Ptachu zamyka się w sobie i śni kolorowo. Odc. 20. Powieść coraz bardziej psychodeliczna.

Namiestnik Kukuła, zwany wśród przyjaciół Ptachu, zamknął się w sobie jak ślimak w skorupie i zamyślił się. Dzień był świąteczny, bardzo pobożny, w dodatku słoneczny, nastrajający do optymizmu i marzeń.

Poruszyło go to do tego stopnia, że zamarzył, aby zażyć kąpieli w gorących źródłach w cieniu dwóch wulkanów. Myśl była tak oryginalna, nieocenzurowana, że przed oczy nasunęła mu się Payachata, łańcuch wulkanów na granicy Boliwii i Chile w Parku Narodowym Sajama, gdzie turyści podziwiali bulgoczące gorące źródła oraz obserwowali dziką zwierzynę, niedźwiedzie, pumy, pancerniki i wiskacze górskie. Kiedy przetarł oczy, zauważył, że był to napis na ekranie laptopa.

Odrzucił niedorzeczne myśli o kąpieli, po czym podsumował sytuację w głowie, mieszczącej nieprzebrane bogactwa pomysłów i rozwiązań, a nawet kar dla ludzi krnąbrnych i nagród dla prawidłowo myślących.

Ocenił najnowsze zdarzenia. Zrobił to prawdopodobnie nie całkiem udanie, ponieważ w nocy wróciły do niego w postaci mary sennej, nieco chaotycznej, ale jakie to miało znaczenie. Ważne było to, że coraz trudniej było mu iść pod prąd, sam widział we śnie, jak kulał, zobaczył siebie nawet w zagubieniu, jak chodzi po polach i lasach szukając zapałek, aby rozpalić ognisko i oświetlić sobie dalszą drogę. Kiedy zdał sobie z tego sprawę, wstał, poszedł do kuchni, nalał szklankę wody i przyjął paranoium, uspokajający lek, dający kolorowe sny i oryginalne wizje. Przyjmował go już od kilku lat i czuł się coraz lepiej.

Pierwszą wizją, jaka go nawiedziła, była integracja. Było to rodzaj kombinacji scalającej w jedno ramiona władzy rządowej, przemyślne instytucje i organizacje państwowe, gdzie klują się decyzje i pomysły polityczne oraz umysł podpowiadający, jak to wszystko wykorzystać dla kontroli społeczeństwa. Wydało mu się, że stoi przed nim mężczyzna średniego wzrostu, w okularach, o mysiej twarzy wykrzywionej bolesnymi wspomnieniami, i coś mu melduje. Nie wierzył w to, dopóki nie usłyszał jego usłużnego głosu.

– Towarzyszu Namiestniku! Nastąpiła integracja władzy zgodnie z instrukcjami. Dwa resorty, siłowo – porządkowy oraz wywiadowczo-konspiracyjny, połączyłem pod swoimi skrzydłami. Wiem teraz o niebo lepiej, co w trawie piszczy, mam ludzi i pieniądze oraz sprzęt, aby na każde skinienie pana Namiestnika rzucić się do gardła przeciwnikom pańskich rewolucyjnych idei,

dowiedzieć się o nich więcej niż wie ich rodzona matka, w końcu usidlić ich w majestacie prawa, ograniczając przenikanie naszych słodkich tajemnic, ich rozlewanie się ich po kraju i zatruwanie świadomości bogobojnych obywateli. To zwiększa nasze możliwości kontynuacji cudów, jak ten z fakturami zawierającymi wyimaginowane żądania zapłaty za nędznej jakości papę i krzywe gwoździe na pierwszy wieżowiec Abu Dhabi, jaki pan Naczelnik sobie zamarzył.

Raport mężczyzny o mysiej twarzy nasunął Namiestnikowi wspomnienie ludzi pokornego serca, podążających za nim, jego myślami i dobrymi czynami, maszerujących w skupieniu i nie zadającymi pytań. Ich liczba wynosiła czterdzieści cztery. Podpowiedział mu to Mistyk, wieszcz, którego ostatnio Namiestnik nie czytał, bo nie miał czasu. Po chwili wieszcz zwany także Poetą pojawił się ponownie.

– Przeliczyłem słupki przydrożne. – Jest ich czterdzieści sześć, a nie czterdzieści cztery, jak sądziłem. – Wyjaśnił przytomnie i zniknął. Jego miejsce zajęli ludzie o twarzach zniwelowanych beztroską, aby dzielić się z Namiestnikiem swoimi przemyśleniami.

– Jest nam tak dobrze, że nie musimy myśleć. Bo i po co, skoro pan Namiestnik za nas myśli? Po co mamy zadawać pytania, skoro i tak pan Namiestnik zna już na nie odpowiedzi, skoro pan Namiestnik jest ze swoimi asystentami przed nami, za nami i po bokach? Na zakończenie, całkiem niespodziewanie, odśpiewali „Alleluja, Alleluja!”

Uświadomiwszy sobie z radością, że istnieją na świecie ludzie bez troski, Namiestnik zapadł w czysty sen. Śniły mu się dwa białe i dwa czarne króliki. Pomyślał, że to omen nomen, i tak już zostało do rana.

0Shares

Namiestnik okazuje nienawiść. Powieść psychodeliczna. Odc. 14.

Kilkakrotne wystąpienia Namiestnika Krzepkiego-Kukuły przed sądami umocniły przekonanie, że jest on wyjątkiem wśród ludzi władzy. Jego szacowny wygląd, prawdomówność, opanowanie, kiedy odpowiadał na podstępne pytania prokuratora, oraz emanująca z niego łagodność przyczyniły się do upowszechnienia opinii, że jest człowiekiem sprawiedliwym i dobrym.

Woźni sądowi poznawali go z daleka, zanim jeszcze wysiadł z samochodu, aby udać się do budynku sądu w otoczeniu ochrony osobistej. Telefonicznie wymieniali się opiniami z kolegami z innych sądów, podkreślając, że jest przemiłym, sympatycznym w obejściu staruszkiem. Czasami dodawali coś w rodzaju:

– Bywa u nas coraz częściej. Ludzie nieprzerwanie ciągają go po sądach. I to kto? Najbliżsi krewni! To niesprawiedliwe.

W istocie rzeczy Namiestnik zjawiał się w sądach nie tylko w związku z niezapłaconymi fakturami. Jak tylko czas mu pozwalał, uczestniczył w rozprawach dotyczących zabójstw. Pytany przez dziennikarzy, skąd takie zainteresowania, odpowiadał, niby to żartem, że lubi oddychać duszną atmosferą tajemnicy, krwi, krzywdy i zemsty.

Ostatnim razem, kiedy był w sądzie, toczyła się rozprawa o morderstwo; głównym motywem postępowania sprawcy była nienawiść. Po powrocie Namiestnik wyznał swojej sekretarce:

– Rozprawa, szczególnie zeznania oskarżonego i świadków, podsunęły mi nowe myśli. Jak pani wie, po głowie chodzi mi nieprzerwanie pewien łajdak, którego należałoby przykładnie ukarać.

– To dlaczego go nie ukarzecie? – zapytała. – Jeśli jest winien takich podłości, jak pan to mówi, to aż się prosi o winę i karę. Czytałam powieść na ten temat, tytułu jednak nie pamiętam. Domyślam się o kogo panu chodzi. Też go nie znoszę. To straszny bufon!

– Trudno jest udowodnić mu winę. Ten człowiek zawsze działał w białych rękawiczkach, nie zostawiał śladów. Zajmował wysokie stanowisko i bez problemów znajdował kogoś, kto wybierał za niego gorące kasztany z ognia, jakiegoś pracownika, mogącego nawet nie zdawać sobie sprawy, jak okrutnie jest wykorzystywany. On popełnił najcięższe przestępstwa przeciwko nam wszystkim, narażając na szwank naszą reputację i uszczuplając nasz wspólny dorobek. Jest jeszcze jedna przeszkoda. Nasz system sprawiedliwości jest niesprawny. Jest w nim zbyt wielu nieuczciwych sędziów, nie mających pojęcia, jak stosować prawo, co gorzej, nie mających w sobie poczucia obywatelskiego honoru.

– No i jak to będzie, panie Namiestniku? Pozwoli pan pozostawać na wolności takiemu przestępcy? Przecież pan może wszystko!

Entuzjazm sekretarki z niewiadomych powodów ostudził nastrój Krzepkiego-Kukuły. Na kolejne pytanie „I co dalej, panie Namiestniku?”, nic nie odpowiedział, jakby się zaciął. Widać było po nim, że coś go zjada, coś głęboko przeżywa; twarz mu się zaczerwieniła, oczy znieruchomiały, pierś podnosiła się i opadała konwulsyjnie. Wyglądał, jakby rozjeżdżał go walec, a on nie miał dokąd uciekać.

Sekretarka przeraziła się. Sięgała po telefon, kiedy doszły ją przekleństwa. To tylko pogłębiło jej przerażenie, ponieważ Namiestnik był religijnym człowiekiem, nosił baldachim nad swoim ulubionym księdzem-spowiednikiem, i zasadniczo nie przeklinał.

Czasem tylko zwymyślał któregoś z podwładnych, nazywając go kretynem lub imbecylem, czynił to jednak bez świadków, aby go nie upokarzać. Nie było w tym kloacznych przekleństw. Tym razem było inaczej. Ciężki oddech Namiestnika mógł oznaczać tylko jedno; ten człowiek dyszał zemstą. Sekretarka przestała mieć jakiekolwiek wątpliwości, kiedy usłyszała:

– Jak złapię tego rudego sukinsyna, to go uduszę własnymi rękami a nogi to mu z … – dalsze słowa utonęły w głośnej pracy ciężarówki wypróżniającej pojemniki ze śmieciami przy sąsiednim budynku.

Kiedy Namiestnik wrócił do siebie, dodał spokojniej.

– Powiem pani tylko jedno. Mam pewien pomysł.   

0Shares

Nocą odwiedza Ptacha nieznajomy mężczyzna. Powieść psychodeliczna. Odc. 5.

W nocy Ptacha znowu odwiedził Siwy. Był to już któryś raz z rzędu. Ptachu nie wiedział, jak intruz się nazywa, więc nazwał go Siwy. Potem ktoś zadzwonił do Siwego i Ptachu posłyszał jak ten ktoś mówi do niego „Zyga, sprawdź go dokładnie. To dziwny  człowiek”. 

Mężczyźni rozmawiali po angielsku, w języku obcym, trudnym do określenia. Ich angielski miał jakiś płaski niemiecki akcent, jakby mówiący pochodzili z nizin, z których wyrosły góry, aby wszystko zmienić. Ich słowa były bardziej dźwięczne niż niemieckie. Ptachowi kojarzyły się z ostrymi dźwiękami fanfar przeplatanymi słodkim drżeniem harfy.

Siwy krępował Ptacha. Przychodził nocą, kiedy Ptachu był sam jak oko w głowie cyklopa Polifema, centralnie położone, ale samotne. Nocą był też nagi jak niemowlę, bo spał bez piżamy, przez co czuł się  bezbronny. Krępował go też zbyt duży brzuch, choć wiedział, że Siwego takie rzeczy nie interesują.

Pasjonowało go co innego. Badał Ptacha, ankietował, sprawdzał, mierzył i oceniał jego wnętrze. Interesowało go wszystko, jakby obiekt jego zainteresowań stanowił muzeum, w którym sztukę starożytną pomieszano z nowoczesną. Ten ostatni wyraz źle się kojarzył Ptachowi, brzmiał modernistycznie i jakoś sztucznie. Wolałby wyraz historyczny, tradycyjny, z przeszłości. Uświadomił mu to Siwy, który traktował Ptacha jak pacjenta.

– Chcę panu pomóc. Ma pan problemy. Z niektórych zdaje pan sobie sprawę, z innych nie. To pana męczy. Tym bardziej, że zajmuje pan niezwykle wysoką pozycję społeczną.

Ptachu nie protestował. Nawet ucieszył się, że Siwy mu to powiedział. To tak, jakby upewnił go w czymś, co było dla niego ważne, ale sam nie był tego zbyt świadomy. 

W ostatecznym rozrachunku, Ptachu nie cierpiał Siwego. Był jedynym człowiekiem, który miał nad nim przewagę i chciał wydrzeć jego tajemnicę, dlaczego jest taki, jaki jest sugerując w dodatku swoimi pytaniami, że Ptachu cierpi na jakąś dolegliwość psychiczną. Coś musiało w tym być, czego nie rozumiał. Nie rozumiał choćby tego, dlaczego w rozmowie z Siwym staje się bezwolny jakby rozmawiał z własnym sumieniem. Kiedy Siwy kazał mu coś robić, robił to, kazał mu opowiadać o sobie, opowiadał. Czuł się wtedy zagubiony i bezsilny. Tak, jakby Siwy był nie tylko jego sumieniem, ale matką i ojcem, którzy zadają mu pytania dla jego dobra, sprawdzając jak czuje się ich pociecha i co jej potrzeba.

*****

Tej nocy Siwy przytachał ze sobą kozetkę. Jak to zrobił, nie wiadomo, bo na siłacza nie wyglądał. Kiedy ustawiał mebel, Ptachu przyjrzał mu się dokładniej. Mężczyzna miał na sobie kaszkiet, marynarkę, białą koszulę z krawatem i bryczesy. Na nogach miał czarne pantofle. Ptachu zwrócił też uwagę na jego okulary z nietypowo okrągłymi szkłami.

Kozetka była wygodna i zielona jak świeża trawa. Ptachowi wydało się, że pachnie późnym latem i sianokosami. Położył się na niej na brzuchu i wtedy Siwy się zaśmiał.

– Nie będę panu robić lewatywy. Czy to przyszło panu na myśl, kiedy kładł się pan na kozetkę? – Zapytał i kazał przewrócić się na plecy.

Zadawał pytania, niektóre były wręcz bezczelne. 

– Dlaczego lubi pan podejmować decyzje, które wielu ludziom sprawiają przykrość? Jak pan ocenia siebie? Jako osobę społeczną, aspołeczną czy typ mieszany? Robił też testy, na których Ptachu oceniał swoje postępowanie w skali od jednego do dziesięciu lub jednego do pięciu. Notował i zapisywał. Zawsze był uprzejmy i usłużny.

– Może podłożyć panu pod głowę poduszeczkę? Może podać szklaneczkę wody?

Mężczyzna miał już swoje lata. Wyglądał jakby wyjęto go z końca dziewiętnastego lub początku dwudziestego wieku, i używał właśnie takich zdrobnień jak poduszeczka, szklaneczka i podobne. To łagodziło jego wizerunek w oczach Ptacha.

Michael Tequila – publikacje własne:  https://tinyurl.com/y895884p

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 78: Rozmowy Sefardiego z Kanapą

Od pewnego czasu Sefardi rozmawiał z Kanapą podobnie jak ludzie rozmawiają z psem lub małym dzieckiem, które niewiele pojmuje. Zaczęło się to mniej więcej w połowie Planu Czterdziestu Dni. Mówił do niej, jakby była żywą osobą i mogła go zrozumieć. Najdziwniejsze, że mu odpowiadała, tak to odbierał, reagując przytomnie na jego słowa. Było mu to bardzo na rękę, ponieważ wprowadzało w jego życie poczucie spokoju, którego mu czasem brakowało. W rozmowie mógł bez pośpiechu wyłuszczyć swoje poglądy na dowolną sprawę, przedstawić argumenty, nie będąc kontrowany od samego początku, jak to robiła Penelopa czy też, w nieco mniejszym wymiarze, inne osoby, które zazwyczaj dochodziły do wniosku, że jest on apodyktyczny.

Z szacunku myślał o Kanapie jako o Meblu przez duże M, tak jakby to było imię. Mebel sugerował imię męskie, choć sama Kanapa była rodzaju żeńskiego. Na początku mu to nie przeszkadzało. Po pewnym czasie sytuacja się zmieniła i dwoistość imion skonfrontowana z martwą naturą przedmiotu zaczęła mu dokuczać coraz bardziej. Stała w sprzeczności z logiką.

Poruszył to w rozmowie z Kanapą. Przedstawił jej rozterkę logiczno-semantyczną, jaką przeżywał i zdziwił się, że nie zareagowała na jego słowa, choć z drugiej strony uznawał jej prawo do zachowania innego niż oczekiwał. Szanował je podobnie jak prawo każdej innej istoty do nieudzielania odpowiedzi lub wstrzymania się z nią do czasu lepszego rozpoznania sprawy. Uważał, że każdy ma prawo do zastanowienia się. Nie znosił ludzi, którzy chlapali językiem zaraz po usłyszeniu pytania. Uznawał to za typowe dla polityków, szczególnie pewnej grubej jędzy z Partii Konserwatywnej. Nie znosił tego babsztyla.

Milczenie Kanapy w tej sprawie zaczęło mu ciążyć. W grę wchodził czas. Zawsze miał on dla Mistrza znaczenie. Mógł zrozumieć, że ktoś nie odpowiada od razu, ale brak jakiejkolwiek reakcji w rozmowie uważał za naganny. Im bardziej zagłębiał się w temat, tym bardziej nabierał przekonania, a z czasem pewności, że nie jest to problem Kanapy, tylko jego własnej osobowości.

Nie była to jedyna zgryzota. Drugą były omamy i urojenia. Pojawiały się i znikały. Na szczęście nie zdarzały się zbyt często. Miały różną postać: żywiołów z chińskich horoskopów i zjawy w rodzaju baby z pustymi wiadrami, także zmaltretowane postacie z obrazów Francisco Goi z czasów krwawej inkwizycji, jakie oglądał w Museo del Prado w Madrycie. Napisał nawet wiersz na ten temat, jakby na potwierdzenie prawdy o nawiedzających go chimerach. Kiedy sobie o nim przypomniał, odszukał go i odczytał na głos dwa razy. Pamiętał nawet, kiedy i gdzie go napisał.

Gdy umysł zasypia, budzą się potwory,
zaludniają rozpierzchłych pagórów ugory,
serce zbroi się w kaptur i zgęstniałą togę;
prawda nie spłonie – ja płonąć mogę.

Sędzią mnich obłąkany miłością do Boga,
kielich dym napełnia, unosi go trwoga.
Na płomiennych ołtarzach łkają innowiercy,
milknące oczy bluźnią samemu bluźniercy.

Nocą nawiedzały Sefardiego najgorsze potwory, zmory nocne, które go dusiły. Tych nie znosił najbardziej. Zastanawiając się nad nimi uznał, że problem i jego rozwiązanie tkwią chyba znowu w nim samym. Czuł przez skórę, że coś z nim nie jest w porządku. Mówił to sobie po cichu, jakby bał się, że ktoś inny może je usłyszeć.

Był to początek świadomości Mistrza, że ogarnia go szaleństwo. Uznał je za rzecz straszną jak i niezmiernie pasjonującą. Interesując się psychologią wiedział, że ludzie zaburzeni psychicznie dzielą się na tych, którzy nie mają świadomości, że coś z nimi jest nie w porządku, oraz tych, którzy tę świadomość mają. Obydwie grupy zrównywał fakt, że nie umieją sobie poradzić z problemem.

Rozumienie sprawy nie zmieniło postawy Sefardiego wobec Kanapy. Nadal był przyjaźnie do niej usposobiony i wciąż z nią rozmawiał, może tylko rzadziej. Starał się przy tym pamiętać, aby zwracać się do niej „Kanapo”, co było zgodne z naturalną płcią rozmówczyni. Oczywiście nie chodziło mu o płeć, ale o rodzaj. Było to jak zapadanie się w przepastny śnieg. Pogorszenia samopoczucia nie były częste, stopniowo jednak nasilały się, co go tylko umacniało w przekonaniu, że decyzja przyspieszonego zakończenia życia jest jak najbardziej na czasie. Do tajemnicy nie dopuszczał nikogo, nawet Anastazji, którą darzył szczególnym zaufaniem, ani Amizgao, który był jego najbliższym przyjacielem i powiernikiem. 

If you like this story, you will also enjoy other books by Michael Tequila: : https://tinyurl.com/y7cza5nc 

4Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 62: Konspiracja. Tajemnica komunikacji i przekazów.

Sefardi nie pytał, dokąd zmierzają, zdał się na przewodnika, jego wiedzę i intuicję. Po przekroczeniu leśnej drogi natknęli się na siatkę ogrodzenia zamocowaną na stalowych słupkach, starannie wykonaną i napiętą. Kiedy posuwali się wzdłuż siatki w poszukiwaniu bramy, furtki lub jakiegokolwiek innego otworu, pojawił się przed nimi zadbany dom, przypominający willę, a przed nim akcesoria świadczące, że może to być obóz szkoleniowy. Wewnątrz ogrodzenia było tak cicho, że na początku nie zauważyli ludzi, małą grupkę osób zatopionych w rozmowie. Ich głosy były przytłumione, jakby tylko poruszali ustami lub nosili niewidoczne opaski wyciszające. Przez kieszonkową lornetkę podsuniętą usłużnie przez leśniczego Sefardi rozpoznał kilku bliskich współpracowników Barrasa Blawatsky’ego i zaczął przyglądać im się z uwagą. Chwilę później rozeszli się na boki i wtedy zauważył pomnik Barrasa, a pod nim jego samego siedzącego na ogrodowym krześle.

Pomnik był naturalnej wielkości. Wyciosany z jednego pnia drzewa przedstawiał gubernatora w lekkim rozkroku, ze stopami zanurzonymi w metalowych misach z brązu. Jedna symbolizowała władzę, druga pieniądze. Symbole berła i dolara były zbyt czytelne, aby można było zinterpretować je inaczej. Nikt z otoczenia gubernatora nie patrzył na pomnik; oczy wszystkich skoncentrowane były na nim samym.

Po lewej stronie właściciela i przywódcy Konserwy stał dyrektor jego gabinetu, po prawej minister spraw wewnętrznych. Mistrz rozpoznał ich od razu. Pochyleni nad gubernatorem, słuchali go z uwagą. Wkrótce dołączyły do nich inne osoby i zaczęły ustawiać się w dwa równoległe szeregi, jeden przy dyrektorze, drugi przy ministrze. Byli to członkowie Partii Konserwatywnej. Gubernator podniósł rękę i dał sygnał. Coś mówił. Kiedy skończył, kiwnął głową i stojący przy nim funkcjonariusze rządu odwrócili się i zaczęli przekazywać uzyskane informacje osobom ustawionym w szeregach.

– Działają na zasadzie głuchego telefonu – pomyślał Sefardi, przypominając sobie dzieciństwo.

Czynności powtarzały się jak w automacie: Barras przekazuje informacje przybocznym, daje znak głową, przyboczni przekazują treść każdy swojemu szeregowi członków partii.

Po kilku próbach technikę zmieniono. Zamiast przekazu ustnego przyboczni przekazywali swoim szeregom informację zapisaną na kartkach, jakie obydwaj otrzymali od Barrasa. Na końcu każdego z dwóch łańcuchów ludzkich stał funkcjonariusz sprawdzający ostateczną treść przekazu. Obydwa szeregi ćwiczyły tak długo, aż treść odbierana przez ostatniego członka partii w jednej i drugiej kolejce była w pełni zgodna z treścią nadaną przez Barrasa.

Sefardi odetchnął z zadowoleniem. Wiedział już teraz dobrze, w jaki sposób Partia Konserwatywna osiąga całkowitą zgodność poglądów swoich członków. Podzielił się obserwacją z przewodnikiem, który doszedł do identycznego wniosku.

Wkrótce przed domem nastąpiła kolejna zmiana. Na plan dostarczono hełmofony, które ludzie w dwóch szeregach założyli sobie na głowy. Najpierw testowano głośniki wewnętrzne i mikrofony, po czym Barras nadawał wszystkim próbny przekaz elektroniczny. Metoda okazała się o wiele skuteczniejsza, widać to było po reakcjach uczestników szkolenia. Przekaz instrukcji wodza następował błyskawicznie i nie budził wątpliwości, co do dokładności odbioru.

*****

Sefardi i przewodnik wrócili na miejsce następnego dnia. Czekali cierpliwie, zanim ktokolwiek zjawił się na placyku przed domem. Obok Barrasa, który przybył pierwszy, pojawiło się kilku księży i zakonników ubranych w ciemne habity. Skupieni w grupkę wyglądali, jakby naradzali się ze sobą. Jeden z nich ukląkł na gołej ziemi, aby się modlić. Nie trwało to zbyt długo. Kiedy wstał, podszedł do towarzyszy i wszyscy podali sobie ręce przekazując znak pokoju.

Rozmowa duchownych wydawała się ciągnąć w nieskończoność. Sefardi tracił resztki cierpliwości. Kiedy rozeszli się, na placu przed domem pozostał samotny Barras, patrzący w ziemie w zamyśleniu. Wkrótce dołączyła się niego gwardia osobista, jak nazywano członków jego gabinetu. Zaczęli naradzać się. Sefardi pomyślał, że niczego innego nie umieją. Barras mówił szeptem, mimo tego przewodnikowi udało się go nagrać słowa urządzeniem podsłuchowym. Mówili o budżecie; poruszyło to Sefardiego, skoncentrował się.

*****

Po powrocie do kwatery dwaj zwiadowcy, jak siebie określili, odtworzyli treść nagrania. Wśród wielu wątków Sefardi znalazł fragmenty odpowiedzi na dręczące go pytania. Odtworzenie z fragmentów całej treści wypowiedzi i jej uporządkowanie zajęło im sporo czasu.

Sefardi aż gwizdnął po cichu, kiedy zrozumiał mechanizm wzrostu zadłużenia państwa i rosnącej zasobności Abenaki. Rząd mianował setki i tysiące członków swojej partii, wybierając tych najwierniejszych, na wysokie stanowiska w urzędach i przedsiębiorstwach państwowych przyznając im niebotyczne uposażenia, odprawy i emerytury. Nie potrzebowali przypomnień, że mają zwracać do kasy części swoich dochodów, anonimowo i z pełnym przekonaniem. Była to forma dziesięciny, z tym, że wpłacana co miesiąc kwota wynosiła dwadzieścia a nie tradycyjne dziesięć procent dochodów. Przekazy nie wpływały na konto partyjne, tylko na konto Fundacji Powszechnej Dobroczynności, organizacji stworzonej i zarządzanej przez Partię Konserwatywną. W ten sposób partia była zwolniona z odpowiedzialności; sama fundacja stała się kanałem przepływu funduszy między państwem a firmą Abenaki, która podejmowała dziesiątki akcji dobroczynnych. Była tak wielkim darczyńcą, że wielu obywateli uważało, że została ona powołana wyłącznie dla celów charytatywnych, a działalność gospodarczą prowadzi jedynie dla zdobywania pieniędzy na pomoc społeczną. Sefardi domyślał się, że o wszystkim decyduje Barras.

3Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 60: Kto okrada państwo? Sefardi wyrusza do Casi.

Informacja była poufna: Barras Blawatsky i jego najbliżsi współpracownicy spotykają się po cichu w prywatnym survivalowym ośrodku szkoleniowym ukrytym głęboko w lasach. Sefardi podjął natychmiastową decyzję wyjazdu. Poprzez zaufanego członka z lokalnego fan clubu wynajął przewodnika, byłego leśniczego. Ostrzeżono go, że bywa prostacki i wulgarny, ale jest skuteczny. W dodatku, ryzykując wiele, brał niewygórowaną opłatę za swoje usługi.

– Jest po naszej stronie. – Podkreślił człowiek z fan clubu, sugerując, że może warto byłoby zebrać więcej informacji o przewodniku.

Wulgaryści brutalnie sprowadzali zagadnienie do pytania, kto i jak okrada kraj. Oskarżano o to różne grupy nacisku, włącznie z organizacjami lobbingowymi, „dbającymi wyłącznie o interesy swoich zleceniodawców i okradających kraj poprzez zawyżanie kosztów, ukrywanie dochodów i unikanie podatków”. Najczęściej wymieniano jednak masonów, twierdząc, że wszędzie mają swoich przedstawicieli, nawet w toaletach publicznych, i są „niesamowicie wyrafinowali i wytrwali, ćwicząc do upadłego sprawność przemawiania, przekonywania i odpierania argumentów”. Sefardi ignorował takie bzdury i uproszczenia.

Sprawa wypłynęła jak zwykle na spotkaniu przy krawężniku. Dyskusja była chaotyczna. Krytykowano liberałów jak i rządzących konserwatystów. Tych ostatnich oskarżano, że udają patriotów, najchętniej pracują nocą, kiedy opozycja jest rozespana i nieuważna, mydlą oczy swoimi gadkami i rozwlekle przemawiają, aby nie dopuścić oponentów do głosu. Przy okazji rząd oskarżano o nepotyzm, zatrudnianie rodzin i przyjaciół na wysokich stanowiskach, przekupywanie posłów opozycji i kolesiostwo. Przewodniczący zebrania uznał dyskusję za nieproduktywną jałową i zaproponował jej zakończenie. Uczestnicy zgodzili się jedynie, że w rządzie istnieje utajniona grupa ludzi, którzy okradają państwo. Kim konkretnie byli ci ludzie i jakimi metodami działali, nie wyjaśniono.

W parlamencie Konserwa wyśmiewała stawiane jej zarzuty. W ostrej wymianie zdań, jej przedstawiciele szyderczo zaproponowali dopisanie do słownika parlamentarnego wyrażeń takich jak żłób, nieposkromiona chciwość władzy, szalbierstwo, stanowisko prezesa dla prostej sprzątaczki, mnożenie wiceprezesów i premie świąteczne.

*****

Cel wyjazdu Sefardiego do Casi był prosty: dowiedzieć się, co robią członkowie rządu w ukrytym na odludziu ośrodku survivalowym. Sefardi podejrzewał, że ich spotkania mają związek z powiększającą się dziurą budżetową. Był to gorący temat, drugim było bogacenie się Abenaki. Zaśmiał się, kiedy przyszło mu do głowy, że nazwa koncernu brzmi jak imię japońskiej kobiety. – Abenaki! – powtórzył kilka razy. Tkwił w sprawie po uszy.

Po przyjeździe do Casi Mistrz udał się śpiesznie do wynajętej prywatnie kwatery. Pilnował się, czy ktoś go nie śledzi. Na miejscu sprawdził tylko drzwi i okna, rozpakował walizkę i wziął prysznic. Potrzebował wypocząć. Z przewodnikiem zamierzał skontaktować się później, kiedy będzie w pełni sił. Wynajmujący mu pokój właściciele domu, małżeństwo z psem myśliwskim, u których się zatrzymał, nie znali jego tożsamości ani celu wizyty. Wiedzieli tylko tyle, ile im powiedział: przyjechał do Casi, aby wypocząć spacerując i napawając się urokami lasu.

Popołudnie przyniosło niespodziankę, uniemożliwiając Mistrzowi sjestę. Nieoczekiwanie zgłosił się przewodnik i zaczął go przekonywać, aby natychmiast udać się do lasu, gdzie dzieją się przedziwne rzeczy.

– Czas nam wyjątkowo sprzyja. Zbliża się wieczór i narasta mgła. Od czasu do czasu przechodzi mżawka. To ułatwia poruszanie się bez zwracania czyjejkolwiek uwagi. Zobaczy pan coś zaskakującego, czego nikt nie spodziewa się w lesie. Będzie mi pan za to dziękować. – Stwierdził usprawiedliwiająco zauważając grymas niechęci na twarzy gościa niechętnego zagłębić się natychmiast w mroczny las w czasie złej pogody.

Przewodnik okazał się młodym i szczupłym mężczyzną. Sefardi patrzył na niego z podejrzliwością, gdyż oczekiwał starszego i raczej tęgiego mężczyzny. Kiedy o tym wspomniał, przybysz potwierdził, że był dużo tęższy, lecz stracił na wadze dzięki intensywnym ćwiczeniom fizycznym i ograniczaniu posiłków. Dostrzegając na twarzy Sefardiego cień zwątpienia wyjaśnił, że rodzina jego byłej żony rozpowszechnia o nim podłe plotki i pogłoski.

– Tutaj ludzie chętnie kłamią, szczególnie alkoholicy i degeneraci, całe to potomstwo ubóstwa, ograniczeń i tępoty. – Mężczyzna uniósł się. – To dlatego tajne obozy survivalowe rozpanoszyły się po lasach. Mało kto o nich wie, bo okoliczni mieszkańcy ukrywają prawdę. Organizatorzy obozów i dostawcy zaopatrzenia zmuszają ich do tego. Pracownicy są wyrzucani z pracy lub szantażowani, jeśli coś wspomną na ten temat. Panuje powszechny strach. Kłamstwo dezorientuje wszystkich. Może pan mówić o sobie, że jest pan rewolucjonistą i tak panu nikt nie uwierzy.

Sefardi nie słuchał przewodnika. Uważał, że przesadza lub zmyśla, zastanawianie się nad jego wynurzeniami odłożył na później. Był trochę przeziębiony i rozmawiając kichał od czasu do czasu. Gość wyciągnął zza pazuchy piersiówkę i nalał z niej jakiś alkohol do dwóch metalowych kieliszków, stanowiących nasadkę. Niezrażony odmową natychmiastowego udania się do lasu, przekonywał Sefardi do zmiany planu. Kiedy ten kichnął, podał mu kieliszek wyjaśniając, że jest to lekarstwo.

– Nie jest mocne, choć jest na spirytusie. Kicha pan, to lepiej chronić się przed przeziębieniem i lub inną zarazą. Wilgoć na tym bagiennym terenie, zwłaszcza w lesie, bywa zabójcza dla ludzi z miasta.

Mistrz był nieufny. Chciał wiedzieć, co to za specyfik.

– Lekarstwo. Niech pan wypije. O razu poczuje się pan lepiej. To moja własna nalewka i to dobrego gatunku. – Wyjaśnił leśniczy, po czym duszkiem wychylił swój kieliszek i wstrząsnął głową.

– Gdybyś wiedział, człowieku, co to za piorunująca mieszanka, to nigdy nie wziąłbyś tego do ust. – Pomyślał niechętnie o Sefardim, gdyż nalewka zrobiona była z dzikich owoców leśnych z dodatkiem narkotyku podrzuconego mu przez znajomego celnika.

Mistrz poczuł się znacznie lepiej po wypiciu kieliszka. Wróciła mu wiara w siebie, animusz i chęć działania. Był gotów przyznać, że lekarstwo mu pomogło, gdyby nie perspektywa mrocznego, przesiąkniętego wilgocią lasu. Ostatecznie zdecydował się wyruszyć na wyprawę.

 

2Shares

Komiks literacki. Konie trojańskie w akcji. Odcinek 16.

Szesnastego dnia ostatniej tercji jesieni komandor Jaroszka spał spokojnie, kiedy statek otulała mgła wyciszająca odgłosy. Mimo to ciche rżenie przeniknęło ściany jego kabiny. Nieco zdziwiony, wsłuchał się i rozpoznał głos Gracjeli, klaczy, którą w rozmowach z przyjaciółmi nazywał po prostu kobyłą. Ubrał się i wyszedł na zewnątrz. Głos dochodził z Krzywej Przybudówki. Komandor zajrzał do środka przez bulaj.

Gracjela stała między dwoma innymi końmi trojańskimi, wałachami, była nerwowa, spłoszona, rżała szybko i niespokojnie. Konie rozmawiały między sobą, otwarcie i szczerze. Nie musiały już ukrywać, że nie są końmi, tylko ludźmi. W tajemnicy zachowały jednakże to, że są cichymi wielbicielami Leo Jaroszki. Lubiły grę w pozory, udawanie, dojrzałą ciuciubabkę, ulubioną rozrywkę komandora i jego załogi. W Krzywej Przybudówce były jego wysłannikami, skutecznie naśladując pierwowzory trojańskie. Wszyscy się tego domyślali, lecz nikt nie wiedział, jak zachowają się w konkretnych warunkach. Komandor wsłuchał się w ich rozmowę i zrozumiał, że zbuntowały się i odmówiły współpracy recenzentom.

– Wreszcie. – Szepnął, postanawiając nie komentować tego odkrycia publicznie, gdyż dotychczas nie zdarzyło się, aby któryś z recenzentów okazał nieposłuszeństwo przewodniczącemu i odmówił pracy.

– Musieliśmy się zbuntować. Nawet koń trojański ma swoją godność. Liczymy teraz na awans. Może zostanę przewodniczącą recenzentów? – Rozmarzyła się Gracjela, do niedawna zwykła kobyła trojańska. Teraz była już kimś z pespektywami. U jej stóp leżała podeptana uprząż: uzda, chomąto, nagrzbietnik, lejce, podogonie, mały i duży podbrzusznik, pas pociągowy, dzwoneczki i jakieś drobne elementy.

Komandor poczuł ciepło w sercu. Konie trojańskie, jego konie, wykonały dobrą robotę.

Świat różnie oceniał to zdarzenie. Nie wszystkim podobało się zezwierzęcenie komandorskich recenzentów. Niektóre okręty, organizacje i ludzie byli komandorowi niechętni. Posądzano go o manipulację i zapędy autorytarne. On sam miał sumienie czyste jak łza. Dla bezpieczeństwa przechowywał je w ozdobnym, srebrnym puzderku w szafie pancernej. Oglądał je wieczorami, aktualizując i precyzując marzenia. Nikt nie wiedział, o czym dokładnie marzy, nawet on sam. Stała za tym wielka tajemnica.

0Shares