Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 210: Technologia w Świątyni Wiary i Prokreacji

Kristina nie zauważyła nawet, kiedy znalazła się w Sali Spowiedzi. Była ona wzorowana na sali Convento Santa Maria delle Grazie, miała kształt długiej i jasnej nawy kościelnej. Zdobiły ją potężne organy wmontowane w ścianę wejściową oraz ustawione po bokach konfesjonały.

Siedzący w nich spowiednicy rekrutowali się spośród najbardziej uduchowionych księży, znawców ludzkiej duszy. Byli to mężczyźni poważni, postawni, o miłym głosie i usposobieniu, umiejący zjednywać sobie ludzi. Eminencja osobiście poznał każdego z nich, ocenił i zaakceptował.

U wejścia do Sali Spowiedzi znajdował się automat wydający bilety z numerami. Skracało to oczekiwanie w kolejce. Obok wyświetlanego na ekranie numeru biletu widoczny był także numer konfesjonału, do którego należało podejść. To nietypowe dla kościoła rozwiązanie podobało się wiernym ceniącym czas i wygodę. Eminencja wyraził na nie zgodę, uznając, że Kościół Hierarchiczny musi akceptować nowoczesność, aby przyciągać wiernych. Podwładnym wyjaśniał to krótko. Milkli wobec jego argumentacji.

– Nawet Bóg nie jest w stanie działać w próżni. Próżnia to nicość. A nicość to niebyt.

Sala kryła w sobie sekret, o którym nie wiedział nikt poza Eminencją i kilku specjalistami. Po długiej rozterce, Eminencja zgodził się pójść na współpracę z tajną policją, ponieważ tylko oni dysponowali technologią i gwarantowali zachowanie tajemnicy. Nie podobało mu się to, czuł się kolaborantem. Już samo to określenie źle mu się kojarzyło. Uspokoił go ksiądz-językoznawca tłumacząc, że w innych językach wyraz kolaboracja oznacza współpracę i ma pozytywne znaczenie.

Arcybiskup ufał swoim podwładnym, ale nie w sposób tak bezwzględny, jak tajnej policji. Przekonał go do tego Babochłop, z którym rozmawiał kilka razy w warunkach pełnej dyskrecji, czyli przy konfesjonale. Obydwaj byli pewni, że nie ma w nim urządzeń podsłuchowych, sprawdzili to zaufani ludzie obydwu stron. Spotkanie umówił gubernator, kiedy był jeszcze przy pełni zmysłów, bo było z nim coraz gorzej, tak boleśnie przeżywał zagrożenie demograficzne. Babochłop przekonał Eminencję rzeczowym oświadczeniem.

– Drogi Księże Eminencjo! Nie jesteśmy potworami. Część z nas to ludzie wierzący. Ale musimy być niezwykle skuteczni i przewidujący. Po prostu eliminujemy każdego sukinsyna, który nas zdradził. Dlatego tajna policja nie ma problemów z brakiem zaufania. Każdy u nas wie, co to jest zaufanie.

Po nietypowym wyznaniu Babochłop przeprosił Eminencję, że użył wulgaryzmu w kościele, instytucji nieporównanie bardziej etycznej niż jakakolwiek, nawet najbardziej przyzwoita, policja na świecie. Wywiązała się z tego dyskusja, w której Eminencja myśląc o ładzie i porządku wskazał postać Anioła Stróża, obrońcy biednych i uciśnionych, pojawiającą się w Pięcioksięgu i w psalmach.

– Nasz Anioł Stróż jest biblijnym odpowiednikiem policjanta, o którym zresztą mówi się często, że jest stróżem porządku. Oczywiście nie nalegam, że jest to prawda oczywista dla każdego, ale chyba coś w tym jest, ta bliskość pojęć anioła stróża i stróża porządku.

Jego wyjaśnienia zaintrygowały Babochłopa tak bardzo, że Eminencja poczuł się zobowiązany przedstawić mu słowa Księgi Wyjścia opisujące drogę Izraelitów wiodącą przez pustynię do ziemi obiecanej, w której towarzyszył im anioł pełniący rolę stróża. Nie omieszkał popisać się przy okazji pamięcią, cytując obszerny fragment:

– „Za dnia szedł na czele, wskazując cel, a w nocy przesuwał się na tyły, osłaniając lud przed wrogiem. Lud, mając takiego patrona i obrońcę, powinien mu być wierny i posłuszny oraz otaczać go szacunkiem. Oto ja posyłam anioła przed tobą, aby cię strzegł w czasie twojej drogi i doprowadził cię do miejsca, które ci wyznaczyłem. Szanuj go i bądź uważny na jego słowa. Nie sprzeciwiaj się mu w niczym”.

Szefowi tajnej policji ogromnie przypadła do gustu opowieść Eminencji, jego wiara i narracja. Po raz pierwszy w życiu dostrzegł w wierze w Boga ludzką motywację, wewnętrzne pragnienie podporządkowania się, oddania się pod opiekę siły wyższej, którą sam w naturalny sposób kojarzył z policją.

Eminencja podobnie życzliwie ocenił policjanta. Ujęła go jego otwartość i zainteresowania, nawet jeśli nie do końca był pewien jego szczerości. Rozmowa sprawiła mu przyjemność, bo był to wyjątkowy trudny okres, kiedy męczyła go sprzeczność między sumieniem a interesem publicznym, wręcz żądającym stosowania przymusu, aby ratować społeczeństwo przed zagładą.

Książki Michael Tequili: https://tinyurl.com/y895884p

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 72: Wiec i dyskusja publiczna w Casi

Wracając do wynajętego pokoju Mistrz przyglądał się budynkom, były to głównie domy mieszkalne jedno lub dwupiętrowe. Zdziwiła go liczba osób siedzących w otwartych oknach i bezmyślnie gapiących się na ulicę. Ludzie ci obserwowali sąsiadów i przypadkowych przechodniów, jak są ubrani, jak się poruszają; często krytykowali ich za wygląd, sylwetkę, ubiór, towarzystwo a nawet samochód, jego stan techniczny, kolor czy wiek. Wyglądali jak manekiny. Nie poruszyli się nawet wtedy, kiedy Sefardi potknął się o krawężnik i głośno zaklął. Pozdrowili go tylko i życzyli mu zdrowia, mimo że go nie znali. Z kilkoma osobami usiłował nawiązać konwersację, ale się nie kleiła. Dowiedział się, że z domu wychodzą głównie w celu zrobienia zakupów i odwiedzenia lekarza. Na jego rzeczowe pytania odpowiadali spokojnie, że żyją w marazmie i tak jest im najlepiej. Nie rozumiał ich, a oni nie rozumieli jego. Działało mu to na nerwy.

Poruszył ten temat z Wiktorem, który przyłączył się do niego przy powtórnym spacerze po wsi. Wiktor znał teren bardzo dobrze, były to jego rodzinne strony. Znał też wielu mieszkańców. Potraktował ich w sposób bezwzględny. Najstarszych nazwał Matuzalemami określając ich jako jednostki wiekowe i zgrzybiałe umysłowo, pozostałych – dinozaurami, przeżytkami z zeszłego wieku, choć byli ludźmi sprawnymi umysłowo. Kiedy Sefardi zwrócił mu uwagę, że dinozaury żyły miliony lat wcześniej i dawno już wymarły, Wiktor wyjaśnił, że nie chodzi mu o dinozaury pierwszej generacji sprzed dwóch milionów lat, tylko ludzkie dinozaury ostatniej generacji, elektronicznej. Wygłosił tę opinię z takim przekonaniem, jakby to on wynalazł elektronikę i tych ludzi.

Mistrzowi żal się zrobiło zagubionych mieszkańców wsi.  Był przekonany, że są nieszczęśliwi, nawet jeśli na to nie wyglądali. Chciał im pomóc. Nie wiedząc jak to najlepiej uczynić, zaprosił do pomocy Wiktora, przewodnika oraz zaspanego aspiranta farmaceutyki zwanego Tubylcem.

*****

– Coś trzeba zrobić. Nie możemy pozostać obojętni wobec bezmiaru apatii kulturalnych i często wykształconych ludzi. Potrzebna jest im pomoc. Są na pewno zdolni, pracowici, niektórzy prawdopodobnie nawet utalentowani, tylko zagubili się w życiu. Rozmówcy zgodzili się. Pytaniem było, kto może im pomóc i jak. Po dyskusji ustalili, że zorganizują wiec i publiczną dyskusję pod hasłem: Jak sam możesz wydobyć się z marazmu?

Sprawy ruszyły z kopyta. Przewodnik załatwił kilkadziesiąt plakatów; planowali zapłacić za nie później ze składek dziękczynnych zebranych od ludzi, których spodziewali się wyrwać z marazmu. Wiktor przeprowadził agitację na wsi do udziału w wiecu, chodząc od drzwi do drzwi z plakatem i przekonując do przyjścia. Tubylec odszukał i zaangażował do pomocy trzech lokalnych aktywistów, o których był przekonany, że nie całkiem jeszcze skapcanieli.

Plakat, agitacja i wysiłek aktywistów dały nadzwyczajne wyniki. Na wiec stawiła się cała wieś, jak mówiono, chłop w chłopa, baba w babę. Pojawili się też ludzie z okolicznych miejscowości przyciągnięci perspektywą korzyści. Ktoś mianowicie rozpuścił pogłoskę, że mogą liczyć na wiejską kiełbasę, zdrową żytnią bułkę i piwo. Mistrz bał się trochę, że będą rozrabiali. Było zupełnie inaczej. Przyszli niepewni, trochę wystraszeni. Mówili: – Słyszeliśmy, że jak nas nie ma w Internecie, to znaczy, że nie ma nas w ogóle. Może to i prawda. Jesteśmy tak skołowani tym, co mówią w telewizji, że sami już nie wiemy.

Na wiecu Sefardi rozwinął temat zagubienia człowieka w gąszczu nowoczesnych technologii, mówił też o tym, ile mogą one przynieść szkody na umyśle i ciele. Wiktor i przewodnik dzielnie mu wtórowali. Cała trójka szczerze wzięła sobie do serca postulat ratowania człowieka tonącego w marazmie. Mówiono nawet o ratowaniu cywilizacji wiejskiej.

Zgromadzeni matuzalemowie, dinozaury najnowszej generacji elektronicznej oraz jednostki pogrążone w milczącym zagubieniu okiennym, otworzyli się i po raz pierwszy od lat szczerze mówili o sobie i swoim życiu. Wyjaśniali, tłumaczyli się, niektórzy oskarżali siebie, rodzinę, znajomych a nawet państwo za własne zagubienie. Nieliczni twierdzili, że wcale nie są zagubieni, tylko tak się wydaje. Rozpętała się tak niesamowita dyskusja, że trzeba było chętnych rejestrować do wypowiedzi. Były one bardzo różne, ale zawsze szczere. Świadczyły o tym gorące słowa i płonące oczy. Wiodącym wątkiem była niechęć do komputera i nowoczesnych technologii komunikacji.

– Mnie brak zaangażowania w głupią technologię nie przeszkadza, mam czas na uprawę ogródka. Dokarmiam w ten sposób dzieci i wnuki. Nic innego mnie nie interesuje. Tak jak jest, jest mi bardzo dobrze.

– Ja wciąż pracuję, choć jestem na emeryturze. Też obywam się bez komputera. Jestem prostym urzędnikiem, a nie magazynierem, który musi mieć laptop i znać program gospodarki magazynowej, bo bez tego ani dudu.

– A ja poświęciłam się wnukom i zapadłam na zdrowiu. Dzieci używają komputera i nawet nie pytają mnie o zdanie. Gdyby nawet mnie zapytali, to nie wiedziałabym, co im odpowiedzieć.

– Ja nie używam komputera. Używałem, ale się zepsuł. Coś w nim bzyknęło i wyłączył się.

– Ja znam komputer, ale go nie używam. To diabelskie nasienie. Nic dobrego z niego nie wynika, może tylko doprowadzić do wojny.

– Ja nie wysyłam ani nie odbieram poczty elektronicznej, bo to złodziej czasu! Wolę mówić. Nawet jak popełnię błąd ortograficzny, to nikt nie zauważy. Pamięta pan tego prezydenta, co to strzelił byka w Internecie i potem wszyscy go wyzywali od nieuków? Podobno chciał się powiesić – wyjaśniła była kierowniczka urzędu gminy.

– Nie używasz komputera, ale godzinami wisisz na telefonie. – Ktoś zaobserwował.

– Telefon to co innego. – Broniła się zainteresowana.