Ja, Herkules. Powieść. Odc. 44/80

Odc. 1 Prezentacja 

Postanowiłem zostać celebrytą. Postanowiłem i słowa dotrzymałem. Oto stoję przed wami w całej krasie i okazałości, ja, Herkules Celebryta. Aby się nacieszyć, że to jestem ja, człowiek na piedestale sławy, chodzę regularnie do łazienki i patrzę w lustro. To mi sprawia przyjemność. Kiedyś tego tak nie odbierałem, dzisiaj jest inaczej. Nie uważam tego za narcyzm, tylko przypominanie sobie, jak wyglądam; ostatecznie nie patrzę na siebie nieprzerwanie. Oczywiście żartuję z tym chodzeniem do łazienki i podziwianiem siebie. Mam nadzieję, że nie dałeś się złapać na ten prościutki żart.

W niedzielę rano przeglądałem zdjęcia. W ręce wpadła mi kolorowa fotka z ambasady Stanów Zjednoczonych w Argentynie, z podpisem na odwrocie: US Embassy in Argentina, Avenida Colombia 4300, Buenos Aires. Jeden z dwóch mężczyzn na zdjęciu to byłem ja. Ten drugi to był ambasador amerykański. Pamiętam jak się nazywał: John Sidro. Znałem już wtedy protokół dyplomatyczny, umiałem się znaleźć i miałem dobre maniery. Byłem też pewny siebie. Dlatego też znalazłem się w tamtym miejscu.

Nie zawsze nosiłem imię Herkules, podobnie jak nie od dziecka jest się celebrytą. Ale zawsze miałem w sobie zalążki wielkości; nosiłem buławę hetmańską w plecaku, jak to mówią. Tak jak większość z nas, bo wiele jest genialnych dzieci. Będąc tego świadomym, trzeba też pamiętać ostrzeżenie, wypowiedziane przez kogoś chyba nie bez przyczyny:

– Jak to się dzieje, że jest tyle genialnych dzieci, a na starość tylu głupców?

To ostrzeżenie, że człowiek może ulec degeneracji.

Wracam do imienia. Byłem jeszcze młody, ale bez przesady, bo miałem już za sobą kawał udanego życia, kiedy poczułem w sobie taką parę, że przestraszyłem się, że wybuchnę jak kocioł parowy. Czułem się wtedy jak wypełniona paliwem rakieta wykonana ze stali nierdzewnej i tytanu, gotowa wzlecieć w przestrzeń kosmiczną. Był to moment, kiedy uznałem, że muszę zmienić imię na Herkules. To super imię, podoba mi się, idealnie pasuje do celebryty.

Czasem moi wielbiciele i wielbicielki proszą mnie:

– Opowiedz nam historię Herkulesa. Wiemy, że masz mało czasu, ale opowiedz choćby w dwóch słowach.

Niestety, odmawiam takim prośbom, bo nie sposób jest opowiedzieć historii półboga-półczłowieka w ciągu kilku minut. Kiedyś to oczywiście uczynię, w korzystniejszych warunkach, kiedy będę mieć więcej czasu. Obecnie jest to niemożliwe, jestem za bardzo rozchwytywany.

Były to lata, kiedy żyliśmy wszyscy w świecie chwiejącym się pod presją szalonych idei, zwariowanych przywódców, lokalnych wojen i zabójczego wirusa; każde nietypowe zachowanie zasługiwało wówczas na szacunek pod warunkiem, że było skuteczne, że stawiało cię przed innymi. Ponadto, co tu dużo mówić, ludziom znanym, słynnym i wybitnym, zawsze wiele się wybaczało.

Pamiętam, że w ambasadzie amerykańskiej w Buenos Aires, w czasie mojego wystąpienia w roli celebryty przed personelem dyplomatycznym ambasady i zaproszonymi gośćmi, przypomniał mi się kawał o słupie. Musiałem go opowiedzieć, bo był krótki i dobry. To było silniejsze ode mnie. Mam taką zasadę, że nigdy nie powinno się odmawiać sobie czegoś, na co ma się chęć. Oczywiście musisz liczyć się z następstwami. To, co robisz, może nieść ze sobą konsekwencje. Inaczej mówiąc, cenę, jaką zapłacisz. Ja nie zapłaciłem wówczas żadnej ceny, wręcz przeciwnie, dużo zyskałem jako człowiek z poczuciem humoru.

Wracam do kawału. Tematem był pijany w sztok mężczyzna, który chodził dookoła wielkiego betonowego słupa ogłoszeniowego, dotykał go rękami szukając wyjścia, szukał i szukał, w końcu pełen przerażenia krzyknął:

– Rany boskie! Zamknęli mnie! Zamknęli!

Tak naprawdę, to nie powinienem wtedy, ani w ogóle, opowiadać tej dykteryjki, bo pijaków nie znoszę. Znam nawet kilka obraźliwych określeń na ich temat: moczymorda, pijus, opój, oliwa, pijanica, alkoholik, ochlapus, gazownik, opilec. Dzisiaj bym tego raczej nie zrobił, mamy inne czasy, jest większa wrażliwość na losy ludzi, którym się nie powiodło, sam też jestem inny. Nie bez znaczenia jest też poprawność polityczna.

Wtedy w ambasadzie, zatrzymałem się po zakończeniu kawału, choć przychodziły mi do głowy inne, może nawet jeszcze lepsze kawały, i powiedziałem:

– Szlus. To już koniec kawału, dygresji i wyliczanki.

Były to lata, kiedy robiłem rzeczy dziwne i szalone, bo takie były warunki życia. Wszyscy zachowali się wtedy nietypowo; wirus mieszał ludziom w głowach i dezorganizował życie, każdy starał się radzić sobie z tym jak mógł. Dzisiaj jest tylko trochę łatwiej, ale nie za dużo. Nadal mamy przed sobą masę niepewności, nawet co do przyszłości samej cywilizacji ludzkiej.

Ja byłem uprzywilejowany, ponieważ wiedziałem już, jak uniknąć pułapek, jakie niesie życie. Tłumaczyłem moim zwolennikom:

– Nawet jeśli jesteś pewny siebie, masz w sobie dynamit, talent i pomysły, jak się wyróżniać, to nie wystarczy. Musisz stale się uczyć pamiętając, że są jeszcze sposoby widzenia, myślenia i postępowania inne niż twoje i warto się w nich ogarnąć, jeśli chcesz pozostać na topie.

Dzisiaj, mimo że zaszedłem daleko na drodze sławy, nie przestaję pracować nad sobą, bo bycie celebrytą ma swój początek ale nie ma końca. Oczywiście z wyjątkiem samobójstwa lub cichego pokoiku w szpitalu dla psychicznie chorych z widokiem na morze w miejscu, gdzie za oknami jest park i rosną rozłożyste drzewa. Rzecz jasna żartuję, ale tylko na temat widoku na morze w parku.

Odc. 2 Bagno i waga patriotyzmu

Wtedy, w ambasadzie, kiedy powiedziałem „Szlus. To już koniec kawału, dygresji i wyliczanki”, ambasador John Sidro zapytał mnie:

– Co ma pan na myśli? Jak należy rozumieć pańskie słowa?

Z Johnem Sidro łączyła mnie oryginalna pasja filatelistyczna – zbierania znaczków i innych walorów pocztowych w tematach „Prymitywna jednostka społeczna” oraz „Zbiorowa głupota narodu”. Były to dwa zjawiska, które uznaliśmy za największe zagrożenie demokracji, a szerzej mówiąc zagrożenie wolności, którą obydwaj stawialiśmy na najwyższym piedestale. Poglądy nas zbliżały, tworząc coś w rodzaju wspólnoty ducha, łączącej ludzi i ułatwiającej porozumiewanie się w innych sprawach. Pamiętam, co mu odpowiedziałem:

– Dobrze, że pan pyta, panie ambasadorze, bo kto pyta, nie błądzi. Ale tylko wtedy, kiedy człowiek nie znajduje się na bagnie, bo tam, nawet jeśli zna się kierunek drogi, to i tak niewiele to pomoże. Bagno to bagno.

– To miejsce, gdzie możesz szybko utonąć i to w sposób bardzo bolesny, nabierając błota w usta. To ohydne – dodał ambasador, wykrzywiając boleśnie twarz i otwierając usta tak, jakby chciał schwycić ostatnią drobinę bagiennego powietrza.

Był to nasz frymuśny sposób rozmowy o sprawach poważnych, wolności, demokracji, mądrości oraz niebezpiecznej głupocie, reprezentującej najwyższą formę ludzkiej beznadziejności.

Wracając do bagna zrobię małą dygresję. Pisał o nim Arthur Conan Doyle (Co tu mówić! Ludzie kochali go za wyobraźnię detektywistyczną oraz znakomity adres zamieszkania przy Baker Street w Londynie). Conan Doyle był pisarzem-celebrytą. To nas łączyło. Oczywiście żył sporo wcześniej więc nie była to więź bezpośrednia tylko ezoteryczna. Uwielbiałem czytać fragment jego kryminału „Pies Baskervillów” opisujący bagna Grimpen-Mire, które stały się przedmiotem szczególnego zainteresowania Sherlocka Holmesa, a w filmie mroczną oprawą wystąpienia samego psa Baskerwilów. Była to przerażająca bestia, niesamowity, straszny; w nocy fosfor świecił mu się z mordy trupim blaskiem. Będąc wówczas chłopcem myślałem, że takiego psa dobrze było mieć, kiedy masz słabą latarkę albo zapomniałeś ją zabrać. Zwierzak oświetlał ci wówczas drogę, w dodatku miałeś towarzystwo.

Wskoczę teraz na sekundę w nurt fascynacji miłosnych, aby złożyć także i wobec ciebie deklarację, że kocham psy, czasem nawet bardziej niż człowieka. Jest to miłość odwzajemniana. Tylko raz pies mnie ugryzł, i to gdzie, w pośladek. Wybaczyłem mu to, ponieważ obydwaj byliśmy młodzi. Był jeszcze szczeniakiem, a ja pod względem dojrzałości byłem niewiele mądrzejszy od niego. Opowiem tę historyjkę przy innej okazji, ponieważ ma wydźwięk filozoficzny, jak postępować w warunkach zagrożenia.

Dzisiaj jest inaczej niż za czasów Conan Doyle’a, Sherlocka Watsona i psa Baskerwilów. Wciąż mamy pisarzy, detektywów i psy, ale bagien jest znacznie mniej, tych naturalnych oczywiście, no i technologie się zmieniły. Dziś masz latarkę w smartfonie, a niedługo będziesz mieć źródło światła wszczepione pod skórę dłoni zasilane energią produkowaną przez twój organizm. Inwencja ludzka nie ma granic, jestem o tym przekonany, a to nas prowadzi wprost do bramy nieba i piekła, gdzie droga rozdwaja się w bardzo ciekawy sposób. Którąkolwiek z nich nie pójdziesz, dojdziesz równocześnie w jedno i w drugie miejsce, to znaczy i do nieba i do piekła. Chodzi o to, że cokolwiek człowiek nie wymyśli, ma swoje zalety jak i wady. Taki samochód przykładowo. Masz wypasione limo, jeździsz nim gdzie chcesz, ale przestajesz używać nogi, w związku z czym obrastasz tłuszczem, kurczą ci się płuca, a serce zniechęca się coraz bardziej do działania. Eh! Jest to szeroki, słodko-cierpki temat, kwestia dwoistości zjawisk, inaczej mówiąc dualizmu. Na temat dualizmu rozmawiałem raz lub dwa razy z ambasadorem Sidro, częściej natomiast z mym przyjacielem Erazmem. Dualizm to mój konik, moja szczególna pasja. Jeśli chcesz być celebrytą, koniecznie musisz mieć coś takiego w sobie, bo to cię odróżnia także od innych celebrytów. Podobnie jak zabłocone buty od czystych lub kobietę z pełnymi piersiami od chudziny mogącej przestraszyć nawet własne, spragnione mleka dziecko.

Temat celebrytyzmu podjąłem kiedyś z profesorem Janem Zybe. Zybe to ten facet, który wynalazł wagę do mierzenia patriotyzmu. Dla mnie, urządzenie to bardziej niż wagę przypominało alkomat, który określa poziom patriotyzmu na podstawie wdychanego i wydychanego powietrza. Znielubiłem Zybego za to urządzenie. Była to jakaś perwersja, wynalazek z podszeptu szatana. O ile wiem, Zybe miał sugerować prezydentowi, żeby to wykorzystać w procesie przyznawania i odbierania obywatelstwa. To tak jakby powiedzieć:

– Oceńmy kandydatkę, czy jest dostatecznie patriotyczna, aby zająć stanowisko dyrektora państwowej kopalni węgla kamiennego.

Myślę, że równie dobrze można oceniać przejrzystość człowieka, czy nie będzie nadmiernie zasłaniać światła stojąc naprzeciw okna. Temat jest nie bez znaczenia w małych mieszkaniach, sklepikach, komórkach, kurnikach, celach więziennych, piwnicach i garażach, gdzie jest tylko jedno okno. Wybacz, że jestem taki zgryźliwy, ale to kwestia krytycyzmu. Celebryta musi umieć krytycznie oceniać rzeczywistość, aby nie robić z siebie durnia jak niektórzy politycy. Niektórych nie znoszę do tego stopnia, że chętnie bym ich rozstrzelał. Nie bierz tego dosłownie, przyjmij to jako wyraz celebryckiego poczucia humoru.

Ostatnio zadzwonił do mnie profesor Zybe, aby przekonsultować definicję celebrytyzmu, nad którą pracował. Jak wspomniałem, facet był a może i nadal jest doradcą prezydenta. Nie przepadam za jednym ani za drugim ale też nie unikam z nimi kontaktów.

Decyzja utrzymywania kontaktów z ludźmi, których nie lubimy, jest bardziej racjonalna niż uczuciowa. Powiedziałem sobie kiedyś, że uczucia i emocje rezerwuję dla rodziny, przyjaciół oraz zwierząt, a w szerszym sensie przyrody. Inne byty postanowiłem traktować bardziej racjonalnie, inaczej mówiąc rozumowo czyli chłodno. Pozwala to zachować równowagę ducha w kontaktach z otoczeniem, które staje się coraz bardziej niezrozumiałe, żeby nie powiedzieć zwariowane. Za przejaw niezdrowego szaleństwa, rodzaj łagodnego debilizmu społecznego, uważam wszystko, co budzi racjonalny jak i emocjonalny sprzeciw człowieka.

Może to być urządzenie elektroniczne zdolne pełnić tysiąc różnych funkcji, z których przeciętny użytkownik wykorzystuje tylko pięć procent, bo nie potrzebuje więcej. Ta reszta tylko komplikuje mu życie, kiedy usiłuje coś zmienić, na przykład ustawić głośność. Pojawiają się wtedy przeróżne przyciski, guziki, opcje i warianty, które sprowadzają go na manowce. Taka jest natura wynalazków mających ułatwić ci życie; potrafi je zdrowo skomplikować. Tak jak niewinny, maciupci wirus; miał służyć za pokarm bakteriom, a tu okazuje się, że zjada ci płuca. Mój znajomy chirurg, który żenił się trzy razy, określił go  dosadnie:

– To taka samosiejka, co to niewinnie wyrasta ci pod domem, aby zabrać ci w jednej chwili szopę, samochód, psa, jego budę i zabawki dzieci twoich, twojej żony, waszych wspólnych oraz tych z poprzednich małżeństw. 

Jest to wyraźne także w przypadku celebrytów. Mogą oni mieć potężne wady, że tak powiem systemowe. Żeby nie gmatwać, za taką wadę uważam odbieranie sobie życia, kiedy ma się wszystko, łącznie z majątkiem, zdrowiem, sławą i rodziną, aby w pełni cieszyć się życiem.

Odc. 3 Definicja celebryty

Profesor Zybe zadzwonił wieczorem i od razu przeprosił, że odrywa mnie od pracy. Te poniekąd niepotrzebne przeprosiny dobrze przyjąłem, pomyślałem o nim życzliwiej niż zawsze. Zależało mu na mojej opinii. Dzwonił, aby zapytać mnie, co sądzę o jego definicji celebryty. Przygotowywał jakiś materiał dla prezydenta do oficjalnego wystąpienia. Byłem ciekaw o co chodzi, ale profesor zasłonił się tajemnicą służbową. Sumitował się niezdarnie jak dzieciak wyrwany nagle do tablicy.

– Prezydent by mi oberwał … no, wie pan … proszę zrozumieć … mam na ustach kaganiec, takie czasy … władzy też nie jest lekko…

Pomyślałem, że prosi mnie o opinię także dlatego, aby mi zrobić przyjemność. Nie chwaliłem go za bardzo, żeby nie wbił się w zachwyt nad samym sobą. Wysłuchałem jego definicji. Nie powiem, sprokurował ją dosyć zgrabnie.

„Celebryci to jednostki wyższej klasy, promieniujące niezwykłością, w blasku której pragną się kąpać tłumy wielbicieli i naśladowców. Celebryta jest mistrzem, gwiazdą i idolem, postacią złożoną, zewnętrznie piękną i szlachetną, uśmiechającą się, rozdającą autografy i wyrozumiałą. Jeśli ma słabości lub przeżywa rozterki to czyni to w ukryciu, najczęściej w domu, bo to sprawa prywatna, choć czasem obnaża się publicznie ze swoim bólem, niepokojem lub niepowodzeniem. W momentach kryzysu celebryta ratuje się alkoholem, narkotykami, seksem, a czasem przemocą wobec najbliższych, co należy uznać za fatalny przejaw bezsilności. W podsumowaniu, można by powiedzieć, że celebryta jest jednostką niezwykłą, bez typowych ludzkich wad, dzięki czemu staje się idolem wielu osób, zwłaszcza ludzi młodych.”

Definicja była poetycka choć nieco przesadna w opisie. Poetyckość stylu profesora zapisałem mu na plus, zważywszy że to urzędas państwowy, posługujący się na co dzień językiem sztywnym jak wilgotny dywan wystawiony na silny mróz. W opisie doszukałem się także wpływów religijnych, konkretnie pobłażliwego wybaczenia, idealizacji i uwielbienia. Zasugerowałem profesorowi, aby nie ujmował ostatniego fragmentu w sposób bezpośredni „nie bez wad”, lecz jakiś łagodniejszy. Było to niejako także w moim interesie.

Zaraz potem pomyślałem, że profesor sam jest niezłym narcyzem: w momencie kiedy czytał mi definicję celebryty, stał nagi przed lustrem, podziwiał się i idealizował. 

– A to niesforny onanista! – tak to mi się sfomułowało. Wyglądał mi na takiego z tą swoją rumianą twarzyczką i rączkami rozpieszczonego intelektualisty.

Muszę wyjaśnić, że celebryci od czasu do czasu też odkrywają w sobie twardą ludzką duszę. Potrafią nie tylko wdzięczyć się do tłumu słuchaczy, widzów, dziennikarzy, fotografów i reporterów ale i przekląć, powiedzieć coś dosadnego, wyzłośliwić się na kogoś, walnąć pięścią w stół lub głową w ścianę.

Rozpędziłem się, a nie chcę przesadzać. Domyślam się, chyba słusznie, że wielu admiratorów celebrytów i celebrytek, chciałoby wiedzieć, czy przyjaciele i osoby im najbliższe mają tak pozytywny stosunek do nich, jak to opisał profesor Zybe.

Otóż niekoniecznie. Mój przyjaciel Erazm Jansen na przykład nie znosi celebrytów. Powiedział mi to wprost. Trochę to mnie nawet zabolało, że nie powiem ubodło. Erazm uważa każdego celebrytę za niereformowalnego narcyza, rodzaj diabła-anioła, z przewagą elementów piekielnych, a w najlepszym przypadku za anioła-diabła z akcentem przesuniętym również w kierunku demonizmu. Pozory nieba w celebrycie tłumaczy Erazm podstępnością, pokazywaniem pięknej twarzy, pozorowaniem uprzejmości. W rzeczywistości – cytuję mego przyjaciela – „w każdym nadętym celebryci jest narcyzm, egoizm, egocentryzm, co cuchnie czarcim łajnem na odległość”.

Oczywiście odrzucam tego rodzaju krytyki, jako nieuzasadnione.

W profesorskim opisie była jakaś niesamowitość. Udzieliła mi się ona, choć wiedziałem, że jest w niej przesada. Przyszło mi na myśl, że i ja muszę być niesamowity, skoro uznają mnie za celebrytę.

– Ten wyuzdaniec prezydencki połaskotał mnie w czułe miejsce – pomyślałem i od razu poczułem się lepiej, choć i tak czułem się doskonale.

Dobre samopoczucie jest sztuką, której potrzebuje się nauczyć każdy adept celebryzmu. Jest to szczególnie ważne dla radzenia sobie w niesprzyjających sytuacjach.

– Chwal siebie, zachwyć się sobą, uznaj się za niezwykłego człowieka, przynajmniej od czasu do czasu! To część bycia celebrytą – to mój postulat dla ciebie przynajmniej na dzisiaj.

Odc. 4 Rok wirusa

Wirus, a wraz z nim epidemia, pojawił się w styczniu i zapisał się w kalendarzu światowych przemian jako Rok Wirusa Quagga. Sytuacja rozwijała się tak dynamicznie, że większość obywateli Bangrolu nie nadążała śledzić zmian fali zakażeń i statystyk. Na początku nikt nie umiał nawet opisać sytuacji. Premier Jonasz Chudy ustami swego rzecznika prasowego przedstawiał pewne definicje, ale albo ich nie rozumiano, albo nie akceptowano. Wydawało się, że każdy obywatel ma swoją własną definicję.

Wieczorem Erazm Jansen spotkał się z Herkulesem na Skajpie, aby porozmawiać na te tematy. Przedtem telefonicznie zaoferował się przedstawić ocenę stanu epidemii.

– Będzie ona konkretna i wyczerpująca. Myślałem dłużej na ten temat, bo jesteśmy w głębokim kryzysie. Nawet celebryci ją zrozumieją. Nie mówię tego pod twoim adresem, tylko wszystkich celebrytów jako takich.

Herkules nie brał do serca słów przyjaciela, wiedział, że lubi się podrażnić, zwłaszcza kiedy mucha mu usiądzie na nosie. Rozmawiali o tym i o owym, zanim Erazm nie sprowadził rozmowy na właściwy temat.

– Od kilku dni nikt w kraju o niczym innym nie mówi, tylko o wirusie Quagga, jego możliwych i niemożliwych mutacjach, o epidemii, jej ryzykach i kosztach, lokautach i bezrobociu. Jednym słowem czarna rozpacz. Wszyscy się boją wirusa, z wyjątkiem ludzi młodych, narkomanów, alkoholików, otępiałych starców, pająków i zwierząt. Może nawet one też się go boją, ale to niemowy, więc nic ci nie powiedzą. Ja takiego poglądu nie podzielam, bo ludzie to też zwierzęta.

– Więc jaka jest w końcu twoja definicja sytuacji? – W głosie Herkulesa zabrzmiał nutka zniecierpliwienia. Bardzo się śpieszył się do swoich obowiązków. Tego dnia miał być jeszcze fotografowany na tle domu i na tle ulicy, udzielić dwa wywiady, pokazać się publicznie na spotkaniu wolontariuszy organizacji dobroczynnej, którą sponsorował, odkrycia rąbka jakiejś tajemnicy osobistej oraz podpisywania autografów. Śpieszył się do tych obowiązków.

– Najpierw był wirus, koncentracja regionalna, podobna do obozu nowej ideologii, potem epidemia, ogarniająca coraz szersze kręgi świata przenosząc się samolotami z jednego kraju do drugiego, w końcu pandemia, która ogarnęła sobą cały świat.

– Jak pożoga lasu w Australii podsycana gorącym oddechem wiatru nasączonym palnym olejkiem eukaliptusowym – dodał Celebryta.

Rząd Bangrolu dwoił się i troił tworząc zasady, przepisy i mechanizmy ograniczające dalszy rozwój epidemii. Mimo jego wysiłków, krytykowano go.

– Ludzie są niewdzięczni – skarżyli się ministrowie premierowi na spotkaniu gabinetu.  – Zaharowujemy się jak woły, a nawet wiązki siana nikt ci nie postawi przed oczy – rzucił minister rolnictwa. Rozgoryczenie wylewało się z niego. – Mam na myśli siano w sensie symbolicznym, jako podziękowanie za ciężką pracę, cięższą nawet niż przy pługu, w dodatku bardziej niebezpieczną.

Krytyka rządu była powszechna. Erazm mówił z podnieceniem równym niezwykłości wirusa, istoty niepojęcie małej, a bardziej zabójczej niż najbardziej zjadliwa bakteria Zonna364. Herkules czuł przez skórę, jak przyjaciel wymachuje rękami, wyrażając gniew i frustrację. O rządzie mówił nie wprost, ale „oni”, aby dać wyraz swej odrazie do praktyk gorszych niż zwierzęce.

– Oni tworzą przepisy, ale ich nie wyjaśniają. Wiem to dobrze, bo rozmawiam codziennie z ludźmi na ulicy. Czuję ból ich niepewności, a nawet rozpaczy. Nikt im nie mówi także kiedy to się wreszcie skończy. Ci z góry dają fatalny przykład; nie pokazują się w miejscach publicznych, aby zademonstrować, jak prawidłowo nosi się maseczki, zasłaniając w pełni nos i usta. Ważne jest też zachowanie odległości. Nikt jej nie mierzy.

– To widać na oko – Herkules przerwał potok mowy przyjaciela rzeczową uwagą. Erazm nie pozostał dłużny.

– Na oko to chłop w szpitalu umarł, drogi Herkulu – odparł mężczyzna, przerywając tylko na chwilę krytykę władz. – Sami nie przestrzegają bezpiecznej odległości dwóch metrów. Widziano ich, jak grupowo wchodzili na teren gorzelni zamkniętej z powodu epidemii oraz do obiektu sportowego, gdzie obowiązywał zakaz wchodzenia. Rzekomo po to, aby wypróbować nową partię obuwia sportowego, mającego stanowić prawdziwy hit eksportowy. Takie postępowanie władz wywołuje ferment społeczny; ludzie zaczynają ignorować przepisy. To nie wszystko. Najpierw premier Chudy zarządza lockdown, trzyma właścicieli biznesów w niepewności przez tydzień lub dwa, a potem wedle swojego widzimisię otwiera, co mu się podoba, jakby to była klatka z oswojonym kanarkiem lub paczka tanich papierosów. Potem dla odprężenia trochę pojeździ z dzieckiem na kucyku na domowym torze hippicznym i znowu dekretuje, otwiera i zamyka przedsiębiorstwa, sklepy, punkty usługowe, kina  i szkoły. Co to za postępowanie?!

Odc. 5. Dwa obozy

W kraju utworzyły się dwa obozy, zwolenników i przeciwników wszystkiego, czym żyło społeczeństwo: wirusa, maseczek, rękawiczek oraz ograniczeń i nakazów ustalanych przez rząd. Większość obywateli akceptowała ograniczenia lecz niemało było buntujących się przeciwko nim. Strach przed wirusem wziął się za bary z buntem przeciw zakazom wprowadzanym przez władze. Najbardziej ludzie obawiali się zakażenia się wirusem i pobytu w szpitalu oraz utraty pracy i dochodów.

W walce z wirusem pojawiły się dwie strategie, dwie koncepcje, dwa sposoby podejścia. Rząd szarpał się jak dzik na uwięzi, nie mając pojęcia, jak walczyć z epidemią godząc w dodatku często sprzeczne uczucia, oczekiwania i potrzeby społeczeństwa. Większość młodych ludzi, bardziej odpornych na wirusa, często przechodzący zakażenie bezobjawowo, reprezentowali twardą linii postępowania. Demonstrowali to ignorując polecenia władz, spotykając się towarzysko i na manifestach bez maseczek i rękawiczek. Zdecydowanie prezentowali swoje poglądy na forach internetowych. Przeważały głosy, że epidemia może się skończyć tylko w sposób naturalny, kiedy większość ulegnie zakażeniu i przechoruje to. Oznaczało to, że wymrze jakaś część społeczeństwa. To miał być nieunikniony koszt powrotu społeczeństwa do zdrowia. Traktowano to jak wyrok losu.

Na forum internetowym Głos Wolności młoda kobieta z twarzą zasłoniętą chustą i zdecydowanym głosem mówiła;

– Nie ma cudów, natura niczego nie wybacza. Jedyny sposób ocalenia społeczeństwa to zachowywać się naturalnie, odrzucić maseczki w kąt, plunąć na rękawiczki, wychodzić na ulice bez skrępowania i poruszać się swobodnie z otwartą przyłbicą. Pojawiły się hasła i zawołania:

– Czyś stary czy młody, musisz tak postępować. Bez tego społeczeństwo się nie uodporni. Większość z nas musi zachorować, aby to nastąpiło. Nie ma żadnego skrótu do celu, żadnego „zmiłuj się”. Takie są zasady gry. Dyktuje je nie rząd, ale wszechmocny wirus, część natury. To on dzisiaj jest panem.

Władze Bangrolu traktowały tego rodzaju poglądy i zachowania jako sabotaż walki z wirusem. Policja i prokuratura rozpoczęły dochodzenia, wkrótce nastąpiły pierwsze aresztowania i oskarżenia. Nie powstrzymywało to zwolenników pozostawienia wirusa w spokoju, aby płacąc daninę społeczeństwo odzyskało naturalną odporność.

Ludzie starsi i bardziej schorowani argumentowali:

– Ale w takim wypadku będziemy mieć wkrótce mieć na ulicach zwały trupów tak jak w czasie wielkiej epidemii w Konstantynopolu. To, do czego usiłujecie nas przekonać, to prawa dżungli.

Anarchiści, przeciwnicy wszelkiej władzy i ładu społecznego, stanęli pośrodku.

– Chcesz nosić maseczkę ochronną – bardzo dobrze, nie chcesz jej nosić – też bardzo dobrze.

Erazm ocenił sytuację zwięźle ale zupełnie niezrozumiale.

– Zamieszanie i rozgardiasz pojawiają się równie szybko jak nieszczęście. Czy będzie to powódź, osunięcie się mas ziemi, wybuch wulkanu, czy śmiertelny wirus. Nie musimy na nic czekać, już jesteśmy w bagnie. Ja nawet czuję śmierdzący gaz wydobywający się z niego.

Zdziwiłem się, skąd u niego takie słowa. Popatrzyłem na jego twarz, rozmawialiśmy na Skajpie, i pomyślałem, że chyba wypił. Zawsze miał słabą głowę. Jego żona dawała mi znaki zza jego pleców, aby nie brać go poważnie.

Wieczorem wróciłem do tej rozmowy. Wiedziałem swoje. To nie może być takie proste, jak uważa Erazm, ani też nie może być nadmiernie wyszukane. To nie byli żadni spiskowcy, anarchiści, burzyciele, rebelianci, czy ekstremiści. To musiała być jakaś większa organizacja czy grupa ludzi, która w niepokoju społecznym wietrzyła jakiś śmierdzący interes dla siebie. Ktoś chciał na tym zarobić. Ale kto? Sugestie nasunęły mi się od razu, nie wiedziałem jednak, która z nich była słuszna: właściciele sieci szpitalnych, wielkie firmy farmaceutyczne, producenci trumien i akcesoriów pogrzebowych, właściciele prosektoriów i cmentarzy. Może mafia zarabiająca na wszelkich ludzkich nieszczęściach? Może nawet jakieś ugrupowanie chcące zbuntować społeczeństwo, aby położyć rząd na łopatki i przejąć władzę?

Tej nocy nie spałem spokojnie. Miałem się nad czym zastanawiać.

Odc. 6 Konferencja

Rząd tworzył w pośpiechu fundusze pomocy i rozdzielał środki ludziom i biznesom w potrzebie. Wkrótce pojawiły się wieści przekrętach i aferach oraz krytycy działań władzy. Wyszli na barykady z czerwonymi sztandarami protestu krzycząc, że dysponenci pomocy rozdają ją przede wszystkim swoim zwolennikom; wzywano społeczeństwo do buntu. Nie przebierano w słowach.

– Winni przekrętów są premier Chudy i jego sponsor, milioner Leon Sawiłło-Kukuła. To on decyduje komu dać dużo, komu dać mniej a komu w ogóle nie dać. To jemu Chudy zawdzięcza stanowisko i gotów jest mu buty czyścić. To ma być demokracja? To łajdactwo!

Erazm Jansen uważnie obserwował wydarzenia. Zadzwonił do Herkulesa z prośbą, aby przyłączył się do głosów potępiających nieuczciwe praktyki rządzących.

– Herkulu! Jesteś znaną osobą. Wiesz dobrze, że pomoc państwowa jest kierowana nie do najbardziej potrzebujących lecz do przyjaciół i znajomych królika. To jest fakt. Wykazały to czarno na białym badania prowadzone przez Uniwersytet Humboldta oraz kilku niezależnych dziennikarzy. Skala rozdawnictwa na rzecz zwolenników tego despoty jest porażająca. Rząd wydaje tyle pieniędzy, że nie wystarczy na zakupy szczepionek, które właśnie ukazały się na rynku.

– Mówisz ciągle „ królik”. Króliki skaczą u ciebie jak po zagonie kapusty. Wiem, co to znaczy królik, ale kogo konkretnie masz na myśli? To, że partia Kukuły zadecydowała, kto jest premierem, to wszyscy wiedzą – trzeźwo podsumował Herkules.

Od początku było wiadome, że ostatecznym ratunkiem przed wirusem i epidemią są szczepionki. Czekano na nie jak na zbawienie. Kiedy w końcu pojawiły się, rząd dokonał zakupów. Kupował, gdzie się dało. Wszystko odbywało się w pośpiechu. Szczepionki były pakowane po sto sztuk dla usprawnienia dystrybucji do punktów szczepień i musiały być przechowywane w bardzo niskiej temperaturze. Pierwsze dwie partie próbne po tysiąc sztuk zapakowano niestarannie lub też w transporcie wystąpiły jakieś problemy, gdyż część przesyłki uległa uszkodzeniu, została zniszczona. Sprawę usiłowano zatuszować. Opozycja zażądała przeprowadzenia śledztwa. Minister zdrowia poinformował, że jest ono w toku. Jonasz Chudy to potwierdził. Występując w telewizji, obydwaj nie patrzyli przed siebie w obiektyw kamery, tylko w ziemię. Wydawało się, że nikt nie panuje nad sytuacją. 

W końcu marca, w samym środku epidemii, odbyła się konferencja poświęcona ocenie przebiegu, skutków oraz strategii walki z wirusem. Szukano wyjaśnień, jak mogło dość do epidemii i co należało dalej robić. Dobrą atmosferę obrad zburzyła na koniec profesor Karolina Hopkins, biolożka ewolucyjna. Była ubrana na czarno i miała ochrypły głos.

– Mówi, jakby połknęła kłębek wełny – skomentował wąsaty mężczyzna siedzący obok Herkulesa Celebryty.

Jej głos dobywał się gdzieś z głębi gardła, a wygląd i sposób mówienia sprawiały wrażenie mowy pożegnalnej nad grobem.

– Wirus Quagga jest odpowiedzią natury na eksplozję demograficzną ludzkości i monstrualną dewastację środowiska naturalnego. To są ekscesy naszej cywilizacji. Wywołały one z uśpienia wirusa i spowodowały epidemię na skalę światową. Sami to sprowokowaliśmy, my jako gatunek dominujący na świecie. Teraz mamy to, co mamy. Niszcząc planetę okazaliśmy się samobójcami.

Część sali wstała, aby gromkimi brawami wyrazić swoje poparcie. Pozostała część milczała, patrząc w podłogę lub na mówiącą z niedowierzaniem lub niechęcią. Zakończenie wystąpienia profesor Hopkins było jeszcze prostsze i wymowniejsze.

– Quagga nas wytłucze, o ile nie wypowiemy jej totalnej wojny. Chyba nie zanosi się jednak na to. Mamy rząd pozorujący aktywność, któremu brak jest energii i zdecydowania. My sami, jako społeczeństwo, jesteśmy zbyt podzieleni w opiniach, aby to uczynić.

Udzielając wywiadu grupie dziennikarzy i reporterów profesorka spokojniej już wyjaśniała.

– Powiedziałam to celowo. Musiałam spoliczkować słowami wszystkich nadętych urzędasów i ich popleczników, którzy nie wiedzą, co maja robić, lub nie maj chęci zrobić, co wymaga sytuacja, aby ratować naród przed zagładą. A i tak nie wiem, czy zrozumieją moje przesłanie.

– Jak pani widzi naszą przyszłość?

Profesor popatrzyła na pytającego z niechęcią.

– Wyłącznie w czarnych barwach. Nie ma w tym żadnego pesymizmu. Nie jestem pesymistką, tylko kobieta myśląca. To bardzo realistyczna ocena.

Zwolennicy profesorki i jej poglądów byli zachwyceni. Chwalono jej naturalność i szczerość wypowiedzi. Zachwycano się łatwością, z jaką wywaliła prawdę i rozprawiła się z władzą, z jaką przeszła od oceny pandemii do walki z nią.

Po zakończeniu konferencji, na prośbę organizatorów konferencji, profesor Hopkins dała popis gry na harfie. Okazało się, że oddawała jej się przy każdej okazji, kiedy miała nieco więcej czasu.

– Harfa to moja największa pasja – pochwaliła się, uśmiechając się radośnie.

Po zakończonej konferencji otoczyła mnie grupa zwolenników i admiratorów. Znowu poczułem się w roli autorytetu i idola. Oczekiwano mego komentarza.

– Zapisałem sobie w notatniku ważniejsze fragmenty wystąpień profesor Hopkins. W większości spraw zgadzam się z nią, z niektórymi nie. Osobiście najbardziej podobał mi się jej pokaz gry na harfie. Pani Hopkins jest doskonałą harfistką a ja uwielbiam ten instrument. To szczere wyznanie. Jej występ muzyczny mile mnie zaskoczył. W morzu nieszczęść wywołanych przez wirusa Quagga jej niewymuszone, radosne i szczere zachowanie jest na wagę złota.

– A jaka jest pańska ocena konferencji, panie Herkulesie?

– Powiem tylko tyle: profesor naładowała mnie energią. Dała nam wszystkim przykład, jak postępować w tym tragicznym czasie. Być bezkompromisowym, uczciwym i mieć coś osobistego, co pozwala odciąć się od mrocznej rzeczywistości.

Odc. 7 Nowe wyzwania

Pod koniec wiosny sytuacja epidemiologiczna Bangrolu pogarszała się coraz szybciej, już nie z tygodnia na tydzień, ale z dnia na dzień. Wirus Quagga dokonywał masowych spustoszeń; nazywano go seryjnym mordercą bez opamiętania.

Zamieszanie i niepewność nie mogły być większe. Tak się na początku wydawało wielu ekspertom. Dezorganizacja życia objęła wszystkie ważne dziedziny i sprawy: ochronę zdrowia, edukację, gospodarkę, transport, rozrywkę i wypoczynek. Portale informacyjne podsumowywały hasłowo liczne bolączki i niedomagania: długie kolejki do testów, niepewny transport szczepionek, kolejki do szczepień, koncerny farmaceutyczne opóźniające dostawy, niedostatek lekarzy i pielęgniarek, niestabilna edukacja, stres, depresja i bezsenność.

Wkrótce pojawiły się zachowania irracjonalne, szerzyły się plotki, chętniej też wierzono ludziom mającym nietypowy stosunek do rzeczywistości. W ostatni piątek miesiąca przed głównym dziennikiem telewizji publicznej ukazały się wywiady z ludźmi określanymi jako „zwykli obywatele”. Najpierw był kierowca autobusu, a po nim ekspedientka w sklepie piekarniczym, Zofia Makowska, osoba tęga i rumiana, o twarzy wyglądającej jakby upudrowanej mąką, z okularami zasłaniającymi pół twarzy. Stwarzała wrażenie osoby słabowidzącej, choć nic w jej zachowaniu na to nie wskazywało.

– Ten wirus nas nie zabije, tylko umocni. Ludzie dadzą sobie radę. Widzę to najlepiej z perspektywy sklepu. Rozmawiam z tyloma ludźmi, że wiem chyba wszystko, co dzieje się w mieście, kto przeżył a kto umarł, co ludzie wiedzą i myślą o tym wirusie. Przede wszystkim ma bardzo dziwną nazwę, tak jakby nie był prawdziwy. Ludzie mówią mi, że najważniejsze jest mieć co do ust włożyć. Wszystkie problemy jakie mamy, ze służbą zdrowia, szpitalami i maseczkami, w ogóle ze wszystkim, to nie ludzie są winni, ale wirus. Najważniejsze jest to, aby rząd przetrwał, bo jak nie będzie rządu, to będzie wojna i głód.

Badania przeprowadzone dwa dni później pokazały, że duża część społeczeństwa przyjęła bardzo dobrze jej wyjaśnienia. Na pytanie, czy bardziej wierzą ekspedientce Zofii Makowskiej czy premierowi Jeremiaszowi Chudemu, głosy rozłożyły się prawie po równo.

– Z czego wynika pana/pani przekonanie do ekspedientki a nie do premiera, ludzie odpowiadali w podobny sposób:

– Bo ona mówi językiem zrozumiałym dla mnie, z przekonaniem, i nie ma nic do ukrycia. To nie ona odpowiada za szczepienia, tylko premier.

Rządząca Partia Powszechnego Dobrobytu już nawet się nie broniła tylko usiłowała zrzucać z siebie winę i obarczać nią opozycję i media.

– W tym trudnym czasie nie ma warunków, aby zajmować się czymkolwiek innym, jak tylko jałowym roztrząsaniem pandemicznych wydarzeń. Wirus przysłonił wszystkie inne problemy stając się skumulowanym nieszczęściem Bangrolu – powiedział pisarz Albin Ramo.

Rząd w pośpiechu tworzył system zbierania danych i modele analityczne, które pozwoliłyby mu monitorować i choćby częściowo rozumieć rozpowszechnianie się wirusa i zachorowania, ale jego starania były opóźnione w stosunku do wirusa. Ten zawsze był w przodzie. O prognozach nikt nawet nie myślał. To była zbyt odległa perspektywa.

Pocieszano się, że w innych krajach nie jest lepiej. Zabójcza atmosfera udzielała się wszędzie. Każdy kraj borykał się z epidemią w samotności odcięty fizycznie od świata po zawieszeniu wszystkich lotów i połączeń drogowych, kolejowych i morskich. Wszędzie pojawiły się zniechęcenie, rozpacz i depresja.

W obozie uchodźców koło Islamabadu, stolicy Pakistanu, widziano rodzinę składającą się z ojca, matki i trojga dzieci. Byli w stanie głębokiej apatii; nie było z nimi niemal żadnego kontaktu. Uciekali nie widomo dokąd przed epidemią wirusa Quagga. W drodze przez górskie przełęcze ojciec, by ocalić resztę rodziny, by mogli dalej maszerować, zabił najmłodsze dziecko. Tak podała prasa. On sam milczał. Nie odzywał się nawet słowem, tylko patrzył w ziemię albo w ścianę niewidzącym wzrokiem.

W Europie media donosiły o imigrantach mężczyznach błąkających się we mgle na granicach, którym straż graniczna łamała nogi, aby ich odstraszyć od prób przekraczania granicy. W niektórych krajach mówiono  o paramilitarnych bojówkach, organizujących polowania na ludzi bez maseczek, zarzucając im celowe rozpowszechnianie wirusa. Byli to głównie imigranci, którzy przybyli do kraju wcześniej legalnie oraz całkiem ostatnio nielegalnie. Mówiono o policjantach współpracujących z mafiami wymuszającymi haracze od firm handlujących maseczkami antywirusowymi, rękawiczkami, szczepionkami i innymi akcesoriami użytecznymi w walce z wirusem. Celem ataków dla okupu byli także ludzie gwarantujący miejsca w szpitalach, gdzie były jeszcze wolne łóżka i respiratory.

Odc. 8 Minister zdrowia

W kwietniu w Bangolu wprowadzono godzinę policyjną. Po ulicach krążyły patrole wyposażone w pałki teleskopowe używane dotychczas przez tajnych agentów pracujących po cywilnemu, paralizatory elektryczne do zatrzymywania osób szczególnie agresywnych i niebezpiecznych oraz małe miotacze gazu pieprzowego. Policja zdecydowanie rozpędzała zgromadzenia osób zbierających się w jakimkolwiek celu. Kilku dziennikarzy aresztowano, a ich sprzęt i nagrania zostały zniszczone. Powszechne stało się atakowanie na ulicach cudzoziemców, których winiono za przywleczenie wirusa do kraju. Tylko nieliczni ludzie brali ich w obronę.

– Kiedy nadchodzi godzina policyjna i pustoszeją ulice, to właśnie oni, imigranci, ludzie pragnący utrzymać się na powierzchni, nie bojąc się wirusa rozwożą na rowerach gorące dania na nasze stoły – bronił imigrantów właściciel restauracji z niezbyt fortunną w okresie pandemii nazwą „Szampańska zabawa”.

Wraz z tragedią, pojawiła się fascynacja wirusem, heroldem śmierci. Pisarz Albin Ramo określił to zjawisko treściwie mówiąc, że  „wirus Quagga emituje światło śmierci ale i nadzwyczajnej ludzkiej ekscytacji”. Niezwykłości wirusa dopatrywano się w jego ulotności, nieokreśloności i skrytości, nagłym pojawianiu się i znikaniu. Grupa bezrobotnych tancerzy w Agarze, stolicy kraju, skrzyknęła się i wystawiła w przestrzeni wirtualnej nowatorski spektakl „Chocholi taniec śmierci”. W galeriach i na rynku pojawiły się oryginalne dzieła sztuki, rysunki, obrazy, plany miejsc najbardziej tragicznych na mapie ofiar wirusa, artystyczne wizerunki epidemii a nawet wyobrażenia publicznych egzekucji z wykorzystaniem wirusa, w których ofiara umiera w wyniku zainfekowania wirusem o wzmożonej zjadliwości. U artystów już wczesnej ekscytujących się śmiercią fascynacja wirusem pogłębiła się.

Minister zdrowia poprosił o pilne spotkanie z premierem. Wyglądał fatalnie. Premier patrzył na niego zaniepokojony. Widział zupełnie innego człowieka niż ten, z którym spotykał się prawie codziennie: zmęczona twarz, sine podkówki pod oczami, zazwyczaj uczesane włosy w nieprzyjemnym nieładzie. Pogłębione zmarszczki między nosem a krawędziami warg wprost demonstrowały przygnębienie i smutek ich właściciela.   

– Co ci dolega? Bardzo źle wyglądasz. Chyba nie Quagga? Jeśli jesteś chory i masz gorączkę, natychmiast załatwimy ci miejsce w szpitalu wojskowym!

– Chcę się podać do dymisji. Nie chodzi o wirusa ani epidemię i to co one z nami wyprawiają. Martwi mnie … Nie! Nie! Nie martwi, ale wręcz dobija mnie stan psychiczny i duchowy społeczeństwa! Wygląda to na początek ciężkich zaburzeń psychicznych. Idziemy w dół po równi pochyłej prosto do piekła!

Zanim premier wyraził w duchu życzenie, aby słowa ministra nie okazały się prorocze, ten upadł na kolana i zaczął się głośno modlić. Chudy przestraszył się. Usiłował go uspokoić.

– Co takiego się stało, że tak się zdenerwowałeś? Nigdy nie widziałem cię w takim stanie.

– Nie wiesz nawet, co to znaczy zaburzenie psychiczne. W rodzinie mojej żony był taki przypadek. Jej dalszy kuzyn, trzydzieści pięć lat, w sile wieku, raczej drobnej budowy. Odbiło mu. Kiedy dostawał ataku, stawał się demonem. Był w wojsku porucznikiem, kiedy ja kończyłem służbę wojskową na studiach w stopniu sierżanta sztabowego. To był wariat. Wydawał mi komendy, powstań, padnij, kazał meldować mi się stojąc na baczność, groził przeczołganiem. Unikałem go jak ognia. Wiem, co to znaczy. Nie chcę mieć z takimi ludźmi więcej do czynienia!

Premier poprosił sekretarkę o wezwanie karetki pogotowia. Kiedy odjechała, wezwał do gabinetu swoich ochroniarzy.

– Macie milczeć jak grób. On się załamał. Ale my musimy być silni. Aby was zachęcić do jeszcze większej wytrwałości, od jutra podwyższam wam uposażenia.

W domu Chudy opowiedział żonie, zaraz po przybyciu, co się stało. Dodał na koniec:

– Upadamy coraz niżej. Czuję się bezradny wobec siły i przewrotności tego wirusa. Zaczynam przekupywać ludzi, aby dalej pełnili swoje regularne obowiązki. Obawiam się, że jak tak dalej pójdzie, będę musiał chyba używać policji i wojska dla utrzymania porządku w kraju. To straszne, kiedy ludzie stają się masowo anormalni.

Odc. 9 Przed konferencją

– Czuję się dzisiaj jak na własnej stypie – premier podzielił się tą opinią ze swoją asystentką, Julią, dojrzałą blondyną, przyglądającą mu się przez nowe okulary z dużymi szkłami. Długo je wybierała, aby dobrze wyglądać. Z lekko upudrowanymi policzkami jej twarz przypominała pięknego motyla o skrzydłach obrzeżonych kołami połyskliwego bursztynu. Bardzo jej się to podobało, przywołując dobre skojarzenia: dzieciństwo, zielona łąka, wczesne lato, zapachy kwiatów i dwa motyle fruwające nad nią leżącą na plecach ze wzrokiem utkwionym w niebo.

Pragnęła podobać się premierowi, doceniającemu piękno świata. Tak go odbierała, ciesząc się, że należy do mężczyzn umiejących docenić wygląd dbającej o siebie kobiety. Była szczęśliwa; od roku łączył ich romans. Oprócz erotycznej ekscytacji, upominków i pochwał za osiągnięcia w pracy oznaczało to również regularne podwyżki pensji.

Domyślała się, skąd bierze się jego marne samopoczucie, oprócz incydentu z ministrem zdrowia. Na popołudnie zaplanowana była konferencja prasowa, na której premier miał zapowiedzieć nadzwyczajny ogólnokrajowy konkurs na Człowieka Roku. Nie zachwycało go to w najmniejszym stopniu, ponieważ sam miał ambicję zostać Człowiekiem Roku, a wiadome było, że będzie to kto inny. Liczył na ten tytuł, uważał, że sobie na niego zasłużył.

Kilka godzin później Jonasz Chudy szedł już do sali konferencyjnej znajdującej się na końcu korytarza prześlizgując się wzrokiem po portretach poprzednich premierów. Zanim wszedł do środka, popatrzył na zegarek i przeżegnał się. Był blady i nadmiernie się pocił, co tylko pogarszało sytuację, ponieważ sam nie znosił ludzi spoconych. To go dodatkowo denerwowało. Pomyślał sobie, że wygląda jak zdziwiony grabarz, któremu rodzina zmarłego w ostatniej chwili oddała na przechowanie wielki złoty pierścień zamiast włożyć go do trumny.

Nie było mu łatwo. Po wystąpieniu konferencyjnym, na którym zapowiedział wielki konkurs i odpowiedział na kilka pytań dziennikarzy, premier rozmawiał z sekretarką i asystentką. Były tego samego zdania, że rzeczywiście jest niedobry czas, paranoiczny a nawet paranoidalny, kiedy wszystko się wali, wirus i epidemia poszerzają stan posiadania, ciągłe wahania i zawirowania, a to w dół a to w górę. Padały słowa przykre i przygnębiające: ofiary śmiertelne, szpitale, łóżka, tematyka można śmiało powiedzieć pogrzebowa. Poza tym także bezrobocie, gniew, samotność i zmęczenie. Zdali sobie sprawę, że cała ich trójka obecna w gabinecie ma niezdrowe skojarzenia. Jedyne, co im zostało to – padały propozycje – nie ustępować, zacisnąć zęby, wziąć się w karby, podnieść głowę i iść przed siebie z otwartymi oczami.

– Epidemia w końcu ustąpi i nadejdą jasne, słoneczne dni. Najważniejsze to nie dać się – zakończył premier zaskoczony własną determinacją pokonywania wszelkich przeszkód. Pomógł mu w tym widok zasobnych piersi Julii odsłoniętych śmielszą niż zawsze bluzeczką w kremowym kolorze.

W mieście pojawiły się czarne ptaki a obok nich białe ulotkidoniosła prasa poranna. Nad samym ranem, jak tylko się rozjaśniło, przechodnie znaleźli pięć martwych ptaków przy ulicy biegnącej wzdłuż parku nad rzeką. Dwa z nich przynieśli do redakcji Kuriera Narodowego. Nie ulegało wątpliwości, że coś symbolizują. Na obrzeżach ulotek wyraźne były ślady pazurów, do krawędzi papieru przykleiły się fragmenty ptasich piór. Zmobilizowano epidemiologów, zbadano ptaki i ulotki, czy nie jest to próba rozprzestrzenienia ptasiej grypy, choroby dziesiątkującej najpierw ptaki, a potem ludzi.

Zdarzenie potraktowano jako złą wróżbę, zapowiedź czegoś niedobrego, jakiejś katastrofy, choć byli tacy, co pytali, czy nie jest to zapowiedź czegoś przeciwnego, miłego i pożytecznego, na przykład urodzaju. Po konsultacjach z trzema wróżbiarzami było już mniej więcej wiadomo, o co chodzi. Dwoje z nich uważało, że ptaki i ulotki były zapowiedzią przewrotu i przejęcia władzy w kraju przez wojsko. Trzecia osoba wróżąca, kobieta, nie była tego pewna, aczkolwiek nie odcinała się od takiej interpretacji. Wywołało to pogłoski, że władzę w kraju usiłuje przechwycić tajna organizacja mafijna ukrywająca się pod nazwą „Siła Nieczysta”.

– To bezsensowna informacja – oświadczyłem Erazmowi, z którym odbywałem co najmniej dwie dłuższe, poważne rozmowy każdego tygodnia. Siły nieczyste to nic innego jak sekty religijne zastępujące wiarę w Boga wiarą w Szatana, tego pisanego z dużej litery. Władza w Bangolu, jak dobrze wiesz, od dawna jest w rękach Partii Powszechnego Dobrobytu, pierwszej w historii kraju sprywatyzowanej organizacji politycznej zależnej od jednego człowieka. Jej właścicielem jest Leon Sawiłło-Kukuła, dawny dyrektor cyrku Abrakadabra, dziś multimilioner.

Kukułę zawsze podejrzewałem o najgorsze. Był to człowiek skryty, przebiegły i rozważny jak mało kto uwikłany w wielką politykę. Sprawował władzę, także w swoim imperium przemysłowym, z tylnego siedzenia, dyskretnie i bardzo skutecznie. Oficjalnie był tylko właścicielem firm i inwestycji w przemyśle, transporcie, handlu oraz szpitalnictwie, szczególnie psychiatrycznym. Angażował się także w działalność dobroczynną. Był z tego znany. Mało kto słyszał o innych jego działaniach. Była to wiedza, którą niechętnie dzieliłem się z kimkolwiek. Uważałem to za nieostrożne i niepotrzebne.

Odc. 10 Niepokoje władzy

Z Erazmem od dłuższego czasu nie rozmawiałem. Brak mi było tego kontaktu, bo nie o wszystkim mogłem konwersować z moimi zwolennikami oraz dziennikarzami mediów społecznych i redaktorami z telewizji. Ucieszyłem się więc, kiedy wieczorem nieoczekiwanie połączył się ze mną na Skajpie. Mieliśmy o czym rozmawiać.

Czas nie był łaskawy dla Bangolu. Nie tyle martwiłem się o teraźniejszość kraju, ile o jego przyszłość. Sprawy nie szły w dobrym kierunku; wirus szalał nieprzerwanie, gospodarka tkwiła w stanie niepewności i zagrożenia. W kręgach wojskowych (miałem tam swoje kontakty) mówiono o zbliżającym się głębokim kryzysie i możliwości zamachu stanu, co nie wiadomo dokąd mógłby doprowadzić kraj. Osobiście zagrożenie widziałem, a może bardziej czułem niż widziałem, w Leonie Sawiłło-Kukule, skutecznie strząsającym z siebie wszystkie posądzenia o nieczyste praktyki. Oficjalnie ten człowiek niczym nie zarządzał, nawet swoim majątkiem, powierzywszy jego zarząd rodzinie oraz wysoko płatnym fachowcom, nie był też w sposób widoczny zaangażowany politycznie. Najchętniej występował w roli dobroczyńcy i filantropa, ciesząc się z tego tytułu pozytywną opinią wśród wielu obywateli. Tylko ci, co znali go bliżej, mogli mieć o nim negatywną opinię, lecz zgodnie milczeli. Ludzie bali się go, nawet ci, którzy pracowali dla niego lub dorywczo mu się wysługiwali. Przypominali mi strażników więzienia z czasów Pol Pota, którym dawano wielką władzę do ręki ale też bezwzględnie karano za przewinienia a nawet błędy w postępowaniu z więźniami. Taką opinię o sytuacji kraju przedstawiłem Erazmowi dodając na zakończenie, chyba zupełnie niepotrzebnie:

– Dzielę się nią z tobą i liczę, że ją zachowasz tylko dla siebie.

Prawie obruszył się na takie zastrzeżenie, ponieważ nasza przyjaźń nigdy nie doznała uszczerbku z powodu jakiejś nielojalności czy niedotrzymania tajemnicy. Mimo to nie byłem pewny, czy nie powiedziałem mu za dużo.

Myśli o niepewnej przyszłości wracały do mnie z męczącą częstotliwością. W końcu udało mi się wyrzucić je z pamięci. Jestem jednak pewien, że i tak tam zostały, ponieważ pamięć przechowuje wszystko bez wyjątku, co najwyżej sprawy kłopotliwe ukrywa zręcznie w jakimś zakamarku, między neuronami, pomniejsza, zmienia dla niepoznaki, a nawet deformuje. Ale niczego nie gubi.

W sprawach polityki Erazm reprezentował niezmienną, jednoznaczną opinię. Obnosił się z nią jak kura ze złotym jajem w przekonaniu, że jest to jedyna rozsądna i możliwa ocena. Nie mogłem odmówić jej prawdziwości, ale uważałem ją za zbyt sztywną.

– Każda władza to jedna wielka sitwa ludzi, którzy dobrali się jak w korcu maku. W Bangolu jest to szczególnie wyraźne. Najważniejsza jest dla nich zasada: ręka rękę myje, noga nogę wspiera. Normy moralne czy głębsze refleksje nad postępowaniem wyrzucają przez okno lub do sedesu, w zależności od tego, co jest bliżej. Wiem, że gdzie indziej, w krajach demokratycznych, może nie jest doskonale, ale jest chyba lepiej.

Nie była to opinia odosobniona. Wiele osób krzywo patrzyło na władze.

Premier Chudy publicznie ignorował takie opinie, podobnie jak jego koledzy z partii i rządu. Nie zawsze mu się to udawało, ponieważ prawda zawsze zachodzi człowiekowi gdzieś za skórę, a czego takiego nikt nie jest w stanie zignorować. .

Kiedy rano wchodził do budynku parlamentu, dobre samopoczucie zepsuli mu dziennikarze, którzy dopadli go na korytarzu. Na dwa ich pytania odpowiedział, pozostałe zignorował. Nie był z tego powodu szczęśliwy. Przypomniał mu się minister zdrowia. Tego dnia sam czuł się podobnie.

Przechodząc przez sekretariat w drodze do swego gabinetu niemrawo pozdrowił Julię, asystentkę osobistą. Poczuła się tym trochę dotknięta. Domyślała się, że wciąż boli go sprawa człowieka roku. Chciała wiedzieć o co chodzi.

– Niedobrze pan wygląda, panie premierze. Czy coś panu dolega?

– Czuję się tak, jakbym tonę węgla wrzucił do piwnicy używając tylko szufelki. To jest tym dziwniejsze, że sezon grzewczy już minął, a do nowego jeszcze daleko.

– Przecież węglem nie opala pan mieszkania już od wielu lat – zauważyła sekretarka starając się zachować uprzejmość. Słowa premiera wydały jej się dziwne. 

Odc. 11 Dziwna rozmowa

– No właśnie. Po prostu o tym zapomniałem. Za dużo spraw mam na głowie. Wirus, epidemia, szpitale, szczepienia, konferencje, gospodarka, człowiek roku. Źle przez to wszystko sypiam. Wczoraj w nocy nad domem widziałem wielką czarną chmurę, która wznosiła się i opadała. Potem zrobił się z niej wielki wir, wciągnął dom, ale nie wiem, co się dalej działo, bo się przebudziłem. To był tylko sen. Musiałem to sobie powtórzyć kilka razy, zanim zasnąłem. Wcześniej, przed miesiącem, widziałem czarnego kota, jak kręcił się koło mego domu, przeciął mi drogę chyba trzykrotnie, ale na szczęście nic złego się nie wydarzyło. Nie lubię takich sytuacji.

– Muszę pana pocieszyć, panie premierze, że czarnych kotów jest więcej niż białych. Mówią to statystyki – sekretarka wpadła w ton narracji premiera. Pomyślała, że chce się wyluzować opowiadając żartobliwe historie na podstawie jakichś przywidzeń. Nie zawsze właściwie odczytywała jego poczucie humoru czy nastrój i to ją męczyło. Usiłowała utrzymać rozmowę na gruncie rozsądku.

– No właśnie, ale to było w nocy, kiedy wszystkie koty są czarne, więc i ten – idąc logicznym tropem – też mógł być biały. A ja go widziałem czarnego. Będę się co do tego upierać, że był czarny.

Kiedy premier wszedł już do swego gabinetu kobiety wymieniły się wymownymi spojrzeniami. Pierwsza zareagowała Kinga, sekretarka.

– Wyraźnie pada mu na mózg. Specjalnie nawet się nie dziwię, bo czasy są kretyńskie.

– Tak. Dzieje się z nim coś niedobrego. Jest chyba bardzo przemęczony. Jeszcze pół roku temu zapraszał mnie do siebie, abym zapisała, co miał mi do podyktowania. Teraz to nawet raz tygodniu jest mu ciężko – Julia westchnęła obracając głowę w kierunku okna. Nie chciała, aby koleżanka to zauważyła. Pilnowała się, aby się nie wygadać, że potem zapraszał ją na kanapę, do której trzymał pościel pod zamknięciem w swoim dużym biurku.

– No właśnie. Sama też nie wiem jak mu pomóc – odpowiedziała sekretarka. Zamierzała jeszcze dodać, „Czasem mnie prosi, aby mu kark wymasować dla rozluźnienia, ale to widocznie nie wiele mu pomaga”, ale w czas ugryzła się w język. – Normalnie premier chodzi prosty jak struna, ale ostatnio coraz bardziej pochyla się do przodu. Bardzo się garbi.

Zauważywszy zdziwiony wzrok Kingi, poprawiła się.

– Martwię się tylko o niego. Opozycja to nawet mówi, że premierowi w walce z wirusem garb się powiększył o wszystkie niepowodzenia. Co za obrzydliwe określenie! Co oni od niego chcą, to nie wiem, ale nie jest to miłe. Ci ludzie potrafią być wulgarni.

Odc. 12 Profesor Hopkins

Przemówienie konferencyjne i późniejsze wywiady profesor Hopkins były oskarżycielskie w tonie. Środki masowego przekazu transmitowały i komentowały jej wystąpienia. Profesor potrafiła mówić mocno i celnie, wzbudzać zainteresowanie i uczucia. Zaczęła od ludzi najsłabszych.

– W okresie epidemii państwo ma szczególny obowiązek troszczyć się o ludzi najbardziej poszkodowanych przez życie: starszych, schorowanych, samotnych, ubogich, bezrobotnych, bezdomnych, niestabilnych emocjonalnie, w depresji, obarczonych problemami rodzinnymi, oczywiście także o dzieci. Pozostali ludzie muszą radzić sobie sami, tak jak to zawsze było przez wieki. Mówiąc państwo mam na myśli rząd oraz władze lokalne.

Profesor mówiła mocnym, równym głosem, przez niektóre fragmenty przemówienia przebijał się gniew. Nie wszystkim słuchaczom na sali konferencyjnej podobało się to, większość obecnych nagradzała ją jednak gromkimi brawami.

– Czy pani profesor ma również jakieś pozytywne przesłanie? – pytanie padło ze strony mężczyzny w sile wieku, który wstał z krzesła i przedstawił się ale tak niewyraźnie, że mało kto go słyszał.

– Kto to taki? – ktoś pytał w końcu sali.

– To Robert Fikus, znany psychiatra. Widziałam go na zdjęciu i w telewizji. Poznaję go po tych rozczochranych włosach, okrąglej twarzy i rozmytym spojrzeniu. Wygląda jakby patrzył gdzieś w powietrze.

– Tak. To temat niezwykle interesujący. Pracuję nad nim z moim zespołem badawczym. Chodzi o ludzi sukcesu w warunkach epidemicznych. Pytaniem jest, czy tacy ludzie w ogóle istnieją. Odpowiedź jest pozytywna. To ludzie bardzo różni, zamożni i niezamożni, starsi i młodsi. Pochodzą z różnych grup społecznych, dlatego trudno jest ich zidentyfikować. Mimo wszelkich przeciwności, ci ludzie zachowują zimną krew, nie dramatyzują. Widzą i akceptują świat taki, jaki jest. Mimo tego, że stał się nagle niebezpieczny, skutecznie odrzucają od siebie przygnębienie, niepokój i strach, grożące depresją. Należy im się za to uznanie publiczne. Są motorem optymizmu dla innych. Można ich porównać do ptaka, który zderza się w całym pędzie z niewidoczną szybą. Siła uderzenia jest tak wielka, że pada jak martwy na ziemię. Ma zwichnięte jedno skrzydło, opada na bok, możliwe, że ma jakieś obrażenia wewnętrzne i jest w stanie oszołomienia. Jest zdezorientowany, jakby był pod wpływem narkotyków. Mimo wszystko podnosi się na nogi, zbiera się w sobie i odlatuje.

– Czy wzmianka o narkotykach odnosi się do dzisiejszego społeczeństwa?

– Tak. Żyjemy w śnie narkotycznym, jaki sami stworzyliśmy, a przynajmniej pozwoliliśmy mu zaistnieć. Tworzymy i używamy coraz więcej leków, narkotyków, używek oraz środków pobudzających i uspokajających. Jedne nas uspokajają, inne pobudzają. Sami już nie potrafimy normalnie funkcjonować. Najsilniejszym narkotykiem, mało kto zdaje sobie z tego sprawę, jest nasz tryb życia. Konkretnie, konsumpcja bez wstrzemięźliwości, zapatrzenie się w wynalazki i nowe technologie, pracoholizm, spożywanie żywności faszerowanej dodatkami chemicznymi, nadużywanie kawy i alkoholu, w końcu prostacki tryb życia. Nie waham się tak powiedzieć. Wszystko, co nie daje czasu ani możliwości zatrzymania się i refleksji nad samym sobą. Dom, praca, sklep, dom, łóżko, szybki seks, byle jaki sen. Czasem ktoś taki wyjdzie z dzieckiem lub psem na spacer. Częściej z psem niż z dzieckiem. To są ustalenia zespołu, jakim kieruję. Usiłujemy zebrać to wszystko do kupy i opracować.

– Jest pani naukowcem, a mówi pani jak …

– Jak furman do konia … Jeśli tak to pani określi, nie obrażę się. Naukowcy mają dziś obowiązek mówić dosadnie, aby przekrzyczeć rosnącą falę głupoty i bylejakości, która zalewa nas ze wszystkich stron.

– Czy to znaczy, że nie ma ludzi radzących sobie w dzisiejszych trudnych czasach?

– Dziękuję za to pytanie. Jest bardzo na czasie. Otóż są tacy ludzie. Nie ma ich zbyt wielu, ale są. Dysponują naturalnym instynktem uciekania od zagrożeń, jak tylko się pojawiają, w kierunku, gdzie mają szansę uniknięcia większych urazów. Kierują się zasadami rozumu oraz intuicją, mniej emocjami. Oprócz pracy zarobkowej, zajmują ich codzienne czynności i obowiązki, jak sprzątanie, gotowanie, utrzymanie porządku, ale w rozsądnych wymiarach. Dbają o to, by mieć wolny czas i wykorzystują go na to, co piękne i pożyteczne: słuchanie muzyki, sport, spacery, czytanie, rozmowy z przyjaciółmi. Nie na oglądanie ogłupiającej telewizji. Odnajdują się w morzu literatury, która łączy przeszłość z przyszłością. Dużo czytają i dyskutują, chcą rozumieć ten świat. To jest to: czytać i dyskutować.

Ludzie znający profesor Hopkins, nie dziwili się, że mówi ostro. Od lat ostrzegała wszystkie rządy, że ludzkość kroczy w niewłaściwym kierunku, że zmierza do samobójstwa. Cytowano jej słowa:

– Wirus nie jest wrogiem, który nagle wtargnął na terytorium jakiegoś kraju. Wirus pojawia się i sieje zniszczenie na nasze własne zaproszenie. Za bardzo zbliżyliśmy się do zwierząt, za bardzo przetrzebiliśmy ich środowisko naturalne. Sześćdziesiąt procent epidemii to epidemie odzwierzęce. To coś znaczy, ale jakoś nie przenika do świadomości społecznej.

Przemówienie profesor odbiło się szerokim echem. Nie było w nim obcych słów. Wszyscy je rozumieli. Nie musiało być tłumaczone na prostszy język.

Na spotkaniu z kilkoma ministrami Jonasz Chudy nawet nie usiłował pocieszyć się, że Karolina Hopkins jest znana z kontrowersyjnych i oskarżycielskich opinii.

– Ta baba wetknęła kij w mrowisko, teraz, kiedy jest to nam najmniej potrzebne. Jest gotowa nawarzyć nam jeszcze więcej gorzkiego piwa.

Po południu premier wezwał do siebie ministra zdrowia.

– Powinieneś się zapaść pod ziemie. To ty byłeś pomysłodawcą i sponsorem tej konferencji, to ty zaprosiłeś Karolinę Hopkins! Tak się podłożyć! Jej opinie i krytyka rządu poszły na cały kraj. Ta baba jest szalona. Uznała, ni mniej ni więcej, że to nasza wina, że kraj nie radzi sobie z wirusem i epidemią. Napisz podanie, że rezygnujesz ze stanowiska ze względu na stan zdrowia lub sytuację rodzinną. Jedynie to mogę dla ciebie zrobić.

Nagła dymisja ministra zdrowia zaskoczyła wszystkich. Nikt nie domyślał się nawet, że był to początek ciągu negatywnych zdarzeń.

Odc. 13 Premier mówi o wirusie

Po odejściu ministra zdrowia, premier spotykał się częściej ze społeczeństwem organizując krótkie konferencje prasowe. Zazwyczaj w czasie takiego spotkania mówił o statystykach, ile osób zachorowało, ile trafiło do szpitala i ile opuściło szpital. Najbardziej nie lubił mówić o osobach zmarłych wskutek zakażenia wirusem. Gdyby nie presja społeczeństwa, mediów i opozycji, w ogóle pomijałby tę kwestię.

Po kilku tygodniach nie wiadomo dlaczego nabrał przekonania, że pespektywa życia wirusa jest krótka i że ledwie trzyma się on na nogach. Było to niedorzeczne określenie – porównywanie wirusa z człowiekiem. Przekonało go do tego ministerstwo zdrowia, uważając, że prezentując drażliwe tematy lepiej jest być po stronie pozytywnej niż negatywnej.

– To dobra zasada. Mówić jak najmniej o sprawach przykrych i jak najwięcej o dobrych, nawet jeśli rzeczywistość jest inna. Społeczeństwo oczekuje od pana optymizmu, wiary w przyszłość, przekonania, że damy sobie radę.

Premier wziął sobie radę do serca i przy wszystkich możliwych okazjach uspokajał obywateli. Mówił, że jest nieźle a będzie jeszcze lepiej. Opozycja krytykowała jak zwykle, że jest to przedwczesny optymizm, ludzie jednak cieszyli się.

Po kilku dniach pięknej pogody i niskich notowaniach zachorowań, Jonasz Chudy nabrał pewności, że nastąpił przełom. Poruszając rękami, jakby karmił małe dziecko, uspokajał słuchaczy i widzów:

– Wirus dał się oswoić. Prawie je nam z ręki. Osobiście czuję się już tak spokojnie, że dzisiaj jestem w pracy bez maseczki i bez rękawiczek.

Szef rządu szybko wypracował sobie formułę przekonywania do siebie ludzi takimi komunikatami. Lubili go za to, jego notowania rosły. Podnosił prawą rękę otwartą dłonią w kierunku tłumu i uśmiechał się. Potem wygłaszał to, co miał do wygłoszenia. Zazwyczaj zajmowało mu to nie więcej niż piętnaście minut.

– Ludzkie panisko – mówili świadkowie wystąpień.

Największym mirem premier cieszył się wśród mieszkańców wsi. Zyskał go zwiedzając wzorową hodowlę krów, kiedy się przyznał, że jego dziadkowie ze strony matki pochodzili ze wsi, a on sam umie wydoić krowę.

– Nauczyłem się tego, kiedy przyjeżdżałem do babci i dziadka na wakacje – powiedział, pokazując obrazowo palcami jak ściągać mleko z dojki krowiego wymienia.

Jego przeciwnicy wykoślawili to wystąpienie, twierdząc, że pokazał, jak się onanizować. Nazwano go zboczeńcem gorszącym dzieci i młodzież.

Media błyskawicznie podjęły drażliwy temat, komentowano zdarzenie i zadawano pytania. Premier na początku tłumaczył się, że niewłaściwie zinterpretowano jego gesty; jego rzecznik prasowy mówił natomiast, że dziennikarze wyrywają sprawę z kontekstu. Po rozmowie z żoną premier postanowił w ogóle nie zabierać głosu w tej sprawie. Zabronił też komentowania jej sekretarce i asystentce.

– Proszę nie rozmawiać o tym incydencie z pracownikami gabinetu, ani ministrami, ani z żadnymi innymi osobami, z którymi będziecie w kontakcie. Liczę na wasz takt i umiejętność ignorowania złośliwych zaczepek.

Kobiety przyjęły to do wiadomości. Dla podkreślenia swojej lojalności sekretarka wyjaśniła:

– Rozmawialiśmy o tym z Julią. Opozycja zachowuje się podle. Nie wnosi niczego pozytywnego do debaty jak zwalczać wirusa, tylko krytykuje i wyzłośliwia się, wykoślawiając to, co pan powiedział albo zrobił. W ten sposób można każdemu dorobić rachityczne nogi lub wmówić jąkanie się.

Premier zmrużył oczy zastanawiając się nad jej słowami, po czym zgodził się, że postępowanie opozycji jest wyjątkowo wredne. Publicznie mówił o nim jako zachowaniu nieprzyjaznym. 

Odc. 14 Wyzwania

Pierwsza decyzja rządu była jednoznaczna: wszyscy obywatele Bangolu zostaną zaszczepieni przeciwko wirusowi Quagga ze względu na bezpieczeństwo publiczne. Stały za tym mocne argumenty; dopiero kiedy znaczna większość społeczeństwa zostanie zaszczepiona, epidemia zacznie słabnąć.

Na drodze planu szybko pojawiła się przeszkoda: wielu obywateli było niechętnych obowiązkowi szczepienia. Kiedy okazało się jeszcze, że dostawy szczepionek będą wolniejsze niż wynika to z potrzeb, plan zmieniono. Niechęć wobec szczepień rząd postanowił zwalczać akcją uświadamiającą korzyści szczepienia.

Premier miał dobrą noc, nie śnił mu się ani wirus, ani epidemia, ani opozycja – trzy trucizny jego życia. Na porannym posiedzeniu rządu tryskał energią:

– Nie bez znaczenia jest też opozycja. Cokolwiek nie zdecydujemy, będą torpedować nasze cenne inicjatywy. Niedoczekanie ich. Zgnieciemy ich jak pluskwę.

Program powszechnych szczepień rząd uznał za pierwsze poważne zwycięstwo. Następnego dnia ogłoszono akcję rejestracji osób chętnych do szczepienia. Wieczorem odbył się z tego tytułu bankiet w sali konferencyjnej dla wyższych funkcjonariuszy państwowych i zaproszonych gości. Ze względów bezpieczeństwa uczestników przyjęcia przywoziły limuzyny rządowe.

Na sali panował radosny gwar, kiedy przez okno wpadły do wnętrza dwa kamienie. Na ulicy przed budynkiem rządowym zgromadził się już tłum, powiększając się z każdą minutą. Byli to antyszczepionkowcy. Bardzo szybko sytuacja pogorszyła się. Przeciwnicy szczepień pojawiali się ze wszystkich stron i przez megafon głośno wyrażali swe niezadowolenie. Życie przeniosło się na ulice i do Internetu. W mieście pojawiły się grupy ludzi z plakietkami i transparentami, wznoszono okrzyki wzywając do bojkotu szczepień. Ludzie demonstracyjnie rzucali maseczki na ziemię i deptali. Orężem antyszczepionkowców było przekonanie, że wirus jest wymysłem, a szczepienie jest tylko podstępnym eksperymentem zagrażającym życiu.  

W odpowiedzi rząd zorganizował debatę w telewizji pod hasłem „Powszechne szczepienia antywirusowe”. Na podium pojawili się: prowadzący dyskusję, minister zdrowia, przedstawiciele mediów społecznych, przeciwnicy szczepień.

Nikt nie zdawał sobie sprawy, jaką siłą perswazji i głębią przekonań dysponowali przeciwnicy szczepień. Rząd przegrał debatę. Premier z trudem strawił porażkę.

Wieczorem zadzwonił telefon domowy.

– Jest późno. Nikt nie zna tego numeru, oprócz kilku naszych przyjaciół. Odbierz telefon – poprosiła żona.

Premier podniósł słuchawkę. Po chwili odwrócił się i szepnął:

– To Leon Kukuła. Mówi syczącym tonem jak wąż. Jest wściekły.

– Oj, Jonaszu, Jonaszu! Zawiodłeś mnie. Nie zrobiliście rozeznania. Nie wiedzieliście, jak liczna jest to rzesza ludzi ani jakiego rodzaju argumenty będą stosować. Oczywiście oni pletli androny, ale ludzie w nie wierzą. Taki jest ten świat. Irracjonalny. Twój nowy minister zdrowia też się nie popisał. To młody lekarz, jakiś konował, bez doświadczenia w debacie publicznej.

– To znany internista, człowiek o wielkiej wiedzy medycznej, naukowiec – bronił go premier. Chwilę później żałował, że to uczynił, bo tylko pogorszył sprawę.

– Stań, człowieku, na ziemi i nie broń kogoś, kto może i umie robić lewatywę osobom w potrzebie, ale nie ma pojęcia o debacie publicznej.

Chudemu nie podobało się, że milioner zwracał się do niego po imieniu i fatalnie mówił o jego ministrze. Nie miał możliwości odpowiedzieć mu pięknym za nadobne, był od niego zależny. To Kukuła zadecydował o przyznaniu mu stanowiska premiera i od czasu do czasu bronił przed atakami opozycji.

Rozmawiał o tym potem z Zuzanną. Omawiał z nią wszystkie ważniejsze sprawy; zawsze stała po jego stronie. Zgodziła się, że nie jest to miła sytuacja.

– Ale są ogromne plusy. Jesteś najbardziej popularną osobą w kraju, nawet przed prezydentem, i masz pensję i przywileje, których wszyscy ci zazdroszczą. Jesteś wybitnym celebrytą.

– Wierzysz w to? – zapytał żonę raczej dla usłyszenia potwierdzenia, niż z powodu jakichś wątpliwości. Wiedział, że to prawda. Zajmował stanowisko, na którym mógł swobodnie kreować wizerunek człowieka wpływowego, eleganckiego i inteligentnego.

Odc. 15 Konkurs

Wspólne posiedzenie rządu i kierownictwa Partii Powszechnego Dobrobytu odbyło się bez rozgłosu. Wiadomość nie przedostała się do prasy. Nawet o tym, że w spotkaniu uczestniczył Leon Sawiłło-Kukuła. Prowadzący zebranie premier Chudy był w dobrym nastroju. Zdjął marynarkę i podwinął rękawy, jakby miał wykonać fizyczną pracę. Zachęcał zebranych do częstowania się kanapkami.

– Czasy stają się coraz trudniejsze. Coraz więcej ludzi choruje i umiera. Dlatego musimy się zastanowić, jak ożywić mroczną atmosferę panującą w kraju w związku z tą fatalną epidemią i lockoutami. Mam propozycję do dyskusji.  

Podjęto tylko jedną decyzję: rząd znajdzie i wypromuje człowieka skutecznie radzącego sobie w trudnych czasach ze wszystkimi problemami, jako osoba prywatna i właściciel biznesu.

– Nie mamy czasu do zmarnowania. Musimy pokazać wszystkim ideał obywatela. Ludzie sami go sobie wybiorą w głosowaniu Człowieka Roku. Musi to być osoba pozytywna, autentyczna, nie jakiś lansowany przez media celebryta. Potrzebujemy kogoś, kto będzie także naszym ideałem, pokazując jacy jesteśmy jako partia rządząca. Kiedy już zostanie ogłoszony Człowiekiem Roku, wtedy my upowszechnimy jego wizerunek publiczny.

Organizację konkursu powierzono tygodnikowi „Społeczeństwo Dobrobytu”, prowadzącego wcześniej podobne konkursy. Sponsorem konkursu było ministerstwo kultury. Aby nie było wątpliwości, warunki i zasady konkursu oparto o „Kodeks Cywilny” w części dotyczącej „Przyrzeczenia publicznego”.

Każdy dorosły obywatel mógł kandydować. Chętnych było więcej niż zakładały najbardziej ambitne przewidywania. Wszyscy przedstawiali kandydatów: władze samorządowe, instytucje państwowe, organizacje społeczne, redakcje gazet, kluby sportowe i organizacje kombatanckie. W pierwszych trzech dniach po ogłoszeniu konkursu zgłosiło się trzystu dwudziestu kandydatów. Propozycje napływały dziesiątkami każdego następnego dnia. Łącznie złożono czterysta pięćdziesiąt pięć propozycji. Konkurs odbywał się trzyetapowo: ćwierćfinał, półfinał i finał. Jury zajęło dziesięć dni, aby przebić się przez wszystkie etapy, zanim dokonano ostatecznego wyboru.

W ostatnim etapie wzięło udział tylko trzech finalistów. Zwycięzcą konkursu został Marian Wójcik, biznesman i społecznik z miasteczka „Lewar” na południu kraju. Ogłoszenie go Człowiekiem Roku odbyło się na specjalnej gali w Centrum Konferencji Międzynarodowych w stolicy kraju, Agarze. W uroczystości uczestniczył także Leon Sawiłło-Kukuła.

Transmisja telewizyjna cieszyła się wielkim zainteresowaniem. Człowiek Roku okazał się mężczyzną postawnym choć niezbyt wysokim, o regularnych rysach twarzy. Ubrany w ciemnoszary garnitur, ogolony i modnie ostrzyżony, prezentował się doskonale.

Feliks i Weronika Tarczyńscy, małżeństwo emerytów, oglądali galę w telewizji komentując między sobą.

– Mnie się podoba. Dobrze wygląda. Jest niezbyt wysoki, jakby jury konkursu wybierając go zadbało, aby nie był wyższy niż otaczające go osoby. Można powiedzieć, jest idealnej postury i wagi. To także człowiek z osiągnięciami. – Pani domu była wyraźnie zadowolona ze zwycięzcy konkursu.

– To prawda. Przyzwoicie ogolony, wygląda jak człowiek a nie jak jakiś bezdomny. Żaden tam zarost trzydniowy, to dobre dla artysty. Widać, że nie jest to celebryta, egoista, jakich ogląda się w gazetach i w Internecie. Dobrze o nim mówią. Uzdolniony ponad miarę, nawet genialny w niektórych swoich posunięciach, bardzo pracowity, dobry menedżer i społecznik dostępny dla każdego. Ma rodzinę, jest ojcem dwojga dzieci. Mnie też się podoba.

Odc. 16 Szczepienia  

Szczepienia przeciwwirusowe zagościły na stałe w życiu społeczeństwa i przejściowo zdominowały temat Człowieka Roku. W mediach coraz częściej go krytykowano. Zwiększone zainteresowanie szczepieniami dawało rządowi więcej luzu, aby poprawiać, modyfikować i retuszować treści przekazów na ten coraz bardziej drażliwy temat.

Opór przeciwko szczepieniom był silniejszy niż myślano. Ludzie inaczej je sobie wyobrażali niż naukowcy i rząd. Każdy miał swoje racje i uzasadnienia. Byli tacy, co nawet polubili wirusa, bo im dawał zarobić.

– Kiedy inni tracą na nim, my zwiększamy dochody. I to całkiem nieźle – chwalił się Karol Czerstwy, przedsiębiorca pogrzebowy. – Wkrótce będę budować nowy zakład.

Każdego dnia na ulicach, placach i przed budynkami rządowymi i instytucji publicznych pojawiały się manifestacje. Argumentacja antyszczepionkowców nasilała się, stanowiąc coraz poważniejsze wyzwanie. Przeciwnicy szczepionek przychodzili kolorowo ubrani i krzyczeli. Aby był im wygodniej zdejmowali maseczki i rękawiczki.

– Ręce mi się pocą – wyjaśniła dziewczyna z krasnymi policzkami.

Niektórzy dla kawału zakładali maski teatralne. Ci krzyczeli najgłośniej.

– Wszyscy w niego wierzą, a my nie. Jesteśmy inni.

Rządowa promocja szczepień rozbijała się o potężną rafę argumentów przeciwników szczepionek. Jakkolwiek dziwne by się one nie wydawały, były proste, jednoznaczne w treści i całkowicie przekonujące dla dużej części społeczeństwa.

– Wirus nie istnieje, jest tworem wymyślonym, wytworem chorego umysłu. Skoro nie ma wirusa, to i nie ma epidemii. Rząd podaje statystyki ludzi umierających z powodu wirusa w szpitalach. Prawda jest także, że to są statyści. Nawet jeśli ktoś umrze, to precież się zadzra, to na inną chorobę. To wszystko to spisek mający wypełnić pieniędzmi kieszenie właścicieli szpitali i wielkich firm farmaceutycznych.

Inna grupa osób niechętnych szczepieniom miała inną argumentację:

– Nie wierzymy w wirusa. Jeśli nawet gdzieś się pokaże, to jest równie niebezpieczny jak wirus przeziębienia lub grypy. Ludzie od grypy też umierają, ale społeczeństwo nabiera odporności. Jest to nieuniknione.

Ruch antyszczepionkowy nie organizował się od podstaw, tylko narastał. Był zasilany importowanymi ideami Międzynarodowego Frontu Antyszczepionkowego. W Bangolu w większych miejscowościach samoczynnie organizowały się oddziały, wzorowane na komórkach terrorystycznych. Tak to widziała policja.

Minister spraw wewnętrznych po naradzie z premierem powołał w pośpiechu specjalną komórkę policji do śledzenia i zwalczania antyszczepionkowców. Przede wszystkim chodziło o rozpoznanie ich sił, programu i organizacji. Na początku szło to dosyć opornie. Problemem był brak prawa określającego kary za poglądy sprzeczne z wiedzą naukową. Ponadto antyszczepionkowcy byli zbyt rozproszeni. Widząc zainteresowanie władz swoją aktywnością, stali się ostrożniejsi, zaczęli się organizować, stosując kamuflaż i zasady konspiracji.

Równolegle do upowszechniania szczepień, rząd energicznie promował Człowieka Roku. W miarę upływu czasu Marian Wójcik awansował; powierzano mu zarządzanie coraz większymi przedsiębiorstwami i organizacjami. Leon Sawiłło-Kukuła w wywiadzie prasowym nie szczędził mu słów uznania.

– To mąż opatrznościowy i fantastyczny menedżer. Mogę szczerze go nazwać uzdrowicielem gospodarki Bangolu, obecnie w nienajlepszym stanie z powodu epidemii. Ze swoich obowiązków wywiązuje się na medal. Czego nie tknie, zamienia się w złoto. 

Stopniowo w świadomości publicznej kształtował się obraz nadzwyczajności Wójcika – Człowieka Roku. Będąc kierownikiem Miejskiego Klubu Sportowego, opiekował się drużyną piłki nożnej Lewaru. W ciągu dwóch lat doprowadził ją do trzeciej ligi. To zdobyło mu uznanie mieszkańców i władz miejskich; był dobrym organizatorem i menedżerem. Wkrótce został dyrektorem lokalnej, ledwo dychającej ekonomicznie mleczarni. Zatrudniono go na tym stanowisku, aby ustabilizował a następnie rozkręcił jej działalność. Kiedy to nastąpiło, stanowisko przejął jego zastępca, on sam zaś został dyrektorem zakładu ogrodniczo-pszczelarskiego. I w tym przypadku również osiągnął wielki sukces: Lewar nabył prawo używania sloganu „Miasto mlekiem i miodem płynące”. Dzięki temu udało się miastu zarejestrować w dwudziestu krajach europejskich marki trzech lokalnych produktów: dwóch rodzajów miodu oraz jednego wyrobu mlecznego. Wszystkie okazały się sukcesem eksportowym. Wójcika okrzyknięto bohaterem Lewaru.

Odc. 17 Człowiek Roku

Rząd promował Człowieka Roku także za granicą. Konsul Bangolu w Szkocji pierwszy podjął kampanię upowszechniania Wójcika jako Człowieka Roku. Organizując wystawy, spotkania i konferencje, rozbudził zainteresowanie „Wielkim Bangolczykiem”. Wkrótce w mediach szkockich pojawiły się informacje o Wójciku jako „celebrycie znikąd, zbawicielu Bangolu i cudotwórcy w sprawach gospodarczych”.

Ktoś zwrócił uwagę na jego podobieństwo do Roberta Louisa Stevensona, szkockiego pisarza, reportażysty, autora powieści „Wyspa Skarbów” oraz „Doktor Jekyll i pan Hyde”. W kontaktach z mediami konsul tak napompował Wójcika substancją genialności, że w Szkocji pojawiły się głosy, iż w jego żyłach płynie krew szkocka. Prawdopodobnie stali za tym nacjonaliści, rozpaczliwie odczuwający potrzebę ożywienia swoich idei.

O Człowieku Roku rozmawialiśmy w Klubie Niezależnych Celebrytów, którego byłem członkiem. Byliśmy oburzeni, że robiono mu tyle reklamy, ponieważ był to figurant i marionetka, sądząc po tym, co na zamówienie robił i mówił. Przede wszystkim był wulgarny, bluzgał jak alkoholik, który właśnie otrzeźwiał i wyszedł z rynsztoka. Dla prawdziwych celebrytów wybór Wójcika jako Człowieka Roku był przewrotnym żartem i manipulacją. Dyskusja w klubie dawno nie była tak ożywiona, przedstawiano opinie i sugestie.

– Wójcik to pseudo celebryta, sztuczny wytwór przeżartej ambicjami władzy, usiłującej narzucić społeczeństwu wzorcowy model obywatela.

– Nie należy tworzyć z niego męczennika, wchodząc w konfrontację z rządem. Wyśmiejemy go. Władza autorytarna nie znosi szyderstwa. Ten człowiek ma cechy, które go same zdyskredytują.

– Nie musimy nic więcej robić, jak tylko go ignorować. Dla mnie to nie jest Człowiek Roku tylko Człowiek od Lewara. Wypadałoby przedstawić jego kandydaturę do nagrody Nobla w dziedzinie współpracy z rządem.

Będąc w zarządzie klubu, włączyłem się do dyskusji publicznej. Miałem własny punkt widzenia, jak należy potraktować Człowieka Roku. Udzieliłem wywiadu.

– Pan Marian Wójcik to jednostka bardzo pozytywna, z wieloma osiągnięciami. Jest niezwykle silny; lewą ręką wyciska hantel ważący 90 kilogramów, prawą 110 kilogramów.  Ma wielkie zasługi w rozwoju różnych dziedzin życia Lewaru i całego kraju. Wniósł znaczący wkład do kultury, sportu, medycyny, gospodarki, przemysłu, nauki, ochrony środowiska naturalnego oraz bankowości. To on odkrył i zapoczątkował hodowlę zimojada, wysokowydajnego gatunku pszczół zbierających nektar przez cały rok z wyjątkiem dni, kiedy jest dużo śniegu lub panuje mróz.

Myśleliśmy, że nikt tego nie kupi, i pomyliliśmy się. Wiele osób w to uwierzyło i jeszcze bardziej przekonało do Mariana Wójcika jako Człowieka Roku.

W Klubie Niezależnych Celebrytów mamy także dwóch lekarzy. Obydwaj uważają, że wirus Quagga ma wpływ na psychikę, powodując deformację sposobu widzenia świata przez osoby żyjące w silnym poczuciu zagrożenia epidemiologicznego.

Odc. 18 Naga prawda

Prawda o Człowieku Roku objawiała się stopniowo, fragmentami, czasem nagłą rewelacją. Okazało się, że tak naprawdę to nikt nie znał prawdziwego Mariana Wójcika. W ujawnianie prawdy o nim włączyli się mieszkańcy Lewaru, często ludzie prości, z pozoru nie potrafiący odróżnić koła od kwadratu, obserwatorzy sceny lokalnej, przypadkowi świadkowie zdarzeń. Dołączyły do nich osoby poszkodowane przez Wójcika, w tym najbliższa rodzina. Pytającym o niego dziennikarzom odmawiano prawa do rejestrowania twarzy i podawania nazwisk.

Albin Ramo, pisarz o ambicjach nastolatka, wypowiadający się na różne tematy, trafił do Lewaru przypadkowo. Jak zwykle szukał tematu do dzieła swego życia, zrodzonego w głowie z pragnienia sławy i wiary we własny talent. Kierowany instynktem śledczym zatrzymywał ludzi o ciekawych twarzach, rokujących ciekawsze myśli niż tylko te dotyczące codziennego życia. Na przystanku autobusowym wypatrzył mężczyznę o ptasich oczach i ostrym nosie.

– Oto twarz zdziwionego sępa, ptaka drapieżnego. Z pewnością widział niejedno i rozumie więcej niż inni – pomyślał.

Kierowany tą niewypowiedzianą myślą Ramo wdał się w konwersację. Nieznajomy był nauczycielem historii w szkole podstawowej w Lewarze. Mariana Wójcika nazywał filarem miasta. W uszach Ramo słowa te zabrzmiały jak „filar Lewaru”, zachęcając do drążenia innych wątków, jakie mógł mieć w dyspozycji mężczyzna.

– Ludzie bali się o nim mówić. Na początku był to człowiek skromny, ambitny, ale skromny, pomagający bliźnim. Teraz jest zupełnie kim innym. Zmienił się. To człowiek wpływowy i mściwy. Ma specjalny immunitet. Stoi za nim państwo. Coś go łączy z jakimś milionerem, podobno się spotykają, aby rozmawiać o czarnych interesach.

W rozmowach o Wójciku pojawiały się też informacje chaotyczne, irracjonalne, świadkowie desperackich pragnień wyrzucenia z siebie rzeczy długo tajonych.

Ramo notował sobie te skojarzenia, uznając je za ciekawe: wielki człowiek z małej miejscowości, zdjęcia z celebrytami z rządu, cacy-cacy, rąsia w rąsie, grube pieniądze, przepływy, romanse, majątki, niebotyczna emerytura, przywileje. Były tam nawet wiersze, pohańbienie i upadek miłości. Ramo pomyślał, że są to zeznania śliskie, rozdmuchane, nieogarnione w tęsknocie za sławą.

Nieznajomy o fizjonomii sępa kontynuował swoje rewelacje:

– Robią z niego wybitnego celebrytę, przywódcę, wielkiego menedżera, takiego, co to raz na tysiąc lat spada z księżyca na ziemię i ratuje ludzkość przed głodem, zimnem i zarazą, przewiduje bezbłędnie ceny surowców na trzy lata do przodu i jest za pan brat z Nostradamusem.

Do badania życia i kariery Mariana Wójcika włączyła się energicznie opozycja. Pojawiły się nowe oceny, coraz bardziej sprzeczne z obrazem kreowanym przez władze. W obrazie Człowieka Roku pojawiły się szczeliny, przez które wyciekało kłamstwo, fałsz i obłuda. Poglądy i oceny były coraz śmielsze.

– Jaki to biznesmen i elegant, skoro słoma wystaje mu z butów. Nie jest to krystaliczna postać, jaką przedstawia Partia Powszechnego Dobrobytu.

Rzecznik rządu a za nim media prorządowe wytoczyły natychmiast swoje armaty.

– Marian Wójcik, postać ze wszech miar pozytywna i autentyczna, ma swoich przeciwników. Zazdroszczą mu sławy. To zamach na godność i wizerunek człowieka sukcesu. Lewackie media prowadzą przeciwko niemu kampanię oczerniającą.

Odc. 19 Podwójne życie

Szczegóły życia Mariana Wójcika wyciekały cienkimi strumyczkami plotek, szeptanek i zgadywań, w pierwszej kolejności do lokalnej gazety żyjącej tym, co tu i teraz. Wszyscy ją czytali bo była tania i dostępna w kioskach i sklepach spożywczych, warzywniakach a nawet u weterynarza, na każdym rogu ulicy. Niektóre doniesienia rozdmuchiwano do niemożliwości; ludzie przestawali w nie wierzyć, tak były nieprawdopodobne. Wynikało z nich, że Wójcik jest świętym człowiekiem, niezwykłej pracowitości, oddanym rodzinie i przyjaciołom.

– On nie ma nawet czasu, aby się podrapać. Tylko pracuje i pracuje pomnażając dobra dla swojej rodziny i dla naszej wspólnoty. Także wspiera ludzi w potrzebie – szeptały między sobą w kościele panie z kółka różańcowego, Eliza i Joanna. Mówienie o mężczyźnie takiej klasy uważały za wyróżnienie, bo same już nie miały mężów. Odeszli w sposób naturalny w stan wiecznego spoczynku, powołani do niebieskiej armii Nieba.

– Ten Wójcik jest taki wyrazisty, inny niż większość mężczyzn, którzy są byle jacy. Mój mąż na przykład bardzo lubił rąbać drewno. Rąbał więcej niż potrzebowaliśmy, więc zaczęliśmy je sprzedawać. On rąbał a ja sprzedawałam, To właśnie z tych dochodów zbudowaliśmy sobie drugi dom. Wynajmuję go teraz razem z pierwszym , bo mieszkam u córki, zaraz za miastem – Eliza Paczyńska lubiła mówić o osiągnięciach małżeńskich.

– A co mężem?

– Odszedł biedak dwa lata temu. Ciężko pracował. Najpierw przyszła przepuklina, potem wysiadło mu serce. I tak odszedł. Dobry to był człowiek, może nawet lepszy niż ten Wójcik, Człowiek Roku.

Następnej niedzieli panie Eliza i Joanna spotkały się znowu w kościele. Prowadziły życie pełne podniosłości, ciesząc się wiarą w Boga, proboszcza i własne przekonanie, że są dobrze poinformowane, co dzieje się w mieście.

– Powiem pani od razu, Joanno, że ten Wójcik nie był święty – Eliza Paczyńska była podekscytowana wiadomością burzącą porządek życia Lewaru. – Dowiedziałam się wszystkiego od mojej córki. Ten człowiek udawał, że wyjeżdża w delegacje służbowe, bo miał kochankę na boku. Oddawał jej większą część swoich dochodów. Jego żona wiedziała o tym, ale nikomu się nie skarżyła, bo groził jej, że ją pobije. Zmuszał ją do milczenia także groźbą zatrzymania pieniędzy, jakie jej wysyłał na utrzymanie domu i rodziny. Bez tego by nie przeżyła. Sama nie mogła o tym mówić, więc upoważniła swoich braci, aby ujawnili jej krzywdę. Prawdę o kochance potwierdzili także sąsiedzi. Przyjeżdżał do niej przeważnie po południu, w sobotę lub w niedzielę. Już na progu ściskał ją i całował w usta. Ledwo się przywitali, rozbierał ją prawie do naga i kładł się na nią. Gdziekolwiek, nawet na podłodze!

– Skąd pani to wie?

– Mówił mi mój wnuczek. Ma lornetkę i ich podglądał. To okropne, jak ci ludzie gorszą nawet dzieci.

Życie Bangolu na pewien czas przeniosło się do Lewaru. W miasteczku pojawili się dziennikarze, korespondenci różnych agencji informacyjnych, paparazzi, przedstawiciele opozycji w parlamencie. Dwa razy przyjeżdżały ekipy telewizyjne. Wieczorem na ulicy pojawiały się czarne limuzyny i jak krety zagłębiały w ciemności ulicy prowadzącej do domu należącego do Wójcika.

W ślad za informacją o kochance pojawiła się druga, bardziej doniosła i poważniejsza. Ujawniła ją księgowa mleczarni prowadzonej niegdyś przez Wójcika.

– Ten człowiek okradał mleczarnię. Nikt o tym nie wiedział oprócz jego dwóch wspólników. Technika okradania mleczarni nie była wyszukana, ale bardzo skuteczna. Będąc dyrektorem zawarł umowy na dostawy wyrobów zakładu z dwoma dystrybutorami produktów mleczarskich. Dał im dobre ceny w zamian za zobowiązanie, że będą mu płacić prowizję od wartości dostaw. Dopiero jak się pokłócili, sprawa wyszła na jaw.

Odc. 20 Człowiek Roku celebryta

Dochody Człowieka Roku stały się przedmiotem powszechnego zainteresowania, kiedy okazało się, że ma on dwa domy w podgórskiej miejscowości turystycznej. Wyglądały identycznie i stały na sąsiednich działkach, i to zwróciło uwagę. Poza tym miał jeszcze kilka innych dużych inwestycji. Był krezusem. Ta pozycja przyciąga nie tylko pieniądze, ale i uwagę i zazdrość, a nawet zawiść.

– Kto buduje równocześnie dwa domy, musi mieć furę pieniędzy. Żadnego mleczarza, nawet dyrektora czy właściciela mleczarni, na to nie stać. Musiałby to być mega prezes a marże zysku ze sprzedaży mleka i przetworów mlecznych musiałby być grubsze niż kożuch z czarnego barana niestrzyżonego przez trzy lata – księgowa mleczarni lubiła kolorować zdarzenia. Czuła się wtedy doceniona i ważna.

Na spotkaniu Klubu Niezależnych Celebrytów każdy miał coś ciekawego do powiedzenia. Temat i jego błyskotliwej kariery, talentu i pieniędzy Człowieka Roku był głębszy niż studnia artezyjska w Australii. Porównanie ze studnią artezyjską nasuwało się w sposób naturalny.

Przewodzący klubu, barczysty, wysportowany mężczyzna, wybitny aktor, powszechnie znany pod pseudonimem Barbarossa, znany bohater słynnego filmu o podboju kosmosy „Czerń i blask”, pierwszy zabrał głos.

– Cieszymy się opinią ludzi bogatych wewnętrznie i zdolnych dostrzegać rzeczy niezwykłe. Pochlebiamy sobie, że stanowimy grono osób najbardziej podziwianych. A tu proszę, ktoś zupełnie nieznany przerasta nas swoją niezwykłością. Brzmi to jak obraza, a z całą pewnością wyzwanie. Oto z małego niewinnego misia koala wyrósł potężny niedźwiedź grizzly.

Celebryci tym chętniej zagłębili się w temat Człowieka Roku, że był on prezentowany przez rząd jako fenomen, ewenement, artysta wielkiego biznesu, rodzaj niezwykłego celebryty, choć nikt nie nazywał go tym imieniem.  

Człowiek Roku miał potężnych sponsorów. Przed oskarżeniami bronili go multimilioner Leon Sawiłło-Kukuła, premier Chudy, ministrowie, media prorządowe. Głosząc swoje argumenty mieli nadzieję, że zabiją niezdrową atmosferę podejrzeń rosnących wokół Człowieka Roku.

– Władza przeżywa wstrząsy sumienia, jeden po drugim. Głoszone przez nią prawdy szybko okazują się mieć drugie dno. Czasem nawet trzecie. My celebryci, rozumiemy to najlepiej, ponieważ kłamstwo zabija autentyczność celebryty. Kłamiący celebryta to człowiek wypisujący się z klubu profesjonalistów. 

Marian Wójcik znalazł się w potrzasku, unikając odpowiedzi na pytania dotyczące jego osoby, przyjaciół, awansów i majątku. Nie chwalił się swoim dorobkiem i to było podejrzane.

– Każdy lubi mówić o swoich osiągnięciach, a on zachowuje się jak dziewica, negująca spotkania towarzyskie z przystojnym młodzieńcem. Posądzam go o chorobliwą skromność – Erazm jak zwykle nie kryl się ze swoimi opiniami.

Rząd Bangolu rozpaczliwie bronił swojego idola, w zamian za co Marian Wójcik poświadczał każde ich słowo, nadużycie i niegodziwość, podtrzymując sztandary ich przekonań . Była to cena wdzięczności za wypromowanie go na geniusza. Między społeczeństwem dociekającym prawdy a rządem, toczyła się wojna informacyjna, w której wiadomości o wirusie i epidemii karlały do poziomu dodatku do dziennika telewizyjnego.

Odc. 21 Epidemia dezorganizuje

Okres epidemicznych szaleństw wydłużał się mimo rozpoczęcia szczepień. Wirus pędził do przodu jak pomylony koń brykając na boki w tańcu szalonych mutacji. W marcu pojawiły się wersje kontynentalne mutacji, jedna bardziej zjadliwa od drugiej. Wydawało się, że w końcu każdy kraj będzie mieć własną wariację Quaggi. Nikt nie znał przyczyn tak obłąkanego tańca wirusa. Nawet znani z zimnej krwi naukowcy łapali się za głowy.

Szaleństwa wirusa dezorientowały życie społeczeństwa. Bangolczycy zachowywali się w sposób coraz bardziej nietypowy i nieprzewidywalny. Albina Ramo, entuzjastę pisarstwa, też dopadło szaleństwo. Przeżywał na przemian dwa cykle, jeden ospałości, drugi ożywienia. Pierwszy porównywał do schodzenia ze zwieszoną głową długimi schodami do piwnicy w nieokreślonym celu.

Drugi cykl był błogosławieństwem. Pisarskie ciało nabierało wigoru; Albin czuł się na tyle silniejszy, aby snuć przebojowe rozważania na temat sennej ospałości.

– To potwór. Mogę go życzyć tylko najgorszym wrogom. Spadasz gdzieś w dół koszącym lotem, twój umysł pracuje jak zdezelowany wózek do przewozu makulatury a organizm ulega depresji.

W dniu, kiedy został zaszczepiony przeciwko wirusowi, Ramo – podobnie jak inni wybrańcy losu – poczuł radość świeżo nabytej odporności. Powstrzymał się jednak od szaleństwa optymizmu, rozumiejąc, że jest to odporność niekompletna, malejąca z czasem, nie gwarantująca pełnego bezpieczeństwa.

– Sprawa była złożona, zależna od rozwoju sytuacji: jakiego kształtu wirus nabierze, jakie przyssawki straci a jakie zyska, jak bardzo będą one przyczepne i zdolne do przenikania do organizmu – tłumaczyli wirusolodzy, obecni prawie na każdym rogu ulicy.

W Klubie Niezależnych Celebrytów nie sposób było uniknąć tematu. Wszyscy starali się trzymać głowy and mętnym oceanem epidemii, dając przykład radzenia sobie siłą ducha z przygnębieniem.

Wirus Quagga mnie zastanawiał, często myślałem o nim.

– Taki mały sukinsyn niewidoczny gołym okiem, a trzyma całe społeczeństwo w szachu, powodując depresję i zamieszanie.

Nie chciałem nikogo straszyć, ale byłem pewny, że Quagga pozostanie z nami, nawet kiedy większość ludzi będzie już zaszczepiona, jak to przewidywała profesor Hopkins. Będzie czekać na lepsze czasy przyczajony gdzieś w krzakach nad rzeką, w lesie, w kłaku futra zdechłego zająca lub w starej remizie strażackiej. Możliwe, że także w jakimś wschodnim laboratorium, gdzie naukowcy śnią o potędze rozumu.

Pomyślałem, że wirus ma w sobie przewrotność na skalę człowieka i wyobraziłem go sobie jako istotę rozumną. Gdyby z nim porozmawiać, mógłby powiedzieć:

– Człowieku! Kocham was zaskakiwać, widzieć wasze zdrętwiałe z przerażenia gęby i te śmiesznie zaciśnięte ze strachu szczęki. Dam wam jeszcze popalić. Bronicie się przede mną maseczkami, trzymaniem się z dala od siebie i częstym myciem rąk. Przyjdzie jeszcze taki czas, że ciepła woda z kranu tak podrożeje, że będzie was to dobijać finansowo, dopóki nie wymyślicie skromniejszego modelu życia i nie przestaniecie niszczyć przyrody. Nie drażnij małpy, bo cię pogryzie!

Zastanawiałem się nad ostatnimi słowami. Faktem jest, że epidemie w większości pochodzą od zwierząt. Jest to wiedza ludzka a nie beznadziejnie prymitywnego wirusa, prostej drobiny białka, która tym niemniej daje nam popalić na niespotykaną skalę.

Swoją koncepcją podzieliłem się z Erazmem. Myślał podobnie. Ucieszyłem się. Ludzi lubimy za to, że podzielają nasze poglądy. Wiele nas łączyło. Obydwaj buntowaliśmy się przeciwko władzy Kukułów, Chudych i Marianów Wójcików, narzucających swój światopogląd innym, cichych kombinatorów i skrytych złodziei. Gniew we mnie wzbierał.

– Zła władza jest jak wirus. On wyżera ci płuca, a ona rujnuje ci system nerwowy – powiedziałem Erazmowi.

Siedział przy biurku, pijąc kawę. Podniósł głowę i zgodził się ze mną. Poczuliśmy solidarność wobec ciemiężców ludzkości.

Odc. 22 Trzynasty Apostoł

Walkę z wirusem hamowała niechęć wobec szczepień. Znaczna część społeczeństwa miała obawy i nie planowała się szczepić. Rząd prowadził sondaże. Czytając kolejny wręczony mu po wejściu do sekretariatu, premier Chudy zatrzymał się i powiedział głośno:

– Mając coraz większą ilość szczepionek, zamiast mniej, mamy coraz więcej problemów. Ludzie nie chcą się szczepić. Skąd bierze się w nich taki upór? To czysty bezsens! Nie rozumiem tego.

Kinga Sobol, sekretarka premiera, zrozumiała, że nie jest to zachęta do zabrania głosu.  

– Nikt tego nie wie – pomyślała. Śpieszyła się. Musiała zadzwonić w kilka miejsc. Miała też inne zmartwienia. Była samotną matką wychowującą dwoje dzieci, chłopca i dziewczynkę. Były teraz w przedszkolu w dobrych warunkach, ale zawsze miała obawę, że coś przywleką do domu. Niepokoiło ją to, bo ani ona ani dzieci nie były szczepione.

Od czasu przejścia na emeryturę Weronika Tarczyńska miała więcej czasu. Razem z mężem byli już zaszczepieni przeciwko wirusowi Quagga i chętniej wychodziła z domu. Po powrocie z porannych zakupów podszedł do niej mąż, aby zabrać od niej torbę i postawić w kuchni koło zlewu.

– Kiedy wracałam, nasza sąsiadka wyszła na korytarz, jakby na mnie czekała, rozejrzała się uważnie na boki i powiedziała mi szeptem:

– Niech się pani nie szczepi. To nie wirus, ale szczepionka zabija. Dzieci kobiet zaszczepionych rodzą się w wodogłowiem, cukrzycą a nawet i chorobą weneryczną.

Zadaję sobie pytanie, skąd bierze się w ludziach tyle głupoty? Skąd ona czerpie taką wiedzę?

– Nie myśl o niej. Ta kobieta widzi świat w barwach czerni i bieli. Za dużo spędza czasu adorując księdza Granę zamiast pielęgnować kwiaty w ogrodzie lub czytać książkę. Ksiądz lubi straszyć. Może to właśnie od niego? Chociaż, cholera ją wie. Ludzie lubią plotkować. Dzisiaj każdy mówi, co chce, choćby nie miało to najmniejszego sensu. Niektórzy głoszą swoje prawdy nawet w Internecie. Takie czasy.

„Trzynasty Apostoł” był jednym z oddziałów Frontu Antyszczepionkowego. Sama grupa nie była liczna. Policji udało się ustalić, że w kraju jest co najmniej kilkanaście takich grup i wszystko wygląda na to, że pojawiać się będą nowe. Każdy oddział miał własny rejon działania; przeważnie było to większe miasto lub cała aglomeracja.

Seweryn, przywódca „Trzynastego Apostoła”, zwołał tajne spotkanie. Siedzieli razem w salonie wynajętego domu i czekali na przybycie ostatnich dwóch osób. Nie nudził się, mając do przeglądu notatki i punkty do dyskusji. Rozejrzał się wokół stołu. Pamiętał pseudonimy każdej z osób. Nazwisk nikt nie notował zgodnie z zasadami konspiracji. Pamiętał ich ksywy w układzie alfabetycznym: Aldo, Barba, Bogdan, Karola, Oriana, Salome, Saturn, Toma, Zofia, Komandos. Za niektórymi męskimi ksywami kryły się kobiety i na odwrót.

– Można się do tego przyzwyczaić – pomyślał.

Byli w różnym wieku i mieli różne wykształcenie, co najmniej szkołę średnią, z wyjątkiem Saturna, który był kierowcą taksówki i miał tylko wykształcenie podstawowe.

Odc. 23 Gorączka wirusowa

Kraj ogarnęła gorączka wirusowa. Premier i minister zdrowia dwoili się i troili, aby sprostać wyzwaniom. Najważniejsze były środki ochrony osobistej przed wirusem, w pierwszej kolejności maseczki, rękawiczki i wyposażenie dla personelu medycznego, oraz szczepionki dla całego społeczeństwa. Na początku nie było szczepionek, kupowano więc gdzie się dało. Wykorzystywano w tym celu wszystkie możliwe kontakty, aby dotrzeć do źródeł zaopatrzenia. Premier i minister zdrowia dzwonili do przyjaciół i znajomych i pytali, czy nie znają kogoś, kto mógłby im dostarczyć partie szczepionek.

– Muszą być koniecznie certyfikowane – zaznaczali.

Pracowali w tak wielkim napięciu, że czasem wyrwał im się żart w rodzaju „nie mogą pochodzić z produkcji domowej”. Pilnowali się, aby nie dotarło to do wiadomości publicznej, bo dla większości obywateli – oprócz przeciwników szczepień – nie był to czas na żarty. Już przy pierwszym zakupie premier zarezerwował odpowiednią ilość szczepionek dla osób krytycznie ważnych dla funkcjonowania państwa. Stworzono w tym celu listę, zastrzeżoną wyłącznie do wiadomości jego, ministra zdrowia, przewodniczącego Partii Powszechnego Dobrobytu, marszałków Izby Niższej i Wyższej Parlamentu oraz Prezydenta.  

Zakupione partie szczepionek kierowane były dla bezpieczeństwa do Centralnej Składnicy Materiałów Strategicznych, obiektu stanowiącego własność sił zbrojnych.

Program szczepień rozwijał się wolno; był kulawy już od początku. Tak twierdziła opozycja i niektóre media. Rzecznik prasowy rządu dementował te wiadomości, twierdząc, ze wszystko rozwija się pomyślnie i zgodnie z planami. Premier nie pozostawiał wątpliwości, że jest dumny z osiągnięć kraju.

– Pod względem walki z wirusem, jesteśmy w czołówce światowej.

Media twierdziły co innego. W ocenie Partii Powszechnego Dobrobytu ich zawołaniem było:

– No i doigraliśmy się! Mamy władze, które radzą sobie tylko w walkach ulicznych z demonstrantami.

Przygotowanie szczepień odbywało się etapowo. Nie udało się uniknąć kontrowersji i dwuznaczności. Najpierw określono jakie grupy społeczne będą się szczepić w pierwszej kolejności; zmieniano to kilka razy z różnych względów. Potem spisywano i rejestrowano osoby chętne do szczepienia. To trwało, bo trzeba było zapisać i sprawdzać dane osobowe, serię i numer dokumentu tożsamości, adres, telefon i email, oraz wyznaczyć termin i miejsce szczepienia. Chętnych było tak dużo, że kilka razy blokował się system informatyczny. Akcję koordynował departament szczepień, specjalnie w tym celu utworzony w ministerstwie zdrowia.

Rząd podjął decyzję zaszczepienia najpierw służb mundurowych, jako stojących na straży prawa i porządku w kraju. W więzieniach szczepiono równocześnie pracowników i więźniów.

– Nie ma sensu szczepić tylko pracowników, skoro mogą oni natychmiast zarazić więźniów.

Poza tym panowała wolna amerykanka. Niektóre przychodnie lekarskie tworzyły sobie własne listy osób do szczepienia według własnych kryteriów. Na listach pojawili się także ludzi przypadkowi, przedstawiciele władz lokalnych, osoby wpływowe, celebryci oraz rodziny ich wszystkich.

W Centralnej Składnicy Materiałów Strategicznych, gdzie gromadzono szczepionki dla całego kraju, w ciągu pierwszego tygodnia część szczepionek straciła ważność.

Komendant wojskowej składnicy udzielił wywiadu w tej sprawie.

– Były odłożone na boczną półkę. nie zauważono, że zbliża się termin ważności, bo producent niewyraźnie oznaczył daty.

Wkrótce po tym nastąpiła wielka awaria elektryczna. Na szczęście składnica była przygotowana na taką ewentualność. W ciągu kilkunastu minut pracowały już rezerwowe generatory opalane gazem płynnym. Po upływie godziny wysiadły także generatory rezerwowe. Nastąpiła panika, wezwano pomoc. Niewiele to dało. Straż pożarna z awaryjnymi generatorami prądu przybyła zbyt późno. Dwa miliony szczepionek uległo zniszczeniu, natychmiast je spalono w wysokiej temperaturze i zgodnie z procedurą sporządzono protokół zniszczenia. Sprawa trafiła do prokuratury.

– Dlaczego zniszczono tak wielką ilość szczepionek zanim prokuratura przeprowadziła śledztwo – pytanie to postawiła opozycja i dziennikarze wolnych mediów.

– Nie można było czekać dłużej, bo stanowiłoby to zagrożenie epidemiologiczne na niebywałą skalę – wyjaśnił szef grup utylizacyjnej.

Odc. 24 Śledztwo

Śledztwo prokuratorskie ślimaczyło się. Prowadzący sprawę prokurator na konferencji prasowej cierpliwie dzielił temat na kawałki. Mówił powoli jakby chciał zniechęcić do siebie słuchaczy.

– My, w prokuraturze, jesteśmy zadowoleni z postępów. Sprawę prowadzi zespół trzech śledczych, w tym jeden z żandarmerii wojskowej. Dochodzenie posuwa się do przodu, cele są realizowane. To nie jest zwykłe śledztwo. Wszyscy musimy uzbroić się w cierpliwość. Pewnych spraw się nie przeskoczy. Dużo czasu zajmuje przesłuchanie świadków. Sama obróbka dokumentów i podpisywanie też wymaga czasu. Są też przeszkody natury proceduralnej.

Dziennikarze nie czekali na zakończenie oficjalnego śledztwa. Prowadzili własne. Fakty ujawniali dopiero wtedy, kiedy były dobrze udokumentowane, z obawy, że mogą być oskarżeni. Najbardziej aktywny był portal śledczy „Cerber” należący do Stowarzyszenia Dziennikarzy Bangolu. Zatrudniona przez nich psycholożka Anna Romanow, specjalistka komunikacji niewerbalnej, obejrzała kilkakrotnie wystąpienie prokuratora.

– Ten człowiek bardzo dba o swój wygląd, chce się jak najlepiej prezentować. Oprawki okularów, garnitur, stonowany krawat, świadcząc o jego elegancji, odwracają uwagę od tego, co istotne, czyli od treści wypowiedzi. Jego uśmiech nazywany fachowo uśmiechem górną szczęką ma budzić sympatię. Prokurator pilnuje się. Stoi daleko od dziennikarzy, jakby bał się, że odczytają jego myśli. Jego mimika jest bardzo stonowana. Nie jest szczęśliwy w swojej roli, niepewnie mruży oczy. Stara się być opanowany, czuje się jednak niepewnie. Jego twarz, postawa, język ciała sugerują: Dajcie mi spokój. Sprawa jest kłopotliwa. Nie mogę powiedzieć wszystkiego. Odpowiadając na pytania patrzy w bok a nie w oczy pytającego. Moim zdaniem nie mówi prawdy. Należałoby go zbadać wariografem, ale to niemożliwe. Nie jest o nic oskarżony. Tylko osoby oskarżone można badać wariografem.

Po miesiącu rząd wstrzymał śledztwo. Decyzję zakomunikował premier.

– Potrzebny jest dodatkowy czas na konsultacje międzyresortowe.

– Jak to rozumieć? – pytali dziennikarze.

– Szczepionki są własnością ministerstwa zdrowia, Centralna Składnica Materiałów Strategicznych należy do ministerstwa obrony narodowej, zasady składowania szczepionek ustala ministerstwo transportu i logistyki, śledztwo prowadzi prokurator podlegający prokuratorowi generalnemu, straż pożarna uczestnicząca w gaszeniu pożaru podlega ministrowi spraw wewnętrznych. W sumie mamy do czynienia z kilkunastoma różnymi instytucjami. To wymaga koordynacji.

– To bałamutne tłumaczenia. Jakie wstępne konsultacje? Co on kręci? – wymieniali się uwagami między sobą emeryci Feliks i Weronika Tarczyńscy, oglądający konferencję.

Portal śledczy „Cerber” pierwszy ujawnił szokujące informacje. Szczepionki, a przynajmniej ich część, zostały skradzione i sprzedane za granicę. W grę wchodziły poważne pieniądze. Jedną partię odkryto w Arabii Saudyjskiej, inną w Kuwejcie. Pożar nie był przypadkowy, wywołano go dla ukrycia oszustwa.

Odc. 25 Rewelacje

Stopniowo wychodziły na jaw zastanawiające fakty. Córka ministra zdrowia pół roku po pożarze w centralnej Składnicy Materiałów Strategicznych kupiła rezydencję we Francji na Lazurowym Wybrzeżu. Nie było wiadomo, kto to wywęszył, w każdym razie informacja okazała się prawdziwa. Jej znajomi twierdzili, że nie była bogata. Przyciśnięty do muru minister zdrowia tłumaczył, że córka miała na to środki, ponieważ wyszła za mąż za barona Tuxedo, bardzo bogatego obywatela Hiszpanii.

– To po prostu magnat. Takiego człowieka stać na wiele. To jego powinniście pytać.

Sprawę małżeństwa oczywiście zbadano. Wzbudziła jeszcze więcej wątpliwości i tylko dolała oliwy do ognia. Baron Tuxedo w Hiszpanii był praktycznie nieznany. On sam odmówił udzielenia bliższych informacji dotyczącej jego małżeństwa z obywatelką Bangolu, pokazał tylko zdjęcia ze ślubu i przyjęcia weselnego. Wątpliwości budziły okoliczności ślubu i wesela. Dokumentowały je liczne zdjęcia, nie wiadomo było jednak, gdzie i kiedy ślub został zawarty i gdzie odbyło się wesele. Baron tłumaczył, że były to ściśle prywatne uroczystości.

Dziennikarze kojarzyli fakty. Wraz z „pożarową aferą szczepionkową”, jak ją nazywano, premier przestał się skarżyć, że nie jest najlepiej zarabiającym członkiem rządu i twierdzić, że prowadzi raczej skromne życie.

Wkrótce okazało się, że zaczął regularnie podróżować po świecie, wyjeżdżając do najbardziej renomowanych kurortów. Zapytany o to, informował z kamienną twarzą:

– Zmieniłem tryb życia. Zrozumiałem, że z życia należy korzystać, To chyba zdrowa postawa?

Mimo początkowych problemów szczepienia kontynuowano. Po kilku miesiącach okazało się, że część osób zaszczepionych nie nabyła odporności. Ich liczbę szacowano na ponad dwadzieścia pięć procent. Już po trzech miesiącach od drugiego szczepienia ludzie znowu zarażali się wirusem Quagga. Szczepionki okazały się w dużej mierze nieskuteczne. Ministerstwo zdrowia tłumaczyło to na swoje sposoby.

– Przede wszystkim musimy pamiętać, że wirus mutuje. Ponadto używamy kilka rodzajów szczepionek, które mogą być niewłaściwie przechowywane, osoby zaszczepione różnie też reagują na szczepionki. Doniesień o słabej skuteczności szczepionek nie ignorujemy lecz uważnie je monitorujemy.

Lekarze i naukowcy wirusolodzy nie chcieli wypowiadać się na ten temat lub wypowiadali się niechętnie. Dziennikarze zbadali ich wstrzemięźliwość. Okazało się, że dwaj profesorowie, szefowie klinik, gdzie leczono osoby ponownie zarażone wirusem stracili stanowiska. Specjaliści wyrażający otwarcie kontrowersyjne poglądy czuli się zastraszeni. Wywierano na nich różne formy nacisku, nękania a nawet zastraszania.  

Pojawiły się nowe znaki zapytania. Nie było jasne, jakie były ilości poszczególnych szczepionek użytych w procesie masowych szczepień. Premier i minister zdrowia zaczęli unikać dziennikarzy zasłaniając się innym obowiązkami. W swoich wystąpieniach uderzali w uspokajający ton: 

– Szczepienia idą bardzo dobrze. Coraz więcej obywateli jest zaszczepionych. Teraz rząd musi koncentrować się na pomocy gospodarce, aby nie upadła. Musimy podejmować trudne decyzje, o lockdownach i podobnych bolesnych rozwiązaniach. Mamy tysiące spraw na głowie. Niech opozycja, która inspiruje te zarzuty, zajmie się opracowaniem i przedstawieniem jakichś twórczych propozycji, a nie tylko krytyką władz.

Opozycja miała jedno wyraźne wytłumaczenie:

– Żadne propozycje, jakie przedstawiliśmy i regularnie przedstawiamy rządowi, nie są brane pod uwagę. Oni kompletnie je ignorują. Pozostaje nam tylko śledzić, co robią i pokazywać ich niedociągnięcia, błędy i kanty. To typowa rola opozycji, będziemy to kontynuować.

Odc. 26 Wirus dzieci i władza 

Dzień zapowiadał się słoneczny. Z okna swojego pokoju na drugim piętrze, Herkules zobaczył większy niż zawsze teren osiedla. Powietrze było przezroczyste, że wszystko było powiększone. Na chodniku przed budynkiem dzieci narysowały swój świat. Wyglądał jak jako mleko rozlane w kosmosie pokryte symbolami współczesności oraz hieroglifami starożytności. Celebryta przyjrzał się niezwykłym malunkom wykonanym kolorowymi kredkami. Były tam znaki matematyczne, równania, symbole oraz obrazy żyjątek jakby wyjętych spod mikroskopu. Drobne rysuneczki pokazywały wirusa Quagga z jego okropnymi szypułkami. Na oknach i na drzwiach widniały kraty; piaskownica i plac zabaw z kolorowymi zabawkami przekreślone były białym szlabanem z lampkami ostrzegawczymi. Był to świat epidemiczny, zatopiony w dziecięcej pamięci, uczuciach i marzeniach.

Herkules poczuł ciarki na plecach. Wyszedł przed dom, aby przyjrzeć się bliżej dziwnym rysunkom. Rozciągały się na przestrzeni kilkudziesięciu metrów wzdłuż chodnika. Sfotografował ciekawsze fragmenty chodnika. Naprzeciw furtki prowadzącej z osiedla na łąkowo-leśne nieużytki rzucał się w oczy powiększony obraz wirusa Quagga. Wyglądał jak kolczasta kulka w różowym kolorze. Wokół niej ręka osoby dorosłej umieściła opisy i strzałki wskazujące czego dotyczą: kolec, płaszcz, błona, RNA czyli genom, nukleokapsyd, otoczka, dimer esterazy. 

W Klubie Niezależnego Celebryty rozmawiał wieczorem o malunkach na chodniku. Rozmówcy zgadzali się, że wirus odmienił dzieciństwo, choć każdy widział sprawę z nieco innej perspektywy.

– Fale epidemii Quagga zdeformowały życie wszystkich grup społecznych, nawet dzieci, i wszystkich społeczeństw wytyczając drogę w przyszłość. Nic już nie jest i nie będzie takie same. Nawet noce nie są już tak ciemne jak niegdyś.

– Czy epidemia to sprawa ręki bożej czy też natury? Nawet tego nie wiemy.

– Ta epidemia jest zwiastunem rodzącego się świata, w który dopiero wkraczamy, świata zmienionej umysłowości człowieka. Przeobrażą go także nowe technologie. Człowiek szybko uczy się manipulować rzeczywistością.

– Nie będzie tak źle, jak niektórzy myślą, ale na pewno będzie zupełnie inaczej – pocieszali się nawzajem.

Następne godziny i dni niewiele zmieniły w życiu celebryty. Herkules uprzytomnił sobie, że prawie nieprzerwanie myśli o sobie, rodzinie i przyjaciołach. Czasem nachodził go strach, że cokolwiek nie zrobi, to wirus i epidemia będą czaić się w pobliżu czyhając na okazję, aby potraktować go swoim jadem. Był to niedobry okres dla niego. Cały czas myślał. W ciągu dnia, kiedy nie spał oraz nocą, kiedy spał, myśli wciąż przetaczały się w jego głowie niby poszarpane chmury burzowe. Potem odkładały się w nim w postaci snów, wspomnień, wyobrażeń a także zachęt do dyskutowania, mówienia, rysowania i pisania to tym wszystkim.

Wieczorem zadzwonił do Erazma Jansena. Bezpośrednio nie widzieli się już od dawna. Nie spotykali się razem, choć Erazm i jego żona byli już dwukrotnie zaszczepieni. Ryzyko wciąż było duże, każdy je kalkulował.

– Ci, którzy o nim zapomnieli lub go zignorowali i nie mieli szczęścia, wąchają dziś kwiatki od spodu – przypominali sobie i innym. – Z Quaggą nie ma żartów, to bezmyślny twór, dziwoląg kierujący się tylko prawami prawdopodobieństwa. 

Mieszkając dosyć daleko od siebie, chętnie konferowali przez telefon. Postanowili unikać trudnych tematów ale rozmowa prawie zawsze schodziła na wirusa, epidemię i postępy w jej zwalczaniu.

– Czyli na temat rządu – podsumował Herkules. – Wirus i władza to dwa męczące, ale związane ze sobą tematy. Nie da się ich rozdzielić.

– Dlaczego, Herkulu, tak to ciebie męczy, co robi lub czego nie robi rząd Bangolu? – Erazm nie był pierwszą osobą zadającą to pytanie celebrycie. – Masz obsesję na punkcie władzy!

– Nie ma w tym niczego nadzwyczajnego. Uświadomiłem sobie, jak bardzo moje życie jest zależne od władzy, że nie ma niczego, które rząd lub instytucje z nim związane nie określałby: wysokość pokoju, w którym stale przebywam, godziny pracy poczty, wynagrodzenia, podatki, prędkość, z jaką mogę jechać samochodem oraz czy wolno mi nazwać publicznie wysokiego funkcjonariusza państwa Krzywonogim Belzebubem. Rząd decyduje o wszystkim, nie tylko o zasadach, regułach, procedurach i normach, ale o całym systemie sprawiedliwości, siłach zbrojnych, budowie i użytkowaniu dróg, służbie zdrowia, edukacji, biznesie, o wszystkim. Mogę cię zanudzić na śmierć, wymieniając, jak bardzo jesteśmy osaczeni tymi ograniczeniami. Władza podporządkowała sobie jednostkę w sposób totalny. Tak bardzo w to wrośliśmy, że przestaliśmy to widzieć i rozumieć. Rząd może ci pomóc, może cię także zgnoić. Pomyśl o despotach, szalonych okrutnikach. O niektórych z nich nawet nie słyszałeś a przecież wymordowali setki tysięcy a nawet miliony ludzi, głównie współplemieńców: Mao Tsetung, Stalin, Hitler, Pol Pot, Ismail Enver, Wład Paliwnik, Kim Ir Sen, królowa Madagaskaru Ranavanola, Saddam Husajn, Mikołaj II Romanow czy Leopold II Koburg. Dlatego interesuję się władzą. Władza i jednostka to temat odwieczny i zawsze aktualny. Nie sprawia mi to przyjemności, dla mnie to kwestia czujności. Największym wyzwaniem jest nie dać się zdominować, dopuścić do sytuacji, kiedy nie będziesz mieć nic do powiedzenia, będziesz kukłą w rękach władzy.

Odc. 27 Władza i obywatel

Temat odpowiedzialności rządu za niepowstrzymanie rosnącą liczbę ofiar epidemii nabierał coraz większego znaczenia. W miarę pogarszania się sytuacji, zaostrzała się krytyka rządu. W parlamencie dominował głos Anny Czepukojć, przewodniczącej partii opozycyjnej Awangarda. Masywnie zbudowana, lekarka z zawodu z wykształceniem także prawniczym, była bezwzględna w swoich wypowiedziach. 

– Sami się sprowadziliście się do parteru. Nie macie nic do powiedzenia. Ilość zakażeń wirusem Quagga przekroczył już dawno zdolność szpitali do ratowania ludzi. Ludzie umierają już nawet w karetkach pogotowia . Społeczeństwo straciło dla was resztki szacunku a antyszczepionkowcy po prostu bezczelnie was ignorują. Po mieście krążą już ulotki, że w przypadku zachorowania na wirusa trzeba czekać w karetce na szpital co najmniej dwadzieścia pięć godzin. Zachowujecie się jak nieporadne kurczaki przerażone samochodami pędzącymi po autostradzie.  

Rząd oskarżano go o nieudolność, opóźnioną reakcję na postępy epidemii, brak jasnych reguł postępowania wobec biznesu, nieuzasadnione lockdowny, brak testowania osób przylatujących do kraju, nierzetelne statystyki, ulgowe traktowanie kościoła w przestrzeganiu zasad epidemiologicznych, słabą mobilizację młodych lekarzy oraz niezatrudnianie lekarzy z zagranicy. Do tego dochodziły oskarżenia o nadużycia. Szczepionki i wcześniejsze terminy szczepień stały się cennym towarem i niektórzy przedstawiciele władz, podejmujący decyzje w tym zakresie, wykorzystywali te okazje. W niewyjaśnionych okolicznościach ulegały zniszczeniu dwie kolejne partie szczepionek.

W obszernej sali konferencyjnej Klubu Niezależnego Celebryty, przewodzący klubu, zwany powszechnie Barbarossą prowadził briefing na temat wydarzeń. Zaniepokojenie celebrytów, znakomicie zorientowanych w rozwoju wydarzeń, sięgało szczytu. Atmosferę podkreślały maszkarony u sufitu, szczerzące swoje wykrzywione maski w kierunku osób zebranych pod nimi. Analizowano różne scenariusze. Przewodniczący spodziewał się najgorszego.

– Do końca epidemii jest wciąż daleko. Każdy negatywny scenariusz wydarzeń jest możliwy. Mamy wyjątkowo parszywą sytuację. Szpitale są tak przepełnione, że ludzie umierają już na ulicy. Antyszczepionkowcy skutecznie zwalczają rządową akcje promocję szczepień, zwłaszcza od czasu, kiedy rząd wprowadził po cichu obowiązkowe szczepienia w wojsku i policji i wybranych ośrodkach administracji państwowej. Antyszczepionkowcy uważają, że ci ludzie są uprzywilejowani i otrzymują inną szczepionkę niż zwykły obywatele.

– Na swoich to nie eksperymentują – tak mówią i są o tym przekonani.

Może i coś w tym jest? Tak czy inaczej, widać wyraźnie, że premier i jego partia przygotowują się do oblężenia i tworzą zaplecze bezwarunkowego poparcia. Za Chudym stoi szara eminencja, ten krezus Kukuła, wspierający go finansowo, oraz prezydent. Ten to nabrał wody w usta, chyba kompletnie oniemiał. Rządzący się radykalizują i stosują coraz ostrzejsze metody działania. Nie mają nic do stracenia, bo w przypadku dojścia opozycji do władzy, szybko rozpoczną się procesy przeciwko osobom winnym błędów, opieszałości, zaniedbań i nadużyć w walce z epidemią.

Odc. 28 Rozmowy i rozmyślania 

Po dwóch minutach rozmowy telefonicznej Erazm miał wrażenie, że Herkules stracił kontrolę nad sobą, dał się unieść niezdrowej fascynacji. Mówił jak urzeczony.

– Przypomnij sobie „Rok 1980” oraz „Folwark zwierzęcy” Orwella czy „Proces” Kafki. To tylko ilustracje, czym staje się władza, kiedy obywatele przestają patrzeć jej na ręce i skutecznie kontrolować. To jest zapowiedź tego, co może stać się także u nas, w Bangolu. Tak naprawdę to już się dzieje. Jesteśmy w podwójnym potrzasku: z jednej strony epidemia, z drugiej władza, która w imię ochrony przed epidemią stopniowo nakłada coraz to nowy kaganiec na twarz i kajdanki na ręce.

– Chyba mocno przesadzasz!

– Nie, nie przesadzam. Widzę te zapędy jak na dłoni. Jest coraz więcej zdarzeń trudnych do wyjaśnienia. Społeczeństwo staje się coraz bardziej apatyczne, tylko część się buntuje. Podejmując środki nadzwyczajne w celu ograniczenia skutków epidemii, rząd coraz wyraźniej wykorzystuje je dla celów inwigilacji, kontroli opinii i zachowań obywateli. Ma zainstalowane importowane z Chin oprogramowanie w smartfonie analizujące, jacy ludzie znajdują się w odległości mniejszej niż dwa metry od ciebie. Jeśli ktoś z nich zachoruje, będzie wiadomo, z kim miałeś styczność. A to daje również wiedzę, gdzie przebywasz i z kim utrzymujesz kontakty. Policja otrzymała ostatnio dodatkowe uprawnienia represjonowania osób przeciwnych decyzjom rządu. To sprawa poufna. Nie chcę więcej o tym mówić, bo to mnie przytłacza.

– Porozmawiajmy wobec tego o czymś milszym.

– Co masz na myśli?

– Choćby wirusa.

– Chyba żartujesz? Dlaczego miały to być milszy temat?

– Bo wirus i epidemia przemijają. Społeczeństwo ponosi ofiary i w końcu doczeka się czasu, kiedy wirus przestanie zagrażać, przynajmniej w sposób drastyczny. Na krawędziach rzeczywistości zawsze może brykać ten lub inny wirus, ale to będzie tylko brykanie.

– To prawda. Władza natomiast zawsze pozostaje. Ważne jest to, że historia świata to dzieje dominacji jednostek nad społeczeństwem, despotyzmu i okropnych nadużyć. Nie przesadzam. Co gorsze, widzę jak to się powoli rodzi w Bangolu. Rząd krok po kroku kontroluje coraz więcej instytucji. Co najgorsze, wiele osób nawet tego nie zauważa, bo wszyscy się do tego przyzwyczajamy.

Feliks i Weronika Tarczyńscy rozmawiali telefonicznie z córką.

– Kochanie! Martwimy się o ciebie. My jesteśmy w dobrej sytuacji, emeryci po dwóch szczepieniach, ale ty nie będąc niezaszczepiona akurat zaraziłaś się wirusem. Nie możemy ci nawet pomóc, bo nie wolno nam kontaktować się z tobą, bo jesteś na kwarantannie.

– Nie jest mi łatwo, ale jakoś sobie radzę. Każdy dzień przynosi mi nowe przesilenie. Muszę chorować w domu, bo niestety w szpitalach nie ma wolnych łóżek. Brakuje również lekarzy, a ci który pracują są fatalnie przemęczeni. Bardzo dużo osób lekceważyło problem i wirus się rozpowszechnił. Ja do pobrania samego wymazu czekałam w kolejce ponad dwie i pół godziny. Teraz muszę zapisać się do lekarza na kontrolę przed ukończeniem izolacji. Termin jest dopiero za tydzień, ale brak jest wcześniejszych możliwości.

Albin Ramo, pisarz nieprzerwanie poszukujący tematu życia, nadawał swoim obserwacjom literacką formę. Od pewnego czasu każdego tygodnia pisał fragment po fragmencie powieść zatytułowaną „Bieg czasu z przeszkodami”. Pisał ją w odcinkach, nie uciekając od głębszych przemyśleń, spekulacji i wyobraźni. Starał się być realistą. Pisał o tym, co widział i czuł, ale też nie wahał się wybiegać do przodu myślami wizjonerskimi. Czytał na głos ostatni fragment.

– Epidemia zmieniła wszystko: nasz codzienny tryb życia, podróże, pracę, zakupy, nawyki, nawet miłość. Wywołała niepokój jak wielkie stado bizonów pędzących przez kontynenty tratując wszystko po kolei wszystko, co stanęło mu na drodze, przede wszystkim ludzkie życie. Wyzwoliła demony przyszłości, o których zapomnieliśmy, zamknięte w zapiskach historii. Ten wirus i ta epidemia są odpowiedzią przyrody; żywotną siłą wychodzącą gdzieś z jej trzewi, dziką i wszechobecną. Quagga żyje w symbiozie z człowiekiem, roznoszącym go na ubraniu i w swoim własnym organizmie po całym świecie. Nigdy wcześniej człowiek nie podróżował tak dużo i był tak wszechobecny w każdym zakątku świata jak dzisiaj. Jesteśmy globalistami i sami roznosimy wirusa wszędzie, gdzie nigdy by nie trafił sam lub trafił osłabiony dopiero po latach. To nowa, niezwykle ciekawa konstrukcja świata – wirus Quagga jako regulator życia na planecie.

Odc. 29 Wiosna, wirus, przemówienie

Przyroda piękniała w oczach. Na łąkach pojawiły się kolorowe krokusy, drzewa i krzewy nabrzmiewały pączkami liści, zwiastunami nadchodzącej wiosny. W ciepłą jak nigdy niedzielę Bangolczycy wylegli na otwarte przestrzenie, na brzegi stawów i jezior, pojawili się w parkach i lasach. Pasja życia kazała im zapomnieć, że nie oni decydują o swoim losie, ale wirus Quagga, którego władzy nikt jest w stanie naruszyć. Ignorowano wciąż rosnące statystyki zachorowań i zgonów. Wirusolodzy ostrzegali:

– W ciepła pogodę wirus może przycichnąć, skryć, ale wciąż jest i będzie obecny. To wszechpotężny imperator o nieokreślonych zasadach postępowania, nieobliczalny i dziki prymityw. Szczepionki są bronią człowieka, ale tylko częściowo skuteczna, ponieważ nie niszczą samego wirusa, ograniczają jedynie zabójczy wpływ na człowieka. On sam pozostaje nienaruszony. Nic więcej, nic mniej.  Pojawił się pewnego dnia niczym Deus ex machina i zawładnął światem. Rzucił swoją potęgę przeciwko człowiekowi, dotychczasowemu władcy świata. Stanął z nim do konfrontacji na wszystkich frontach. W czym imieniu. Przyrody? Boga? Nieokreślonego porządku świata?

W następne dni ludzie padali zarażeni wirusem jak muchy opite słodką wodą z wywarem z muchomora.

Krytyka społeczna i naciski opozycji dawały się premierowi we znaki. Był atakowany ze wszystkich stron. Do domu wracał nową rządową limuzyną ze sprawdzonym kierowcą. Czuł się w niej wyjątkowo bezpiecznie. Pojazd był doskonale wyposażony: samopompujące się opony, butla z tlenem, armatka gazu łzawiącego automatyczny system przeciwpożarowy w bagażniku, pistolety na sprężone powietrze, specjalny system nawigacyjny GPS, ukryta kamera z noktowizorem. Premier myślał czasem, że może stać się ofiarą zamachu; w lodowce samochodu umieszczono więc pojemnik z jego krwią.

Po powrocie z pracy Chudy usiadł w fotelu ze szklanką piwa a ręce, aby się zrelaksować. Żona krzątała się po kuchni, dzieci bawiły w swoich pokojach. Dzielił się wiadomościami.

– Każdy ma swoich wrogów. Ja również. Przyzwyczaiłem się do tego. Nawet gdybym czynił samo dobro to i tak ktoś oceni to negatywnie. Ludzie są podzieleni w swoich opiniach. Czasem tylko można się dziwić, jak bardzo, i skąd się to bierze.

Żona patrzyła na niego jak ściągał koszulę.

– Pocisz się bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.

– To od stresu i ciągłego pośpiechu. To nie jest praca dla normalnego człowieka. Trzeba mieć skórę słonia.

– A jak twój promotor, ten milioner Sawiłło-Kukuła? Też się tak męczy jak ty?

– To dziwny człowiek. Jest odporny na stres. Ludzie mogą na nim psy wieszać i go opluwać, a on nic. Miałem kiedyś takiego znajomego. Lekarz mu powiedział, że ma inną konstrukcję serca. Bodźce docierały do niego wolniej. Mówił mi, że nigdy się nie denerwuje.

– Nie macie teraz dobrej opinii. Wszyscy mają pretensje do rządu o to, jak przebiega kampania szczepień. Posądzają was o błędy, a nawet złodziejstwo.

– Nie przejmuj się tym. Ważne, że dobrze nam się powodzi. Opływamy we wszystko.

Jan Zybe, doradca prezydenta, udzielał wywiadu w telewizji. Premier był swoim gabinecie i miał włączony telewizor. Słuchał Zybego bez szczególnej uwagi.

– Z niecierpliwością czekałem na dzień i godzinę szczepienia. Zaszczepiłem się. Nastąpiło to szybciej niż się spodziewałem, ponieważ rząd uruchomił dodatkowe rezerwy. Chwała mu za to.

Przechyliwszy się do tyłu w fotelu Chudy przysypiał. Nie stracił jednak kontaktu słuchowego. Sekretarka zapukała; zobaczywszy go z zamkniętymi oczami, zamknęła cicho drzwi i zwróciła się do asystentki premiera.

– Chyba śpi. Jest bardzo zmęczony. Nie budźmy go, niech odpocznie.

Premier słuchał z uwagą. Obraz mu się rozmazał, ale głos Zybego słyszał wyraźnie.

– Popadłem w euforię, kiedy otrzymałem wezwanie SMS-em do zaszczepienia się. Było mi obojętne, jaka to będzie szczepionka. Aby tylko była! Szczepienie było tak przyjemne, że dałbym się kłuć dowolną ilość razy. Pielęgniarkę ucałowałbym w usta gdyby nie miała na twarzy maseczki. Piękna kobieta. Wyglądała na trzydzieści pięć lat. Od jutra ze wzmożoną energią przystępuję do pracy uczestnicząc w dyskusjach publicznych i zachęcając do szczepienia się. Będę przedstawiać wizję kraju o świetlanej przyszłości, ludziach bez skazy, rządzie, który nie kradnie, obywatelach uczciwie płacących podatki i noszących na twarzy maseczki zamiast trzymać je w kieszeni. Tacy jesteśmy.

Potem pojawił się wysoki ksiądz w sutannie. Był pierwszy dzień Świąt Wielkanocnych. Duchowny stał przy drzwiach kościoła i uśmiechał się witając po kolei każdego wiernego wchodzącego do kościoła:

– Jesteś świadomy epidemii. Wchodzisz do świątyni na własne ryzyko. Pamiętaj, że miejsca na cmentarzu są już limitowane, a pan Bóg i tak widzi, jakie grzechy popełniasz, niezależnie od tego, w jakim jesteś miejscu. Nie musisz nawet spowiadać się. Nie martw się, jeśli zarazisz się wirusem w kościele, zachorujesz i umrzesz. Będzie to radość dla kościoła, bo urządzimy ci piękny pogrzeb, za który zapłaci twoja rodzina. Dosyć już ciebie wykorzystywali, mają na to środki.

Odc. 30 Dyskusje

Wystąpienie profesora Zybego nie pozostało bez reakcji. Nie podobało się wielu osobom. Erazm zareagował od razu.

– Wiadomo, że profesor miał powód, aby się cieszyć, ale mocno przesolił. O szczepieniu poinformował publicznie pół kraju jakby była to wygrana ważna bitwa. Przedstawił je jako akt ostatecznej gwarancji, że nawet jeśli zachoruje to szybko zazna rozkoszy powrotu do zdrowia. Zachował się jak sługus, chwalący bez umiaru swojego pana, który uratował mu życie podając gałąź, kiedy tonął w bagnie. Bo przecież mógł tego nie zrobić! Entuzjazm i serdeczność dla władzy, której służy, wylewały się z profesora niczym woda z dziurawego garnka. Nie wypadło to dobrze.

Na forum dyskusyjnym „Wirus Quagga i przyszłość” rozwinęła się żywa dyskusja. Internauci podzielili się opiniami. Jedni potępiali szczepienia w czambuł, inni chwalili. Dyskusję utrzymywano w ryzach przyzwoitości poprzez moderowanie. Moderator usuwał wypowiedzi złośliwe, głupie i napastliwe.

Dwuznaczność poglądów i zachowań w odniesieniu do wirusa i epidemii stała się normą. Jeśli jedna część społeczeństwa była za czymś, to druga była przeciw. Jedni szczepili się, drudzy uciekali od szczepień, jedni nosili maseczki, drudzy kompletnie je ignorowali lub nosili byle jak najczęściej odsłaniając nos, co negowało sens używania maseczki.

Profesor Zybe zmienił front po ostrej krytyce jego wystąpienia w telewizji; nazwano je lizusowskim i wiernopoddańczym a nawet lokajskim. Wkrótce ponownie pojawił się w telewizji.

– Ja nie przesadzam w moich pochwałach szczepienia się. Drastycznie zmniejszyłem szansę znalezienia się w szpitalu. Przyjrzyjcie się szpitalom, co tam się dzieje. Lekarze dosłownie robią bokami. Popatrzcie na sytuację dzieci, coraz więcej zaraża się wirusem i choruje, niektóre bardzo ciężko. Powtarzające się fale epidemii nie rokują dobrze. Przewiduję dużą śmiertelność. Cała ludzkość nie wymrze, to pewne, ale dwadzieścia pięć procent przypadków śmiertelnych to dużo czy mało? Oczywiście jest to tylko przybliżenie. Ale nie spekulacja, jak mi niektórzy moi oponenci zarzucają. Wiem, rozmawiałem na ten temat z najlepszymi wirusologami, że nie jest to poziom niemożliwy. To sprawa wyścigu, kto będzie szybszy: wirus wywołując kolejną falę epidemii czy człowiek tworząc, testując, produkując i dystrybuując szczepionkę. Do tego dochodzi problematyczna gotowość ludzi do szczepienia się i szybkość szczepień.

Kolejny wymiar, to mutacje wirusa. W krótkim czasie pojawiły się cztery nowe odmiany. Quagga szybciej mutował i stawał się groźniejszy. Laboratoria badawcze donosiły, że jest możliwe, że wirus przykleja się cząstek zanieczyszczeń powietrza i zwiększa swoją koncentrację w niebezpieczny sposób.

Członkowie rządu coraz wcześniej przyjeżdżali do pracy i coraz później ją opuszczali. Ziemia paliła im się pod nogami. Toczyły się nerwowe narady i konsultacje. Do dyskusji włączył się Sawiłło-Kukuła. Nie była to informacja powszechna, ale sprawdzona. W mediach pojawiły się plotki, że rząd jest zdesperowany i robi dobrą minę do złej gry. Nasiliły się wystąpienia antyrządowe. Premier i jego gabinet byli krytykowani zarówno przez osoby pragnące się zaszczepić jak i antyszczepionkowców. Sytuacja nabierała tragicznie-absurdalnych wymiarów.

Odc. 31 Niebezpieczna droga

Liczba osób chętnych do zaszczepienia się spadała na łeb na szyję. Wystąpienia antyrządowe stały się chlebem codziennym Bangolu, odbierały ludziom energię i dekoncentrowały rząd. Powoli rolo przekonanie, że kraj stoi na przegranej pozycji. Wobec nasilających się wystąpień antyrządowych, premier zdecydował się podjąć kroki zapobiegawcze. Szczegóły ustalono w rezydencji Leona Sawiłło-Kukuły. Czuł się tutaj bezpieczniej. Niż u siebie w gabinecie. Pomieszczenie było sprawdzone a sama rezydencja była nieprzerwanie strzeżona. 

Chodząc po obszernym gabinecie pana domu Chudy mówił powoli jakby przypominając sobie wyuczoną lekcję.

– Chodzi o moje nowe wytyczne. To sprawa wagi państwowej, ścisłe tajna. Niczego nie będziemy publikować, wszystko przekazywać będziemy ustnie. Mógłbym ogłosić stan nadzwyczajny, ale to nałożyłoby na rząd spore ograniczenia, wiązałoby nam ręce. Ogłoszenie stanu nadzwyczajnego uważam za przedwczesne, liczę się jednak z taką możliwością. Atakują nas ludzie bez zasad, anarchiści i opozycja. Ci to aż rwą się do przejęcia władzy i postawienia nas pod sąd za walkę z epidemią. Nie ukrywają tego. Musimy się przed nimi bronić, musimy bronić państwa przed nimi, jego zdolności działania w najbardziej kryzysowych czasach, jakie można sobie wyobrazić. Dlatego zachowamy nasz plan w tajemnicy. Rzecz w tym, aby mieć do dyspozycji ludzi podejmujących decyzje, o wydatkach, porządku prawnym i na ulicach, przestrzeganiu rządowych zakazów i nakazów. 

– Ile osób będzie w to zaangażowanych? Jak długo da się to zachować w tajemnicy? – minister spraw wewnętrznych wytarł usta chusteczką, czując drobiny potu na dolnej wardze. Czuł się najbardziej odpowiedzialny za realizację planu. Rozmawiali o tym wcześniej w cztery oczy. Był współtwórcą planu. Nie spodziewał się, że premier tak szybko podejmie decyzję.

– Przemyślałem wszystko gruntownie. Zachowanie tajemnicy to klucz do sukcesu. Wyliczę osoby, zaczynając do siebie. Ja, pan Leon Sawiłło-Kukuła, który trzyma w ręku wszystkie sznurki, ty, jako minister spraw wewnętrznych, następnie zastępca ministra finansów. To człowiek zaufany, gwarantujący nam dostęp do funduszy państwowych bez niepotrzebnego rozgłosu. To już cztery osoby. Środki masowego przekazu biorę na siebie. Poza tym  szef agencji bezpieczeństwa wewnętrznego oraz prokurator generalny. Sam się do mnie zgłosił z sugestiami podjęcia środków nadzwyczajnych. To gorliwiec i przekonujący mówca, będzie niezwykle użyteczny. To razem sześć osób.

Premier zawahał się, Przypatrywał się z boku Leonowi Kukule siedzącemu wygodnie w swoim ulubionym fotelu i słuchającemu z uwagą jego słów. – Muszę też włączyć moją asystentkę, Julię. Znacie ją. Będzie naszą skrzynką kontaktową. To osoba w pełni zaufana. Jest do mnie bardzo przywiązana… – premier obrócił się w kierunku milionera i zmilkł jakby czekając, że coś powie.

Odc. 32 Dyscyplina

Pogrążone w epidemicznym niepokoju społeczeństwo przypominało manekiny niezdolne do obserwacji zmian zachodzących w kraju. Nieliczni zauważyli zaostrzanie dyscypliny społecznej przez władze. Pierwsi odczuli jej skutki krytycy rządu za sposób walki z pandemią.

Park Kaskada rozciągał się na północnej krawędzi stolicy na zalesionym terenie przeciętym strumieniem niezwykle czystej wody zasilanej ze źródła na pobliskim wzgórzu. O godzinie siódmej rano Kaskada była oazą spokoju: dwie babcie z wnuczkami, kilku emerytów, grupka miłośników przyrody, wpatrzona w siebie para zakochanych oraz jeden miłośnik spokojnej lektury. Herkules i Erazm spotkali się w parku, aby porozmawiać w cztery oczy. Dawno się już nie widzieli. Wybrali to miejsce, ponieważ nie mieli zaufania do połączeń telefonicznych, miejskich ulic z ukrytymi kamerami oraz zamkniętych miejsc publicznych. Zjawili się równocześnie w umówionym miejscu w maseczkach; pozdrowiwszy się jak spiskowcy uniesieniem otwartej dłoni podjęli spacer mroczną, mało uczęszczaną aleją bukową. Pierwszy odezwał się Herkules.

– Zaproponowałem ci to spotkanie, ponieważ dowiedziałem się ciekawych i ważnych rzeczy. Władza przykręca śrubę. Premier rozpędza się zupełnie jak pandemia. Jego krytycy otrzymują wezwania na policję albo do prokuratury, aby składać zeznania w różnych dziwnych sprawach. Policja coraz częściej legitymuje ludzi na manifestacjach, a nawet na ulicy. Było też kilka przeszukań mieszkań. Przeprowadzono je na podstawie nie wiadomo czyich doniesień o możliwości popełnienia przestępstwa. Osobom przebywającym w areszcie przedłuża się go poza granice rozsądku.

Herkules przerwał, dając czas, aby minęło ich dwóch młodych mężczyzn milcząco rozglądających się po parku.

– Mam podobne obserwacje. Rozmawiam z różnymi ludźmi, uważnie słucham i czytam między wierszami. Nasiliły się ataki trolli na oponentów rządu. Wyraźnie widać to na forach dyskusyjnych. Ktoś podpalił samochód Daniela Potoka, dziennikarz portalu śledczego Neron, który skrytykował ministra zdrowia za opieszałość, ktoś usiłował też włamać się a następnie podpalić mieszkanie organizatora demonstracji antyrządowych. Stołeczna komenda policji, prokuratura i urzędy opieszale traktują skargi dotyczące naruszeń prawa przez policjantów, a prokuratura najczęściej nie znajduje powodów do wszczęcia śledztwa.

– Rząd ćwiczy metody skutecznego zamykania ust krytykom bez robienia hałasu. Przegotowują grunt pod coś, ale nie wiem pod co. Tak jakby chcieli dokonać zamachu stanu, ale to nie ma sensu, bo przecież są przy władzy. Chyba po prostu chcą przyzwyczaić społeczeństwo do podporządkowania się wszystkim ich decyzjom bez szemrania – Herkules wpadł w słowo Erazmowi.

Na doraźnie zwołanej konferencji prasowej na poligonie premier ukazał się w kurtce wojskowej. Okazją wystąpienia były manewry wojsk lądowych. Sprawie tej poświęcił najmniej uwagi.

– Oczekujemy większej dyscypliny społecznej. Jest ona niezbędna dla poprawy skuteczności walki z wirusem Quagga. Epidemia nie może wlec się w skończoność bo nas wykończy. Oczekuję zrozumienia i poparcia dla naszych działań ze strony wszystkich obywateli. Jeśli trzeba będzie, to wprowadzimy całkowity lokaut i godzinę policyjną.

Odc. 33 Marazm

Dwudziesty miesiąc od dnia pojawienia się wirusa Quagga i początku pierwszej fali epidemii kończył się tragicznie. Służba zdrowia nie radziła sobie z nawałem potrzeb hospitalizacji. Brakowało lekarzy, miejsc, środków i energii.

Szczepienia objęły tylko część społeczeństwa i nie powstrzymały epidemii. Rząd oficjalnie nie poddawał się, ale powoli kapitulował. Kraj zanurzał się stopniowo w marazmie. Ludzie przestawali odzywać się do siebie i milczeli albo reagowali zbyt agresywnie. Społeczeństwo żyło nadzieją, że koszmar się kiedyś skończy, ale nikt nie miał pojęcia kiedy.

Herkules utrzymywał coraz rzadsze kontakty. Niespodziewanie odezwał się przyjaciel z lat dziecinnych, Marek Ramus, rolnik z zawodu, złota rączka, kolekcjoner narzędzi wszelkiego rodzaju. Jego email przypominał nieszczęśnika w letargu wyciągającego rękę z głębokiego rowu z prośbą o pomoc a co najmniej współczucie.

– Witaj, Herkulesie. Co u ciebie słychać? Bo ja czuję się fatalnie. Chodzę jakby mi odjęło nogi. To ta bagienna atmosfera, która wszystkich dołuje. Widzę jak kraj wchodzi w stan cywania.

Herkules zadzwonił do niego, aby podtrzymać go na duchu i porozmawiać.

– Cieszę się, że do mnie napisałeś. O co chodzi z tym cywaniem? Nic z tego nie rozumiem. Nie znam tego słowa. Szukałem w Internecie, ale nic nie znalazłem.

– To zabójcza ptasia choroba. Nie wiem, jak to się nazywa oficjalnie, ale wiem, jak wygląda. Przychodzi nie wiadomo skąd i dusi; zdrowa kura nagle zaczyna cywać. Zatrzymuje się, stroszy pióra, staje się osowiała, przestaje się poruszać, oczy zachodzą jej bielmem. Czasem mruga jakby chciała obudzić się z głębokiego snu, nie interesuje jej jedzenie. Dzwonki i grzebień ciemnieją, stają się sine. To stan dogorywania.

– Co wtedy robisz?

– Nic nie mogę zrobić. Nie ma dla niej ratunku. To wyrok losu.

Dyskusje w telewizji stały się chaotyczne i pełne niepokoju. Eksperci i ministrowie zabierali głos lecz nikt nie umiał choćby w przybliżeniu określić, dokąd zmierza epidemia a wraz nią cały kraj. W końcu wirusolodzy z niechęcią przyznali, że siły sprzyjające epidemii okazały się silniejsze niż działania człowieka, szczepienia, utrzymywanie dystansu społecznego, izolacja, noszenie maseczek – wszystkie środki przeciwdziałania skutkom wirusa. Rząd nie poddawał się jednak. Niechętnie podjęto decyzję przejścia w stan oblężenia i minimalizacji efektów epidemii na tyle, na ile było to możliwe.

Odc. 34 Mroczne perspektywy

Naukowcy, historycy i duchowni analizowali przebiegi wcześniejszych epidemii w dziejach ludzkości. Nie były to wieści budujące. Było oczywiste, że prędzej czy późnej epidemia wygaśnie, różnice polegały liczbie unicestwionych ludzkich istnień. Karolina Hopkins, biolożka ewolucyjna i wirusolożka, przedstawiła mroczną prognozę:

– Człowiek uległ naturze, która nonszalancko uczyniła z wirusa perpetuum mobile. Możemy oczekiwać kolejnych fal epidemii. Czegokolwiek nie usprawnimy w szczepionkach, wirus natychmiast zniweczy to swoją kolejną mutacją. Jest od nas szybszy.

Milczący od pewnego czasu pisarz Albin Ramo, pokazał się w telewizji w dzienniku wieczornym. Nie miał na sobie jak zawsze, kraciastej kamizeli pod szarą marynarką; jego długi, odpychająco czarny sweter i opadłe policzki upodabniały go do zmęczonego grabarza.

– Wchodzimy w stan stagnacji i otępienia. Wiem, że przetrwamy jako społeczeństwo – tak uczy historia epidemii – ale będziemy zdziesiątkowani i to będzie cena, jaką zapłacimy za wolność od zarazy.

Wśród telewidzów niewielu było chętnych wyrazić sprzeciw i głośno powiedzieć, że jest fatalistą i sieje zamęt. Przygotowywano się na najgorsze. Ostatnią deską ratunku i pocieszenia, stały się szpitale. Pracowały na najwyższych obrotach podobnie jak przedsiębiorstwa pogrzebowe. Władze mobilizowały rezerwy pomocy dla służby zdrowia i biznesu.

Wyjątkiem w morzu niepewności byli kaznodzieje głoszący tonem pocieszenia, że pandemia jest karą bożą za wykroczenia przeciw Najwyższemu.

– Miarka ludzkich niegodziwości przebrała się. Nie można żyć w grzechu żarłocznej konsumpcji i chciwości przestrzeni kosztem innych gatunków i przyrody. Jest to kara bolesna ale słuszna, która nas oczyści i nawróci na drogę prawdy i uczciwości.

– Przyroda i jej związki z człowiekiem stały się nowym wątkiem duchowych i filozoficznych rozważań ludzi sięgających sercem i myślą dalej niż koniec własnego nosa – słowa te wypowiedziała Karolina Hopkins na posiedzeniu Klubu Niezależnych Celebrytów. Biolożka schodziła z mównicy mniej pewna siebie niż zawsze i jakby zasmucona.

Po jej przemówieniu Barbarossa, przewodniczący klubu, ogłosił zawieszenie spotkań aż do odwołania.

Odc. 35 Przebudzenie

Riccardo Baron przebudził się w spokojny majowy dzień, w momencie, kiedy ktoś na sali Kliniki Odrodzenia „Feniks” powiedział głośno „Z ręką na pulsie”. Jak się okazało, było to hasło użyte, aby wprowadzić pacjenta w stan hipnozy dla przeprowadzania kolejnej operacji. Kiedy mu wyjaśniono, o co chodzi, chciał wiedzieć dlaczego go hipnotyzowano.

– Hipnozę stosujemy, aby zredukować ilość środków farmakologicznych, jakie stosuje się przy operacjach. Nie poprawiają one stanu zdrowia pacjenta – wyjaśniła pielęgniarka.

Pokój, w którym leżał Riccardo, był duży i jasny. Czuł się wygodnie. Leżał wyciągnięty na łóżku o pełnej regulacji położenia. Opuścił lewą rękę poza krawędź łóżka i poruszył nią; poczuł się niepewnie, jakby nie należała do niego. Opuścił prawą rękę i poruszył palcami, rozprostowując je i zaciskając; w końcu podniósł rękę do góry. To wywołało reakcję; przednia część łóżka, na której spoczywały jego głowa i plecy, powoli uniosła się do góry. Po chwili był już w pozycji półsiedzącej. Łóżko automatycznie dostosowywało się do kształtu i położenia jego ciała.

Obok Riccardo pojawiły się dwie ubrane na biało kobiety. Jedna była pielęgniarką i nazywała się Amelia Miller. Druga była lekarką. Przedstawiła się tylko imieniem Sofia, wyjaśniając, że jej nazwisko jest zbyt trudne, aby je wymówić. Mówiła z jakimś nieznanym mu akcentem.

– Zapamiętać to już w ogóle niemożliwe.

Patrząc na nie Riccardo po chwili nie kojarzył już, która z nich jest lekarką, a która pielęgniarką. Potem zaczął je rozróżniać.

Kiedy stało się jasne, że pacjent ma problemy rozumienia, tego, co mu mówi, lekarka zaczęła używać prostych słów. Ricardo rozumiał wiele w prostej konwersacji, ale nie radził sobie ze słownictwem medycznym.

– Przyszłyśmy, jak tylko zauważyłyśmy na ekranie w dyżurce, że poruszył się pan w łóżku. Przez cały czas był pan w stanie śpiączki.

Riccardo przyjrzał się uważnie Sofii. Nie była ładna, ale zgrabna. Kiedy stała nieruchomo, przypomniała boginię rzymską, Junonę, żonę Jowisza. We Włoszech, w restauracji, gdzie pracował, na ścianie wisiał obraz Junony. Bogini była opiekunką kobiet, przede wszystkim ich życia seksualnego i macierzyństwa. Sofia była do niej bardzo podobna. Miała poważną, raczej pełną twarz, prosty nos, mocne dłonie i niezbyt duże usta. Junona na obrazie w lewej ręce trzymała kulę, podczas gdy Sofia trzymała tablet medyczny przypominający smartfon. Schowała go zaraz do kieszeni fartucha. Miała pulchne palce. Riccardo zauważył to, kiedy poprawiała włosy upięte w płaski kok.

Kobiety mówiły do niego powoli i wyraźnie. Był z tego zadowolony, ponieważ słabo kojarzył słowa. Jak przez mgłę przypomniał sobie turystów posługujących się tym językiem. Dobrze pamiętał tylko kawiarnię, gdzie pracował, fartuch kelnera, plażę oraz błękitną powierzchnię morza widocznego z tarasu. Na moment wspomnienia wywołały w nim tęsknotę za przyjaciółmi i rodziną, których nie mógł sobie jednak przypomnieć.

Odpowiedział coś po włosku, na co pielęgniarka, wyższa, ciemniejsza blondynka, zareagowała słowami „molto bene”. Potem dodała „Non parlo italiano”. Amelia znała jeszcze kilka innych włoskich słów. To była cała jej wiedza lingwistyczna. Riccardo zrozumiał, że musi posługiwać się ich językiem. Na szczęście rozumiał więcej, niż sam mógł wyrazić. Musiał sięgać do przeszłości z wczesnego dzieciństwa, kiedy rodzice wyjechali razem z nim z Bangolu.

Odc. 36 Klinika

Obserwując uważnie Riccardo, lekarka sięgnęła ręką do kieszeni fartucha i wyjęła z niej mały tablet medyczny. Coś wystukała na ekranie i po chwili odczytała na głos temperaturę ciała, ciśnienie krwi, tętno, częstość oddechu, saturację oraz parametry pracy serca. Pacjent popatrzył na nią zdezorientowany. Zauważyła jego niepewność.

– Ma pan na sobie czujniki i sondy, które bezprzewodowo przekazują do systemu monitoringu odczyt podstawowych parametrów życiowych. To niezawodny system. Gdyby tylko nastąpiło pogorszenie, na przykład znacznie spadło lub wzrosło ciśnienie krwi, natychmiast uruchomiłby się alarm na moim tablecie.

Po zakończeniu rozmowy Sofia dotknęła ekranu i powiedziała półgłosem:

– Proszę o lekarstwa dla RB201.

Po dwóch minutach otworzyły się drzwi z prawej strony i do sali wjechał na elektrycznym monocyklu mężczyzna w granatowym uniformie. Zbliżył się do łóżka, kiwnął przyjaźnie głową w kierunku pacjenta, pochylił się i z bocznego koszyka wyjął małe opakowanie. Podał lekarce i odjechał. Riccardo nie zdążył nawet mu się przyjrzeć. Imponowała mu łatwość, sprawność i szybkość działania personelu kliniki.

Następnego dnia Sofia przeprowadziła z Riccardo wywiad. Chodziło o stan jego pamięci. Na początku pobytu w szpitalu było najgorzej. Po wybudzeniu ze śpiączki niewiele pamiętał. Nie przypominał sobie nawet, co takiego zdarzyło się w jego życiu. Nie pamiętał miejsca, dnia ani miesiąca swego urodzenia. Dziwnie pamiętał tylko rok urodzenia. Po kilkunastu dniach nadal mało co sobie przypominał.

– Każdego dnia notujemy jednak jakiś postęp. To bardzo ważne, Ricardo -pocieszała go pielęgniarka. Zwracała się do niego po imieniu. – Odpowiemy na wszystkie twoje pytania, ale najpierw musimy wykonać więcej badań twojego stanu zdrowia, szczególnie pamięci. Zakażenie wirusem Quagga, zwłaszcza którąś z jego późniejszych mutacji, może wywoływać poważne zmiany w mózgu; niekiedy widać to wprost na twarzy pacjenta.

Po kilku wywiadach z Riccardo lekarka zrobiła notatkę w dokumentacji medycznej:

– Z tego, co pacjent słyszy, poprawnie zapamiętuje tylko część, część przekręca, resztę zapomina. Doznał utraty pamięci, ale tylko przeszłych zdarzeń. Dobrze zapamiętuje wydarzenia bieżące. Niektórych zachowań musi uczyć się od początku Z przeszłości pozostały mu niekompletne fragmenty wspomnień, obrazy, reminiscencje. Wszczepiono mu implant wspomagający pamięć bieżącą, stanowiący rodzaj pamięci zastępczej.

Następnego dnia doktor Sofia przyszła na obchód wcześniej niż zwykle. Była wypoczęta i zrelaksowana. Riccardo poprosił ją, aby powiedziała mu coś więcej na temat jego stanu zdrowia i pobytu w klinice. Po wykonaniu standardowych czynności przyciągnęła sobie krzesło stojące w rogu sali i usiadła przy jego łóżku.

Zanim trafił do Kliniki Odrodzenia „Feniks” mieszkał w schronisku dla bezdomnych. Przebywał tam od czasu, kiedy policja zabrała go z ulicy oskarżając o włóczęgostwo: nie miał stałego miejsca zamieszkania, pracy ani innego źródła utrzymania. W schronisku mieszkał kilka miesięcy. Był tam badany przez lekarzy, którzy stwierdzili silne zakażenie wirusowe.

– Do kliniki przywieziono pana, kiedy uległ pan wypadkowi. Czytałam raport policji. Najechał na pana samochód osobowy. Kierowca rozmawiał przez smartfon. Kiedy ten mu wypadł z ręki, kierowca schylił się, stracił koncentrację, nie zauważył, że światło na przejściu dla pieszych zmieniło się na czerwone. Za późno zaczął hamować. Pojazd uderzył, kiedy schodził pan z pasów dla pieszych. Był pan w tak beznadziejnym stanie, jakby uczestniczył w wypadku lotniczym a nie samochodowym: nieprzytomny, obrażenia wewnętrzne, z połamane nogi, uszkodzona miednica. Spędził pan u nas trzy miesiące w stanie śpiączki, sztucznie podtrzymywany przy życiu.

Odc. 37 Rekonwalescencja Riccardo

Kiedy odezwał się alarm, lekarka przerwała badanie, popatrzyła na ekran tabletu i przeprosiła Riccardo. Miała pilne wezwanie do innej sali.

Słowa Sofii o tym, że wyglądał jak ofiara wypadku lotniczego, dziwnie utrwaliły się w pamięci Riccardo. Od tej pory opowiadał innym pacjentom, jak to przywieziono go do kliniki po wypadku lotniczym, w opłakanym stanie, połamanego i nieprzytomnego.

– Mój samolot rozbił się wskutek fatalnej pogody pół godziny przed lądowaniem na lotnisku w Agarze. Miałem szczęście. W beznadziejnym stanie trafiłem do naszej kliniki, gdzie mnie odrestaurowano jak tego ptaka Feniksa. Czuję się szczęśliwy, że przeżyłem – powtarzał, zamykając oczy w kontemplacji swego szczęścia.

– W jaki sposób znalazł się pan w Bangolu, nikt tego dokładnie nie wie – zakończyła swoje wyjaśnianie Sofia następnego dnia. – W odkrycie pańskiej tajemnicy zaangażowane były policja, urząd imigracji i urząd celny. Podejrzewano, że został pan przemycony przez granicę w ciężarówce z dobrze ukrytym schowkiem do przewozu ludzi.

Dla Riccardo nastał trudny okres czasu. Nie wiadomo dlaczego nagle tracił przytomność i w miarę szybko ją odzyskiwał. W takie dni pielęgniarka odwiedzała go kilka razy dziennie. Kiedy przytomniał, mówiła mu, czy majaczył czy nie. Cieszyła się, że wraca mu świadomość i pocieszała:

– Teraz to może być tylko lepiej.

Za każdym razem dodawała jakieś szczegóły o jego stanie zdrowia, metodach leczenia lub klinice. Czasami mówiła coś banalnego, zupełnie bez znaczenia, sprawdzała jakieś dane na monitorze zawieszonym na ścianie przy oknie i wychodziła. Bywało i tak, że zaraz wracała, stawała przy jego łóżku, patrzyła na niego z uwagą i nie odzywała się.

– Nie ma chęci rozmawiać ze mną – myślał wtedy Riccardo. Widział to w jej twarzy, ani starej, ani młodej, trudnej do określenia. Nie rozumiał jej postępowania, w dodatku szumiało mu w głowie. Źle odbierał problemy z pamięcią, niemożność przypomnienia sobie prostych spraw lub zdarzeń. Miał wrażenie, że Amelia unika tematu wirusa, że jest on czymś nadzwyczajnym. Czuł to wyraźnie.

Początki poruszania się na własnych nogach nie były łatwe. Za pierwszym razem Riccardo z trudem utrzymywał się na nogach. Udało mu się przejść tylko kilka kroków posiłkując się chodzikiem. To go zmobilizowało. Stopniowo chodził coraz więcej. Miał chęć wybrać się na dłuższą wycieczkę.

– Najpierw zwiedzę klinikę – postanowił. Intrygowała go jej nowoczesność, odmienność od wszystkiego co pozostało w zakamarkach jego pamięci.

Wkrótce nadarzyła się okazja. W sobotę organizowano zwiedzanie kliniki ze specjalnym przewodnikiem.

– Mam nadzieję, że stanie się to rytuałem, umacniającym w pacjentach przekonanie o niezwykłej roli medycyny w życiu każdego człowieka, jej nieskończonych możliwościach – Riccardo podsłuchał słowa Sofii przeznaczone dla Amelii Miller.

Z samego rana w sobotę, zaraz po śniadaniu, Riccarda i kilka innych osób z sali ubrano w stroje ochronne. Przezroczyste okrągłe hełmy, zasilane w filtrowane powietrze, skutecznie izolowały ich organizmy od otoczenia zewnętrznego. Riccardo przejrzał się w lustrze wiszącym na ścianie przy drzwiach. Jego broda ledwo mieściła się w plastikowym hełmie. Wyglądał jak członek wyprawy na inną planetę.

– Przypominam niedźwiedzia w przebraniu kosmonauty. Mógłbym straszyć dzieci – wydusił z siebie.

Nie rozumiał dlaczego ich tak ubrano, ale nie zdecydował się zapytać o to. Wiedział że świat się zmienił i nie jest już ten sam, co za dawnych lat. Najgorsze była utrata orientacji czasu, wyczucia tempa jego przemijania.

Odc. 38 Zwiedzanie kliniki

Przewodnik nie śpieszył się. Grupa zwiedzających powoli wychodziła na zewnątrz. Nie wymagało to żadnego wysiłku poza pracą mięśni, ponieważ wszystko uruchamiane było automatycznie. Przed drzwiami obrotowymi usłyszeli zapowiedź:

– Zbliżasz się do drzwi obrotowych, za chwilę znajdziesz się na zewnątrz. Twój strój i maska są szczelne.

Przewodnik zatrzymał grupkę przed budynkiem, aby oswoiła się z otoczeniem. Riccardo zauważył jego gładkie policzki i niebieskie błyszczące oczy.

Znajdowali się przed czterema ogromnymi gmachami stojącymi w jednej linii obok siebie. Wyruszyli na zwiedzanie. Budynki były połączone nadziemnymi i podziemnymi korytarzami dla pieszych i przejściami dla transportu materiałów i zaopatrzenia. Korytarze szpitalne przypominały zwoje rozciągniętych w linii prostej taśm produkcyjnych, wzdłuż których ciągnęły się gabinety specjalistyczne. Przy każdym z nich siedzieli i stali pacjenci. Riccardo notował w pamięci spostrzeżenia. Był przekonany, że przewodnik, pielęgniarka lub lekarka zechce go zapytać co widział i jaki to wywarło na nim wrażenie. Mruczał po cichu do siebie:

– Kompleks szpitalny przypomina system połączonych ze sobą taśm produkcyjnych – korytarzy, prowadzących do setek sal i gabinetów zabiegowych. Przy każdym z tych pomieszczeń czekają pacjenci.

Przewodnik zatrzymał grupkę i poprosił zwiedzających o skupienie się.

– Proszę zwrócić uwagę na ten najwyższy a zarazem najnowszy budynek. Na samym szczycie ma on dach w kształcie korony wzorowanej na fragmencie łańcucha genów fundatora Kliniki Odrodzenia Feniks. Nazywał się Jonasz Karter. Wszystkie swoje organy, całe ciało, podarował uniwersytetowi medycznemu, do którego należy klinika. Stopniowo staje się to standardem postępowania, że człowiek oddaje swoje ciało w służbę społeczeństwu i ludzkości. Karter był naukowcem, odkrywcą nowej generacji leków genetycznych, czcicielem nauki i wiedzy naukowej. Żył sto trzydzieści lat. Jego życie było przedłużane dzięki postępom medycyny, wymianie organów oraz tkanek i innym zabiegom. Mógł żyć dłużej, ale nie chciał. Nazywamy to osiągnięciem pełnej dojrzałości psychofizycznej, kiedy człowiek opuszcza świat bez żalu i wątpliwości.

Po powrocie ze zwiedzania, Riccardo dzielił się Amelią spostrzeżeniami.

– Przewodnik miał gładką cerę prawie jak kobieta i błyszczące oczy, jakby brał narkotyki.

Pielęgniarka zaśmiała się życzliwie.

– To robot humanoidalny. Wykorzystujemy je do pomocy przy prostszych, powtarzających się czynnościach. Podobnie jak pracownik przywożący leki na monocyklu. Są bardzo użyteczni, uprzejmi i nigdy się nie męczą, dopóki mają naładowane baterie.

Pomagając Riccardo przebrać się w strój szpitalny, kontynuowała wyjaśnienia.

– Zaczynasz już chodzić, Riccardo. To bardzo dobrze. Proszę tylko się nie forsować. Mieszkasz w klinice. To jest teraz twój dom, w związku z czym mam obowiązek poinformować ciebie, jakie zasady tu obowiązują. Określa je regulamin wewnętrzny. Jest on dla mieszkańców i pracowników kliniki jak konstytucja dla kraju. Możesz zawsze zajrzeć do niego. Został on wydrukowany, oprawiony w ramki i zawieszony w każdej sali, gdzie przebywają pacjenci. W tej sali wisi przy wejściu od strony zachodniej. Masz do niego dostęp także na stronie internetowej kliniki. Ja wspomnę tylko kilka najważniejszych postanowień regulaminu. Po pierwsze, kierujemy się zasadą przekazywania pacjentowi pełnej informacji o jego stanie zdrowia. To jest twoje prawo. Po drugie, masz też prawo wglądu do informacji zgromadzonych na twój temat w Narodowym Systemie Monitorowania Pacjentów. Loginem jest twój adres email zapisany w twojej elektronicznej karcie zdrowia. Ostatnia sprawa, to każdy pacjent i każdy osoba z personelu ma obowiązki obywatelskie. Musimy je przestrzegać. Określają one przed wszystkim nasz stosunek i obowiązki wobec środowiska naturalnego.

Kilka dni późnej Riccardo podszedł do regulaminu i usiłował go czytać. Nie szło mu to za dobrze. 

Odc. 39 Przeszczepy 

Obok regulaminu kliniki wisiała oprawiona w połyskliwą ramkę Historia Kliniki Przebudzenia „Fenix”. Była to bardziej historia mitu jej powstania niż samej kliniki. Autor dokumentu uważał, że ludzie trafiający do kliniki odradzali się jak sfinks z popiołów, powracali do życia z martwych.

– Klinika dokonuje cudów przywracania życia ludziom po miesiącach na nawet latach letargicznego uśpienia epidemiologicznego. To było ostatnie zdanie tekstu.

Riccardo Baron miał czas na obserwacje i rozmyślania. Nie od razu zauważył w kilku miejscach swego ciała odbarwienia skóry. Zapytał pielęgniarkę Amelię, co one znaczą. Zmieszała się i odwróciła twarz w kierunku drzwi. Riccardo odczekał chwilę, dając jej czas na uspokojenie się. Kiedy doszła do siebie, poprosił ją o uczciwe informowanie go o wszystkim, co go dotyczy.

– Powiedz mi, Amelio, prawdę, nawet gdyby miała być dla mnie bolesna. Dosyć się już nacierpiałem, aby nie móc znieść więcej.

– Wykonaliśmy ci wiele przeszczepów skóry. Z samochodu, przy którym cię znaleziono po wypadku, wyciekła benzyna i zapaliła się. Doznałeś poważnych poparzeń. Z przeszczepami skóry na szczęście nie mieliśmy problemów. Wyhodowano ją w naszym laboratorium, tyle, ile trzeba. Kiedyś był to prawdziwy problem. Ludziom wycinano płaty ich własnej skóry w miejscach mało widocznych, aby przeszczepić ja na miejsca poparzeń na twarzy, szyi czy rękach. Cierpiałeś bardzo, podawaliśmy ci nieprzerwanie leki przeciwbólowe. Takie sytuacje pozostawiają ślady również w psychice personelu medycznego.

Riccardo zaintrygowała ta historia. Postanowił dowiedzieć się więcej. Była w tym jakaś tajemnica. Pomyślał, że potraktowano go eksperymentalnie jak namiot, na który naszywa się wielką łatę, aby wyglądał jak nowy.

Nalegał przez dwa dni, zanim Amelia za wiedzą lekarki zgodziła się zorganizować mu spotkanie z pracowniczką laboratorium hodowli komórek.

– To ta sama kobieta, co wyhodowała komórki dla twoich potrzeb.

Poszedł tam z przewodnikiem. Miał na imię Yorge i podobnie jak poprzednik był robotem humanoidalnym. Wyglądał i zachowywał się jak żywy człowiek.

– Wyższy poziom jazdy – pomyślał Ricardo o Yorge. Po chwili poprawił się: -Wyższy poziom sztucznej inteligencji.

Przed przybyciem na miejsce Yorge gdzieś dzwonił.

Czeka już na ciebie w małej poczekalni przy laboratorium. To specjalne miejsce spotkań. Jest aseptyczne, bezpieczne. Można tam być bez hełmu a nawet maseczki lekarskiej. Ma na imię Krystyna. Tyle wiem. Reszty dowiemy się na miejscu. Ja nie będę towarzyszyć ci w rozmowie. Mam obowiązki. 

– Wiem, kim pan jest – odezwała się kobieta, po czym przedstawiła się: – Biotechnolog Krystyna Ukaz, Bank Komórek Zakładu Biotechnologii.

Była postawną blondyną z długimi włosami osłaniającymi po bokach owalną twarz. W Riccardo coś drgnęło, poczuł nagły przypływ energii. To go ucieszyło. Rozmawiali zachowując dystans dwóch metrów. Nie było to konieczne, ponieważ w suficie pracowały nieprzerwanie wentylatory wyciągające powietrze z pomieszczenia.

Odc. 40 Oznaka powrotu do zdrowia

Krystyna Ukaz mówiła krótkimi zdaniami, gestykulując.

– Jak wyhodować skórę? To proste. Dzisiaj to proste. A będzie jeszcze prostsze. – Skóra to niezwykła tkanka; potrafi sama się regenerować, ponieważ zawiera mnóstwo komórek macierzystych. Mają one szczególne właściwości. To wyjątkowo przemyślne i inteligentne twory organizmu. Przypominają mi długodystansowców. Trzeba tylko umieć wykorzystać ich zdolności i możliwości. Odtwarzanie skóry z wykorzystaniem komórek macierzystych nie jest to jeszcze taśma produkcyjna, ale wkrótce będzie. Mam wrażenie, że cała służba medyczna upodabnia się do taśmowego systemu produkcyjnego z ciągami technologicznymi.

– Wyrzuca z siebie słowa jak działko szybkostrzelne! – zachwycił się Riccardo, po czym zdziwił się, skąd mu przyszło do głowy takie określenie. Nigdy nie był w wojsku ani nie interesował się sprzętem wojskowym.

Słuchał Krystyny z uwagą. Starał się zapamiętać i nauczyć jak najwięcej. Ciekawiło go to, co mówiła, czasu miał w nadmiarze.

– Pobieramy malutki wycinek skóry pacjenta i przenosimy do laboratorium, aby wyizolować pojedyncze komórki, wysiać do pojemników hodowlanych i zalać pożywką, w której zaczynają się dzielić. Przybywa ich bardzo szybko. Po około dwóch tygodniach można już je przeszczepić pacjentowi na ranę. Komórki zasiedlają miejsca poparzone; wciąż się dzieląc tworzą wysepki i w ten sposób stopniowo zarastają miejsce poparzone. Sama hodowla trwa dwa tygodnie. W jednej hodowli są miliony komórek. Malutki pojemniczek o objętości trzech mililitrów zawiera sześć milionów komórek.

Kobieta Biotechnolog przerwała i popatrzyła na Riccardo, czy nadąża za jej wyjaśnieniami lub może ma jakieś pytanie.

– Umiemy już skutecznie leczyć trudno gojące się i rozlegle oparzenia. To wielki postęp.

Rozmowa z Krystyną z Banku Komórek dobrze wpłynęła na Riccardo. Poczuł się znacznie lepiej. Nie wiedział tylko, czy był to wpływ jej kobiecego uroku, czy też w grę wchodziły inne czynniki. Biotechnolog podobała mu się.

Następnego dnia z samego rana Riccardo zaskoczył pielęgniarkę. Na pierwszym obchodzie podniosła koc, aby sprawdzić postępy leczenia skóry w okolicy brzucha. Ricardo leżał jak zwykle na plecach w swojej ulubionej granatowej piżamie w kratę. Ukryty pod nią jego seksus stał wyprostowany jak kołek w oczekiwaniu zaspokojenia. Amelia Miller widziała już niejednokrotnie takie sceny, poczuła się jednak zaskoczona. Dla kliniki była to dobra wiadomość, oznaczała powrót pacjenta do zdrowia. Erekcja była symbolem zdrowia. Pielęgniarka nie dała od razu po sobie poznać, że ją to poruszyło, nie okazała żadnych emocji, przykryła tylko pacjenta kocem.

– Przyjdę później, aby sprawdzić stan skóry na brzuchu – uśmiechnęła się blado usiłując pokryć zmieszanie. Był w nim śmiech jak i wyraz uznania i gratulacje z okazji kolejnego symptomu powrotu pacjenta do zdrowia.

Śmiesznym doświadczeniem podzieliła się z Grace, rehabilitantką prowadzącą ćwiczenia z pacjentami w ustalone dni w salce rehabilitacyjnej na tym samym piętrze. Zrobiła to odruchowo, kiedy ją zobaczyła. Przyjaźniły się od czasu, kiedy tylko się poznały.

Wieczorem naszły Amelię wyrzuty sumienia. Nie powinna nikomu mówić o Riccardo, ponieważ udzielanie informacji osobom trzecim o stanie zdrowia pacjenta było przywilejem lekarza prowadzącego pacjenta, a nie personelu pomocniczego. Było to także niezgodne z regulaminem kliniki; w grę wchodziła ochrona prywatności pacjenta.

Pozbyć się ostatniego zastrzeżenia pomogła jej Grace, przypominając, że ona również jest pracownikiem Kliniki Odrodzenia Feniks. Było to ważne, ponieważ część osób pracujących w klinice była zatrudniona przez firmy zewnętrzne i niekiedy traktowana inaczej. 

Odc. 41 Widoki i wspomnienia 

Dzień zaczął się słonecznie. Riccardo wstał z łózka i podszedł do wielkiego okna. Lubił gapić się przez nie na ulicę. Była nieco oddalona od budynku i spokojna, wyludniona o tej porze dnia. Od czasu do czasu przejeżdżał nią samochód o opływowych kształtach. Poruszając się nie wydawał dźwięku. Dwie wysokie topole porośnięte kępkami jemioły przypomniały mu przeszłość.

– Jestem z pokolenia śmieciowego – od pewnego czasu ta myśl uporczywie pojawiała się w jego głowie. Właściwie to była obecna przez cały czas niby czujny strażnik, ujawniając się tylko przy okazji znajomego widoku, kształtu lub wspomnienia.

Pokoleniem śmieciowym nazywano jego generację, ludzi, którzy pierwsi podnieśli larum o to, że tworzywa sztuczne nie tylko zaśmiecają lądy i wody ale zabijają życie na ziemi. To była różnica – zaśmiecanie i zabójstwo. Każdy mieszkaniec planety zużywał wtedy ponad dwieście kilogramów wyrobów plastikowych rocznie. Było to dziedzictwo pozostawione przez poprzednie pokolenia, nie bez udziału jednak jego własnego pokolenia.

Okno sali rozciągało się prawie od podłogi do sufitu. Widział przez nie ulicę i przylegający do niej skwer, a na jego krawędzi rząd błyszczących pojemników. Pomyślał się, że są to pojemniki na śmieci. Zaintrygowały go. Długo im się przyglądał oceniając ich kształty, kolory i wielkości. Były ustawione prawie w jednym rzędzie, w trudnym do określenia artystycznym ładzie-nieładzie. Zapragnął obejrzeć je z bliska, dotknąć i poczuć ich powierzchnię.

Rozejrzał się po sali niepewnie, zastanawiając się, czy mógłby wyjść sam na zewnątrz, aby je pooglądać. Nie miał o to kogo zapytać, na sali byli tylko pacjenci. Regulamin kliniki czytał już kilka razy, przeważnie fragmentami, ale nie pamiętał żadnych zasad dotyczących samodzielnego wychodzenia z kliniki. Był na zewnątrz dwa razy, zawsze z przewodnikiem.

Amelia mówiła mu, że klinika jest jego domem. W tym momencie był przekonany, że jest bardziej więzieniem niż domem, z którego można swobodnie wychodzić i wracać. Popatrzył na szybę. Nie zauważył w niej żadnych ukrytych krat; tylko szkło było tak grube, że przypominało ścianę.

Następnego dnia, po zakończonym obchodzie, Riccardo wstał z łóżka i ocenił sytuację. W pokoju oprócz niego była tylko jedna osoba. Nie wiedział, czy to pielęgniarka czy lekarka. Nie przypominał jej sobie. Była odwrócona do niego tyłem. Siedziała przy stoliku, który po bliższym przyjrzeniu się okazał biurkiem z płaskim blatem i dwiema płaskimi szufladami.

– Chyba coś ogląda lub pisze – domyślił się, widząc jej lekko zgarbione plecy. – Zachowuje się jakby było jej obojętne, co dzieje się na sali.

Zdecydował się opuścić sale bez pytania kogokolwiek o zgodę, aby obejrzeć pojemniki. W szafce przy łóżku znalazł hełm. Ktoś go tam włożył poprzedniego dnia. Leżał sam, bez kombinezonu. Był inny niż ten poprzedni, jaki Riccardo miał na głowie w czasie wycieczki z przewodnikiem. Pomyślał, że na otwartej przestrzeni nie potrzebuje kombinezonu.

Z nowym hełmem na głowie poczuł się trochę niepewnie; wszystko jednak szło składnie. Po wyjściu z sali i przejściu kilku kroków korytarzem poczuł, jakby jego ciałem sterował jakiś mechanizm równowagi, korygujący chwiejność nóg i tułowia. Miał wrażenie, je jest obserwowany. Skierował wzrok w górę i zauważył dwie miniaturowe kamery. Wcześniej ich tam nie widział. Teraz był już pewny, że jest obserwowany a jego ruchy są rejestrowane i analizowane. Ruszył w kierunku drzwi prowadzących na zewnątrz budynku. Błąkał się po nich różowawy połysk ścian, miły i naturalny. Było to sympatyczne odczucie. Riccardo nabierał przekonania, że ktoś nad nim czuwa a otoczenie dostosowuje się do jego potrzeb. Poczuł się pewniej.

Odc. 42 Recykling

Riccardo zbliżył się do wyjścia zewnętrznego z budynku, drzwi otworzyły się automatycznie. Było to wyjście boczne. Zatrzymał się i rozglądał się zalany jasnym słonecznym światłem. Przed sobą miał schody łagodnie opadające w kierunku ulicy. Zszedł po nich. Miał przed sobą płaski teren przecięty pasmem ulicy bez krawężników. W miejscu, gdzie można było się ich spodziewać, widoczne były tylko czerwone pasy odcinające wizualnie chodnik od jezdni. Mężczyzna rozejrzał się w lewo i w prawo i wkroczył na ulicę, aby się przekonać, że ma dziwnie sprężystą powierzchnię.

Wszystkie pojemniki były wykonane z metalu, każdy w innym kolorze. Było ich osiem, ustawionych jeden obok drugiego w równym rzędzie. Przyglądając się im, włożył odruchowo rękę do kieszeni spodni i poczuł w palcach pomięty kawałek papieru. Pomyślał, że znalazł się tam chyba celowo, aby go wyrzucić. Wyjął go z kieszeni i przyjrzał się. Był to kawałek papieru gazetowego. Nie było na nim niczego godnego uwagi oprócz jakichś ogłoszeń kupna i sprzedaży. Riccardo podszedł do najbliższego, pierwszego z brzegu, pojemnika o kształcie cylindra. Wyświetlił się na nim napis:

– Wprowadź kod dostępu lub przeczytaj instrukcję na tablicy ogłoszeniowej.

Przyszło mu na myśl, że kod dostępu to coś w rodzaju jednorazowego biletu wstępu do kina. Pomysł ten uznał po chwili za głupi.

Przeczytał instrukcję. Nie wszystko w niej zrozumiał. Mówiła o identyfikatorze odpadów, który miał wbudowane kamery i czujniki rozpoznające zapachy, dźwięki, kolory i skład chemiczny materiału. Analizując wymienione parametry, urządzenie rozpoznawało każdy rodzaj materiału. To pozwalało na jednoznaczną segregację wszystkich, nawet najmniejszych śmieci i odpadów. Przedmioty większe i składające się różnych materiałów należało wrzucić do większego pojemnika stojącego na uboczu.

Riccardo nie miał chęci czytać dalej ani zastanawiać się. Postanowił zrobić to, co mu przyjdzie do głowy i popatrzeć, co z tego wyniknie. Przybliżył papier do pojemnika. Wyświetlił się na nim poziomy pasek z napisem:

– To papier. Wrzuć do pojemnika numer 3. Tego szarego.

Domyślił się, że informacja pochodzi z identyfikatora odpadów. W górnej części pojemnika spostrzegł naklejkę. Pochylił się i przeczytał zawarte na niej dane. Była to tabliczka znamionowa produktu.

Po pozbyciu się papieru, Riccardo rozejrzał się. W pobliżu znajdowały się dwie ławki. Podszedł do tej, która wydała mu się wygodniejsza, i usiadł, aby się zrelaksować. Zamknął oczy. Nawet nie zauważył, kiedy przysiadł się do niego mężczyzna. Nie miał na sobie hełmu, tylko czarną maskę zasłaniającą usta i nos. Ubrany był w dres i obuwie sportowe. Wyglądał na znudzonego emeryta, szukającego na spacerze okazji do pogadania.

– Pan pewnie jest pacjentem kliniki? – mężczyzna ruchem głowy wskazał budynek za plecami.

Zaczęli rozmawiać. Mówił głównie nieznajomy.

– Żyjemy teraz dwoma wyzwaniami: służbą zdrowia i ochroną środowiska, a najbardziej to totalnym recyklingiem.

– O co w nim chodzi? Czym się różni totalny recykling od zwykłego recyklingu?

Odc. 43 Nowe czasy

Starszy mężczyzna wstał z ławki is stanął naprzeciwko Riccardo. Na jego twarzy widać było skupienie. Poprawił maseczkę, rozciągając ja do góry w kierunku czoła i w dół w kierunku szyi. Mówił powoli, zastanawiając się nad słowami. Sprawiał wrażenie człowieka wygłaszającego niezwykle ważne oświadczenie.

– Identyfikator odpadów i te metalowe pojemniki to tylko częściowe ucieleśnienie idei, że wszystko, co człowiek wyprodukuje musi podlegać recyklingowi. I to nie byle jakiemu, ale całkowitemu. W przyszłości będzie on zgodny z rytmem przyrody. Najprościej mówiąc, ma to wyglądać tak, że odpady tworzone przecz człowieka będą bez wyjątku ponownie wykorzystywane w niemienionej postaci lub przetwarzane tak, aby wejść do ponownego obiegu. Butelka szklana może być użytkowana setki razy podobnie jak i wiele, innych opakowań. Mam na myśli odpadki ekologiczne, rośliny, żywność i podobne. Wszystko to jest naturalnym wytworem gleby i do niej musi tarć. To kardynalna zasada. Nie mieszajmy odpadków ekologicznych z innymi, na przykład obierek czy resztek obiadowych z farbą, drukowanym papierem czy sztuczna tkaniną, jak to się nadal zdarza, bo wtedy wszystko trafia razem na wysypisko i zatruwa glebę. W końcu przyjdzie taki czas, że odpadki ekologiczne będą przetwarzane także w odpowiednim czasie. Tak jak liście drzew gniją jesienią, kiedy spadną już na ziemie i mokną na deszczu, tak odpady ekologiczne będą na kompostowe nicy ulegać rozpadowi podobnie jak drzewo w lesie powalone przez wiatr.

Riccardo nie przerywał mu, tylko słuchał. Rozmowny typ – jak określił rozmówcę – mówi jak nakręcony.

– Żyjemy w skomplikowanym świecie. Sami go skomplikowaliśmy. Sytuacja zmieniła się. Musimy gospodarować zasobami znacznie rozważniej niż dotychczas. Każdy obywatel musi mieć dostęp do środków, jakie są mu potrzebne do życia. Godnego, ale nie przesadnego, rozrzutnego, kiedy marnuje się środki materialne i energię, aby zaspokajać czyjeś fanaberie. Kod znajduje się razem z wieloma innymi informacjami na Uniwersalnej Karcie Identyfikacyjnej. Karta ta daje właścicielowi dostęp do instytucji państwowych, środków transportu, bibliotek, szkół i temu podobnych. To coś takiego jak legitymacja przynależności do wszystkich organizacji. Bez niej nie da się żyć. Wprowadzono ją wtedy, kiedy ktoś podłożył w pojemniku na śmieci bombę, która rozwaliła pół miasta i zanieczyściła atmosferę w dużej części Bangolu. Była to bomba nieznanej konstrukcji, jakieś dziwadło technologiczne. Po jej wybuchu zatrudniono połowę kadry naukowej kraju, aby ja opisała i określiła sposób usunięcia skutków wybuchu. Nie całkiem się to udało, niektóre z nich trwają do dzisiaj. Teraz podłożenie jakiejkolwiek bomby jest niemożliwe. Gdyby ktoś zbliżył się z jakimś ładunkiem wybuchowym lub bronią do puntu kontroli na przykład kamery przemysłowej na ulicy, natychmiast uruchomi to czujniki wykrywające obecność materiału wybuchowego.

W klinice Riccardo rozmawiał z pielęgniarką, lekarką i pacjentami. Zadawał im pytania. Chciał wiedzieć jak najwięcej o recyklingu. Pytał o kosze i segregację recykling śmieci. Nie dziwiło ich to. Reagowali tak, jakby nigdy nie pytano ich o nic innego w życiu. Widział coraz wyraźniej, jak bardzo wszystko się zmieniło.

– Nic już nie jest takie same, jak za moich czasów.

Kiedy to mówił, rozmówcy patrzyli na niego z uznaniem, że ma szczęście, że to rozumie. Czasem dodawali jakiś komentarz. Najbardziej zaskoczył Barona nowy pacjent z sąsiedniego łóżka.

Masz szczęście, Riccardo. Dzisiaj człowiek może wybrać sobie nawet Boga, bo każdy wierzy, w co chce, wybrać szkołę, metodę nauki i pracy, miłość lub nienawiść, środek transportu, podróż w dowolny punkt świata, smartfon lub iPad, jaki mu najbardziej odpowiada. Tylko władzy nie można wybrać. Bo kogokolwiek nie wybierzesz, oni i tak pójdą swoją drogą. Podobna sprawa jak z wirusem Quagga. Mamy już chyba jego dziesiątą wersję. I z epidemiami, które wracają, kiedy chcą. I depresją gotową dopaść człowieka w każdym momencie.

– Jak można żyć w tych warunkach?

– O! To jest pytanie na miarę Szekspira: Być albo nie być! Sam sobie musisz wymyśleć formułę, jak żyć. Ja ratuję się przepowiedniami. Nauczyłem się. Czasem nawet zarabiam na tym. Jak chcesz mogę ci powróżyć. Z kart można nawet przepowiedzieć pogodę. To kwestia rachunku prawdopodobieństwa.

Odc. 44 Nowa rzeczywistość

Riccardo przyglądał się z daleka lekarce i pielęgniarce, jak tylko weszły do sali. Pomyślał, że zachowują się jak siostry syjamskie. Przyglądał im się. Były do siebie niepodobne mimo prawie identycznego ubioru. Przyszło mu do głowy, że są lesbijkami. Czekał, aż podejdą do niego. Myśli snuły mu się po głowie jak leniwe chmury.

– Zachowują się normalnie; nie wymieniają uścisków, uśmiechów, nie dotykają się, nie trzymają się za ręce, nie okazują sobie żadnej bliskości. Nic takiego, co zdarza się, kiedy dwie kobiety są sobie uczuciowo i erotycznie bliskie.

Postanowił je obserwować. Rozejrzał po sali. Trwał obchód i niewiele się działo. Pacjenci leżeli spokojnie czekaj, aż lekarka i pielęgniarka podejdą do nich. Poczuł się tak zrelaksowany, że przysnął. Obudził się, kiedy usłyszał głosy i zobaczył Sofię i Amelię stojące pry jego łóżku. Coś do niego mówiły. Przyglądał się ich ustom.

Słyszał teraz wyraźnie ich glosy; najpierw pojedyncze słowa, potem całe zdania, potem docierał do niego sens tego, co mówią. Wymagało to nieprzerwanej koncentracji. Zrozumiał, ze ma się nauczyć, jak wygląda i funkcjonuje nowy świat.

– Kierujemy pana na cykl szkoleń. Nazywa się on Nowa Rzeczywistość. – powiedziała lekarka, po czym objaśniła mu, na czy on polega i czemu ma służyć. Słuchał uważnie, po czym zapytał:

– Dlaczego ludzie komunikują się teraz tak krótkimi zdaniami? Brzmi to prawie jak wypowiadanie haseł.

Popatrzyły na niego zastanawiając się nad tym, co powiedział. Lekarka obróciła głowę w kierunku pielęgniarki.

– Wyjaśnij mu, Amelio.

Riccardo słuchał jej wyjaśnień. Mówiła zastanawiając się na każdym zdaniem, a czasem nawet słowem, bez pośpiechu. Zaczął zdawać sobie sprawę, że Amelia mówi w taki sposób, aby jej słowa nie tylko dotarły do niego, ale także aby zrozumiał ich znaczenie.

Bardzo mu się to podobało. Przypomniał sobie przeszłość, swoje młodsze lata. Wszyscy mówili jak nakręceni, śpieszyli się, wyrzucali z siebie słowa. Każdy chciał powiedzieć jak najwięcej. Oderwał się od rozmyślań i ponownie skoncentrował na Amelii.

– Dzisiaj, drogi Riccardo, w pełni rozumiemy, że chodzi nie tylko o to, co mamy do powiedzenia i co mówimy, ale przede wszystkim o to, aby rozmówca jak najwięcej zapamiętał i zrozumiał. Chodzi nam o porozumienie. Mówimy mniej, ale tak, abyśmy lepiej się rozumieli. Proszę się starać postępować tak samo. Będzie panu lżej. A nam wszystkim łatwiej. Brak umiejętności porozumiewania się to był wielki mankament minionych lat. Ludzie byli egocentrykami. Koncentrowali się na sobie, na tym, co sami mieli do powiedzenia. Nie na rozmówcy czy rozmówcach. Potężnie nadużywano smartfony. Służyły głównie do wymiany myśli, byle jakich, be znaczenia. Rozmawiano o głupotach, a nie w celu porozumienia się w ważnych sprawach. Trochę się zmieniliśmy. Jesteśmy uważniejsi. Mniej wierzymy już w konkurencję, więcej wierzymy we współpracę. Ale to dopiero początek drogi, być może nie ma ona w ogóle końca.

Do rozmowy włączyła się Sofia Lomaratequi. Riccardo przypomniał sobie jej nazwisko. Wyuczył się go na pamięć, mimo tego, że było tak trudne do wymówienia, że ona sama mówiła, że nie warto go zapamiętywać.

Nie jest to proste, oczywiście. Powiem coś od serca. Wbrew pozorom człowiek to gatunek przyciężki umysłowo, jakiego nigdy jeszcze nie było. Mam na myśli bardzo jednostronny, mało refleksyjny. Weźmy pod uwagę „postęp”. Dla przeciętnego człowieka to hasło budzi głównie pozytywne skojarzenia. A przecież postęp niesie często ze sobą także negatywne sprawy. Prosty przykład. Mamy bogactwo jedzenia. To dobre. Ale złe jest to, że jemy za dużo, czasem się wręcz obżeramy. W rezultacie mamy szybko rosnącą liczbę ludzi z nadwagą i choroby cywilizacyjne. To czysty bezsens. Mogąc żyć lepiej, pod wieloma żyjemy gorzej, nawet jeśli żyjemy dłużej. Najgorsze, że nic nie robimy, aby temu przeciwdziałać. Służba zdrowia nie podchodzi poważnie do prewencji chorób i problemów społecznych, tylko zajmuje się usuwaniem ich zgubnych skutków.

Riccardo zaczynało o podobać. Patrzył na jej usta. Miała duże czerwone wargi i białe zęby. Na chwilę zapomniał się, przestał jej słuchać. Chyba to zauważyła, ponieważ przestała mówić. Czekała na niego. Kiedy oprzytomniał, oboje jednocześnie uśmiechnęli się do siebie. Mężczyzna poczuł, że otaczający go świat będąc tak sam, jaki był kiedyś, jest też już inny.

0Shares

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *