Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 78: Rozmowy Sefardiego z Kanapą

Od pewnego czasu Sefardi rozmawiał z Kanapą podobnie jak ludzie rozmawiają z psem lub małym dzieckiem, które niewiele pojmuje. Zaczęło się to mniej więcej w połowie Planu Czterdziestu Dni. Mówił do niej, jakby była żywą osobą i mogła go zrozumieć. Najdziwniejsze, że mu odpowiadała, tak to odbierał, reagując przytomnie na jego słowa. Było mu to bardzo na rękę, ponieważ wprowadzało w jego życie poczucie spokoju, którego mu czasem brakowało. W rozmowie mógł bez pośpiechu wyłuszczyć swoje poglądy na dowolną sprawę, przedstawić argumenty, nie będąc kontrowany od samego początku, jak to robiła Penelopa czy też, w nieco mniejszym wymiarze, inne osoby, które zazwyczaj dochodziły do wniosku, że jest on apodyktyczny.

Z szacunku myślał o Kanapie jako o Meblu przez duże M, tak jakby to było imię. Mebel sugerował imię męskie, choć sama Kanapa była rodzaju żeńskiego. Na początku mu to nie przeszkadzało. Po pewnym czasie sytuacja się zmieniła i dwoistość imion skonfrontowana z martwą naturą przedmiotu zaczęła mu dokuczać coraz bardziej. Stała w sprzeczności z logiką.

Poruszył to w rozmowie z Kanapą. Przedstawił jej rozterkę logiczno-semantyczną, jaką przeżywał i zdziwił się, że nie zareagowała na jego słowa, choć z drugiej strony uznawał jej prawo do zachowania innego niż oczekiwał. Szanował je podobnie jak prawo każdej innej istoty do nieudzielania odpowiedzi lub wstrzymania się z nią do czasu lepszego rozpoznania sprawy. Uważał, że każdy ma prawo do zastanowienia się. Nie znosił ludzi, którzy chlapali językiem zaraz po usłyszeniu pytania. Uznawał to za typowe dla polityków, szczególnie pewnej grubej jędzy z Partii Konserwatywnej. Nie znosił tego babsztyla.

Milczenie Kanapy w tej sprawie zaczęło mu ciążyć. W grę wchodził czas. Zawsze miał on dla Mistrza znaczenie. Mógł zrozumieć, że ktoś nie odpowiada od razu, ale brak jakiejkolwiek reakcji w rozmowie uważał za naganny. Im bardziej zagłębiał się w temat, tym bardziej nabierał przekonania, a z czasem pewności, że nie jest to problem Kanapy, tylko jego własnej osobowości.

Nie była to jedyna zgryzota. Drugą były omamy i urojenia. Pojawiały się i znikały. Na szczęście nie zdarzały się zbyt często. Miały różną postać: żywiołów z chińskich horoskopów i zjawy w rodzaju baby z pustymi wiadrami, także zmaltretowane postacie z obrazów Francisco Goi z czasów krwawej inkwizycji, jakie oglądał w Museo del Prado w Madrycie. Napisał nawet wiersz na ten temat, jakby na potwierdzenie prawdy o nawiedzających go chimerach. Kiedy sobie o nim przypomniał, odszukał go i odczytał na głos dwa razy. Pamiętał nawet, kiedy i gdzie go napisał.

Gdy umysł zasypia, budzą się potwory,
zaludniają rozpierzchłych pagórów ugory,
serce zbroi się w kaptur i zgęstniałą togę;
prawda nie spłonie – ja płonąć mogę.

Sędzią mnich obłąkany miłością do Boga,
kielich dym napełnia, unosi go trwoga.
Na płomiennych ołtarzach łkają innowiercy,
milknące oczy bluźnią samemu bluźniercy.

Nocą nawiedzały Sefardiego najgorsze potwory, zmory nocne, które go dusiły. Tych nie znosił najbardziej. Zastanawiając się nad nimi uznał, że problem i jego rozwiązanie tkwią chyba znowu w nim samym. Czuł przez skórę, że coś z nim nie jest w porządku. Mówił to sobie po cichu, jakby bał się, że ktoś inny może je usłyszeć.

Był to początek świadomości Mistrza, że ogarnia go szaleństwo. Uznał je za rzecz straszną jak i niezmiernie pasjonującą. Interesując się psychologią wiedział, że ludzie zaburzeni psychicznie dzielą się na tych, którzy nie mają świadomości, że coś z nimi jest nie w porządku, oraz tych, którzy tę świadomość mają. Obydwie grupy zrównywał fakt, że nie umieją sobie poradzić z problemem.

Rozumienie sprawy nie zmieniło postawy Sefardiego wobec Kanapy. Nadal był przyjaźnie do niej usposobiony i wciąż z nią rozmawiał, może tylko rzadziej. Starał się przy tym pamiętać, aby zwracać się do niej „Kanapo”, co było zgodne z naturalną płcią rozmówczyni. Oczywiście nie chodziło mu o płeć, ale o rodzaj. Było to jak zapadanie się w przepastny śnieg. Pogorszenia samopoczucia nie były częste, stopniowo jednak nasilały się, co go tylko umacniało w przekonaniu, że decyzja przyspieszonego zakończenia życia jest jak najbardziej na czasie. Do tajemnicy nie dopuszczał nikogo, nawet Anastazji, którą darzył szczególnym zaufaniem, ani Amizgao, który był jego najbliższym przyjacielem i powiernikiem. 

If you like this story, you will also enjoy other books by Michael Tequila: : https://tinyurl.com/y7cza5nc 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 62: Konspiracja. Tajemnica komunikacji i przekazów.

Sefardi nie pytał, dokąd zmierzają, zdał się na przewodnika, jego wiedzę i intuicję. Po przekroczeniu leśnej drogi natknęli się na siatkę ogrodzenia zamocowaną na stalowych słupkach, starannie wykonaną i napiętą. Kiedy posuwali się wzdłuż siatki w poszukiwaniu bramy, furtki lub jakiegokolwiek innego otworu, pojawił się przed nimi zadbany dom, przypominający willę, a przed nim akcesoria świadczące, że może to być obóz szkoleniowy. Wewnątrz ogrodzenia było tak cicho, że na początku nie zauważyli ludzi, małą grupkę osób zatopionych w rozmowie. Ich głosy były przytłumione, jakby tylko poruszali ustami lub nosili niewidoczne opaski wyciszające. Przez kieszonkową lornetkę podsuniętą usłużnie przez leśniczego Sefardi rozpoznał kilku bliskich współpracowników Barrasa Blawatsky’ego i zaczął przyglądać im się z uwagą. Chwilę później rozeszli się na boki i wtedy zauważył pomnik Barrasa, a pod nim jego samego siedzącego na ogrodowym krześle.

Pomnik był naturalnej wielkości. Wyciosany z jednego pnia drzewa przedstawiał gubernatora w lekkim rozkroku, ze stopami zanurzonymi w metalowych misach z brązu. Jedna symbolizowała władzę, druga pieniądze. Symbole berła i dolara były zbyt czytelne, aby można było zinterpretować je inaczej. Nikt z otoczenia gubernatora nie patrzył na pomnik; oczy wszystkich skoncentrowane były na nim samym.

Po lewej stronie właściciela i przywódcy Konserwy stał dyrektor jego gabinetu, po prawej minister spraw wewnętrznych. Mistrz rozpoznał ich od razu. Pochyleni nad gubernatorem, słuchali go z uwagą. Wkrótce dołączyły do nich inne osoby i zaczęły ustawiać się w dwa równoległe szeregi, jeden przy dyrektorze, drugi przy ministrze. Byli to członkowie Partii Konserwatywnej. Gubernator podniósł rękę i dał sygnał. Coś mówił. Kiedy skończył, kiwnął głową i stojący przy nim funkcjonariusze rządu odwrócili się i zaczęli przekazywać uzyskane informacje osobom ustawionym w szeregach.

– Działają na zasadzie głuchego telefonu – pomyślał Sefardi, przypominając sobie dzieciństwo.

Czynności powtarzały się jak w automacie: Barras przekazuje informacje przybocznym, daje znak głową, przyboczni przekazują treść każdy swojemu szeregowi członków partii.

Po kilku próbach technikę zmieniono. Zamiast przekazu ustnego przyboczni przekazywali swoim szeregom informację zapisaną na kartkach, jakie obydwaj otrzymali od Barrasa. Na końcu każdego z dwóch łańcuchów ludzkich stał funkcjonariusz sprawdzający ostateczną treść przekazu. Obydwa szeregi ćwiczyły tak długo, aż treść odbierana przez ostatniego członka partii w jednej i drugiej kolejce była w pełni zgodna z treścią nadaną przez Barrasa.

Sefardi odetchnął z zadowoleniem. Wiedział już teraz dobrze, w jaki sposób Partia Konserwatywna osiąga całkowitą zgodność poglądów swoich członków. Podzielił się obserwacją z przewodnikiem, który doszedł do identycznego wniosku.

Wkrótce przed domem nastąpiła kolejna zmiana. Na plan dostarczono hełmofony, które ludzie w dwóch szeregach założyli sobie na głowy. Najpierw testowano głośniki wewnętrzne i mikrofony, po czym Barras nadawał wszystkim próbny przekaz elektroniczny. Metoda okazała się o wiele skuteczniejsza, widać to było po reakcjach uczestników szkolenia. Przekaz instrukcji wodza następował błyskawicznie i nie budził wątpliwości, co do dokładności odbioru.

*****

Sefardi i przewodnik wrócili na miejsce następnego dnia. Czekali cierpliwie, zanim ktokolwiek zjawił się na placyku przed domem. Obok Barrasa, który przybył pierwszy, pojawiło się kilku księży i zakonników ubranych w ciemne habity. Skupieni w grupkę wyglądali, jakby naradzali się ze sobą. Jeden z nich ukląkł na gołej ziemi, aby się modlić. Nie trwało to zbyt długo. Kiedy wstał, podszedł do towarzyszy i wszyscy podali sobie ręce przekazując znak pokoju.

Rozmowa duchownych wydawała się ciągnąć w nieskończoność. Sefardi tracił resztki cierpliwości. Kiedy rozeszli się, na placu przed domem pozostał samotny Barras, patrzący w ziemie w zamyśleniu. Wkrótce dołączyła się niego gwardia osobista, jak nazywano członków jego gabinetu. Zaczęli naradzać się. Sefardi pomyślał, że niczego innego nie umieją. Barras mówił szeptem, mimo tego przewodnikowi udało się go nagrać słowa urządzeniem podsłuchowym. Mówili o budżecie; poruszyło to Sefardiego, skoncentrował się.

*****

Po powrocie do kwatery dwaj zwiadowcy, jak siebie określili, odtworzyli treść nagrania. Wśród wielu wątków Sefardi znalazł fragmenty odpowiedzi na dręczące go pytania. Odtworzenie z fragmentów całej treści wypowiedzi i jej uporządkowanie zajęło im sporo czasu.

Sefardi aż gwizdnął po cichu, kiedy zrozumiał mechanizm wzrostu zadłużenia państwa i rosnącej zasobności Abenaki. Rząd mianował setki i tysiące członków swojej partii, wybierając tych najwierniejszych, na wysokie stanowiska w urzędach i przedsiębiorstwach państwowych przyznając im niebotyczne uposażenia, odprawy i emerytury. Nie potrzebowali przypomnień, że mają zwracać do kasy części swoich dochodów, anonimowo i z pełnym przekonaniem. Była to forma dziesięciny, z tym, że wpłacana co miesiąc kwota wynosiła dwadzieścia a nie tradycyjne dziesięć procent dochodów. Przekazy nie wpływały na konto partyjne, tylko na konto Fundacji Powszechnej Dobroczynności, organizacji stworzonej i zarządzanej przez Partię Konserwatywną. W ten sposób partia była zwolniona z odpowiedzialności; sama fundacja stała się kanałem przepływu funduszy między państwem a firmą Abenaki, która podejmowała dziesiątki akcji dobroczynnych. Była tak wielkim darczyńcą, że wielu obywateli uważało, że została ona powołana wyłącznie dla celów charytatywnych, a działalność gospodarczą prowadzi jedynie dla zdobywania pieniędzy na pomoc społeczną. Sefardi domyślał się, że o wszystkim decyduje Barras.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 60: Kto okrada państwo? Sefardi wyrusza do Casi.

Informacja była poufna: Barras Blawatsky i jego najbliżsi współpracownicy spotykają się po cichu w prywatnym survivalowym ośrodku szkoleniowym ukrytym głęboko w lasach. Sefardi podjął natychmiastową decyzję wyjazdu. Poprzez zaufanego członka z lokalnego fan clubu wynajął przewodnika, byłego leśniczego. Ostrzeżono go, że bywa prostacki i wulgarny, ale jest skuteczny. W dodatku, ryzykując wiele, brał niewygórowaną opłatę za swoje usługi.

– Jest po naszej stronie. – Podkreślił człowiek z fan clubu, sugerując, że może warto byłoby zebrać więcej informacji o przewodniku.

Wulgaryści brutalnie sprowadzali zagadnienie do pytania, kto i jak okrada kraj. Oskarżano o to różne grupy nacisku, włącznie z organizacjami lobbingowymi, „dbającymi wyłącznie o interesy swoich zleceniodawców i okradających kraj poprzez zawyżanie kosztów, ukrywanie dochodów i unikanie podatków”. Najczęściej wymieniano jednak masonów, twierdząc, że wszędzie mają swoich przedstawicieli, nawet w toaletach publicznych, i są „niesamowicie wyrafinowali i wytrwali, ćwicząc do upadłego sprawność przemawiania, przekonywania i odpierania argumentów”. Sefardi ignorował takie bzdury i uproszczenia.

Sprawa wypłynęła jak zwykle na spotkaniu przy krawężniku. Dyskusja była chaotyczna. Krytykowano liberałów jak i rządzących konserwatystów. Tych ostatnich oskarżano, że udają patriotów, najchętniej pracują nocą, kiedy opozycja jest rozespana i nieuważna, mydlą oczy swoimi gadkami i rozwlekle przemawiają, aby nie dopuścić oponentów do głosu. Przy okazji rząd oskarżano o nepotyzm, zatrudnianie rodzin i przyjaciół na wysokich stanowiskach, przekupywanie posłów opozycji i kolesiostwo. Przewodniczący zebrania uznał dyskusję za nieproduktywną jałową i zaproponował jej zakończenie. Uczestnicy zgodzili się jedynie, że w rządzie istnieje utajniona grupa ludzi, którzy okradają państwo. Kim konkretnie byli ci ludzie i jakimi metodami działali, nie wyjaśniono.

W parlamencie Konserwa wyśmiewała stawiane jej zarzuty. W ostrej wymianie zdań, jej przedstawiciele szyderczo zaproponowali dopisanie do słownika parlamentarnego wyrażeń takich jak żłób, nieposkromiona chciwość władzy, szalbierstwo, stanowisko prezesa dla prostej sprzątaczki, mnożenie wiceprezesów i premie świąteczne.

*****

Cel wyjazdu Sefardiego do Casi był prosty: dowiedzieć się, co robią członkowie rządu w ukrytym na odludziu ośrodku survivalowym. Sefardi podejrzewał, że ich spotkania mają związek z powiększającą się dziurą budżetową. Był to gorący temat, drugim było bogacenie się Abenaki. Zaśmiał się, kiedy przyszło mu do głowy, że nazwa koncernu brzmi jak imię japońskiej kobiety. – Abenaki! – powtórzył kilka razy. Tkwił w sprawie po uszy.

Po przyjeździe do Casi Mistrz udał się śpiesznie do wynajętej prywatnie kwatery. Pilnował się, czy ktoś go nie śledzi. Na miejscu sprawdził tylko drzwi i okna, rozpakował walizkę i wziął prysznic. Potrzebował wypocząć. Z przewodnikiem zamierzał skontaktować się później, kiedy będzie w pełni sił. Wynajmujący mu pokój właściciele domu, małżeństwo z psem myśliwskim, u których się zatrzymał, nie znali jego tożsamości ani celu wizyty. Wiedzieli tylko tyle, ile im powiedział: przyjechał do Casi, aby wypocząć spacerując i napawając się urokami lasu.

Popołudnie przyniosło niespodziankę, uniemożliwiając Mistrzowi sjestę. Nieoczekiwanie zgłosił się przewodnik i zaczął go przekonywać, aby natychmiast udać się do lasu, gdzie dzieją się przedziwne rzeczy.

– Czas nam wyjątkowo sprzyja. Zbliża się wieczór i narasta mgła. Od czasu do czasu przechodzi mżawka. To ułatwia poruszanie się bez zwracania czyjejkolwiek uwagi. Zobaczy pan coś zaskakującego, czego nikt nie spodziewa się w lesie. Będzie mi pan za to dziękować. – Stwierdził usprawiedliwiająco zauważając grymas niechęci na twarzy gościa niechętnego zagłębić się natychmiast w mroczny las w czasie złej pogody.

Przewodnik okazał się młodym i szczupłym mężczyzną. Sefardi patrzył na niego z podejrzliwością, gdyż oczekiwał starszego i raczej tęgiego mężczyzny. Kiedy o tym wspomniał, przybysz potwierdził, że był dużo tęższy, lecz stracił na wadze dzięki intensywnym ćwiczeniom fizycznym i ograniczaniu posiłków. Dostrzegając na twarzy Sefardiego cień zwątpienia wyjaśnił, że rodzina jego byłej żony rozpowszechnia o nim podłe plotki i pogłoski.

– Tutaj ludzie chętnie kłamią, szczególnie alkoholicy i degeneraci, całe to potomstwo ubóstwa, ograniczeń i tępoty. – Mężczyzna uniósł się. – To dlatego tajne obozy survivalowe rozpanoszyły się po lasach. Mało kto o nich wie, bo okoliczni mieszkańcy ukrywają prawdę. Organizatorzy obozów i dostawcy zaopatrzenia zmuszają ich do tego. Pracownicy są wyrzucani z pracy lub szantażowani, jeśli coś wspomną na ten temat. Panuje powszechny strach. Kłamstwo dezorientuje wszystkich. Może pan mówić o sobie, że jest pan rewolucjonistą i tak panu nikt nie uwierzy.

Sefardi nie słuchał przewodnika. Uważał, że przesadza lub zmyśla, zastanawianie się nad jego wynurzeniami odłożył na później. Był trochę przeziębiony i rozmawiając kichał od czasu do czasu. Gość wyciągnął zza pazuchy piersiówkę i nalał z niej jakiś alkohol do dwóch metalowych kieliszków, stanowiących nasadkę. Niezrażony odmową natychmiastowego udania się do lasu, przekonywał Sefardi do zmiany planu. Kiedy ten kichnął, podał mu kieliszek wyjaśniając, że jest to lekarstwo.

– Nie jest mocne, choć jest na spirytusie. Kicha pan, to lepiej chronić się przed przeziębieniem i lub inną zarazą. Wilgoć na tym bagiennym terenie, zwłaszcza w lesie, bywa zabójcza dla ludzi z miasta.

Mistrz był nieufny. Chciał wiedzieć, co to za specyfik.

– Lekarstwo. Niech pan wypije. O razu poczuje się pan lepiej. To moja własna nalewka i to dobrego gatunku. – Wyjaśnił leśniczy, po czym duszkiem wychylił swój kieliszek i wstrząsnął głową.

– Gdybyś wiedział, człowieku, co to za piorunująca mieszanka, to nigdy nie wziąłbyś tego do ust. – Pomyślał niechętnie o Sefardim, gdyż nalewka zrobiona była z dzikich owoców leśnych z dodatkiem narkotyku podrzuconego mu przez znajomego celnika.

Mistrz poczuł się znacznie lepiej po wypiciu kieliszka. Wróciła mu wiara w siebie, animusz i chęć działania. Był gotów przyznać, że lekarstwo mu pomogło, gdyby nie perspektywa mrocznego, przesiąkniętego wilgocią lasu. Ostatecznie zdecydował się wyruszyć na wyprawę.

 

Komiks literacki. Konie trojańskie w akcji. Odcinek 16.

Szesnastego dnia ostatniej tercji jesieni komandor Jaroszka spał spokojnie, kiedy statek otulała mgła wyciszająca odgłosy. Mimo to ciche rżenie przeniknęło ściany jego kabiny. Nieco zdziwiony, wsłuchał się i rozpoznał głos Gracjeli, klaczy, którą w rozmowach z przyjaciółmi nazywał po prostu kobyłą. Ubrał się i wyszedł na zewnątrz. Głos dochodził z Krzywej Przybudówki. Komandor zajrzał do środka przez bulaj.

Gracjela stała między dwoma innymi końmi trojańskimi, wałachami, była nerwowa, spłoszona, rżała szybko i niespokojnie. Konie rozmawiały między sobą, otwarcie i szczerze. Nie musiały już ukrywać, że nie są końmi, tylko ludźmi. W tajemnicy zachowały jednakże to, że są cichymi wielbicielami Leo Jaroszki. Lubiły grę w pozory, udawanie, dojrzałą ciuciubabkę, ulubioną rozrywkę komandora i jego załogi. W Krzywej Przybudówce były jego wysłannikami, skutecznie naśladując pierwowzory trojańskie. Wszyscy się tego domyślali, lecz nikt nie wiedział, jak zachowają się w konkretnych warunkach. Komandor wsłuchał się w ich rozmowę i zrozumiał, że zbuntowały się i odmówiły współpracy recenzentom.

– Wreszcie. – Szepnął, postanawiając nie komentować tego odkrycia publicznie, gdyż dotychczas nie zdarzyło się, aby któryś z recenzentów okazał nieposłuszeństwo przewodniczącemu i odmówił pracy.

– Musieliśmy się zbuntować. Nawet koń trojański ma swoją godność. Liczymy teraz na awans. Może zostanę przewodniczącą recenzentów? – Rozmarzyła się Gracjela, do niedawna zwykła kobyła trojańska. Teraz była już kimś z pespektywami. U jej stóp leżała podeptana uprząż: uzda, chomąto, nagrzbietnik, lejce, podogonie, mały i duży podbrzusznik, pas pociągowy, dzwoneczki i jakieś drobne elementy.

Komandor poczuł ciepło w sercu. Konie trojańskie, jego konie, wykonały dobrą robotę.

Świat różnie oceniał to zdarzenie. Nie wszystkim podobało się zezwierzęcenie komandorskich recenzentów. Niektóre okręty, organizacje i ludzie byli komandorowi niechętni. Posądzano go o manipulację i zapędy autorytarne. On sam miał sumienie czyste jak łza. Dla bezpieczeństwa przechowywał je w ozdobnym, srebrnym puzderku w szafie pancernej. Oglądał je wieczorami, aktualizując i precyzując marzenia. Nikt nie wiedział, o czym dokładnie marzy, nawet on sam. Stała za tym wielka tajemnica.