Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 59: Miłość i wolność na rozdrożu.

Spotkali się w biurze Anastazji Godano. Na ścianach wisiały wielkie kolorowe zdjęcia pogrzebów znanych osobistości i szarych ludzi.

– Mój zakład nie czyni różnicy między ludźmi, gdyż śmierć wszystkich traktuje jednakowo. Po prostu zrównuje – wyjaśniła właścicielka strzepując malutki kłaczek pajęczyny z ramy dużego kolorowego obrazu. Popatrzyła na Sefardiego gotowa wysłuchać, co ma do powiedzenia.

Opowiedział jej dziwaczne, nocne widzenie pogrzebu. Wysłuchała go z uwagą. Wolała, aby kolejny raz nie przekonywał jej do swoich racji. Poczuła zamęt w głowie i niepewność w kolanach, kiedy zdała sobie sprawę, że dla niej, kobiety doświadczonej boleścią setek pogrzebów jego plan był fanaberią, dziwacznym i niepotrzebnym pragnieniem wyrwania się ze społeczności, którą dobrze znał i która znała jego, i zburzeniem ich dobrego samopoczucia. Równocześnie była prawie pewna, że jego przykład utoruje drogę śmiałkom, że pojawią się oni wkrótce i pójdą w jego ślady. Jego plan nie naruszał dobrych zasad i wartości obywatelskich, obecnych od wieków, takich jak sprawiedliwość, wolność, uczciwość czy niezależność. Nikomu niczego nie odbierał, nikogo nie krzywdził swoją odmiennością. Zmieniał tylko formę pogrzebu, a nie jego istotę. Spojrzeli sobie w oczy i uśmiechnęli się równocześnie, łagodząc napięcie. Poczuli w sobie zdolność neutralizowania sytuacji, która każdej parze może wymknąć się spod kontroli.

Sefardi usiadł wygodniej na krześle. Chciał wytłumaczyć Anastazji i przekonać ją, że to tylko sprawa czasu, kiedy pogrzeby będą traktowane jak każda inna impreza rozrywkowa, mecz sportowy, koncert lub podobne widowisko. Tylko osoby, którym zmarły był bliski, będą traktować pogrzeb inaczej. Pozostali, dziesiątki, setki a nawet tysiące osób, będą oglądać go jak imprezę rozrywkową. Coraz więcej ludzi będzie to robić. Nie będą chcieli iść na pogrzeb, ponieważ będą mogli obejrzeć go w telewizji, na komputerze lub smartfonie. Chciał też jej powiedzieć, że on, Sefardi Baroka, ma szczególne prawa, ponieważ jest znanym wynalazcą i indywidualnością, tak jak rozumieją to Anglosasi, dla których jednostka wyróżniająca się z tłumu to ktoś niezwykły i ważny.

Pomyślał, że powinna zaakceptować jego plan właśnie dlatego, że przysługują mu specjalne przywileje, ludzie go szanują, wyróżniają, niektórzy nawet uwielbiają. Mógł pozwolić sobie na rzeczy, jakie innym nie uszłyby na sucho: być oryginałem, pozytywnym dziwakiem, podobnym do wybitnego malarza, który umieszczał nagie stopy w miednicy z wodą i siedział z kotletem na głowie w trakcie wykładu dla studentów. Akceptowano go, bo był geniuszem. Wprawdzie on, Sefardi, nie uważał siebie za geniusza, to jednak z pewnością był doskonałym zegarmistrzem i wynalazcą. Tego nikt nie mógł mu odmówić. Tyle razy go wyróżniano. Podsumował to głośno stwierdzając, że ma prawo zorganizować sobie pogrzeb, który będzie jak najlepsza powieść, po prostu fantastyczny.

Anastazja przyjrzała mu się uważnie. To, co mówił, miało ręce i nogi, było przekonywujące. Sama nie zrobiłaby tego, co planował, ale uznała jego prawo do ekstrawagancji.

– To nie wszystko – Sefardi poczuł w sobie siłę perswazji. – Bądźmy świadomi, że nastały czasy hedonizmu, życia dla przyjemności, choć nie wszyscy jeszcze przyswoili sobie ten pogląd. Wcześniej nie było to możliwe, bo ludzie byli zbyt ubodzy. Nie było ich stać na przyjemności. Dzisiaj jest inaczej i ja pragnę to wykorzystać.

– Co jeszcze wymyśliłeś, Sefardi? Dobrze to sobie poukładałeś w głowie, dorobiłeś ideologię. – Słowa kobiety brzmiały poważnie. Sefardi wyczuł w nich żal z odrobiną szyderstwa, delikatnego, mimo to zauważalnego.

– To nie jest ideologia, tylko obraz narastającej teraźniejszości. Wiesz, ilu na świecie jest miliarderów, tych, którzy mają ponad miliard dolarów? Nie milion dolarów, a miliard! Mnie wystarczy kilkaset tysięcy, aby zafundować społeczeństwu imprezę na cztery fajerki. To tylko kwestia wyobraźni i odwagi. Przez lata kochałem innych, choć oni mnie nie kochali, teraz pokochałem siebie. Czy to znaczy, że jestem egoistą? Absolutnie nie! Nie zaniedbuję rodziny. Zostawiam jej dużo, przede wszystkim prawa autorskie do moich wynalazków. I do sławy. Stoją za tym pieniądze, o których wiele osób mogłoby jedynie marzyć. Nie jestem egoistą, jestem najwyżej narcyzem. Kiedy przyglądam się sobie w lustrze, widzę buntownika, starzejącego się wesołka, zwariowany produkt współczesności. Taki właśnie jestem ja, Sefardi Baroka, i tak zamierzam pokazać się w telewizji, w prasie i w Internecie.

Sefardi zamilkł, czując, że za bardzo dał się ponieść uczuciom, przestraszył się, że wzleci jak nadęty balon. Wolał tego uniknąć, nigdy wcześniej tak się nie zachowywał, to nie był jego styl, nie leżało to w jego charakterze. Niepewny spojrzał na Anastazję. Jego oczy zdawały się pytać: – Co sądzisz o tym, kochanie?

Anastazja nie wyraziła żadnej opinii, zaakceptowała tylko to, co wyjaśnił. Wyglądała na przekonaną. Po chwili dodała niepewnie: – Mam tylko jedno pytanie. A co z tradycją? Zawsze podkreślałeś znaczenie tradycji. Chcesz teraz wyłamać się z niej?

– Nie! – odpowiedział. Jego oczy skierowały się w górę, jakby szukał tam pomocy lub kryjówki. Ręką oparł się mocniej o krzesło, przy który stał już od kilku minut. – Myślałem nad tym. Niektóre tradycje są dobre, inne są przegrane, skazane na stracenie. Nie niszczę żadnych tradycji, one same ulegają erozji pod presją czasu i zmian. Robię tylko wyłom w tradycjach pogrzebowych. To kwestia mojego, swobodnego wyboru. Mógłbym powiedzieć ludziom: Uznaliście mnie za celebrytę, więc teraz macie, co chcecie.

Niespodziewanie przerwał i zapytał ni z tego, ni z owego: – Co byś się napiła? Bo ja zafunduję sobie gin and tonic. Zaschło mi w gardle.

Anastazja nie wyglądała na zaskoczoną. Wybrała czerwone wino. Chwilę później doszły ją przekleństwa z kuchni, gdzie stała lodówka.

– Coś mu upadło lub wylało się – pomyślała, zastanawiając się, co to mogło być. Nie zdziwiło ją to, wiedziała, że nie znosił drobnych niepowodzeń, niezgrabności, jakie zdarzały mu się coraz częściej. Z rąk wypadały mu długopisy i sztućce kuchenne, wylewała się herbata z kubka, przewracał kieliszek z winem, on sam niespodziewanie uderzał ramieniem o framugę drzwi. Jego mózg prawdopodobnie źle oceniał odległość i zapominał, co miał zrobić lub czego nie robić. Sefardi wściekał się wtedy, wybuchał przekleństwami. Nie potrafił zaakceptować przejawów starzenia się. Rozumiał dobrze, że jest ono nieuniknione, ale nie mógł pogodzić się z nim także dlatego, że zawsze dbał o sprawność, chcąc zasłużyć sobie na łaskę dobrego samopoczucia, jakiej oczekiwał, a która nie nadeszła w rozsądnym wymiarze. Była to jedna z wielu przyczyn jego decyzji, pokazania sobie, ludziom i Bogu, że nie jest całkowitym nieudacznikiem, który się zjawia, kiedy dopada go depresja. Wrócił uśmiechnięty i wyraźnie zadowolony. Na tacy niósł dwa kieliszki.

– Z czego tak się cieszysz? – zapytała go Anastazja.

– Ze wszystkiego. Zaraz wypijemy za powodzenie, twoje i moje, jesteś przecież moją wspólniczką. Piję także za piękne udo, które obnażyło się spod sukienki.

– Ty bezwstydniku. Idź precz, szatanie! – Zaczęła śmiać się, radośnie, spontanicznie, jak dziecko. Jej radość, zupełnie nagle, bez ostrzeżenia, przeszła w szloch, bolesny spazm rozpaczy, kiedy zdała sobie sprawę, że stojący przed nią mężczyzna, który w krótkim okresie znajomości stał się jej niezwykle bliski, już wkrótce odejdzie na zawsze. Łzy pociekły jej po policzkach. Odwróciła się, aby ukryć rozpacz.

Sefardi widział jej ramiona wstrząsane płaczem, a chwilę potem żałosnym łkaniem. Chciał ją przytulić, pocieszyć, lecz powstrzymał się. Wytłumaczył sobie z niechęcią, że każdy musi przejść własną drogę krzyżową. Ta droga zawsze kojarzyła mu się z nieskończonym cierpieniem. I odkupieniem. Nie wiedział, czy miało to sens w przypadku kobiety, która go zrozumiała i zaakceptowała w chwili najtrudniejszej decyzji.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 27: Historia rządów kraju i barykady

Historia barykady zaczęła się kilkanaście lat wcześniej, kiedy do władzy doszli liberałowie. To oni swoją absurdalną polityką ogłupili naród na dobre. Interesowały ich tylko sprawy konstrukcyjne; to była ich obsesja. Oszaleli na punkcie infrastruktury, wielkich konstrukcji, gigantycznych lotnisk, dziesięciopasmowych autostrad, mostów nad przepaściami i tuneli odpornych na bombę atomową, parkingów na tysiące samochodów, stacji benzynowych wielkości małego miasta, gigantycznych muzeów i luksusowych pałaców. Burzyli lub sprzedawali, często za bezcen to, co stare, i na jego gruzach budowali wszystko od nowa, zupełnie bezsensownie, jakby dla żartu lub na wiwat. Nikt w rządzie o niczym innym nie myślał i nie mówił, wszędzie słychać było tylko: więcej, więcej, więcej. Członkowie rządu bez wyjątku reprezentowali postawy stachanowskie, dawno już przeżyte. Byli ponadto skorumpowani do szpiku kości. Działania rządu liberałów otaczały same afery. Rozdęte do wielkości balonu pękały teraz, za rządów konserwatystów, z hukiem nad głowami obywateli. Zamieszanie było tak wielkie, że obywatele – zaniedbując obowiązki służbowe i rodzinne – nic innego nie robili, tylko czytali, słuchali i dyskutowali o aferach i korupcji.

Oceny moralne władzy podzieliły społeczeństwo barykadą nie do pokonania.

– Nastały ciężkie czasy – narzekali ludzie z jednej strony barykady, wyobrażając sobie przyszłość w kształcie ciemnego tunelu, bez oświetlenia, za to z dziurami w jezdni, nad którymi hulał zimowy wiatr, choć był zaledwie początek jesieni.

– To niepoprawni pesymiści – zżymali się osobnicy po drugiej stronie barykady. – Mamy przecież fantastyczną infrastrukturę, bez której nie istnieje nowoczesne społeczeństwo. Nigdy nie było lepiej, w dodatku perspektywy rozwoju kraju są wyjątkowo korzystne. Wyobraźnia kierowała ich ku egzotycznym miejscom, gdzie wprost ze słonecznej plaży można było nurkować między rafy koralowe, a na nadmorskim bulwarze kupić za półdarmo przepyszne lody Maraska i owoce liu-tsi w likierowej polewie.

Uczestnicy obydwu obozów widzieli się bardzo dobrze, ponieważ dzieląca ich barykada była wytworem ich własnej wyobraźni. Świadomość ta prześladowała Sefardiego. Dla oderwania się od posępnej rzeczywistości, sięgał myślą do kosmosu, gdzie czas i odległości mierzy się latami świetlnymi, a nie dniami kalendarzowymi i kilometrami. Myślał o Bogu, żyjącym w samotności i podarowaniu mu pięknego, wielofunkcyjnego zegarka zdobnego kamieniami szlachetnymi, które rozjaśniłyby mu wieczność.

Po chwilach filozoficznej zadumy, Mistrz wracał do rzeczywistości. Bolesny podział kraju pochłonął go tak daleko, że zaniedbał, a w końcu porzucił zegarmistrzostwo, swoją pasję, aby poświęcić się naprawie uczuć społeczeństwa.

Po dwudziestu pięciu latach demokracji Nomadia przeżywała problemy wolności. Kraj nie nadawał się do rządzenia. Wyglądało to tak, jakby młody człowiek zaczął nagle odczuwać nieznośny bóle ząbkowania. Rozkwitły egoizmy i egocentryzmy. Obywatele, przez rządzących polityków zwani podmiotami, ciągnęli sukno demokratycznego stołu każdy w swoją stronę.

Historia zaczęła się w prostym baraku koszarowym na południu kraju, gdzie reprezentacja zbuntowanych obywateli spotkała się na ringu z reprezentacją despotycznego rządu. Buntownicy mieli za sobą miliony desperatów; ich szeregi powiększały się na podobieństwo wiosennej rzeki przyjmującej strumienie wody spływające ze wszystkich stron.

Despoci dysponowali aparatem państwowym i armią oraz doświadczeniem podstępnej manipulacji narodem. Walka była trudna i wyczerpująca. Jednej stronie chodziło o zdobycie tytułu mistrzowskiego i niezależności, drugiej o wtopienie się w nurt przemian, których nie byli w stanie okiełznać siłą perswazji ani wojska. Porozumienie osiągnięto ostatecznie drogą negocjacji. To podzieliło naród. Po latach wolność okazała się mniej ważna niż sposób, w jaki ją zdobyto.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 19: Niezwykłe zwyczaje właściciela partii

 Orator

Będąc mężczyzną silnym jak tur, choć jego blada cera mogła sugerować coś przeciwnego, Barras odczuwał pewną słabość, nie za wielką, ale istotną i dosyć bolesną. Chodziło o niezbyt imponujący wzrost. Oczywiście nie było to wadą w oczach jego zwolenników, ludzi nieustających w wierze, że jest on ósmym cudem świata. Dla osób zewnętrznych, patrzących na świat chłodnym okiem, stabilnych uczuciowo, umiejących rozważyć wszystkie za i przeciw w beznamiętny sposób podobnie jak nasycony browarem mężczyzna ocenia butelkę ciepłego piwa, skromny wzrost przywódcy miał znaczenie umniejszające.

Barras to czuł i nosił się jak Napoleon, niezbyt często, ale jednak, trzymając kapelusz-pieróg w jednej ręce, a drugą zatkniętą za pazuchą, skąd w razie potrzeby wyciągał tekst do wygłoszenia. Mówić umiał doskonale, może nawet bardziej sugestywnie niż oratorzy Cyceron, Kato Starszy i Kwintylian razem wzięci, dłuższe słowa myliły mu się jednak, czasem zdarzyło mu się chlapnąć coś nieodpowiedniego, dlatego wolał mieć ze sobą papier, formę ściągi.

Wódz konserwatystów lubił pokazywać się publicznie i fotografować. Czynił to wyłącznie na tle obiektów imponujących pięknem i wielkością, hali fabrycznej z okresu manufaktury, ośnieżonej skalistej góry lub zatoki oceanicznej otoczonej chmurą wilgoci, dworca kolejowego przypominającego pałac, ogromnej hałdy węgla zachwycającej kształtem i czernią, wieży wiertniczej lub choćby wieży wodociągowej ze zbiornikiem na szczycie. Miał w tym względzie oczekiwania, których nie zmieniał; obiekt znajdujący się w tle musiał mieć nie mniej niż trzydzieści metrów wysokości. Był to standard przyjęty jako minimum przez sztab partii.

– To jest prawdziwy Barras, facet z konkretnymi poglądami na swój wizerunek i łbem na karku, aby je wyegzekwować – tak powszechnie mówiono, nie bez racji zresztą.

Zachowując ostrożność dziennikarską Rosaton nie za bardzo ufał dowodom, a jeszcze mniej świadkom wielkości Barrasa, ponieważ jedli oni wodzowi z ręki. Niektórzy z szacunku całowali jego dłoń, choć oficjalnie twierdzili, że całują tylko jego złoty sygnet, symbol autorytetu i udanej władzy. Najczęściej czynili to ludzie starsi i pobożni. Dotykając wargami żywego ciała przywódcy doznawali głębszego wzruszenia w porównaniu z dotykiem zimnego metalu, choćby nawet szlachetnego złota. Pewnego razu ktoś prawie wyrwał Barrasowi ramię z barku, kiedy ten zaoferował dłoń do pocałowania. Od tej pory ochroniarze pilnowali, aby nie dopuścić zbyt blisko entuzjastycznie usposobionego tłumu.

W dniu, w którym kierowana przez Barrasa Partia Konserwatywna po raz pierwszy zdobyła władzę w wyborach parlamentarnych, jednogłośnie okrzyknięto go dożywotnim przywódcą. Wkrótce członkowie partii oferowali mu ją w darze, tak jak daruje się konia arabskiego lub luksusowy samochód ukochanej osobie.

– Stać nas na to. Robimy to z przekonaniem – mówili, wydymając wargi z zadowolenia i przyozdabiając twarze triumfalnym uśmiechem.

Obdarowany uznał, że nie byłoby uczciwe przyjęcie tak szczodrego upominku, nabył więc partię na własność zawierając z członkami formalne porozumienie na piśmie. W ten sposób Konserwa zyskała środki finansowe i stałego przywódcę, Barras zaś stał się obywatelem numer jeden, majętnym i niezwykle wpływowym. Cieszyło to jego zwolenników. Uważali oni, że dzięki jego władzy i pomysłom, nie tylko partia ale i cały kraj będzie prosperować.

Jako przywódca o niepodzielnej władzy Barras potrafił być niezwykle szczodry jak i surowy. Funkcjonariusze partyjni czuli do niego wielki respekt, bali się go wręcz. Oczywiście nie okazywali tego publicznie, nie byłoby to w dobrym stylu. Najbliżsi współpracownicy przykrywali niepokój wyćwiczonymi do perfekcji gestami, uśmiechami oraz słowami pełnymi nonszalancji i subtelnego luzu.

Z biegiem czasu w Konserwie wykształcił się kult jednostki. Nie osiągnął on rozmiarów typowych dla dyktatur w krajach reżymowych, ale jednak. Ludzie stawali się służalcami, nadskakiwanie i wazeliniarstwo wychodziło z nich jak wiosenny kwiat z wilgotnej ziemi. Byli za to wynagradzani jego osobistym zaufaniem, stanowiskami oraz wysokimi uposażeniami. O niejednym mówiono, że wyrzekłby się własnej matki, aby tylko zasłużyć na zaufanie Barrasa.

Członkowie ścisłej kadry kierowniczej partii, zwanej gwardią przyboczną Barrasa, uważali się za jego podnóżki, chętnie mu schlebiali i chodzili na palcach, kiedy był zmęczony. Jego poglądy stawały się ich poglądami, naśladowali go jak tylko umieli najlepiej. W jego obecności mówili „tak”, jeśli taka była jego wola, aby później, pytani przez dziennikarza, mówić „nie”, albo „czy ja wiem”, albo „to zależy, jak to rozumieć”. Przyciśnięci do muru niewygodnym pytaniem, gmatwali się w wyjaśnieniach. W sumie uchodziło im to na sucho, ponieważ czapkowali przywódcy, wpłacali solidne składki na jego konto oraz robili zrzutki na różne cele, jakich żadnej partii nigdy nie brakuje.

Sam Barras nie musiał z niczym się ukrywać. Swoją osobowością wyrastał ponad szeregi partyjne i społeczeństwo i bez skrępowania wyrażał swą wolę i realizował pragnienia.

Jego rządy przyniosły wkrótce fenomenalne przeobrażenia na lepsze, wyrażające się w nowych technologiach oraz zmianach ludzkiej wiedzy i świadomości. Nastały lata prawdziwej wolności i prosperity.

– Wolność, indywidualność, dobrobyt – te słowa pojawiły się na ustach tysięcy osób, niedawnych malkontentów.

Zwykli obywatele poczuli się ludźmi wolnymi. Ktoś śmielszy mógł obnażyć się na ulicy i być uznanym za ekscentryka raczej niż za zboczeńca, ale musiał mieć „to coś” w sobie. Skutecznie zademonstrował to jeden z przyjaciół Mesjasza. Doszedł on do wysokiej pozycji w partii a następnie w parlamencie, pokazując dwa razy gołą dupę na spotkaniach wyborczych, aby zademonstrować, jak bardzo pogardza konkurencją polityczną – Partią Liberalną, której celem – jak mówił – było czynienie zła i która nadawała się do rządzenia jak wół do karety.

Komiks polityczny. Przemówienia jesiennowigilijne. Odcinek 13

Tłok wydarzeń był taki, że można było oszaleć. Wysłuchałem dwóch przemówień konkurujących ze sobą pięknem i treścią.

W wigilię Święta Niepodległego Okrętu na placu pojawił się najpierw pomnik, potem flagi, a zaraz po nich komandor Jaroszka ze świtą. Było zimno. Uczestnicy wiecu ubrani byli na czarno i solidnie wywatowani. Na lewo od komandora ustawiła się Bea, następnie Najwyższy Urzędnik Nijaki, co mogłoby sugerować, że obsunął się w dół na drabinie rangi i powagi, albo że bez przypominania sam pamiętał swoje miejsce w szeregu. Było i jedno i drugie, czyli odświętnie. Manifestacja w przeddzień Święta Niepodległego Okrętu, a nie w samo święto, pokazała szlachetną odmienność komandora i załogi.

Komandor wszedł na trybunę otoczoną flagami i ustawioną w cieniu pomnika bohatera zdobnego sumiastym wąsem i szablą kawaleryjską. Kiedy pomnik popatrzył na niego z uznaniem, komandor rozpoczął przemówienie. Zawarty w nim komunikat dał się streścić.

– Wolność, wolność, wolność! Co znaczy wolność? Znaczy: jesteśmy wolni. Jesteśmy wolni, lecz musimy być jeszcze wolniejsi. Gdzie musimy być wolni? Wszędzie. Tutaj, na statku, na morzu, na oceanie. Jak musimy być wolni? Nieskrępowanie, swobodnie, wewnątrz i zewnątrz. Byliśmy wolni i jesteśmy wolni, ale nie jesteśmy jeszcze całkiem wolni, jesteśmy wolni niecałkowicie. I o tę niewolną jeszcze wolność musimy walczyć!

Wybuchły oklaski, nieoszałamiające, lecz bardzo poważne. Klaskali wzruszeni staruszkowie i staruszki wypełniający plac. – Niech żyje komandor! – Krzyczeli. – Niech żyje wolność!

– Niech żyje liberum veto! – Ktoś krzyknął w tłumie.

– Tak! – Entuzjastycznie podjęli staruszkowie i staruszki. – Niech żyje liberum veto! Niech żyje wolność! Niech żyje! Zrobiło się bardzo nastrojowo.

Potem przemawiał Zbrojmistrz Sęp. Mówił tajemniczo o tym, czego nie było. Nie walił słowami wprost jak z armaty, jak to zwykł czynić, lecz delikatnie stosował niedomówienia, aluzje i półsłówka, pozytywnie oszołamiając słuchaczy. Oto jego słowa.

Nie było ludzi podnoszących rękę, ani pomysłu, jak ją podnieść. Nie było nawet wiadomo, jak ona ma wyglądać. Nie było zapraszania obcych królów, książąt ani możnowładców na statek. Nic w ogóle nie było. Było smutno, pustka od końca do końca. I ja ją wypełniłem moim przemówieniem, Bracia i Siostry, w wierze, w uzbrojeniu, w pospolitym ruszeniu, w czołgach, działach i dronach. – Rześko podsumował Zbrojmistrz, po czym zaciął się. Słyszałem jak łka, albo mi się tak zdawało. Wszystkim się zdawało, że to Zbrojmistrz łka jeszcze, a to echo łkało.