Niesforny starzec. Groteska.

Radosław Bojan był postawnym mężczyzną w zaawansowanym wieku. Przyjaciele zwali go radosnym emerytem, choć taki radosny, jak im się wydawało, to on nie był. Takiej opinii była też jego rodzina. Jeden z jej członków, prosząc o nieujawnianie imienia ani nazwiska, a nawet pseudonimu, przedstawił sprawę krótko i jasno:

– Radosław to człowiek, który źle sypia, chodzi po nocy, sprawia najbliższym kłopoty, dziecinnieje, a w dodatku pije do upadłego, a potem twierdzi, że są to zioła, choć śmierdzi od niego alkoholem na odległość. Jednym słowem jest zakałą rodziny. Ponadto ma na imię Radosław. Jest to imię znienawidzone w naszym rodzie, bo w jego przeszłości, która sięga Łokietka ludzie o imieniu Radosław okazywali się pedofilami albo, nie będąc prawdziwymi księżmi, chodzili w sutannach, co prawie na jedno wychodzi.

Rodzina zmordowana wybrykami starca wywoziła go dwa razy do lasu, aby przewietrzył się, otrzeźwiał i doszedł do siebie, jak mówili, albo pozostał tam w celu upokorzenia się i śmierci głodowej, jak mówił on sam. W sumie nic się nie stało, bo w lesie Radosław za każdym razem ożywał i nabierał wigoru, przypominając sobie, że kiedyś był komandosem i to gdzie, w Maroku w Legii Cudzoziemskiej, o której z pasją opowiadał. Kiedy wracał pamięcią do wojennej przeszłości, przypominał sobie wszystkie sztuczki i chwyty wojskowe, dzięki którym wychodził z lasu obronną ręką.

Jego cudowne ocalenia nie kończyły się dobrze dla rodziny, ponieważ organizacje seniorów za każdym razem z całą bezwzględnością oskarżały ją o zaniedbania i próbę jego zabójstwa. Rodzina broniła się, wyjaśniając i tłumacząc, jak również przedstawiając dowody w postaci zdjęć, że starszy pan sam uciekał z domu do lasu z powodu utraty pamięci i tęsknoty za naturą.

– Przypominała mu się wtedy partyzantka, w której nigdy nie był. Niszczy go fatalna niepamięć, że nie powiem demencja, bo to straszny wyraz. On patrzy w lustro, pozdrawia a następnie wygania z domu człowieka, którego tam widzi – tłumaczyła synowa Radosława, mająca z nim na pieńku od czasu, kiedy powiedział, że widział ją nocą na moście z naćpanym facetem.

– Po co przyszedłeś – pytał tego w lustrze – a potem krzyczał głośno: – Nikt cię tu nie zapraszał.

– Było to w nocy – wyjaśniała synowa. – Zbiegli się sąsiedzi, zrobiła się awantura, że najpierw ktoś kogoś zaprasza, a potem jest taki niegościnny, że go wypędza.

Dochodzenie policyjne ustaliło, że były to słowa mężczyzny z lustra. Jak się okazało, był to starszy brat Radosława, tak bardzo do niego podobny, że myśliwi mówili, że to skóra ściągnięta z Radosława. W ogóle było niemiło, jak to przy każdym zbiegowisku, kiedy ludzie są spragnieni, a nie ma wódki tylko jedna wielka okazja do kłótni.

W niedziele Radosław chodził do parku miejskiego i wygłaszał tam przemówienia polityczne, w których oskarżał premiera o rozdwojony język i krzywoprzysięstwo, co można było różnie tłumaczyć, albo malował obrazy.

– Hyde Parku mu się zachciało – Mówił wtedy jego starszy brat z najwyższym oburzeniem.

Ludzie spoza rodziny Radosława byli pozytywnie nastawieni do niego.

– To dusza artystyczna – wyjaśniali – kiedy wypisywał graffiti na ścianie przystanku kolejowego, jednego z tych nowoczesnych, gdzie jest miejsca do diabła i trochę na afisze, ogłoszenia, murale i napisy.

– Takiej jałowej przestrzeni miejskiej nie można pozostawić niezagospodarowanej – mówił Radosław – i spokojnie malował graffiti. Nazywał je malunkami albo malowidłami. Raz o mało co nie wywołał wypadku. Ludzie tak się namiętnie gapili na jego malunki, uważając, że były doskonałe, że kiedy pociąg wjeżdżał na peron, w ogóle tego nie zauważyli. Maszynista gwizdał i gwizdał, lecz niewiele to pomogło. Byli tak zaślepieni sztuką muralną Radosława, że o mało co nie powpadali pod pociąg. Jeden z mężczyzn stojących na peronie spadł wówczas na szyny i złamał sobie nogę.

Był to głośny wypadek, opisywała go prasa. Nazwano go wypadkiem z psem Baskerwilów, bo na torach znalazł się także wielki dog duński, ogromnie zwierzę, który skoczył za swoim panem na szyny, prawdopodobnie dlatego, że był na smyczy. Świadkowie mówili, że z pyska ziało mu fosforem. Właściciel przyznał, że faktycznie poprzedniego dnia pies wypił mu połowę farby do malowania ścian, fosforyzującej w nocy.

Ludzie pytali, co się stało z psem. Szczególnie namolni w odpytywaniu właściciela byli ludzie z ochrony środowiska, nazywający siebie zielonymi.

– Myślałem, że pies zdechnie, ale nie. Zawiozłem go do znajomego weterynarza, gabinet był jednak nieczynny. Wtedy zawiozłem go do pogotowia ratunkowego zwierząt. Tam lekarz weterynarii obejrzał go dokładnie, popatrzył mi w oczy i zapytał, co mój pupil zjadł lub wypił. Kiedy mu powiedziałem, wydał diagnozę:

– Niech pan lepiej szykuje trumnę dla psa.

W poczekalni pogotowia ratunkowego oprócz właściciela dużego psa byli jeszcze dentysta, mechanik samochodowy i ksiądz, każdy ze swoim pupilem. Wywiązała się awantura.

– Jak może pan sugerować trumnę i pochówek dla psa jak dla człowieka? – Zapytał ksiądz przypominający cywila w sutannie, prawdopodobnie dlatego, że był nieogolony.

– A nie jest to stworzenie boże jak każdy z nas? – Weterynarz rzucił wyzwanie duchownemu patrząc mu prosto w oczy jakby chciał go wyspowiadać. Wkrótce wyszło na jaw, że był to ateista czystej wody, gdyż zaczął złorzeczyć najpierw na pojedynczych księży, potem zbiorowo na kler. Oskarżał ich o to, że nie ćwiczą żadnych sportów, tylko hodują kałduny. W końcu wspomniał coś o pedofilach. Ksiądz oburzył się, wpadł we wściekłość i uderzył go w twarz tak silnie, że weterynarz upadł. Napadnięty wstał z podłogi, wytarł z kurzu i pyłu twarz i ręce wilgotną ściereczką, którą miał w kieszeni fartucha, i hojnie mu oddał.

– Rozpoczęła się regularna bijatyka. Dobrze, że pies leżał i spokojnie przyglądał się rozgrywającym się na jego oczach dantejskim scenom nie decydując się interweniować, bo to wielkie zwierzę i byłaby jatka jak się patrzy. Nigdy by ich nie pozszywali – opowiadał potem Radosław, który jakimś cudem też tam się znalazł.

– Nie wiadomo, czy to właśnie nie on wywołał tę awanturę. Gdziekolwiek się nie znajdzie, zaraz powstają niesnaski – skarżyła się rodzina.

Sprawa bijatyki trafiła do sądu. W tym samym dniu o tej samej godzinie toczyły się tam dwie rozprawy, które zupełnie przypadkowo zazębiły się o siebie. Pierwsza dotyczyła bijatyki w poczekalni pogotowia ratunkowego zwierząt. Na drugiej miał być rozpatrywany spór miedzy parlamentarzystą a obywatelem, który nie zgadzał się z nim w sprawie wysokości funduszu walki z wtórnym analfabetyzmem i upadkiem moralnym obywateli.

Starzec Radosław dostał wezwanie do złożenia zeznań jako świadek zajścia. Sprawę miała prowadzić sędzina w zastępstwie sędziego, który w ostatniej chwili odmówił udziału w rozprawie wyjaśniając, że dosyć ma sporów, nieuczciwych weterynarzy, mechaników samochodowych, dentystów, księży i innych przebierańców.

– To wszystko oszuści – krzyczał na korytarzu, kiedy koleżanka zapytała go, dlaczego nie chce poprowadzić sprawy.

– To kto jest uczciwy według kolegi? – zapytała rzeczowo, lekko już zdenerwowana.

– Tylko politycy! – wykrzyknął sędzia. Nie wiadomo czy mówił to poważnie, czy żartował, bo twarz mu się wykrzywiła boleśnie z lewej strony, gdzie miał szpetną bliznę po ciosie nożem zadanym przez świadka, który oskarżał go o stronniczość.

Zachowanie sędziego wyprowadziło z równowagi ludzi przybyłych na rozprawę dotyczącą członka ich rodziny, który wszedł w konflikt ze znanym parlamentarzystą.

– Ten typ był pijany, wstał z rynsztoka – mówił o parlamentarzyście brat oskarżonego – i chciał nasikać do kieszeni oskarżonego w przekonaniu, że stoi przed nim pisuar. Przeklinał przy tym okropnie używając wyzwisk i wulgaryzmów.

Rozprawa w sprawie pijanego i wulgarnego parlamentarzysty stała się głośna, bo w grę wchodziła wielka polityka. Prowadzący ją sędzia zadał oskarżonemu pytanie:

– Czy nie chodzi o to, że to pan napadł na Bogu ducha winnego parlamentarzystę, zepchnął go do rynsztoka i chciał go skopać, ponieważ nie zgadzał się on z oskarżonym co do wysokości składek na fundusz walki z wtórnym analfabetyzmem i upadkiem moralnym obywateli, którzy kłamstwo uznają za prawdę, a prawdę za kłamstwo.

Na rozprawie dotyczącej bijatyki z udziałem dentysty, mechanika samochodowego, księdza z małym pieskiem i weterynarza, Radosław brał udział jako świadek zdarzenia. Zapytany, co wie o zajściu, zaczął od wyjaśnienia okoliczności swej obecności w poczekalni u weterynarza w tamtym miejscu i czasie. Zaczął bardzo rezolutnie korzystając z łaskawości sędziny, reprezentującej życzliwy stosunek do osób starszych.

– Wcześniej nie miałem tej świadomości, jakoś umknęło mojej uwadze, jak ja się tam w ogóle znalazłem. Jest to chyba kwestia pamięci, która w miarę starzenia się zaczyna chodzić własnymi drogami, niekiedy przez wertepy i bagna. A może po prostu bałem się zbudzić demony wspomnień, które drzemią we mnie?

Sędzina patrzyła na Radosława jakby zdziwiona, co zrozumiał jako zachętę do kontynuacji swoich wynurzeń. Zakończyło si to niestety orzeczeniem obrazy sądu przez Radosława i usunięciem go z sali rozpraw przez woźnego sądowego.

Radosław wyjaśniał przyjaciołom po rozprawie, że na sali sądowej zamierzał uczciwie opisać zdarzenia, w których uczestniczył, oraz własny charakter, czyli wszystko to, co jego zdaniem było istotne dla wyjaśnienia przebiegu awantury. Od razu przyznał, że nie jest ideałem. Jako przykład podał, że w dniu pierwszego września, kiedy rodzice i dzieci przygotowywali się do nowego roku szkolnego, on jakby nigdy nic pojechał na plażę San Domingo, aby popływać. Pływał daleko od brzegu, aby zaimponować plażowiczom jaki to on jest odważnym i dobrym pływakiem. Nie było to jeszcze najgorsze przewinienie. W drodze na plażę i w drodze do domu, jak i na samej plaży uważnie przyglądał się kobietom i wybierał te najbardziej ponętne.

Sędzinę to zaintrygowało, poprosiła go o przedstawienie szczegółów. Odpowiedział, że taksował je wzrokiem, jedną nawet rozebrał wizualnie.

–  Nie żałowałem tego. W ogóle zachowywałem się niesfornie, a może nawet bezczelnie. W dodatku nie robiłem tego za ich zezwoleniem, ale też z drugiej strony powstrzymałem się od dociekania szczegółów o każdej nich, pytania, ile ma lat, ile waży, jak się odżywia, co robi a czego nie robi w samotności. Nawet takie moje zachowanie nie usprawiedliwia traktowania mnie przez własną rodzinę jak wyrzutka, krnąbrnego starca a nawet zarazy. Nigdy nie powiedzieli mi tego wprost, ale wiem, że tak jest i jest to niesprawiedliwe. Dlatego mam powody, aby nie lubić mojej rodziny, ponieważ mówi i myśli o mnie  dziwne rzeczy. Przede wszystkim, o tym, jak rzekomo zachowuję się, patrząc w lustro.

Tak zakończył swoją historię Radosław Bojan, ten sam, co to dziecinniał, źle sypiał, chodził po nocy, sprawiał najbliższym kłopoty, pił do upadłego, twierdząc potem, że były to zioła, choć śmierdziało od niego alkoholem, co go rodzina dwa razy wywiozła do lasu, gdzie ożywiał, przypominał sobie, jak kiedyś był komandosem w Legii Cudzoziemskiej, i wychodził z lasu obronną ręką.

Autor: Michael Tequila
Gdańsk, 20 06 2020

0Shares

Szopka świąteczno-noworoczna. Odc. 7: Inkwizytor Zbig Staniucha

Po opadnięciu fali braw, jakimi nagrodzono Plenipotenta, na środek sali wystąpił Zbig Stanucha, znany aktor i inscenizator. Otaczała go dyskretna aura zapachów z kadzielnicy. Mężczyzna miał na sobie strój inkwizytora: na głowie trójkątną zdobną infułę; lamowana zlotem narzuta na ramionach przykrywała górną część jasnej sukni biskupiej, piersi zdobił owalny medalion na łańcuchu. Strój dopełniały czerwone rękawiczki. Prawą dłoń inkwizytor uniósł do góry w geście błogosławieństwa, w lewej trzymał wysoki pastorał. Zza wąskich szkieł okularów spoglądały chłodne oczy odnowiciela ducha społeczeństwa. Czarne wąsy i dyskretna broda okalały zaróżowione policzki. Mimo obwisłych policzków i zbyt wąskich ust, twarz dostojnika pozostawała kształtna, wyrażając spokój i opanowanie.

Staniucha przemawiał bez pośpiechu, w duchu ugody i porozumienia.

Wybaczcie mi, przyjaciele. Znacie mnie, jestem inkwizytorem, skupiam w sobie ważne funkcje oskarżyciela, obrońcy i sędziego. W sztuce „Przebudzenie wiernych”, w której grałem kluczową rolę i którą sam inscenizowałem, trolle okazały się nieudanym eksperymentem. Wystraszyły niepotrzebnie społeczeństwo. Włączyliśmy je do sztuki bez dostatecznego przetestowania. Odbiło się to rykoszetem. Spadły gęste odłamki, jeden z moich przyjaciół został ranny. Tragiczne było to, że pod wpływem sztuki ludzie zakładali togi i łańcuchy, które okazywały się tak ciężkie, że wciągały ich pod koła samochodów, autobusów, tramwajów a nawet kombajnów. Pojawiły się protesty uliczne. Wydarzenia te wiązano z naszym teatrem, w szczególności ze mną. Przepraszam was za to. Wprawdzie konfrontacja, zderzenie postaw, jest częścią teatru, nie może jednak powodować, że ludzie rzucają się pod koła i popełniają samobójstwa. To dowód niedojrzałości społeczeństwa. Dla przywrócenia dobrego nastroju, trwa przecież nowy rok, serdecznie zapraszam na kiełbaski z rusztu. Jeśli ktoś się zatruje, to nie będzie to moja wina. – Zbig zaśmiał się serdecznie. Zauważając, że nikt mu w tym nie towarzyszył, przybrał poważny wyraz twarzy:

– To był tylko żart. Nie zawsze aktorowi wszystko się udaje, Teatr to wielka, ale i trudna sztuka.

0Shares

Gwarancja twórczej jakości. Opowiadanie.

Drodzy Czytelnicy,

Jestem tak zajęty pisaniem kolejnego opowiadania z gatunku fantastyki, że dzisiaj mogę zaoferować jedynie humoreskę, która na konkursie literackim na krótkie opowiadanie w Gdańsku Oliwie w 2017 roku przysporzyła mi wyróżnienie. Nawiązuje ona do „gwarancji jakości”, jakiej (pół żartem, pół serio) udzielam wszystkim osobom zainteresowanym moją twórczością literacką. Do treści opowiadania wprowadziłem tylko jedną lub dwie kosmetyczne zmiany.

Pozdrawiam serdecznie,

Michael Tequila

Był pisarzem. Młodym i świeżym jak wiosenny wiatr, choć wyglądem przypominał początkującego starca. Produkty swojej twórczości określał mianem dzieł literackich, a swoje rzemiosło traktował tak poważnie, że zdecydował się udzielić gwarancji ich jakości. Przygotował ogłoszenie i umieścił je w prasie:

– Ja, autor Eduardo Tey, daję uczciwą i pełną gwarancję, że moje książki są bardzo przyzwoicie napisane. Gwarancja jest pisemna, a jeśli trzeba, chętnie udzielę także ustnej. Jeśli czytelnik nie jest zadowolony z książki, ma prawo złożyć zażalenie i uzyskać przeprosiny autora.

Najpierw była powieść obyczajowo-sensacyjno-kryminalna zatytułowana „Sędzia od Świętego Jerzego”. Jak tylko trafiła do księgarni, otrzymał pierwszą reklamację. Określił ją mianem zażalenia. Przeczytał je trzy razy, aby upewnić się, że dobrze zrozumiał czytelniczkę.

Wredny Autorze „Sędziego od Świętego Jerzego”!

Przeklinam Pana w żywe kamienie. Swoją nędzną bazgraniną odebrał mi Pan czas, zdrowie i pieniądze. Jest Pan bezwstydnym nieukiem niemającym pojęcia o pisaniu powieści. Zrażona przez Pana do literatury pięknej sama zaczęłam pisać; idzie mi bardzo dobrze. Żegnam Pana epitetami.

Szczerze Panu nieżyczliwa,

Zuzanna Z

Pisarz poczuł, że jego autorską świeżość ożywił nowy wiatr. Przekaz czytelniczki wziął sobie do serca i od razu udzielił odpowiedzi, aby nie pozostawiać wątpliwości, że poważnie traktuje swoją misję. List napisał na bladoróżowym, kredowym papierze w kwieciste wzory; jego kolor i tekstura miały sprawić dodatkową przyjemność czytelnicze.

Szanowna Pani Zuzo!

Pani krytyka mojej powieści jest niezwykle trafna. Zgadzam się z Panią, że fabuła jest nudna, bohaterowie są gorsi od polityków, a zakończenie utworu jest beznadziejne. Zrozumiałem to dopiero wtedy, kiedy sam przeczytałem książkę. Było już jednak za późno, aby cokolwiek zmienić. Szczerze przepraszam za lichą jakość mojej produkcji. Niech Bóg Panią błogosławi w drodze ku lepszej literaturze.

Z poważaniem,

Eduardo Tey

Po kilku dniach napłynęła nowa reklamacja, tym razem od mężczyzny. Ucieszyło to autora, ponieważ obawiał się, że książki czytają tylko kobiety, istoty poświęcające mniej uwagi piciu piwa a więcej rozwojowi duchowemu.

Szanowny Panie!

Proszę nie szczycić się tym, że w formule powitalnej użyłem określenia „Szanowny”, ponieważ Pańska książka jest tak nędzna, że zaraz po jej skończeniu wyrzucę ją do kosza. Albo nie. Przeczytam ją jeszcze raz, bo nie wszystko dobrze zrozumiałem w mętnym tekście i szemranej fabule powieści. Życzę Panu wszystkiego najgorszego, kiepskiego zdrowia, nieudanych wakacji, złego samopoczucia oraz niespełnienia skrytych marzeń.

W ogóle nie pozdrawiam Pana,

Jerzy Jarosław K

Zażalenie spotkało się z natychmiastową odpowiedzią autora.

Drogi Panie Jerzy Jarosławie,

Przepraszam Pana serdecznie za zawód, jaki Pana spotkał. Pańska krytyka treści i ocena wartości powieści jest naprawdę przekonywująca. Dzięki Panu zrozumiałem wszystkie swoje błędy. Aby je naprawić, zapisałem się na dwa warsztaty superkreatywnego pisania. Będę wdzięczny za publiczne nazwanie mnie miernotą pisarską. Życzę Panu wszystkiego najlepszego. Cieszę się, że już się nie spotkamy.

Z szacunkiem,

Eduardo Tey, pisarz, który dzięki Panu naprawił swoje życie.

Za każdą nową reklamacją, pisarz popadał w głęboką zadumę, ciesząc się, że jego utwory spotykają się z żywym zainteresowaniem czytelników. Z wielką przyjemnością odpowiadał na korespondencję wiedząc doskonale, że jedyną drogą do sławy literackiej jest pełne zrozumienie i życzliwość wobec czytelnika.

„Sędzia od Świętego Jerzego”, wersja elektroniczna i drukowana:

https://www.empik.com/sedzia-od-swietego-jerzego-tequila-michael,p1112953163,ksiazka-p

0Shares

Trzecie przesłuchanie Namiestnika. Powieść psychodeliczna. Odc. 13.

Sprawa niezapłaconych faktur odbijała się Namiestnikowi przykrą czkawką. Odczuwał gorycz w gardle i niesmak w ustach. Zagraniczni kuzyni, którym winien był pieniądze, nie ustępowali, upierając się, że zapłata należy im się jak amen w pacierzu. Skierowali sprawę do sądu, tym razem w swoim kraju. Było to niewygodne dla Namiestnika. Nie podobało mu się bardzo, że musi wystąpić w sądzie jako oskarżony o niezapłacenie faktur. Psuło to jego reputację. O powodach powiedział krótko:

– To podli ludzie. To ma być rodzina?!

Rozprawa odbyła się za granicą. Z uwagi na pilne obowiązki służbowe Namiestnik odpowiadał przez Skype. Sędzia, prokurator, powód i świadkowie oraz pozostali uczestnicy rozprawy oglądali transmisję na dużym ekranie telewizyjnym w sali sądowej.

Rozprawa zaczęła się chaotycznie. Prokurator był marnie przygotowany. Miał znikome pojęcie o budownictwie, zwłaszcza budowie wieżowców. Jak później zgodnie poinformowały media krajowe, sponsorowane i niesponsorowane, osobiście zbudował on tylko własny dom jednorodzinny, chatkę w ogrodzie dla synka oraz dwie budki dla ptaków.

Namiestnik spokojnie i rzeczowo odpowiadał na jego napastliwe pytania. W pewnym momencie prokurator z wściekłości wyszczerzył zęby, jakby chciał ugryźć pozwanego siedzącego z podniesioną głową i oczami wpatrzonymi w odległy ekran. Scenę tę wychwycili reporterzy sądowi. Pokazano ją w telewizji obydwu krajów.

Na pytanie prokuratora, jaką rolę pełni oskarżony w budowie wieżowców, wyjaśnił, że oprócz roli Namiestnika, spełnia się także jako przedsiębiorca.

– Robię to dorywczo na zasadzie hobby, tym chętniej, że nie są to byle jakie wieże, ale typu Abu Dhabi, najwyższego lotu, w pełni oszklone, samomyjne, dokumentujące wielkość osiągnięć kraju, jaki reprezentuję.

– Jakim konkretnie celom mają służyć te wieże, oprócz zaspokojenia pasji hobbystycznej oskarżonego? – Zapytał niechętnie prokurator, na co Namiestnik wytłumaczył, że mają być w nich zorganizowane zbiorniki do myślenia.

Wyjaśnienie zaskoczyło prokuratora jak i sędziego. Dziennikarze obecni na rozprawie rzucili się do laptopów i smartfonów, szukając wyjaśnień w Internecie. Prokurator podszedł do sędziego i poprosił o słowo. Po krótkiej konsultacji sędzia zapytał Namiestnika, jak rozumie określenie „zbiornik do myślenia”. Oskarżony, korzystając z pomocy tłumacza, wyjaśnił, że jest to termin naukowy pochodzący z języka angielskiego. Na prośbę sędziego przeliterował litera po literze „t-h-i-n-k-t-a-n-k”. 

– Jest to konstrukcja ułatwiająca zbiorcze myślenie na wielką skalę. Nas interesuje przede wszystkim myślenie strategiczne w skali krajowej jak i międzynarodowej. Na dowolny temat.

Na te słowa głowa sędziego opadła. Rzecznik sądu, mężczyzna wygadany, ale o tak nierównej twarzy, jakby go pokręciło, wytłumaczył, że sędzia uznał oświadczenie pozwanego za obrazę sądu. Obrońca Namiestnika stwierdził, że zaszło nieporozumienie, choćby dlatego, że jego klient sam serdecznie nie znosi chamstwa, kłamstwa i obrazy.

Ostatecznie wyjaśniono, że Namiestnik odmówił zapłaty faktury za papę i gwoździe, ponieważ dostarczony towar był wadliwy. Co więcej, nie zgadzała się także ilość materiału ani termin dostawy.

– Nic się nie zgadzało – podkreślił z powagą świadek pozwanego.

Przyjmując to do wiadomości, prokurator zaskoczył wszystkich niezwykłą obserwacją.

– Prawo międzynarodowe nie zezwala, aby osoba na takim stanowisku – prokurator podkreślił wyraz „takim” – jakie pan zajmuje, prowadziła działalność budowlaną.

W odpowiedzi to Namiestnik złożył oświadczenie.

– W moim kraju każdy człowiek jest wolny, duży czy mały, łysy czy owłosiony, na całym ciele czy lokalnie, i ma święte prawo do posiadania hobby, namiętności, pasji a nawet manii, która go rozwija, zgodnie z Instrukcją Obsługi Państwa i Obywatela, stanowiącej najwyższą formę prawa i praworządności w każdym kraju. Dla mnie jest ona świętością. Ja sam, zajmując wysokie stanowisko, też mam do tego prawo, ponieważ przestrzegam prawa i głęboko wierzę w Boga.

W stanie wzruszenia powiedział to tak niewyraźnie, że nie dosłyszano go na sali rozpraw, w związku z czym jego słowa nie mogły być zaprotokołowane. Sędzia uznał oświadczenie za nieważne. Prokurator ponownie poprosił sędziego o słowo, aby złożyć wyjaśnienie. Po uzyskaniu zgody, zbliżył się do sędziowskiego stołu. Kiedy sędzia nachylił się, aby go wysłuchać, prokurator jakby zawahał się, po czym szepnął: 

– Szanowny panie sędzio! Proponuję zdecydować o tym po konsultacji z naszym najwyższym zwierzchnikiem.

0Shares

Prawda nas zaboli. Wyborcza v. PiS w sądzie.

 Anton Raphael Mengs : Prawda (dodajmy: jest piękna).

„Prawda nas zaboli” to hasło i audycja Radia TOK FM. Mnie nie zabolało. Mam grubą skórę.

Wyborcza wygrała proces w sprawie uwikłania polityków i funkcjonariuszy PiS w warszawską aferę reprywatyzacyjną. Chodzi o teksty opublikowane w papierowym wydaniu „Wyborczej” i serwisie Wyborcza.pl od 13 lutego do 13 marca 2018 r. PiS uznał, że zostały napisane nierzetelnie i że naruszyły „dobre imię partii”.

Warszawski sąd uznał, że artykuły Wyborczej były rzetelnie udokumentowane, a dziennikarze działali w interesie publicznym. Prowadzący sprawę sędzia Jacek Tyszka oddalił żądania PiS (usunięcie tekstów z Internetu, wielokrotne przeprosiny oraz 30 tys. zł zadośćuczynienia) i obciążył partię kwotą 4,3 tys. zł kosztów prawnych. Wyrok nie jest prawomocny.

0Shares

O powieści “Sędzia od Świętego Jerzego”

Fragment recenzji książki Michael Tequila:  "Sędzia od świętego Jerzego" :

http://recenzjeoptymisty.blogspot.com/2015/06/michael-tequila-sedzia-od-swietego.html  "Sędzia od świętego Jerzego" to satyra, która wyróżnia się spośród innych pomysłem na fabułę. Serdecznie zachęcam wszystkich do zapoznania się z ta fantastyczną lekturą. Polecam!

oraz fragment samej książki:

– Jestem międzynarodowym sędzią hokeja na lodzie. Znalazłem się tu przypadkowo, choć teraz nie jestem pewny, czy tak w istocie było. Wszystko to takie dziwne – dodał z westchnieniem. – Moi porywacze, czy raczej porywaczki, były rozczarowane, że nie jestem sędzią wymiaru sprawiedliwości, a potem ucieszyły się, że jestem sędzią sportowym. Najbardziej życzyłyby sobie, abym był sędzią piłki nożnej. W sumie wiem tylko tyle, że mam wystąpić jako sędzia główny Sportowych Igrzysk Partii i Organizacji Politycznych. Pan uchylił mi rąbka tajemnicy za co jestem szczerze wdzięczny – Sędzia uznał, że najkorzystniejszy będzie pojednawczy tryb rozmowy.

– O, widzi pan, to dobrze się składa, bo ja naprawdę wiem sporo. Widziałem tutaj niejednego sędziego, ale ostrzegam pana: żaden z nich nie sprostał zadaniu. Jest ono skomplikowane, a zawodnicy, trenerzy i kibice są niezwykle wymagający i trudni. Niektórzy sami dobrze nie wiedzą, czego naprawdę chcą, choć wszyscy krzyczą, że pragną prawdy, sprawiedliwości i dobra narodu. Oraz oczywiście ukarania winnych. – Politolog podkreślił swoje oświadczenie, unosząc w górę prawą pięść, a następnie opuszczając ją w dół tak, jak kat opuszcza topór. Sędzia mógłby przysiąc, że usłyszał nawet świst powietrza. – Widocznie dlatego zmienili kryteria wyboru sędziego – kontynuował Szczerbaty. – Dotychczas byli to sędziowie wymiaru sprawiedliwości i tylko jeden był sędzią pokoju. Przywieźli go zza wschodniej granicy. Skąd wytrzasnęli tam człowieka o takich kwalifikacjach, tylko Bóg raczy wiedzieć. Dla mnie zakrawało to na cud. Czy mogę wiedzieć, jakie są pańskie doświadczenia zawodowe? – Szczerbaty przerwał wyjaśnienia, aby ostatecznie rozwiać niepewność dotyczącą osoby, której w poczuciu obywatelskiego obowiązku udzielał pomocy.

– Moja kariera zawodowa obejmuje trzy brutalne dziedziny sportu: futbol, boks i hokej na lodzie. Przez dwadzieścia miesięcy grałem w drużynie futbolu australijskiego. Miałem szczęście, że skończyło się to tylko dwukrotnie złamanym obojczykiem i silnym wstrząsem mózgu. Australijczycy mają takie ilości testosteronu, że musieli wymyślić własny futbol, aby nie pozabijać się na ulicach. Potem boksowałem, a w końcu zostałem zawodowym hokeistą. Kariera hokejowa doprowadziła mnie do sędziowania. Byłem dobry i szybko uzyskałem awans na sędziego międzynarodowego.

– Wiedziałem, że jeśli wybrano pana, międzynarodowego sędziego hokeja na lodzie, to znaczy, że jest pan twardy, sprawiedliwy i nieprzekupny. Musi pan być gwiazdą sędziostwa! – Szczerbaty promieniał entuzjazmem, że wreszcie znaleziono właściwego arbitra.

 

 

 

 

0Shares

Informacje dla odwiedzających stronę – książki Michaela Tequili

Z przyjemnością informuję, że w sprzedaży w księgarniach stacjonarnych i internetowych są już trzy moje książki:

  • Sędzia od Świętego Jerzego (książka drukowana i ebook) (cena od 13,80 zł),
  • Klęczy cisza niezmącona (książka drukowana) (cena od 11,20 zł)
  • Niezwykła decyzja Abuelo Caduco (książka drukowana) (cena od 14,20 zł).

Opinie i recenzje można przeczytać klikając na przycisk na górnym pasku menu strony autorskiej (w formie fragmentów recenzji oraz linków do recenzji). Szeroki zakres recenzji podaje też portal www.lubimyczytac.pl z linkami do księgarni, gdzie książkę można najtaniej kupić.

Będę wdzięczny za informowanie o tym znajomych i przyjaciół.

Zachęcam do zakupu dla siebie lub na upominek.

Bądź patriotą! Kup książkę! Wspieraj autora!

Serdecznie pozdrawiam,

Michael Tequila

0Shares

Reguły gry. Opowiadanie „political fiction”. Odcinek 9: Ocena sytuacji

Cholera, jak tu się rozeznać, kto reprezentuje jakie barwy? Jakie to są zespoły? Przydałby się jakiś program igrzysk, gdzie możnaby znaleźć takie informacje – Sędzia zaczął głowić się, jak rozwiązać problem identyfikacji zespołów.

Nie musi pan zgadywać, która partia jest która. To widać jak na dłoni – Sędzia usłyszał poniżej platformy spokojny męski głos. Popatrzył w kierunku mówiącego. Był to mężczyzna około pięćdziesiątki, średniego wzrostu, starannie wygolony, ubrany jak do jazdy konnej. Bryczesy, buty oficerki oraz skórzana kurtka nadawały mu wygląd człowieka wysportowanego i zdyscyplinowanego. Ocena Sędziego wypadła pozytywnie.

Tak? A pan je rozróżnia? Jak pan może coś widzieć na ogromnym boisku nie mając lornetki? – Sędzia wyrzucał z siebie pytania jak automat. Był zaskoczony niespodziewanym towarzystwem jak i zadowolony, że obok jest ktoś, kto wydaje się orientować w sytuacji.

Niech pan się nie dziwi, panie Sędzio. Mam dobre rozeznanie w sprawach politycznych. Zajęło mi to wiele lat, aby wszystko rozgryźć. Zęby na tym zjadłem – tu rozmówca otworzył szeroko usta i sędzia dojrzał poważne braki uzębienia w dolnej szczęce. Kontrastowało to niekorzystnie ze schludną i szczupłą sylwetką mężczyzny.

Szczerość i odwaga nieznajomego zaimponowały Sędziemu. Mnie na coś takiego nie byłoby stać – przemknęło mu przez głowę. Natychmiast odrzucił myśl jako refleksję bez znaczenia. A propos, skąd pan wie, jaki jest mój zawód? – Sędzia zadał pytanie Szczerbatemu, jak go nazwał w duchu.

Wiedzieć takie rzeczy, to mój zawód. Jestem profesjonalistą – z dumą odpowiedział zapytany wyprostowując swoją niezbyt wyrośniętą postać i zwracając w górę twarz, na której widoczne były ślady zmęczenia lub przepicia. A tak naprawdę, oni tu nikogo innego nie przywożą, tylko sędziów.

Kim są ci „oni”? – Sędzia kontynuował przesłuchanie z pewną niecierpliwością.

To porozumienie ludzi, których celem jest przywrócenie przyzwoitości walce politycznej w kraju. Z lewa i z prawa wszyscy przyznają, że jest ona bezlitosna, brutalna, wręcz okrutna. „Porozumienie na Rzecz Debarbaryzacji Polityki” chce nadać grze i rywalizacji politycznej bardziej ludzkie wymiary. Rząd ani prezydent nie są w stanie poradzić sobie z tym problemem nabrzmiewającym jak wrzód na zdrowym organizmie społeczeństwa, a kościół nie chce zabierać w tej sprawie głosu. Wzięła więc ją w ręce grupa najmniej skołtunionych polityków i działaczy społecznych. To oni przywożą tu sędziów, aby propagowali wśród uczestników walki politycznej kanony minimalnej obiektywności, poczucia odpowiedzialności, sprawiedliwości oraz rozwagi – zakończył politolog i podniósł głowę do góry.

Teraz do pana należy obowiązek rzetelnie przysłużyć się sprawie – podkreślił Szczerbaty wpatrując się z uwagą w twarz Sędziego. Chciał wiedzieć, jak zareaguje na jego słowa.

Ja miałbym propagować tutaj kanony poprawności politycznej? W jaki sposób?– Sędzia sączył wyrazy zaskoczony skalą wyzwania i oczekiwaniami wobec niego.

A kto inny, jak nie pan? – kategorycznie replikował Szczerbaty. Jak może pan zadawać takie pytania, panie Sędzio? Przecież jest pan człowiekiem odpowiedzialnym. Widzę, że muszę panu pomóc więcej niż myślałem – dodał spokojniejszym już tonem. Zdał sobie sprawę, że nie ma podstawy winić Sędziego za to, że ktoś nie udzielił mu stosownych instrukcji. Zawsze byliśmy bałaganiarzami– mruknął do siebie pod nosem.

To nie jest moja działka. Nigdy się tym nie zajmowałem – odkrzyknął Sędzia częściowo wyprowadzony z równowagi. Jestem tylko sędzią sportowym.

Jak to nie pańska działka? – oburzył się Szczerbaty. Przecież jako sędzia sportowy wielokrotnie zażegnywał pan konflikty między zawodnikami, drużynami i kibicami. Wezwano pana tutaj, aby ostatecznie rozstrzygnąć, która z partii politycznych ma rację w sporze o dobro i przyszłość narodu.

Nagły niepokój i złe przeczucie pojawiły się na twarzy i w oczach politologa. Nie chciał popełnić omyłki i rozmawiać z człowiekiem przypadkowym albo ignorantem, wobec czego zapytał: Czy pan się na tym zna? Czy pan jest naprawdę sędzią i zna się na wymiarze sprawiedliwości? Sportowej czy niesportowej to jest bez znaczenia. Kim pan w ogóle jest? – Szczerbaty postawił na jedną kartę szansę ułożenia sobie dobrych relacji z bądź co bądź bardzo wpływowym człowiekiem. Kolejny raz podniósł w górę głowę, aby konwersacja przebiegała na bardziej wyrównanym poziomie.

Jestem sędzią hokeja na lodzie. Sędzią klasy międzynarodowej. Znalazłem się tu zupełnie przypadkowo. Moi porywacze czy raczej porywaczki były rozczarowane, że nie jestem sędzią wymiaru sprawiedliwości, a potem ucieszyły się, że jestem sędzią sportowym. Nie wiem dlaczego. Najbardziej życzyłyby sobie, abym był sędzią piłki nożnej. W sumie nikt nie powiedział mi dokładnie, o co tu naprawdę chodzi. Pan uchylił mi przed chwilą nieco woal tajemnicy, za co jestem panu wdzięczny – Sędzia wyczuł, że pojednawczy tryb rozmowy jest mu najbardziej na rękę.

O, widzi pan, a ja to wiem. Wdziałem tutaj niejednego sędziego. Żaden z nich nie sprostał zadaniu. Jest ono wielkie i skomplikowane, a klienci są niezwykle trudni i wymagający. Niektórzy z nich sami nie wiedzą, czego chcą, choć wszyscy krzyczą, że chcą prawdy, sprawiedliwości i dobra narodu. Oraz ukarania winnych. Politolog podkreślił ostatnie zdanie unosząc w górę zwiniętą w pięść prawą dłoń a następnie opuszczając ją w dół. Tak, jak kat opuszcza topór. Sędzia usłyszał świst powietrza, albo mu się tak wydawało. Widocznie dlatego zmienili kryteria wyboru sędziego – kontynuował Szczerbaty. Dotychczas byli to sędziowie wymiaru sprawiedliwości i tylko jeden był sędzią pokoju. Przywieźli go zza wschodniej granicy. Skąd wytrzasnęli tam człowieka o takich kwalifikacjach, Bóg raczy tylko wiedzieć. Dla mnie zakrawało to na cud.

Czy mogę wiedzieć, jakie są pańskie doświadczenia zawodowe? – Szczerbaty przerwał wyjaśnienia, aby rozwiać swoją niepewność dotyczącą człowieka, któremu w poczuciu obywatelskiego i moralnego obowiązku pragnął udzielić pomocy.

Moja kariera zawodowa obejmuje dwie z najbardziej brutalnych dziedzin sportu: boks a potem hokej na lodzie. W swoim czasie przez dwadzieścia miesięcy grałem w drużynie futbolu australijskiego. Miałem szczęście, że skończyło się to tylko dwukrotnie złamanym obojczykiem i silnym wstrząsem mózgu. Australijczycy mają takie ilości testosteronu, ze musieli wymyśleć własny futbol, aby nie pozabijać się na ulicach.

Wiedziałem, że jeśli wybrano pana, sędziego hokeja na lodzie, to znaczy, że musi pan być osobą kwalifikowaną, nieprzekupną, sprawiedliwą i z charakterem. Musi pan być gwiazdą sędziostwa.

No…Nie wiem, czy pan mnie nie przecenia. Nie zaprzeczam jednak, że moja renoma jako międzynarodowego sędziego jest nieposzlakowana – mówiący nie był pewny, czy samemu sobie wypada udzielać tak znakomitej rekomendacji. Ale wróćmy do mojej roli. Pan, panie Szczer…, pardon me, …panie asystencie, jak pan ją widzi konkretnie?

Szczerbaty słysząc zwrot „panie asystencie” z prawdziwym zadowoleniem wyjaśnił Sędziemu swoje stanowisko.

Podobnie jak role pańskich poprzedników. Pilnować przestrzegania reguł gry oraz ocenić, który zespół ma rację. A jeżeli nie całą rację, to który z nich ma najwięcej racji. To nie jest łatwe zadanie, ale ja panu w tym pomogę. Zęby na tym zjadłem – powiedział dobitnie politolog i już otwierał usta, aby poświadczyć prawdę, kiedy sędzia interweniował: Nie ma potrzeby. Widziałem. Wierzę panu.

Nastąpiła chwila przerwy, gdyż obydwaj mężczyźni zaczęli kaszleć od nadmiaru kurzu i pyłu wzniecanego nogami tysięcy zawodników rwących się do starcia i sportowych rozliczeń.

 

 

0Shares

Reguły gry. Opowiadanie “political fiction”. Odcinek 8: Miejsce

Miejsce rozgrywek pojawiło się nagle za krawędzią lasu w postaci nieskończonej równiny stanowiącej dno niecki, na której podwyższonych krawędziach widoczne były prace ziemne i budowlane. Była wczesna godzina ranna. Chłodne i czyste powietrze stwarzało doskonałą widoczność. Słońce stało już wyraźnie nad horyzontem oświetlając równinę i obrzeżające ją wzniesienia terenu, za którymi widniał kontur  lasów. Bezmiar równiny i znajdujące się tam masy ludzkie nasuwały wrażenie pola bitewnego. Uczestnicy ubrani byli tak różnorodnie, jakby ich celem był udział w wielkim pikniku a nie w zawodach sportowych. Wszędzie panował rozgardiasz i zgiełk. Nie widać było ani znaków ani służb porządkowych.

Z zachowania się tłumów Sędzia wyniósł natychmiastowe wrażenie, że wszyscy zbrojni są w nadmiar uczuć patriotyzmu i przekonania o własnych racjach, które gotowi są udowodnić każdemu, kto mógłby w to wątpić. Wywnioskował to z zaciśniętych pięści i zdecydowanych postaw, czerwonych twarzy i biało-czerwonych akcesoriów, które bogato zdobiły orędowników sportu, oraz gęstych okrzyków i mocnych gestów. Zaabsorbowany widokiem poczuł nagłe szturchnięcie w łokieć.

Panie sędzio, proszę skorzystać z lornetki – atrakcyjna brunetka, która kilka godzin wcześniej przeprowadzała na nim eksperyment seksualny, teraz życzliwie podsuwała mu elegancką czarną lornetkę zawieszoną na wąskim, skórzanym pasku. Sędzia skwitował propozycję skrzywieniem ust przypominającym gorzki uśmiech. Bez wahania zawiesił pasek na szyi i przyłożył lornetkę do oczu.

Fantastyczne! Dziękuję pani. Tego mi naprawdę brakowało! – wykrzyknął jak dzieciak obdarowany zabawką, której piękno i użyteczność przerosły jego wyobrażenia. Zaczął gorliwe notować w pamięci obserwacje czynione przy pomocy nowego narzędzia pracy. Zafascynowany pozostałby zapewne dłużej w tym samym miejscu, gdyby nie naleganie ekipy towarzyszącej.

Panie Sędzio, proszę nie zatrzymywać się tutaj. Blokujemy ruch. Idziemy na stanowisko sędziowskie.

Kilka minut później niedawne prześladowczynie podejrzanie szybko przeobrażone w uczynne pomocnice doprowadziły Sędziego do wysokiej metalowej konstrukcji i zachęciły gestami do wejścia po stromych schodkach. Platforma na szczycie otoczona była solidną metalową barierką oraz ekranem ze szkła pancernego. Mówił o tym napis na tabliczce u dołu barierki określający nawet miarę odporności ekranu na siłę uderzenia. Sędzia zastanawiał się chwilę nad znaczeniem tej informacji, po czym z rezygnacją machnął ręką i ulokował się wygodnie na przeznaczonym dla niego fotelu sędziowskim. Rozejrzał się wokół i poczuł się w swoim żywiole. To był jego świat. Po chwili przysunął do siebie stolik, na którym znajdowały się jakieś dokumenty, notatnik, dwa długopisy, masywny gwizdek sędziowski, trzy olśniewająco czyste szklanki na małej tacce, otwieracz do kapsli oraz dwie butelki: jedna z coca-colą a druga z wodą mineralną. Dotknął najbliższej butelki; była zimna jakby przed chwila wyjęto ją z lodówki. Zdziwił się, skąd ona się tam wzięła. Doszedł z zadowoleniem do wniosku, że widocznie dbają o niego, gdyż nie znosił ciepławych napojów.

Z chwilą zajęcia miejsca na platformie ujawniły się z całą mocą nawyki językowe sędziego. Podejmując obserwację przez lornetkę równiny w duchu ochrzcił ją mianem boiska. Widząc wszystko wyraźnie jak na dłoni Sędzia zauważył dwa stojące naprzeciwko siebie ogromne zgrupowania zawodników oraz kilka mniejszych grup stojących nieco na uboczu. Z przyzwyczajenia określił je natychmiast mianem drużyn. Różniły się one między sobą barwą strojów, kształtami oraz wielkością transparentów i plakatów, treścią wypisanych i wykrzykiwanych haseł, wreszcie postaciami przywódców.

Stoją przed swoimi drużynami jak wygłodniałe króliki przed zagonami kapusty. Pokazują, kto tu jest najważniejszym pretendentem do żłobu – Sędziemu nasunęło się porównanie ze świata zwierząt, który był mu bliski od dzieciństwa, oraz polityki, nad którą zaczął poważniej zastanawiać się dopiero od kilku godzin.

 

3Shares

Reguły gry. Opowiadanie “political fiction”. Odcinek 7: Włamanie

Stukanie w drzwi obudziłoby zmarłego. Właściwie nie było to stukanie, ale łomotanie.

Czego oni chcą o tej porze? Przecież to środek nocy! – Sędzia budził się z głębokiego snu. Późno położył się spać i marzył o długim śnie, nieprzerywanym przez mary nocne ani pijaków walących pięściami w drzwi. Siedząc na krawędzi łóżka przycisnął włącznik lampki nocnej. Popatrzył na budzik stojący na stoliku. Była prawie czwarta nad ranem. Nie stanowiło to dla niego pocieszenia, że przespał już solidne kilka godzin.

Łomotanie nie ustawało.

Panie sędzio, jest pan pilnie potrzebny. Chodzi o sprawę wielkiej wagi – usłyszał wołanie tłumione przez grube drzwi. Nie zdążył nałożyć szlafroka, kiedy do pokoju wpadły dwie kobiety. Były ubrane jak do bitwy. Obydwie miały na sobie identyczne bluzy. Wyższa i nieco tęższa nosiła spodnie, niższa o miłej twarzy i dużych ciemnych oczach miała na sobie krótką spódnicę. Ich ubiory przypominały kobiece mundury wojskowe.

Jak panie mogły tu wejść? Przecież drzwi były zamknięte na klucz! – mężczyzna podniósł głos. Jego prawa dłoń zacisnęła sie odruchowo w pięść, na której grzbiecie wyraźnie pokazały się żyły. Patrzył na nie spode łba, jego fizjonomia i sylwetka wyrażały zaskoczenie i wrogość.

Drzwi były otwarte. Kiedy nacisnęłam klamkę po raz drugi, otworzyły się – wyjaśniła ciemnooka niewiasta głosem osoby niesłużenie oskarżonej o bezprawne wtargnięcie do cudzego mieszkania. Patrzyła na mężczyznę niewinnymi, szeroko otwartymi, nad wyraz pięknymi oczami. Wyglądała jak obraz niewinności malowany przez anioła.

Zdezorientowało to sędziego. Może rzeczywiście zostawiłem drzwi otwarte? – przeszło mu przez myśl. Przecież to bzdura! – natychmiast odezwał się głos wewnętrzny. Zadziałała intuicja. To go przekonało. Sędzia wiedział już, że kobieta kłamie i znakomicie udaje zaskoczenie. Omalże nie wprowadziła go w błąd.

Czego ode mnie chcecie? – zapytał poirytowany bezsensownym wyjaśnieniem niezwykłej intruzki. Wtargnęłyście tutaj jak oddział Biura Poprawności Politycznej. To włamanie. Odpowiecie mi za to przed sądem!

Co będzie pan straszyć nas sądem! Są ważniejsze sprawy. Jest pan pilnie potrzebny do rozstrzygnięcia najważniejszego sporu w tym kraju – odpowiedziała wyższa i zaczęła bezceremonialnie szarpać kołdrę, która osłaniała piersi i brzuch sędziego.

Zostawcie mnie w spokoju! – bronił się przed niespodziewanym atakiem. Kołdra mocniej szarpnięta wyśliznęła mu się z rąk i opadła na podłogę jak wielki nadmuchany pasiasty liść. Kobiety bez żenady zaakceptowały nagość mężczyzny. Ich wzrok wydawał się jednak żądać wyjaśnienia, czemu tak się zachowuje w obecności kobiet.

Sypiam nago, do cholery! – krzyknął wyprowadzony z równowagi sędzia. Nie widzicie tego? Czego ode mnie chcecie? – ponowił wcześniejsze zapytanie. Prawie krzyczał.

Niech się pan nie przejmuje, człowieku. Panie sędzio – poprawiła się. Nie takie rzeczy się widziało! Agresorka w spódniczce popatrzyła na koleżankę i obydwie zaśmiały się.

Ja też bywam naga. Kobieta w spódniczce podeszła w kierunku siedzącego, jak primadonna podniosła w górę nogę i postawiła stopę na krawędzi łóżka. Miała na sobie czarne siatkowe pończochy zakończone fikuśnymi bordowymi podwiązkami. Przechyliła się do przodu zbliżając do nich dłonie i zaczęła delikatnie podciągać je w górę. Albo udawała, że je poprawia.

Czy nagie udo nie jest piękne? – zapytała kierując marzycielski wzrok na sędziego. Oczy jej błyszczały rozbudzone przyjemnością dotyku olśniewającego ciała i mówienia o tym przeżyciu.

Nic nie odpowiadając sędzia w duchu przyznał jej rację. Dawno już nie widziałem takiego uda – pomyślał z żalem. Miał świadomość, że prawie zapomniał, jak wygląda ponętna kobieta, kiedy pragnie przypodobać się mężczyźnie. Ale artystka! – westchnął zapominając na chwilę o swym paradoksalnym położeniu.

Sędzia poczuł ciepło i krew napływającą do dolnej partii ciała, a chwilę później rozpierające go pożądanie. Było mu nieskończenie głupio. Był zażenowany swą nagością i nieoczekiwaną, kretyńską reakcją organizmu. Miał poczucie, że kobiety drażnią się i naigrywają z niego. Wiedział, że mają go w saku. Nic im nie mogę zrobić, skompromitowałbym się – poczuł się przygnębiony.

Co ty robisz, dziewczyno? – towarzyszka „artystki” była równie zaskoczona jak sędzia.

Jak to co? Przecież szef powiedział, że mamy użyć wszelkich środków przekonywania, aby tylko go ściągnąć. Powiedział o nim wyraźnie, że to stary babiarz– wyjaśniła szeptem zbliżając usta do ucha koleżanki. Nie martw się. Szef umie znaleźć haka na każdego. On się nie myli.

Haka to ja mam na niego. Kiedy go podniecałaś, zrobiłam wam obojgu zdjęcie moim mikroskopijnym aparacikiem. Ty jesteś widoczna prawie z tyłu, tak, że cię nikt nie rozpozna, on za to jest widoczny jak na patelni. Goluśki i rozgorączkowany jak kogut wrzucony do wagonu z kurami. Nic nie może nam teraz zrobić – cicho dopowiedziała jej koleżanka dumna z pomysłu i przeprowadzonej akcji.

Sędzia podniósł rękę chcąc zaprotestować lub zwrócić na siebie uwagę. Otwierał usta, aby coś powiedzieć. Kobiety zauważyły to, lecz zignorowały jego próbę ingerencji.

Niech pan się szybko ubiera. Jedziemy na pole walki! – padło polecenie.

Kobiety, czyście poszalały? Jakie pole walki? Ja jestem sędzią sportowym, a nie sędzią trybunału wojskowego.

Pan nie jest sędzią w sądzie? A nich to szlag trafi! To się nam sytuacja skomplikowała – wyrzuciła z siebie wyższa.

Co ty się martwisz? Przecież adres się zgadza. Jeśli ktoś popełnił błąd, to nie my.

Może i masz rację. Na bezrybiu i rak ryba. Lepszy taki sędzia niż żaden – doszła do wniosku. Opanowała się bardzo szybko.

Zaraz, zaraz – kobieta w spódniczce podchwyciła słowa sędziego jakby dopiero teraz do niej dotarły. Sędzią sportowym? W jakiej dziedzinie? Może w piłce nożnej? No, tam to umiecie ustawiać i wygrywać mecze! A my musimy wygrać! Jadziu, on nam spadł jak z nieba! – wykrzyknęła entuzjastycznie do koleżanki ciągnącej w kierunku drzwi pośpiesznie ubierającego się sędziego.

3Shares