Opowiadanie orientalne. Wspomnienia odświeżonego premiera.

Na dobry początek dnia opowiadanie. Potem jak zwykle kolejny fragment powieści.

*****

Rano spotkałem przy osiedlowym wodopoju Iwana Iwanowicza. W przerwie między łykami wody źródlanej powiedział mi, że poprzedniego dnia uczestniczył w spotkaniu z odświeżonym premierem.

– Jakby ktoś po nim pojechał gorącym żelazkiem z parą. – Tak to określił.

Premier rozdawał w charakterze upominku nagranie swojej deklaracji miłości do władzy, narodu i rozumu. Iwan Iwanowicz mi je udostępnił. Osobiście nie podoba mi się, znaczy się nagranie. Sam premier to jednak co innego. Jest niezwykle wyrazisty. Oto jego słowa.

Rozpiera mnie orientalna władza, jej brutalna siła. Wielka, nieposkromiona jak gar surówy z mięchem na pełnym ogniu. Jestem członkiem rządu. Co ja mówię!? Członem rządu! I to nie byle jakim, bo premierem. Zostałem namaszczony przez Ważnego. To potężny kop w górę. Patrzę na siebie w lustrze. Nabrałem masy. Mój sflaczały brzuch wypełnił twardy sześciopak. Ręce, dotychczas ramiączka skrzydlate, przypominają teraz konary. Nawet oprawki okularów, cieniutkie jak nitka, nabrały kształtu masywnego stalowego pręta. Od chwili ich przemiany nazywam je okularychami.

 

W momencie namaszczenia zmieniłem się nie do poznania. Przestałem nieporadnie przebierać nogami. Rower rzuciłem w kąt, przesiadłem się do pancernej limo. Znaczy się do limuzyny. Teraz walę do przodu jak czołg. Na ulicach rozpędzam tłum na boki, patrzę na wszystkich z góry. Pluję na opozycję; nie będzie szumowina stawać mi na drodze. W parlamencie odsuwamy ich na bok wielką szuflą. Każdy członek rządu otrzymał ode mnie taką szuflę. Miałem ich cały komplet, osobiście wręczył mi je Wódz Ważny. Kocham go, nawet ten cień pod nosem zamiast wąsików.

Wódz jest niesamowity. Ciało jak ciało, ale łeb to ma wypchany szarą masą. Pofałdowaną jak się patrzy. Haruje jak lokomotywa. Myśli, produkuje wizje, kilka na raz. Tworzymy razem super team: on – intelekt i my – siła mięśniowa. Rwiemy do przodu jak wściekła kobyła. Razem też ćwiczymy dla zachowania kondycji. Ręce wyciągamy na Zachód, głowy kierujemy na Wschód. Tam, gdzie pojawia się słońce. Stanowimy rząd, najbardziej zwartą drużynę świata, jak to określa Gruba, moja prawa ręka. Sytuacja jest super. Podejmujemy w sekundę najtrudniejsze decyzje. Znaczy się, podejmuję ja. Czasem tylko kogoś zapytam o jakiś szczegół. Kupujemy za bezcen aktywa, pasywa, banki, samoloty, planety.

– Twierdzi pan, że planety nie!? – Bzdura! Kupujemy planety, tylko nikt tego jeszcze nie wie. Bo i po co? Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. Umiemy być dyskretni. My to my. Przedtem to byli oni, teraz jesteśmy my. Zupełnie inny rząd, pany. Będziemy tak długo, aż się nażremy.

– Mówi pani, że jestem wulgarny!? Oczywiście! Tak jest najlepiej. To kwestia szczerości.

Poszerzanie horyzontów

Zbudził mnie niepokój, nie tak niezrozumiały, ile nieprzyjemny, że moje horyzonty są za wąskie, nieadekwatne do współczesności, węższe niż biblijne ucho igielne, przez które nie jest w stanie przejść nawet wygłodzony wielbłąd.

O wielbłąda i ucho przestałem się martwić skoro tylko zobaczyłem we śnie (równie wyraziście jak na jawie), z jaką energią i oddaniem armia izraelska poszerza na Bliskim Wschodzie wszystkie bramy i przejścia z wyjątkiem tuneli energicznie kopanych przez uzbrojone króliki palestyńskie. Uciekłem stamtąd jak najszybciej, aby nie dostać pomieszania zmysłów, co jest prawdą a co fałszem. Jest to obszar zmagań sięgających czasów przedchrystusowych, które poprzez meandry historii z udziałem różnych Wielkich Braci przerodził się w skansen zwany „Galimatiasem Pokoju i Nienawiści”.

Na Jeszcze Bliższym Wschodzie, tuż za granicą obszaru zwanego Bratem Ruro, też jest bardzo ciekawie. Ktoś dobrze wszystkim nieznany dostarcza tam bezpłatnie rozrywki turystom podróżującym samolotami z pomyloną nawigacją. Nieznani fundatorzy, którzy jak się ostatnio okazało okropnie nie znoszą jabłek, sprowadzają w szaleńczym tempie na ziemię ludzi oraz bagaże i czarne skrzynki, aby udostępnić je również bezpłatnie kolekcjonerom dokumentów, biżuterii i mocnych wrażeń.

Tak oto w lapidarny sposób przesunął się przez moją głowę kalejdoskopowy zapis zdarzeń kilku tygodni, które możni tego świata potępiają, bardzo rozważnie i z umiarem, nie za szybko i nie za mocno, aby nie wykoleić pociągu, który wiezie nas ku szczęściu. Jest to pociąg na wzór australijskiego „Ghana” podróżującego między Sydney a Perth, z wagonami restauracyjnymi i małym kasynem, lecz wyposażony w urządzenia, gdzie wycenia się, a może nawet i wymienia na twardą walutę, jawne kłamstwa i barbarzyńskie czyny.

the-ghanKangaroo and a train on the plainsthe Ghan inside

Najgorsze jest to, że człowiek, którego dobrze znam, wydawałoby się obyty i w miarę myślący, tkwi w dezorientacji, czy eksperci wyceniający czyny barbarzyńskie w twardej walucie mają rację czy nie.

Osobom wierzącym pozostawiam niezdrową nadzieję, że autor i sponsor oryginalnych wschodnich pomysłów lotniczych zacznie w końcu dławić się walutą albo jabłkami, co pobudzi jego imperialny chłodny umysł do bardziej przyziemnego myślenia.