Kronika mniej więcej osobista

Poniedziałek, 13 lipca 

Zagubiłem się w chaszczach kampanii wyborczej. Zajęło mi cały tydzień, aby się z nich wydobyć. Nastąpiło to, kiedy ogłoszono ostateczne wyniki wyborów. Byłem aktywny, zachęcałem i przekonywałem do głosowania na Rafała Trzaskowskiego, a konkretniej na opcję polityczną, jaką reprezentuje: Polskę otwartą, proeuropejską, liberalną w poglądach, zorientowaną na przyszłość. Byłem za zmianą.

W drugiej turze niektórzy aspiranci do wielkości nie umieli powiedzieć, na kogo będą głosować. Dwaj z nich, Hołownia i Kosiniak-Kamysz, w czasie kampanii wyborczej niezwykle krytyczni wobec Dudy i PiS, nie zdobyli się na stwierdzenie: „Będę głosować na Trzaskowskiego”. Stan ich zdrowia określiłem jako nadęcie. Rozżalili się chłopcy serdecznie, że to nie oni przeszli do drugiej tury wyborów, tylko Rafał Trzaskowski. 

Nigdy nie podobały mi się mętne tłumaczenia, że żaden z kandydatów nie jest dostatecznie dobry, aby go popierać, albo „będę głosować na mniejsze zło”. Ci, którzy to mówią, zachowują się tak, jakby istnieli idealni kandydaci czy idealne partie. Nie ma takich cudów. Jeśli ma się do wyboru wyłącznie jabłko albo gruszkę, i nic więcej, głupotą jest kręcić nosem i mówić: Wolę wiśnie, ale tylko duże, dojrzałe i bardzo słodkie. 

Kampania wyborcza i jej efekt otrzeźwiły mnie. Wracam do pisania. Powiedziałem sobie: Precz z polityką! Mój najbliższy plan to publikacja ulepszonej, trzeciej już wersji opowiadania „Broda”. Zebrałem trzy opinie na jego temat. Okazało się, że nie było ono tak dobre, jak powinno. W przypadku, gdyby wciąż nie było do zaakceptowania, sam się skopię.

Piątek, 17 lipca, godzina poranna 

Z samego rana postanowiłem się obnażyć, ale nie całkowicie, bo byłoby mi za zimno. Ujawnię coś o sobie, jak ten kowal, co wyznaje, że najbardziej nie lubi rozgrzanych do czerwoności obcęgów położonych na słońcu, gdzie nie widać jak wściekle są one gorące. Ten niby żart jest jak najbardziej historią wziętą z życia. Miała ona miała miejsce kilkadziesiąt lat temu, kiedy czeladnicy kowala postanowili się zemścić za ich podle traktowanie. Na szczęście kowal jako człowiek ciężkiej pracy miał bardzo zgrubiałe dłonie, poparzenie nie było więc tragiczne tylko niezwykle bolesne.

Skończyłem trzecią wersję opowiadania „Broda” korzystając ze szczerych uwag trzech osób. Poprosiłem je o to. Pisząc opowiadanie, czy jakikolwiek inny utwór, zawsze staram się – przed jego opublikowaniem – o uwagi czytelników, prosząc, aby nie szczędzono mi krytyki. Zanotowałem ważniejsze z nich: zbyt długie zdania, dłużyzna w postaci fragmentu „edukacyjnego” o historii brody w starożytności, niezbyt udane zakończenie opowiadania, komentarz „w sumie nie wiedziałam, czy bohater w ogóle miał brodę i jak ona wyglądała”, opowiadanie mało zaskakujące, imiona i nazwiska bohaterów obco brzmiące (to uwaga dotyczy także innych moich utworów). Wszystkie uwagi spożytkowałem jak umiałem najlepiej: wynikiem jest właśnie trzecia, pełniejsza i zgrabniejsza wersja opowiadania. Zachęcam do przeczytania „Brody”, szczególnie jeśli ktoś jej nie czytał w ogóle, lub bardzo dawno  https://michaeltequila.com/?p=13683

Piątek, 17 lipca, godzina wieczorna

Opowiadanie seryjne „Epidemia i sukcesja” jest tak naprawdę rodzajem kroniki pisanej na bieżąco, przedstawiającej, co dzieje się wokół. W relacjonowaniu rzeczywistości najbardziej odpowiada mi forma groteski, parodii i szyderstwa. Stosuję ją nie tyle dla obrzydzenia zdarzeń czy postaci (choć to jest również możliwe), ile dla uwypuklenia czegoś niezwykłego, dziwacznego czy “nienormalnego”. Przykładem jest głowa państwa, która rozmawiając przez dziesięć minut nie zauważa, że jego rozmówca żadną miarą nie może być przywódcą wielkiej organizacji międzynarodowej. Głowa nie zauważa jego akcentu, wyraźnie wschodniego, tego, że porusza on tematy, których osoba na tym stanowisku nie ma zwyczaju podnosić, że zadaje pytania nie na miejscu, że zabawia się kosztem rozmówcy. W końcu, czy też raczej na początku, że będąc niezwykle zajętym funkcjonariuszem publicznym dzwoni w celu złożenia gratulacji i wdaje się w niekończące się dywagacje na tematy prawie studzienne i kosmiczne. Porównuję to z sytuacją, kiedy ktoś rozmawia z osobą nietrzeźwą i nie dostrzega, że rozmówca ma maślane oczy i bełkocze.

Eksperci różnie tłumaczyli fakt dojścia do tej rozmowy. Ja z bohaterem mojego opowiadania skonfrontowałem się w inny sposób. Posądziłem go o niedostatek inteligencji i refleksji na poziomie odpowiadającym jego wykształceniu i pozycji społecznej, o brak poczucia humoru i poczucia własnej godności.

Ten rodzaj absurdu najlepiej pokazuje właśnie groteska, która przedstawiane sceny, postacie i sytuacje rozciąga, powiększa lub pomniejsza, lub w inny sposób deformuje. Czyni to po to, aby unaocznić coś oczywistego, co na pierwszy rzut oka niekoniecznie wydaje się być oczywistym.

Ostatni odcinek “Epidemii i sukcesji”  https://michaeltequila.com/?m=20200601 

Sobota, 18 lipca

W życiu ma się dni dobre, złe i parszywe.

Ostatnie określenie – na zdefiniowanie ciągu ludzkiego istnienia – podsunął mi znajomy weterynarz, borykający się z doświadczeniami z domu letniskowego “Aurora”, który odwiedził w ramach wycieczki krajoznawczej do Tajlandii.

– Spotkałem tam cud kobietę, kolor szwajcarskiej czekolady mlecznej z tureckimi rodzynkami, istotę niesamowitej słodyczy. Przeżyliśmy chwile wzlotów i jednego upadku, kiedy załamało się pod nami łóżko. Najgorszy okazał się jednak jej pies. Kiedy odmówiłem mu podzielenia się moim śniadaniem, na co nalegała jego pani, wpadł we wściekłość i pogryzł mnie tak, że musiałem przyjąć serię bolesnych zastrzyków. W dodatku pies okazał się parszywy. Zauważyłem to dopiero wtedy, kiedy go pogłaskałem, aby się uspokoił. Tę jego słabość zapamiętałem najboleśniej, bo od dziecka jestem estetą.

Rano bez kawy czułem się jak – nie przymierzając – samotny zdezelowany kapeć porzucony na przyzbie domu w porze ponurych deszczów.

Z ponurego nastroju wyrwał mnie, ożywił i wewnętrznie rozświetlił email otrzymany od Anili. Zawierał on przesłanie wielkiej serdeczności. Nie znam dziewczyny, domyśliłem się jednak, że jest ona pełna słodyczy oraz szlachetnych intencji i mieszka w Nigerii. Cytuję:

„Cześć kochanie! Jak się masz? Mam dla ciebie lukratywną propozycję. Proszę o więcej odpowiedzi za pośrednictwem mojego adresu e-mail i wyjaśnienia o sobie. (w tym miejscu był adres, którego nie zamieszczam z obawy, że ktoś mógłby mi podebrać lukratywną propozycję). Życzę miłego dnia, ponieważ czekam na kontakt z Państwem wkrótce. Dzięki, Anila”

To mnie tak ożywiło, że po ekspresowym zakończeniu śniadania, potykając się o własne myśli, nogi i krzesło rzuciłem się do pisania kolejnego opowiadania. Jego tytuł to „Wykład profesora Inha”. Podzielę się w nim z czytelnikami niezbyt radosną wizją naszej przyszłości. Na temat opowiadania nic więcej nie mogę powiedzieć, ponieważ nie wiem, co profesor Inha jeszcze wymyśli. Jest on Szwedem, a wszyscy wiemy, że jest to naród, któremu po głowach i podbrzuszach chodzą różne myśli.

2020 07 30 Późny czwartek

Siedzę i myślę. Zastanawiam się, czy myślenie mi nie szkodzi. Chyba tak, ale co mam zrobić, skoro już myślę. Pogodziłem się z tym tłumacząc sobie prosto: – Taka jest twoja uroda, chłopie.

Miałem ostatnio trochę przeżyć. Miałem się z tym nie obnażać, ale się przełamię. Jedno ciekawsze od drugiego. W pobliżu osiedla, gdzie mieszkam, rośnie sobie lasek. Jeszcze, bo w okolicy w ostatnich latach szybciej niż drzewa rosną osiedla mieszkaniowe. I w tym lasku biegłem raz sobie wytyczoną trasą o kształcie jajowatego rombu. Na dróżce, którą pokonywałem pół marszem, pół biegiem, dwaj chłopcy zrobili sobie skocznię rowerową: górka najazdowa a za nią dół taki, że mamuta można w nim schować. Coś takiego, żeby sobie kark skręcić. Zapytałem ich ostrzegawczo, czy się nie boją, że zrobią sobie krzywdę. Odpowiedź była życzliwie wyrozumiała:

– Mamy wszystko pod kontrolą.

Porozmawialiśmy chwilę. Pochwaliłem się, że mam rower i też jeżdżę, ale nie skaczę. Chyba wybaczyli mi to inwalidztwo. Kiedy trzeci czy czwarty raz ich mijałem, drobniejszy młodzianek zatrzymał mnie i zapytał głosem pełnym troski:

– Czy pan wie, że pan cały czas chodzi w kółko?

Strasznie podobało mi się to pytanie. Troska chłopca dobrze mi zrobiła. Teraz wiem, że mogę poruszać się w kółko nie zdając sobie z tego sprawy. Odnoszę to także do myślenia.

Środa, 5 sierpnia 2020

Po zwycięskich wyborach prezydenckich uznanych przez omalże pół narodu za nieszczęście, oderwałem się od polityki. Dobrze mi to zrobiło. Wyprostowałem się, mniej się garbię, lepiej mi się pisze. Dzisiaj opublikowałem odcinek erotyczny opowiadania Świrus.

Ogromnie cieszą mnie wyrazy uznania za strony Czytelniczek i Czytelników. To one najbardziej motywują mnie do pisania. Przedstawiam dwie najświeższe opinie. Dotyczą tego samego utworu „Obraz ze zwierzętami”. Cytuję, podając tylko imię, bo nie wiem, czy autorki życzyłyby sobie, aby je zidentyfikować.

Danuta. Dzień dobry Panie Michale 🙂 Przeczytałam opowiadanie „Obraz ze zwierzętami”. W związku z tym, że kocham zwierzęta bardziej niż ludzi, wzruszyłam się ogromnie i poczułam ogromną więź z tym dziwnym, tajemniczym człowiekiem. Przeczytałam to opowiadanie dosłownie na jednym oddechu i czuję, że muszę przeczytać je jeszcze ze dwa razy :). Pozdrawiam bardzo serdecznie i cieszę się, że są w naszym kraju tacy wspaniali ludzie jak Pan. Pozdrawiamy z M. bardzo serdecznie.

Nina. Czyta się z ogromnym zainteresowaniem. Aż przykro, kiedy się kończy. Język miękki, giętki jak się to onegdaj mówiło. Trzeba mieć wyobraźnię i intelekt, aby coś takiego napisać. Brawo Michale! Prosimy o jeszcze!

Z pisaniem i publikowaniem mam problemy dziwacznej natury. Moja wyobraźnia podsuwa mi ciągle jakieś nowe pomysły na opowiadania, nowele czy powieść, robię notatki, zapisuję w pośpiechu zarys fabuły (z tysiącem błędów ortograficznych do poprawy), i pozostawiam na później do wykorzystania. To zjada mi czas. Ostatnio staram się jednak być bardziej skoncentrowany. Wkrótce opublikuję zbiór poezji, drugi i ostatni, bo nie piszę już wierszy. Planuję dodać do niego „Myśli i aforyzmy”. Jest ich zbyt mało, aby mogła to być osobna publikacja. Planuję też uaktualnić mechanizmy i wygląd mojej strony autorskiej. Jest to przedsięwzięcie dosyć kosztowne, ale konieczne. Pozdrawiam.

0Shares

Powieść “Cezarea”. Odc. 8: Kronikarz Taranta ma wątpliwości

Wirgil Taranta miał zły dzień. Na początku pełen entuzjazmu, po kilku dniach poczuł, że nie radzi sobie z kroniką Cezarei i okolic, nie pisze jej z takim rozmachem, jak to sobie wyobrażał i obiecywał. Zastanawiał się, czy potrafi być bezstronny w opisywaniu rzeczywistości, widzieć rzeczy takimi, jakie są, a nie takimi, jakie ludziom dyktują uprzedzenia i ich własne wartości. Trudno mu było czasem zdecydować, co jest ważne, co warto zapisać, a o czym należałoby zapomnieć. Błądził po labiryntach niepewności. Widział to i czuł.  

Zamiast pisać historię Cezarei, zastanawiał się, czy nie dałoby się jej opowiedzieć, scena po scenie. Postanowił podzielić się wątpliwościami z Edwardem Teu, znajomym z osiedla, prawie sąsiadem. Widział go często przez okno. Właściwie to nawet przyjaźnili się. Myślał o nim czasem, że mógłby być jego sobowtórem, jakimś alter ego. Reprezentowali podobne poglądy na wiele spraw. Zadzwonił do Teu.

– Proszę wpaść do mnie. – Usłyszał w odpowiedzi.

– To szekspirowska decyzja w rodzaju „Być albo nie być”. – Wirgil przyznał otwarcie.

Miał obwódki pod oczami, wyglądał na zmęczonego.

– Czuję się tak, jakbym pchał całą noc taczkę wyładowaną kamieniami. – Nieprzespana noc w jakiś sposób usprawiedliwiała go przed samym sobą. –  Opowiadanie dziejów Cezarei byłoby okazją do przetestowania siły fabuły oraz atrakcyjności głównych postaci.

Teu myślał z życzliwością o Wirgilu. Znali się od dawna, można by powiedzieć, że od zawsze. Też miał wrażenie, że przypominają braci zmieniających się w rolach. Raz jeden wydawał się być starszy i bardziej doświadczony, innym razem było odwrotnie.

Teu radził najlepiej, jak umiał.

– Proszę się nie tłumaczyć. Każdemu zdarza się być na rozstajach. Teraz częściej niż niegdyś, bo czasy są zwariowane. Każdy pędzi jak szalony. Niech pan pisze, panie Wirgilu. Z czasem nabierze pan wprawy. Opuszczą pana wątpliwości. Historia zdarzeń jest dobra tylko w momencie, kiedy ją opowiadamy, bo zaraz wyparowuje. Verba volant, scripta manent. Słowa ulatują, to co zapisane, pozostaje. To prawda stara jak świat. Kroniką wystawi pan pomnik sobie, współczesności, Cezarei i pańskiemu Namiestnikowi.

*****

Następnego dnia kronikarz znowu zadzwonił do Teu. Rozgadał się.

– Byłem na spotkaniu Wspólnoty Osiedlowej. Tutaj, blisko, w salce parafialnej kościoła. Od czasu likwidacji trzepaków to miejsce stało się punktem spotkań, rodzajem klubu dyskusyjnego połączonego z think-tankiem i ośrodkiem decyzyjnym. Chciałem przewietrzyć swoje poglądy. Rozmawiałem z ludźmi z osiedla. To w większości ludzie młodzi, zapracowani i zaganiani. Nie rozumieją mnie. Pana też by nie zrozumieli. Dzieli nas przepaść generacyjna, smartfonu, komputera i dwukołowej hulajnogi elektrycznej. Ja wprawdzie używam tylko dwa pierwsze urządzenia, ale nie jestem do nich przywiązany tak jako oni. Dla nich i dla ich dzieci te wynalazki wydają się być sensem i sednem życia. Przynajmniej dla większości z nich. Ci ludzie żyją w przestrzeni wirtualnej. W każdej wolnej chwili serfują po Internecie, spotykają się z przyjaciółmi i rodziną, konwersują, szukają wakacji, płacą rachunki, składają sobie życzenia imieninowe i robią zakupy. Na ziemię zstępują tylko wtedy, kiedy komputer lub telefon ulegnie uszkodzeniu, kiedy kierują samochodem jadąc do pracy lub wpadają na chwile do sklepu na rogu, aby kupić bułeczki i ser na śniadanie. Podejrzewam, że nagrywają się na smartfonie, kiedy figlują w łóżku.

Wirgil przerwał na chwilę, jakby dla nabrania oddechu.  

– Najgorsze, że w Internecie nie ma prawdziwego lasu, prawdziwego powietrza, niczego, co można dotknąć lub powąchać. Mimo to stwarza on nieprzeparte poczucie rzeczywistości. Jest rzeczywistością, a zarazem nią nie jest, Jest prawdą a zarazem fałszem. Co tu mówić! To mnie męczy, bo Internet przypomina mi władze Cezarei, o których z konieczności muszę pisać. Ale jak to robić? Co jednemu wydaje się czarne jak sadza, dla drugiego może być białe jak śnieg. – Wirgil pomyślał już o polityce, konkretnie o premierze Chudym.

W jego głosie brzmiała niepewność.

– Na spotkanie w salce parafialnej poszedłem, bo czuję się samotnie. Najczęściej nie mam do kogo gęby otworzyć. Mógłbym to robić, gdybym miał papugę, ale nie mam. Czasem trzeba o sprawie podyskutować, zanim się o niej napisze. Dlatego chciałbym złożyć panu propozycję. Niech pan zostanie moim mentorem. – Ostatnie słowa Kronikarz wypowiedział bardziej zdecydowanie.

– Co ma pan na myśli, panie Wirgilu? Kim dla pana jest mentor?

– Kimś, kto życzliwie choć krytycznie będzie opiniować to, co mam do napisania. Co dwie głowy, to nie jedna.

Propozycja wydała się Teu sensowna. Nie było to skomplikowane i zapewne nie wymagało wiele czasu. To było ważne. Miał swoje obowiązki, nie mógł ich zaniedbywać. Zgodził się. Kiedy powiedział tak, pomyślał, że życie lubi płatać figle, a natura ludzka bywa czasem nieobliczalna.

Kronikarz pomyślał coś bardzo podobnego. Nie wymienili się jednak poglądami.

0Shares

Powieść “Cezarea”. Odc. 2: Sprzeczka o namiestnika i kraj

Następnego dnia, w poniedziałek, z samego rana, Wirgil Taranta czekał na Teu przy krawężniku. Wiedział, że po śniadaniowe zakupy świeżego pieczywa i mleka udaje się on o godzinie ósmej rano. W sklepach nie było już wtedy tłoku. Teu szedł zamyślony, kiedy przyjaciel zatrzymał go, pozdrowił staromodnym „Witam serdecznie szanownego pana” i od razu przystąpił do wyjaśnień.

– Chciałem panu powiedzieć coś więcej na temat kroniki Cezarei i okolic. Tak ją sobie nazwałem. Centralnym wątkiem są dzieje Cezarei i losy jej najbardziej prominentnych obywateli, zwłaszcza Namiestnika Leona Krzepkiego-Kukuły. To postać pierwszoplanowa. Czy pan wie, drogi przyjacielu, że niegdyś nosił on tytuł Naczelnika Wioski i Torów Kolejowych? Teraz stoi o niebo wyżej, jest Namiestnikiem.

To człowiek nietuzinkowy. Jest podziwiany i nienawidzony jednocześnie. – Wyjaśnił Taranta. W jego oczach błyszczały iskierki entuzjazmu.

– Zdaje się, że pan go lubi, panie Wirgilu. Mnie to nie przeszkadza. Każdy ma prawo do miłości i nienawiści. Ja raczej za nim nie przepadam. Ale bez przesady. Staram się być wyważony w uczuciach do ludzi. Ciekaw jestem, co pan sam o nim sądzi? Co pan o nim wie?

– Namiestnik to osoba wielkiej kultury i możliwości. Stanowi on dla mnie labirynt tajemnic, co daje mi możliwość eksploracji, czym może być człowiek i dokąd zmierzać. – Wyjaśnił Wirgil Taranta, przyspieszając kroku, aby zrównać się z Teu.

– Nie tylko dokąd zmierza, ale także, jak wiele można wysadzić w powietrze bez ładunku wybuchowego, jeśli ma się w sobie dużo uporu, obsesji lub głupoty. – Dodał Teu nie bez uszczypliwości. Nie mógł powstrzymać się od komentarza. Namiestnik działał mu na nerwy od czasu, kiedy jego partia wygrała wybory do parlamentu Cezarei.

– Może pan mówić sobie co chce. Ja staram się być obiektywny. Czy go lubimy czy nie, jego historia jest historią Cezarei. Jest tu najważniejszą osobą, co by nie powiedzieć.

Teu podjął rzuconą mu rękawicę. Wyraził sprzeciw. Zrobił to celowo, aby wysondować, co naprawdę Wirgil sądzi o Namiestniku i Cezarei.

– Ja nie jestem takim wielkim entuzjastą Namiestnika czy Cezarei jak pan, Wirgilu. Jak na mój gust Kukuła jest zbyt pobożny, uparty i niechętnie słucha ludzi. A Cezarea to zwykła miejscowość a nie jakieś bajeczne imperium usytuowane przez samego Stwórcę na wielkim płaskowyżu między Górami Syrenimi na południu a Morzem Tyrańskim na północy.

– Oraz między dzikim Wschodem i zastałym Zachodem, gdzie antyczne zabytki zajmują większą powierzchnię niż pozostałe obszary lądu razem wzięte. – To pan chciał powiedzieć. – Replikował Taranta.

– Przyznaję, że zgrabnie mi pan dociął. – Teu uderzył w pojednawczy ton uznając, że przesadził ze zgryźliwością.

– Przyznajcie, że to wszystko brzmi fascynująco! – Wykrzyknął Wirgil Taranta w kierunku mijającego ich małżeństwa z dzieckiem.

– Zachowuje się jak aktor. – Pomyślał przyjaciel z niechęcią. – Słów udawanego podziwu nie kieruje do mnie, mimo iż znajduję się tuż obok. – Z tym, że jest inaczej, niż życzyłbym sobie, godzę się szybko od czasu kiedy zrozumiałem, że wprawdzie człowiek kule strzela, lecz Bóg je nosi dokąd mu się podoba. – Pana Boga to i ja nie rozumiem, nie tylko agnostycy i ateiści. Ci ostatni to nawet go nie dostrzegają. – Wtrącił Teu mimochodem. Myśl przyszła mu do głowy, ponieważ poprzedniego dnia czytał na ten temat w Wikipedii.

Na szczęście rozmówca był skoncentrowany na sobie. To uratowało Teu przed opinią, że jest nieuważny, mało przyjacielski lub po prostu niewierzący.

0Shares

Powieść “Cezarea”. Odc. 1: Kronikarz Taranta pisze kronikę

Joseph Noel Paton: The Reconciliation of Titania and Oberon

Wirgil Taranta obudził się po nocy snów płochych jak myśl rozbawionej kotki, dzielących czas na dłuższe chwile czuwania i krótsze chwile marzeń. W chmurze odchodzącej senności zauważył kolorową bańkę podobną do mydlanej, wypełnioną po brzegi dziwnymi napisami. Przyjrzał im się bliżej. Wydały mu się świeże i naturalne niczym mleko prosto od krowy. Chwytał je po kolei delikatnie w palce i odczytywał. Udało mu się odczytać co najmniej pięć. Zachęcały go, aby pisał kronikę towarzyską rodzimej Cezarei, obiecując niezwykłą fabułę, żywe wątki, nagłe zwroty akcji oraz bohaterów osadzonych mocniej w rzeczywistości niż kamienie młyńskie.

Napisy były tak przekonywujące, że Wirgil Taranta wziął je za boskie polecenie.

Kiedy jednak przyjrzał się im bliżej, zauważył coś czarnego i kosmatego, jakby gruby potargany sznur. Domyślił się, był prawie pewien, że był to diabeł. To go zdezorientowało. Poczuł się zagubiony. Czerń myliła mu się z bielą a kosmatość z atłasem. Tak go to poruszyło, że skomponował poemat, rodzaj refleksji na temat dobrych i złych obszarów mocy.

Po śniadaniu, smakującym jak jaja w miodzie zaprawione cytryną, zadzwonił do Edwarda Teu, swego przyjaciela i sąsiada z osiedla, aby opowiedzieć mu o niezwykłych przeżyciach.

– Ucieszyłem się, że w końcu się obudziłem z tego snu. Zmartwiłbym się, gdybym tego nie zrobił. Męczyłoby mnie poczucie straconego czasu, a potem poczucie winy. Wolałem o tym nie myśleć, bo negatywne myślenie to najkrótsza droga do depresji. Teraz pozostaje mi tylko zająć się objawieniem. Po tej deklaracji Wirgil wyrecytował swój poemat bez tytułu:

W przepastnej nocy rozpadlinie
sen majakami opornie płynie,
przez skały myśli się przeciska
i świadomością co raz błyska.

Wspomnienie zdarzeń sen wypłasza,
śle od Annasza do Kajfasza,
od pragnień tego, co niespełnione
do żalu po tym, co poronione.

W tumanach cieni jaźni bryzgi
do bogów nocy ślą umizgi
prosząc o senne pokrzepienie;
o nocy, dnia bądź przebaczeniem!

Teu chętnie wysłuchał jego recytacji; była nadawana na jego ulubionej fali. Noc niejednokrotnie również zaskakiwała go swoimi dwuznacznymi zagrywkami.

*****

Kolorowa bańka z przesłaniem przesądziła sprawę. Wirgil Taranta postanowił pisać kronikę Cezarei, reprezentującej wzór idealnego społeczeństwa, nie tylko w Europie. Dzieląc się swym planem, Wirgil poprosił przyjaciela o opinię i wsparcie.

– Chodzi przede wszystkim o to, aby ujawnić wszem i wobec, jacy jesteśmy, co myślimy i dokąd zmierzamy. Pokazać kontrasty: lśniące morze i szorstkie sztolnie kopalniane, ludzi łysych i kosmatych, rudych i prawdomównych. Naczelnika Kukułę jak i prostego wyrobnika obsługującego taśmę produkującą samochody przyszłości z napędem elektrycznym. Mądry rząd i zagubioną w polu opozycję. Zdrowo myślące krowy i psa goniącego własny ogon. Premiera z różańcem w ręku i jego seksualną sekretarkę.

Edward Teu pomyślał, że przyjaciel zapędził się w ślepy zaułek chorobliwego entuzjazmu. Zadał sobie pytanie, dlaczego zwrócił się z tym do niego. Odpowiedź pojawiła się prawie automatycznie. – Byłem na podorędziu, na wyciągnięcie ramion. Gdybym był nieślubnym dzieckiem lub podłym złoczyńcą, też zapewne chciałby wyjawić mi swoją tajemnicę.

Zagubiony w myślach Teu nie zwrócił uwagi, że przyjaciel kontynuuje wywody.

– Cezarea i my, jej mieszkańcy, naprawdę jesteśmy pępkiem świata, a nie jakąś kropką na afrykańskim odludziu, gdzie biały diabeł mówi dobranoc czarnym mieszkańcom. Wiarę w centralne położenie i znaczenie Cezarei trzeba utrwalić i upowszechnić. To będzie moja rola.

Wiedziałem o co mu chodzi z tym pępkiem świata. O wiarę, że to co dzieje się u nas jest znaczące i ważne także dla innych krajów, może nawet i kontynentów.

*****

Decyzja Wirgila nie zaskoczyła Edwarda Teu. Pomysł prowadzenia kroniki od dawna dojrzewał w siwej głowie Wirgila. Była jak rozgrzany tygiel, w którym obserwacje i wyobrażenia właściciela przetapiały się w litery, słowa i zdania.

Wirgil Taranta rozmarzył się.

– Kronika Cezarei! Jej treść i piękno wstrząsną każdym wrażliwym czytelnikiem jak widok osiki siekanej tasakami deszczu przez wiosenny wiatr.

W tych słowach było natchnienie i poezja. Teu uznał, że przyjaciel posiada talent, który pod żadnym warunkiem nie może się zmarnować. Udzielił mu błogosławieństwa. Przyjaciel przyjął je z godnością.

Obydwaj nie zdawali sobie sprawy, jaki krzyż biorą na ramiona.

0Shares