pojawiły się argumenty, odrzucane przez lekarzy, że od noszenia maseczki dłużej niż godzinę można dostać grzybicy płuc.

Ludzie starsi czuli się zagrożeni. Emeryt stojący w kolejce do kasy w supermarkecie głośno wyraził opinię, że ludzie wbrew zasadom nie noszą maseczek ochronnych. Wyśmiano go. Resztki niepokoju, że wirus wciąż zagraża, skutecznie niwelowała bogata oferta wakacyjnych rozrywek. Do ośrodków wypoczynkowych wracali stali goście, a na ulice i place piosenkarze, zespoły muzyczne, tancerze i performerzy.

Przestano przestrzegać zakazu nabierania samemu sobie na talerz potraw w samoobsługowych barach i restauracjach. Obsługa klienta zapominała o własnym bezpieczeństwie, pracując bez maseczek i rękawiczek. Tydzień nadzwyczajnej pogody na początku lipca spowodował, że ludzie całkiem się zbiesili. Obserwator zamieścił na pierwszej stronie alarmujący artykuł:

– Młodzi ludzie przestawili się jak zwrotnica kolejowa, kierując pociąg w zupełnie inną stronę. Nikt nie chce mówić ani słuchać o tym, jak jest, ale o tym, jak będzie. Tematem jest tylko przyszłość. Ludzie wypowiadają się o niej otwarcie, głośno i z taką namiętnością, że stało się to obsesją. Stawiają żądania. Niby dorośli, a zachowują się jak dziecko żądające od matki zabawki, natychmiast, bo inaczej zaniesie się płaczem pod niebiosa. Do czego zmierza ta fala entuzjazmu?

Odc. 5 Wiec i narada

Na placu Wielkiej Nadziei odbył się wiec zorganizowany przez Awangardę Przyszłości i Nową Falę, organizacje promujące nowoczesne myślenie o ochronie środowiska, czystej wodzie, powietrzu, ziemi i energii.

Przemawiali przywódcy organizacji, stawiali żądania władzom kraju.

– Pokażcie nam obraz przyszłości. Możliwie bliskiej, ale i dalszej, bo to już nie epidemia, ale niepewność nas zabija. Potrzebujemy i żądamy konkretu, wyobrażenia, dokąd zmierza nasz kraj.

Głośnego poparcia udzielały demonstrującym organizacje Femina i Kobiety Razem, uznające, że to niewiasty poniosły największy ciężar walki z wirusem, wypełniając z poświęcaniem obowiązki pracy, opieki nad dziećmi, osobami starszymi, niepełnosprawnymi i chorymi.

Manifestanci wkrótce pojawili się przed siedzibą rządu. Tym razem nie krzyczeli, tylko w milczeniu trzymali wzniesione w górę zaciśnięte pięści. Policja obawiała się rozruchów i wcześniej otoczyła budynek kordonem ludzi i pojazdów. W nocy na ścianie budynku rządowego, gdzie mieściły się gabinet premiera i dwa ważne ministerstwa, mimo obecności ochroniarzy, pojawiły się napisy.

– Łajdacy! Żądamy prawdy o przyszłości. Co przed nami ukrywacie?

Następnego dnia presja tłumu się wzmogła, kontynuowano okrzyki, stawiano żądania.

– Desiru! Ty tchórzu! Czego się boisz? Nie umiesz poradzić sobie z wirusem to przynajmniej pozwól nam na optymizm. Nie damy się stłamsić!

Premiera nie bolały epitety pod jego adresem, był do nich przyzwyczajony, tylko żądania odważnego, otwartego podejścia do wirusa i epidemii.

– Optymizm stał się towarem. Wszyscy chcą go nabyć i wypełnić się nim po brzegi. Traktują go jak francuski szampan – pisał „Obserwator”, najbardziej popularny dziennik w kraju.

– To jawny i niebezpieczny bunt. Ludzie żądają wiedzy o przyszłości i zapewnienia, że będzie ona lepsza – niepokoił się premier na spotkaniu z gabinetem. – Chcą kraj puścić na żywioł.

Presja na rząd była ogromna. Trzeba było coś zrobić w tej sprawie. Konieczne były działania zapobiegające rozruchom i anarchii. Premier zwołał pilną naradę. Zmienił zasady. Nie było to spotkanie online, ale bezpośrednie. W gabinecie zjawił się pełen komplet ministrów, wszyscy w maseczkach i rękawiczkach ochronnych. Otworzono jedno okno, ustawiono i włączono silny wentylator wywiewowy. Nikt nie ukrywał zaniepokojenia.

– Najgorsze są baby. Gotowe zajeździć człowieka jak starą szkapę. Moja żona nie daje mi spokoju. Kiedy wreszcie przedstawicie nam choćby skrawek nadziei? Chcemy słyszeć coś pozytywnego, a nie tylko o wirusie i o tym, ile ludzi zachorowało i ile umarło!

– Co ci przeszkadza, że kobieta sobie pogada? – rzuciła minister administracji, Anna Waga. Twarz jej się lekko zaczerwieniła.

Zapytany zawahał się. Patrzył w dół na czubki swoich niepastowanych od dawna pantofli.

 – Żona nie chce iść ze mną do łóżka. Odmawia mnie i sobie tej przyjemności.

Nikt się nie zaśmiał ani nie skomentował nieoczekiwanego wyznania. Zapadło wymowne milczenie.

Rząd musiał zareagować i zareagował. Odbyła się burza mózgów, chaotyczna, ale skuteczna. Przedstawiono propozycje i podjęto decyzje.

– Nie będziemy dłużej chować głowy w piasek! – Desiru poczuł ulgę, kiedy to powiedział. Coś się w nim zbuntowało. Wyprostował się. Przez chwilę myślał, że chciałby zobaczyć się w lustrze, ale nie było na to czasu. Wezwał sekretarkę i wydał polecenie:

– Proszę podać alkohol. Musimy to uczcić. Tylko pośpiesz się, bo nie mamy czasu.

Rozdzwoniły się telefony. Każdy miał jakąś rolę do wypełnienia. W ciągu kilku godzin przeprowadzono konsultacje z wirusologami, radą lekarską, szefem policji, politologami i specjalistami public relations. Późnym wieczorem Roman Desiru zorganizował konferencję prasową, aby złożyć ważne oświadczenie.

– Rząd w trybie natychmiastowym zleci opracowanie scenariusza zdarzeń związanych z wirusem i epidemią w perspektywie najbliższych lat. Opracuje go wybitny ekspert profesor Steffen Inha ze Szwecji i dokona publicznej prezentacji.

Odc. 6 Zlecenie

Po zakończeniu wyjaśnień premier skinął głową swemu rzecznikowi prasowemu, że może przyjmować pytania od zebranych dziennikarzy i reporterów. Ze wszystkich stron podniosły się ręce. Desiru nagle postanowił zmienić dotychczasową praktykę unikania kłopotliwych pytań. Poprosił tylko rzecznika, aby notował, kto i o co pyta.

– Musimy przygotować się na najgorsze. Przewiduję trudne czasy – wyjaśnił, kiedy ten spojrzał na niego pytająco. – Jeśli teraz nie podejmiemy wyzwania, to wkrótce będzie jeszcze gorzej. Po konferencji zrób mi listę dziennikarzy najbardziej krytycznych wobec rządu. Są tutaj tacy, co regularnie szukają konfrontacji. Będą ją mieli!

– Panie Premierze! Czy jeden człowiek, nawet najwybitniejszy naukowiec, poradzi sobie z takim wyzwaniem? Opracowanie scenariusza wydarzeń dla całego kraju na rok czy dwa to przecież praca dla kilku dużych zespołów ludzkich.

Czekając na zakończenie wypowiedzi, premier z niechęcią przyglądał się mężczyźnie. Był niewielkiego wzrostu, jego drobną twarz zakrywała czarna maseczka z białym emblematem. Ubrany był w podniszczoną skórzaną kurtkę, spodnie dżinsowe i czarne pantofle z żółtawymi sznurówkami.

– Wygląda, jakby wybrał się na przechadzkę z psem do lasu – to była pierwsza myśl Desiru. Prawie natychmiast zmienił zdanie i pomyślał, że przypomina dorożkarza, który zszedł z kozła na postoju, aby nakarmić konia obrokiem. Pytanie uznał za naiwne. Nie znosił takich pytań, miał poczucie, że kwestionują jego zdrowy rozsądek, jego decyzje. Nie starając się nawet zachować pozorów uprzejmości wyraził myśl, jaka akurat przyszła mu do głowy.

– Steffen Inha … profesor Steffen Inha … w małym palcu ma większą wiedzę niż dziesięciu innych ekspertów w swoich głowach. Niech mi pan wierzy.

Następnego dnia zespół wyznaczony przez premiera omawiał zakres i tematy zlecenia dla profesora, czy powinien to być jeden scenariusz, kilka scenariuszy, prognoza czy też raczej szersze rozważania na temat przyszłości. Dopiero po dwóch dniach uzgodniono treść zlecenia. Miał to być godzinny wykład wspomagany pokazem prognoz rozwoju wirusa i epidemii oraz ich skutków społecznych

Nie obeszło się bez publicznej krytyki także samego profesora. Opozycja nazwała go zasuszonym staruszkiem bez odrobiny energii i zarzuciła mu brak bezstronności. Pojawiły się niewybredne oskarżenia, że to lewak, mason, bezbożnik i ortodoksyjny Żyd. Była w tym głównie ironia, szyderstwo i niechęć do rządu.

– To są argumenty podobne do gryzienia się we własną rękę z tego powodu, że nie przyniosła szklanki wody – odpowiadali przedstawiciele partii rządzącej.

Ustalono termin publicznego wykładu profesora Inha. Miał odbyć się za dwa miesiące w sali bankietowej Pałacu Ślubów w Kornie, miejscowości, gdzie nie zanotowano ani jednego przypadku zakażenia wirusem. Wykład miał być transmitowany przez telewizję na cały kraj.

Dwa tygodnie przed wykładem pojawiły się w Internecie fragmenty materiałów przygotowanych przez profesora. On sam zadzwonił w tej sprawie do premiera.

– Chciałem, aby pan pierwszy o tym się dowiedział, nie z mediów, ale ode mnie. Nie wiem, co o tym sądzić, podejrzewam kradzież lub sabotaż.

Nie była to miła rozmowa. Premier mówił podniesionym głosem, czuł, jak mu drżą ręce. Nie znosił tej słabości; to go jeszcze bardziej zdenerwowało. Zarzucił profesorowi brak należytej dbałości o zachowanie tajemnicy. Rozmówca bronił się, że ujawniając autora opracowania rząd niepotrzebnie skierował na niego uwagę swoich wrogów i hakerów.

– Spotkała mnie masa niezasłużonej krytyki ze strony pańskich oponentów. Materiał nad którym pracowałem to gratka dla potencjalnego szantażysty. Także dla kogoś, kto chciałby obnażyć nieudolność rządu, który otwarcie i niepotrzebnie ujawniania źródło, gdzie powstaje informacja krytyczna dla bezpieczeństwa kraju.

Premier poprosił profesora o zdementowanie informacji o przecieku materiałów z jego komputera do mediów internetowych. Profesor odmówił. 

– Mam swoją reputację i wiarygodność. Nie będę kłamać. Nie chcę znaleźć się na śmietniku naukowców, którzy przestali być wiarygodni – był wściekły na premiera za jego sugestię.

Wykład stracił sens. Obydwaj mężczyźni myśleli gorączkowo, jak wybrnąć z nieoczkiwanego kłopotu.

Po skończonej rozmowie, nie krępując się obecnością sekretarki, premier wyrzucił z siebie głośno:

– Kurwa mać! Jeszcze tego mi brakowało. Że też musiał przyjść mi do głowy taki nieudacznik! 

O przecieku stało się głośno. Spekulowano, kto to mógł zrobić i w jakiś sposób. Szwedzka policja przeprowadziła śledztwo. Okazało się, że sprawca włamał się do komputera profesora i przejął partię przygotowywanego materiału. Nie wiadomo, jak obszerny był to materiał. 

Odc. 7 Włamanie

Profesor Inha nie umiał przekonująco wyjaśnić włamania na swój komputer i kradzieży materiałów. Sprawa była o tyle kłopotliwa, że stawiała pod znakiem zapytania ważną, przygotowywaną na oficjalne zlecenie prezentację za granicą. Inha rozmawiał o tym kilkakrotnie z premierem Desiru. 

– Nie nam pojęcia jak to się stało. Nigdy z czymś takim nie miałem do czynienia. Moje materiały są doskonale chronione przed kradzieżą w prosty ale niezwykle skuteczny sposób. Wszystkie pliki związane z wykładem trzymałem na innym komputerze niepodłączonym do Internetu. Nie ma mowy, aby ktoś mógł je stamtąd ukraść. Jedyna możliwość, kiedy coś nieprzewidzianego mogło się zdarzyć, to czas podłączenia przeze mnie pendrajwa do komputera z dostępem do Internetu po to, aby przekopiować z niego i wysłać emailem materiały. Trwało to prawdopodobnie nie dłużej niż trzy minuty, tylko tyle, ile potrzebowałem, aby wybrać kilka plików i wysłać je przyjacielowi w celu zaopiniowania. Powtórzę, to mogło trwać nie dłużej niż kilka minut. Podejrzewam, a właściwie spekuluję, bo nie znam się na tym za bardzo, że być może w tym właśnie czasie mój komputer został zainfekowany jakimś koniem trojańskim czy czymś podobnym. Mam na myśli złośliwe oprogramowanie, które zidentyfikowało na podstawie słów kluczowych, haseł lub jakichś oznaczeń, że są to materiały związane z moją prezentacją dla państwa i dokonało ich przejęcia. Jeśli tak, to był to mój błąd. Bądźmy jednak szczerzy, nic takiego by się nie stało, gdyby nie podał pan do wiadomości publicznej, kto będzie autorem opracowania. Ujawnianie od razu autora nie było konieczne. Temat i termin wykładu jak najbardziej tak, ale nie autor. Pan to dobrze wie.

Premier nie zgadzał się.

Steffen Inha czekał, co ze skradzionych materiałów pokaże się w Internecie. Łącznie chodziło o pięć plików. Ktoś mógł teraz prezentować jego dorobek jako efekt własnej pracy. Po kilku dniach w Internecie ukazał się skradziony profesorowi materiał. Kiedy Inha go zobaczył, był pewien, że ktoś nad nim pracował i że był to fachowiec. Materiał został inaczej uporządkowany, poszerzony i uzupełniony. Temat określono jako „Koronawirus a przyszłość”. Postawiono pytania uzupełniające: Jak będzie wyglądała nasza przyszłość? Jak zmieni się człowiek? Jak zmieni się świat?

Materiał skupiał się na jednostce w okresie pandemii, jej roli i zachowaniu, raczej niż na społeczeństwie. Mało w nim było romantyzmu, za to dużo chłodnych argumentów. Były to głównie podsumowania wykładu. Myśl przewodnia była taka, że życie człowieka zmieni się w sposób zasadniczy.

W kraju, ku pocieszeniu premiera, mimo wciąż licznych zachorowań, normalność wracała do domów i na ulice. Po upływie dwóch lat od dnia pojawienia się wirusa Calami ludzie coraz lepiej radzili sobie z jego obecnością. Wirus w międzyczasie zyskał nową nazwę: Monstrum. Ktoś go tak nazwał i tak pozostało. Monstrum było wszędzie, nadal zbierało żniwo śmierci i dezorganizowało życie, społeczeństwo przyzwyczaiło się jednak do tego.

Kiedy w Internecie ukazał się przygotowywany przez Inha wykład, w dodatku w wersji poprawionej i uzupełnionej, profesor natychmiast poinformował o tym premiera.

– Po co ktoś to dokonał tych zmian, nie mam pojęcia. Nikt nie przyznaje się też do ich autorstwa. Konsultowałem sprawę z adwokatem zajmującym się prawami autorskimi i policją. Sprawa jest trudna. Sam uważam ją za beznadziejną. Nie mam podstaw do obrony moich praw autorskich, gdyż materiał nie był wcześniej publikowany ani udostępniany komukolwiek, kto mógłby zaświadczyć, że to ja go stworzyłem i jestem jego autorem. Wyjątek stanowi plik, w którym zawarłem trzy konkretne prognozy przekazane przyjacielowi do oceny. Ale one akurat nie ukazały się w nielegalnie opublikowanych materiałach. Nie mogę nikomu zarzucić popełnienie plagiatu czy kradzieży moich materiałów, bo nie mam dowodu, że to ja jestem ich rzeczywistym autorem.

Sytuacja stała się kłopotliwa. Wygłoszenie wykładu straciło sens. Rząd był gotów anulować zlecenie. Na posiedzeniu gabinetu sprawę przedstawił dyrektor departamentu prawnego.

– Najpierw zlecamy przygotowanie wykładu znanemu profesorowi, a potem informujemy, że ktoś mu ten wykład ukradł i opublikował nielegalnie w Internecie, lecz profesor nie może udowodnić, że to jego materiał. Jeśli jego obarczymy winą, to będzie się bronić, twierdząc, że to my sprowokowaliśmy hakera, podając do wiadomości publicznej, kto przygotowuje wykład i czego on dotyczy. To bardzo kłopotliwa sprawa. Jeśli opozycja dowie się o szczegółach, to zrobi raban, że rząd jest nieudolny, niewiarygodny. Powiedzą:

– Wyszukali jakiegoś naukowca nieudacznika i poprosili go przygotowanie wykładu na temat naszej przyszłości. Hakerzy wykradają mu wykład z komputera i publicznie ujawniają. I my, obywatele, mamy za to zapłacić! Co za głupota i cynizm! I to są ludzie, którzy nami rządzą!

Odc. 8 Sala wykładowa

Desiru poczuł ssanie w żołądku a zaraz potem duszność w klatce piersiowej i przyśpieszone bicie serca. Oderwał wzrok od siedzących przed nim osób i sięgnął ręką po butelkę wody mineralnej stojącą na stole konferencyjnym. Kiedy butelka się przewróciła, znajdujący się najbliżej premiera minister wstał ze swego krzesła, podniósł butelkę, otworzył i nalał wody do szklanki. Chciał ją usłużnie podać premierowi, ten jednak niecierpliwie machnął ręką i warknął:

– Sam sobie poradzę.

Problem wykładu rozwiązał sam Steffen Inha. Po konsultacji z doradcą prawnym instytutu, gdzie pracował, poprosił premiera Desiru o rozwiązanie umowy. Propozycja nie ucieszyła premiera, ponieważ pozostawiała go z nierozwiązanym problemem przedstawienia społeczeństwu wizji przyszłości.

– Nie mogę wycofać się ze zobowiązania danego publicznie społeczeństwu. Musimy znaleźć jakieś inne rozwiązanie, które nam obydwu da szansę zachowania twarzy.

Po dyskusji uzgodniono, że umowa nie zostanie rozwiązana, tylko zmieniona. Była to nowa propozycja profesora.

– Wygłoszę wykład, tylko inaczej go ukierunkuję. Skoncentruję się nie na przyszłości całego społeczeństwa, ale na losie jednostki. Będzie to rodzaj scenariusza, co może się zdarzyć, kiedy ktoś zarazi się wirusem i ciężko rozchoruje. Opowiem o moich własnych doświadczeniach z okresu, kiedy zaraziłem się wirusem. Przedstawię nie tylko osobiste przeżycia ale i pewne przemyślenia. Będzie to bardzo wymowne i na pewno się spodoba. Ludzie lubią słuchać o sytuacjach, w których sami mogą się znaleźć. 

– To pan zaraził się wirusem i był leczony w szpitalu? Dlaczego mi pan o tym nie powiedział? Powinienem o tym wiedzieć!

– Jakie to miałoby znaczenie dla kogokolwiek? Ponadto, nie obnoszę się z historią moich chorób i leczenia szpitalnego. Nikt się nie chwali, że przebył ciężką chorobę. Czy pan, panie premierze, przyznałby się do czegoś takiego? To coś bardzo osobistego, ale równocześnie uniwersalnego, bo każdy może zarazić się wirusem i trafić do szpitala. Teraz to inna sprawa.

Wyjaśnienie profesora nie poszło w smak premierowi. Postanowił zmienić temat.

– Jakie będą koszty pańskiego wystąpienia? Liczę na poważną obniżkę.

– Wykład wygłoszę gratis. Nie oczekuję od rządu żadnego wynagrodzenia, z wyjątkiem pokrycia kosztów przelotu w obydwie strony i pobytu w hotelu.

Premier zastanawiał się nad słowami profesora. Był zadowolony z obrotu sprawy. Rząd był pod presją wydatków, zadłużenie rosło, każda oszczędność budżetowa stanowiła dobrą wiadomość. Profesor Inha umocnił go w przekonaniu, że dobrze uczyni, akceptując jego propozycję, dodając po chwili wahania:

– Proszę to przedstawić jako swój sukces. Może powie pan coś w rodzaju: Ustaliliśmy, że profesor Steffen Inha wygłosi wykład bezpłatnie. Będzie to wkład szwedzkiej społeczności naukowej w edukację naszego społeczeństwa.

Wystąpienie profesora miała pokazywać telewizja. Transmisję rozpoczęto kilka minut wcześniej. Sala w Pałacu Ślubów w Kornie była wypełniona, panowała atmosfera pełnego ożywienia. Wszystkie fotele były zajęte, siedzące w nich osoby prowadziły ze sobą ożywione rozmowy.

Widzowie przed telewizorami nie mogli wyjść z szoku.

Co ci ludzie tam robią na sali? Przecież w kraju obowiązuje bezwzględny zakaz zbierania się w grupach przekraczających pięć osób.

Rozpoczęły się interwencje. Atakowano przede wszystkim policję, że dopuszcza do takich imprez. Żądano natychmiastowych działań. Do dyżurnego na komendzie policji dodzwonił się jakiś krewki mężczyzna.

– Rozpędźcie ich! Przecież rząd wydał zakaz gromadzenia się. Premier sobie drwi z nas wszystkich. Inne zasady dla społeczeństwa, inne dla niego, jeszcze inne dla jegomościa, którego sobie wybrał!

Policja zapowiedziała przeprowadzenie śledztwa. Telefony były jednak tak natarczywe, że w ciągu kilku minut rzecznik komendanta policji miał gotowe wyjaśnienie.

– Na sali w fotelach nie siedzą żywi ludzie, tylko manekiny humanoidalne pozorujące ludzkie postacie. Niektóre z nich trzymają w rękach smartfony i inne przedmioty dla stworzenia wrażenia, że jest to realny świat – wyjaśnił ubrany po cywilnemu pracownik policji, nerwowo poprawiając marynarkę.

Był to pracownik administracji policji, którego poproszono o zastąpienie rzeczywistego rzecznika, który nagle zachorował. Mężczyzna nie czuł się dobrze w nowej roli, tym bardziej, że marynarka okazała się za ciasna.

Odc. 9 Wykład

Osoby zgromadzone przed wielkim ekranem telewizyjnym w pubie „Pod Złotym Aniołem” siedzieli spokojnie oczekując wykładu profesora Steffena Inha. Właściciel pubu pozasłaniał wszystkie okna i zamknął drzwi wejściowe na klucz. Oficjalnie lokal był nieczynny.

– Nikt nie musi wiedzieć, że mamy tu prywatną imprezę. Człowiek musi radzić sobie mimo ograniczeń, zakazów i nakazów – powiedział niezbyt głośno, bardziej do siebie, niż do towarzystwa zgromadzonego w pubie.

Spotkanie zorganizował dla znajomych i przyjaciół, aby wspólnie obejrzeć wykład profesora Inha na temat wirusa, epidemii i przyszłości kraju. Nie czuł się winny łamania zakazu organizowania imprez grupowych w pomieszczeniach zamkniętych dla większej ilości osób. Uważał, że skoro wszyscy jego klienci mają certyfikaty szczepień przeciw wirusowi lub przechorowali zakażenie, to nie ma potrzeby ograniczać się.

Po włączeniu telewizora na ekranie ukazała się sala ceremonii ślubnych, o stylowym wnętrzu i bogatym wystroju pięknych mebli. Lustrzana ściana odbijała widok na bulwar nadrzeczny i rzekę z żelaznym mostem.

Po chwili oczekiwania z lewej strony podwyższenia widocznego w końcu sali pojawił się profesor Inha. Po przejściu kilku kroków zatrzymał się. Wyglądało to tak, jakby oślepiły go światła lub zaskoczył widok wypełnionej ludźmi sali. Powoli ruszył do przodu, stawiając ostrożnie kroki.

– Co to za człowiek? Nigdy o nim nie słyszałem. Coś mu dolega, bo zachowuje się dziwnie. On jest chyba chory! – interweniował głośno tęgi mężczyzna popijający piwo z dwoma kolegami przy stoliku pod zasłoniętym oknem pubu.

Komentarz nie podobał się innym klientom.

– Niech pan lepiej zamilczy. Oczekujemy optymizmu i pocieszenia a nie żałoby i pogrzebu – kobieta siedząca przy stoliku z tyłu za malkontentem wyraziła opinię większej ilości osób obecnych w pubie, ponieważ poparto ją okrzykami.

– No właśnie! Co racja to racja! Niech pan lepiej powstrzyma się od komentarzy!

Dziennikarka telewizyjna prowadząca program przedstawiła profesora i wyjaśniła cel jego wykładu, po czym usiadła z boku. Profesor rozpoczął prezentację. Mówił w swoim języku, w taki sposób i w takim tempie, aby niewidoczna na sali tłumaczka spokojnie nadążała przekładać.

Po kilkunastu minutach profesor zbladł, głos zaczął mu się łamać. Mówił wolniej i mniej składnie, rozciągał wyrazy, zastanawiał się. W pewnym momencie przerwał i łapczywie wypił do końca resztę wody mineralnej pozostałej w szklance.

– Wygląda to tak, jakby baterie mu się kończyły – skomentował grubas popijający piwo przy stoliku pod oknem.

Tym razem nikt go nie ganił ani nie uciszał.

Profesor Inha opadł na krzesło i patrzył bezsilnie przed siebie. Przypominał nadmuchiwanego plastikowego manekina, z którego powoli uchodzi powietrze. Oddychał coraz ciężej jak ryba wyjęta z wody. Zapadła cisza. Dziennikarka patrzyła na niego kompletnie zdezorientowana. Gorączkowo szukała czegoś w małej torebce, która nie wiadomo kiedy znalazła się w jej rękach. Ciszę przerwało brzęczenie dzwonka profesorskiego smartfonu. Steffen Inha nie odpowiadał, mimo powtarzającego się głośnego dźwięku. Poruszył się dopiero wtedy, kiedy usłyszał mechaniczny głos, który włączył się automatycznie bez jego udziału.

– Proszę uważnie słuchać. Wiemy, co się dzieje z panem. Monitorujemy pańskie najważniejsze funkcje życiowe. Proszę zachować spokój i stosować się do naszych poleceń. Przede wszystkim proszę się nie martwić; to tylko chwilowe zasłabnięcie wynikające prawdopodobnie z przepracowania i stresu, jaki pan teraz przeżywa. W tej chwili otrzymuje pan automatycznie dawkę adrenaliny. Pobudzi ona pański organizm, przyśpieszy pracę serca i ułatwi oddychanie. Poczuje pan dopływ energii. Na wszelki wypadek wysyłamy karetkę pogotowia ratunkowego. Po przybyciu lekarz sam odszuka pana w miejscu, gdzie pan przebywa. Mamy doskonały system lokalizacji GPS. Kiedy poczuje się pan na tyle dobrze, aby kontynuować swoje wystąpienie, proszę tylko wcisnąć czerwony przycisk w aparacie, jaki ma pan przy sobie.

Po upływie niecałej minuty profesor Inha poruszył się żywiej na krześle, a po upływie dwóch minut wstał z niego.

– Czuję się już dobrze, prawie jak młody bóg. Potrzebowałem leku stymulującego pracę organizmu i trochę odpoczynku. Automatycznie otrzymałem dawkę adrenaliny, dobrze mi to zrobiło. Mała rzecz a cieszy – zażartował, aby ukryć zmieszanie swoim zasłabnięciem i przerwaniem wykładu. – Zaraz państwu wszystko wyjaśnię.

Odc. 10 Historia profesora Inha

Stojąc pewniej na nogach profesor dokonał szybkiego rachunku sumienia. To, co mu się przydarzyło, było publiczną kompromitacją. Było za późno, aby tego uniknąć. Musiał pogodzić się z porażką. To wystarczyło, przestał się wahać. Coś w nim pękło, zalała go fala determinacji. Postanowił kontynuować wykład nie jak naukowiec, w sposób wyważony i obiektywny, ale naturalnie, jak zwykły człowiek, szczerze i od serca. Nie zamierzał niczego ukrywać i nie łagodzić, tylko wyjawić swoją tajemnicę. Nie miał nic do stracenia, mógł tylko zyskać.

– To, co państwo teraz usłyszycie, to są moje własne, bolesne doświadczenia.

Pierwsze zdanie nie zabrzmiało zbyt pewnie. W miarę jak mówił, odzyskiwał siły i nabierał przekonania, że postępuje słusznie. Używał mocniejszych słów, nie zastanawiając się, jakby cały tekst miał w głowie i mechanicznie go odtwarzał. Było to jak rozmowa z sąsiadem o pogodzie.

– Przypatrzcie mi się, tak jak tutaj stoję. Zważywszy mój wiek, jestem człowiekiem przeszłości. Zważywszy mój organizm, jestem reprezentantem przyszłości, typem, który będzie pojawiać się coraz częściej. Powiem inaczej, dosadnie; zabrzmi to trochę prostacko, może nawet wulgarnie. Jestem osobą odnowioną, zupełnie jak samochód po generalnym remoncie. Mogę też porównać się do roweru po wypadku drogowym, naprawionego poprzez wymianę uszkodzonych części na nowe lub używane, ale w dobrym stanie.

W pubie „Pod Złotym Aniołem” zapadła milczenie. Wszystko, co profesor mówił, brzmiało dziwnie, co najmniej niezrozumiale. Trzech mężczyzn przy stoiku w głębi sali przerwało picie piwa. Patrzyli na siebie niepewnie.

– Co on mówi? O co tu chodzi?

Steffen Inha kontynuował. Od czasu do czasu odrywał wzrok od kamery telewizyjnej, aby skoncentrować się wewnętrznie. Wygłaszał monolog.

– Trzynastego marca zeszłego roku przyjechałem razem z przyjacielem do małego miasteczka na północy Szwecji, gdzie mam domek wypoczynkowy. Myśleliśmy, że wirus nas nie złapie. Rzadko robiliśmy zakupy, nie imprezowaliśmy, prawie nie widywaliśmy się z innymi ludźmi. Miałem wtedy sześćdziesiąt dwa lata. Dziś mam sześćdziesiąt trzy. Nie wiem, kiedy dopadł mnie wirus. Prawdopodobnie wtedy, kiedy poszedłem do apteki. Wewnątrz były trzy osoby, razem ze mną nie więcej niż przewidywała to norma dla pomieszczenia tej wielkości. Wszyscy byli w maseczkach, Wiem, że aptekę kilka dni później zamknięto na krótko, aby poddać ją odkażaniu. Uważam siebie za szczęśliwca, ponieważ przeżyłem ciężkie zakażenie wirusem.

Profesor popatrzył na dziennikarkę. Siedziała nieruchomo, słuchając go z uwagą. Zatrzymał na niej wzrok, jakby zapominając, gdzie jest i co robi. Krótki moment wypoczynku i kilka łyków zimnej wody wystarczyły, aby mógł podjąć wspomnienia. Odczuwał ulgę, dzieląc się z innymi pamięcią ciężkich przeżyć.

Wirus zaatakował go bardzo ostro. W ciągu tygodnia dosłownie zdewastował mu płuca, potem przyszła kolej na dalsze organy wewnętrzne. Ratowano go z pełnym poświęceniem i w wielkim pośpiechu.

– Przeszczepiono mi płuca, serce i nerki. Stało się to bez mojej wiedzy. Byłem nieprzytomny i nie było nikogo, kto mógłby wyrazić ją za mnie lub odmówić przeprowadzenia tylu operacji. Te operacje nie nastąpiły oczywiście w jednym czasie, były niezwykle ryzykowne, ale mnie uratowały. Mój stary że tak powiem organizm ma sześćdziesiąt trzy lata, wymienione trzy narządy są sporo młodsze. Mam płuca trzydziestolatka, serce czterdziestolatka oraz nerki czterdziestodwuletniej kobiety.

Odc. 11 Szpital

Profesor wyprostował się, uniósł głowę do góry i utopił wzrok w przestrzeni, podsumowując w głowie to, co ma do powiedzenia, po czym kontynuował.

– W mojej umowie z Instytutem Przyszłości w Sztokholmie, gdzie jestem zatrudniony, jest zastrzeżenie, że nie ujawnię nikomu tego, co teraz zamierzam powiedzieć.

– Teraz na pewno wypieprzą go z roboty. Pewnie powie, że to go martwi, bo na to nie zasłużył – mruknął do siebie premier otwierając kolejną puszkę piwa. Transmisję profesora Inha oglądał samotnie z domu. W głowie mu szumiało. Potrzebował tego. Pomyślał, że dobrze byłoby, aby Anna oglądała wystąpienie Szweda razem z nim. Kiedy je to zaproponował, ofuknęła go:

– W odróżnieniu od ciebie mam obowiązki rodzinne. Pamiętasz o kraju, ale zapomniałeś o własnych dzieciach. Zaniedbałeś je całkowicie, widzą cię tylko wieczorem a i to nie zawsze. Niedługo zapomną, że mają ojca. Dlatego nie będę z tobą oglądać. Siedź i pij teraz to piwo, którego sam nawarzyłeś zawierając umowę z tym niedorobionym profesorem.

– Prawdopodobnie teraz mnie zwolnią – podjął Inha, jakby wtórując myślom premiera. – Ale ja to ignoruję, że nie powiem chromolę. Wiecznie żyć nie będę. Mam umowę z Kliniką Libra na pełną, nieprzerwaną, całodobową opiekę nade mną i dostateczne środki, aby za to płacić. To właśnie musicie państwo zrozumieć: w warunkach zabójczej epidemii, takiej jak obecna, kiedy państwowa służba zdrowia tonie pod ciężarem dziesiątek tysięcy ciężko chorych ludzi, pieniądze są kluczem do przeżycia. To krytyczny wymiar przyszłej opieki zdrowotnej.

Twarz Steffena Inha opowiadała jego historię lepiej niż słowa. Wróciła na nią bladość i napięcie, oczy zanurzyły się w tunelu wspomnień. Profesor znowu patrzył gdzieś w przestrzeń, przypominając sobie szczegóły.

Na początku zakażenia wirusem czuł się zupełnie dobrze. Objawy pojawiły się wyraźnie dopiero piątego dnia od momentu zakażenia. Najpierw poczuł się słabo. Wkrótce pojawiły się inne symptomy: zmęczenie, gorączka, suchy kaszel, ból mięśni i głowy. Był przekonany, że się przeziębił. Wyglądało to jak grypa. Jego stan był jednak na tyle podejrzany, że zgłosił się telefonicznie do pogotowia ratunkowego.

– Była to długa i męcząca rozmowa. Pogotowie robiło już wtedy bokami, nie nadążali z wysyłaniem karetek na wezwania i przewożeniem chorych, ale ja o tym nie wiedziałem. Wiedziałem, że jest źle, ale nie aż tak bardzo. Kobieta na dyżurze w pogotowiu zadawała mi pytania. Wiele pytań. Niektórych nie rozumiałem i prosiłem o wyjaśnienie, aby móc udzielić sensownej odpowiedzi. Kiedy zapytała mnie, od kiedy mam te objawy i gdzie mogłem się zarazić, zdałem sobie sprawę, że mogło to nastąpić w czasie konferencji naukowej, w jakiej brałem udział kilka dni wcześniej. Miałem tam kontakt z wieloma osobami.

Potem starała się mnie przekonać, że objawy wskazują bardziej na grypę, niż zakażenie wirusem. Myślę, że starała się mnie zachęcić, abym szukał pomocy gdzie indziej. Ponieważ się upierałem, że potrzebuję ich pomocy, nie innej, poleciła mi wykonać test na obecność wirusa. Zrobiłem to. Dzień później wiedziałem już wszystko; test był pozytywny. W tym czasie mój stan zdrowia bardzo się pogorszył.

Potrzebowałem rozpaczliwie hospitalizacji, ale było to niemożliwe. Szpitale były tak przepełnione, że nowych pacjentów przyjmowano dopiero wtedy, kiedy któryś z aktualnych wyzdrowiał lub umarł. W szpitalu miejskim w Sztokholmie, największym ze wszystkich, nie było wolnych łóżek, w innym szpitalu był niedostatek personelu, w jeszcze innym problemy ze sprzętem i tlenem. Polecano mi czekać, byłem na liście, prawie już traciłem przytomność. Czułem, że nie przeżyję.

Decyzje podjęli za mnie dwaj moi przyjaciele. To mnie ocaliło. Umieścili mnie w pośpiechu w prywatnej klinice Libra, która dzień wcześniej otworzyła oddział antywirusowy. Były jeszcze wolne miejsca. Koszt był niezwykle wysoki, bo była to luksusowa placówka medyczna dla osób mających szczególne wymagania i potrzeby. Dyrekcja bała się też ryzyka, że ich własny personel pochoruje się, ponieważ nie mieli dostatecznego doświadczenia z taką epidemią. Sam nie mogłem niczego załatwić, nie mogłem nawet odnaleźć karty kredytowej, a nie miałem siły aby dokonywać przelewu bankowych korzystając z komputera. Moi przyjaciele wystawili pisemne zobowiązanie, że uiszczą zapłatę, jeśli ja tego nie zrobię lub jeśli nie przeżyję. Decyzja musiała być podjęta praktycznie natychmiast.

Inha przerwał opowiadanie i wrócił wzrokiem na widownię. Widział na niej kilkadziesiąt żywych postaci, siedzących w odległości czterech foteli i dwóch rzędów od siebie. Reszta to były manekiny. Wydało mu się, że są podobne do niego.

Odc. 12 Wspomnienia 

Steffen Inha zachował niewiele wspomnień z pobytu w klinice Libra. Pamięć wróciła mu wraz ze świadomością zaledwie na kilka dni przed opuszczeniem kliniki. Dopiero wtedy dotarło do niego, że cudem ocalał. Do kliniki przywieziono go w ostatniej chwili, kiedy wirus atakował już płuca, wątrobę i nerki.

– Nie miałem pojęcia, że mnie w ogóle tam przywieziono, było już ze mną bardzo źle. Byłem nieprzytomny.

– W klinice Libra wyszło na jaw, że byłem jedną z pierwszych ofiar nowej odmiany wirusa. Był to wirus, który uległ mutacji polegającej na zdolności przylegania do cząsteczek pyłów i zanieczyszczeń unoszących się w powietrzu oraz drobin gazów emitowanych przez pojazdy spalinowe. Wchłaniając mieszankę zanieczyszczeń i wirusów, płuca zatykały się znacznie szybciej doprowadzając do głębszych i bardziej niebezpiecznych zmian w organizmie.

Profesor kolejny raz przerwał wykład, aby napić się czegoś. Bardziej potrzebował gorącej kawy niż wody i zastanawiał się, jak mógłby zaspokoić tę potrzebę.  Obserwująca go w milczeniu dziennikarka zauważyła jego wahanie. Pomyślała, że zagubił się w swojej prezentacji. Zdecydowała się mu pomóc, zadając pytanie:

– Czy mógłby pan, profesorze, ujawnić coś więcej o tym, jak ratowano pana w klinice? Lekarze i personel pomocniczy z pewnością coś panu powiedzieli, kiedy doszedł pan do siebie.

– Nie jestem w stanie dobrze opisać tego, o co pani prosi. Fakt był taki, że uratowano mnie w ostatniej chwili. To był naprawdę cud. Wszystko układało się przeciwko mnie: płuca wypowiadające posłuszeństwo organizmowi, szybkie pogarszanie się stanu nerek i wątroby. Przy okazji wykryto u mnie cukrzycę, o której nawet nie wiedziałem – Steffen Inha zamyślił się na chwilę.

Kiedy wysiadły mu płuca, podłączono go do respiratora. Od tej pory był sztucznie utrzymywany przy życiu. W krótkim czasie przeszedł trzy operacje: najpierw przeszczep płuc, potem wątroby, w końcu nerki. Druga nerka na szczęście się uchowała. Lekarze w rozmowach między sobą nie dawali mu szansy przeżycia większej niż jeden do dziesięciu, potem już tylko żałosne kilka procent. Ponieważ był nieprzytomny, a potem w śpiączce farmakologicznej, nikt nie był w stanie komunikować się z nim. 

Inha rozejrzał się po sali i zaczął mocniejszym głosem:

– Mój beznadziejny stan i niemożność porozumienia się z kimkolwiek, to mnie uratowało. Lekarze mogli szybko podjąć decyzję kierując się tylko swoim doświadczeniem i sumieniem. Sytuacja wymagała wykorzystania wiedzy nie całkiem jeszcze sprawdzonej, nowych technologii, nowych procedur i leków. Ordynator kliniki powiedział mi potem w zaufaniu:

– Był to jeden wielki i ryzykowny eksperyment. Koszty były ogromne, nie liczyliśmy nawet, że kiedykolwiek je odzyskamy, po prostu ratowaliśmy pańskie życie stosując najnowsze, nie zawsze sprawdzone osiągnięcia naukowe. Taki jest koszt postępu naukowego w warunkach wojny.

– Popatrzyłem na niego i zapytałem, o jaką wojnę mu chodzi. Ordynator uśmiechnął się:

– Wojnę z wirusem i epidemią w warunkach bojowych, czyli z ograniczonym rozpoznaniem nieprzyjaciela i pola walki. Przepraszam, że używam takiego języka, z wykształcenia jestem lekarzem wojskowym.

Inha wstał z krzesła, na którym usiadł kilka minut wcześniej; chciał powiedzieć coś ważnego.

– Nie jestem już naturalnym, biologicznym organizmem. Mój organizm jest monitorowany przez czujniki przekazujące nieprzerwanie dane do centralnej bazy danych kliniki. Wszystko to działa dzięki sztucznej inteligencji analizującej niezliczoną ilość informacji i podejmującej natychmiastową decyzję, co należy zrobić.

Z boku obiektywu kamery telewizyjnej zapaliła się lampka sygnalizująca, że profesor zbliża się do zakończenia prezentacji.

– Zmierzam do końca. Jestem pracownikiem naukowym i zgromadziłem spore środki finansowe. Dzięki nim trafiłem do kliniki, gdzie mnie uratowano. Pieniądze! To przekleństwo i dobrodziejstwo współczesności. Inni nie mieli tyle szczęścia.

Odc. 13 Wyznania

– Nikt nie jest w stanie określić, jak szybko będzie mutować wirus, nasilać się epidemia i czy będą dostępne szczepionki. Tysiące ludzi umarło w minionym okresie. Sam pobrałem bolesną lekcję i wyciągnąłem wnioski. Powiem wam, jaki jest najważniejszy.

Najlepszym ubezpieczeniem na czas zabójczej epidemii jest posiadanie środków na opłacenie opieki medycznej. U szczytu epidemii zawsze będzie brakować miejsc w szpitalach i sprzętu medycznego, zwłaszcza respiratorów, które są na cenę złota. Także do leków, coraz bardziej kosztownych oraz do personelu, ponieważ nawet najsprawniejszy lekarz czy pielęgniarka nie mogą obsługiwać jednocześnie więcej niż kilku pacjentów.

Za rok lub dwa, a może za miesiąc lub dwa, nikt tego nie wie, aby przeżyć będziecie musieli mieć własne pieniądze. Każdy z was. Nie służba zdrowia, czy rząd, ale wy sami. Biedni nie mają szans przeżycia. Medycyna stała się potwornie droga. Nikt wam tego oczywiście nie powie. Państwowa służba zdrowia może wiele obiecywać, ale nie jest w stanie wypełnić obietnic w warunkach kryzysu. Dawniej mówiono: – Czas to pieniądz. To tylko częściowa prawda. Teraz możemy sobie powiedzieć: – Pieniądz to życie. Wyrażę to brutalnie: – Bez dużych pieniędzy będziemy nadawać się tylko do rozbiórki na części, jeśli jeszcze pozostanie w nas coś użytecznego dla innych.

Profesor sięgnął do kieszeni, wyjął z niej małą buteleczkę a z niej dwie białe pastylki, włożył je do ust i popił wodą. Robił to demonstracyjnie jakby dla podkreślenia zależności od środków farmaceutycznych.

– Czy to, co powiedziałem jest prawdą? Sami musicie odpowiedzieć na to pytanie, analizując fakty. Sytuacja każdego z was może być inna. Wiek, stan zdrowia, choroby współistniejące, intensywność zakażenia wirusem.

Światło zgasło, zapaliły się lampy rozjaśniające umieszczone w suficie. Zapowiedziano krótką przerwę, profesor znikł ze sceny. Na ścianach i podłodze pojawiły się efekty świetlne, z niewidocznych głośników popłynęła muzyka klasyczna.  

Kiedy Inha wrócił, był przebrany. Miał na sobie ciemniejszy strój, wyglądał poważniej, nobliwie i wyraziście, przypominając bardziej osobę duchowną niż starszego naukowca o cerze wyblakłej wskutek długiego przebywania w zamkniętych pomieszczeniach: bibliotek, sal wykładowych i konferencyjnych oraz własnych gabinetów.

– Przebrałem się w strój kaznodziei. Uważam, że lepiej odpowiada tej chwili. Jako naukowiec czuję się bezsilny. Trzeźwość i obiektywność nauki do niewielu dzisiaj przemawia, Nikogo nie przekonuje, kiedy życie staje dęba i idzie własnym drogą.  

Roman Desiru bacznie obserwujący profesora wstał nagle z fotela. Dopiero teraz dotarło do niego, że Inha podważa wiarę w państwo i publiczną służbę zdrowia. Twarz premiera zaczerwieniła się, usta wykrzywił grymas gniewu. Krzyknął do żony, która właśnie otworzyła drzwi do pokoju:

– Ten sukinsyn mnie oszukał! Destabilizuje mój rząd! Chce mnie wykończyć!

Odc. 14 Wyznanie

Desiru wybiegł z domu na zewnątrz. Ręce mu drżały, kiedy na smartfonie wybierał specjalny numer alarmowy. Po drugiej stronie reakcja była natychmiastowa.

– Tu oddział specjalny. Słucham, panie premierze!

Desiru mówił wyraźnie, przyciszonym głosem, jakby bał się, że ktoś go podsłucha. Wydawał polecenia i słuchał odpowiedzi. W końcu krzyknął:

– Wyłączcie do groma cały ten przekaz telewizyjny Steffena Inha!

– Nie mamy jak. Usiłujemy, ale to nic nie daje. Wygląda na to, że mają własny kanał przekazu. Przekaz idzie przez nieznanego operatora.

– To wyłączcie prąd i ogłoście awarię systemu telekomunikacji! Powiedzcie zresztą, co chcecie. Że piorun uderzył w nadajnik telewizyjny i wszystko zniszczył – na twarzy premiera nabrzmiały czerwone żyłki, głos był chrapliwy.

– Tak jest! Już to robimy!

Premier wrócił do pokoju telewizyjnego i zagłębił się w fotelu, czekał na efekt swojego polecenia. Transmisja trwała nadal, profesor kontynuował jak gdyby nigdy nic. Desiru wydało się, że Szwed bezczelnie patrzy mu prosto w oczy. Zrozumiał, że go fatalnie przechytrzono. Nie rozumiał tylko, czyje to było zlecenie i po co.

– To sabotaż! – wrzasnął, boleśnie zaciskając palce na oparciu fotela.

Anna Desiru wbiegła do pokoju. Widząc męża siedzącego spokojnie w fotelu, zapytała zdenerwowana:

– Czemu się drzesz!? Myślałam, że coś się stało. Że dostałeś ataku serca lub ktoś włamał się do domu!

Premier popatrzył na nią w zdziwieniu i oprzytomniał. Coś przyszło mu do głowy, zerwał się z fotela i znowu wybiegł z pokoju. Po chwili dzwonił do sztabu kryzysowego. Dowódcą był pułkownik w stanie spoczynku, zaufany i doświadczony człowiek. Czekał na niego, wiedział, kto dzwoni. Zanim Desiru odezwał się, pułkownik wyrzucił z siebie:

– Nie mamy pojęcia, jak to zorganizowano. Nie jesteśmy w stanie przerwać przekazu. Wysłałem tam moich ludzi. Siłą usuną tego profesora ze sceny, jeśli w międzyczasie nie przerwiemy transmisji. Pracujemy nad tym nieprzerwanie.

Premier wrócił zrezygnowany i ciężko opadł na fotel. Po raz pierwszy w życiu czuł się całkowicie bezsilny. Mając do dyspozycji sprzęt, pieniądze, wielki aparat administracyjny – pełnię władzy, nie mógł nic zrobić. Pozostało mu tylko słuchanie, jak Inha zniechęca ludzi do państwowej opieki zdrowotnej.

Wykład zbliżał się do końca. Profesor popadł w ton kaznodziejski, przepowiadał przyszłość. Mówił chrapliwie, z wysiłkiem, jakby baterie lub adrenalina wyczerpywały się w nim i on to czuł.

– To są moje ostatnie słowa. Chcę, abyście je dobrze zapamiętali. W okresie wielkiej epidemii, przy nasilającej się degradacji środowiska naturalnego i przemieszczaniu się wielkich mas ludzi na globalną skalę jesteśmy skazani na nagłe epidemie. To także skutek nieprzerwanego postępu medycyny i technologii. Walcząc z wirusem, zmieniamy warunki jego otoczenia i przyśpieszamy jego mutację.

Profesor usiadł. Twarz mu zbladła, wydawało się, że wiotczeje w ramionach. Znowu wyglądał jak nadmuchiwana plastikowa kukła, z której uchodzi powietrze. Nie bez wysiłku podniósł głowę.

– Jesteśmy tworem coraz mniej biologicznym, coraz bardziej technologicznym i mechanicznym. Stajemy się odbiorcami i dostawcami wymiennych części organizmu, magazynem, do którego coś się dokłada i z którego coś się wyjmuje. Sami stworzyliśmy ten świat.

– Człowiek jest tylko rzeczą – oto moje określenie człowieczeństwa bliskiej przyszłości. Jednostka coraz mniej będzie miała do powiedzenia, coraz więcej rządy, szpitale, lekarze, w końcu roboty wyposażone w sztuczną inteligencję. To oni będą podejmować za nas decyzje. Na początku będzie to stan wyższej konieczności, kiedy czas nagli, a potem, kiedy się wszyscy do tego przyzwyczaimy, już stale. Zapamiętajcie to hasło: Człowiek jest tylko rzeczą.

Michael Tequila
Gdańsk, 20 maja 2021

0Shares

Spryciarz i bohater. Opowiadanie. Odc. 6/6.

 

Odc. 1 Nastroje

W Dobromyślu panował nastrój przygnębienia, mimo że w szpitalu  miejskim lekarze skutecznie zwalczali już wirusa nowymi szczepionkami sprowadzonymi z Indii. Było to poważne ale nie rozstrzygające osiągnięcie, ponieważ epidemia przynosiła wciąż nowe nieprzerwanie bankructwa i powiększała i tak już wysokie bezrobocie. W mieście rządziły marazm, depresja i myśli samobójcze. Na dodatek w stolicy odkryto ciało martwego wiceministra zaopatrzenia medycznego, członka rządu, który się powiesił się. Kiedy przy zmarłym znaleziono kartkę z informacją: „Kradł fundusze przeznaczone na walkę z Covid-19”, okazało się, że był to lincz a nie targnięcie się na własne życie. Przypuszczano, że wykonawcy wyroku byli jego wspólnikami i zrobili to z zemsty, ponieważ nie podzielił się z nimi korzyściami z malwersacji.

Nastroje nie były życzliwe ani dla rządu ani dla władz miejskich.

W takim to czasie w Dobromyślu zjawił się Alexander Maria Waldoff, wywołując niemałą sensację samym swoim pojawieniem się. Sporo mieszkańców znało go osobiście, wielu słyszało o nim; tylko nieliczni nie mieli pojęcia, kto to taki. Od lat nie widziano go w mieście. Nikogo to nie dziwiło, ponieważ brak pracy na miejscu a potem wirus i epidemia rozrzuciły mieszkańców prawie po całym świecie.

– Reputację to on ma gorszą niż wściekły pies – orzekli ludzie na rynku, największym rozsadniku plotek i pogłosek. 

– To oszust podpisujący się tylko nazwiskiem Waldoff. Jego pełne nazwisko to Aleksander Maria Waldoff. Używa też ksywy Gajny. Powiem szczerze: to łajdak i zakała naszego miasta – grzmiał burmistrz na zebraniu rady miasta.

– Gdzie ten człowiek ma rozum, wracając do naszego miasta, nie mówiąc o przyzwoitości? – do krytycznego głosu burmistrza dołączyli radni.

– Górnik podający się za pszczelarza! Pszczelarz udający wspinacza wysokogórskiego – wtórowała prasa lokalna.

W doniesieniach prasowych było coś niejasnego, ponieważ Aleksander Maria Waldoff miał osiągnięcia: wyhodował specjalny gatunek pszczół wysokogórskich zdolnych zapylać rośliny na wysokości ponad pięciu tysięcy metrów nad poziomem morza. Pisała o tym prasa międzynarodowa, między innymi Universal Beekeeper, Pszczelarz Uniwersalny.

Rodzina Aleksandra Marii Waldoffa konsekwentnie wypierała się go, twierdząc, że do niej nie należy. Lokalnemu dziennikowi „Wysłaniec Dobromyślny” udzielił wywiadu senior rodu, dziewięćdziesięcioletni Jan Alfred Waldoff.

– Alexander Maria to podrzutek, uzurpujący sobie prawa do naszego nazwiska. Przyjęliśmy go z dobrego serca, kiedy rodzona matka pozostawiła go nocą w sieni naszego domu. Możemy tylko żałować, że okazaliśmy mu wtedy miłosierdzie.

Odc. 2 Pierwsze sukcesy

Waldoff okazał się człowiekiem zamożnym. Pytanie, w jaki sposób przeciętny człowiek w trudnych czasach epidemii mógł wejść w posiadanie dużych pieniędzy, poruszyła mieszkańców. Zaczęto dociekać, jak jemu się to udało. Temat podjęto na posiedzeniu rady miasta, podobnie jak burmistrz niechętnie nastawionej do Waldoffa. Stenogram z dyskusji ujawnił wiele z tego, co nie było jeszcze wiadome o tym człowieku.

Jak się okazało, Waldoff prowadził tak bogate życie, że był w stanie je kapitalizować sprzedając fragmenty swoich przeżyć ludziom nie mającym własnych pomysłów, jak dobrze żyć. Chętnie kupowali od niego opisy jego przeżyć, doświadczeń i przemyśleń, ponieważ dawały one szansę zmiany własnego życia na lepsze. Dla nabywców było to jak dzielenie się miliardera metodami dochodzenia do wielkich pieniędzy. Autor księgi przeżyć szybko zyskał reputację człowieka z inwencją, wynalazcy, wręcz cudotwórcy.

– Waldoff radzi sobie, ponieważ ma wciąż nowe pomysły. To człowiek zupełnie innego pokroju niż większość mieszkańców naszego miasta, nieradzących sobie w trudniejszych czasach, kiedy pojawiają się nieznane wcześniej trudności i wyzwania. On potrafi zarabiać na wszystkim. Byłby zdolny sprzedać własną babkę i to w taki sposób, że by go jeszcze chwalono. – skomentowała radna Karolina Zeta, kobieta o wyjątkowo pięknej twarzy i niezwykle tęgich łydkach. Koledzy i koleżanki z rady miasta nazywali ją Dysharmonią z racji jawnej niezgodności górnej i dolnej połowy ciała. 

Płynąc na niekończącej się fali pomysłów, Waldoff założył muzeum przedmiotów niezwykłych. Były to zabytkowe i zapomniane artefakty historii. Wydobywał je – jak mówił – z pustynnych piasków przeszłości i umieszczał w muzeum, pobierając wysokie opłaty za przywilej ich obejrzenia. Mieszkańcy Dobromyśla jak i ludzie przyjezdni chętnie odwiedzali muzeum; w czasach ogólnego przygnębienia znajdowali tam wszystko, co nieznane i fascynujące. Informator muzeum zawierał długą, ilustrowaną listę niezwykłych eksponatów.

Muzeum umożliwiało oderwanie się od ogólnego marazmu wynikającego z komplikacji ludzkiego życia w czasach wirusa i epidemii. Obszerne pomieszczenia wystawowe i dobrze działająca wentylacja gwarantowały bezpieczne zwiedzanie; kustosz i pracownicy muzeum pilnowali, aby goście mieli na sobie poprawnie założone maseczki i jednorazowe rękawiczki. Te ostatnie nie były bezwzględnie wymagane zważywszy na zakaz dotykania eksponatów. 

Inwencja Waldoffa wydawała się nie mieć końca. Po ustabilizowaniu muzeum jako źródła dochodów, jego następnym krokiem i od razu osiągnięciem było skonstruowanie zegarka mierzącego czas pozostały człowiekowi do końca życia. Wynalazca wykorzystał w tym celu świeżo odkryte szmery przestrzeni kosmicznej oraz fale pulsacyjne wysyłane przez ludzkie serce, słabnące w miarę starzenia się organizmu. Waldoff opatentował zegarek i w krótkim czasie sprzedał z solidnym zyskiem pierwsze dwieście sztuk. Taki postawił sobie cel. Po jego osiągnięciu odsprzedał patent na zegarek firmie ubezpieczeń na życie Pro Uniqua.

Następnym etapem jego twórczej aktywności było zatrudnienie się w pracowni jubilerskiej, specjalizującej się w testowaniu wyrobów ze złota, ocenie ich autentyczności oraz określaniu próby. Charakterystyczną cechą tego metalu jest jego miękkość. Pomysł Waldoffa był prosty, a zrazem niesamowity. Dostarczony przez klienta wyrób obmywał spirytusem a następnie lekko ściskał zębami, sprawdzając czy jest to prawdziwe złoto i jaka jest w nim zawartość czystego kruszcu. Ten zwyczaj sankcjonowała historia testowania złota przez pierwszych jego wydobywców i handlarzy. Cieniutka warstewka złota pozostawała na zębach Waldoffa. Była to metoda spokojnego i niezwykle skutecznego przemycania złoto na zewnątrz. Jego współpracownicy pamiętali, że był to okres, kiedy się w ogóle nie uśmiechał. Oceniono, że w ciągu trzech lat udało mu się „wyprowadzić” z miejsca pracy co najmniej sto kilogramów złota, ale były to tylko domysły.

To człowiek, który ma łeb mocno osadzony na karku – pisał dziennik Nowy Biznesmen, jedyne lokalne i regionalne medium sprzyjające autorowi niezwykłych pomysłów.

Następnym pomysłem Waldoffa było zatrudnienie się w charakterze dystrybutora wędlin dużej masarni. Używał w tym celu wozu konnego, środka transportu preferowanego ze względu na nienajlepszy stan jezdni w mieście oraz trudności dojazdu nieutwardzonymi drogami w terenie. Jego podstawowym obowiązkiem było rozwożenie wędlin. Pracował bardzo rzetelnie, firma była z niego zadowolona. Co kwartał otrzymywał premie za wysoką wydajność pracy. Stawiano go za wzór innym pracownikom.

Odc. 3 Proces sądowy

Waldoff stracił pracę, kiedy okazało się, że wyjeżdżając z masarni przemycał wędliny ukryte w metalowym dyszlu wozu.

– Proceder kradzieży wędlin nie mógł trwać wiecznie; w końcu sprytnego przemytnika ujęto. – wiadomość podana przez lokalny dziennik wywołała nową falę potępienia jak i podziwu dla Waldoffa.

Wyrok za okradanie pracodawcy nie mógł być wysoki, ponieważ masarnia występująca w roli oskarżyciela nie była w stanie określić, ile wędlin Waldoff wywiózł nielegalnie w okresie zatrudnienia.

Proces sądowy ciągnął się kilka miesięcy. Waldoff przebywał w tym okresie w areszcie śledczym. Czas ten wykorzystał, aby opracować w szczegółach nowy niezwykły pomysł, na którym zamierzał zarabiać, jak tylko skończy się proces.

W sądzie tłumaczył się, że to koń namówił go do kradzieży wędlin. Uzasadniał, że zwierzę jest niezwykle inteligentne i było – zanim je nabył – szkolone przez pięć lat przez behawiorystów zwierzęcych, eksperymentujących z inteligencją zwierząt. Koń według niego potrafił być bardzo samodzielny w swoim postępowaniu.

Przez sąd przewinęła się w charakterze ekspertów plejada badaczy inteligencji zwierząt. Przedstawili oni dziesiątki badań, teorii i argumentów, powołując się na najnowsze teorie psychologów Wolfganga Köhlera, związanego z psychologią Gestalt oraz Edwarda Thorndike, psychologa behawioralnego. Okazało się, że zwierzęta posiadają nadzwyczajne zdolności komunikacji – wykonywania gestów, wydawania głosów przypominjących ludzką mowę, bogatej mimiki oraz potrafią nauczyć się nawet stu znaków języka migowego. Lista innych zdolności była bardzo długa: uczenie się przez obserwację, kreatywne rozwiązywanie problemów, doskonała pamięć, zdolność pomagania innym gatunkom, znajomość pojęcia hierarchii oraz posiadanie własnego dość skomplikowanego języka.

Ostateczny wydźwięk przedstawionej argumentacji był taki, że koń był w stanie wykonać to, o co oskarżał go Waldoff, ale musiał być sterowany przez właściciela, który nauczył go kilkudziesięciu znaków języka migowego oferując nagrody w postaci żywności i dobrego traktowania za poprawne wykonywanie poleceń.

Postępowanie Waldoffa powszechnie uznano za próbę pozorowania choroby psychicznej, w celu zrzucenia z siebie odpowiedzialności za przemyt wędlin. Zaskoczeniem dla opinii publicznej było uznanie go za osobę niewinną i obarczenie winą konia, zgodnie z tym, co uparcie twierdził oskarżony. Dla wielu mieszkańców Dobromyśla jedynym rozsądnym wytłumaczeniem wyroku było to, że przekupił ławników, aby orzekli, że jest niewinny.

Koniec procesu sądowego był taki, że człowiek został uniewinniony, koń natomiast dostał wyrok dwunastu miesięcy pracy pod ziemią w kopalni węgla kamiennego.

Odbywanie kary przez konia nie odbyło się bez udziału Waldoffa, który – pozostając jego właścicielem – utrzymywał z nim kontakt i nadzorował jego pobyt i pracę w kopalni. Koń odnalazł się twórczo w trudnej sytuacji: rozwoził górnikom gotowe zestawy kanapek z wędliną oraz butelką alkoholu. Po kryjomu ktoś podrzucił górnikom dwie skrzynki trotylu. Sprawca tego czynu słusznie przewidział, co nastąpi, kiedy podekscytowani alkoholem górnicy dorwą się do materiału wybuchowego. Nastąpił potężny wybuch. Jedna sztolnia kopalni zapadła się a wraz z nią kilkanaście budynków w mieście.

Policja przeprowadziła śledztwo nadzorowane przez burmistrza i władze miejskie. Wyjaśnienie okazało się prozaiczne.

– Nic się nie zapadło. To tylko grupa cwaniaków usiłowała zbić na nieszczęśliwym wypadku kapitał, przedstawiając w sądzie wymyślone rachunki strat – wyjaśnił komendant policji.

Zniszczenia w samej kopalni były tak wielkie, że ją zlikwidowano i koń wyszedł na wolność. Sąd darował mu resztę winy, mając na względzie jego zasługi w akcji ratowania górników poszkodowanych w wybuchu.

Wartość szalonej historii wymyślonej przez Waldoffa polegała na tym, że po zakończeniu procesu zatrudniano go, aby opowiadał jego szczegóły bawiąc gości na różnego rodzaju imprezach i uroczystościach: zaręczynach, weselach, urodzinach, jubileuszach, zjazdach rodzinnych. Waldoff snuł swoje opowiadania z taką swadą, że prawie bez wyjątku jego zleceniodawcy – organizatorzy imprez chwaleni byli za zapewnienie uczestnikom wyjątkowej rozrywki.

Odc. 4 Kopalnia złota

Niezwykle osiągnięcia Waldoffa doprowadziły do rozłamu społeczności miejskiej w ocenie jego postępowania, zwłaszcza moralności. Ludzie niechętni mu uważali, że jest w stanie popełnić każde łajdactwo i potem nawet je tłumaczyć jako akt dobroczynności.

– Wystarczy mu tylko dobrze zapłacić – to był argument koronny jego przeciwników.

– Tak mówią i uważają tylko ludzie zawistni – odpowiadał zainteresowany, starając się unikać drażliwych dyskusji. Uważał, że niepotrzebnie antagonizują one ludzi i wzbudzają niezdrowe emocje. Jego tłumaczenie przyjmowano jako dowód, że jest nie tylko podły ale i fałszywy.

U szczytu epidemii Waldoff podjął działalność deweloperską: sprzedaż mieszkań wykuwanych w ścianach nieczynnej od lat kopalni złota położonej na wzgórzach w pobliżu miasta. Kupił ją za bezcen na miejskiej aukcji nieruchomości. Był to pomysł zapożyczony z cieplejszych krajów, Turcji i Hiszpanii, gdzie ludzie od wieków drążą mieszkania w skałach. Jedyna różnica była taka, że w kopalni złota mieszkania wymagały instalacji grzewczych. Nie pociągnęło to za sobą nadmiernych kosztów, ponieważ w głębi ziemi temperatury są stabilne w porównaniu z powierzchnią.

Mieszkania nie sprzedawały się, brak było chętnych.

– To beznadziejny pomysł. Wreszcie ten pseudo deweloper dostanie po kulach – cieszyli się jego przeciwnicy.

Sytuacja zmieniła się, kiedy pojawiła się informacja, że w ścianie pierwszego sprzedanego mieszkania odkryto żyłę złota. Była ona na tyle zasobna, że za wydobyty kruszec właściciel mieszkania kupił sobie następne.

– Jestem pewny, że i ta inwestycja zwróci mi się w ciągu pół roku. W ścianach kopalni jest jeszcze sporo nieodkrytych żył złota – opowiadał szczerze z błyskiem radości w oczach nie pozostawiając wątpliwości co do prawdziwości swoich przekonań. 

– Musisz mieć tylko dobrze namagnesowany nóż i trochę szczęścia. Wystarczy poskrobać ścianę w kilku miejscach. Złoto wytwarza silne pole magnetyczne i nóż sam podąży we właściwym kierunku.

Jego słowa zostały użyte w formie cytatu w ulotce informacyjnej dewelopera. Ulotki wrzucano do skrytek pocztowych w domach w mieście i okolicach oraz zakładano za wycieraczki samochodowe na parkingach. Pojawiły się także ogłoszenia na portalach informacyjnych. Po sprzedaży dwóch dalszych mieszkań nikt więcej już ich jednak nie kupował. Waldoff poniósł straty, najbardziej ciążyły mu koszty wykucia i wyposażenia mieszkań.

Ratując się, wpadł na nowy pomysł. Było to już w czasie, kiedy rząd wprowadził na czas nieokreślony powszechny obwiązek służby wojskowej ze względu na pandemię, która wyeliminowała ze służby wielu żołnierzy zawodowych. Nie wszyscy poborowi byli chętni do podejmowania służby wojskowej. Jedyną podstawą uzyskania zwolnienia z tego obowiązku był zły stan zdrowia.

W celu realizacji swego zamysłu Waldoff zorganizował przy siedzibie Miejskiej Komendy Uzupełnień laboratorium medyczne, wykonujące testy wymagane przez komendę. Ktoś natychmiast puścił w obieg pogłoskę, że miał układ z przewodniczącym komendy uzupełnień, pułkownikiem Kazurem, któremu odpalał dolę za każdego poborowego odrzuconego przez komisję.

Burmistrz był pierwszy w upowszechnianiu oskarżeń. Czynił to dyskretnie, powierzając tajemnicę w zaufaniu i na zasadzie, że on sam „tylko o tym słyszał i nie jest w stanie przedstawić żadnych dowodów”.

– Kazur to hazardzista regularnie tracący pieniądze w kasynach. Jeszcze do niedawna nie miał tego nałogu, lubił wypić, jak to wojskowi, ale nie przepuszczał pieniędzy w kasynach. To Waldoff celowo wpędził go w ten nałóg, zapraszając go do kasyna i fundując mu bezpłatne żetony. Uzależnił go w tej sposób od siebie.

Odc. 5 Zdarzenia i opinie

W laboratorium medycznym poborowi wykonywali testy krwi i moczu. Mężczyźni pragnący uniknąć poboru do wojska za dodatkową opłatą otrzymywali testy wykazujące poważne odstępstwa od normy, najczęściej zatrucie ołowiem, rtęcią lub inną substancją szkodliwą dla zdrowia. Wraz z fałszywym wynikiem badania otrzymywali instrukcję, jak wytłumaczyć okoliczności dojścia do takiego zatrucia. Komisja lekarska Miejskiej Komendy Uzupełnień z miejsca odrzucała ich jako niezdolnych do służby wojskowej.

Źródło dochodów wygasło po niecałym roku, kiedy komisję lekarską rozwiązano z powodu stopniowego zanikania epidemii oraz powrotu do służby żołnierzy zawodowych.

Nie był to ostatni pomysł biznesowy Waldoffa. Wkrótce wszedł on przypadkowo w kontakt z proboszczem parafii położonej niedaleko Dobromyśla. Duchowny okazał się kolegą z ławy szkolnej; kiedyś się nawet przyjaźnili. Spotykali się potem regularnie, aby powspominać młodzieńcze czasy. Mieli do siebie zaufanie. Wróciła atmosfera dawnej szczerości. Proboszcz przyznał się, że ma potrzeby finansowe przerastające hojność parafian.

– Składki na tace i inne dochody mi nie wystarczają. To mała parafia. Muszę coś z tym zrobić. Szukam jakiegoś dodatkowego źródła dochodów. Muszą to być oczywiście dochody legalne.

Po kilku dalszych rozmowach Waldoff zapytał przyjaciela, co sądzi o handlu relikwiami.

– Jest on jak najbardziej legalny. Regulują to przepisy kościelne.

Po dwóch dniach namysłu proboszcz zaakceptował propozycję. Była to cicha spółka. Wyznaczyli sobie role: proboszcz miał dostarczać Waldoffowi opisy relikwii poszukiwanych przez osoby prywatne będące członkami jego parafii, a Waldoff wyszukiwać je na rynku i dostarczać zainteresowanym za pośrednictwem księdza. Wykluczyli od razu relikwie pierwszego stopnia czyli fragmenty ciała osób świętych i fragmenty krzyża, reprezentujące najwyższą rangę wśród relikwii. W grę wchodziły tylko relikwie drugiego i trzeciego stopnia czyli fragmenty ubiorów oraz przedmioty, jakich używała osoba święta za swego życia. W tym zakresie obwiązywała zasada, że święty musiał dotknął takiego przedmiotu przynajmniej raz w życiu.

Możliwe było również tworzenie relikwii poprzez dotknięcie wybranym przedmiotem do rzeczy należącej do świętego, na przykład do jego ubioru. Była to relikwia najniższego rzędu, do zaakceptowania dla wielu osób wierzących. Proboszcz i Waldoff uznali takie podejście za niezbyt profesjonalne.

Obrót relikwiami nie trwał długo. Zakończył się zupełnie niespodziewanie. Współpraca upadła, kiedy Waldoff dostarczył proboszczowi fragmenty kości pochodzące ze starego cmentarza, zapomnianego już i zapuszczonego cmentarza. Otrzymał je za opłatą od grabarza, który oświadczył mu pod przysięgą, że w grobie spoczywały kiedyś szczątki świętej Carmeny. Proboszcz sprawdził ten fakt w księgach parafialnych, okazał się on nieprawdziwy.

Eulalia Harny, osoba o twarzy gęsto nakrapianej piegami, nauczycielka angielskiego w liceum miejskim, uważała, że Waldoffowi przypisywano cechy charakteru, których w istocie nie posiadał. Podjęła ten temat z w niedzielne popołudnie, kiedy przygotowywała wspólny obiad z udziałem męża i córki.

– Ludzie go demonizują. Myślą o nim tak, jakby był nie jedną ale trzema osobami, każda z odrębnym charakterem i sposobem zachowania się. Dorabiają mu życiorysy, których nigdy nie posiadał. Takie opinie są nieuczciwe i dlatego diabla warte. To tak, jakby o kimś powiedzieć, że jest równocześnie mądry i głupi, naiwny i przebiegły, inteligentny i nie radzący sobie w najprostszych sprawach. Nawet jego wygląd, jak go opisują, budzi moje zdziwienie, bo dobrze znam człowieka.

Kiedy mąż i córka wyrazili zdziwienie, odpowiedziała:

– Był moim uczniem. Spotkałam go ostatnio. Kiedy mnie zobaczył, zatrzymał się i serdecznie mnie pozdrowił. Rozmawialiśmy dłuższą chwilę. Dużo opowiedział mi o sobie. Przez kilka przebywał za granicą głównie w Wielkiej Brytanii i Francji. Mieszkał tam i pracował. Tam się nauczył, jak radzić sobie w życiu. Angielski, którego go uczyłam, bardzo mu posłużył. Francuskiego nauczył się sam. To był naprawdę zdolny chłopiec. Pamiętam jego słowa:

– Życie rzucało mi kłody pod nogi, a wokół nie było nikogo, kto by mi pomógł. Musiałem się szybko usamodzielnić, aby radzić sobie w każdej sytuacji. Pracowałem w różnych zawodach. Byłem kelnerem, taksówkarzem, pracowałem w handlu nieruchomościami. Najważniejsze, że nauczyłem się myśleć elastycznie oraz współpracować z ludźmi. Tutaj, w Dobromyślu, ludzie są inni, bardziej zastali, odczuwają niechęć do zmian. A przecież zmiany oprócz zagrożeń niosą ze sobą nowe możliwości i szanse. Za granicą nauczyłem się dostrzegać i wykorzystywać okazje, jakie niesie życie.

Odc. 6 Sława

– Dlatego Aleksander tak dobrze radzi sobie z sytuacjami, w których inni się gubią. A te historie rzekomo wzięte z jego życia oczywiście są nieprawdziwe. Ludzie go demonizują.

– Zgadzam się z tobą – mąż pani Harny, Julian, zażywny osobnik o rękach ciężko pracującego piekarza i jowialnej twarzy, nie krępował się mówić prawdę prosto w oczy. Prawdopodobnie dlatego nie był zbytnio lubiany i nie miał wielu przyjaciół.

– Zgadzam się z tobą – powtórzył patrząc na żonę znad gazety. – Waldoff jest po prostu bystry i elastyczny, umie interpretować fakty, wyczuwać i rozumieć ludzi oraz szybko rozpoznawać prawdę i kłamstwo. W czasach wielkiej niepewności, w jakich żyjemy, to naturalny talent. Dlatego osiąga sukcesy.

– Nie słyszałam, aby był żonaty – odezwała się milcząca dotąd córka państwa Harny.

Popatrzyli na nią oboje i zobaczyli siebie: Eulalia Harny – twarz gęsto pokrytą piegami ułożonymi we wzór codziennie oglądany w lustrze, Julian Harny – okrągłą twarz młynarki z opowieści o tajemniczym młynie nad rozlewiskiem.

Pani Eulalia znała powody niechęci burmistrza do młodego człowieka.

– Nie lubi Waldoffa i to jest bardzo zrozumiałe, bo kiedyś powiedział mu publicznie w oczy, że dziwnym trafem przetargi organizowane przez miasto wygrywają jego znajomi, rodzina lub przyjaciele.

– Nikt nie lubi, jak go się prawdą kłuje w oczy, bo to niebezpieczne. Burmistrz nie jest święty, wie to najlepiej jego spowiednik, zadający mu pokutne leżenie krzyżem na posadzce kościoła.

Znajomi i przyjaciele ceniący przedsiębiorczość Waldoffa okazywali mu uznanie a nawet wdzięczność. Nie szczędzili mu pochwał.

– Pomaga przeżyć innym ludziom dając im zatrudnienie lub choćby dobry przykład, jak sobie radzić. W Kolumbii, Peru i Boliwii mają uprawy koki, my mamy Waldoffa.

Pod koniec epidemii wirusa miasto wykupiło jego muzeum, pozostawiając go na stanowisku kustosza. Lubił tę pracę; odkurzał eksponaty, pilnował, aby ich nie dotykano, wyjaśniał, oprowadzał wycieczki. Za wspólne zdjęcia ze zwiedzającymi pobierał opłaty i sprawiedliwie dzielił się nimi z muzeum.

Bohaterem Waldoffa ogłoszono wtedy, kiedy sporządził testament, zapisując zgromadzony majątek miastu. Był jeszcze stosunkowo młody, tym większe przypisano mu zasługi. Mieszkańcy Dobromyśla z wdzięczności ufundowali mu pomnik.

W odsłonięciu pomnika na placyku przed wejściem do muzeum uczestniczyła połowa miasta. Uroczystość trzeba było transmitować na telebimach ustawionych na sąsiednich ulicach. W trakcie uroczystości przecinano wstęgi, wygłaszano przemówienia i rozdawano odznaczenia. Przemawiał burmistrz i inni notable oraz zaproszeni goście. Wszyscy zapamiętali słowa burmistrza, niegdyś zadeklarowanego krytyka Waldoffa:

– Aleksander Maria Waldoff, honorowy obywatel naszego miasta, to najwspanialszy człowiek pod słońcem. To prawdziwy bohater.

Sam zainteresowany przemawiał krótko. Podziękował za pomnik, uznając go za dowód nadzwyczajnego uznania, jakie miasto okazało jemu, zwykłemu obywatelowi, którego jedyną zasługą było to, że starał się wykorzystać każdą nadarzającą się okazję dla pomnożenia zasobności własnej oraz osób z nim współpracujących.

Sława bohatera towarzyszyła Waldoffowi kilkanaście miesięcy, potem w sposób naturalny zaczęła przygasać. Pojawiły się wtedy głosy, że Waldoff zajął wybitne miejsce nie tylko w pamięci współobywateli ale także w sercach kobiet, podobnie jak słynne postacie historyczne: bohaterowie narodowi, odkrywcy nowych lądów, genialni wodzowie, wybitni naukowcy. Młode kobiety miały mu się oddawać z miłości i pragnienia wspólnego z nim potomstwa. Mówiono nawet, że pewna matka pod osłoną nocy przyprowadziła do niego córkę, aby zaszła w ciążę utrwalając jego nadzwyczajne geny. Prawdziwość takich zdarzeń w przeszłości potwierdził z całą powagą nauczyciel historii z miejskiego liceum.

Sam Waldoff, uporczywie nagabywany przez dziennikarzy i reporterów w sprawie życia erotycznego, zachowywał monarszą wstrzemięźliwość; niczego nie potwierdzał ani nie zaprzeczał. Jego sława niezwykłego człowieka pozostała niewzruszona podobnie jak spiżowy pomnik osadzony na granitowym postumencie.

Michael Tequila
Gdańsk, 30 04 2021

0Shares

Człowiek z taczką. Opowiadanie. Odc. 1-3/3

Odc. 1/3 Spotkanie nad jeziorem

Pierwszy raz zobaczyłem go na początku maja, kiedy buki i brzozy pobliskiego lasu pyszniły się już zielonością, jak pchał wyładowaną ziemią taczkę w kierunku jeziora. Był młody, miał na sobie czerwoną koszulę w kraty i podniszczone, jasne, długie spodnie. Towarzyszyły mu dwa figlujące nieprzerwanie psy rasy Jack Russel.

Obserwowałem go kilka minut, nie wychodząc z samochodu. Przyjeżdżałem tu, aby jak zwykle pochodzić po lesie. Od początku epidemii robiłem to regularnie, dwa razy w tygodniu. Stało za tym przekonanie, że wirus może dopaść człowieka wszędzie z wyjątkiem lasu.

Za trzecim razem, kiedy zatrzymałem się na kawałku dzikiej murawy między drogą a siatką ogrodzenia, mężczyzna jak zwykle odbywał swoją wędrówkę z taczką w kierunku jeziora. Nie wszyscy ludzie lubią, aby im przeszkadzać, kiedy pracują, dlatego się wahałem, zanim ośmieliłem się zagadać. Poczekałem, aż znalazł się kilka metrów ode mnie i wysiadłem z samochodu. Nie zdziwiło go, kiedy szedłem prosto w jego kierunku, był już chyba przyzwyczajony do mnie i do samochodu. Zatrzymał się, oparł nóżki taczki o ziemię, otarł pot z czoła i pozdrowił mnie. Odpowiedziałem pozdrowieniem.

Pięknie tu – zacząłem z przekonaniem, bo rzeczywiście była to piękna okolica: po lewej stronie jezioro Onta, po prawej wzgórze, w głębi stary las, miejsce moich spacerów i marszów. – Te widoki. Mieszka pan w cudownym miejscu. Wzgórza, woda, lasy. Nowenna to przyszłościowo najlepsza dzielnica miasta. Widzę, że wywozi pan ziemię. Będzie się pan budować? – Zapytałem, domyślając się, jaka będzie odpowiedź.

Nawiązaliśmy rozmowę. Mówił chętnie. Miał na imię Alfred. Miałem wrażenie, że rozmowa była dla niego pretekstem, aby odpocząć. 

Miał narzeczoną z bogatego domu. Planowali pobrać się. Jej ojciec, znany przemysłowiec, był zdecydowanie przeciwny ich planom. Arnika, jego narzeczona, opowiedziała mu, co ojciec mówił jej o ich związku. Rozmawiała z nim na temat wybranka swojego serca nie jeden ale wiele razy. Ojciec nie owijał spraw w bawełnę.

– To człowiek bez charakteru i przyszłości. Bo co to za zawód – fryzjer?! Stać cię na dużo lepszą partię. Możesz zostać żoną człowieka, który jest dyplomatą, przemysłowcem czy dobrze zapowiadającym się naukowcem. Ten twój fryzjer kiedyś się zagapi i przypali włosy klientce elektryczną lokówką, i wtedy skończy się jego sława artysty fryzjerstwa.

– A co miałby twoim zdaniem zrobić, aby przekonać ciebie, że jest człowiekiem z przyszłością?

– Musiałby udowodnić, że jest coś wart. Zrobić coś imponującego, aby zasłużyć na ciebie.

– Na przykład, co?

– Na przykład zbudować dom. Nie jakiś domek, tylko coś naprawdę pięknego, abyśmy nie musieli się wstydzić przychodząc do ciebie w odwiedziny.

– Na szczęście negatywna opinia ojca nie zraziła Arniki do mnie. Potrafiła bronić swoich racji. Gotowa była czekać na mnie. Powiedziała mi tylko „byle nie za długo”. To było zrozumiałe, zgodziłem się. Ostatecznie sprawa stanęła na domu. Powiedziałem jej, że zbuduję dla niej wspaniały dom. Taki, z którego naprawdę będzie dumna.

Alfred przerwał. Odwrócił głowę w kierunku powiększającej się wyrwy w ziemi i przyglądał się jej przez chwilę. Poszedłem za jego wzrokiem. Było to urocze miejsce. Działki po bokach były niezbudowane. Były to niegdyś  ogrody z krzewami i drzewami owocowymi, różowymi, białymi i czerwonymi o tej porze roku. Dalej, patrząc w kierunku lasu, stał dom  z dużym gankiem i kolumnami. Z daleka było już widać, ze budował go chyba architekt zakochamy w budownictwie śródziemnomorskim.

– Jak pan widzi, przygotuję miejsce pod fundamenty – przerwał moje zamyślenie taczkarz. Zaciąłem się, robię to sam, aby udowodnić sobie i jej ojcu, że dam radę. Chyba bardziej sobie niż jemu. 

Słuchając, przyglądałem się człowiekowi. Było w nim coś niezrozumiałego, zastanawiającego: szorstkość przemieszana z delikatnością, zwierzęcy upór zintegrowany z duszą artysty, jakiś dysonans, rozbieżność. Miał uduchowioną twarz męczennika i dłonie wirtuoza fortepianu. Nie musiałem sobie tego wyobrażać, bo zdjął z jednej ręki roboczą rękawicę, aby dać odpocząć dłoni. Te atrybuty męskiej urody były jakby doczepione do nóg, rąk i korpusu wysportowanego, proporcjonalnie zbudowanego, mężczyzny. Pomyślałem, że Arnika dobrze wybrała.

Odc. 2/3 Samotnik

Wracając do domu zmęczony intensywnym marszem po lesie, nie mogłem przestać myśleć o człowieku z taczką. Tak mi się kojarzył, tak go sobie zapamiętałem. Nie jako Alfreda, ale jako człowieka z taczką. Nigdy nie widziałem go inaczej. Stanowili parę zrośniętych ze sobą istnień, człowieka i przedmiotu. Nie potrafiłem nazywać go taczkarzem, choć byłoby to najwłaściwsze bo to profesjonalny termin.

Ojciec Arniki uważał go za gołodupca. Może nie dosłownie, ale taki to miało sens. Uznałem postępowanie jej ojca za haniebne. Było haniebne, bo ten mężczyzna, choć był tylko fryzjerem, zasługiwał na coś znacznie lepszego. Dla mnie był człowiekiem z charakterem. Miał swoje ideały. Zdecydowanie stałem po jego stronie.

Historia Alfreda poruszyła mnie do głębi. Ilekroć jechałem, aby odbyć kondycyjny antywirusowy marsz po lesie, zadawałem sobie pytania:

Z zawodu jest fryzjerem. Jak doszło do ich pierwszego spotkania a następnie wzajemnej fascynacji sobą? Prawdopodobnie Arnika zjawiła się u niego jako klientka. Ale jak doszło do zaprzyjaźnienia się a następnie zakochania się z wzajemnością? Mężczyźni-fryzjerzy i ich klientki nie zakochują się w sobie; to brzmi prawie jak banał. A jednak!

Wkrótce dowiedziałem się, że nazywa się Alfred Tarota, powszechniej znany jest jednak jako Fredo. Był to jego zawodowy pseudonim. Coś zagrało w mojej pamięci. Córka kiedyś wspomniała mi to imię, była jego klientką. Fredo był artystą sztuki fryzjerskiej, czesały się u niego panie z towarzystwa. Niektóre kobiety uważały go za super stylistę, niezrównanego mistrza fryzjerstwa damskiego.

Kiedy następnym razem zapytałem go, czy to wszystko jest prawdą, potwierdził.

– Fryzjerstwo zawsze było moim ulubionym zawodem. Jestem fryzjerem artystycznym. Teraz niestety mam mniej czasu, aby się tym cieszyć. Dzielę życie między zakład fryzjerski a budowę domu. Z konieczności mniej się udzielam towarzysko. Nie jest to dobre rozwiązanie, ale nic na to nie poradzę. Dzięki mojej pracy poznałem Arnikę i to jest najważniejsze.

Obserwowałem Fredo regularnie przez cały sezon letni i wiosną następnego roku, jak wywozi ziemię na brzeg jeziora. Czytałem także o nim w prasie. Sprawa stała się głośna, bo w grę wchodziła niepowszednia historia miłosna. Wraz z informacjami pojawiły się zdjęcia Fredo z taczką i dwoma nieodłącznymi psami, omawiano nawet postępy prac. Potem sprawa ucichła.

Zapytany przeze mnie, dlaczego nie wynajmie firmy, która szybko przygotowałaby miejsce pod fundamenty korzystając z koparki, fryzjer zaskoczył mnie swoją odpowiedzią:

– Ziemia jest święta. Nie można jej szarpać bezduszną maszyną. Dlatego robię to ręcznie. Mam siłę i cierpliwość. Kiedy postawię już dom będę mieć poczucie dobrze spełnionego obowiązku.

– I wykonania monstrualnej roboty – dodałem. – Zapiszą pana w księdze rekordów Guinnessa.

– Nie zależy mi na tym.

Rozmawiając ze mną, uśmiechał się cały czas. Była w nim dobroduszność, wiara i upór, których nie rozumiałem. Pracował sam, cierpliwie, dzień po dniu po zakończeniu pracy w zakładzie fryzjerskim, czasem nawet w sobotę i niedzielę, aby zbudować najpiękniejszy dom na świecie dla ukochanej kobiety.

– Skąd on ma na to pieniądze? Pracując zarobkowo na pół etatu i drugie pół bez wynagrodzenia przy budowie domu, musi się przecież z czegoś utrzymywać. Dochód z fryzjerstwa nie mógł mu wystarczyć.

Rozmawiałem na ten temat z moją żoną, którą historia miłosna i szaleńcza praca Fredo coraz wyraźniej intrygowały, choć nie tak bardzo jak mnie.

– Uważam go za człowieka pozytywnego, ale zupełnie niepraktycznego, po prostu oryginał i dziwak – Taka była jej opinia. Miała dużo racji. Nie mogłem tego nie przyznać.

Kiedyś żona dała się przekonać, aby pojechać ze mną i go poznać, a przynajmniej go zobaczyć. Rozmawialiśmy z Fredo bardzo krótko, bo zbliżała się burza. Od tego czasu – nie wiem dlaczego – żona straciła zainteresowanie całą tą historią.

Kontynuując wyprawy do lasu rozmawiałem z Fredo głównie po to, aby podtrzymać naszą znajomość, bo w jego życiu praktycznie nic się nie zmieniało. Byłem do niego pozytywnie nastawiony. Sam miałem niełatwe życie i rozumiałem go co najmniej częściowo. Zaprzyjaźniliśmy się, choć byłem znacznie starszy od niego.

Opowiedział mi więcej o sobie. Otrzymał spadek po rodzicach, właśnie to wzgórze oraz teren z jeziorem w Nowennie, stopniowo rozbudowującej się, najdroższej dzielnicy miasta. Zostawili mu także spore oszczędności w postaci funduszu inwestycyjnego, z którego otrzymywał wypłaty każdego miesiąca.

– Jakby domyślili się, że będę bardzo potrzebować tych pieniędzy. Zawsze troszczyli się o mnie, chyba nadmiernie, bo sami żyli dosyć oszczędnie. Nie mogę oczywiście narzekać. – Wyjaśnił, że nie potrzebuje dużo, bo żyje skromnie. – To tylko ja i moje psy. Na nic więcej nie muszę wydawać pieniędzy.

Odc. 3/3 Wymarzony dom

Zapytałem go o Arnikę. Dowiedziałem się tylko tyle, że obiecała mu, że będzie czekać, ale po roku przestała. Nie chciał powiedzieć nic więcej. Doszło do mnie wkrótce, że znalazła sobie kogoś innego. Fredo zachowywał się tak, jakby tego nie wiedział lub nie chciał wiedzieć, lub nie miało to dla niego znaczenia. Przestałem go rozumieć, ale nie straciłem zainteresowania jego życiem. Scenariusz jego postępowania był dla mnie niejasny, mogłem tylko czekać i śledzić rozwój wydarzeń.

Nadal podziwiałem Fredo, jak z wytrwałością graniczącą z uporem maniaka wywozi ziemię taczką. Imponował mi jego niezwykły hart i pokój ducha. Nie było widać po nim zmęczenia. Wydobyty urobek składował na płaskim brzegu jeziora, który stopniowo wydłużał się, zmniejszając powierzchnię wody. Miałem wrażenie, że Fredo tego nie widzi, ponieważ proces kurczenia się jeziora następował stopniowo. Pchając taczkę i opróżniając ją patrzył tylko w ziemię. Być może w ogóle go to nie interesowało.

Przez cały okres obserwacji nic się w nim nie zmieniało: ta sama czerwona koszula, te same długie, jasne spodnie, ta sama taczka. Zmieniała się tylko góra, jezioro i chyba trochę psy. Były mniej rozbiegane, spokojniejsze, wierni towarzysze pracowitej samotności swego pana. Polubiliśmy się wzajemnie; psy łasiły się do mnie, jakbym był członkiem rodziny.

Po półrocznej przerwie – przebywałem wtedy za granicą w niekończącej się podróży służbowej – przyjechałem znowu, aby odbyć tradycyjny już spacer po lesie. Zaskoczył mnie widok miejsca tak dobrze mi znanego. Tam, gdzie ostatnio widziałem prymitywne zarysy fundamentów, stał dom. Ale jaki! Była to rezydencja, coś jak dawny szlachecki dworek, rozległy, imponujący, tonący w kwiatach. Połowa wzgórza na całej szerokości rozległej działki zniknęła, nie pozostało z niego nic oprócz stromych wycięć w stoku po obydwu bokach i ogromnego nawisu ziemi z tyłu.

Przyglądałem się niezwykłej zmianie pejzażu, kiedy z domu wyszedł Fredo. Poznał mnie i z daleka machał już ręką. Zaskoczył mnie swoim zrelaksowanym, odmiennym wyglądem. Miał na sobie elegancką, jasnoniebieską koszulę w paski oraz jasne, nowe spodnie z dobrego materiału, na nogach zaś granatowe zamszowe mokasyny. Z gustownym, nie rzucającym się w oczy złotym łańcuchem na szyi wyglądał jak popularny artysta wychodzący przed dom, aby przywitać gościa przybywającego na urodzinowe przyjęcie lub towarzyski niedzielny grill.

Wyraziłem podziw dla jego osiągnięć i zapytałem czy nawis ziemi z tyłu nie jest niebezpieczny. Uspokoił mnie.

– To bardzo solidna konstrukcja ułożonych pod odpowiednim kątem betonowych kolumn i płyt. Projektował ją znany architekt. Jego żona była moją klientką, zrobiła mi dobrą reklamę dzięki czemu mogłem uzyskać korzystniejszą cenę za usługi firmy jej męża.

Przy kolejnej wizycie zapytałem Fredo ponownie o Arnikę, czy wie, co u niej słychać. Tym razem był trochę bardziej rozmowny. Powiedział, że jest mężatką, ale nie ma dzieci.

– Podobno co roku wyjeżdżają za granicę na wakacje. Czy jest szczęśliwa, tego to nie wiem – dodał odwracając głowę w kierunku psów, które ujadając radośnie wybiegły zza domu aby mnie przywitać.

Wydawało mi się, że pogodził się z losem. Bardzo tylko pragnął, aby zobaczyła dom, który dla niej zbudował. To było jego jedyne marzenie – podzielił się nim ze mną zanim się pożegnaliśmy. Dowiedziałem się od mojej żony, że wierzył, że jak Arnika zobaczy ten wymarzony dom, wtedy wróci do niego.

Wytrwałość Fredo przyniosła wyniki. Udało mu się umówić z Arniką na ósmy dzień sierpnia, że przyjedzie do niego, aby razem obejrzeli dom. Liczył na słoneczny, ciepły dzień.

Fredo przygotowywał się do wizyty jakby zależało od niej jego życie. Posprzątał dom wewnątrz i dookoła, włożył świeże kwiaty do wazonów, gruntownie przewietrzył wszystkie pomieszczenia. Pościerał starannie zakamarki, gdzie mógł zgromadzić się kurz, umył zlewy, wanny i sedesy. Robił wszystko sam. Był skrupulatny w każdym szczególe. Przygotował nawet kawę do naparzenia, aby jej zapach stworzył atmosferę ciepła i radości.

W nocy z siódmego na ósmego sierpnia około godziny dwudziestej drugiej zaczął padać deszcz. Takich opadów nie notowano w historii ani miasta, ani kraju. To była potworna ulewa, pogrom wszystkiego, co stanęło na drodze miliardom litrów wody spadającym z nieba. Potop trwał sześć długich godzin. Potoki wody spływały w kierunku jeziora Onta, podnosząc jego poziom metr po metrze.

Kiedy Arnika przyjechała pod wskazany adres, nie szukała długo. Pamiętała to miejsce. Nie było tam niczego do oglądania. Nie było wzgórza, nie było domu, tylko w miejscu jeziora rozciągało się gigantyczne rozlewisko mętnej wody.

Przyjechałem na miejsce kilka godzin później, jak tylko dowiedziałem się o skutkach oberwania chmury nad Nowenną i sąsiednimi dzielnicami. Stałem w szoku w miejscu, z którego lubiłem podziwiać dom i nie wierzyłem własnym oczom. Dołączył do mnie mężczyzna; nigdy wcześniej go nie widziałem. Lekko przygarbiony, w surducie i sztuczkowych spodniach wyglądał jak zapomniany przez czas kaznodzieja, który wybrał się nad jezioro, aby ułożyć sobie w głowie kazanie na ważne święto kościelne. Jego twarz była jeszcze młoda; postarzały ją posiwiałe przedwcześnie włosy i dwie wyraźne zmarszczki zatroskania. Staliśmy w milczeniu, szukając wzrokiem tego domu. Mężczyzna popatrzył na mnie, następnie spojrzał w niebo, milczał chwilę, po czym przemówił wyraźnym, mocnym głosem:

– Nie znałem osobiście Fredo, właściciela domu, ale znam ich historię. Fredo zbudował go z miłości do kobiety. W najpiękniejszym miejscu, na stoku wzgórza, z widokiem na jezioro. To wyjaśnia i uzasadnia wszystko. Miłość to najświętszy z sakramentów.

Michael Tequila
Gdańsk, 20 03 2021

0Shares

Ja, Herkules. Powieść. Odc. 44/80

Odc. 1 Prezentacja 

Postanowiłem zostać celebrytą. Postanowiłem i słowa dotrzymałem. Oto stoję przed wami w całej krasie i okazałości, ja, Herkules Celebryta. Aby się nacieszyć, że to jestem ja, człowiek na piedestale sławy, chodzę regularnie do łazienki i patrzę w lustro. To mi sprawia przyjemność. Kiedyś tego tak nie odbierałem, dzisiaj jest inaczej. Nie uważam tego za narcyzm, tylko przypominanie sobie, jak wyglądam; ostatecznie nie patrzę na siebie nieprzerwanie. Oczywiście żartuję z tym chodzeniem do łazienki i podziwianiem siebie. Mam nadzieję, że nie dałeś się złapać na ten prościutki żart.

W niedzielę rano przeglądałem zdjęcia. W ręce wpadła mi kolorowa fotka z ambasady Stanów Zjednoczonych w Argentynie, z podpisem na odwrocie: US Embassy in Argentina, Avenida Colombia 4300, Buenos Aires. Jeden z dwóch mężczyzn na zdjęciu to byłem ja. Ten drugi to był ambasador amerykański. Pamiętam jak się nazywał: John Sidro. Znałem już wtedy protokół dyplomatyczny, umiałem się znaleźć i miałem dobre maniery. Byłem też pewny siebie. Dlatego też znalazłem się w tamtym miejscu.

Nie zawsze nosiłem imię Herkules, podobnie jak nie od dziecka jest się celebrytą. Ale zawsze miałem w sobie zalążki wielkości; nosiłem buławę hetmańską w plecaku, jak to mówią. Tak jak większość z nas, bo wiele jest genialnych dzieci. Będąc tego świadomym, trzeba też pamiętać ostrzeżenie, wypowiedziane przez kogoś chyba nie bez przyczyny:

– Jak to się dzieje, że jest tyle genialnych dzieci, a na starość tylu głupców?

To ostrzeżenie, że człowiek może ulec degeneracji.

Wracam do imienia. Byłem jeszcze młody, ale bez przesady, bo miałem już za sobą kawał udanego życia, kiedy poczułem w sobie taką parę, że przestraszyłem się, że wybuchnę jak kocioł parowy. Czułem się wtedy jak wypełniona paliwem rakieta wykonana ze stali nierdzewnej i tytanu, gotowa wzlecieć w przestrzeń kosmiczną. Był to moment, kiedy uznałem, że muszę zmienić imię na Herkules. To super imię, podoba mi się, idealnie pasuje do celebryty.

Czasem moi wielbiciele i wielbicielki proszą mnie:

– Opowiedz nam historię Herkulesa. Wiemy, że masz mało czasu, ale opowiedz choćby w dwóch słowach.

Niestety, odmawiam takim prośbom, bo nie sposób jest opowiedzieć historii półboga-półczłowieka w ciągu kilku minut. Kiedyś to oczywiście uczynię, w korzystniejszych warunkach, kiedy będę mieć więcej czasu. Obecnie jest to niemożliwe, jestem za bardzo rozchwytywany.

Były to lata, kiedy żyliśmy wszyscy w świecie chwiejącym się pod presją szalonych idei, zwariowanych przywódców, lokalnych wojen i zabójczego wirusa; każde nietypowe zachowanie zasługiwało wówczas na szacunek pod warunkiem, że było skuteczne, że stawiało cię przed innymi. Ponadto, co tu dużo mówić, ludziom znanym, słynnym i wybitnym, zawsze wiele się wybaczało.

Pamiętam, że w ambasadzie amerykańskiej w Buenos Aires, w czasie mojego wystąpienia w roli celebryty przed personelem dyplomatycznym ambasady i zaproszonymi gośćmi, przypomniał mi się kawał o słupie. Musiałem go opowiedzieć, bo był krótki i dobry. To było silniejsze ode mnie. Mam taką zasadę, że nigdy nie powinno się odmawiać sobie czegoś, na co ma się chęć. Oczywiście musisz liczyć się z następstwami. To, co robisz, może nieść ze sobą konsekwencje. Inaczej mówiąc, cenę, jaką zapłacisz. Ja nie zapłaciłem wówczas żadnej ceny, wręcz przeciwnie, dużo zyskałem jako człowiek z poczuciem humoru.

Wracam do kawału. Tematem był pijany w sztok mężczyzna, który chodził dookoła wielkiego betonowego słupa ogłoszeniowego, dotykał go rękami szukając wyjścia, szukał i szukał, w końcu pełen przerażenia krzyknął:

– Rany boskie! Zamknęli mnie! Zamknęli!

Tak naprawdę, to nie powinienem wtedy, ani w ogóle, opowiadać tej dykteryjki, bo pijaków nie znoszę. Znam nawet kilka obraźliwych określeń na ich temat: moczymorda, pijus, opój, oliwa, pijanica, alkoholik, ochlapus, gazownik, opilec. Dzisiaj bym tego raczej nie zrobił, mamy inne czasy, jest większa wrażliwość na losy ludzi, którym się nie powiodło, sam też jestem inny. Nie bez znaczenia jest też poprawność polityczna.

Wtedy w ambasadzie, zatrzymałem się po zakończeniu kawału, choć przychodziły mi do głowy inne, może nawet jeszcze lepsze kawały, i powiedziałem:

– Szlus. To już koniec kawału, dygresji i wyliczanki.

Były to lata, kiedy robiłem rzeczy dziwne i szalone, bo takie były warunki życia. Wszyscy zachowali się wtedy nietypowo; wirus mieszał ludziom w głowach i dezorganizował życie, każdy starał się radzić sobie z tym jak mógł. Dzisiaj jest tylko trochę łatwiej, ale nie za dużo. Nadal mamy przed sobą masę niepewności, nawet co do przyszłości samej cywilizacji ludzkiej.

Ja byłem uprzywilejowany, ponieważ wiedziałem już, jak uniknąć pułapek, jakie niesie życie. Tłumaczyłem moim zwolennikom:

– Nawet jeśli jesteś pewny siebie, masz w sobie dynamit, talent i pomysły, jak się wyróżniać, to nie wystarczy. Musisz stale się uczyć pamiętając, że są jeszcze sposoby widzenia, myślenia i postępowania inne niż twoje i warto się w nich ogarnąć, jeśli chcesz pozostać na topie.

Dzisiaj, mimo że zaszedłem daleko na drodze sławy, nie przestaję pracować nad sobą, bo bycie celebrytą ma swój początek ale nie ma końca. Oczywiście z wyjątkiem samobójstwa lub cichego pokoiku w szpitalu dla psychicznie chorych z widokiem na morze w miejscu, gdzie za oknami jest park i rosną rozłożyste drzewa. Rzecz jasna żartuję, ale tylko na temat widoku na morze w parku.

Odc. 2 Bagno i waga patriotyzmu

Wtedy, w ambasadzie, kiedy powiedziałem „Szlus. To już koniec kawału, dygresji i wyliczanki”, ambasador John Sidro zapytał mnie:

– Co ma pan na myśli? Jak należy rozumieć pańskie słowa?

Z Johnem Sidro łączyła mnie oryginalna pasja filatelistyczna – zbierania znaczków i innych walorów pocztowych w tematach „Prymitywna jednostka społeczna” oraz „Zbiorowa głupota narodu”. Były to dwa zjawiska, które uznaliśmy za największe zagrożenie demokracji, a szerzej mówiąc zagrożenie wolności, którą obydwaj stawialiśmy na najwyższym piedestale. Poglądy nas zbliżały, tworząc coś w rodzaju wspólnoty ducha, łączącej ludzi i ułatwiającej porozumiewanie się w innych sprawach. Pamiętam, co mu odpowiedziałem:

– Dobrze, że pan pyta, panie ambasadorze, bo kto pyta, nie błądzi. Ale tylko wtedy, kiedy człowiek nie znajduje się na bagnie, bo tam, nawet jeśli zna się kierunek drogi, to i tak niewiele to pomoże. Bagno to bagno.

– To miejsce, gdzie możesz szybko utonąć i to w sposób bardzo bolesny, nabierając błota w usta. To ohydne – dodał ambasador, wykrzywiając boleśnie twarz i otwierając usta tak, jakby chciał schwycić ostatnią drobinę bagiennego powietrza.

Był to nasz frymuśny sposób rozmowy o sprawach poważnych, wolności, demokracji, mądrości oraz niebezpiecznej głupocie, reprezentującej najwyższą formę ludzkiej beznadziejności.

Wracając do bagna zrobię małą dygresję. Pisał o nim Arthur Conan Doyle (Co tu mówić! Ludzie kochali go za wyobraźnię detektywistyczną oraz znakomity adres zamieszkania przy Baker Street w Londynie). Conan Doyle był pisarzem-celebrytą. To nas łączyło. Oczywiście żył sporo wcześniej więc nie była to więź bezpośrednia tylko ezoteryczna. Uwielbiałem czytać fragment jego kryminału „Pies Baskervillów” opisujący bagna Grimpen-Mire, które stały się przedmiotem szczególnego zainteresowania Sherlocka Holmesa, a w filmie mroczną oprawą wystąpienia samego psa Baskerwilów. Była to przerażająca bestia, niesamowity, straszny; w nocy fosfor świecił mu się z mordy trupim blaskiem. Będąc wówczas chłopcem myślałem, że takiego psa dobrze było mieć, kiedy masz słabą latarkę albo zapomniałeś ją zabrać. Zwierzak oświetlał ci wówczas drogę, w dodatku miałeś towarzystwo.

Wskoczę teraz na sekundę w nurt fascynacji miłosnych, aby złożyć także i wobec ciebie deklarację, że kocham psy, czasem nawet bardziej niż człowieka. Jest to miłość odwzajemniana. Tylko raz pies mnie ugryzł, i to gdzie, w pośladek. Wybaczyłem mu to, ponieważ obydwaj byliśmy młodzi. Był jeszcze szczeniakiem, a ja pod względem dojrzałości byłem niewiele mądrzejszy od niego. Opowiem tę historyjkę przy innej okazji, ponieważ ma wydźwięk filozoficzny, jak postępować w warunkach zagrożenia.

Dzisiaj jest inaczej niż za czasów Conan Doyle’a, Sherlocka Watsona i psa Baskerwilów. Wciąż mamy pisarzy, detektywów i psy, ale bagien jest znacznie mniej, tych naturalnych oczywiście, no i technologie się zmieniły. Dziś masz latarkę w smartfonie, a niedługo będziesz mieć źródło światła wszczepione pod skórę dłoni zasilane energią produkowaną przez twój organizm. Inwencja ludzka nie ma granic, jestem o tym przekonany, a to nas prowadzi wprost do bramy nieba i piekła, gdzie droga rozdwaja się w bardzo ciekawy sposób. Którąkolwiek z nich nie pójdziesz, dojdziesz równocześnie w jedno i w drugie miejsce, to znaczy i do nieba i do piekła. Chodzi o to, że cokolwiek człowiek nie wymyśli, ma swoje zalety jak i wady. Taki samochód przykładowo. Masz wypasione limo, jeździsz nim gdzie chcesz, ale przestajesz używać nogi, w związku z czym obrastasz tłuszczem, kurczą ci się płuca, a serce zniechęca się coraz bardziej do działania. Eh! Jest to szeroki, słodko-cierpki temat, kwestia dwoistości zjawisk, inaczej mówiąc dualizmu. Na temat dualizmu rozmawiałem raz lub dwa razy z ambasadorem Sidro, częściej natomiast z mym przyjacielem Erazmem. Dualizm to mój konik, moja szczególna pasja. Jeśli chcesz być celebrytą, koniecznie musisz mieć coś takiego w sobie, bo to cię odróżnia także od innych celebrytów. Podobnie jak zabłocone buty od czystych lub kobietę z pełnymi piersiami od chudziny mogącej przestraszyć nawet własne, spragnione mleka dziecko.

Temat celebrytyzmu podjąłem kiedyś z profesorem Janem Zybe. Zybe to ten facet, który wynalazł wagę do mierzenia patriotyzmu. Dla mnie, urządzenie to bardziej niż wagę przypominało alkomat, który określa poziom patriotyzmu na podstawie wdychanego i wydychanego powietrza. Znielubiłem Zybego za to urządzenie. Była to jakaś perwersja, wynalazek z podszeptu szatana. O ile wiem, Zybe miał sugerować prezydentowi, żeby to wykorzystać w procesie przyznawania i odbierania obywatelstwa. To tak jakby powiedzieć:

– Oceńmy kandydatkę, czy jest dostatecznie patriotyczna, aby zająć stanowisko dyrektora państwowej kopalni węgla kamiennego.

Myślę, że równie dobrze można oceniać przejrzystość człowieka, czy nie będzie nadmiernie zasłaniać światła stojąc naprzeciw okna. Temat jest nie bez znaczenia w małych mieszkaniach, sklepikach, komórkach, kurnikach, celach więziennych, piwnicach i garażach, gdzie jest tylko jedno okno. Wybacz, że jestem taki zgryźliwy, ale to kwestia krytycyzmu. Celebryta musi umieć krytycznie oceniać rzeczywistość, aby nie robić z siebie durnia jak niektórzy politycy. Niektórych nie znoszę do tego stopnia, że chętnie bym ich rozstrzelał. Nie bierz tego dosłownie, przyjmij to jako wyraz celebryckiego poczucia humoru.

Ostatnio zadzwonił do mnie profesor Zybe, aby przekonsultować definicję celebrytyzmu, nad którą pracował. Jak wspomniałem, facet był a może i nadal jest doradcą prezydenta. Nie przepadam za jednym ani za drugim ale też nie unikam z nimi kontaktów.

Decyzja utrzymywania kontaktów z ludźmi, których nie lubimy, jest bardziej racjonalna niż uczuciowa. Powiedziałem sobie kiedyś, że uczucia i emocje rezerwuję dla rodziny, przyjaciół oraz zwierząt, a w szerszym sensie przyrody. Inne byty postanowiłem traktować bardziej racjonalnie, inaczej mówiąc rozumowo czyli chłodno. Pozwala to zachować równowagę ducha w kontaktach z otoczeniem, które staje się coraz bardziej niezrozumiałe, żeby nie powiedzieć zwariowane. Za przejaw niezdrowego szaleństwa, rodzaj łagodnego debilizmu społecznego, uważam wszystko, co budzi racjonalny jak i emocjonalny sprzeciw człowieka.

Może to być urządzenie elektroniczne zdolne pełnić tysiąc różnych funkcji, z których przeciętny użytkownik wykorzystuje tylko pięć procent, bo nie potrzebuje więcej. Ta reszta tylko komplikuje mu życie, kiedy usiłuje coś zmienić, na przykład ustawić głośność. Pojawiają się wtedy przeróżne przyciski, guziki, opcje i warianty, które sprowadzają go na manowce. Taka jest natura wynalazków mających ułatwić ci życie; potrafi je zdrowo skomplikować. Tak jak niewinny, maciupci wirus; miał służyć za pokarm bakteriom, a tu okazuje się, że zjada ci płuca. Mój znajomy chirurg, który żenił się trzy razy, określił go  dosadnie:

– To taka samosiejka, co to niewinnie wyrasta ci pod domem, aby zabrać ci w jednej chwili szopę, samochód, psa, jego budę i zabawki dzieci twoich, twojej żony, waszych wspólnych oraz tych z poprzednich małżeństw. 

Jest to wyraźne także w przypadku celebrytów. Mogą oni mieć potężne wady, że tak powiem systemowe. Żeby nie gmatwać, za taką wadę uważam odbieranie sobie życia, kiedy ma się wszystko, łącznie z majątkiem, zdrowiem, sławą i rodziną, aby w pełni cieszyć się życiem.

Odc. 3 Definicja celebryty

Profesor Zybe zadzwonił wieczorem i od razu przeprosił, że odrywa mnie od pracy. Te poniekąd niepotrzebne przeprosiny dobrze przyjąłem, pomyślałem o nim życzliwiej niż zawsze. Zależało mu na mojej opinii. Dzwonił, aby zapytać mnie, co sądzę o jego definicji celebryty. Przygotowywał jakiś materiał dla prezydenta do oficjalnego wystąpienia. Byłem ciekaw o co chodzi, ale profesor zasłonił się tajemnicą służbową. Sumitował się niezdarnie jak dzieciak wyrwany nagle do tablicy.

– Prezydent by mi oberwał … no, wie pan … proszę zrozumieć … mam na ustach kaganiec, takie czasy … władzy też nie jest lekko…

Pomyślałem, że prosi mnie o opinię także dlatego, aby mi zrobić przyjemność. Nie chwaliłem go za bardzo, żeby nie wbił się w zachwyt nad samym sobą. Wysłuchałem jego definicji. Nie powiem, sprokurował ją dosyć zgrabnie.

„Celebryci to jednostki wyższej klasy, promieniujące niezwykłością, w blasku której pragną się kąpać tłumy wielbicieli i naśladowców. Celebryta jest mistrzem, gwiazdą i idolem, postacią złożoną, zewnętrznie piękną i szlachetną, uśmiechającą się, rozdającą autografy i wyrozumiałą. Jeśli ma słabości lub przeżywa rozterki to czyni to w ukryciu, najczęściej w domu, bo to sprawa prywatna, choć czasem obnaża się publicznie ze swoim bólem, niepokojem lub niepowodzeniem. W momentach kryzysu celebryta ratuje się alkoholem, narkotykami, seksem, a czasem przemocą wobec najbliższych, co należy uznać za fatalny przejaw bezsilności. W podsumowaniu, można by powiedzieć, że celebryta jest jednostką niezwykłą, bez typowych ludzkich wad, dzięki czemu staje się idolem wielu osób, zwłaszcza ludzi młodych.”

Definicja była poetycka choć nieco przesadna w opisie. Poetyckość stylu profesora zapisałem mu na plus, zważywszy że to urzędas państwowy, posługujący się na co dzień językiem sztywnym jak wilgotny dywan wystawiony na silny mróz. W opisie doszukałem się także wpływów religijnych, konkretnie pobłażliwego wybaczenia, idealizacji i uwielbienia. Zasugerowałem profesorowi, aby nie ujmował ostatniego fragmentu w sposób bezpośredni „nie bez wad”, lecz jakiś łagodniejszy. Było to niejako także w moim interesie.

Zaraz potem pomyślałem, że profesor sam jest niezłym narcyzem: w momencie kiedy czytał mi definicję celebryty, stał nagi przed lustrem, podziwiał się i idealizował. 

– A to niesforny onanista! – tak to mi się sfomułowało. Wyglądał mi na takiego z tą swoją rumianą twarzyczką i rączkami rozpieszczonego intelektualisty.

Muszę wyjaśnić, że celebryci od czasu do czasu też odkrywają w sobie twardą ludzką duszę. Potrafią nie tylko wdzięczyć się do tłumu słuchaczy, widzów, dziennikarzy, fotografów i reporterów ale i przekląć, powiedzieć coś dosadnego, wyzłośliwić się na kogoś, walnąć pięścią w stół lub głową w ścianę.

Rozpędziłem się, a nie chcę przesadzać. Domyślam się, chyba słusznie, że wielu admiratorów celebrytów i celebrytek, chciałoby wiedzieć, czy przyjaciele i osoby im najbliższe mają tak pozytywny stosunek do nich, jak to opisał profesor Zybe.

Otóż niekoniecznie. Mój przyjaciel Erazm Jansen na przykład nie znosi celebrytów. Powiedział mi to wprost. Trochę to mnie nawet zabolało, że nie powiem ubodło. Erazm uważa każdego celebrytę za niereformowalnego narcyza, rodzaj diabła-anioła, z przewagą elementów piekielnych, a w najlepszym przypadku za anioła-diabła z akcentem przesuniętym również w kierunku demonizmu. Pozory nieba w celebrycie tłumaczy Erazm podstępnością, pokazywaniem pięknej twarzy, pozorowaniem uprzejmości. W rzeczywistości – cytuję mego przyjaciela – „w każdym nadętym celebryci jest narcyzm, egoizm, egocentryzm, co cuchnie czarcim łajnem na odległość”.

Oczywiście odrzucam tego rodzaju krytyki, jako nieuzasadnione.

W profesorskim opisie była jakaś niesamowitość. Udzieliła mi się ona, choć wiedziałem, że jest w niej przesada. Przyszło mi na myśl, że i ja muszę być niesamowity, skoro uznają mnie za celebrytę.

– Ten wyuzdaniec prezydencki połaskotał mnie w czułe miejsce – pomyślałem i od razu poczułem się lepiej, choć i tak czułem się doskonale.

Dobre samopoczucie jest sztuką, której potrzebuje się nauczyć każdy adept celebryzmu. Jest to szczególnie ważne dla radzenia sobie w niesprzyjających sytuacjach.

– Chwal siebie, zachwyć się sobą, uznaj się za niezwykłego człowieka, przynajmniej od czasu do czasu! To część bycia celebrytą – to mój postulat dla ciebie przynajmniej na dzisiaj.

Odc. 4 Rok wirusa

Wirus, a wraz z nim epidemia, pojawił się w styczniu i zapisał się w kalendarzu światowych przemian jako Rok Wirusa Quagga. Sytuacja rozwijała się tak dynamicznie, że większość obywateli Bangrolu nie nadążała śledzić zmian fali zakażeń i statystyk. Na początku nikt nie umiał nawet opisać sytuacji. Premier Jonasz Chudy ustami swego rzecznika prasowego przedstawiał pewne definicje, ale albo ich nie rozumiano, albo nie akceptowano. Wydawało się, że każdy obywatel ma swoją własną definicję.

Wieczorem Erazm Jansen spotkał się z Herkulesem na Skajpie, aby porozmawiać na te tematy. Przedtem telefonicznie zaoferował się przedstawić ocenę stanu epidemii.

– Będzie ona konkretna i wyczerpująca. Myślałem dłużej na ten temat, bo jesteśmy w głębokim kryzysie. Nawet celebryci ją zrozumieją. Nie mówię tego pod twoim adresem, tylko wszystkich celebrytów jako takich.

Herkules nie brał do serca słów przyjaciela, wiedział, że lubi się podrażnić, zwłaszcza kiedy mucha mu usiądzie na nosie. Rozmawiali o tym i o owym, zanim Erazm nie sprowadził rozmowy na właściwy temat.

– Od kilku dni nikt w kraju o niczym innym nie mówi, tylko o wirusie Quagga, jego możliwych i niemożliwych mutacjach, o epidemii, jej ryzykach i kosztach, lokautach i bezrobociu. Jednym słowem czarna rozpacz. Wszyscy się boją wirusa, z wyjątkiem ludzi młodych, narkomanów, alkoholików, otępiałych starców, pająków i zwierząt. Może nawet one też się go boją, ale to niemowy, więc nic ci nie powiedzą. Ja takiego poglądu nie podzielam, bo ludzie to też zwierzęta.

– Więc jaka jest w końcu twoja definicja sytuacji? – W głosie Herkulesa zabrzmiał nutka zniecierpliwienia. Bardzo się śpieszył się do swoich obowiązków. Tego dnia miał być jeszcze fotografowany na tle domu i na tle ulicy, udzielić dwa wywiady, pokazać się publicznie na spotkaniu wolontariuszy organizacji dobroczynnej, którą sponsorował, odkrycia rąbka jakiejś tajemnicy osobistej oraz podpisywania autografów. Śpieszył się do tych obowiązków.

– Najpierw był wirus, koncentracja regionalna, podobna do obozu nowej ideologii, potem epidemia, ogarniająca coraz szersze kręgi świata przenosząc się samolotami z jednego kraju do drugiego, w końcu pandemia, która ogarnęła sobą cały świat.

– Jak pożoga lasu w Australii podsycana gorącym oddechem wiatru nasączonym palnym olejkiem eukaliptusowym – dodał Celebryta.

Rząd Bangrolu dwoił się i troił tworząc zasady, przepisy i mechanizmy ograniczające dalszy rozwój epidemii. Mimo jego wysiłków, krytykowano go.

– Ludzie są niewdzięczni – skarżyli się ministrowie premierowi na spotkaniu gabinetu.  – Zaharowujemy się jak woły, a nawet wiązki siana nikt ci nie postawi przed oczy – rzucił minister rolnictwa. Rozgoryczenie wylewało się z niego. – Mam na myśli siano w sensie symbolicznym, jako podziękowanie za ciężką pracę, cięższą nawet niż przy pługu, w dodatku bardziej niebezpieczną.

Krytyka rządu była powszechna. Erazm mówił z podnieceniem równym niezwykłości wirusa, istoty niepojęcie małej, a bardziej zabójczej niż najbardziej zjadliwa bakteria Zonna364. Herkules czuł przez skórę, jak przyjaciel wymachuje rękami, wyrażając gniew i frustrację. O rządzie mówił nie wprost, ale „oni”, aby dać wyraz swej odrazie do praktyk gorszych niż zwierzęce.

– Oni tworzą przepisy, ale ich nie wyjaśniają. Wiem to dobrze, bo rozmawiam codziennie z ludźmi na ulicy. Czuję ból ich niepewności, a nawet rozpaczy. Nikt im nie mówi także kiedy to się wreszcie skończy. Ci z góry dają fatalny przykład; nie pokazują się w miejscach publicznych, aby zademonstrować, jak prawidłowo nosi się maseczki, zasłaniając w pełni nos i usta. Ważne jest też zachowanie odległości. Nikt jej nie mierzy.

– To widać na oko – Herkules przerwał potok mowy przyjaciela rzeczową uwagą. Erazm nie pozostał dłużny.

– Na oko to chłop w szpitalu umarł, drogi Herkulu – odparł mężczyzna, przerywając tylko na chwilę krytykę władz. – Sami nie przestrzegają bezpiecznej odległości dwóch metrów. Widziano ich, jak grupowo wchodzili na teren gorzelni zamkniętej z powodu epidemii oraz do obiektu sportowego, gdzie obowiązywał zakaz wchodzenia. Rzekomo po to, aby wypróbować nową partię obuwia sportowego, mającego stanowić prawdziwy hit eksportowy. Takie postępowanie władz wywołuje ferment społeczny; ludzie zaczynają ignorować przepisy. To nie wszystko. Najpierw premier Chudy zarządza lockdown, trzyma właścicieli biznesów w niepewności przez tydzień lub dwa, a potem wedle swojego widzimisię otwiera, co mu się podoba, jakby to była klatka z oswojonym kanarkiem lub paczka tanich papierosów. Potem dla odprężenia trochę pojeździ z dzieckiem na kucyku na domowym torze hippicznym i znowu dekretuje, otwiera i zamyka przedsiębiorstwa, sklepy, punkty usługowe, kina  i szkoły. Co to za postępowanie?!

Odc. 5. Dwa obozy

W kraju utworzyły się dwa obozy, zwolenników i przeciwników wszystkiego, czym żyło społeczeństwo: wirusa, maseczek, rękawiczek oraz ograniczeń i nakazów ustalanych przez rząd. Większość obywateli akceptowała ograniczenia lecz niemało było buntujących się przeciwko nim. Strach przed wirusem wziął się za bary z buntem przeciw zakazom wprowadzanym przez władze. Najbardziej ludzie obawiali się zakażenia się wirusem i pobytu w szpitalu oraz utraty pracy i dochodów.

W walce z wirusem pojawiły się dwie strategie, dwie koncepcje, dwa sposoby podejścia. Rząd szarpał się jak dzik na uwięzi, nie mając pojęcia, jak walczyć z epidemią godząc w dodatku często sprzeczne uczucia, oczekiwania i potrzeby społeczeństwa. Większość młodych ludzi, bardziej odpornych na wirusa, często przechodzący zakażenie bezobjawowo, reprezentowali twardą linii postępowania. Demonstrowali to ignorując polecenia władz, spotykając się towarzysko i na manifestach bez maseczek i rękawiczek. Zdecydowanie prezentowali swoje poglądy na forach internetowych. Przeważały głosy, że epidemia może się skończyć tylko w sposób naturalny, kiedy większość ulegnie zakażeniu i przechoruje to. Oznaczało to, że wymrze jakaś część społeczeństwa. To miał być nieunikniony koszt powrotu społeczeństwa do zdrowia. Traktowano to jak wyrok losu.

Na forum internetowym Głos Wolności młoda kobieta z twarzą zasłoniętą chustą i zdecydowanym głosem mówiła;

– Nie ma cudów, natura niczego nie wybacza. Jedyny sposób ocalenia społeczeństwa to zachowywać się naturalnie, odrzucić maseczki w kąt, plunąć na rękawiczki, wychodzić na ulice bez skrępowania i poruszać się swobodnie z otwartą przyłbicą. Pojawiły się hasła i zawołania:

– Czyś stary czy młody, musisz tak postępować. Bez tego społeczeństwo się nie uodporni. Większość z nas musi zachorować, aby to nastąpiło. Nie ma żadnego skrótu do celu, żadnego „zmiłuj się”. Takie są zasady gry. Dyktuje je nie rząd, ale wszechmocny wirus, część natury. To on dzisiaj jest panem.

Władze Bangrolu traktowały tego rodzaju poglądy i zachowania jako sabotaż walki z wirusem. Policja i prokuratura rozpoczęły dochodzenia, wkrótce nastąpiły pierwsze aresztowania i oskarżenia. Nie powstrzymywało to zwolenników pozostawienia wirusa w spokoju, aby płacąc daninę społeczeństwo odzyskało naturalną odporność.

Ludzie starsi i bardziej schorowani argumentowali:

– Ale w takim wypadku będziemy mieć wkrótce mieć na ulicach zwały trupów tak jak w czasie wielkiej epidemii w Konstantynopolu. To, do czego usiłujecie nas przekonać, to prawa dżungli.

Anarchiści, przeciwnicy wszelkiej władzy i ładu społecznego, stanęli pośrodku.

– Chcesz nosić maseczkę ochronną – bardzo dobrze, nie chcesz jej nosić – też bardzo dobrze.

Erazm ocenił sytuację zwięźle ale zupełnie niezrozumiale.

– Zamieszanie i rozgardiasz pojawiają się równie szybko jak nieszczęście. Czy będzie to powódź, osunięcie się mas ziemi, wybuch wulkanu, czy śmiertelny wirus. Nie musimy na nic czekać, już jesteśmy w bagnie. Ja nawet czuję śmierdzący gaz wydobywający się z niego.

Zdziwiłem się, skąd u niego takie słowa. Popatrzyłem na jego twarz, rozmawialiśmy na Skajpie, i pomyślałem, że chyba wypił. Zawsze miał słabą głowę. Jego żona dawała mi znaki zza jego pleców, aby nie brać go poważnie.

Wieczorem wróciłem do tej rozmowy. Wiedziałem swoje. To nie może być takie proste, jak uważa Erazm, ani też nie może być nadmiernie wyszukane. To nie byli żadni spiskowcy, anarchiści, burzyciele, rebelianci, czy ekstremiści. To musiała być jakaś większa organizacja czy grupa ludzi, która w niepokoju społecznym wietrzyła jakiś śmierdzący interes dla siebie. Ktoś chciał na tym zarobić. Ale kto? Sugestie nasunęły mi się od razu, nie wiedziałem jednak, która z nich była słuszna: właściciele sieci szpitalnych, wielkie firmy farmaceutyczne, producenci trumien i akcesoriów pogrzebowych, właściciele prosektoriów i cmentarzy. Może mafia zarabiająca na wszelkich ludzkich nieszczęściach? Może nawet jakieś ugrupowanie chcące zbuntować społeczeństwo, aby położyć rząd na łopatki i przejąć władzę?

Tej nocy nie spałem spokojnie. Miałem się nad czym zastanawiać.

Odc. 6 Konferencja

Rząd tworzył w pośpiechu fundusze pomocy i rozdzielał środki ludziom i biznesom w potrzebie. Wkrótce pojawiły się wieści przekrętach i aferach oraz krytycy działań władzy. Wyszli na barykady z czerwonymi sztandarami protestu krzycząc, że dysponenci pomocy rozdają ją przede wszystkim swoim zwolennikom; wzywano społeczeństwo do buntu. Nie przebierano w słowach.

– Winni przekrętów są premier Chudy i jego sponsor, milioner Leon Sawiłło-Kukuła. To on decyduje komu dać dużo, komu dać mniej a komu w ogóle nie dać. To jemu Chudy zawdzięcza stanowisko i gotów jest mu buty czyścić. To ma być demokracja? To łajdactwo!

Erazm Jansen uważnie obserwował wydarzenia. Zadzwonił do Herkulesa z prośbą, aby przyłączył się do głosów potępiających nieuczciwe praktyki rządzących.

– Herkulu! Jesteś znaną osobą. Wiesz dobrze, że pomoc państwowa jest kierowana nie do najbardziej potrzebujących lecz do przyjaciół i znajomych królika. To jest fakt. Wykazały to czarno na białym badania prowadzone przez Uniwersytet Humboldta oraz kilku niezależnych dziennikarzy. Skala rozdawnictwa na rzecz zwolenników tego despoty jest porażająca. Rząd wydaje tyle pieniędzy, że nie wystarczy na zakupy szczepionek, które właśnie ukazały się na rynku.

– Mówisz ciągle „ królik”. Króliki skaczą u ciebie jak po zagonie kapusty. Wiem, co to znaczy królik, ale kogo konkretnie masz na myśli? To, że partia Kukuły zadecydowała, kto jest premierem, to wszyscy wiedzą – trzeźwo podsumował Herkules.

Od początku było wiadome, że ostatecznym ratunkiem przed wirusem i epidemią są szczepionki. Czekano na nie jak na zbawienie. Kiedy w końcu pojawiły się, rząd dokonał zakupów. Kupował, gdzie się dało. Wszystko odbywało się w pośpiechu. Szczepionki były pakowane po sto sztuk dla usprawnienia dystrybucji do punktów szczepień i musiały być przechowywane w bardzo niskiej temperaturze. Pierwsze dwie partie próbne po tysiąc sztuk zapakowano niestarannie lub też w transporcie wystąpiły jakieś problemy, gdyż część przesyłki uległa uszkodzeniu, została zniszczona. Sprawę usiłowano zatuszować. Opozycja zażądała przeprowadzenia śledztwa. Minister zdrowia poinformował, że jest ono w toku. Jonasz Chudy to potwierdził. Występując w telewizji, obydwaj nie patrzyli przed siebie w obiektyw kamery, tylko w ziemię. Wydawało się, że nikt nie panuje nad sytuacją. 

W końcu marca, w samym środku epidemii, odbyła się konferencja poświęcona ocenie przebiegu, skutków oraz strategii walki z wirusem. Szukano wyjaśnień, jak mogło dość do epidemii i co należało dalej robić. Dobrą atmosferę obrad zburzyła na koniec profesor Karolina Hopkins, biolożka ewolucyjna. Była ubrana na czarno i miała ochrypły głos.

– Mówi, jakby połknęła kłębek wełny – skomentował wąsaty mężczyzna siedzący obok Herkulesa Celebryty.

Jej głos dobywał się gdzieś z głębi gardła, a wygląd i sposób mówienia sprawiały wrażenie mowy pożegnalnej nad grobem.

– Wirus Quagga jest odpowiedzią natury na eksplozję demograficzną ludzkości i monstrualną dewastację środowiska naturalnego. To są ekscesy naszej cywilizacji. Wywołały one z uśpienia wirusa i spowodowały epidemię na skalę światową. Sami to sprowokowaliśmy, my jako gatunek dominujący na świecie. Teraz mamy to, co mamy. Niszcząc planetę okazaliśmy się samobójcami.

Część sali wstała, aby gromkimi brawami wyrazić swoje poparcie. Pozostała część milczała, patrząc w podłogę lub na mówiącą z niedowierzaniem lub niechęcią. Zakończenie wystąpienia profesor Hopkins było jeszcze prostsze i wymowniejsze.

– Quagga nas wytłucze, o ile nie wypowiemy jej totalnej wojny. Chyba nie zanosi się jednak na to. Mamy rząd pozorujący aktywność, któremu brak jest energii i zdecydowania. My sami, jako społeczeństwo, jesteśmy zbyt podzieleni w opiniach, aby to uczynić.

Udzielając wywiadu grupie dziennikarzy i reporterów profesorka spokojniej już wyjaśniała.

– Powiedziałam to celowo. Musiałam spoliczkować słowami wszystkich nadętych urzędasów i ich popleczników, którzy nie wiedzą, co maja robić, lub nie maj chęci zrobić, co wymaga sytuacja, aby ratować naród przed zagładą. A i tak nie wiem, czy zrozumieją moje przesłanie.

– Jak pani widzi naszą przyszłość?

Profesor popatrzyła na pytającego z niechęcią.

– Wyłącznie w czarnych barwach. Nie ma w tym żadnego pesymizmu. Nie jestem pesymistką, tylko kobieta myśląca. To bardzo realistyczna ocena.

Zwolennicy profesorki i jej poglądów byli zachwyceni. Chwalono jej naturalność i szczerość wypowiedzi. Zachwycano się łatwością, z jaką wywaliła prawdę i rozprawiła się z władzą, z jaką przeszła od oceny pandemii do walki z nią.

Po zakończeniu konferencji, na prośbę organizatorów konferencji, profesor Hopkins dała popis gry na harfie. Okazało się, że oddawała jej się przy każdej okazji, kiedy miała nieco więcej czasu.

– Harfa to moja największa pasja – pochwaliła się, uśmiechając się radośnie.

Po zakończonej konferencji otoczyła mnie grupa zwolenników i admiratorów. Znowu poczułem się w roli autorytetu i idola. Oczekiwano mego komentarza.

– Zapisałem sobie w notatniku ważniejsze fragmenty wystąpień profesor Hopkins. W większości spraw zgadzam się z nią, z niektórymi nie. Osobiście najbardziej podobał mi się jej pokaz gry na harfie. Pani Hopkins jest doskonałą harfistką a ja uwielbiam ten instrument. To szczere wyznanie. Jej występ muzyczny mile mnie zaskoczył. W morzu nieszczęść wywołanych przez wirusa Quagga jej niewymuszone, radosne i szczere zachowanie jest na wagę złota.

– A jaka jest pańska ocena konferencji, panie Herkulesie?

– Powiem tylko tyle: profesor naładowała mnie energią. Dała nam wszystkim przykład, jak postępować w tym tragicznym czasie. Być bezkompromisowym, uczciwym i mieć coś osobistego, co pozwala odciąć się od mrocznej rzeczywistości.

Odc. 7 Nowe wyzwania

Pod koniec wiosny sytuacja epidemiologiczna Bangrolu pogarszała się coraz szybciej, już nie z tygodnia na tydzień, ale z dnia na dzień. Wirus Quagga dokonywał masowych spustoszeń; nazywano go seryjnym mordercą bez opamiętania.

Zamieszanie i niepewność nie mogły być większe. Tak się na początku wydawało wielu ekspertom. Dezorganizacja życia objęła wszystkie ważne dziedziny i sprawy: ochronę zdrowia, edukację, gospodarkę, transport, rozrywkę i wypoczynek. Portale informacyjne podsumowywały hasłowo liczne bolączki i niedomagania: długie kolejki do testów, niepewny transport szczepionek, kolejki do szczepień, koncerny farmaceutyczne opóźniające dostawy, niedostatek lekarzy i pielęgniarek, niestabilna edukacja, stres, depresja i bezsenność.

Wkrótce pojawiły się zachowania irracjonalne, szerzyły się plotki, chętniej też wierzono ludziom mającym nietypowy stosunek do rzeczywistości. W ostatni piątek miesiąca przed głównym dziennikiem telewizji publicznej ukazały się wywiady z ludźmi określanymi jako „zwykli obywatele”. Najpierw był kierowca autobusu, a po nim ekspedientka w sklepie piekarniczym, Zofia Makowska, osoba tęga i rumiana, o twarzy wyglądającej jakby upudrowanej mąką, z okularami zasłaniającymi pół twarzy. Stwarzała wrażenie osoby słabowidzącej, choć nic w jej zachowaniu na to nie wskazywało.

– Ten wirus nas nie zabije, tylko umocni. Ludzie dadzą sobie radę. Widzę to najlepiej z perspektywy sklepu. Rozmawiam z tyloma ludźmi, że wiem chyba wszystko, co dzieje się w mieście, kto przeżył a kto umarł, co ludzie wiedzą i myślą o tym wirusie. Przede wszystkim ma bardzo dziwną nazwę, tak jakby nie był prawdziwy. Ludzie mówią mi, że najważniejsze jest mieć co do ust włożyć. Wszystkie problemy jakie mamy, ze służbą zdrowia, szpitalami i maseczkami, w ogóle ze wszystkim, to nie ludzie są winni, ale wirus. Najważniejsze jest to, aby rząd przetrwał, bo jak nie będzie rządu, to będzie wojna i głód.

Badania przeprowadzone dwa dni później pokazały, że duża część społeczeństwa przyjęła bardzo dobrze jej wyjaśnienia. Na pytanie, czy bardziej wierzą ekspedientce Zofii Makowskiej czy premierowi Jeremiaszowi Chudemu, głosy rozłożyły się prawie po równo.

– Z czego wynika pana/pani przekonanie do ekspedientki a nie do premiera, ludzie odpowiadali w podobny sposób:

– Bo ona mówi językiem zrozumiałym dla mnie, z przekonaniem, i nie ma nic do ukrycia. To nie ona odpowiada za szczepienia, tylko premier.

Rządząca Partia Powszechnego Dobrobytu już nawet się nie broniła tylko usiłowała zrzucać z siebie winę i obarczać nią opozycję i media.

– W tym trudnym czasie nie ma warunków, aby zajmować się czymkolwiek innym, jak tylko jałowym roztrząsaniem pandemicznych wydarzeń. Wirus przysłonił wszystkie inne problemy stając się skumulowanym nieszczęściem Bangrolu – powiedział pisarz Albin Ramo.

Rząd w pośpiechu tworzył system zbierania danych i modele analityczne, które pozwoliłyby mu monitorować i choćby częściowo rozumieć rozpowszechnianie się wirusa i zachorowania, ale jego starania były opóźnione w stosunku do wirusa. Ten zawsze był w przodzie. O prognozach nikt nawet nie myślał. To była zbyt odległa perspektywa.

Pocieszano się, że w innych krajach nie jest lepiej. Zabójcza atmosfera udzielała się wszędzie. Każdy kraj borykał się z epidemią w samotności odcięty fizycznie od świata po zawieszeniu wszystkich lotów i połączeń drogowych, kolejowych i morskich. Wszędzie pojawiły się zniechęcenie, rozpacz i depresja.

W obozie uchodźców koło Islamabadu, stolicy Pakistanu, widziano rodzinę składającą się z ojca, matki i trojga dzieci. Byli w stanie głębokiej apatii; nie było z nimi niemal żadnego kontaktu. Uciekali nie widomo dokąd przed epidemią wirusa Quagga. W drodze przez górskie przełęcze ojciec, by ocalić resztę rodziny, by mogli dalej maszerować, zabił najmłodsze dziecko. Tak podała prasa. On sam milczał. Nie odzywał się nawet słowem, tylko patrzył w ziemię albo w ścianę niewidzącym wzrokiem.

W Europie media donosiły o imigrantach mężczyznach błąkających się we mgle na granicach, którym straż graniczna łamała nogi, aby ich odstraszyć od prób przekraczania granicy. W niektórych krajach mówiono  o paramilitarnych bojówkach, organizujących polowania na ludzi bez maseczek, zarzucając im celowe rozpowszechnianie wirusa. Byli to głównie imigranci, którzy przybyli do kraju wcześniej legalnie oraz całkiem ostatnio nielegalnie. Mówiono o policjantach współpracujących z mafiami wymuszającymi haracze od firm handlujących maseczkami antywirusowymi, rękawiczkami, szczepionkami i innymi akcesoriami użytecznymi w walce z wirusem. Celem ataków dla okupu byli także ludzie gwarantujący miejsca w szpitalach, gdzie były jeszcze wolne łóżka i respiratory.

Odc. 8 Minister zdrowia

W kwietniu w Bangolu wprowadzono godzinę policyjną. Po ulicach krążyły patrole wyposażone w pałki teleskopowe używane dotychczas przez tajnych agentów pracujących po cywilnemu, paralizatory elektryczne do zatrzymywania osób szczególnie agresywnych i niebezpiecznych oraz małe miotacze gazu pieprzowego. Policja zdecydowanie rozpędzała zgromadzenia osób zbierających się w jakimkolwiek celu. Kilku dziennikarzy aresztowano, a ich sprzęt i nagrania zostały zniszczone. Powszechne stało się atakowanie na ulicach cudzoziemców, których winiono za przywleczenie wirusa do kraju. Tylko nieliczni ludzie brali ich w obronę.

– Kiedy nadchodzi godzina policyjna i pustoszeją ulice, to właśnie oni, imigranci, ludzie pragnący utrzymać się na powierzchni, nie bojąc się wirusa rozwożą na rowerach gorące dania na nasze stoły – bronił imigrantów właściciel restauracji z niezbyt fortunną w okresie pandemii nazwą „Szampańska zabawa”.

Wraz z tragedią, pojawiła się fascynacja wirusem, heroldem śmierci. Pisarz Albin Ramo określił to zjawisko treściwie mówiąc, że  „wirus Quagga emituje światło śmierci ale i nadzwyczajnej ludzkiej ekscytacji”. Niezwykłości wirusa dopatrywano się w jego ulotności, nieokreśloności i skrytości, nagłym pojawianiu się i znikaniu. Grupa bezrobotnych tancerzy w Agarze, stolicy kraju, skrzyknęła się i wystawiła w przestrzeni wirtualnej nowatorski spektakl „Chocholi taniec śmierci”. W galeriach i na rynku pojawiły się oryginalne dzieła sztuki, rysunki, obrazy, plany miejsc najbardziej tragicznych na mapie ofiar wirusa, artystyczne wizerunki epidemii a nawet wyobrażenia publicznych egzekucji z wykorzystaniem wirusa, w których ofiara umiera w wyniku zainfekowania wirusem o wzmożonej zjadliwości. U artystów już wczesnej ekscytujących się śmiercią fascynacja wirusem pogłębiła się.

Minister zdrowia poprosił o pilne spotkanie z premierem. Wyglądał fatalnie. Premier patrzył na niego zaniepokojony. Widział zupełnie innego człowieka niż ten, z którym spotykał się prawie codziennie: zmęczona twarz, sine podkówki pod oczami, zazwyczaj uczesane włosy w nieprzyjemnym nieładzie. Pogłębione zmarszczki między nosem a krawędziami warg wprost demonstrowały przygnębienie i smutek ich właściciela.   

– Co ci dolega? Bardzo źle wyglądasz. Chyba nie Quagga? Jeśli jesteś chory i masz gorączkę, natychmiast załatwimy ci miejsce w szpitalu wojskowym!

– Chcę się podać do dymisji. Nie chodzi o wirusa ani epidemię i to co one z nami wyprawiają. Martwi mnie … Nie! Nie! Nie martwi, ale wręcz dobija mnie stan psychiczny i duchowy społeczeństwa! Wygląda to na początek ciężkich zaburzeń psychicznych. Idziemy w dół po równi pochyłej prosto do piekła!

Zanim premier wyraził w duchu życzenie, aby słowa ministra nie okazały się prorocze, ten upadł na kolana i zaczął się głośno modlić. Chudy przestraszył się. Usiłował go uspokoić.

– Co takiego się stało, że tak się zdenerwowałeś? Nigdy nie widziałem cię w takim stanie.

– Nie wiesz nawet, co to znaczy zaburzenie psychiczne. W rodzinie mojej żony był taki przypadek. Jej dalszy kuzyn, trzydzieści pięć lat, w sile wieku, raczej drobnej budowy. Odbiło mu. Kiedy dostawał ataku, stawał się demonem. Był w wojsku porucznikiem, kiedy ja kończyłem służbę wojskową na studiach w stopniu sierżanta sztabowego. To był wariat. Wydawał mi komendy, powstań, padnij, kazał meldować mi się stojąc na baczność, groził przeczołganiem. Unikałem go jak ognia. Wiem, co to znaczy. Nie chcę mieć z takimi ludźmi więcej do czynienia!

Premier poprosił sekretarkę o wezwanie karetki pogotowia. Kiedy odjechała, wezwał do gabinetu swoich ochroniarzy.

– Macie milczeć jak grób. On się załamał. Ale my musimy być silni. Aby was zachęcić do jeszcze większej wytrwałości, od jutra podwyższam wam uposażenia.

W domu Chudy opowiedział żonie, zaraz po przybyciu, co się stało. Dodał na koniec:

– Upadamy coraz niżej. Czuję się bezradny wobec siły i przewrotności tego wirusa. Zaczynam przekupywać ludzi, aby dalej pełnili swoje regularne obowiązki. Obawiam się, że jak tak dalej pójdzie, będę musiał chyba używać policji i wojska dla utrzymania porządku w kraju. To straszne, kiedy ludzie stają się masowo anormalni.

Odc. 9 Przed konferencją

– Czuję się dzisiaj jak na własnej stypie – premier podzielił się tą opinią ze swoją asystentką, Julią, dojrzałą blondyną, przyglądającą mu się przez nowe okulary z dużymi szkłami. Długo je wybierała, aby dobrze wyglądać. Z lekko upudrowanymi policzkami jej twarz przypominała pięknego motyla o skrzydłach obrzeżonych kołami połyskliwego bursztynu. Bardzo jej się to podobało, przywołując dobre skojarzenia: dzieciństwo, zielona łąka, wczesne lato, zapachy kwiatów i dwa motyle fruwające nad nią leżącą na plecach ze wzrokiem utkwionym w niebo.

Pragnęła podobać się premierowi, doceniającemu piękno świata. Tak go odbierała, ciesząc się, że należy do mężczyzn umiejących docenić wygląd dbającej o siebie kobiety. Była szczęśliwa; od roku łączył ich romans. Oprócz erotycznej ekscytacji, upominków i pochwał za osiągnięcia w pracy oznaczało to również regularne podwyżki pensji.

Domyślała się, skąd bierze się jego marne samopoczucie, oprócz incydentu z ministrem zdrowia. Na popołudnie zaplanowana była konferencja prasowa, na której premier miał zapowiedzieć nadzwyczajny ogólnokrajowy konkurs na Człowieka Roku. Nie zachwycało go to w najmniejszym stopniu, ponieważ sam miał ambicję zostać Człowiekiem Roku, a wiadome było, że będzie to kto inny. Liczył na ten tytuł, uważał, że sobie na niego zasłużył.

Kilka godzin później Jonasz Chudy szedł już do sali konferencyjnej znajdującej się na końcu korytarza prześlizgując się wzrokiem po portretach poprzednich premierów. Zanim wszedł do środka, popatrzył na zegarek i przeżegnał się. Był blady i nadmiernie się pocił, co tylko pogarszało sytuację, ponieważ sam nie znosił ludzi spoconych. To go dodatkowo denerwowało. Pomyślał sobie, że wygląda jak zdziwiony grabarz, któremu rodzina zmarłego w ostatniej chwili oddała na przechowanie wielki złoty pierścień zamiast włożyć go do trumny.

Nie było mu łatwo. Po wystąpieniu konferencyjnym, na którym zapowiedział wielki konkurs i odpowiedział na kilka pytań dziennikarzy, premier rozmawiał z sekretarką i asystentką. Były tego samego zdania, że rzeczywiście jest niedobry czas, paranoiczny a nawet paranoidalny, kiedy wszystko się wali, wirus i epidemia poszerzają stan posiadania, ciągłe wahania i zawirowania, a to w dół a to w górę. Padały słowa przykre i przygnębiające: ofiary śmiertelne, szpitale, łóżka, tematyka można śmiało powiedzieć pogrzebowa. Poza tym także bezrobocie, gniew, samotność i zmęczenie. Zdali sobie sprawę, że cała ich trójka obecna w gabinecie ma niezdrowe skojarzenia. Jedyne, co im zostało to – padały propozycje – nie ustępować, zacisnąć zęby, wziąć się w karby, podnieść głowę i iść przed siebie z otwartymi oczami.

– Epidemia w końcu ustąpi i nadejdą jasne, słoneczne dni. Najważniejsze to nie dać się – zakończył premier zaskoczony własną determinacją pokonywania wszelkich przeszkód. Pomógł mu w tym widok zasobnych piersi Julii odsłoniętych śmielszą niż zawsze bluzeczką w kremowym kolorze.

W mieście pojawiły się czarne ptaki a obok nich białe ulotkidoniosła prasa poranna. Nad samym ranem, jak tylko się rozjaśniło, przechodnie znaleźli pięć martwych ptaków przy ulicy biegnącej wzdłuż parku nad rzeką. Dwa z nich przynieśli do redakcji Kuriera Narodowego. Nie ulegało wątpliwości, że coś symbolizują. Na obrzeżach ulotek wyraźne były ślady pazurów, do krawędzi papieru przykleiły się fragmenty ptasich piór. Zmobilizowano epidemiologów, zbadano ptaki i ulotki, czy nie jest to próba rozprzestrzenienia ptasiej grypy, choroby dziesiątkującej najpierw ptaki, a potem ludzi.

Zdarzenie potraktowano jako złą wróżbę, zapowiedź czegoś niedobrego, jakiejś katastrofy, choć byli tacy, co pytali, czy nie jest to zapowiedź czegoś przeciwnego, miłego i pożytecznego, na przykład urodzaju. Po konsultacjach z trzema wróżbiarzami było już mniej więcej wiadomo, o co chodzi. Dwoje z nich uważało, że ptaki i ulotki były zapowiedzią przewrotu i przejęcia władzy w kraju przez wojsko. Trzecia osoba wróżąca, kobieta, nie była tego pewna, aczkolwiek nie odcinała się od takiej interpretacji. Wywołało to pogłoski, że władzę w kraju usiłuje przechwycić tajna organizacja mafijna ukrywająca się pod nazwą „Siła Nieczysta”.

– To bezsensowna informacja – oświadczyłem Erazmowi, z którym odbywałem co najmniej dwie dłuższe, poważne rozmowy każdego tygodnia. Siły nieczyste to nic innego jak sekty religijne zastępujące wiarę w Boga wiarą w Szatana, tego pisanego z dużej litery. Władza w Bangolu, jak dobrze wiesz, od dawna jest w rękach Partii Powszechnego Dobrobytu, pierwszej w historii kraju sprywatyzowanej organizacji politycznej zależnej od jednego człowieka. Jej właścicielem jest Leon Sawiłło-Kukuła, dawny dyrektor cyrku Abrakadabra, dziś multimilioner.

Kukułę zawsze podejrzewałem o najgorsze. Był to człowiek skryty, przebiegły i rozważny jak mało kto uwikłany w wielką politykę. Sprawował władzę, także w swoim imperium przemysłowym, z tylnego siedzenia, dyskretnie i bardzo skutecznie. Oficjalnie był tylko właścicielem firm i inwestycji w przemyśle, transporcie, handlu oraz szpitalnictwie, szczególnie psychiatrycznym. Angażował się także w działalność dobroczynną. Był z tego znany. Mało kto słyszał o innych jego działaniach. Była to wiedza, którą niechętnie dzieliłem się z kimkolwiek. Uważałem to za nieostrożne i niepotrzebne.

Odc. 10 Niepokoje władzy

Z Erazmem od dłuższego czasu nie rozmawiałem. Brak mi było tego kontaktu, bo nie o wszystkim mogłem konwersować z moimi zwolennikami oraz dziennikarzami mediów społecznych i redaktorami z telewizji. Ucieszyłem się więc, kiedy wieczorem nieoczekiwanie połączył się ze mną na Skajpie. Mieliśmy o czym rozmawiać.

Czas nie był łaskawy dla Bangolu. Nie tyle martwiłem się o teraźniejszość kraju, ile o jego przyszłość. Sprawy nie szły w dobrym kierunku; wirus szalał nieprzerwanie, gospodarka tkwiła w stanie niepewności i zagrożenia. W kręgach wojskowych (miałem tam swoje kontakty) mówiono o zbliżającym się głębokim kryzysie i możliwości zamachu stanu, co nie wiadomo dokąd mógłby doprowadzić kraj. Osobiście zagrożenie widziałem, a może bardziej czułem niż widziałem, w Leonie Sawiłło-Kukule, skutecznie strząsającym z siebie wszystkie posądzenia o nieczyste praktyki. Oficjalnie ten człowiek niczym nie zarządzał, nawet swoim majątkiem, powierzywszy jego zarząd rodzinie oraz wysoko płatnym fachowcom, nie był też w sposób widoczny zaangażowany politycznie. Najchętniej występował w roli dobroczyńcy i filantropa, ciesząc się z tego tytułu pozytywną opinią wśród wielu obywateli. Tylko ci, co znali go bliżej, mogli mieć o nim negatywną opinię, lecz zgodnie milczeli. Ludzie bali się go, nawet ci, którzy pracowali dla niego lub dorywczo mu się wysługiwali. Przypominali mi strażników więzienia z czasów Pol Pota, którym dawano wielką władzę do ręki ale też bezwzględnie karano za przewinienia a nawet błędy w postępowaniu z więźniami. Taką opinię o sytuacji kraju przedstawiłem Erazmowi dodając na zakończenie, chyba zupełnie niepotrzebnie:

– Dzielę się nią z tobą i liczę, że ją zachowasz tylko dla siebie.

Prawie obruszył się na takie zastrzeżenie, ponieważ nasza przyjaźń nigdy nie doznała uszczerbku z powodu jakiejś nielojalności czy niedotrzymania tajemnicy. Mimo to nie byłem pewny, czy nie powiedziałem mu za dużo.

Myśli o niepewnej przyszłości wracały do mnie z męczącą częstotliwością. W końcu udało mi się wyrzucić je z pamięci. Jestem jednak pewien, że i tak tam zostały, ponieważ pamięć przechowuje wszystko bez wyjątku, co najwyżej sprawy kłopotliwe ukrywa zręcznie w jakimś zakamarku, między neuronami, pomniejsza, zmienia dla niepoznaki, a nawet deformuje. Ale niczego nie gubi.

W sprawach polityki Erazm reprezentował niezmienną, jednoznaczną opinię. Obnosił się z nią jak kura ze złotym jajem w przekonaniu, że jest to jedyna rozsądna i możliwa ocena. Nie mogłem odmówić jej prawdziwości, ale uważałem ją za zbyt sztywną.

– Każda władza to jedna wielka sitwa ludzi, którzy dobrali się jak w korcu maku. W Bangolu jest to szczególnie wyraźne. Najważniejsza jest dla nich zasada: ręka rękę myje, noga nogę wspiera. Normy moralne czy głębsze refleksje nad postępowaniem wyrzucają przez okno lub do sedesu, w zależności od tego, co jest bliżej. Wiem, że gdzie indziej, w krajach demokratycznych, może nie jest doskonale, ale jest chyba lepiej.

Nie była to opinia odosobniona. Wiele osób krzywo patrzyło na władze.

Premier Chudy publicznie ignorował takie opinie, podobnie jak jego koledzy z partii i rządu. Nie zawsze mu się to udawało, ponieważ prawda zawsze zachodzi człowiekowi gdzieś za skórę, a czego takiego nikt nie jest w stanie zignorować. .

Kiedy rano wchodził do budynku parlamentu, dobre samopoczucie zepsuli mu dziennikarze, którzy dopadli go na korytarzu. Na dwa ich pytania odpowiedział, pozostałe zignorował. Nie był z tego powodu szczęśliwy. Przypomniał mu się minister zdrowia. Tego dnia sam czuł się podobnie.

Przechodząc przez sekretariat w drodze do swego gabinetu niemrawo pozdrowił Julię, asystentkę osobistą. Poczuła się tym trochę dotknięta. Domyślała się, że wciąż boli go sprawa człowieka roku. Chciała wiedzieć o co chodzi.

– Niedobrze pan wygląda, panie premierze. Czy coś panu dolega?

– Czuję się tak, jakbym tonę węgla wrzucił do piwnicy używając tylko szufelki. To jest tym dziwniejsze, że sezon grzewczy już minął, a do nowego jeszcze daleko.

– Przecież węglem nie opala pan mieszkania już od wielu lat – zauważyła sekretarka starając się zachować uprzejmość. Słowa premiera wydały jej się dziwne. 

Odc. 11 Dziwna rozmowa

– No właśnie. Po prostu o tym zapomniałem. Za dużo spraw mam na głowie. Wirus, epidemia, szpitale, szczepienia, konferencje, gospodarka, człowiek roku. Źle przez to wszystko sypiam. Wczoraj w nocy nad domem widziałem wielką czarną chmurę, która wznosiła się i opadała. Potem zrobił się z niej wielki wir, wciągnął dom, ale nie wiem, co się dalej działo, bo się przebudziłem. To był tylko sen. Musiałem to sobie powtórzyć kilka razy, zanim zasnąłem. Wcześniej, przed miesiącem, widziałem czarnego kota, jak kręcił się koło mego domu, przeciął mi drogę chyba trzykrotnie, ale na szczęście nic złego się nie wydarzyło. Nie lubię takich sytuacji.

– Muszę pana pocieszyć, panie premierze, że czarnych kotów jest więcej niż białych. Mówią to statystyki – sekretarka wpadła w ton narracji premiera. Pomyślała, że chce się wyluzować opowiadając żartobliwe historie na podstawie jakichś przywidzeń. Nie zawsze właściwie odczytywała jego poczucie humoru czy nastrój i to ją męczyło. Usiłowała utrzymać rozmowę na gruncie rozsądku.

– No właśnie, ale to było w nocy, kiedy wszystkie koty są czarne, więc i ten – idąc logicznym tropem – też mógł być biały. A ja go widziałem czarnego. Będę się co do tego upierać, że był czarny.

Kiedy premier wszedł już do swego gabinetu kobiety wymieniły się wymownymi spojrzeniami. Pierwsza zareagowała Kinga, sekretarka.

– Wyraźnie pada mu na mózg. Specjalnie nawet się nie dziwię, bo czasy są kretyńskie.

– Tak. Dzieje się z nim coś niedobrego. Jest chyba bardzo przemęczony. Jeszcze pół roku temu zapraszał mnie do siebie, abym zapisała, co miał mi do podyktowania. Teraz to nawet raz tygodniu jest mu ciężko – Julia westchnęła obracając głowę w kierunku okna. Nie chciała, aby koleżanka to zauważyła. Pilnowała się, aby się nie wygadać, że potem zapraszał ją na kanapę, do której trzymał pościel pod zamknięciem w swoim dużym biurku.

– No właśnie. Sama też nie wiem jak mu pomóc – odpowiedziała sekretarka. Zamierzała jeszcze dodać, „Czasem mnie prosi, aby mu kark wymasować dla rozluźnienia, ale to widocznie nie wiele mu pomaga”, ale w czas ugryzła się w język. – Normalnie premier chodzi prosty jak struna, ale ostatnio coraz bardziej pochyla się do przodu. Bardzo się garbi.

Zauważywszy zdziwiony wzrok Kingi, poprawiła się.

– Martwię się tylko o niego. Opozycja to nawet mówi, że premierowi w walce z wirusem garb się powiększył o wszystkie niepowodzenia. Co za obrzydliwe określenie! Co oni od niego chcą, to nie wiem, ale nie jest to miłe. Ci ludzie potrafią być wulgarni.

Odc. 12 Profesor Hopkins

Przemówienie konferencyjne i późniejsze wywiady profesor Hopkins były oskarżycielskie w tonie. Środki masowego przekazu transmitowały i komentowały jej wystąpienia. Profesor potrafiła mówić mocno i celnie, wzbudzać zainteresowanie i uczucia. Zaczęła od ludzi najsłabszych.

– W okresie epidemii państwo ma szczególny obowiązek troszczyć się o ludzi najbardziej poszkodowanych przez życie: starszych, schorowanych, samotnych, ubogich, bezrobotnych, bezdomnych, niestabilnych emocjonalnie, w depresji, obarczonych problemami rodzinnymi, oczywiście także o dzieci. Pozostali ludzie muszą radzić sobie sami, tak jak to zawsze było przez wieki. Mówiąc państwo mam na myśli rząd oraz władze lokalne.

Profesor mówiła mocnym, równym głosem, przez niektóre fragmenty przemówienia przebijał się gniew. Nie wszystkim słuchaczom na sali konferencyjnej podobało się to, większość obecnych nagradzała ją jednak gromkimi brawami.

– Czy pani profesor ma również jakieś pozytywne przesłanie? – pytanie padło ze strony mężczyzny w sile wieku, który wstał z krzesła i przedstawił się ale tak niewyraźnie, że mało kto go słyszał.

– Kto to taki? – ktoś pytał w końcu sali.

– To Robert Fikus, znany psychiatra. Widziałam go na zdjęciu i w telewizji. Poznaję go po tych rozczochranych włosach, okrąglej twarzy i rozmytym spojrzeniu. Wygląda jakby patrzył gdzieś w powietrze.

– Tak. To temat niezwykle interesujący. Pracuję nad nim z moim zespołem badawczym. Chodzi o ludzi sukcesu w warunkach epidemicznych. Pytaniem jest, czy tacy ludzie w ogóle istnieją. Odpowiedź jest pozytywna. To ludzie bardzo różni, zamożni i niezamożni, starsi i młodsi. Pochodzą z różnych grup społecznych, dlatego trudno jest ich zidentyfikować. Mimo wszelkich przeciwności, ci ludzie zachowują zimną krew, nie dramatyzują. Widzą i akceptują świat taki, jaki jest. Mimo tego, że stał się nagle niebezpieczny, skutecznie odrzucają od siebie przygnębienie, niepokój i strach, grożące depresją. Należy im się za to uznanie publiczne. Są motorem optymizmu dla innych. Można ich porównać do ptaka, który zderza się w całym pędzie z niewidoczną szybą. Siła uderzenia jest tak wielka, że pada jak martwy na ziemię. Ma zwichnięte jedno skrzydło, opada na bok, możliwe, że ma jakieś obrażenia wewnętrzne i jest w stanie oszołomienia. Jest zdezorientowany, jakby był pod wpływem narkotyków. Mimo wszystko podnosi się na nogi, zbiera się w sobie i odlatuje.

– Czy wzmianka o narkotykach odnosi się do dzisiejszego społeczeństwa?

– Tak. Żyjemy w śnie narkotycznym, jaki sami stworzyliśmy, a przynajmniej pozwoliliśmy mu zaistnieć. Tworzymy i używamy coraz więcej leków, narkotyków, używek oraz środków pobudzających i uspokajających. Jedne nas uspokajają, inne pobudzają. Sami już nie potrafimy normalnie funkcjonować. Najsilniejszym narkotykiem, mało kto zdaje sobie z tego sprawę, jest nasz tryb życia. Konkretnie, konsumpcja bez wstrzemięźliwości, zapatrzenie się w wynalazki i nowe technologie, pracoholizm, spożywanie żywności faszerowanej dodatkami chemicznymi, nadużywanie kawy i alkoholu, w końcu prostacki tryb życia. Nie waham się tak powiedzieć. Wszystko, co nie daje czasu ani możliwości zatrzymania się i refleksji nad samym sobą. Dom, praca, sklep, dom, łóżko, szybki seks, byle jaki sen. Czasem ktoś taki wyjdzie z dzieckiem lub psem na spacer. Częściej z psem niż z dzieckiem. To są ustalenia zespołu, jakim kieruję. Usiłujemy zebrać to wszystko do kupy i opracować.

– Jest pani naukowcem, a mówi pani jak …

– Jak furman do konia … Jeśli tak to pani określi, nie obrażę się. Naukowcy mają dziś obowiązek mówić dosadnie, aby przekrzyczeć rosnącą falę głupoty i bylejakości, która zalewa nas ze wszystkich stron.

– Czy to znaczy, że nie ma ludzi radzących sobie w dzisiejszych trudnych czasach?

– Dziękuję za to pytanie. Jest bardzo na czasie. Otóż są tacy ludzie. Nie ma ich zbyt wielu, ale są. Dysponują naturalnym instynktem uciekania od zagrożeń, jak tylko się pojawiają, w kierunku, gdzie mają szansę uniknięcia większych urazów. Kierują się zasadami rozumu oraz intuicją, mniej emocjami. Oprócz pracy zarobkowej, zajmują ich codzienne czynności i obowiązki, jak sprzątanie, gotowanie, utrzymanie porządku, ale w rozsądnych wymiarach. Dbają o to, by mieć wolny czas i wykorzystują go na to, co piękne i pożyteczne: słuchanie muzyki, sport, spacery, czytanie, rozmowy z przyjaciółmi. Nie na oglądanie ogłupiającej telewizji. Odnajdują się w morzu literatury, która łączy przeszłość z przyszłością. Dużo czytają i dyskutują, chcą rozumieć ten świat. To jest to: czytać i dyskutować.

Ludzie znający profesor Hopkins, nie dziwili się, że mówi ostro. Od lat ostrzegała wszystkie rządy, że ludzkość kroczy w niewłaściwym kierunku, że zmierza do samobójstwa. Cytowano jej słowa:

– Wirus nie jest wrogiem, który nagle wtargnął na terytorium jakiegoś kraju. Wirus pojawia się i sieje zniszczenie na nasze własne zaproszenie. Za bardzo zbliżyliśmy się do zwierząt, za bardzo przetrzebiliśmy ich środowisko naturalne. Sześćdziesiąt procent epidemii to epidemie odzwierzęce. To coś znaczy, ale jakoś nie przenika do świadomości społecznej.

Przemówienie profesor odbiło się szerokim echem. Nie było w nim obcych słów. Wszyscy je rozumieli. Nie musiało być tłumaczone na prostszy język.

Na spotkaniu z kilkoma ministrami Jonasz Chudy nawet nie usiłował pocieszyć się, że Karolina Hopkins jest znana z kontrowersyjnych i oskarżycielskich opinii.

– Ta baba wetknęła kij w mrowisko, teraz, kiedy jest to nam najmniej potrzebne. Jest gotowa nawarzyć nam jeszcze więcej gorzkiego piwa.

Po południu premier wezwał do siebie ministra zdrowia.

– Powinieneś się zapaść pod ziemie. To ty byłeś pomysłodawcą i sponsorem tej konferencji, to ty zaprosiłeś Karolinę Hopkins! Tak się podłożyć! Jej opinie i krytyka rządu poszły na cały kraj. Ta baba jest szalona. Uznała, ni mniej ni więcej, że to nasza wina, że kraj nie radzi sobie z wirusem i epidemią. Napisz podanie, że rezygnujesz ze stanowiska ze względu na stan zdrowia lub sytuację rodzinną. Jedynie to mogę dla ciebie zrobić.

Nagła dymisja ministra zdrowia zaskoczyła wszystkich. Nikt nie domyślał się nawet, że był to początek ciągu negatywnych zdarzeń.

Odc. 13 Premier mówi o wirusie

Po odejściu ministra zdrowia, premier spotykał się częściej ze społeczeństwem organizując krótkie konferencje prasowe. Zazwyczaj w czasie takiego spotkania mówił o statystykach, ile osób zachorowało, ile trafiło do szpitala i ile opuściło szpital. Najbardziej nie lubił mówić o osobach zmarłych wskutek zakażenia wirusem. Gdyby nie presja społeczeństwa, mediów i opozycji, w ogóle pomijałby tę kwestię.

Po kilku tygodniach nie wiadomo dlaczego nabrał przekonania, że pespektywa życia wirusa jest krótka i że ledwie trzyma się on na nogach. Było to niedorzeczne określenie – porównywanie wirusa z człowiekiem. Przekonało go do tego ministerstwo zdrowia, uważając, że prezentując drażliwe tematy lepiej jest być po stronie pozytywnej niż negatywnej.

– To dobra zasada. Mówić jak najmniej o sprawach przykrych i jak najwięcej o dobrych, nawet jeśli rzeczywistość jest inna. Społeczeństwo oczekuje od pana optymizmu, wiary w przyszłość, przekonania, że damy sobie radę.

Premier wziął sobie radę do serca i przy wszystkich możliwych okazjach uspokajał obywateli. Mówił, że jest nieźle a będzie jeszcze lepiej. Opozycja krytykowała jak zwykle, że jest to przedwczesny optymizm, ludzie jednak cieszyli się.

Po kilku dniach pięknej pogody i niskich notowaniach zachorowań, Jonasz Chudy nabrał pewności, że nastąpił przełom. Poruszając rękami, jakby karmił małe dziecko, uspokajał słuchaczy i widzów:

– Wirus dał się oswoić. Prawie je nam z ręki. Osobiście czuję się już tak spokojnie, że dzisiaj jestem w pracy bez maseczki i bez rękawiczek.

Szef rządu szybko wypracował sobie formułę przekonywania do siebie ludzi takimi komunikatami. Lubili go za to, jego notowania rosły. Podnosił prawą rękę otwartą dłonią w kierunku tłumu i uśmiechał się. Potem wygłaszał to, co miał do wygłoszenia. Zazwyczaj zajmowało mu to nie więcej niż piętnaście minut.

– Ludzkie panisko – mówili świadkowie wystąpień.

Największym mirem premier cieszył się wśród mieszkańców wsi. Zyskał go zwiedzając wzorową hodowlę krów, kiedy się przyznał, że jego dziadkowie ze strony matki pochodzili ze wsi, a on sam umie wydoić krowę.

– Nauczyłem się tego, kiedy przyjeżdżałem do babci i dziadka na wakacje – powiedział, pokazując obrazowo palcami jak ściągać mleko z dojki krowiego wymienia.

Jego przeciwnicy wykoślawili to wystąpienie, twierdząc, że pokazał, jak się onanizować. Nazwano go zboczeńcem gorszącym dzieci i młodzież.

Media błyskawicznie podjęły drażliwy temat, komentowano zdarzenie i zadawano pytania. Premier na początku tłumaczył się, że niewłaściwie zinterpretowano jego gesty; jego rzecznik prasowy mówił natomiast, że dziennikarze wyrywają sprawę z kontekstu. Po rozmowie z żoną premier postanowił w ogóle nie zabierać głosu w tej sprawie. Zabronił też komentowania jej sekretarce i asystentce.

– Proszę nie rozmawiać o tym incydencie z pracownikami gabinetu, ani ministrami, ani z żadnymi innymi osobami, z którymi będziecie w kontakcie. Liczę na wasz takt i umiejętność ignorowania złośliwych zaczepek.

Kobiety przyjęły to do wiadomości. Dla podkreślenia swojej lojalności sekretarka wyjaśniła:

– Rozmawialiśmy o tym z Julią. Opozycja zachowuje się podle. Nie wnosi niczego pozytywnego do debaty jak zwalczać wirusa, tylko krytykuje i wyzłośliwia się, wykoślawiając to, co pan powiedział albo zrobił. W ten sposób można każdemu dorobić rachityczne nogi lub wmówić jąkanie się.

Premier zmrużył oczy zastanawiając się nad jej słowami, po czym zgodził się, że postępowanie opozycji jest wyjątkowo wredne. Publicznie mówił o nim jako zachowaniu nieprzyjaznym. 

Odc. 14 Wyzwania

Pierwsza decyzja rządu była jednoznaczna: wszyscy obywatele Bangolu zostaną zaszczepieni przeciwko wirusowi Quagga ze względu na bezpieczeństwo publiczne. Stały za tym mocne argumenty; dopiero kiedy znaczna większość społeczeństwa zostanie zaszczepiona, epidemia zacznie słabnąć.

Na drodze planu szybko pojawiła się przeszkoda: wielu obywateli było niechętnych obowiązkowi szczepienia. Kiedy okazało się jeszcze, że dostawy szczepionek będą wolniejsze niż wynika to z potrzeb, plan zmieniono. Niechęć wobec szczepień rząd postanowił zwalczać akcją uświadamiającą korzyści szczepienia.

Premier miał dobrą noc, nie śnił mu się ani wirus, ani epidemia, ani opozycja – trzy trucizny jego życia. Na porannym posiedzeniu rządu tryskał energią:

– Nie bez znaczenia jest też opozycja. Cokolwiek nie zdecydujemy, będą torpedować nasze cenne inicjatywy. Niedoczekanie ich. Zgnieciemy ich jak pluskwę.

Program powszechnych szczepień rząd uznał za pierwsze poważne zwycięstwo. Następnego dnia ogłoszono akcję rejestracji osób chętnych do szczepienia. Wieczorem odbył się z tego tytułu bankiet w sali konferencyjnej dla wyższych funkcjonariuszy państwowych i zaproszonych gości. Ze względów bezpieczeństwa uczestników przyjęcia przywoziły limuzyny rządowe.

Na sali panował radosny gwar, kiedy przez okno wpadły do wnętrza dwa kamienie. Na ulicy przed budynkiem rządowym zgromadził się już tłum, powiększając się z każdą minutą. Byli to antyszczepionkowcy. Bardzo szybko sytuacja pogorszyła się. Przeciwnicy szczepień pojawiali się ze wszystkich stron i przez megafon głośno wyrażali swe niezadowolenie. Życie przeniosło się na ulice i do Internetu. W mieście pojawiły się grupy ludzi z plakietkami i transparentami, wznoszono okrzyki wzywając do bojkotu szczepień. Ludzie demonstracyjnie rzucali maseczki na ziemię i deptali. Orężem antyszczepionkowców było przekonanie, że wirus jest wymysłem, a szczepienie jest tylko podstępnym eksperymentem zagrażającym życiu.  

W odpowiedzi rząd zorganizował debatę w telewizji pod hasłem „Powszechne szczepienia antywirusowe”. Na podium pojawili się: prowadzący dyskusję, minister zdrowia, przedstawiciele mediów społecznych, przeciwnicy szczepień.

Nikt nie zdawał sobie sprawy, jaką siłą perswazji i głębią przekonań dysponowali przeciwnicy szczepień. Rząd przegrał debatę. Premier z trudem strawił porażkę.

Wieczorem zadzwonił telefon domowy.

– Jest późno. Nikt nie zna tego numeru, oprócz kilku naszych przyjaciół. Odbierz telefon – poprosiła żona.

Premier podniósł słuchawkę. Po chwili odwrócił się i szepnął:

– To Leon Kukuła. Mówi syczącym tonem jak wąż. Jest wściekły.

– Oj, Jonaszu, Jonaszu! Zawiodłeś mnie. Nie zrobiliście rozeznania. Nie wiedzieliście, jak liczna jest to rzesza ludzi ani jakiego rodzaju argumenty będą stosować. Oczywiście oni pletli androny, ale ludzie w nie wierzą. Taki jest ten świat. Irracjonalny. Twój nowy minister zdrowia też się nie popisał. To młody lekarz, jakiś konował, bez doświadczenia w debacie publicznej.

– To znany internista, człowiek o wielkiej wiedzy medycznej, naukowiec – bronił go premier. Chwilę później żałował, że to uczynił, bo tylko pogorszył sprawę.

– Stań, człowieku, na ziemi i nie broń kogoś, kto może i umie robić lewatywę osobom w potrzebie, ale nie ma pojęcia o debacie publicznej.

Chudemu nie podobało się, że milioner zwracał się do niego po imieniu i fatalnie mówił o jego ministrze. Nie miał możliwości odpowiedzieć mu pięknym za nadobne, był od niego zależny. To Kukuła zadecydował o przyznaniu mu stanowiska premiera i od czasu do czasu bronił przed atakami opozycji.

Rozmawiał o tym potem z Zuzanną. Omawiał z nią wszystkie ważniejsze sprawy; zawsze stała po jego stronie. Zgodziła się, że nie jest to miła sytuacja.

– Ale są ogromne plusy. Jesteś najbardziej popularną osobą w kraju, nawet przed prezydentem, i masz pensję i przywileje, których wszyscy ci zazdroszczą. Jesteś wybitnym celebrytą.

– Wierzysz w to? – zapytał żonę raczej dla usłyszenia potwierdzenia, niż z powodu jakichś wątpliwości. Wiedział, że to prawda. Zajmował stanowisko, na którym mógł swobodnie kreować wizerunek człowieka wpływowego, eleganckiego i inteligentnego.

Odc. 15 Konkurs

Wspólne posiedzenie rządu i kierownictwa Partii Powszechnego Dobrobytu odbyło się bez rozgłosu. Wiadomość nie przedostała się do prasy. Nawet o tym, że w spotkaniu uczestniczył Leon Sawiłło-Kukuła. Prowadzący zebranie premier Chudy był w dobrym nastroju. Zdjął marynarkę i podwinął rękawy, jakby miał wykonać fizyczną pracę. Zachęcał zebranych do częstowania się kanapkami.

– Czasy stają się coraz trudniejsze. Coraz więcej ludzi choruje i umiera. Dlatego musimy się zastanowić, jak ożywić mroczną atmosferę panującą w kraju w związku z tą fatalną epidemią i lockoutami. Mam propozycję do dyskusji.  

Podjęto tylko jedną decyzję: rząd znajdzie i wypromuje człowieka skutecznie radzącego sobie w trudnych czasach ze wszystkimi problemami, jako osoba prywatna i właściciel biznesu.

– Nie mamy czasu do zmarnowania. Musimy pokazać wszystkim ideał obywatela. Ludzie sami go sobie wybiorą w głosowaniu Człowieka Roku. Musi to być osoba pozytywna, autentyczna, nie jakiś lansowany przez media celebryta. Potrzebujemy kogoś, kto będzie także naszym ideałem, pokazując jacy jesteśmy jako partia rządząca. Kiedy już zostanie ogłoszony Człowiekiem Roku, wtedy my upowszechnimy jego wizerunek publiczny.

Organizację konkursu powierzono tygodnikowi „Społeczeństwo Dobrobytu”, prowadzącego wcześniej podobne konkursy. Sponsorem konkursu było ministerstwo kultury. Aby nie było wątpliwości, warunki i zasady konkursu oparto o „Kodeks Cywilny” w części dotyczącej „Przyrzeczenia publicznego”.

Każdy dorosły obywatel mógł kandydować. Chętnych było więcej niż zakładały najbardziej ambitne przewidywania. Wszyscy przedstawiali kandydatów: władze samorządowe, instytucje państwowe, organizacje społeczne, redakcje gazet, kluby sportowe i organizacje kombatanckie. W pierwszych trzech dniach po ogłoszeniu konkursu zgłosiło się trzystu dwudziestu kandydatów. Propozycje napływały dziesiątkami każdego następnego dnia. Łącznie złożono czterysta pięćdziesiąt pięć propozycji. Konkurs odbywał się trzyetapowo: ćwierćfinał, półfinał i finał. Jury zajęło dziesięć dni, aby przebić się przez wszystkie etapy, zanim dokonano ostatecznego wyboru.

W ostatnim etapie wzięło udział tylko trzech finalistów. Zwycięzcą konkursu został Marian Wójcik, biznesman i społecznik z miasteczka „Lewar” na południu kraju. Ogłoszenie go Człowiekiem Roku odbyło się na specjalnej gali w Centrum Konferencji Międzynarodowych w stolicy kraju, Agarze. W uroczystości uczestniczył także Leon Sawiłło-Kukuła.

Transmisja telewizyjna cieszyła się wielkim zainteresowaniem. Człowiek Roku okazał się mężczyzną postawnym choć niezbyt wysokim, o regularnych rysach twarzy. Ubrany w ciemnoszary garnitur, ogolony i modnie ostrzyżony, prezentował się doskonale.

Feliks i Weronika Tarczyńscy, małżeństwo emerytów, oglądali galę w telewizji komentując między sobą.

– Mnie się podoba. Dobrze wygląda. Jest niezbyt wysoki, jakby jury konkursu wybierając go zadbało, aby nie był wyższy niż otaczające go osoby. Można powiedzieć, jest idealnej postury i wagi. To także człowiek z osiągnięciami. – Pani domu była wyraźnie zadowolona ze zwycięzcy konkursu.

– To prawda. Przyzwoicie ogolony, wygląda jak człowiek a nie jak jakiś bezdomny. Żaden tam zarost trzydniowy, to dobre dla artysty. Widać, że nie jest to celebryta, egoista, jakich ogląda się w gazetach i w Internecie. Dobrze o nim mówią. Uzdolniony ponad miarę, nawet genialny w niektórych swoich posunięciach, bardzo pracowity, dobry menedżer i społecznik dostępny dla każdego. Ma rodzinę, jest ojcem dwojga dzieci. Mnie też się podoba.

Odc. 16 Szczepienia  

Szczepienia przeciwwirusowe zagościły na stałe w życiu społeczeństwa i przejściowo zdominowały temat Człowieka Roku. W mediach coraz częściej go krytykowano. Zwiększone zainteresowanie szczepieniami dawało rządowi więcej luzu, aby poprawiać, modyfikować i retuszować treści przekazów na ten coraz bardziej drażliwy temat.

Opór przeciwko szczepieniom był silniejszy niż myślano. Ludzie inaczej je sobie wyobrażali niż naukowcy i rząd. Każdy miał swoje racje i uzasadnienia. Byli tacy, co nawet polubili wirusa, bo im dawał zarobić.

– Kiedy inni tracą na nim, my zwiększamy dochody. I to całkiem nieźle – chwalił się Karol Czerstwy, przedsiębiorca pogrzebowy. – Wkrótce będę budować nowy zakład.

Każdego dnia na ulicach, placach i przed budynkami rządowymi i instytucji publicznych pojawiały się manifestacje. Argumentacja antyszczepionkowców nasilała się, stanowiąc coraz poważniejsze wyzwanie. Przeciwnicy szczepionek przychodzili kolorowo ubrani i krzyczeli. Aby był im wygodniej zdejmowali maseczki i rękawiczki.

– Ręce mi się pocą – wyjaśniła dziewczyna z krasnymi policzkami.

Niektórzy dla kawału zakładali maski teatralne. Ci krzyczeli najgłośniej.

– Wszyscy w niego wierzą, a my nie. Jesteśmy inni.

Rządowa promocja szczepień rozbijała się o potężną rafę argumentów przeciwników szczepionek. Jakkolwiek dziwne by się one nie wydawały, były proste, jednoznaczne w treści i całkowicie przekonujące dla dużej części społeczeństwa.

– Wirus nie istnieje, jest tworem wymyślonym, wytworem chorego umysłu. Skoro nie ma wirusa, to i nie ma epidemii. Rząd podaje statystyki ludzi umierających z powodu wirusa w szpitalach. Prawda jest także, że to są statyści. Nawet jeśli ktoś umrze, to precież się zadzra, to na inną chorobę. To wszystko to spisek mający wypełnić pieniędzmi kieszenie właścicieli szpitali i wielkich firm farmaceutycznych.

Inna grupa osób niechętnych szczepieniom miała inną argumentację:

– Nie wierzymy w wirusa. Jeśli nawet gdzieś się pokaże, to jest równie niebezpieczny jak wirus przeziębienia lub grypy. Ludzie od grypy też umierają, ale społeczeństwo nabiera odporności. Jest to nieuniknione.

Ruch antyszczepionkowy nie organizował się od podstaw, tylko narastał. Był zasilany importowanymi ideami Międzynarodowego Frontu Antyszczepionkowego. W Bangolu w większych miejscowościach samoczynnie organizowały się oddziały, wzorowane na komórkach terrorystycznych. Tak to widziała policja.

Minister spraw wewnętrznych po naradzie z premierem powołał w pośpiechu specjalną komórkę policji do śledzenia i zwalczania antyszczepionkowców. Przede wszystkim chodziło o rozpoznanie ich sił, programu i organizacji. Na początku szło to dosyć opornie. Problemem był brak prawa określającego kary za poglądy sprzeczne z wiedzą naukową. Ponadto antyszczepionkowcy byli zbyt rozproszeni. Widząc zainteresowanie władz swoją aktywnością, stali się ostrożniejsi, zaczęli się organizować, stosując kamuflaż i zasady konspiracji.

Równolegle do upowszechniania szczepień, rząd energicznie promował Człowieka Roku. W miarę upływu czasu Marian Wójcik awansował; powierzano mu zarządzanie coraz większymi przedsiębiorstwami i organizacjami. Leon Sawiłło-Kukuła w wywiadzie prasowym nie szczędził mu słów uznania.

– To mąż opatrznościowy i fantastyczny menedżer. Mogę szczerze go nazwać uzdrowicielem gospodarki Bangolu, obecnie w nienajlepszym stanie z powodu epidemii. Ze swoich obowiązków wywiązuje się na medal. Czego nie tknie, zamienia się w złoto. 

Stopniowo w świadomości publicznej kształtował się obraz nadzwyczajności Wójcika – Człowieka Roku. Będąc kierownikiem Miejskiego Klubu Sportowego, opiekował się drużyną piłki nożnej Lewaru. W ciągu dwóch lat doprowadził ją do trzeciej ligi. To zdobyło mu uznanie mieszkańców i władz miejskich; był dobrym organizatorem i menedżerem. Wkrótce został dyrektorem lokalnej, ledwo dychającej ekonomicznie mleczarni. Zatrudniono go na tym stanowisku, aby ustabilizował a następnie rozkręcił jej działalność. Kiedy to nastąpiło, stanowisko przejął jego zastępca, on sam zaś został dyrektorem zakładu ogrodniczo-pszczelarskiego. I w tym przypadku również osiągnął wielki sukces: Lewar nabył prawo używania sloganu „Miasto mlekiem i miodem płynące”. Dzięki temu udało się miastu zarejestrować w dwudziestu krajach europejskich marki trzech lokalnych produktów: dwóch rodzajów miodu oraz jednego wyrobu mlecznego. Wszystkie okazały się sukcesem eksportowym. Wójcika okrzyknięto bohaterem Lewaru.

Odc. 17 Człowiek Roku

Rząd promował Człowieka Roku także za granicą. Konsul Bangolu w Szkocji pierwszy podjął kampanię upowszechniania Wójcika jako Człowieka Roku. Organizując wystawy, spotkania i konferencje, rozbudził zainteresowanie „Wielkim Bangolczykiem”. Wkrótce w mediach szkockich pojawiły się informacje o Wójciku jako „celebrycie znikąd, zbawicielu Bangolu i cudotwórcy w sprawach gospodarczych”.

Ktoś zwrócił uwagę na jego podobieństwo do Roberta Louisa Stevensona, szkockiego pisarza, reportażysty, autora powieści „Wyspa Skarbów” oraz „Doktor Jekyll i pan Hyde”. W kontaktach z mediami konsul tak napompował Wójcika substancją genialności, że w Szkocji pojawiły się głosy, iż w jego żyłach płynie krew szkocka. Prawdopodobnie stali za tym nacjonaliści, rozpaczliwie odczuwający potrzebę ożywienia swoich idei.

O Człowieku Roku rozmawialiśmy w Klubie Niezależnych Celebrytów, którego byłem członkiem. Byliśmy oburzeni, że robiono mu tyle reklamy, ponieważ był to figurant i marionetka, sądząc po tym, co na zamówienie robił i mówił. Przede wszystkim był wulgarny, bluzgał jak alkoholik, który właśnie otrzeźwiał i wyszedł z rynsztoka. Dla prawdziwych celebrytów wybór Wójcika jako Człowieka Roku był przewrotnym żartem i manipulacją. Dyskusja w klubie dawno nie była tak ożywiona, przedstawiano opinie i sugestie.

– Wójcik to pseudo celebryta, sztuczny wytwór przeżartej ambicjami władzy, usiłującej narzucić społeczeństwu wzorcowy model obywatela.

– Nie należy tworzyć z niego męczennika, wchodząc w konfrontację z rządem. Wyśmiejemy go. Władza autorytarna nie znosi szyderstwa. Ten człowiek ma cechy, które go same zdyskredytują.

– Nie musimy nic więcej robić, jak tylko go ignorować. Dla mnie to nie jest Człowiek Roku tylko Człowiek od Lewara. Wypadałoby przedstawić jego kandydaturę do nagrody Nobla w dziedzinie współpracy z rządem.

Będąc w zarządzie klubu, włączyłem się do dyskusji publicznej. Miałem własny punkt widzenia, jak należy potraktować Człowieka Roku. Udzieliłem wywiadu.

– Pan Marian Wójcik to jednostka bardzo pozytywna, z wieloma osiągnięciami. Jest niezwykle silny; lewą ręką wyciska hantel ważący 90 kilogramów, prawą 110 kilogramów.  Ma wielkie zasługi w rozwoju różnych dziedzin życia Lewaru i całego kraju. Wniósł znaczący wkład do kultury, sportu, medycyny, gospodarki, przemysłu, nauki, ochrony środowiska naturalnego oraz bankowości. To on odkrył i zapoczątkował hodowlę zimojada, wysokowydajnego gatunku pszczół zbierających nektar przez cały rok z wyjątkiem dni, kiedy jest dużo śniegu lub panuje mróz.

Myśleliśmy, że nikt tego nie kupi, i pomyliliśmy się. Wiele osób w to uwierzyło i jeszcze bardziej przekonało do Mariana Wójcika jako Człowieka Roku.

W Klubie Niezależnych Celebrytów mamy także dwóch lekarzy. Obydwaj uważają, że wirus Quagga ma wpływ na psychikę, powodując deformację sposobu widzenia świata przez osoby żyjące w silnym poczuciu zagrożenia epidemiologicznego.

Odc. 18 Naga prawda

Prawda o Człowieku Roku objawiała się stopniowo, fragmentami, czasem nagłą rewelacją. Okazało się, że tak naprawdę to nikt nie znał prawdziwego Mariana Wójcika. W ujawnianie prawdy o nim włączyli się mieszkańcy Lewaru, często ludzie prości, z pozoru nie potrafiący odróżnić koła od kwadratu, obserwatorzy sceny lokalnej, przypadkowi świadkowie zdarzeń. Dołączyły do nich osoby poszkodowane przez Wójcika, w tym najbliższa rodzina. Pytającym o niego dziennikarzom odmawiano prawa do rejestrowania twarzy i podawania nazwisk.

Albin Ramo, pisarz o ambicjach nastolatka, wypowiadający się na różne tematy, trafił do Lewaru przypadkowo. Jak zwykle szukał tematu do dzieła swego życia, zrodzonego w głowie z pragnienia sławy i wiary we własny talent. Kierowany instynktem śledczym zatrzymywał ludzi o ciekawych twarzach, rokujących ciekawsze myśli niż tylko te dotyczące codziennego życia. Na przystanku autobusowym wypatrzył mężczyznę o ptasich oczach i ostrym nosie.

– Oto twarz zdziwionego sępa, ptaka drapieżnego. Z pewnością widział niejedno i rozumie więcej niż inni – pomyślał.

Kierowany tą niewypowiedzianą myślą Ramo wdał się w konwersację. Nieznajomy był nauczycielem historii w szkole podstawowej w Lewarze. Mariana Wójcika nazywał filarem miasta. W uszach Ramo słowa te zabrzmiały jak „filar Lewaru”, zachęcając do drążenia innych wątków, jakie mógł mieć w dyspozycji mężczyzna.

– Ludzie bali się o nim mówić. Na początku był to człowiek skromny, ambitny, ale skromny, pomagający bliźnim. Teraz jest zupełnie kim innym. Zmienił się. To człowiek wpływowy i mściwy. Ma specjalny immunitet. Stoi za nim państwo. Coś go łączy z jakimś milionerem, podobno się spotykają, aby rozmawiać o czarnych interesach.

W rozmowach o Wójciku pojawiały się też informacje chaotyczne, irracjonalne, świadkowie desperackich pragnień wyrzucenia z siebie rzeczy długo tajonych.

Ramo notował sobie te skojarzenia, uznając je za ciekawe: wielki człowiek z małej miejscowości, zdjęcia z celebrytami z rządu, cacy-cacy, rąsia w rąsie, grube pieniądze, przepływy, romanse, majątki, niebotyczna emerytura, przywileje. Były tam nawet wiersze, pohańbienie i upadek miłości. Ramo pomyślał, że są to zeznania śliskie, rozdmuchane, nieogarnione w tęsknocie za sławą.

Nieznajomy o fizjonomii sępa kontynuował swoje rewelacje:

– Robią z niego wybitnego celebrytę, przywódcę, wielkiego menedżera, takiego, co to raz na tysiąc lat spada z księżyca na ziemię i ratuje ludzkość przed głodem, zimnem i zarazą, przewiduje bezbłędnie ceny surowców na trzy lata do przodu i jest za pan brat z Nostradamusem.

Do badania życia i kariery Mariana Wójcika włączyła się energicznie opozycja. Pojawiły się nowe oceny, coraz bardziej sprzeczne z obrazem kreowanym przez władze. W obrazie Człowieka Roku pojawiły się szczeliny, przez które wyciekało kłamstwo, fałsz i obłuda. Poglądy i oceny były coraz śmielsze.

– Jaki to biznesmen i elegant, skoro słoma wystaje mu z butów. Nie jest to krystaliczna postać, jaką przedstawia Partia Powszechnego Dobrobytu.

Rzecznik rządu a za nim media prorządowe wytoczyły natychmiast swoje armaty.

– Marian Wójcik, postać ze wszech miar pozytywna i autentyczna, ma swoich przeciwników. Zazdroszczą mu sławy. To zamach na godność i wizerunek człowieka sukcesu. Lewackie media prowadzą przeciwko niemu kampanię oczerniającą.

Odc. 19 Podwójne życie

Szczegóły życia Mariana Wójcika wyciekały cienkimi strumyczkami plotek, szeptanek i zgadywań, w pierwszej kolejności do lokalnej gazety żyjącej tym, co tu i teraz. Wszyscy ją czytali bo była tania i dostępna w kioskach i sklepach spożywczych, warzywniakach a nawet u weterynarza, na każdym rogu ulicy. Niektóre doniesienia rozdmuchiwano do niemożliwości; ludzie przestawali w nie wierzyć, tak były nieprawdopodobne. Wynikało z nich, że Wójcik jest świętym człowiekiem, niezwykłej pracowitości, oddanym rodzinie i przyjaciołom.

– On nie ma nawet czasu, aby się podrapać. Tylko pracuje i pracuje pomnażając dobra dla swojej rodziny i dla naszej wspólnoty. Także wspiera ludzi w potrzebie – szeptały między sobą w kościele panie z kółka różańcowego, Eliza i Joanna. Mówienie o mężczyźnie takiej klasy uważały za wyróżnienie, bo same już nie miały mężów. Odeszli w sposób naturalny w stan wiecznego spoczynku, powołani do niebieskiej armii Nieba.

– Ten Wójcik jest taki wyrazisty, inny niż większość mężczyzn, którzy są byle jacy. Mój mąż na przykład bardzo lubił rąbać drewno. Rąbał więcej niż potrzebowaliśmy, więc zaczęliśmy je sprzedawać. On rąbał a ja sprzedawałam, To właśnie z tych dochodów zbudowaliśmy sobie drugi dom. Wynajmuję go teraz razem z pierwszym , bo mieszkam u córki, zaraz za miastem – Eliza Paczyńska lubiła mówić o osiągnięciach małżeńskich.

– A co mężem?

– Odszedł biedak dwa lata temu. Ciężko pracował. Najpierw przyszła przepuklina, potem wysiadło mu serce. I tak odszedł. Dobry to był człowiek, może nawet lepszy niż ten Wójcik, Człowiek Roku.

Następnej niedzieli panie Eliza i Joanna spotkały się znowu w kościele. Prowadziły życie pełne podniosłości, ciesząc się wiarą w Boga, proboszcza i własne przekonanie, że są dobrze poinformowane, co dzieje się w mieście.

– Powiem pani od razu, Joanno, że ten Wójcik nie był święty – Eliza Paczyńska była podekscytowana wiadomością burzącą porządek życia Lewaru. – Dowiedziałam się wszystkiego od mojej córki. Ten człowiek udawał, że wyjeżdża w delegacje służbowe, bo miał kochankę na boku. Oddawał jej większą część swoich dochodów. Jego żona wiedziała o tym, ale nikomu się nie skarżyła, bo groził jej, że ją pobije. Zmuszał ją do milczenia także groźbą zatrzymania pieniędzy, jakie jej wysyłał na utrzymanie domu i rodziny. Bez tego by nie przeżyła. Sama nie mogła o tym mówić, więc upoważniła swoich braci, aby ujawnili jej krzywdę. Prawdę o kochance potwierdzili także sąsiedzi. Przyjeżdżał do niej przeważnie po południu, w sobotę lub w niedzielę. Już na progu ściskał ją i całował w usta. Ledwo się przywitali, rozbierał ją prawie do naga i kładł się na nią. Gdziekolwiek, nawet na podłodze!

– Skąd pani to wie?

– Mówił mi mój wnuczek. Ma lornetkę i ich podglądał. To okropne, jak ci ludzie gorszą nawet dzieci.

Życie Bangolu na pewien czas przeniosło się do Lewaru. W miasteczku pojawili się dziennikarze, korespondenci różnych agencji informacyjnych, paparazzi, przedstawiciele opozycji w parlamencie. Dwa razy przyjeżdżały ekipy telewizyjne. Wieczorem na ulicy pojawiały się czarne limuzyny i jak krety zagłębiały w ciemności ulicy prowadzącej do domu należącego do Wójcika.

W ślad za informacją o kochance pojawiła się druga, bardziej doniosła i poważniejsza. Ujawniła ją księgowa mleczarni prowadzonej niegdyś przez Wójcika.

– Ten człowiek okradał mleczarnię. Nikt o tym nie wiedział oprócz jego dwóch wspólników. Technika okradania mleczarni nie była wyszukana, ale bardzo skuteczna. Będąc dyrektorem zawarł umowy na dostawy wyrobów zakładu z dwoma dystrybutorami produktów mleczarskich. Dał im dobre ceny w zamian za zobowiązanie, że będą mu płacić prowizję od wartości dostaw. Dopiero jak się pokłócili, sprawa wyszła na jaw.

Odc. 20 Człowiek Roku celebryta

Dochody Człowieka Roku stały się przedmiotem powszechnego zainteresowania, kiedy okazało się, że ma on dwa domy w podgórskiej miejscowości turystycznej. Wyglądały identycznie i stały na sąsiednich działkach, i to zwróciło uwagę. Poza tym miał jeszcze kilka innych dużych inwestycji. Był krezusem. Ta pozycja przyciąga nie tylko pieniądze, ale i uwagę i zazdrość, a nawet zawiść.

– Kto buduje równocześnie dwa domy, musi mieć furę pieniędzy. Żadnego mleczarza, nawet dyrektora czy właściciela mleczarni, na to nie stać. Musiałby to być mega prezes a marże zysku ze sprzedaży mleka i przetworów mlecznych musiałby być grubsze niż kożuch z czarnego barana niestrzyżonego przez trzy lata – księgowa mleczarni lubiła kolorować zdarzenia. Czuła się wtedy doceniona i ważna.

Na spotkaniu Klubu Niezależnych Celebrytów każdy miał coś ciekawego do powiedzenia. Temat i jego błyskotliwej kariery, talentu i pieniędzy Człowieka Roku był głębszy niż studnia artezyjska w Australii. Porównanie ze studnią artezyjską nasuwało się w sposób naturalny.

Przewodzący klubu, barczysty, wysportowany mężczyzna, wybitny aktor, powszechnie znany pod pseudonimem Barbarossa, znany bohater słynnego filmu o podboju kosmosy „Czerń i blask”, pierwszy zabrał głos.

– Cieszymy się opinią ludzi bogatych wewnętrznie i zdolnych dostrzegać rzeczy niezwykłe. Pochlebiamy sobie, że stanowimy grono osób najbardziej podziwianych. A tu proszę, ktoś zupełnie nieznany przerasta nas swoją niezwykłością. Brzmi to jak obraza, a z całą pewnością wyzwanie. Oto z małego niewinnego misia koala wyrósł potężny niedźwiedź grizzly.

Celebryci tym chętniej zagłębili się w temat Człowieka Roku, że był on prezentowany przez rząd jako fenomen, ewenement, artysta wielkiego biznesu, rodzaj niezwykłego celebryty, choć nikt nie nazywał go tym imieniem.  

Człowiek Roku miał potężnych sponsorów. Przed oskarżeniami bronili go multimilioner Leon Sawiłło-Kukuła, premier Chudy, ministrowie, media prorządowe. Głosząc swoje argumenty mieli nadzieję, że zabiją niezdrową atmosferę podejrzeń rosnących wokół Człowieka Roku.

– Władza przeżywa wstrząsy sumienia, jeden po drugim. Głoszone przez nią prawdy szybko okazują się mieć drugie dno. Czasem nawet trzecie. My celebryci, rozumiemy to najlepiej, ponieważ kłamstwo zabija autentyczność celebryty. Kłamiący celebryta to człowiek wypisujący się z klubu profesjonalistów. 

Marian Wójcik znalazł się w potrzasku, unikając odpowiedzi na pytania dotyczące jego osoby, przyjaciół, awansów i majątku. Nie chwalił się swoim dorobkiem i to było podejrzane.

– Każdy lubi mówić o swoich osiągnięciach, a on zachowuje się jak dziewica, negująca spotkania towarzyskie z przystojnym młodzieńcem. Posądzam go o chorobliwą skromność – Erazm jak zwykle nie kryl się ze swoimi opiniami.

Rząd Bangolu rozpaczliwie bronił swojego idola, w zamian za co Marian Wójcik poświadczał każde ich słowo, nadużycie i niegodziwość, podtrzymując sztandary ich przekonań . Była to cena wdzięczności za wypromowanie go na geniusza. Między społeczeństwem dociekającym prawdy a rządem, toczyła się wojna informacyjna, w której wiadomości o wirusie i epidemii karlały do poziomu dodatku do dziennika telewizyjnego.

Odc. 21 Epidemia dezorganizuje

Okres epidemicznych szaleństw wydłużał się mimo rozpoczęcia szczepień. Wirus pędził do przodu jak pomylony koń brykając na boki w tańcu szalonych mutacji. W marcu pojawiły się wersje kontynentalne mutacji, jedna bardziej zjadliwa od drugiej. Wydawało się, że w końcu każdy kraj będzie mieć własną wariację Quaggi. Nikt nie znał przyczyn tak obłąkanego tańca wirusa. Nawet znani z zimnej krwi naukowcy łapali się za głowy.

Szaleństwa wirusa dezorientowały życie społeczeństwa. Bangolczycy zachowywali się w sposób coraz bardziej nietypowy i nieprzewidywalny. Albina Ramo, entuzjastę pisarstwa, też dopadło szaleństwo. Przeżywał na przemian dwa cykle, jeden ospałości, drugi ożywienia. Pierwszy porównywał do schodzenia ze zwieszoną głową długimi schodami do piwnicy w nieokreślonym celu.

Drugi cykl był błogosławieństwem. Pisarskie ciało nabierało wigoru; Albin czuł się na tyle silniejszy, aby snuć przebojowe rozważania na temat sennej ospałości.

– To potwór. Mogę go życzyć tylko najgorszym wrogom. Spadasz gdzieś w dół koszącym lotem, twój umysł pracuje jak zdezelowany wózek do przewozu makulatury a organizm ulega depresji.

W dniu, kiedy został zaszczepiony przeciwko wirusowi, Ramo – podobnie jak inni wybrańcy losu – poczuł radość świeżo nabytej odporności. Powstrzymał się jednak od szaleństwa optymizmu, rozumiejąc, że jest to odporność niekompletna, malejąca z czasem, nie gwarantująca pełnego bezpieczeństwa.

– Sprawa była złożona, zależna od rozwoju sytuacji: jakiego kształtu wirus nabierze, jakie przyssawki straci a jakie zyska, jak bardzo będą one przyczepne i zdolne do przenikania do organizmu – tłumaczyli wirusolodzy, obecni prawie na każdym rogu ulicy.

W Klubie Niezależnych Celebrytów nie sposób było uniknąć tematu. Wszyscy starali się trzymać głowy and mętnym oceanem epidemii, dając przykład radzenia sobie siłą ducha z przygnębieniem.

Wirus Quagga mnie zastanawiał, często myślałem o nim.

– Taki mały sukinsyn niewidoczny gołym okiem, a trzyma całe społeczeństwo w szachu, powodując depresję i zamieszanie.

Nie chciałem nikogo straszyć, ale byłem pewny, że Quagga pozostanie z nami, nawet kiedy większość ludzi będzie już zaszczepiona, jak to przewidywała profesor Hopkins. Będzie czekać na lepsze czasy przyczajony gdzieś w krzakach nad rzeką, w lesie, w kłaku futra zdechłego zająca lub w starej remizie strażackiej. Możliwe, że także w jakimś wschodnim laboratorium, gdzie naukowcy śnią o potędze rozumu.

Pomyślałem, że wirus ma w sobie przewrotność na skalę człowieka i wyobraziłem go sobie jako istotę rozumną. Gdyby z nim porozmawiać, mógłby powiedzieć:

– Człowieku! Kocham was zaskakiwać, widzieć wasze zdrętwiałe z przerażenia gęby i te śmiesznie zaciśnięte ze strachu szczęki. Dam wam jeszcze popalić. Bronicie się przede mną maseczkami, trzymaniem się z dala od siebie i częstym myciem rąk. Przyjdzie jeszcze taki czas, że ciepła woda z kranu tak podrożeje, że będzie was to dobijać finansowo, dopóki nie wymyślicie skromniejszego modelu życia i nie przestaniecie niszczyć przyrody. Nie drażnij małpy, bo cię pogryzie!

Zastanawiałem się nad ostatnimi słowami. Faktem jest, że epidemie w większości pochodzą od zwierząt. Jest to wiedza ludzka a nie beznadziejnie prymitywnego wirusa, prostej drobiny białka, która tym niemniej daje nam popalić na niespotykaną skalę.

Swoją koncepcją podzieliłem się z Erazmem. Myślał podobnie. Ucieszyłem się. Ludzi lubimy za to, że podzielają nasze poglądy. Wiele nas łączyło. Obydwaj buntowaliśmy się przeciwko władzy Kukułów, Chudych i Marianów Wójcików, narzucających swój światopogląd innym, cichych kombinatorów i skrytych złodziei. Gniew we mnie wzbierał.

– Zła władza jest jak wirus. On wyżera ci płuca, a ona rujnuje ci system nerwowy – powiedziałem Erazmowi.

Siedział przy biurku, pijąc kawę. Podniósł głowę i zgodził się ze mną. Poczuliśmy solidarność wobec ciemiężców ludzkości.

Odc. 22 Trzynasty Apostoł

Walkę z wirusem hamowała niechęć wobec szczepień. Znaczna część społeczeństwa miała obawy i nie planowała się szczepić. Rząd prowadził sondaże. Czytając kolejny wręczony mu po wejściu do sekretariatu, premier Chudy zatrzymał się i powiedział głośno:

– Mając coraz większą ilość szczepionek, zamiast mniej, mamy coraz więcej problemów. Ludzie nie chcą się szczepić. Skąd bierze się w nich taki upór? To czysty bezsens! Nie rozumiem tego.

Kinga Sobol, sekretarka premiera, zrozumiała, że nie jest to zachęta do zabrania głosu.  

– Nikt tego nie wie – pomyślała. Śpieszyła się. Musiała zadzwonić w kilka miejsc. Miała też inne zmartwienia. Była samotną matką wychowującą dwoje dzieci, chłopca i dziewczynkę. Były teraz w przedszkolu w dobrych warunkach, ale zawsze miała obawę, że coś przywleką do domu. Niepokoiło ją to, bo ani ona ani dzieci nie były szczepione.

Od czasu przejścia na emeryturę Weronika Tarczyńska miała więcej czasu. Razem z mężem byli już zaszczepieni przeciwko wirusowi Quagga i chętniej wychodziła z domu. Po powrocie z porannych zakupów podszedł do niej mąż, aby zabrać od niej torbę i postawić w kuchni koło zlewu.

– Kiedy wracałam, nasza sąsiadka wyszła na korytarz, jakby na mnie czekała, rozejrzała się uważnie na boki i powiedziała mi szeptem:

– Niech się pani nie szczepi. To nie wirus, ale szczepionka zabija. Dzieci kobiet zaszczepionych rodzą się w wodogłowiem, cukrzycą a nawet i chorobą weneryczną.

Zadaję sobie pytanie, skąd bierze się w ludziach tyle głupoty? Skąd ona czerpie taką wiedzę?

– Nie myśl o niej. Ta kobieta widzi świat w barwach czerni i bieli. Za dużo spędza czasu adorując księdza Granę zamiast pielęgnować kwiaty w ogrodzie lub czytać książkę. Ksiądz lubi straszyć. Może to właśnie od niego? Chociaż, cholera ją wie. Ludzie lubią plotkować. Dzisiaj każdy mówi, co chce, choćby nie miało to najmniejszego sensu. Niektórzy głoszą swoje prawdy nawet w Internecie. Takie czasy.

„Trzynasty Apostoł” był jednym z oddziałów Frontu Antyszczepionkowego. Sama grupa nie była liczna. Policji udało się ustalić, że w kraju jest co najmniej kilkanaście takich grup i wszystko wygląda na to, że pojawiać się będą nowe. Każdy oddział miał własny rejon działania; przeważnie było to większe miasto lub cała aglomeracja.

Seweryn, przywódca „Trzynastego Apostoła”, zwołał tajne spotkanie. Siedzieli razem w salonie wynajętego domu i czekali na przybycie ostatnich dwóch osób. Nie nudził się, mając do przeglądu notatki i punkty do dyskusji. Rozejrzał się wokół stołu. Pamiętał pseudonimy każdej z osób. Nazwisk nikt nie notował zgodnie z zasadami konspiracji. Pamiętał ich ksywy w układzie alfabetycznym: Aldo, Barba, Bogdan, Karola, Oriana, Salome, Saturn, Toma, Zofia, Komandos. Za niektórymi męskimi ksywami kryły się kobiety i na odwrót.

– Można się do tego przyzwyczaić – pomyślał.

Byli w różnym wieku i mieli różne wykształcenie, co najmniej szkołę średnią, z wyjątkiem Saturna, który był kierowcą taksówki i miał tylko wykształcenie podstawowe.

Odc. 23 Gorączka wirusowa

Kraj ogarnęła gorączka wirusowa. Premier i minister zdrowia dwoili się i troili, aby sprostać wyzwaniom. Najważniejsze były środki ochrony osobistej przed wirusem, w pierwszej kolejności maseczki, rękawiczki i wyposażenie dla personelu medycznego, oraz szczepionki dla całego społeczeństwa. Na początku nie było szczepionek, kupowano więc gdzie się dało. Wykorzystywano w tym celu wszystkie możliwe kontakty, aby dotrzeć do źródeł zaopatrzenia. Premier i minister zdrowia dzwonili do przyjaciół i znajomych i pytali, czy nie znają kogoś, kto mógłby im dostarczyć partie szczepionek.

– Muszą być koniecznie certyfikowane – zaznaczali.

Pracowali w tak wielkim napięciu, że czasem wyrwał im się żart w rodzaju „nie mogą pochodzić z produkcji domowej”. Pilnowali się, aby nie dotarło to do wiadomości publicznej, bo dla większości obywateli – oprócz przeciwników szczepień – nie był to czas na żarty. Już przy pierwszym zakupie premier zarezerwował odpowiednią ilość szczepionek dla osób krytycznie ważnych dla funkcjonowania państwa. Stworzono w tym celu listę, zastrzeżoną wyłącznie do wiadomości jego, ministra zdrowia, przewodniczącego Partii Powszechnego Dobrobytu, marszałków Izby Niższej i Wyższej Parlamentu oraz Prezydenta.  

Zakupione partie szczepionek kierowane były dla bezpieczeństwa do Centralnej Składnicy Materiałów Strategicznych, obiektu stanowiącego własność sił zbrojnych.

Program szczepień rozwijał się wolno; był kulawy już od początku. Tak twierdziła opozycja i niektóre media. Rzecznik prasowy rządu dementował te wiadomości, twierdząc, ze wszystko rozwija się pomyślnie i zgodnie z planami. Premier nie pozostawiał wątpliwości, że jest dumny z osiągnięć kraju.

– Pod względem walki z wirusem, jesteśmy w czołówce światowej.

Media twierdziły co innego. W ocenie Partii Powszechnego Dobrobytu ich zawołaniem było:

– No i doigraliśmy się! Mamy władze, które radzą sobie tylko w walkach ulicznych z demonstrantami.

Przygotowanie szczepień odbywało się etapowo. Nie udało się uniknąć kontrowersji i dwuznaczności. Najpierw określono jakie grupy społeczne będą się szczepić w pierwszej kolejności; zmieniano to kilka razy z różnych względów. Potem spisywano i rejestrowano osoby chętne do szczepienia. To trwało, bo trzeba było zapisać i sprawdzać dane osobowe, serię i numer dokumentu tożsamości, adres, telefon i email, oraz wyznaczyć termin i miejsce szczepienia. Chętnych było tak dużo, że kilka razy blokował się system informatyczny. Akcję koordynował departament szczepień, specjalnie w tym celu utworzony w ministerstwie zdrowia.

Rząd podjął decyzję zaszczepienia najpierw służb mundurowych, jako stojących na straży prawa i porządku w kraju. W więzieniach szczepiono równocześnie pracowników i więźniów.

– Nie ma sensu szczepić tylko pracowników, skoro mogą oni natychmiast zarazić więźniów.

Poza tym panowała wolna amerykanka. Niektóre przychodnie lekarskie tworzyły sobie własne listy osób do szczepienia według własnych kryteriów. Na listach pojawili się także ludzi przypadkowi, przedstawiciele władz lokalnych, osoby wpływowe, celebryci oraz rodziny ich wszystkich.

W Centralnej Składnicy Materiałów Strategicznych, gdzie gromadzono szczepionki dla całego kraju, w ciągu pierwszego tygodnia część szczepionek straciła ważność.

Komendant wojskowej składnicy udzielił wywiadu w tej sprawie.

– Były odłożone na boczną półkę. nie zauważono, że zbliża się termin ważności, bo producent niewyraźnie oznaczył daty.

Wkrótce po tym nastąpiła wielka awaria elektryczna. Na szczęście składnica była przygotowana na taką ewentualność. W ciągu kilkunastu minut pracowały już rezerwowe generatory opalane gazem płynnym. Po upływie godziny wysiadły także generatory rezerwowe. Nastąpiła panika, wezwano pomoc. Niewiele to dało. Straż pożarna z awaryjnymi generatorami prądu przybyła zbyt późno. Dwa miliony szczepionek uległo zniszczeniu, natychmiast je spalono w wysokiej temperaturze i zgodnie z procedurą sporządzono protokół zniszczenia. Sprawa trafiła do prokuratury.

– Dlaczego zniszczono tak wielką ilość szczepionek zanim prokuratura przeprowadziła śledztwo – pytanie to postawiła opozycja i dziennikarze wolnych mediów.

– Nie można było czekać dłużej, bo stanowiłoby to zagrożenie epidemiologiczne na niebywałą skalę – wyjaśnił szef grup utylizacyjnej.

Odc. 24 Śledztwo

Śledztwo prokuratorskie ślimaczyło się. Prowadzący sprawę prokurator na konferencji prasowej cierpliwie dzielił temat na kawałki. Mówił powoli jakby chciał zniechęcić do siebie słuchaczy.

– My, w prokuraturze, jesteśmy zadowoleni z postępów. Sprawę prowadzi zespół trzech śledczych, w tym jeden z żandarmerii wojskowej. Dochodzenie posuwa się do przodu, cele są realizowane. To nie jest zwykłe śledztwo. Wszyscy musimy uzbroić się w cierpliwość. Pewnych spraw się nie przeskoczy. Dużo czasu zajmuje przesłuchanie świadków. Sama obróbka dokumentów i podpisywanie też wymaga czasu. Są też przeszkody natury proceduralnej.

Dziennikarze nie czekali na zakończenie oficjalnego śledztwa. Prowadzili własne. Fakty ujawniali dopiero wtedy, kiedy były dobrze udokumentowane, z obawy, że mogą być oskarżeni. Najbardziej aktywny był portal śledczy „Cerber” należący do Stowarzyszenia Dziennikarzy Bangolu. Zatrudniona przez nich psycholożka Anna Romanow, specjalistka komunikacji niewerbalnej, obejrzała kilkakrotnie wystąpienie prokuratora.

– Ten człowiek bardzo dba o swój wygląd, chce się jak najlepiej prezentować. Oprawki okularów, garnitur, stonowany krawat, świadcząc o jego elegancji, odwracają uwagę od tego, co istotne, czyli od treści wypowiedzi. Jego uśmiech nazywany fachowo uśmiechem górną szczęką ma budzić sympatię. Prokurator pilnuje się. Stoi daleko od dziennikarzy, jakby bał się, że odczytają jego myśli. Jego mimika jest bardzo stonowana. Nie jest szczęśliwy w swojej roli, niepewnie mruży oczy. Stara się być opanowany, czuje się jednak niepewnie. Jego twarz, postawa, język ciała sugerują: Dajcie mi spokój. Sprawa jest kłopotliwa. Nie mogę powiedzieć wszystkiego. Odpowiadając na pytania patrzy w bok a nie w oczy pytającego. Moim zdaniem nie mówi prawdy. Należałoby go zbadać wariografem, ale to niemożliwe. Nie jest o nic oskarżony. Tylko osoby oskarżone można badać wariografem.

Po miesiącu rząd wstrzymał śledztwo. Decyzję zakomunikował premier.

– Potrzebny jest dodatkowy czas na konsultacje międzyresortowe.

– Jak to rozumieć? – pytali dziennikarze.

– Szczepionki są własnością ministerstwa zdrowia, Centralna Składnica Materiałów Strategicznych należy do ministerstwa obrony narodowej, zasady składowania szczepionek ustala ministerstwo transportu i logistyki, śledztwo prowadzi prokurator podlegający prokuratorowi generalnemu, straż pożarna uczestnicząca w gaszeniu pożaru podlega ministrowi spraw wewnętrznych. W sumie mamy do czynienia z kilkunastoma różnymi instytucjami. To wymaga koordynacji.

– To bałamutne tłumaczenia. Jakie wstępne konsultacje? Co on kręci? – wymieniali się uwagami między sobą emeryci Feliks i Weronika Tarczyńscy, oglądający konferencję.

Portal śledczy „Cerber” pierwszy ujawnił szokujące informacje. Szczepionki, a przynajmniej ich część, zostały skradzione i sprzedane za granicę. W grę wchodziły poważne pieniądze. Jedną partię odkryto w Arabii Saudyjskiej, inną w Kuwejcie. Pożar nie był przypadkowy, wywołano go dla ukrycia oszustwa.

Odc. 25 Rewelacje

Stopniowo wychodziły na jaw zastanawiające fakty. Córka ministra zdrowia pół roku po pożarze w centralnej Składnicy Materiałów Strategicznych kupiła rezydencję we Francji na Lazurowym Wybrzeżu. Nie było wiadomo, kto to wywęszył, w każdym razie informacja okazała się prawdziwa. Jej znajomi twierdzili, że nie była bogata. Przyciśnięty do muru minister zdrowia tłumaczył, że córka miała na to środki, ponieważ wyszła za mąż za barona Tuxedo, bardzo bogatego obywatela Hiszpanii.

– To po prostu magnat. Takiego człowieka stać na wiele. To jego powinniście pytać.

Sprawę małżeństwa oczywiście zbadano. Wzbudziła jeszcze więcej wątpliwości i tylko dolała oliwy do ognia. Baron Tuxedo w Hiszpanii był praktycznie nieznany. On sam odmówił udzielenia bliższych informacji dotyczącej jego małżeństwa z obywatelką Bangolu, pokazał tylko zdjęcia ze ślubu i przyjęcia weselnego. Wątpliwości budziły okoliczności ślubu i wesela. Dokumentowały je liczne zdjęcia, nie wiadomo było jednak, gdzie i kiedy ślub został zawarty i gdzie odbyło się wesele. Baron tłumaczył, że były to ściśle prywatne uroczystości.

Dziennikarze kojarzyli fakty. Wraz z „pożarową aferą szczepionkową”, jak ją nazywano, premier przestał się skarżyć, że nie jest najlepiej zarabiającym członkiem rządu i twierdzić, że prowadzi raczej skromne życie.

Wkrótce okazało się, że zaczął regularnie podróżować po świecie, wyjeżdżając do najbardziej renomowanych kurortów. Zapytany o to, informował z kamienną twarzą:

– Zmieniłem tryb życia. Zrozumiałem, że z życia należy korzystać, To chyba zdrowa postawa?

Mimo początkowych problemów szczepienia kontynuowano. Po kilku miesiącach okazało się, że część osób zaszczepionych nie nabyła odporności. Ich liczbę szacowano na ponad dwadzieścia pięć procent. Już po trzech miesiącach od drugiego szczepienia ludzie znowu zarażali się wirusem Quagga. Szczepionki okazały się w dużej mierze nieskuteczne. Ministerstwo zdrowia tłumaczyło to na swoje sposoby.

– Przede wszystkim musimy pamiętać, że wirus mutuje. Ponadto używamy kilka rodzajów szczepionek, które mogą być niewłaściwie przechowywane, osoby zaszczepione różnie też reagują na szczepionki. Doniesień o słabej skuteczności szczepionek nie ignorujemy lecz uważnie je monitorujemy.

Lekarze i naukowcy wirusolodzy nie chcieli wypowiadać się na ten temat lub wypowiadali się niechętnie. Dziennikarze zbadali ich wstrzemięźliwość. Okazało się, że dwaj profesorowie, szefowie klinik, gdzie leczono osoby ponownie zarażone wirusem stracili stanowiska. Specjaliści wyrażający otwarcie kontrowersyjne poglądy czuli się zastraszeni. Wywierano na nich różne formy nacisku, nękania a nawet zastraszania.  

Pojawiły się nowe znaki zapytania. Nie było jasne, jakie były ilości poszczególnych szczepionek użytych w procesie masowych szczepień. Premier i minister zdrowia zaczęli unikać dziennikarzy zasłaniając się innym obowiązkami. W swoich wystąpieniach uderzali w uspokajający ton: 

– Szczepienia idą bardzo dobrze. Coraz więcej obywateli jest zaszczepionych. Teraz rząd musi koncentrować się na pomocy gospodarce, aby nie upadła. Musimy podejmować trudne decyzje, o lockdownach i podobnych bolesnych rozwiązaniach. Mamy tysiące spraw na głowie. Niech opozycja, która inspiruje te zarzuty, zajmie się opracowaniem i przedstawieniem jakichś twórczych propozycji, a nie tylko krytyką władz.

Opozycja miała jedno wyraźne wytłumaczenie:

– Żadne propozycje, jakie przedstawiliśmy i regularnie przedstawiamy rządowi, nie są brane pod uwagę. Oni kompletnie je ignorują. Pozostaje nam tylko śledzić, co robią i pokazywać ich niedociągnięcia, błędy i kanty. To typowa rola opozycji, będziemy to kontynuować.

Odc. 26 Wirus dzieci i władza 

Dzień zapowiadał się słoneczny. Z okna swojego pokoju na drugim piętrze, Herkules zobaczył większy niż zawsze teren osiedla. Powietrze było przezroczyste, że wszystko było powiększone. Na chodniku przed budynkiem dzieci narysowały swój świat. Wyglądał jak jako mleko rozlane w kosmosie pokryte symbolami współczesności oraz hieroglifami starożytności. Celebryta przyjrzał się niezwykłym malunkom wykonanym kolorowymi kredkami. Były tam znaki matematyczne, równania, symbole oraz obrazy żyjątek jakby wyjętych spod mikroskopu. Drobne rysuneczki pokazywały wirusa Quagga z jego okropnymi szypułkami. Na oknach i na drzwiach widniały kraty; piaskownica i plac zabaw z kolorowymi zabawkami przekreślone były białym szlabanem z lampkami ostrzegawczymi. Był to świat epidemiczny, zatopiony w dziecięcej pamięci, uczuciach i marzeniach.

Herkules poczuł ciarki na plecach. Wyszedł przed dom, aby przyjrzeć się bliżej dziwnym rysunkom. Rozciągały się na przestrzeni kilkudziesięciu metrów wzdłuż chodnika. Sfotografował ciekawsze fragmenty chodnika. Naprzeciw furtki prowadzącej z osiedla na łąkowo-leśne nieużytki rzucał się w oczy powiększony obraz wirusa Quagga. Wyglądał jak kolczasta kulka w różowym kolorze. Wokół niej ręka osoby dorosłej umieściła opisy i strzałki wskazujące czego dotyczą: kolec, płaszcz, błona, RNA czyli genom, nukleokapsyd, otoczka, dimer esterazy. 

W Klubie Niezależnego Celebryty rozmawiał wieczorem o malunkach na chodniku. Rozmówcy zgadzali się, że wirus odmienił dzieciństwo, choć każdy widział sprawę z nieco innej perspektywy.

– Fale epidemii Quagga zdeformowały życie wszystkich grup społecznych, nawet dzieci, i wszystkich społeczeństw wytyczając drogę w przyszłość. Nic już nie jest i nie będzie takie same. Nawet noce nie są już tak ciemne jak niegdyś.

– Czy epidemia to sprawa ręki bożej czy też natury? Nawet tego nie wiemy.

– Ta epidemia jest zwiastunem rodzącego się świata, w który dopiero wkraczamy, świata zmienionej umysłowości człowieka. Przeobrażą go także nowe technologie. Człowiek szybko uczy się manipulować rzeczywistością.

– Nie będzie tak źle, jak niektórzy myślą, ale na pewno będzie zupełnie inaczej – pocieszali się nawzajem.

Następne godziny i dni niewiele zmieniły w życiu celebryty. Herkules uprzytomnił sobie, że prawie nieprzerwanie myśli o sobie, rodzinie i przyjaciołach. Czasem nachodził go strach, że cokolwiek nie zrobi, to wirus i epidemia będą czaić się w pobliżu czyhając na okazję, aby potraktować go swoim jadem. Był to niedobry okres dla niego. Cały czas myślał. W ciągu dnia, kiedy nie spał oraz nocą, kiedy spał, myśli wciąż przetaczały się w jego głowie niby poszarpane chmury burzowe. Potem odkładały się w nim w postaci snów, wspomnień, wyobrażeń a także zachęt do dyskutowania, mówienia, rysowania i pisania to tym wszystkim.

Wieczorem zadzwonił do Erazma Jansena. Bezpośrednio nie widzieli się już od dawna. Nie spotykali się razem, choć Erazm i jego żona byli już dwukrotnie zaszczepieni. Ryzyko wciąż było duże, każdy je kalkulował.

– Ci, którzy o nim zapomnieli lub go zignorowali i nie mieli szczęścia, wąchają dziś kwiatki od spodu – przypominali sobie i innym. – Z Quaggą nie ma żartów, to bezmyślny twór, dziwoląg kierujący się tylko prawami prawdopodobieństwa. 

Mieszkając dosyć daleko od siebie, chętnie konferowali przez telefon. Postanowili unikać trudnych tematów ale rozmowa prawie zawsze schodziła na wirusa, epidemię i postępy w jej zwalczaniu.

– Czyli na temat rządu – podsumował Herkules. – Wirus i władza to dwa męczące, ale związane ze sobą tematy. Nie da się ich rozdzielić.

– Dlaczego, Herkulu, tak to ciebie męczy, co robi lub czego nie robi rząd Bangolu? – Erazm nie był pierwszą osobą zadającą to pytanie celebrycie. – Masz obsesję na punkcie władzy!

– Nie ma w tym niczego nadzwyczajnego. Uświadomiłem sobie, jak bardzo moje życie jest zależne od władzy, że nie ma niczego, które rząd lub instytucje z nim związane nie określałby: wysokość pokoju, w którym stale przebywam, godziny pracy poczty, wynagrodzenia, podatki, prędkość, z jaką mogę jechać samochodem oraz czy wolno mi nazwać publicznie wysokiego funkcjonariusza państwa Krzywonogim Belzebubem. Rząd decyduje o wszystkim, nie tylko o zasadach, regułach, procedurach i normach, ale o całym systemie sprawiedliwości, siłach zbrojnych, budowie i użytkowaniu dróg, służbie zdrowia, edukacji, biznesie, o wszystkim. Mogę cię zanudzić na śmierć, wymieniając, jak bardzo jesteśmy osaczeni tymi ograniczeniami. Władza podporządkowała sobie jednostkę w sposób totalny. Tak bardzo w to wrośliśmy, że przestaliśmy to widzieć i rozumieć. Rząd może ci pomóc, może cię także zgnoić. Pomyśl o despotach, szalonych okrutnikach. O niektórych z nich nawet nie słyszałeś a przecież wymordowali setki tysięcy a nawet miliony ludzi, głównie współplemieńców: Mao Tsetung, Stalin, Hitler, Pol Pot, Ismail Enver, Wład Paliwnik, Kim Ir Sen, królowa Madagaskaru Ranavanola, Saddam Husajn, Mikołaj II Romanow czy Leopold II Koburg. Dlatego interesuję się władzą. Władza i jednostka to temat odwieczny i zawsze aktualny. Nie sprawia mi to przyjemności, dla mnie to kwestia czujności. Największym wyzwaniem jest nie dać się zdominować, dopuścić do sytuacji, kiedy nie będziesz mieć nic do powiedzenia, będziesz kukłą w rękach władzy.

Odc. 27 Władza i obywatel

Temat odpowiedzialności rządu za niepowstrzymanie rosnącą liczbę ofiar epidemii nabierał coraz większego znaczenia. W miarę pogarszania się sytuacji, zaostrzała się krytyka rządu. W parlamencie dominował głos Anny Czepukojć, przewodniczącej partii opozycyjnej Awangarda. Masywnie zbudowana, lekarka z zawodu z wykształceniem także prawniczym, była bezwzględna w swoich wypowiedziach. 

– Sami się sprowadziliście się do parteru. Nie macie nic do powiedzenia. Ilość zakażeń wirusem Quagga przekroczył już dawno zdolność szpitali do ratowania ludzi. Ludzie umierają już nawet w karetkach pogotowia . Społeczeństwo straciło dla was resztki szacunku a antyszczepionkowcy po prostu bezczelnie was ignorują. Po mieście krążą już ulotki, że w przypadku zachorowania na wirusa trzeba czekać w karetce na szpital co najmniej dwadzieścia pięć godzin. Zachowujecie się jak nieporadne kurczaki przerażone samochodami pędzącymi po autostradzie.  

Rząd oskarżano go o nieudolność, opóźnioną reakcję na postępy epidemii, brak jasnych reguł postępowania wobec biznesu, nieuzasadnione lockdowny, brak testowania osób przylatujących do kraju, nierzetelne statystyki, ulgowe traktowanie kościoła w przestrzeganiu zasad epidemiologicznych, słabą mobilizację młodych lekarzy oraz niezatrudnianie lekarzy z zagranicy. Do tego dochodziły oskarżenia o nadużycia. Szczepionki i wcześniejsze terminy szczepień stały się cennym towarem i niektórzy przedstawiciele władz, podejmujący decyzje w tym zakresie, wykorzystywali te okazje. W niewyjaśnionych okolicznościach ulegały zniszczeniu dwie kolejne partie szczepionek.

W obszernej sali konferencyjnej Klubu Niezależnego Celebryty, przewodzący klubu, zwany powszechnie Barbarossą prowadził briefing na temat wydarzeń. Zaniepokojenie celebrytów, znakomicie zorientowanych w rozwoju wydarzeń, sięgało szczytu. Atmosferę podkreślały maszkarony u sufitu, szczerzące swoje wykrzywione maski w kierunku osób zebranych pod nimi. Analizowano różne scenariusze. Przewodniczący spodziewał się najgorszego.

– Do końca epidemii jest wciąż daleko. Każdy negatywny scenariusz wydarzeń jest możliwy. Mamy wyjątkowo parszywą sytuację. Szpitale są tak przepełnione, że ludzie umierają już na ulicy. Antyszczepionkowcy skutecznie zwalczają rządową akcje promocję szczepień, zwłaszcza od czasu, kiedy rząd wprowadził po cichu obowiązkowe szczepienia w wojsku i policji i wybranych ośrodkach administracji państwowej. Antyszczepionkowcy uważają, że ci ludzie są uprzywilejowani i otrzymują inną szczepionkę niż zwykły obywatele.

– Na swoich to nie eksperymentują – tak mówią i są o tym przekonani.

Może i coś w tym jest? Tak czy inaczej, widać wyraźnie, że premier i jego partia przygotowują się do oblężenia i tworzą zaplecze bezwarunkowego poparcia. Za Chudym stoi szara eminencja, ten krezus Kukuła, wspierający go finansowo, oraz prezydent. Ten to nabrał wody w usta, chyba kompletnie oniemiał. Rządzący się radykalizują i stosują coraz ostrzejsze metody działania. Nie mają nic do stracenia, bo w przypadku dojścia opozycji do władzy, szybko rozpoczną się procesy przeciwko osobom winnym błędów, opieszałości, zaniedbań i nadużyć w walce z epidemią.

Odc. 28 Rozmowy i rozmyślania 

Po dwóch minutach rozmowy telefonicznej Erazm miał wrażenie, że Herkules stracił kontrolę nad sobą, dał się unieść niezdrowej fascynacji. Mówił jak urzeczony.

– Przypomnij sobie „Rok 1980” oraz „Folwark zwierzęcy” Orwella czy „Proces” Kafki. To tylko ilustracje, czym staje się władza, kiedy obywatele przestają patrzeć jej na ręce i skutecznie kontrolować. To jest zapowiedź tego, co może stać się także u nas, w Bangolu. Tak naprawdę to już się dzieje. Jesteśmy w podwójnym potrzasku: z jednej strony epidemia, z drugiej władza, która w imię ochrony przed epidemią stopniowo nakłada coraz to nowy kaganiec na twarz i kajdanki na ręce.

– Chyba mocno przesadzasz!

– Nie, nie przesadzam. Widzę te zapędy jak na dłoni. Jest coraz więcej zdarzeń trudnych do wyjaśnienia. Społeczeństwo staje się coraz bardziej apatyczne, tylko część się buntuje. Podejmując środki nadzwyczajne w celu ograniczenia skutków epidemii, rząd coraz wyraźniej wykorzystuje je dla celów inwigilacji, kontroli opinii i zachowań obywateli. Ma zainstalowane importowane z Chin oprogramowanie w smartfonie analizujące, jacy ludzie znajdują się w odległości mniejszej niż dwa metry od ciebie. Jeśli ktoś z nich zachoruje, będzie wiadomo, z kim miałeś styczność. A to daje również wiedzę, gdzie przebywasz i z kim utrzymujesz kontakty. Policja otrzymała ostatnio dodatkowe uprawnienia represjonowania osób przeciwnych decyzjom rządu. To sprawa poufna. Nie chcę więcej o tym mówić, bo to mnie przytłacza.

– Porozmawiajmy wobec tego o czymś milszym.

– Co masz na myśli?

– Choćby wirusa.

– Chyba żartujesz? Dlaczego miały to być milszy temat?

– Bo wirus i epidemia przemijają. Społeczeństwo ponosi ofiary i w końcu doczeka się czasu, kiedy wirus przestanie zagrażać, przynajmniej w sposób drastyczny. Na krawędziach rzeczywistości zawsze może brykać ten lub inny wirus, ale to będzie tylko brykanie.

– To prawda. Władza natomiast zawsze pozostaje. Ważne jest to, że historia świata to dzieje dominacji jednostek nad społeczeństwem, despotyzmu i okropnych nadużyć. Nie przesadzam. Co gorsze, widzę jak to się powoli rodzi w Bangolu. Rząd krok po kroku kontroluje coraz więcej instytucji. Co najgorsze, wiele osób nawet tego nie zauważa, bo wszyscy się do tego przyzwyczajamy.

Feliks i Weronika Tarczyńscy rozmawiali telefonicznie z córką.

– Kochanie! Martwimy się o ciebie. My jesteśmy w dobrej sytuacji, emeryci po dwóch szczepieniach, ale ty nie będąc niezaszczepiona akurat zaraziłaś się wirusem. Nie możemy ci nawet pomóc, bo nie wolno nam kontaktować się z tobą, bo jesteś na kwarantannie.

– Nie jest mi łatwo, ale jakoś sobie radzę. Każdy dzień przynosi mi nowe przesilenie. Muszę chorować w domu, bo niestety w szpitalach nie ma wolnych łóżek. Brakuje również lekarzy, a ci który pracują są fatalnie przemęczeni. Bardzo dużo osób lekceważyło problem i wirus się rozpowszechnił. Ja do pobrania samego wymazu czekałam w kolejce ponad dwie i pół godziny. Teraz muszę zapisać się do lekarza na kontrolę przed ukończeniem izolacji. Termin jest dopiero za tydzień, ale brak jest wcześniejszych możliwości.

Albin Ramo, pisarz nieprzerwanie poszukujący tematu życia, nadawał swoim obserwacjom literacką formę. Od pewnego czasu każdego tygodnia pisał fragment po fragmencie powieść zatytułowaną „Bieg czasu z przeszkodami”. Pisał ją w odcinkach, nie uciekając od głębszych przemyśleń, spekulacji i wyobraźni. Starał się być realistą. Pisał o tym, co widział i czuł, ale też nie wahał się wybiegać do przodu myślami wizjonerskimi. Czytał na głos ostatni fragment.

– Epidemia zmieniła wszystko: nasz codzienny tryb życia, podróże, pracę, zakupy, nawyki, nawet miłość. Wywołała niepokój jak wielkie stado bizonów pędzących przez kontynenty tratując wszystko po kolei wszystko, co stanęło mu na drodze, przede wszystkim ludzkie życie. Wyzwoliła demony przyszłości, o których zapomnieliśmy, zamknięte w zapiskach historii. Ten wirus i ta epidemia są odpowiedzią przyrody; żywotną siłą wychodzącą gdzieś z jej trzewi, dziką i wszechobecną. Quagga żyje w symbiozie z człowiekiem, roznoszącym go na ubraniu i w swoim własnym organizmie po całym świecie. Nigdy wcześniej człowiek nie podróżował tak dużo i był tak wszechobecny w każdym zakątku świata jak dzisiaj. Jesteśmy globalistami i sami roznosimy wirusa wszędzie, gdzie nigdy by nie trafił sam lub trafił osłabiony dopiero po latach. To nowa, niezwykle ciekawa konstrukcja świata – wirus Quagga jako regulator życia na planecie.

Odc. 29 Wiosna, wirus, przemówienie

Przyroda piękniała w oczach. Na łąkach pojawiły się kolorowe krokusy, drzewa i krzewy nabrzmiewały pączkami liści, zwiastunami nadchodzącej wiosny. W ciepłą jak nigdy niedzielę Bangolczycy wylegli na otwarte przestrzenie, na brzegi stawów i jezior, pojawili się w parkach i lasach. Pasja życia kazała im zapomnieć, że nie oni decydują o swoim losie, ale wirus Quagga, którego władzy nikt jest w stanie naruszyć. Ignorowano wciąż rosnące statystyki zachorowań i zgonów. Wirusolodzy ostrzegali:

– W ciepła pogodę wirus może przycichnąć, skryć, ale wciąż jest i będzie obecny. To wszechpotężny imperator o nieokreślonych zasadach postępowania, nieobliczalny i dziki prymityw. Szczepionki są bronią człowieka, ale tylko częściowo skuteczna, ponieważ nie niszczą samego wirusa, ograniczają jedynie zabójczy wpływ na człowieka. On sam pozostaje nienaruszony. Nic więcej, nic mniej.  Pojawił się pewnego dnia niczym Deus ex machina i zawładnął światem. Rzucił swoją potęgę przeciwko człowiekowi, dotychczasowemu władcy świata. Stanął z nim do konfrontacji na wszystkich frontach. W czym imieniu. Przyrody? Boga? Nieokreślonego porządku świata?

W następne dni ludzie padali zarażeni wirusem jak muchy opite słodką wodą z wywarem z muchomora.

Krytyka społeczna i naciski opozycji dawały się premierowi we znaki. Był atakowany ze wszystkich stron. Do domu wracał nową rządową limuzyną ze sprawdzonym kierowcą. Czuł się w niej wyjątkowo bezpiecznie. Pojazd był doskonale wyposażony: samopompujące się opony, butla z tlenem, armatka gazu łzawiącego automatyczny system przeciwpożarowy w bagażniku, pistolety na sprężone powietrze, specjalny system nawigacyjny GPS, ukryta kamera z noktowizorem. Premier myślał czasem, że może stać się ofiarą zamachu; w lodowce samochodu umieszczono więc pojemnik z jego krwią.

Po powrocie z pracy Chudy usiadł w fotelu ze szklanką piwa a ręce, aby się zrelaksować. Żona krzątała się po kuchni, dzieci bawiły w swoich pokojach. Dzielił się wiadomościami.

– Każdy ma swoich wrogów. Ja również. Przyzwyczaiłem się do tego. Nawet gdybym czynił samo dobro to i tak ktoś oceni to negatywnie. Ludzie są podzieleni w swoich opiniach. Czasem tylko można się dziwić, jak bardzo, i skąd się to bierze.

Żona patrzyła na niego jak ściągał koszulę.

– Pocisz się bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.

– To od stresu i ciągłego pośpiechu. To nie jest praca dla normalnego człowieka. Trzeba mieć skórę słonia.

– A jak twój promotor, ten milioner Sawiłło-Kukuła? Też się tak męczy jak ty?

– To dziwny człowiek. Jest odporny na stres. Ludzie mogą na nim psy wieszać i go opluwać, a on nic. Miałem kiedyś takiego znajomego. Lekarz mu powiedział, że ma inną konstrukcję serca. Bodźce docierały do niego wolniej. Mówił mi, że nigdy się nie denerwuje.

– Nie macie teraz dobrej opinii. Wszyscy mają pretensje do rządu o to, jak przebiega kampania szczepień. Posądzają was o błędy, a nawet złodziejstwo.

– Nie przejmuj się tym. Ważne, że dobrze nam się powodzi. Opływamy we wszystko.

Jan Zybe, doradca prezydenta, udzielał wywiadu w telewizji. Premier był swoim gabinecie i miał włączony telewizor. Słuchał Zybego bez szczególnej uwagi.

– Z niecierpliwością czekałem na dzień i godzinę szczepienia. Zaszczepiłem się. Nastąpiło to szybciej niż się spodziewałem, ponieważ rząd uruchomił dodatkowe rezerwy. Chwała mu za to.

Przechyliwszy się do tyłu w fotelu Chudy przysypiał. Nie stracił jednak kontaktu słuchowego. Sekretarka zapukała; zobaczywszy go z zamkniętymi oczami, zamknęła cicho drzwi i zwróciła się do asystentki premiera.

– Chyba śpi. Jest bardzo zmęczony. Nie budźmy go, niech odpocznie.

Premier słuchał z uwagą. Obraz mu się rozmazał, ale głos Zybego słyszał wyraźnie.

– Popadłem w euforię, kiedy otrzymałem wezwanie SMS-em do zaszczepienia się. Było mi obojętne, jaka to będzie szczepionka. Aby tylko była! Szczepienie było tak przyjemne, że dałbym się kłuć dowolną ilość razy. Pielęgniarkę ucałowałbym w usta gdyby nie miała na twarzy maseczki. Piękna kobieta. Wyglądała na trzydzieści pięć lat. Od jutra ze wzmożoną energią przystępuję do pracy uczestnicząc w dyskusjach publicznych i zachęcając do szczepienia się. Będę przedstawiać wizję kraju o świetlanej przyszłości, ludziach bez skazy, rządzie, który nie kradnie, obywatelach uczciwie płacących podatki i noszących na twarzy maseczki zamiast trzymać je w kieszeni. Tacy jesteśmy.

Potem pojawił się wysoki ksiądz w sutannie. Był pierwszy dzień Świąt Wielkanocnych. Duchowny stał przy drzwiach kościoła i uśmiechał się witając po kolei każdego wiernego wchodzącego do kościoła:

– Jesteś świadomy epidemii. Wchodzisz do świątyni na własne ryzyko. Pamiętaj, że miejsca na cmentarzu są już limitowane, a pan Bóg i tak widzi, jakie grzechy popełniasz, niezależnie od tego, w jakim jesteś miejscu. Nie musisz nawet spowiadać się. Nie martw się, jeśli zarazisz się wirusem w kościele, zachorujesz i umrzesz. Będzie to radość dla kościoła, bo urządzimy ci piękny pogrzeb, za który zapłaci twoja rodzina. Dosyć już ciebie wykorzystywali, mają na to środki.

Odc. 30 Dyskusje

Wystąpienie profesora Zybego nie pozostało bez reakcji. Nie podobało się wielu osobom. Erazm zareagował od razu.

– Wiadomo, że profesor miał powód, aby się cieszyć, ale mocno przesolił. O szczepieniu poinformował publicznie pół kraju jakby była to wygrana ważna bitwa. Przedstawił je jako akt ostatecznej gwarancji, że nawet jeśli zachoruje to szybko zazna rozkoszy powrotu do zdrowia. Zachował się jak sługus, chwalący bez umiaru swojego pana, który uratował mu życie podając gałąź, kiedy tonął w bagnie. Bo przecież mógł tego nie zrobić! Entuzjazm i serdeczność dla władzy, której służy, wylewały się z profesora niczym woda z dziurawego garnka. Nie wypadło to dobrze.

Na forum dyskusyjnym „Wirus Quagga i przyszłość” rozwinęła się żywa dyskusja. Internauci podzielili się opiniami. Jedni potępiali szczepienia w czambuł, inni chwalili. Dyskusję utrzymywano w ryzach przyzwoitości poprzez moderowanie. Moderator usuwał wypowiedzi złośliwe, głupie i napastliwe.

Dwuznaczność poglądów i zachowań w odniesieniu do wirusa i epidemii stała się normą. Jeśli jedna część społeczeństwa była za czymś, to druga była przeciw. Jedni szczepili się, drudzy uciekali od szczepień, jedni nosili maseczki, drudzy kompletnie je ignorowali lub nosili byle jak najczęściej odsłaniając nos, co negowało sens używania maseczki.

Profesor Zybe zmienił front po ostrej krytyce jego wystąpienia w telewizji; nazwano je lizusowskim i wiernopoddańczym a nawet lokajskim. Wkrótce ponownie pojawił się w telewizji.

– Ja nie przesadzam w moich pochwałach szczepienia się. Drastycznie zmniejszyłem szansę znalezienia się w szpitalu. Przyjrzyjcie się szpitalom, co tam się dzieje. Lekarze dosłownie robią bokami. Popatrzcie na sytuację dzieci, coraz więcej zaraża się wirusem i choruje, niektóre bardzo ciężko. Powtarzające się fale epidemii nie rokują dobrze. Przewiduję dużą śmiertelność. Cała ludzkość nie wymrze, to pewne, ale dwadzieścia pięć procent przypadków śmiertelnych to dużo czy mało? Oczywiście jest to tylko przybliżenie. Ale nie spekulacja, jak mi niektórzy moi oponenci zarzucają. Wiem, rozmawiałem na ten temat z najlepszymi wirusologami, że nie jest to poziom niemożliwy. To sprawa wyścigu, kto będzie szybszy: wirus wywołując kolejną falę epidemii czy człowiek tworząc, testując, produkując i dystrybuując szczepionkę. Do tego dochodzi problematyczna gotowość ludzi do szczepienia się i szybkość szczepień.

Kolejny wymiar, to mutacje wirusa. W krótkim czasie pojawiły się cztery nowe odmiany. Quagga szybciej mutował i stawał się groźniejszy. Laboratoria badawcze donosiły, że jest możliwe, że wirus przykleja się cząstek zanieczyszczeń powietrza i zwiększa swoją koncentrację w niebezpieczny sposób.

Członkowie rządu coraz wcześniej przyjeżdżali do pracy i coraz później ją opuszczali. Ziemia paliła im się pod nogami. Toczyły się nerwowe narady i konsultacje. Do dyskusji włączył się Sawiłło-Kukuła. Nie była to informacja powszechna, ale sprawdzona. W mediach pojawiły się plotki, że rząd jest zdesperowany i robi dobrą minę do złej gry. Nasiliły się wystąpienia antyrządowe. Premier i jego gabinet byli krytykowani zarówno przez osoby pragnące się zaszczepić jak i antyszczepionkowców. Sytuacja nabierała tragicznie-absurdalnych wymiarów.

Odc. 31 Niebezpieczna droga

Liczba osób chętnych do zaszczepienia się spadała na łeb na szyję. Wystąpienia antyrządowe stały się chlebem codziennym Bangolu, odbierały ludziom energię i dekoncentrowały rząd. Powoli rolo przekonanie, że kraj stoi na przegranej pozycji. Wobec nasilających się wystąpień antyrządowych, premier zdecydował się podjąć kroki zapobiegawcze. Szczegóły ustalono w rezydencji Leona Sawiłło-Kukuły. Czuł się tutaj bezpieczniej. Niż u siebie w gabinecie. Pomieszczenie było sprawdzone a sama rezydencja była nieprzerwanie strzeżona. 

Chodząc po obszernym gabinecie pana domu Chudy mówił powoli jakby przypominając sobie wyuczoną lekcję.

– Chodzi o moje nowe wytyczne. To sprawa wagi państwowej, ścisłe tajna. Niczego nie będziemy publikować, wszystko przekazywać będziemy ustnie. Mógłbym ogłosić stan nadzwyczajny, ale to nałożyłoby na rząd spore ograniczenia, wiązałoby nam ręce. Ogłoszenie stanu nadzwyczajnego uważam za przedwczesne, liczę się jednak z taką możliwością. Atakują nas ludzie bez zasad, anarchiści i opozycja. Ci to aż rwą się do przejęcia władzy i postawienia nas pod sąd za walkę z epidemią. Nie ukrywają tego. Musimy się przed nimi bronić, musimy bronić państwa przed nimi, jego zdolności działania w najbardziej kryzysowych czasach, jakie można sobie wyobrazić. Dlatego zachowamy nasz plan w tajemnicy. Rzecz w tym, aby mieć do dyspozycji ludzi podejmujących decyzje, o wydatkach, porządku prawnym i na ulicach, przestrzeganiu rządowych zakazów i nakazów. 

– Ile osób będzie w to zaangażowanych? Jak długo da się to zachować w tajemnicy? – minister spraw wewnętrznych wytarł usta chusteczką, czując drobiny potu na dolnej wardze. Czuł się najbardziej odpowiedzialny za realizację planu. Rozmawiali o tym wcześniej w cztery oczy. Był współtwórcą planu. Nie spodziewał się, że premier tak szybko podejmie decyzję.

– Przemyślałem wszystko gruntownie. Zachowanie tajemnicy to klucz do sukcesu. Wyliczę osoby, zaczynając do siebie. Ja, pan Leon Sawiłło-Kukuła, który trzyma w ręku wszystkie sznurki, ty, jako minister spraw wewnętrznych, następnie zastępca ministra finansów. To człowiek zaufany, gwarantujący nam dostęp do funduszy państwowych bez niepotrzebnego rozgłosu. To już cztery osoby. Środki masowego przekazu biorę na siebie. Poza tym  szef agencji bezpieczeństwa wewnętrznego oraz prokurator generalny. Sam się do mnie zgłosił z sugestiami podjęcia środków nadzwyczajnych. To gorliwiec i przekonujący mówca, będzie niezwykle użyteczny. To razem sześć osób.

Premier zawahał się, Przypatrywał się z boku Leonowi Kukule siedzącemu wygodnie w swoim ulubionym fotelu i słuchającemu z uwagą jego słów. – Muszę też włączyć moją asystentkę, Julię. Znacie ją. Będzie naszą skrzynką kontaktową. To osoba w pełni zaufana. Jest do mnie bardzo przywiązana… – premier obrócił się w kierunku milionera i zmilkł jakby czekając, że coś powie.

Odc. 32 Dyscyplina

Pogrążone w epidemicznym niepokoju społeczeństwo przypominało manekiny niezdolne do obserwacji zmian zachodzących w kraju. Nieliczni zauważyli zaostrzanie dyscypliny społecznej przez władze. Pierwsi odczuli jej skutki krytycy rządu za sposób walki z pandemią.

Park Kaskada rozciągał się na północnej krawędzi stolicy na zalesionym terenie przeciętym strumieniem niezwykle czystej wody zasilanej ze źródła na pobliskim wzgórzu. O godzinie siódmej rano Kaskada była oazą spokoju: dwie babcie z wnuczkami, kilku emerytów, grupka miłośników przyrody, wpatrzona w siebie para zakochanych oraz jeden miłośnik spokojnej lektury. Herkules i Erazm spotkali się w parku, aby porozmawiać w cztery oczy. Dawno się już nie widzieli. Wybrali to miejsce, ponieważ nie mieli zaufania do połączeń telefonicznych, miejskich ulic z ukrytymi kamerami oraz zamkniętych miejsc publicznych. Zjawili się równocześnie w umówionym miejscu w maseczkach; pozdrowiwszy się jak spiskowcy uniesieniem otwartej dłoni podjęli spacer mroczną, mało uczęszczaną aleją bukową. Pierwszy odezwał się Herkules.

– Zaproponowałem ci to spotkanie, ponieważ dowiedziałem się ciekawych i ważnych rzeczy. Władza przykręca śrubę. Premier rozpędza się zupełnie jak pandemia. Jego krytycy otrzymują wezwania na policję albo do prokuratury, aby składać zeznania w różnych dziwnych sprawach. Policja coraz częściej legitymuje ludzi na manifestacjach, a nawet na ulicy. Było też kilka przeszukań mieszkań. Przeprowadzono je na podstawie nie wiadomo czyich doniesień o możliwości popełnienia przestępstwa. Osobom przebywającym w areszcie przedłuża się go poza granice rozsądku.

Herkules przerwał, dając czas, aby minęło ich dwóch młodych mężczyzn milcząco rozglądających się po parku.

– Mam podobne obserwacje. Rozmawiam z różnymi ludźmi, uważnie słucham i czytam między wierszami. Nasiliły się ataki trolli na oponentów rządu. Wyraźnie widać to na forach dyskusyjnych. Ktoś podpalił samochód Daniela Potoka, dziennikarz portalu śledczego Neron, który skrytykował ministra zdrowia za opieszałość, ktoś usiłował też włamać się a następnie podpalić mieszkanie organizatora demonstracji antyrządowych. Stołeczna komenda policji, prokuratura i urzędy opieszale traktują skargi dotyczące naruszeń prawa przez policjantów, a prokuratura najczęściej nie znajduje powodów do wszczęcia śledztwa.

– Rząd ćwiczy metody skutecznego zamykania ust krytykom bez robienia hałasu. Przegotowują grunt pod coś, ale nie wiem pod co. Tak jakby chcieli dokonać zamachu stanu, ale to nie ma sensu, bo przecież są przy władzy. Chyba po prostu chcą przyzwyczaić społeczeństwo do podporządkowania się wszystkim ich decyzjom bez szemrania – Herkules wpadł w słowo Erazmowi.

Na doraźnie zwołanej konferencji prasowej na poligonie premier ukazał się w kurtce wojskowej. Okazją wystąpienia były manewry wojsk lądowych. Sprawie tej poświęcił najmniej uwagi.

– Oczekujemy większej dyscypliny społecznej. Jest ona niezbędna dla poprawy skuteczności walki z wirusem Quagga. Epidemia nie może wlec się w skończoność bo nas wykończy. Oczekuję zrozumienia i poparcia dla naszych działań ze strony wszystkich obywateli. Jeśli trzeba będzie, to wprowadzimy całkowity lokaut i godzinę policyjną.

Odc. 33 Marazm

Dwudziesty miesiąc od dnia pojawienia się wirusa Quagga i początku pierwszej fali epidemii kończył się tragicznie. Służba zdrowia nie radziła sobie z nawałem potrzeb hospitalizacji. Brakowało lekarzy, miejsc, środków i energii.

Szczepienia objęły tylko część społeczeństwa i nie powstrzymały epidemii. Rząd oficjalnie nie poddawał się, ale powoli kapitulował. Kraj zanurzał się stopniowo w marazmie. Ludzie przestawali odzywać się do siebie i milczeli albo reagowali zbyt agresywnie. Społeczeństwo żyło nadzieją, że koszmar się kiedyś skończy, ale nikt nie miał pojęcia kiedy.

Herkules utrzymywał coraz rzadsze kontakty. Niespodziewanie odezwał się przyjaciel z lat dziecinnych, Marek Ramus, rolnik z zawodu, złota rączka, kolekcjoner narzędzi wszelkiego rodzaju. Jego email przypominał nieszczęśnika w letargu wyciągającego rękę z głębokiego rowu z prośbą o pomoc a co najmniej współczucie.

– Witaj, Herkulesie. Co u ciebie słychać? Bo ja czuję się fatalnie. Chodzę jakby mi odjęło nogi. To ta bagienna atmosfera, która wszystkich dołuje. Widzę jak kraj wchodzi w stan cywania.

Herkules zadzwonił do niego, aby podtrzymać go na duchu i porozmawiać.

– Cieszę się, że do mnie napisałeś. O co chodzi z tym cywaniem? Nic z tego nie rozumiem. Nie znam tego słowa. Szukałem w Internecie, ale nic nie znalazłem.

– To zabójcza ptasia choroba. Nie wiem, jak to się nazywa oficjalnie, ale wiem, jak wygląda. Przychodzi nie wiadomo skąd i dusi; zdrowa kura nagle zaczyna cywać. Zatrzymuje się, stroszy pióra, staje się osowiała, przestaje się poruszać, oczy zachodzą jej bielmem. Czasem mruga jakby chciała obudzić się z głębokiego snu, nie interesuje jej jedzenie. Dzwonki i grzebień ciemnieją, stają się sine. To stan dogorywania.

– Co wtedy robisz?

– Nic nie mogę zrobić. Nie ma dla niej ratunku. To wyrok losu.

Dyskusje w telewizji stały się chaotyczne i pełne niepokoju. Eksperci i ministrowie zabierali głos lecz nikt nie umiał choćby w przybliżeniu określić, dokąd zmierza epidemia a wraz nią cały kraj. W końcu wirusolodzy z niechęcią przyznali, że siły sprzyjające epidemii okazały się silniejsze niż działania człowieka, szczepienia, utrzymywanie dystansu społecznego, izolacja, noszenie maseczek – wszystkie środki przeciwdziałania skutkom wirusa. Rząd nie poddawał się jednak. Niechętnie podjęto decyzję przejścia w stan oblężenia i minimalizacji efektów epidemii na tyle, na ile było to możliwe.

Odc. 34 Mroczne perspektywy

Naukowcy, historycy i duchowni analizowali przebiegi wcześniejszych epidemii w dziejach ludzkości. Nie były to wieści budujące. Było oczywiste, że prędzej czy późnej epidemia wygaśnie, różnice polegały liczbie unicestwionych ludzkich istnień. Karolina Hopkins, biolożka ewolucyjna i wirusolożka, przedstawiła mroczną prognozę:

– Człowiek uległ naturze, która nonszalancko uczyniła z wirusa perpetuum mobile. Możemy oczekiwać kolejnych fal epidemii. Czegokolwiek nie usprawnimy w szczepionkach, wirus natychmiast zniweczy to swoją kolejną mutacją. Jest od nas szybszy.

Milczący od pewnego czasu pisarz Albin Ramo, pokazał się w telewizji w dzienniku wieczornym. Nie miał na sobie jak zawsze, kraciastej kamizeli pod szarą marynarką; jego długi, odpychająco czarny sweter i opadłe policzki upodabniały go do zmęczonego grabarza.

– Wchodzimy w stan stagnacji i otępienia. Wiem, że przetrwamy jako społeczeństwo – tak uczy historia epidemii – ale będziemy zdziesiątkowani i to będzie cena, jaką zapłacimy za wolność od zarazy.

Wśród telewidzów niewielu było chętnych wyrazić sprzeciw i głośno powiedzieć, że jest fatalistą i sieje zamęt. Przygotowywano się na najgorsze. Ostatnią deską ratunku i pocieszenia, stały się szpitale. Pracowały na najwyższych obrotach podobnie jak przedsiębiorstwa pogrzebowe. Władze mobilizowały rezerwy pomocy dla służby zdrowia i biznesu.

Wyjątkiem w morzu niepewności byli kaznodzieje głoszący tonem pocieszenia, że pandemia jest karą bożą za wykroczenia przeciw Najwyższemu.

– Miarka ludzkich niegodziwości przebrała się. Nie można żyć w grzechu żarłocznej konsumpcji i chciwości przestrzeni kosztem innych gatunków i przyrody. Jest to kara bolesna ale słuszna, która nas oczyści i nawróci na drogę prawdy i uczciwości.

– Przyroda i jej związki z człowiekiem stały się nowym wątkiem duchowych i filozoficznych rozważań ludzi sięgających sercem i myślą dalej niż koniec własnego nosa – słowa te wypowiedziała Karolina Hopkins na posiedzeniu Klubu Niezależnych Celebrytów. Biolożka schodziła z mównicy mniej pewna siebie niż zawsze i jakby zasmucona.

Po jej przemówieniu Barbarossa, przewodniczący klubu, ogłosił zawieszenie spotkań aż do odwołania.

Odc. 35 Przebudzenie

Riccardo Baron przebudził się w spokojny majowy dzień, w momencie, kiedy ktoś na sali Kliniki Odrodzenia „Feniks” powiedział głośno „Z ręką na pulsie”. Jak się okazało, było to hasło użyte, aby wprowadzić pacjenta w stan hipnozy dla przeprowadzania kolejnej operacji. Kiedy mu wyjaśniono, o co chodzi, chciał wiedzieć dlaczego go hipnotyzowano.

– Hipnozę stosujemy, aby zredukować ilość środków farmakologicznych, jakie stosuje się przy operacjach. Nie poprawiają one stanu zdrowia pacjenta – wyjaśniła pielęgniarka.

Pokój, w którym leżał Riccardo, był duży i jasny. Czuł się wygodnie. Leżał wyciągnięty na łóżku o pełnej regulacji położenia. Opuścił lewą rękę poza krawędź łóżka i poruszył nią; poczuł się niepewnie, jakby nie należała do niego. Opuścił prawą rękę i poruszył palcami, rozprostowując je i zaciskając; w końcu podniósł rękę do góry. To wywołało reakcję; przednia część łóżka, na której spoczywały jego głowa i plecy, powoli uniosła się do góry. Po chwili był już w pozycji półsiedzącej. Łóżko automatycznie dostosowywało się do kształtu i położenia jego ciała.

Obok Riccardo pojawiły się dwie ubrane na biało kobiety. Jedna była pielęgniarką i nazywała się Amelia Miller. Druga była lekarką. Przedstawiła się tylko imieniem Sofia, wyjaśniając, że jej nazwisko jest zbyt trudne, aby je wymówić. Mówiła z jakimś nieznanym mu akcentem.

– Zapamiętać to już w ogóle niemożliwe.

Patrząc na nie Riccardo po chwili nie kojarzył już, która z nich jest lekarką, a która pielęgniarką. Potem zaczął je rozróżniać.

Kiedy stało się jasne, że pacjent ma problemy rozumienia, tego, co mu mówi, lekarka zaczęła używać prostych słów. Ricardo rozumiał wiele w prostej konwersacji, ale nie radził sobie ze słownictwem medycznym.

– Przyszłyśmy, jak tylko zauważyłyśmy na ekranie w dyżurce, że poruszył się pan w łóżku. Przez cały czas był pan w stanie śpiączki.

Riccardo przyjrzał się uważnie Sofii. Nie była ładna, ale zgrabna. Kiedy stała nieruchomo, przypomniała boginię rzymską, Junonę, żonę Jowisza. We Włoszech, w restauracji, gdzie pracował, na ścianie wisiał obraz Junony. Bogini była opiekunką kobiet, przede wszystkim ich życia seksualnego i macierzyństwa. Sofia była do niej bardzo podobna. Miała poważną, raczej pełną twarz, prosty nos, mocne dłonie i niezbyt duże usta. Junona na obrazie w lewej ręce trzymała kulę, podczas gdy Sofia trzymała tablet medyczny przypominający smartfon. Schowała go zaraz do kieszeni fartucha. Miała pulchne palce. Riccardo zauważył to, kiedy poprawiała włosy upięte w płaski kok.

Kobiety mówiły do niego powoli i wyraźnie. Był z tego zadowolony, ponieważ słabo kojarzył słowa. Jak przez mgłę przypomniał sobie turystów posługujących się tym językiem. Dobrze pamiętał tylko kawiarnię, gdzie pracował, fartuch kelnera, plażę oraz błękitną powierzchnię morza widocznego z tarasu. Na moment wspomnienia wywołały w nim tęsknotę za przyjaciółmi i rodziną, których nie mógł sobie jednak przypomnieć.

Odpowiedział coś po włosku, na co pielęgniarka, wyższa, ciemniejsza blondynka, zareagowała słowami „molto bene”. Potem dodała „Non parlo italiano”. Amelia znała jeszcze kilka innych włoskich słów. To była cała jej wiedza lingwistyczna. Riccardo zrozumiał, że musi posługiwać się ich językiem. Na szczęście rozumiał więcej, niż sam mógł wyrazić. Musiał sięgać do przeszłości z wczesnego dzieciństwa, kiedy rodzice wyjechali razem z nim z Bangolu.

Odc. 36 Klinika

Obserwując uważnie Riccardo, lekarka sięgnęła ręką do kieszeni fartucha i wyjęła z niej mały tablet medyczny. Coś wystukała na ekranie i po chwili odczytała na głos temperaturę ciała, ciśnienie krwi, tętno, częstość oddechu, saturację oraz parametry pracy serca. Pacjent popatrzył na nią zdezorientowany. Zauważyła jego niepewność.

– Ma pan na sobie czujniki i sondy, które bezprzewodowo przekazują do systemu monitoringu odczyt podstawowych parametrów życiowych. To niezawodny system. Gdyby tylko nastąpiło pogorszenie, na przykład znacznie spadło lub wzrosło ciśnienie krwi, natychmiast uruchomiłby się alarm na moim tablecie.

Po zakończeniu rozmowy Sofia dotknęła ekranu i powiedziała półgłosem:

– Proszę o lekarstwa dla RB201.

Po dwóch minutach otworzyły się drzwi z prawej strony i do sali wjechał na elektrycznym monocyklu mężczyzna w granatowym uniformie. Zbliżył się do łóżka, kiwnął przyjaźnie głową w kierunku pacjenta, pochylił się i z bocznego koszyka wyjął małe opakowanie. Podał lekarce i odjechał. Riccardo nie zdążył nawet mu się przyjrzeć. Imponowała mu łatwość, sprawność i szybkość działania personelu kliniki.

Następnego dnia Sofia przeprowadziła z Riccardo wywiad. Chodziło o stan jego pamięci. Na początku pobytu w szpitalu było najgorzej. Po wybudzeniu ze śpiączki niewiele pamiętał. Nie przypominał sobie nawet, co takiego zdarzyło się w jego życiu. Nie pamiętał miejsca, dnia ani miesiąca swego urodzenia. Dziwnie pamiętał tylko rok urodzenia. Po kilkunastu dniach nadal mało co sobie przypominał.

– Każdego dnia notujemy jednak jakiś postęp. To bardzo ważne, Ricardo -pocieszała go pielęgniarka. Zwracała się do niego po imieniu. – Odpowiemy na wszystkie twoje pytania, ale najpierw musimy wykonać więcej badań twojego stanu zdrowia, szczególnie pamięci. Zakażenie wirusem Quagga, zwłaszcza którąś z jego późniejszych mutacji, może wywoływać poważne zmiany w mózgu; niekiedy widać to wprost na twarzy pacjenta.

Po kilku wywiadach z Riccardo lekarka zrobiła notatkę w dokumentacji medycznej:

– Z tego, co pacjent słyszy, poprawnie zapamiętuje tylko część, część przekręca, resztę zapomina. Doznał utraty pamięci, ale tylko przeszłych zdarzeń. Dobrze zapamiętuje wydarzenia bieżące. Niektórych zachowań musi uczyć się od początku Z przeszłości pozostały mu niekompletne fragmenty wspomnień, obrazy, reminiscencje. Wszczepiono mu implant wspomagający pamięć bieżącą, stanowiący rodzaj pamięci zastępczej.

Następnego dnia doktor Sofia przyszła na obchód wcześniej niż zwykle. Była wypoczęta i zrelaksowana. Riccardo poprosił ją, aby powiedziała mu coś więcej na temat jego stanu zdrowia i pobytu w klinice. Po wykonaniu standardowych czynności przyciągnęła sobie krzesło stojące w rogu sali i usiadła przy jego łóżku.

Zanim trafił do Kliniki Odrodzenia „Feniks” mieszkał w schronisku dla bezdomnych. Przebywał tam od czasu, kiedy policja zabrała go z ulicy oskarżając o włóczęgostwo: nie miał stałego miejsca zamieszkania, pracy ani innego źródła utrzymania. W schronisku mieszkał kilka miesięcy. Był tam badany przez lekarzy, którzy stwierdzili silne zakażenie wirusowe.

– Do kliniki przywieziono pana, kiedy uległ pan wypadkowi. Czytałam raport policji. Najechał na pana samochód osobowy. Kierowca rozmawiał przez smartfon. Kiedy ten mu wypadł z ręki, kierowca schylił się, stracił koncentrację, nie zauważył, że światło na przejściu dla pieszych zmieniło się na czerwone. Za późno zaczął hamować. Pojazd uderzył, kiedy schodził pan z pasów dla pieszych. Był pan w tak beznadziejnym stanie, jakby uczestniczył w wypadku lotniczym a nie samochodowym: nieprzytomny, obrażenia wewnętrzne, z połamane nogi, uszkodzona miednica. Spędził pan u nas trzy miesiące w stanie śpiączki, sztucznie podtrzymywany przy życiu.

Odc. 37 Rekonwalescencja Riccardo

Kiedy odezwał się alarm, lekarka przerwała badanie, popatrzyła na ekran tabletu i przeprosiła Riccardo. Miała pilne wezwanie do innej sali.

Słowa Sofii o tym, że wyglądał jak ofiara wypadku lotniczego, dziwnie utrwaliły się w pamięci Riccardo. Od tej pory opowiadał innym pacjentom, jak to przywieziono go do kliniki po wypadku lotniczym, w opłakanym stanie, połamanego i nieprzytomnego.

– Mój samolot rozbił się wskutek fatalnej pogody pół godziny przed lądowaniem na lotnisku w Agarze. Miałem szczęście. W beznadziejnym stanie trafiłem do naszej kliniki, gdzie mnie odrestaurowano jak tego ptaka Feniksa. Czuję się szczęśliwy, że przeżyłem – powtarzał, zamykając oczy w kontemplacji swego szczęścia.

– W jaki sposób znalazł się pan w Bangolu, nikt tego dokładnie nie wie – zakończyła swoje wyjaśnianie Sofia następnego dnia. – W odkrycie pańskiej tajemnicy zaangażowane były policja, urząd imigracji i urząd celny. Podejrzewano, że został pan przemycony przez granicę w ciężarówce z dobrze ukrytym schowkiem do przewozu ludzi.

Dla Riccardo nastał trudny okres czasu. Nie wiadomo dlaczego nagle tracił przytomność i w miarę szybko ją odzyskiwał. W takie dni pielęgniarka odwiedzała go kilka razy dziennie. Kiedy przytomniał, mówiła mu, czy majaczył czy nie. Cieszyła się, że wraca mu świadomość i pocieszała:

– Teraz to może być tylko lepiej.

Za każdym razem dodawała jakieś szczegóły o jego stanie zdrowia, metodach leczenia lub klinice. Czasami mówiła coś banalnego, zupełnie bez znaczenia, sprawdzała jakieś dane na monitorze zawieszonym na ścianie przy oknie i wychodziła. Bywało i tak, że zaraz wracała, stawała przy jego łóżku, patrzyła na niego z uwagą i nie odzywała się.

– Nie ma chęci rozmawiać ze mną – myślał wtedy Riccardo. Widział to w jej twarzy, ani starej, ani młodej, trudnej do określenia. Nie rozumiał jej postępowania, w dodatku szumiało mu w głowie. Źle odbierał problemy z pamięcią, niemożność przypomnienia sobie prostych spraw lub zdarzeń. Miał wrażenie, że Amelia unika tematu wirusa, że jest on czymś nadzwyczajnym. Czuł to wyraźnie.

Początki poruszania się na własnych nogach nie były łatwe. Za pierwszym razem Riccardo z trudem utrzymywał się na nogach. Udało mu się przejść tylko kilka kroków posiłkując się chodzikiem. To go zmobilizowało. Stopniowo chodził coraz więcej. Miał chęć wybrać się na dłuższą wycieczkę.

– Najpierw zwiedzę klinikę – postanowił. Intrygowała go jej nowoczesność, odmienność od wszystkiego co pozostało w zakamarkach jego pamięci.

Wkrótce nadarzyła się okazja. W sobotę organizowano zwiedzanie kliniki ze specjalnym przewodnikiem.

– Mam nadzieję, że stanie się to rytuałem, umacniającym w pacjentach przekonanie o niezwykłej roli medycyny w życiu każdego człowieka, jej nieskończonych możliwościach – Riccardo podsłuchał słowa Sofii przeznaczone dla Amelii Miller.

Z samego rana w sobotę, zaraz po śniadaniu, Riccarda i kilka innych osób z sali ubrano w stroje ochronne. Przezroczyste okrągłe hełmy, zasilane w filtrowane powietrze, skutecznie izolowały ich organizmy od otoczenia zewnętrznego. Riccardo przejrzał się w lustrze wiszącym na ścianie przy drzwiach. Jego broda ledwo mieściła się w plastikowym hełmie. Wyglądał jak członek wyprawy na inną planetę.

– Przypominam niedźwiedzia w przebraniu kosmonauty. Mógłbym straszyć dzieci – wydusił z siebie.

Nie rozumiał dlaczego ich tak ubrano, ale nie zdecydował się zapytać o to. Wiedział że świat się zmienił i nie jest już ten sam, co za dawnych lat. Najgorsze była utrata orientacji czasu, wyczucia tempa jego przemijania.

Odc. 38 Zwiedzanie kliniki

Przewodnik nie śpieszył się. Grupa zwiedzających powoli wychodziła na zewnątrz. Nie wymagało to żadnego wysiłku poza pracą mięśni, ponieważ wszystko uruchamiane było automatycznie. Przed drzwiami obrotowymi usłyszeli zapowiedź:

– Zbliżasz się do drzwi obrotowych, za chwilę znajdziesz się na zewnątrz. Twój strój i maska są szczelne.

Przewodnik zatrzymał grupkę przed budynkiem, aby oswoiła się z otoczeniem. Riccardo zauważył jego gładkie policzki i niebieskie błyszczące oczy.

Znajdowali się przed czterema ogromnymi gmachami stojącymi w jednej linii obok siebie. Wyruszyli na zwiedzanie. Budynki były połączone nadziemnymi i podziemnymi korytarzami dla pieszych i przejściami dla transportu materiałów i zaopatrzenia. Korytarze szpitalne przypominały zwoje rozciągniętych w linii prostej taśm produkcyjnych, wzdłuż których ciągnęły się gabinety specjalistyczne. Przy każdym z nich siedzieli i stali pacjenci. Riccardo notował w pamięci spostrzeżenia. Był przekonany, że przewodnik, pielęgniarka lub lekarka zechce go zapytać co widział i jaki to wywarło na nim wrażenie. Mruczał po cichu do siebie:

– Kompleks szpitalny przypomina system połączonych ze sobą taśm produkcyjnych – korytarzy, prowadzących do setek sal i gabinetów zabiegowych. Przy każdym z tych pomieszczeń czekają pacjenci.

Przewodnik zatrzymał grupkę i poprosił zwiedzających o skupienie się.

– Proszę zwrócić uwagę na ten najwyższy a zarazem najnowszy budynek. Na samym szczycie ma on dach w kształcie korony wzorowanej na fragmencie łańcucha genów fundatora Kliniki Odrodzenia Feniks. Nazywał się Jonasz Karter. Wszystkie swoje organy, całe ciało, podarował uniwersytetowi medycznemu, do którego należy klinika. Stopniowo staje się to standardem postępowania, że człowiek oddaje swoje ciało w służbę społeczeństwu i ludzkości. Karter był naukowcem, odkrywcą nowej generacji leków genetycznych, czcicielem nauki i wiedzy naukowej. Żył sto trzydzieści lat. Jego życie było przedłużane dzięki postępom medycyny, wymianie organów oraz tkanek i innym zabiegom. Mógł żyć dłużej, ale nie chciał. Nazywamy to osiągnięciem pełnej dojrzałości psychofizycznej, kiedy człowiek opuszcza świat bez żalu i wątpliwości.

Po powrocie ze zwiedzania, Riccardo dzielił się Amelią spostrzeżeniami.

– Przewodnik miał gładką cerę prawie jak kobieta i błyszczące oczy, jakby brał narkotyki.

Pielęgniarka zaśmiała się życzliwie.

– To robot humanoidalny. Wykorzystujemy je do pomocy przy prostszych, powtarzających się czynnościach. Podobnie jak pracownik przywożący leki na monocyklu. Są bardzo użyteczni, uprzejmi i nigdy się nie męczą, dopóki mają naładowane baterie.

Pomagając Riccardo przebrać się w strój szpitalny, kontynuowała wyjaśnienia.

– Zaczynasz już chodzić, Riccardo. To bardzo dobrze. Proszę tylko się nie forsować. Mieszkasz w klinice. To jest teraz twój dom, w związku z czym mam obowiązek poinformować ciebie, jakie zasady tu obowiązują. Określa je regulamin wewnętrzny. Jest on dla mieszkańców i pracowników kliniki jak konstytucja dla kraju. Możesz zawsze zajrzeć do niego. Został on wydrukowany, oprawiony w ramki i zawieszony w każdej sali, gdzie przebywają pacjenci. W tej sali wisi przy wejściu od strony zachodniej. Masz do niego dostęp także na stronie internetowej kliniki. Ja wspomnę tylko kilka najważniejszych postanowień regulaminu. Po pierwsze, kierujemy się zasadą przekazywania pacjentowi pełnej informacji o jego stanie zdrowia. To jest twoje prawo. Po drugie, masz też prawo wglądu do informacji zgromadzonych na twój temat w Narodowym Systemie Monitorowania Pacjentów. Loginem jest twój adres email zapisany w twojej elektronicznej karcie zdrowia. Ostatnia sprawa, to każdy pacjent i każdy osoba z personelu ma obowiązki obywatelskie. Musimy je przestrzegać. Określają one przed wszystkim nasz stosunek i obowiązki wobec środowiska naturalnego.

Kilka dni późnej Riccardo podszedł do regulaminu i usiłował go czytać. Nie szło mu to za dobrze. 

Odc. 39 Przeszczepy 

Obok regulaminu kliniki wisiała oprawiona w połyskliwą ramkę Historia Kliniki Przebudzenia „Fenix”. Była to bardziej historia mitu jej powstania niż samej kliniki. Autor dokumentu uważał, że ludzie trafiający do kliniki odradzali się jak sfinks z popiołów, powracali do życia z martwych.

– Klinika dokonuje cudów przywracania życia ludziom po miesiącach na nawet latach letargicznego uśpienia epidemiologicznego. To było ostatnie zdanie tekstu.

Riccardo Baron miał czas na obserwacje i rozmyślania. Nie od razu zauważył w kilku miejscach swego ciała odbarwienia skóry. Zapytał pielęgniarkę Amelię, co one znaczą. Zmieszała się i odwróciła twarz w kierunku drzwi. Riccardo odczekał chwilę, dając jej czas na uspokojenie się. Kiedy doszła do siebie, poprosił ją o uczciwe informowanie go o wszystkim, co go dotyczy.

– Powiedz mi, Amelio, prawdę, nawet gdyby miała być dla mnie bolesna. Dosyć się już nacierpiałem, aby nie móc znieść więcej.

– Wykonaliśmy ci wiele przeszczepów skóry. Z samochodu, przy którym cię znaleziono po wypadku, wyciekła benzyna i zapaliła się. Doznałeś poważnych poparzeń. Z przeszczepami skóry na szczęście nie mieliśmy problemów. Wyhodowano ją w naszym laboratorium, tyle, ile trzeba. Kiedyś był to prawdziwy problem. Ludziom wycinano płaty ich własnej skóry w miejscach mało widocznych, aby przeszczepić ja na miejsca poparzeń na twarzy, szyi czy rękach. Cierpiałeś bardzo, podawaliśmy ci nieprzerwanie leki przeciwbólowe. Takie sytuacje pozostawiają ślady również w psychice personelu medycznego.

Riccardo zaintrygowała ta historia. Postanowił dowiedzieć się więcej. Była w tym jakaś tajemnica. Pomyślał, że potraktowano go eksperymentalnie jak namiot, na który naszywa się wielką łatę, aby wyglądał jak nowy.

Nalegał przez dwa dni, zanim Amelia za wiedzą lekarki zgodziła się zorganizować mu spotkanie z pracowniczką laboratorium hodowli komórek.

– To ta sama kobieta, co wyhodowała komórki dla twoich potrzeb.

Poszedł tam z przewodnikiem. Miał na imię Yorge i podobnie jak poprzednik był robotem humanoidalnym. Wyglądał i zachowywał się jak żywy człowiek.

– Wyższy poziom jazdy – pomyślał Ricardo o Yorge. Po chwili poprawił się: -Wyższy poziom sztucznej inteligencji.

Przed przybyciem na miejsce Yorge gdzieś dzwonił.

Czeka już na ciebie w małej poczekalni przy laboratorium. To specjalne miejsce spotkań. Jest aseptyczne, bezpieczne. Można tam być bez hełmu a nawet maseczki lekarskiej. Ma na imię Krystyna. Tyle wiem. Reszty dowiemy się na miejscu. Ja nie będę towarzyszyć ci w rozmowie. Mam obowiązki. 

– Wiem, kim pan jest – odezwała się kobieta, po czym przedstawiła się: – Biotechnolog Krystyna Ukaz, Bank Komórek Zakładu Biotechnologii.

Była postawną blondyną z długimi włosami osłaniającymi po bokach owalną twarz. W Riccardo coś drgnęło, poczuł nagły przypływ energii. To go ucieszyło. Rozmawiali zachowując dystans dwóch metrów. Nie było to konieczne, ponieważ w suficie pracowały nieprzerwanie wentylatory wyciągające powietrze z pomieszczenia.

Odc. 40 Oznaka powrotu do zdrowia

Krystyna Ukaz mówiła krótkimi zdaniami, gestykulując.

– Jak wyhodować skórę? To proste. Dzisiaj to proste. A będzie jeszcze prostsze. – Skóra to niezwykła tkanka; potrafi sama się regenerować, ponieważ zawiera mnóstwo komórek macierzystych. Mają one szczególne właściwości. To wyjątkowo przemyślne i inteligentne twory organizmu. Przypominają mi długodystansowców. Trzeba tylko umieć wykorzystać ich zdolności i możliwości. Odtwarzanie skóry z wykorzystaniem komórek macierzystych nie jest to jeszcze taśma produkcyjna, ale wkrótce będzie. Mam wrażenie, że cała służba medyczna upodabnia się do taśmowego systemu produkcyjnego z ciągami technologicznymi.

– Wyrzuca z siebie słowa jak działko szybkostrzelne! – zachwycił się Riccardo, po czym zdziwił się, skąd mu przyszło do głowy takie określenie. Nigdy nie był w wojsku ani nie interesował się sprzętem wojskowym.

Słuchał Krystyny z uwagą. Starał się zapamiętać i nauczyć jak najwięcej. Ciekawiło go to, co mówiła, czasu miał w nadmiarze.

– Pobieramy malutki wycinek skóry pacjenta i przenosimy do laboratorium, aby wyizolować pojedyncze komórki, wysiać do pojemników hodowlanych i zalać pożywką, w której zaczynają się dzielić. Przybywa ich bardzo szybko. Po około dwóch tygodniach można już je przeszczepić pacjentowi na ranę. Komórki zasiedlają miejsca poparzone; wciąż się dzieląc tworzą wysepki i w ten sposób stopniowo zarastają miejsce poparzone. Sama hodowla trwa dwa tygodnie. W jednej hodowli są miliony komórek. Malutki pojemniczek o objętości trzech mililitrów zawiera sześć milionów komórek.

Kobieta Biotechnolog przerwała i popatrzyła na Riccardo, czy nadąża za jej wyjaśnieniami lub może ma jakieś pytanie.

– Umiemy już skutecznie leczyć trudno gojące się i rozlegle oparzenia. To wielki postęp.

Rozmowa z Krystyną z Banku Komórek dobrze wpłynęła na Riccardo. Poczuł się znacznie lepiej. Nie wiedział tylko, czy był to wpływ jej kobiecego uroku, czy też w grę wchodziły inne czynniki. Biotechnolog podobała mu się.

Następnego dnia z samego rana Riccardo zaskoczył pielęgniarkę. Na pierwszym obchodzie podniosła koc, aby sprawdzić postępy leczenia skóry w okolicy brzucha. Ricardo leżał jak zwykle na plecach w swojej ulubionej granatowej piżamie w kratę. Ukryty pod nią jego seksus stał wyprostowany jak kołek w oczekiwaniu zaspokojenia. Amelia Miller widziała już niejednokrotnie takie sceny, poczuła się jednak zaskoczona. Dla kliniki była to dobra wiadomość, oznaczała powrót pacjenta do zdrowia. Erekcja była symbolem zdrowia. Pielęgniarka nie dała od razu po sobie poznać, że ją to poruszyło, nie okazała żadnych emocji, przykryła tylko pacjenta kocem.

– Przyjdę później, aby sprawdzić stan skóry na brzuchu – uśmiechnęła się blado usiłując pokryć zmieszanie. Był w nim śmiech jak i wyraz uznania i gratulacje z okazji kolejnego symptomu powrotu pacjenta do zdrowia.

Śmiesznym doświadczeniem podzieliła się z Grace, rehabilitantką prowadzącą ćwiczenia z pacjentami w ustalone dni w salce rehabilitacyjnej na tym samym piętrze. Zrobiła to odruchowo, kiedy ją zobaczyła. Przyjaźniły się od czasu, kiedy tylko się poznały.

Wieczorem naszły Amelię wyrzuty sumienia. Nie powinna nikomu mówić o Riccardo, ponieważ udzielanie informacji osobom trzecim o stanie zdrowia pacjenta było przywilejem lekarza prowadzącego pacjenta, a nie personelu pomocniczego. Było to także niezgodne z regulaminem kliniki; w grę wchodziła ochrona prywatności pacjenta.

Pozbyć się ostatniego zastrzeżenia pomogła jej Grace, przypominając, że ona również jest pracownikiem Kliniki Odrodzenia Feniks. Było to ważne, ponieważ część osób pracujących w klinice była zatrudniona przez firmy zewnętrzne i niekiedy traktowana inaczej. 

Odc. 41 Widoki i wspomnienia 

Dzień zaczął się słonecznie. Riccardo wstał z łózka i podszedł do wielkiego okna. Lubił gapić się przez nie na ulicę. Była nieco oddalona od budynku i spokojna, wyludniona o tej porze dnia. Od czasu do czasu przejeżdżał nią samochód o opływowych kształtach. Poruszając się nie wydawał dźwięku. Dwie wysokie topole porośnięte kępkami jemioły przypomniały mu przeszłość.

– Jestem z pokolenia śmieciowego – od pewnego czasu ta myśl uporczywie pojawiała się w jego głowie. Właściwie to była obecna przez cały czas niby czujny strażnik, ujawniając się tylko przy okazji znajomego widoku, kształtu lub wspomnienia.

Pokoleniem śmieciowym nazywano jego generację, ludzi, którzy pierwsi podnieśli larum o to, że tworzywa sztuczne nie tylko zaśmiecają lądy i wody ale zabijają życie na ziemi. To była różnica – zaśmiecanie i zabójstwo. Każdy mieszkaniec planety zużywał wtedy ponad dwieście kilogramów wyrobów plastikowych rocznie. Było to dziedzictwo pozostawione przez poprzednie pokolenia, nie bez udziału jednak jego własnego pokolenia.

Okno sali rozciągało się prawie od podłogi do sufitu. Widział przez nie ulicę i przylegający do niej skwer, a na jego krawędzi rząd błyszczących pojemników. Pomyślał się, że są to pojemniki na śmieci. Zaintrygowały go. Długo im się przyglądał oceniając ich kształty, kolory i wielkości. Były ustawione prawie w jednym rzędzie, w trudnym do określenia artystycznym ładzie-nieładzie. Zapragnął obejrzeć je z bliska, dotknąć i poczuć ich powierzchnię.

Rozejrzał się po sali niepewnie, zastanawiając się, czy mógłby wyjść sam na zewnątrz, aby je pooglądać. Nie miał o to kogo zapytać, na sali byli tylko pacjenci. Regulamin kliniki czytał już kilka razy, przeważnie fragmentami, ale nie pamiętał żadnych zasad dotyczących samodzielnego wychodzenia z kliniki. Był na zewnątrz dwa razy, zawsze z przewodnikiem.

Amelia mówiła mu, że klinika jest jego domem. W tym momencie był przekonany, że jest bardziej więzieniem niż domem, z którego można swobodnie wychodzić i wracać. Popatrzył na szybę. Nie zauważył w niej żadnych ukrytych krat; tylko szkło było tak grube, że przypominało ścianę.

Następnego dnia, po zakończonym obchodzie, Riccardo wstał z łóżka i ocenił sytuację. W pokoju oprócz niego była tylko jedna osoba. Nie wiedział, czy to pielęgniarka czy lekarka. Nie przypominał jej sobie. Była odwrócona do niego tyłem. Siedziała przy stoliku, który po bliższym przyjrzeniu się okazał biurkiem z płaskim blatem i dwiema płaskimi szufladami.

– Chyba coś ogląda lub pisze – domyślił się, widząc jej lekko zgarbione plecy. – Zachowuje się jakby było jej obojętne, co dzieje się na sali.

Zdecydował się opuścić sale bez pytania kogokolwiek o zgodę, aby obejrzeć pojemniki. W szafce przy łóżku znalazł hełm. Ktoś go tam włożył poprzedniego dnia. Leżał sam, bez kombinezonu. Był inny niż ten poprzedni, jaki Riccardo miał na głowie w czasie wycieczki z przewodnikiem. Pomyślał, że na otwartej przestrzeni nie potrzebuje kombinezonu.

Z nowym hełmem na głowie poczuł się trochę niepewnie; wszystko jednak szło składnie. Po wyjściu z sali i przejściu kilku kroków korytarzem poczuł, jakby jego ciałem sterował jakiś mechanizm równowagi, korygujący chwiejność nóg i tułowia. Miał wrażenie, je jest obserwowany. Skierował wzrok w górę i zauważył dwie miniaturowe kamery. Wcześniej ich tam nie widział. Teraz był już pewny, że jest obserwowany a jego ruchy są rejestrowane i analizowane. Ruszył w kierunku drzwi prowadzących na zewnątrz budynku. Błąkał się po nich różowawy połysk ścian, miły i naturalny. Było to sympatyczne odczucie. Riccardo nabierał przekonania, że ktoś nad nim czuwa a otoczenie dostosowuje się do jego potrzeb. Poczuł się pewniej.

Odc. 42 Recykling

Riccardo zbliżył się do wyjścia zewnętrznego z budynku, drzwi otworzyły się automatycznie. Było to wyjście boczne. Zatrzymał się i rozglądał się zalany jasnym słonecznym światłem. Przed sobą miał schody łagodnie opadające w kierunku ulicy. Zszedł po nich. Miał przed sobą płaski teren przecięty pasmem ulicy bez krawężników. W miejscu, gdzie można było się ich spodziewać, widoczne były tylko czerwone pasy odcinające wizualnie chodnik od jezdni. Mężczyzna rozejrzał się w lewo i w prawo i wkroczył na ulicę, aby się przekonać, że ma dziwnie sprężystą powierzchnię.

Wszystkie pojemniki były wykonane z metalu, każdy w innym kolorze. Było ich osiem, ustawionych jeden obok drugiego w równym rzędzie. Przyglądając się im, włożył odruchowo rękę do kieszeni spodni i poczuł w palcach pomięty kawałek papieru. Pomyślał, że znalazł się tam chyba celowo, aby go wyrzucić. Wyjął go z kieszeni i przyjrzał się. Był to kawałek papieru gazetowego. Nie było na nim niczego godnego uwagi oprócz jakichś ogłoszeń kupna i sprzedaży. Riccardo podszedł do najbliższego, pierwszego z brzegu, pojemnika o kształcie cylindra. Wyświetlił się na nim napis:

– Wprowadź kod dostępu lub przeczytaj instrukcję na tablicy ogłoszeniowej.

Przyszło mu na myśl, że kod dostępu to coś w rodzaju jednorazowego biletu wstępu do kina. Pomysł ten uznał po chwili za głupi.

Przeczytał instrukcję. Nie wszystko w niej zrozumiał. Mówiła o identyfikatorze odpadów, który miał wbudowane kamery i czujniki rozpoznające zapachy, dźwięki, kolory i skład chemiczny materiału. Analizując wymienione parametry, urządzenie rozpoznawało każdy rodzaj materiału. To pozwalało na jednoznaczną segregację wszystkich, nawet najmniejszych śmieci i odpadów. Przedmioty większe i składające się różnych materiałów należało wrzucić do większego pojemnika stojącego na uboczu.

Riccardo nie miał chęci czytać dalej ani zastanawiać się. Postanowił zrobić to, co mu przyjdzie do głowy i popatrzeć, co z tego wyniknie. Przybliżył papier do pojemnika. Wyświetlił się na nim poziomy pasek z napisem:

– To papier. Wrzuć do pojemnika numer 3. Tego szarego.

Domyślił się, że informacja pochodzi z identyfikatora odpadów. W górnej części pojemnika spostrzegł naklejkę. Pochylił się i przeczytał zawarte na niej dane. Była to tabliczka znamionowa produktu.

Po pozbyciu się papieru, Riccardo rozejrzał się. W pobliżu znajdowały się dwie ławki. Podszedł do tej, która wydała mu się wygodniejsza, i usiadł, aby się zrelaksować. Zamknął oczy. Nawet nie zauważył, kiedy przysiadł się do niego mężczyzna. Nie miał na sobie hełmu, tylko czarną maskę zasłaniającą usta i nos. Ubrany był w dres i obuwie sportowe. Wyglądał na znudzonego emeryta, szukającego na spacerze okazji do pogadania.

– Pan pewnie jest pacjentem kliniki? – mężczyzna ruchem głowy wskazał budynek za plecami.

Zaczęli rozmawiać. Mówił głównie nieznajomy.

– Żyjemy teraz dwoma wyzwaniami: służbą zdrowia i ochroną środowiska, a najbardziej to totalnym recyklingiem.

– O co w nim chodzi? Czym się różni totalny recykling od zwykłego recyklingu?

Odc. 43 Nowe czasy

Starszy mężczyzna wstał z ławki is stanął naprzeciwko Riccardo. Na jego twarzy widać było skupienie. Poprawił maseczkę, rozciągając ja do góry w kierunku czoła i w dół w kierunku szyi. Mówił powoli, zastanawiając się nad słowami. Sprawiał wrażenie człowieka wygłaszającego niezwykle ważne oświadczenie.

– Identyfikator odpadów i te metalowe pojemniki to tylko częściowe ucieleśnienie idei, że wszystko, co człowiek wyprodukuje musi podlegać recyklingowi. I to nie byle jakiemu, ale całkowitemu. W przyszłości będzie on zgodny z rytmem przyrody. Najprościej mówiąc, ma to wyglądać tak, że odpady tworzone przecz człowieka będą bez wyjątku ponownie wykorzystywane w niemienionej postaci lub przetwarzane tak, aby wejść do ponownego obiegu. Butelka szklana może być użytkowana setki razy podobnie jak i wiele, innych opakowań. Mam na myśli odpadki ekologiczne, rośliny, żywność i podobne. Wszystko to jest naturalnym wytworem gleby i do niej musi tarć. To kardynalna zasada. Nie mieszajmy odpadków ekologicznych z innymi, na przykład obierek czy resztek obiadowych z farbą, drukowanym papierem czy sztuczna tkaniną, jak to się nadal zdarza, bo wtedy wszystko trafia razem na wysypisko i zatruwa glebę. W końcu przyjdzie taki czas, że odpadki ekologiczne będą przetwarzane także w odpowiednim czasie. Tak jak liście drzew gniją jesienią, kiedy spadną już na ziemie i mokną na deszczu, tak odpady ekologiczne będą na kompostowe nicy ulegać rozpadowi podobnie jak drzewo w lesie powalone przez wiatr.

Riccardo nie przerywał mu, tylko słuchał. Rozmowny typ – jak określił rozmówcę – mówi jak nakręcony.

– Żyjemy w skomplikowanym świecie. Sami go skomplikowaliśmy. Sytuacja zmieniła się. Musimy gospodarować zasobami znacznie rozważniej niż dotychczas. Każdy obywatel musi mieć dostęp do środków, jakie są mu potrzebne do życia. Godnego, ale nie przesadnego, rozrzutnego, kiedy marnuje się środki materialne i energię, aby zaspokajać czyjeś fanaberie. Kod znajduje się razem z wieloma innymi informacjami na Uniwersalnej Karcie Identyfikacyjnej. Karta ta daje właścicielowi dostęp do instytucji państwowych, środków transportu, bibliotek, szkół i temu podobnych. To coś takiego jak legitymacja przynależności do wszystkich organizacji. Bez niej nie da się żyć. Wprowadzono ją wtedy, kiedy ktoś podłożył w pojemniku na śmieci bombę, która rozwaliła pół miasta i zanieczyściła atmosferę w dużej części Bangolu. Była to bomba nieznanej konstrukcji, jakieś dziwadło technologiczne. Po jej wybuchu zatrudniono połowę kadry naukowej kraju, aby ja opisała i określiła sposób usunięcia skutków wybuchu. Nie całkiem się to udało, niektóre z nich trwają do dzisiaj. Teraz podłożenie jakiejkolwiek bomby jest niemożliwe. Gdyby ktoś zbliżył się z jakimś ładunkiem wybuchowym lub bronią do puntu kontroli na przykład kamery przemysłowej na ulicy, natychmiast uruchomi to czujniki wykrywające obecność materiału wybuchowego.

W klinice Riccardo rozmawiał z pielęgniarką, lekarką i pacjentami. Zadawał im pytania. Chciał wiedzieć jak najwięcej o recyklingu. Pytał o kosze i segregację recykling śmieci. Nie dziwiło ich to. Reagowali tak, jakby nigdy nie pytano ich o nic innego w życiu. Widział coraz wyraźniej, jak bardzo wszystko się zmieniło.

– Nic już nie jest takie same, jak za moich czasów.

Kiedy to mówił, rozmówcy patrzyli na niego z uznaniem, że ma szczęście, że to rozumie. Czasem dodawali jakiś komentarz. Najbardziej zaskoczył Barona nowy pacjent z sąsiedniego łóżka.

Masz szczęście, Riccardo. Dzisiaj człowiek może wybrać sobie nawet Boga, bo każdy wierzy, w co chce, wybrać szkołę, metodę nauki i pracy, miłość lub nienawiść, środek transportu, podróż w dowolny punkt świata, smartfon lub iPad, jaki mu najbardziej odpowiada. Tylko władzy nie można wybrać. Bo kogokolwiek nie wybierzesz, oni i tak pójdą swoją drogą. Podobna sprawa jak z wirusem Quagga. Mamy już chyba jego dziesiątą wersję. I z epidemiami, które wracają, kiedy chcą. I depresją gotową dopaść człowieka w każdym momencie.

– Jak można żyć w tych warunkach?

– O! To jest pytanie na miarę Szekspira: Być albo nie być! Sam sobie musisz wymyśleć formułę, jak żyć. Ja ratuję się przepowiedniami. Nauczyłem się. Czasem nawet zarabiam na tym. Jak chcesz mogę ci powróżyć. Z kart można nawet przepowiedzieć pogodę. To kwestia rachunku prawdopodobieństwa.

Odc. 44 Nowa rzeczywistość

Riccardo przyglądał się z daleka lekarce i pielęgniarce, jak tylko weszły do sali. Pomyślał, że zachowują się jak siostry syjamskie. Przyglądał im się. Były do siebie niepodobne mimo prawie identycznego ubioru. Przyszło mu do głowy, że są lesbijkami. Czekał, aż podejdą do niego. Myśli snuły mu się po głowie jak leniwe chmury.

– Zachowują się normalnie; nie wymieniają uścisków, uśmiechów, nie dotykają się, nie trzymają się za ręce, nie okazują sobie żadnej bliskości. Nic takiego, co zdarza się, kiedy dwie kobiety są sobie uczuciowo i erotycznie bliskie.

Postanowił je obserwować. Rozejrzał po sali. Trwał obchód i niewiele się działo. Pacjenci leżeli spokojnie czekaj, aż lekarka i pielęgniarka podejdą do nich. Poczuł się tak zrelaksowany, że przysnął. Obudził się, kiedy usłyszał głosy i zobaczył Sofię i Amelię stojące pry jego łóżku. Coś do niego mówiły. Przyglądał się ich ustom.

Słyszał teraz wyraźnie ich glosy; najpierw pojedyncze słowa, potem całe zdania, potem docierał do niego sens tego, co mówią. Wymagało to nieprzerwanej koncentracji. Zrozumiał, ze ma się nauczyć, jak wygląda i funkcjonuje nowy świat.

– Kierujemy pana na cykl szkoleń. Nazywa się on Nowa Rzeczywistość. – powiedziała lekarka, po czym objaśniła mu, na czy on polega i czemu ma służyć. Słuchał uważnie, po czym zapytał:

– Dlaczego ludzie komunikują się teraz tak krótkimi zdaniami? Brzmi to prawie jak wypowiadanie haseł.

Popatrzyły na niego zastanawiając się nad tym, co powiedział. Lekarka obróciła głowę w kierunku pielęgniarki.

– Wyjaśnij mu, Amelio.

Riccardo słuchał jej wyjaśnień. Mówiła zastanawiając się na każdym zdaniem, a czasem nawet słowem, bez pośpiechu. Zaczął zdawać sobie sprawę, że Amelia mówi w taki sposób, aby jej słowa nie tylko dotarły do niego, ale także aby zrozumiał ich znaczenie.

Bardzo mu się to podobało. Przypomniał sobie przeszłość, swoje młodsze lata. Wszyscy mówili jak nakręceni, śpieszyli się, wyrzucali z siebie słowa. Każdy chciał powiedzieć jak najwięcej. Oderwał się od rozmyślań i ponownie skoncentrował na Amelii.

– Dzisiaj, drogi Riccardo, w pełni rozumiemy, że chodzi nie tylko o to, co mamy do powiedzenia i co mówimy, ale przede wszystkim o to, aby rozmówca jak najwięcej zapamiętał i zrozumiał. Chodzi nam o porozumienie. Mówimy mniej, ale tak, abyśmy lepiej się rozumieli. Proszę się starać postępować tak samo. Będzie panu lżej. A nam wszystkim łatwiej. Brak umiejętności porozumiewania się to był wielki mankament minionych lat. Ludzie byli egocentrykami. Koncentrowali się na sobie, na tym, co sami mieli do powiedzenia. Nie na rozmówcy czy rozmówcach. Potężnie nadużywano smartfony. Służyły głównie do wymiany myśli, byle jakich, be znaczenia. Rozmawiano o głupotach, a nie w celu porozumienia się w ważnych sprawach. Trochę się zmieniliśmy. Jesteśmy uważniejsi. Mniej wierzymy już w konkurencję, więcej wierzymy we współpracę. Ale to dopiero początek drogi, być może nie ma ona w ogóle końca.

Do rozmowy włączyła się Sofia Lomaratequi. Riccardo przypomniał sobie jej nazwisko. Wyuczył się go na pamięć, mimo tego, że było tak trudne do wymówienia, że ona sama mówiła, że nie warto go zapamiętywać.

Nie jest to proste, oczywiście. Powiem coś od serca. Wbrew pozorom człowiek to gatunek przyciężki umysłowo, jakiego nigdy jeszcze nie było. Mam na myśli bardzo jednostronny, mało refleksyjny. Weźmy pod uwagę „postęp”. Dla przeciętnego człowieka to hasło budzi głównie pozytywne skojarzenia. A przecież postęp niesie często ze sobą także negatywne sprawy. Prosty przykład. Mamy bogactwo jedzenia. To dobre. Ale złe jest to, że jemy za dużo, czasem się wręcz obżeramy. W rezultacie mamy szybko rosnącą liczbę ludzi z nadwagą i choroby cywilizacyjne. To czysty bezsens. Mogąc żyć lepiej, pod wieloma żyjemy gorzej, nawet jeśli żyjemy dłużej. Najgorsze, że nic nie robimy, aby temu przeciwdziałać. Służba zdrowia nie podchodzi poważnie do prewencji chorób i problemów społecznych, tylko zajmuje się usuwaniem ich zgubnych skutków.

Riccardo zaczynało o podobać. Patrzył na jej usta. Miała duże czerwone wargi i białe zęby. Na chwilę zapomniał się, przestał jej słuchać. Chyba to zauważyła, ponieważ przestała mówić. Czekała na niego. Kiedy oprzytomniał, oboje jednocześnie uśmiechnęli się do siebie. Mężczyzna poczuł, że otaczający go świat będąc tak sam, jaki był kiedyś, jest też już inny.

0Shares

Biblioteka 57 Opowiadań. Lista i daty publikacji.

Polecane

Drodzy Czytelnicy,

Niniejsza biblioteka autorska zawiera 57 utworów literackich. Znakomita większość to opowiadania. Biblioteka jest dostępna nieprzerwanie przez 24 godziny na dobę i jest oczywiście bezpłatna. Strona jest bezpieczna, co potwierdza symbol kłódeczki. Jeśli podoba się Państwu utwór, kliknijcie na lajk zachęcając tym innych do czytania.

Pozdrawiam serdecznie, 
Michael Tequila 
 
Kronika czasów zarazy. 30 lajków. Opowiadanie seryjne. Odc. 1-22. Aktualizacja 14 06 2021 (poniedziałek) godz. 09.20.  https://michaeltequila.com/?p=18112
 
Oglądałem ostatnio Dawida Podsiadło w programie Roast Kuby Wojewódzkiego. Zachwycił mnie. To stare nagranie, ale dla mnie odkrycie. Załączam link:  https://www.youtube.com/watch?v=fFZiMF6Covw&ab_channel=tvnpl  
 
Inne (ostatnie) aktualizacje są zaznaczone żółtym tekstem na liście poniżej. 
 
Aby czytać tekst publikowany na tej stronie, wystarczy kliknąć na link poniżej wybranego tytułu. Na stronie każdego opowiadania najłatwiej poruszać się przesuwając suwak (mały kwadracik) znajdujący się tuż przy prawej krawędzi ekranu. Utwory udostępniam na zasadzie dozwolonego użytku prywatnego określonego „Ustawą z dnia 4 lutego 1994 o prawach autorskich i prawach pokrewnych” plus nowelizacje. Zachęcam do komentarzy. Mój adres email: michael.tequila@anciano.pl
 
Aforyzmy i myśli. Wybór aforyzmów i myśli z dodatku do zbioru poezji “Oniemiałość”   https://michaeltequila.com/?m=20200604    
Aleksander Cumagin Sake. 5 lajków. Opowiadanie. O prezydencie, który marzył o koronie imperatora. 2640 wyrazów.   https://michaeltequila.com/?m=20200322
Automat. 2 lajki. Opowiadanie. O człowieku bez poczucia czasu i woli. 1216 wyrazów.  https://michaeltequila.com/?m=20191211 
Broda. 2 lajki. Opowiadanie. O męskim życiu bez miłości i uwielbienia. 2480 wyrazów. https://michaeltequila.com/?p=13683  
Buntownik. 3 lajki.  Opowiadanie. O człowieku i przyrodzie. 1550 wyrazów. https://michaeltequila.com/?p=16008  
Carajo. 2 lajki. Krótkie opowiadanie. 267 wyrazów. https://michaeltequila.com/?p=15396  
Cień wielkiego sztukmistrza. 3 lajki. Opowiadanie. https://michaeltequila.com/?p=16578  
Człowiek z taczką. 4 lajki. Opowiadanie. O mężczyźnie budującym dom dla ukochanej kobiety. 2250 wyrazów. https://michaeltequila.com/?p=17220  
Dojrzałość. 3 lajki. Opowiadanie. Wiosenny dzień w życiu wrażliwego mężczyzny. 1140 wyrazów.  https://michaeltequila.com/?p=17541  
Domek nad jeziorem. 10 lajków. Opowiadanie. O starszej pani z problemami pamięci.https://michaeltequila.com/?p=15263  
Drzewo kłamstwa. Opowiadanie. O niezwykłości drzew i kwiatów. 1235 wyrazów.  https://michaeltequila.com/?p=17047 
Dyktator. 29 lajków. Opowiadanie. Odc. 1- 34. https://michaeltequila.com/?p=14681  
Dzień weselny. 18 lajków.  https://michaeltequila.com/?m=20191008 
Dziewczyna z pieskiem. 2 lajki, Opowiadanie. O miłości do ludzi i zwierząt. 1540 wyrazów. https://michaeltequila.com/?p=11924  
Dziwna noc mieszańca etnicznego. 1 lajk. Opowiadanie. O przeżyciach nocnych starszego mężczyzny. 624 wyrazy. https://michaeltequila.com/?m=20200129  
Gabriel Garcia Marquez. 8 lajków. Refleksje pisarza na temat własnych opowiadań. https://michaeltequila.com/?m=20200517 
Galeria handlowa. 4 lajki. O wzrastaniu mężczyzny na widok kobiety. 580 wyrazów.  https://michaeltequila.com/?m=20191210  
Głowy w autobusie do Dżajpuru. 39 lajków. Opowiadanie. 58 odcinków. https://michaeltequila.com/?p=15345  
Goryl. 4 lajki. O partii i człowieku przypominającym małpę. Opowiadanie. 3850 wyrazów. https://michaeltequila.com/?m=20200305  
Hurtownia wnętrz. Opowiadanie okolicznościowe. 1250 wyrazów. https://michaeltequila.com/?p=15008
Instrukcja obsługi pejcza. 3 lajki. Opowiadanie. O walce arystokraty francuskiego z bólem i bezsennością. 6800 wyrazów. https://michaeltequila.com/?m=20200226  
Ja, Herkules. 44 lajki. Powieść. Odc. 44/80https://michaeltequila.com/?p=16741  
Jalapo Umota, Inuit z charakterem. 10 lajków. Opowiadanie. O niezwykłych losach autochtona z Labradoru. 9700 wyrazów. https://michaeltequila.com/?m=20200320  
Kat. 5 lajków. Opowiadanie. O nietypowych urodzinach i relacjach rodzinnych. 3230 wyrazów.  https://michaeltequila.com/?p=15730
Koniec świata. 3 lajki. Opowiadanie. O człowieku, który
przeżył koniec świata. 1920 wyrazów. https://michaeltequila.com/?m=20200407  
Kronika mniej więcej osobista. 4 lajki. Różne teksty. https://michaeltequila.com/?p=13782 
Michael Tequila – przegląd twórczości: Klęczy cisza niezmącona. Pięć wybranych wierszy. Aktualizacja 2021 04 20 godz. 08.55  https://michaeltequila.com/?p=17656
Michael Tequila – przegląd twórczości: Oniemiałość. 7 lajków. Poezja. Aktualizacja 05 04 2021. https://michaeltequila.com/?m=20200520
Miniatura z kolibrem. 2 lajki. Opowiadanie. O pocieszeniu w codziennym życiu. 601 wyrazów. https://michaeltequila.com/?p=11447  
Natręt. 3 lajki. Opowiadanie. O dwóch mężczyznach na przystanku autobusowym i podstępie. 1620 wyrazów.  https://michaeltequila.com/?m=20200519  
Niedziela z Alberto. 1 lajk. Opowiadanie. O miłości i ludzkich postawach.  3718 wyrazów.  https://michaeltequila.com/?m=20200205 
Nienawiść organiczna. 2 lajki. Opowiadanie. O nienawiści do własnego ciała. 430 wyrazów.  https://michaeltequila.com/?p=10332
Niepokorny świat Izydora Czyżyka. 4 lajki. Opowiadanie. 3050 wyrazów. https://michaeltequila.com/?m=20200418  
Niesforny starzec. 2 lajki. Opowiadanie.
1720 wyrazów https://michaeltequila.com/?m=20200620  
Nowy wymiar ewolucji. 2 lajki. Opowiadanie. O technologii zastępującej ewolucję, 2510 wyrazów. https://michaeltequila.com/?p=10832  
Obraz ze zwierzętami. 3 lajki. Opowiadanie. 2920 wyrazów. https://michaeltequila.com/?p=13976  
Osiedle Panorama. 5 lajków. Opowiadanie. O pijącej młodzieży i problemach osiedla. 6470 wyrazów. https://michaeltequila.com/?m=20200420  
Ostatni dzień.
1 lajk. Opowiadanie. 1680 wyrazów. https://michaeltequila.com/?p=13619  
Papier. 2 lajki. Opowiadanie. 1520 wyrazów. https://michaeltequila.com/?p=12781 
Patriarcha Anastasio Gerylas. 2 lajki. Opowiadanie. O walce hierarchy kościelnego z Trójcą Zła. 1190 wyrazów.  https://michaeltequila.com/?p=10690  
Pies gończy słowa mówionego. 1 lajk. O społeczeństwie bliskiej przyszłości. 780 wyrazów. https://michaeltequila.com/?m=20191220  
Pogoda. 8 lajków. Opowiadanie. O niezwykłym wpływie pogody na człowieka. 6 odcinków. https://michaeltequila.com/?p=17845  
Polowanie. 3 lajki. Opowiadanie. O zabójcy z wyrachowaniem. 5200 wyrazów. https://michaeltequila.com/?m=20200413  
Pracowita noc malarza Sapiehy. 1 lajk. 2540 wyrazów. https://michaeltequila.com/?p=14447  
Prezydent Zrzeszenia Nafciarzy
. 4 lajki. Opowiadanie. O życiu wysokiego funkcjonariusza w dobie pandemii. 993 wyrazy. https://michaeltequila.com/?m=20200429   
Recydywa. 5 lajków. Opowiadanie.  https://michaeltequila.com/?p=14355   
Sierżant Baba. 3 lajki. Opowiadanie. O wojskowym szkoleniu dzieci. 980 wyrazów. https://michaeltequila.com/?p=10759  
Spryciarz i bohater. 6 lajków. Opowiadanie. Odc. 6/6. https://michaeltequila.com/?p=17733  
Stadny instynkt. 2 lajki. Opowiadanie kompletne, uzupełnione i poprawione. https://michaeltequila.com/?p=14856   
Święty Słoń. 3 lajki. Bajka dla dzieci i dla dorosłych. https://michaeltequila.com/?p=15775   
Świrus. 9 lajków. Opowiadanie. O dostosowywaniu się człowieka do zmieniającej się rzeczywistości.  https://michaeltequila.com/?p=13918
Walec drogowy. 4 lajki. Opowiadanie. 5930 wyrazów. https://michaeltequila.com/?p=14612  
W nocy wymyśliłem sobie diabła. 3 lajki. Opowiadanie. O diable podobnym do człowieka. 284 wyrazy. https://michaeltequila.com/?m=20190916 
Wsteczna ewolucja. Opowiadanie. 840 wyrazów. https://michaeltequila.com/?m=20200612  
Wykład profesora Inha. 16 lajków. Opowiadanie. O doświadczeniach i proroctwie odnośnie człowieka i epidemii.14 odcinków. 8280 wyrazów. https://michaeltequila.com/?p=17904  
Zabójstwo. 1 lajk. Opowiadanie.  https://michaeltequila.com/?p=16969  
Zimowy las. Opowiadanie.  https://michaeltequila.com/?p=14400  
Znak pokoju. 5 lajków. Opowiadanie. O rodzinnej miłości i nienawiści. 4380 wyrazów. https://michaeltequila.com/?m=20200522   

Video “Niezwykłe rzeźby”. Aby powiększyć do rozmiaru pełnoekranowego, kliknij ikonkę w prawym dolnym rogu.

Pod tym linkiem znajdziecie Państwo wszystkie moje książki w Empiku, także w wersji ebookhttps://tinyurl.com/y52br67b 

0Shares

Prezydent Zrzeszenia Nafciarzy. Opowiadanie.

Drodzy Czytelnicy,

Czasy są ciężkie. Nie tylko ja to odczuwam, ale i słudzy boży, śmieciarze, wyborcy przeszli i przyszli, nawet prezydenci. Popełniłem krótki utwór, zbrodniczy w intencjach, którego być może nie powinienem popełnić. To z nostalgii za spokojniejszym życiem.

Klikajcie, jeśli podoba Wam się to opowiadanie. Może je jeszcze poszerzę? 

Pozdrawiam,
Michael Tequila

W Internecie ukazało się zdjęcie Prezydenta Zrzeszenia Nafciarzy. Chwilę przedtem prezydent przemawiał, wygłaszając orędzie skierowane do konsumentów ropy naftowej. Mówił od serca:

– Szanowni Członkowie Zrzeszenia Nafciarzy! Panie i Panowie! Ceny ropy spadają na łeb na szyję. My, nafciarze, musimy odbiorcom płacić, aby brali od nas nadwyżki ropy naftowej i gdzieś je trzymali. Gdziekolwiek, w domu, w komórce, pod schodami, w szopie. Wirus popsuł nam wszystko. Mimo to jestem zdecydowanym optymistą. Mamy przed sobą wybory nowego Prezydenta Zrzeszenia Nafciarzy. Powiem o sobie: mam szanse. Nie wszyscy na mnie plują, obarczając mnie za sytuację z ropą naftową, która tanieje i tanieje. Żona mi mówi na przykład:

– Ty, Józiek, lepiej się pilnuj, abyś nie poszedł z torbami, jak cię nie wybiorą. Kto wtedy będzie reklamować ropę naftową? Ty to umiesz robić jak nikt. Od ciebie ludziska kupią każdą jej ilość za ostatni wdowi grosz. Masz w sobie tyle dobroci. Popiera ciebie nawet ten siwy staruszek, z którym grywasz w warcaby, a czasem to i w brydża.

– Który? – zapytał prezydent. – Znam kilku staruszków.

– No ten, o którym mówią, że oprócz szalonych pomysłów na lepsze życie, to ma jeszcze garb na plecach. To okrutne tak mówić, bo nikt nie nosi garba dla przyjemności, tylko z obowiązku lub z przywiązania.

– A! Ten – odpowiedział Prezydent, choć wciąż nie wiedział, który. Nie denerwował się jednak, bo w okresie Wirusa i jego matki Epidemii wszystkich pamięć zawodzi, tylko kontynuował orędzie.

– Kochani! Popierajcie mnie. Mam już poparcie, ale potrzeba mi więcej. Szczególnie mocno popierają mnie drobni użytkownicy ropy naftowej, członkowie naszego zrzeszenia, gospodynie domowe, bezdomni, ludzie pracujący po nocy, żniwiarze, nawet alkoholicy. Spotykam się z nimi często, rozmawiamy o różnych sprawach, nie tylko o notowaniach ropy naftowej i jej przyszłości, ale także o sprawach codziennych, obuwiu, ubraniach, filozofii, wyścigach konnych. Z gospodyniami wymieniam się przepisami, jak ugotować tanio kapuśniak. Teraz jest dużo świeżej kapusty, promuję więc zdrowe odżywianie się. Głównym tematem teraz są oczywiście  wybory władz Zrzeszenia Nafciarzy, wyjątkowo kłopotliwe z uwagi na  panoszenie się Wirusa i jego matki Epidemii. Są ludzie, którzy mnie nienawidzą, choć nie wiem dlaczego, ale ja się tym nie zrażam. Jestem bardzo religijny; na ich zniewagi i zaczepki odpowiadam nastawieniem drugiego policzka. Czasem to boli, ale takie jest życie. Żona też mi obiecała, że mnie szybko nie opuści. To zależy od wyników nie tylko notowań ropy naftowej, cen kupna i sprzedaży, ale i wyborów do naszego Zrzeszenia Nafciarzy, jednego z największych na świecie. Sam nie wiem, jak oceniać te wybory. Wszyscy wokół mówią: po prostu pójść, zagłosować i wybrać! Dla mnie, kandydata na prezydenta tak wielkiej i znanej  organizacji, nie jest to takie proste. 

Na razie, tak jak inni, pomagam przy ich przygotowaniu. Z trzech metod głosowania, osobistego, elektronicznego i korespondencyjnego, najbardziej wierzę w osobiste. Zachęcam do tego obywateli. Na argumenty przeciwników wyborów, mówiących, że w okresie rządów Wirusa i jego matki Epidemii, są one wręcz niebezpieczne, odpowiadam:

– To trudno! Nic na to nie poradzimy. Czasem człowiek musi ponieść ofiary. Ja też ponoszę. Inni chodzą piechotą, dzięki czemu utrzymują się w dobrej kondycji, a ja co? Muszę jeździć dużą i luksusową limuzyną, bo tak wypada, wskutek czego łatwo gubię w jej wnętrzu i czuję się samotnie. Duży pojazd wymaga dużo wolnej przestrzeni wokół siebie, przez co jeszcze bardziej odczuwam pustkę. Doprawdy, nie jest mi łatwo. Co gorsze, okna w samochodzie mam zaciemnione, ze względu na to, że każdy chciałby zajrzeć do środka, popatrzeć mi w twarz. Może nawet czymś rzucić, bo szaleńców w naszym kraju nie brakuje. Sam samochód też nie sprawia mi radości swoim wyglądem, mimo że jest cudem techniki. Brak mu opływowego kształtu; zamiast wdzięku kobiety zakochanej w biżuterii ma w sobie toporność pijanego drwala. Przepraszam, że tak mówię, ale to prawda. Jest szybki, ale opony łatwo mu pękają. Zawsze wozimy ze sobą kilka do wymiany. I jak to wygląda: bagażnik zapchany oponami! Samochód jest jednak bezpieczny, bo ma opancerzenie jak czołg. Dzięki temu, jak z rozpędem wjedziemy do lasu, to zatrzymujemy się dopiero po dwustu metrach, może nawet więcej. Nie sprawdzałem tego, wierzę kierowcy na słowo. Ciężar tego opancerzenia czuję w sercu, w głowie i w nogach. Nie podoba mi się też, że jestem cały czas za szybą. Czy to ja jestem pytonem, którego trzyma się w szklanym opakowaniu, aby mu się ludzie przyglądali z bezpiecznej odległości? Nie znoszę tego. Mój świat, moje życie – Prezydent Zrzeszenia Nafciarzy rozgadał się – to być wśród obywateli, ściskać ręce, obejmować niektórych cieleśnie, czasem nawet wziąć na ręce jakieś dziecko. Kocham dzieci. Szczególnie dziewczynki w wieku od dwunastego do siedemnastego roku życia. One są tak rezolutne. Strasznie je lubię. Koresponduję z nimi na różnych forach, czatach i platformach. Jest tych miejsc do konwersacji do licha i trochę, że miesza mi się w głowie od samych nazw, nie mówiąc o przepisach uczestnictwa.

Rumiane policzki Prezydenta Zrzeszenia Nafciarzy zarumieniły się jeszcze bardziej. Był poruszony. Kontynuował orędzie. Tematem były skrzynki pocztowe niezbędne w wyborach. Prezydent mówił o naprawie uszkodzonych skrzynek, aby karty do głosowania nie wypadały na ziemię.

– To wielkie wyzwanie. Stworzyliśmy lotne brygady naprawcze. Warunki są trudne. Czasem trzeba pracować w górach, gdzie jest stromo, czasem nocą, czasem w suszy, że aż język wysycha, bo deszczu wciąż nie ma. Wszędzie czai się ten wirus, ludzie muszą dezynfekować się spirytusem. Każdy broni się jak może. Sam chciałem im pomóc. Mam w moim pałacowym gabinecie obcęgi, młotek i gwoździe. Rozmawiałem o tym z psychiatrą, który pomaga mi ogarnąć się w tym trudnym świecie, i on powiedział mi, że nie wypada.

– Ludzie uznają pana za pracoholika. I tak widzą pana ciągle w telewizji; brakuje jeszcze żeby zobaczyli pana jako samodzielnego  instalatora skrzynek pocztowych.

– Członka lotnej brygady naprawczej – poprawił go prezydent.

– No właśnie – odpowiedział psychiatra. – Dobrze, że pamięć pana nie zawodzi, to może nawiąże pan rozumny kontakt z gawiedzią. Chciałem powiedzieć, ze zwykłymi szarymi ludźmi na ulicy, aby ich zachęcić do uczestnictwa w wyborach poprzez skrzynkę pocztową. 

Prezydent zgodził się. Dla wszystkich członków Zrzeszenia Nafciarzy, uczestników spotkania z Prezydentem, było to głębokie przeżycie. Wirus wydał się jakiś skromniejszy, a jego matka Epidemia mniej groźna niż zwykle.

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, 29 04 2020

0Shares

O kobietach, które mówią skrótami

Są ważne sprawy, o których nie pamiętają kronikarze spisujący dzieje ludzi i zwierząt. Dzisiejszy blog jest przestrogą dla tych, którzy sądzą, że mężczyzna i kobieta różnią się tylko szczegółami anatomicznymi i długością życia. Szczegóły wewnętrzne, jak to wykażę, są ważniejsze. Mogą zadecydować o „być albo nie być” niejednej istoty ludzkiej. Tematem jest komunikacja między mężczyzną i kobietą, ich porozumiewanie się. Piszę o tym niekiedy żartobliwym stylem, treść jest jednak jak najbardziej poważna.

Posłużmy się przykładem małżeństwa w sile wieku. Oboje są sensownie rozwinięci umysłowo z tym, że on nieco kuleje w materii pamięci i kojarzenia. Inwalidztwo to nie jest aż tak widoczne jak krótka noga alkoholika, który w stanie optymistycznego upojenia usiłował pokonać truchtem tory kolejowe przed zbliżającym się pociągiem towarowym.

Wszyscy wiedzą, że mózg kobiety i mózg mężczyzny skonstruowane są inaczej. Obie płcie mają inaczej ułożone klocki w głowie. Mężczyzna ma słabszą pamięć do szczegółów. Kobieta pamięta dokładnie, co i gdzie położyła trzy lata wcześniej na szesnastu półkach w wielkiej szafie. Jest to fenomenalne i godne zalecenia pod warunkiem, że nie rujnuje małżeństwa przypominaniem mężowi:

Czemu nigdy nie pamiętasz, co gdzie kładziesz?

Mój szwagier w takiej sytuacji ratuje się deklamując z przekonaniem poemat „o artystycznym nieładzie w domu i zagrodzie”. Inni są mniej pomysłowi. Pewien mąż, którego znam osobiście, dostaje wtedy białej gorączki, nawet jeśli przedmiot, o którym mowa to jego ulubiona czerwona koszulka z długimi rękawami. Gorączka nachodzi go, ponieważ żeby nie wiadomo jak się starał, to i tak nie zapamięta tak ważnego faktu, jakim jest miejsce położenia czerwonej koszulki (z długimi rękawami), kluczy, telefonu komórkowego i dziesiątki innych rzeczy. Pamiętanie stanowi dla niego tym większe wyzwanie, że ów osobnik miewa chwile ogłupiającej senności po posiłku i myślenie idzie mu wtedy jak po grudzie. Mówiąc prawdę, bywają dnie, kiedy w ogóle nie idzie.

Pewnego upalnego dnia mąż zaproponował żonie zainstalowanie termometru w jej pokoju. Przyłożył termometr do boku półki na książki i zapytał:

Czy tu będzie dobrze?

Nie, tutaj nie będę dobrze widziała. Zawieś go tam, gdzie ta wyblakła niebieska kobieta.

Jego rozgrzany upałem mózg zaczął intensywnie pracować szukając w pamięci, co znaczy „wyblakła niebieska kobieta” i gdzie ona jest. Szukał tak intensywnie, że jego mózg zagrzał się do temperatury, w której puścił wentyl bezpieczeństwa. Jego właściciel zaklął szpetnie używając dwóch powszechnie znanych słów i krzyknął:

Przestań dawać mi zagadki do rozwiązania! I tak ledwo myślę, a ty mi dajesz zagadkę, zamiast powiedzieć, o co chodzi!

Okazało się, że chodzi o ściankę stojącej tuż obok drugiej półki z książkami, gdzie wisiała wyblakła fotografia kobiety na niebieskim tle.

Analizując rzecz bliżej okazuje się, że komunikacja kobiety z mężczyzną jest bardzo wymagająca. W związku z tym apeluję do kobiet. Kiedy mu powiesz „wyblakła niebieska kobieta”, za żadne skarby świata nie odgadnie, o co chodzi. Ponieważ ma wiele innych rzeczy do zrobienia i nie chce uchodzić za głupka, co to nie rozumie prostych rzeczy, rozpaczliwie chce to ukryć i wybucha niepotrzebnie przekleństwami tracąc cenną energię. Proces ten znany jest w biochemii pod nazwą „wymiana energii na przekleństwa”.

Wniosek wynikający z relacji może być zaskoczeniem. Nie wynika on bezpośrednio z treści i refleksji nad relacjami damsko-męskimi, ile z szacunku dla wymierających gatunków. Zagrożony jest nie tylko dziobak, czarny diabeł tasmański i biały struś australijski, lecz również mężczyzna, którego niszczą: przekleństwa, upał, klimatyzacja, wódka, narkotyki, onanizm (w młodym wieku), prostata (w starszym wieku), nieokiełznany seks i pracoholizm (przez całe życie), technologie in vitro, wirus wywołujący zainteresowanie innymi mężczyznami oraz kobiety mówiące skrótami.

Kobiety (przynajmniej niektóre) myślą i mówią na skróty. Dlaczego? Nie mam najmniejszego pojęcia. Czy ktoś to potrafi wyjaśnić? Byłbym wdzięczny.

0Shares